Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 372 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diagnoza - Anna Dembowska, Grzegorz Gołojuch

Losy trójki głównych bohaterów medyczno-kryminalnego serialu Diagnoza, hitu stacji TVN, teraz do czytania. Tego nie zobaczysz na ekranie!

 

Anna Nowak, pacjentka szpitala w Rybniku, otwiera oczy po operacji. Zespół doskonałych chirurgów uratował jej życie. Jednak coś się nie udało – Anna po przebudzeniu z narkozy nie pamięta, kim jest. Jej przeszłość to wielka zagadka. Wkrótce staje się jasne, że przynajmniej jedna osoba z jej otoczenia zna rozwiązanie tej zagadki, ale zrobi wszystko, by nikt inny go nie poznał.

Opinie o ebooku Diagnoza - Anna Dembowska, Grzegorz Gołojuch

Fragment ebooka Diagnoza - Anna Dembowska, Grzegorz Gołojuch

Rozdział 1

Idę po ciebie, gnoju!

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam wygrzewać się na słońcu. Tak jest po dziś dzień. Słońce otula moją twarz. Przymykam oczy, pod powiekami pojawia się obraz: poranek w domu rodziców, wybiegam na podwórko, słońce świeci nisko, oślepia mnie, mrużę oczy i uśmiecham się do niego. Ciepło rozpala moją twarz, dotyka mnie. Zawsze będą ze mną wygrzane w słońcu chwile, moje intymne radości, mój sposób cieszenia się życiem. Gdziekolwiek bym była, cokolwiek by się działo. Nikt inny nie ma wstępu do mojej wewnętrznej przestrzeni. Bo jak? Po co? Tłumaczyć się komuś z tego, co przeżywam, wystawiając twarz do słońca? Że miło? Że...? Wiadomo, nic nie dzieje się bez przyczyny. Przyjemność, która tak mnie porywa, to marchewka, którą organizm wykorzystuje, by zapewnić sobie dostęp do witaminy D. I znowu zawędrowałam na manowce racjonalizmu, w iluzję świata przyczyn i skutków. Potrzeba zrozumienia to wielka ludzka słabość. Kiedyś tak bardzo chciałam mieć wszystko poukładane w głowie, że aż to mnie zgubiło. Rozbiłam się, rozsypałam i trafiłam tutaj. Na szczęście.

Nigdy nie puka. Biały kontroler, Iza. Rozbiegane brązowe oczy nie pasują do jej sztywnej postawy. Włosy przylegające do głowy, ciasno ściśnięte gumką wybujale puszą się w miękkim kucu. Nie dały się poskromić. Wiele wysiłku wkłada w samokontrolę. Czemu tak się męczy?

– Dzień dobry, pani Aniu, pani tabletka.

Nasz codzienny rytuał. Podaje mi tabletkę i plastikowy kubek z wodą. Biorę tabletkę do ust, popijam wodą. Iza nachyla się nade mną. Wystawiam język. Iza zagląda, sprawdza, czy ją połknęłam. I tak dzień za dniem: Pani Aniu, tabletka. Język. Tabletka. Język. Ile tych języków już dziś było? I gdzie się podziały rozmowy tasiemce o przestrzeganiu zasad i budowaniu zaufania. Terapia, zasady, zaufanie, a język swoją drogą.

Mogłaby się choć uśmiechnąć. Ale nie, nie ona. Czemu jest taka spięta? Może gdzieś w wietrznej wiosce na Podlasiu czeka na nią mały Kazik? Może ma chorą mamę? Może nocami przebiera lalki ze swojej kolekcji? A może nie ma do czego wracać w Polsce? Miasteczko opustoszało, przyjaciółki się rozjechały, jest u siebie, ale obca i sama. Tutaj jest jedyną Polką. Może dlatego zawsze jest taka zimna, profesjonalna, skupiona. Nie zdradza się niczym, nie zdradza jej nic. Zamknięta książka. Rozmazany tytuł. Nijaka szara oprawa z biblioteki. Dziewczyna ze smutnej Polski. Tak jak ja.

– Miłego dnia, pani Aniu.

– Dziękuję. Pani również.

Zamknęła za sobą drzwi. Wreszcie. Zwijam język i wypluwam białą tabletkę.

Myśl o nim przywołuje wspomnienia czarnych dni, miesięcy bez nadziei. Łzy. Złość. Ból. Bezsenność. Dreszcze. Blade świty bez snu. Nawał myśli, oskarżeń. Tyle złego ściągnęłam na siebie. Skrzywdził mnie. Nazwał mnie wariatką i zamknął w klinice, na oddziale zamkniętym. Stary sposób, proste rozwiązanie. Wiedźmy, histeryczki, wariatki nie kończą dobrze. Poddałam się. Pozwoliłam mu na to. Tak, takie głosy miały wtedy nade mną moc. Moje własne myśli nakręcające błędne koło karmienia krzywd. Myśli zabłąkane w najgorszych zakamarkach, dokładnie tam, gdzie lepiej nigdy się nie znaleźć, w złej dzielnicy, w ciemnej bramie.

Dlaczego? Oszukał. Zniszczył naszą rodzinę. Odebrał mi wszystko. Zostawił mnie w takiej chwili. Samą. Następnego dnia wiedziałam to już jasno. Śmiałam się z własnej naiwności. Manipulator zrobił ze mną co chciał. Działo się to na moich oczach, a ja jakbym nie chciała widzieć tego, na co patrzę. Widziałam, co robi, jaki jest niesamowicie troskliwy, przekonujący. Dla mojego dobra, dla dobra naszej rodziny. Złożyłam podpis na papierach. I wtedy straciłam wszystko. Zrozumiałam to za późno. Drzwi się zamknęły, a ja znalazłam się po niewłaściwej ich stronie, w murach psychiatryka. Długo nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. Byłam pewna, że mnie kochał.

Teraz jestem silna. Dzięki klinice, do której mnie przywiózł. Mam siłę, by stawić mu czoła. Nie dostałam cudownego eliksiru, nie mają tu gotowego przepisu na życie. Ale terapia nauczyła mnie kontaktu ze sobą. Tak, tyle wystarczy. Poznać samego siebie. Grecy wiedzieli to już stulecia temu, ja – żeby zrozumieć – musiałam znaleźć się w szwedzkim psychiatryku. Nauczyłam się tu widzieć przyczyny mojego zachowania, dostrzegać schematy myślenia. Przez lata wydeptywałam wciąż te same, „ulubione” wewnętrzne ścieżki: mieć wszystko pod kontrolą, panować nad emocjami, być najlepszą, spełniać oczekiwania innych. Dziś źródłem mojej siły i mojego spokoju jest bycie w kontakcie ze sobą. Wiem, że pojawienie się jakiejkolwiek emocji ma swój cel. Strach jest niesamowicie silną manifestacją troski o mnie samą, to tryb alarmowy chroniący życie. Każda emocja jest potrzebna i dobrze służy, nawet jeśli to smutek, nawet jeśli to żal. Każda emocja jest dobra. Wiem, że zdenerwuję się, gdy go zobaczę. Muszę przerwać tę rozłąkę jak najszybciej.

Wiem, czego chce. On już nie jest bohaterem moich myśli, tkwi w mojej głowie niczym przeszkoda, ale już wiem, jak ją pokonać. Dotychczas przystawałam na to, co mi się zdarzało, reagowałam jedynie, zamiast działać. Płynęłam z prądem, nie wiedząc dokąd, próbowałam tylko utrzymać się na powierzchni. Studia, chirurgia, specjalizacja, szpital. Teraz czuję moc i spokój. Pierwszy raz w życiu sama decyduję, wiem, czego chcę, dokąd zmierzam. Dlatego jutro stąd zniknę.

Czuję słońce na twarzy, a w sobie wielką moc. Jestem jak skała na brzegu potoku. Życie płynie, iskrzy się tęczowo szczęściem, spływa gorzkimi łzami, a ja trwam w bezruchu. Nie porwie mnie wzburzona woda, nie spali ogień. Trwam przy sobie, i tak będzie zawsze. Wiem, że mogę na sobie polegać. Mam dość siły, dość wiary, aby zbudować swoje życie na nowo, z moimi skarbeńkami, Zosieńką i Marcelem. Szczęściem rozlewa się we mnie już sama myśl o tym, że będę mogła przeczesać delikatne włosy Zosieńki. Już niedługo.

***

Samolot. Udało się. Jestem w samolocie. Siedzę na swoim miejscu 17D. To znaczy na miejscu Anny Nowak, kimkolwiek ona jest. Mam dziurę w bluzce. Gdzie się podział mój skrawek rękawa? Powiewa na wietrze? Zeskakując, musiałam zaczepić o kolczasty drut na siatce. Nie zauważyłam. Biegłam. Wciąż czuję w ciele napięcie, jakbym nie mogła wyhamować rozpędzonych nóg. To było jak w filmie. Scena ucieczki z więzienia, po miesiącach żmudnego kopania tunelu łyżeczką. Tak było. Każdy dzień w klinice to było żmudne kopanie tunelu z więzienia, z więzienia, w którym on mnie zamknął, gdzie codziennie budziłam się z płaczem, bo nie mogłam zobaczyć Marcelka i Zosi. Zaczynał się kolejny dzień, dla mnie kolejny dzień bez słońca.

Nigdy nie lubiłam poranków, ale to się zmieniło, gdy urodził się Marcel. Wtedy poranek stał się dla mnie świętem, Marcel mnie potrzebował, a ja potrzebowałam jego, mojego słoneczka, jego ciepła, dobra, niespożytej energii. Wycierałam łzy i zaczynałam codzienną walkę, by jak najszybciej wrócić do moich maleństw. Na zajęciach grupowych spotkałam wiele osób, które nie miały po co rano wstawać. Unik, wycofanie, autosabotaż jest wygodny, bezpieczny, nie trzeba już nic robić. Łatwo tam wpaść, trudniej się wydostać. Opierałam się. Postanowiłam, że z mojej sytuacji uczynię siłę, umocnię się, skompletuję broń, by potem z jej pomocą odzyskać moje dzieci. Cierpiałam, nie do zniesienia była myśl, jak bardzo ta rozłąka je rani, burzy ich poczucie bezpieczeństwa, nieodwracalnie niszczy naszą więź, miłość, nasz wspólny świat.

Adrenalina strzelała w każdej komórce mojego ciała, byłam najszybszą wersją mnie samej, zasmakowało mi to, czułam, że żyję. Niesamowite, że wystarczy odrobina hormonu z nadnerczy i stajemy się superludźmi, gotowymi zrobić coś, o co wcześniej nawet siebie nie podejrzewaliśmy. Przyśpieszone bicie serca, rozszerzone naczynia krwionośne, rozkurcz oskrzeli, dotlenione mięśnie. Biegłam jak nie ja. Światła kliniki zostały daleko za mną. Ciemna noc, bez gwiazd. Wszechświat mi sprzyjał, bo ja sobie sprzyjałam. Nie znałam drogi, ale musiałam dobrze wybrać, dobiec do samochodu. Nie było innego wyjścia. Adrenalina dała mi też rozszerzone źrenice. Wypatrywałam światła. Biegłam. Z całych sił. Jeszcze kilka kroków. Ogrodzenie. Chwyciłam siatkę. Wbiłam czubki butów między druty i wspięłam się po siatce. Zeskoczyłam. Ruszyłam dalej. Nie oglądałam się za siebie. Serce waliło jak oszalałe. Gnałam przed siebie, pewnie i precyzyjnie niczym ręka chirurga. Byle dalej, byle do drogi. Biegłam. W las. W ciemność. Wierzyłam, że znajdę samochód. Dobiegłam do drogi. Nie wychodząc zza linii drzew, wypatrywałam. Nie było widać samochodu. Bałam się wyjść na drogę, tu łatwo mogą mnie złapać, jedyna nadzieja w tym, że w klinice nikt jeszcze nie zauważył mojego zniknięcia. W prawo albo w lewo. Ruszyłam w prawo, szłam równolegle do drogi. W końcu po kilku minutach otworzył się przede mną upragniony widok - czerwone światła samochodu, w środku mężczyzna. To musi być on, kierowca od detektywa. Podeszłam do samochodu, otworzył mi drzwi i w pośpiechu odjechał. Nie był zbyt rozmowny, z pretensją burknął, że się spóźniłam i teraz on musi łamać przepisy, żebym zdążyła na samolot. Dał mi kopertę od detektywa. Wyjęłam z niej dowód i karteczkę z odręcznie zapisanym: „Pani Aniu, gratulacje, będę czekał na hali przylotów, do zobaczenia, R.”.

Gdyby nie kamery monitoringu, doktor Sven, mój terapeuta w klinice, zostawiłby otwartą furtkę albo wywiózł mnie samochodem z terenu kliniki. Ale to było zbyt ryzykowne. Doskonale wiedział, że wtedy wszystko od razu by się wydało. Miałby poważne problemy. Dostał ich przedsmak, gdy próbował wypisać mnie z kliniki. Niespodziewanie okazało się, że jego raporty nie mają żadnego znaczenia. Szefostwo kliniki blokowało moje wyjście. Sven pisał, że terapia zakończyła się sukcesem i dalsze przebywanie w klinice ma zdecydowanie negatywny wpływ na mój stan. Nie było jednak sposobu, by otworzyć dla mnie bramy kliniki. Doktor Sven został całkowicie odsunięty od mojego leczenia. Jednak, nawet z Polski, cały czas miał mnie pod kontrolą. Tak mu się przynajmniej wydaje. Tymczasem z każdą milą lotu jestem coraz bliżej celu.

***

Mój oddech falował coraz szybciej. On całował moje palce. Delikatnie, czule, miękko. Paluszek po paluszku. Chciałam poczuć go na sobie, dotykać coraz większą powierzchnią ciała. Spojrzał na mnie. Wiedział. Poczułam jego ciepłe dłonie na ramionach, najpierw pogłaskał je, jakby chciał poczuć ich fakturę, potem pewnie przyciągnął mnie do siebie. Jego usta szukały moich, umknęłam. Chciałam mu się jeszcze poprzyglądać. Musnął moje usta. Pocałował mnie. Nasze usta wpijały się w siebie. Przylgnęliśmy do siebie...

Nagle ktoś szturchnął mnie w ramię, bałam się spojrzeć i zobaczyć kto. Wystraszona wtuliłam się w niego. Szepnął: „Z krągłej i miękkiej stajesz się twarda i szorstka”. Ponownie poczułam obcą dłoń na ramieniu. Otworzyłam oczy.

– Tea or coffee? – Nade mną stała uśmiechnięta stewardesa, zobaczyłam jej białe ząbki w grubej oprawie karminowej pomadki. Piękna kobieta, gazela. Niektórzy ludzie od razu kojarzą mi się ze zwierzętami. Była wysmukła, miała wydatny podbródek, czujne spojrzenie, długie palce, łabędzią szyję i mnóstwo gracji. Podała mi kawę, mignęły paznokcie w kolorze kawy z mlekiem. Ostatnim uśmiechem postawiła kropkę i skierowała się do pasażera za mną.

Jeszcze godzina lotu. Godzina oczekiwania na gonitwę, która rozpocznie się w Katowicach. Rozprawa jutro. Nic więcej nie mogę zrobić. Za godzinę się zacznie. Miałam sen. Co ma znaczyć: „Z krągłej i miękkiej staję się twarda i szorstka”? Czemu to powiedział? Czemu się spotkaliśmy? Który moment był tym decydującym? Na którym rogu skręciłam w prawo, a lepiej by było w lewo? W którym momencie kończy się nasza sprawczość i zaczyna to, co nas przekracza, to coś wielkiego, co nas spotyka? Jesteśmy bezbronni, nie ma na to szczepionki, nie ma skutecznej tarczy. Nikt nie jest bezpieczny. Zakochać się można w każdej chwili i – co gorsza – wystarczy kilka sekund. Nie ma takiego miejsca i czasu, w których można by się schronić. Miłość przychodzi wtedy, gdy nie miejsce, nie czas. Tak to przecież było. Na drugi dzień po przyjeździe do Uppsali zachciało mi się wygrzać w saunie. Od oklepanego pierwszego spojrzenia poczułam się wyjątkowa. Przy nim czułam się lekka, tak, jakbym nie miała za sobą długich lat życia, jakbym cofnęła się w czasie, powróciła do swoich dziewiętnastu lat, do swojej pierwszej miłości. Pragnęłam jego, pragnęłam tej lekkości, pragnęłam więcej i więcej. Nie mogłam się nasycić.

***

Moje obcasy stukają na lśniącej tafli sali przylotów. Jestem w Polsce i wszystko mam zaplanowane godzina po godzinie. Stało się to możliwe dzięki bezcennej pomocy doktora Svena. On jeden mnie zrozumiał i dał mi szansę na nowe życie. Przestałam brać otumaniające świństwa, które sumiennie przynosiła mi Iza. Dał mi leki, które mi pomogły. Dzięki niemu mogłam to wszystko zorganizować. I pomyśleć, że na pierwszej naszej sesji byłam tak wściekła, że nie odezwałam się do niego słowem. Sven i niezastąpiony internet. Gdy jest internet, znika wyspa hrabiego Monte Christo. Wszystko jest możliwe, gdziekolwiek jesteś. Znalazłam detektywa, panią adwokat. Jestem gotowa na jutrzejszą rozprawę. Znam prawdę, to mało, wiem, dlatego muszę mieć dowody. Zaraz spotkam się z detektywem.

Taksówka mknie po obwodnicy, a ja w niej. To się dzieje. Przygotowywałam się na tę chwilę od miesięcy. Czekam na połączenie.

– Malicka, słucham.

– Dzień dobry, pani mecenas. Jestem.

– Dzień dobry, pani Aniu. Ma pani wszystko ze sobą?

– Tak, mam wszystkie dokumenty.

– Świetnie. O której mogę się pani spodziewać?

– Pod wieczór. Muszę sprawdzić, jak kursują autobusy.

– Mamy mało czasu, rozprawa jutro o dziesiątej. Musimy ustalić strategię. Proszę jechać prosto do mnie.

– Dobrze. Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.

– Tylko błagam, niech pani nie robi nic na własną rękę.

„Moja droga mecenas, pani nic nie rozumie. Serce matki usycha. Muszę je zobaczyć”, pomyślałam, a usta wypowiedziały to, co ona chciała usłyszeć:

– Proszę się nie niepokoić, zadzwonię, jak będę w autobusie.

Moje serce miesiącami dręczone tęsknotą, teraz, gdy jestem tak blisko, rozpiera radość. Muszę je zobaczyć, choćby przez chwilkę. Mam jeszcze czas. Jadę do nich...

Co ja sobie myślałam? Na co liczyłam? Moje dzieci mnie nie poznają. Nawet Marcel. Moje słoneczko. Jak on wyrósł. A Zosieńka. Zosieńka była maleństwem, dopiero raczkowała, gdy ostatnio ją widziałam. A teraz? Jaki śliczny aniołek. Ale ona mnie też nie pamięta. W gardle mnie ściska. Czego ja się spodziewałam? Myślałam o tej chwili przez dwa lata, każdego dnia. Marzyłam dniem i nocą. A teraz? Jestem dla nich obca. Rozrywa mnie ból, kuje w sercu. To nie może tak być. Nie zgadzam się na taki świat. Mam papiery. Mam dowody na to, co mi zrobił. Potwór! Czy może być coś straszniejszego, niż rozdzielić matkę z dziećmi, zabrać dzieciom mamę? Własnym dzieciom?! Nie porzuciłam moich dzieci, to nie ja to zrobiłam, to nie jest…, to tak nie może być, to niesprawiedliwe... Nie będzie tak, jak sobie zaplanowałeś. Zapłacisz mi za to, ty gnoju!

Drżącą ręką sięgnęłam po telefon. W przygotowanych przez detektywa papierach znalazłam numer. Dźwięk wybieranego połączenia echem świdrował mi w brzuchu. Wzięłam głęboki oddech.

– Halo – zabrzmiał jego głos, głos z czarnej przeszłości. Spięłam się cała.

– Cześć.

– Halo, kto mówi?

Ciszę przerywa jego oddech w słuchawce.

– Anna…?

– Zdziwiony?

– Co ty wyprawiasz?

– Myślałeś, że to nigdy nie nastąpi, że będą mnie tam trzymać do końca życia?

– Uspokój się. Potrzebujesz pomocy. Zapomniałaś już, co zrobiłaś? – Znów zaczyna swoją bajkę ten zwyrodnialec bez sumienia.

– Nie… Tym razem nie dam się zastraszyć.

– Czego chcesz?

– Już ci mówię.

– Zamieniam się w słuch.

– Powiem ci bardzo konkretnie: mam wszystkie dokumenty. Wszystkie, rozumiesz?

– Anno, nie wygłupiaj się. – Mierzi mnie jego irytujący, mentorski ton, za maską kpiny ukrywa strach.

– Nie uda ci się już więcej. Jestem bardzo dobrze przygotowana, więc się zastanów.

– I tak przegrasz, więc lepiej się nie ośmieszaj.

– Dość! Idę po ciebie, gnoju!

Wcisnęłam czerwone kółko na ekranie. Wrzuciłam telefon do torebki. W pośpiechu zebrałam rzeczy, płaszcz i to najważniejsze: teczkę z dokumentami od detektywa. Zamknęłam drzwi hotelowego pokoju. Ruszyłam na dworzec.

Myślał, że to będzie formalność. Rozprawa. Na okoliczność mojej nieobecności dostarczył, oczywiście, dokumenty z kliniki psychiatrycznej. I wszystko jasne: matka jest zamknięta w klinice psychiatrycznej, bez widoków na poprawę, a więc sędzia opiekę nad dziećmi powierzy jemu. Dla dobra dzieci. Będzie miał mnóstwo argumentów, by przekonać sędziego, że trzeba przede mną chronić dzieci. Nie powinnam go uprzedzać. Nie tak to sobie planowałam. Miałam być zimnokrwista, a tu, będąc tak blisko, serce rozrywa ból i rozpaczliwie rwie się do dzieci jak tonący do ostatniego haustu powietrza.

Podbiegam do autobusu. Kierowca serdecznie przekomarza się z nami, chyba dla zasady. Za mną jest jeszcze para spóźnialskich, młodych zakochanych i przy nadziei. Przepuszczam w drzwiach drobną dziewczynę z wielkim brzuchem, jej chłopak wchodzi za mną. Siadamy obok siebie z tyłu autobusu.

Czy to wszystko da się jeszcze odwrócić? Rozmyślam. Tereska z taką siłą na mnie naskoczyła: „Nie zbliżaj się do dzieci!”. Widać naopowiadał jej o mnie. Potraktowała mnie jak intruza. Zabolało. Moja Tereska, sama ją znalazłam po kilku niewypałach z nianiami, od razu się zaprzyjaźniłyśmy. Tyle razem przeszłyśmy, a teraz ona się mnie boi? Nie jestem szalona, nie jestem zagrożeniem! Jak przekonać ludzi, których on już urobił swoimi kłamstwami? Nie, nie zamierzam nikogo przekonywać. Nieodwracalnie straciłam część mojego życia i ludzi kiedyś mi bliskich. Odpuszczam ich sobie. Ale są tacy, o których będę walczyć.

Roześmiana, czerwone wypieki, ciekawe świata rozbiegane oczy, dziewczęca młoda mama. Promienieje pięknem, może to bije od niej cud życia, które dali swojemu dziecku. Widać, że coraz trudniej oddychać jej za dwoje. Poród tuż tuż.

– Wiecie już, czy to chłopiec, czy dziewczynka? – pytam.

– Nie sprawdzaliśmy, jesteśmy przesądni – mówi chłopak, a dziewczyna uśmiecha się porozumiewawczo i dodaje rozbawiona: – O, mów za siebie. Tylko on jest przesądny. No, kochanie, wytłumacz się teraz.

– U mnie w rodzinie na wszystko jest przesąd. Ale przecież wszędzie tak jest. Jak ci przebiegnie kot drogę, to wiadomo, że musisz splunąć przez lewe ramię.

– No tak – potwierdzam, moja babcia zawsze tak robiła.

– I dlatego przed urodzinami nie sprawdza się płci dziecka, nie nadaje imienia, nie robi remontu pokoju dla dziecka, nie kupuje ubranek.

– Dlaczego? – pytam.

– Bo to przynosi nieszczęście.

– Rozumiem. Przepraszam, na chwilę.

– Jasne.

Sięgam po telefon, telefon z kotkami. Piszę Malickiej, że już jadę.

Moi towarzysze podróży dokazują, odnoszą się do siebie czule, z miłością. Młodzi i zakochani. Nieświadomi tego, ile szczęścia przyniosą im nieprzespane noce. Nowe życie przed nimi. To dobry znak. Czuję, że ja dziś także zaczęłam nowy rozdział.

– A pani ma dzieci? –pyta mnie dziewczyna.

– Najpiękniejsze, najukochańsze, Zosię i Marcela – mówię, ale ona już tego nie usłyszała, bo moje słowa zagłusza potworny metaliczny ryk.

Ciężarówka i autobus sczepiły się w śmiertelnym uścisku, wokół nas rozbłysło tysiące wyrzuconych siłą uderzenia cząsteczek. Nasze ciała były w tym wszystkim najbardziej kruche. Łamały się, unosiły, wirowały, pękały. Minęły sekundy, a ja dopiero teraz poczułam ból. Musiałam dostać w brzuch. Coś walnęło mnie w głowę, potem okazało się, że to była podłoga naszego autobusu. Osunęłam się w ciemność.

Rozdział 2

Tu się pani schowała!

Kolejna „dwunastka” w Szpitalu Rejonowym w Rybniku. Zaczynam swoją trzecią nocną zmianę w tym tygodniu. Nazywam się Michał Wolski, jestem lekarzem w rybnickim szpitalu. Ostatnio nic się nie działo, więc mogłem w dyżurce spokojnie przyłożyć głowę do poduchy. Czuwali stażyści, którzy aż palą się do pracy, często trzeba ich hamować, bo już by chcieli robić operacje na otwartym sercu. Młodzieńcza fantazja. Pamiętam, że - w moim przypadku - minęło kilka lat po studiach zanim stanąłem przy stole jako pierwszy operator. Nigdy nie kolekcjonowałem dyplomów czy tytułów naukowych, zawsze największą satysfakcję dawał mi bezpośredni kontakt z pacjentem. Widok wdzięcznego chorego, którego udało mi się ocalić od choroby lub śmierci, był dostateczną nagrodą za włożony wysiłek i zaangażowanie. Za zarwane noce, odwołane spotkania z kolegami lub niedoszłe randki z superatrakcyjną dziewczyną.

Przyjechałem z Katowic do Rybnika zaraz po studiach. Mały szpital, szansa na szybką specjalizację z ukochanej chirurgii, a potem leczyć, leczyć, leczyć. Czego może chcieć więcej magister medycyny po sześcioletnich studiach. Miał to być krótki przystanek w moim życiu, a tymczasem wsiąkłem na dobre. Kiedy tu przyjeżdżałem, myślałem, że Rybnik niczym mnie nie zaskoczy, ot, kolejne przemysłowe, śląskie miasto. Tymczasem w tej wszechogarniającej szarzyźnie odkryłem miejsce ukryte w ciszy zieleni, pośród pachnących kwiatów. Dla mieszkańców Rybnika to po prostu dom, do którego z dumą zaprasza się przyjaciół. Dla przypadkowego zaś turysty, przygotowanego na typową dla okolicznych miast ponurość, to prawdziwa oaza lasów dawnej Puszczy Śląskiej. Zapuściłem korzenie, spełniłem się zawodowo, praca w tym szpitalu stała się moją pasją.

Mówią o mnie, że jestem otwarty, pełen empatii, zawsze gotowy nieść pomoc. Nie wiem, czy tak powiedziałabym sam o sobie, po prostu nie uznaję limitów na zabiegi, operacje czy ilości wykonanych badań. Uważam, że walka o życie lub zdrowie nie powinna być ograniczona kosztami i biurokracją, dlatego często podpadam ordynatorowi szpitala, Marii Kalecie, która trzyma w ryzach budżet. Ma mnie chyba za świętego, acz niesubordynowanego lekarza, ceni prawdopodobnie mój nonkonformizm, młodzieńcze zaangażowanie i szczerość, cechy coraz rzadsze u młodych adeptów tego zawodu.

***

Syrena pędzącej karetki podnosi adrenalinę. Dziś mogę zapomnieć o spokojnej nocy. Jadę z ortopedą Piotrem Sadzikiem do wypadku niedaleko miasta. Na autostradzie tir wjechał w autobus. Sadzik, szef SOR-u, sprawdza stan w ambulansie, przygotowuje sprzęt, niczego nie może zabraknąć.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałem w erce. Trzy, cztery miesiące temu - próbuję sobie przypomnieć. Dni płyną tak szybko, mam wrażenie, że w  dzieciństwie tak nie było, mieliśmy więcej czasu na wszystko, na spotkania z przyjaciółmi, spacery... Teraz rządzą praca i kariera, wyścig szczurów.

W krytycznych sytuacjach wszystkie ręce na pokład. Sadzik czuje się wtedy jak ryba w wodzie. Fajny kumpel. No i odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Szefem SOR-u jest od kilku lat i w tym czasie zaprogramował ten oddział jak dyplomowany inżynier, wszystko działa jak w zegarku. Zastanawiam się, jak ogarnia pięć kobiet w domu. Ale skoro opanował oddział ratunkowy, to chyba z czterema córkami i żoną też sobie radzi. Przydałby mu się syn, ale mówi, że już zakończył program prokreacyjny.

Migające światła wozów policyjnych dają znać, że dojechaliśmy na miejsce.

„Cholera, wygląda to źle, bardzo źle” - klnę w myślach.

Autobus leży przewrócony wzdłuż jezdni. Głośno i jasno od syren i świateł pojazdów służb różnej maści. Ciężarówka ze zmasakrowaną szoferką stoi dwadzieścia metrów dalej. Siła uderzenia musiała być ogromna, bo autobus został praktycznie przecięty na dwie części, powstała wyrwa, przez którą z rannymi wychodzą strażacy. Oni byli pierwsi i zrobili kawał dobrej roboty. Na jezdni leżą lub siedzą posegregowani ranni. Pierwszeństwo mają poszkodowani z kartkami czerwonymi - do reanimacji, i czarnymi - brak oddechu i tętna. Takich szukamy. Na szczęście, większość ma znaczniki żółte i zielone, czyli są przeznaczeni do transportu w drugiej i trzeciej kolejności. Wskakujemy z Sadzikiem do wraku. Ciemność, wszechogarniająca ciemność, światło z czołówki nie może przebić się przez piekący w oczy dym. Koszem ratowniczym torujemy sobie drogę do dwóch strażaków, którzy znaleźli młodego chłopaka opartego o stertę foteli.

- Gdzie moja żona? Gdzie moja żona? - Z jego ust wydobywa się zatroskany, ledwo słyszalny szept.

- Może pan poruszać głową i rękami? - Pytania Sadzika są bardzo konkretne i niezbędne, musi przecież w sekundzie ocenić stan młodego mężczyzny.

- Gdzie moja żona? Gdzie moja żona? – powtarza ranny mężczyzna.

- Spokojnie, pewnie na zewnątrz. Słyszy mnie pan? Jak się pan nazywa?

- Jurek...

- Szybciej, szybciej, paliwo wycieka! - ponaglają nas strażacy, nie są w stanie zatamować wycieku, a wiedzą dokładnie, czym to grozi.

- Panie Jurku, założymy panu kołnierz. - Mobilizuję go do działania, wszelka pomoc ze strony pacjenta w tak ekstremalnej akcji jest darem. Na szczęście ranny może wstać, pomógł mu Sadzik. Udało się wyjść z tej blaszanej, tykającej bomby.

- Szybciej, szybciej, bo za chwilę może wybuchnąć! - Strażacy się niecierpliwią.

Jurek jest chyba ostatnim rannym, ale nie byłbym sobą, gdybym jeszcze raz nie rzucił okiem na cały bajzel w środku wraku. Mam wrażenie, jakbym czegoś zapomniał. Dziwne uczucie.

- Jest ktoś tu jeszcze? - rzucam w ciemną przestrzeń, raczej nie spodziewając się odpowiedzi. To musiała być ogromna siła zderzenia, bo fotele wyrwało z podłogi. Gdyby to była osobówka, nie byłoby co zbierać. Sam do tej pory uniknąłem wypadku, choć na rowerze jeżdżę czasem jak wariat. Ale zawsze w kasku. Jednak nie znasz dnia ani godziny, przecież ci ludzie w tym autobusie czuli się bezpiecznie, na pewno nikt nawet nie pomyślał, że może nie dojechać dzisiaj do domu, do pracy, do swoich bliskich.

- Wychodź już, wychodź! - krzyczy do mnie Sadzik.

Nic tu po mnie, strażacy przecież już przetrzepali cały wrak, trzeba zająć się rannymi na zewnątrz. O cholera! Myślałem, że nogawka moich spodni zahaczyła o wygiętą stalową nogę masywnego fotela, ale po chwili poczułem na łydce mocny ucisk. „Co jest, u diabła?!”, pomyślałem. A to ludzka dłoń i mocne palce rozpaczliwie poszukują pomocy. Świecę latarką niżej i widzę rękę kobiety, która leży przygnieciona piramidą bezwładnie rozrzuconych foteli i nadludzkim wysiłkiem próbuje dać znać o swoim istnieniu.

- Tu się pani schowała. Proszę się nie bać, już jest pani bezpieczna, zaraz panią wyciągniemy. - Opanowanym głosem staram się uspokoić poturbowaną kobietę. Chyba działa, bo natychmiast rozluźnia uścisk.

- Mamy jeszcze jedną, dajcie deskę! - krzyczę, bo muszę być głośniejszy od tego całego hałasu na zewnątrz. Odsuwam ciężki fotel, pod którym leży, żeby choć trochę poszerzyć pole manewru. Drugiego fotela nie daję rady ruszyć, zaklinował się. Mam tylko chwilkę, aby ta akcja zakończyła się w miarę szczęśliwie. Dla niej i dla mnie.

- Teraz panią wyciągnę, dobrze, proszę mi pomóc. - Powoli, delikatnie wysuwam kobietę na swoje ciało. Nie mogę zrobić gwałtownego ruchu, bo nie wiem, czy kręgosłup nie jest uszkodzony. Potem gładzę po twarzy i uspokajam. - Dobrze, już wszystko dobrze, zaraz panią stąd zabierzemy. - Na moment nasze spojrzenia się spotykają. Dobiega do nas Sadzik i razem unieruchamiamy ranną na desce. Wydostajemy się z wraka, wsuwamy do karetki i na sygnale pędzimy do szpitala.

- Źrenice reagują symetrycznie. - Sprawdzam jej oczy ostrym światłem latarki.

- Płat czołowy uszkodzony, tu jest jakieś obce ciało. - Szybko diagnozuje Sadzik.

- Mamy jeszcze krwiak w okolicy przedramienia - dodaję. - Poza tym świsty się nasilają. Kurcze, jak on jedzie. - Patrzę na kolegę, który już wie, co ma zrobić.

- Saturacja w porządku, ale podam tlen. - Sadzik zakłada kobiecie maskę tlenową. Wydaje się, że niebezpieczeństwo zostało choć na chwilę zażegnane. Spoglądamy na monitor: - O cholera, ciśnienie poleciało!

- Ile?

- 70 na 40, puls coraz słabszy - informuje na bieżąco Sadzik.

- Drugie duże wkłucie - decyduję natychmiast.

Sadzik wkłuwa się do żyły szyjnej. Zakłada wenflon. Ampułka lewonoru i litr hesu podłączony do wenflonu.

- I jak? - pytam.

- Lepiej, lepiej, ciśnienie 100 na 70. - Piotrek już jest spokojniejszy.

- Jesteś z nami, a teraz wytrzymaj. - Gładzę ją po zakrwawionych włosach, z pewnością to dodaje jej otuchy.

Udało się, przynajmniej na razie stan jest stabilny. Nie mogę pozwolić jej umrzeć. Śmierć każdego pacjenta to dla mnie większy lub mniejszy cios, jeszcze do tego nie przywykłem, jeszcze nie obrosłem w grubą, nieprzepuszczalną, nieczułą skórę starego lekarza z kilkunastoletnim doświadczeniem. Ale czy faktycznie można być nieczułym na śmierć? Piękna kobieta, piękne oczy. Ciekawe, czy z kimś jechała, czy była sama, czy ktoś na nią czeka? Pewnie miała jakieś plany, coś chciała zrobić? A tu bach, wypadek i wszystko wywraca się do góry nogami. „Dojeżdżamy, trzymaj się dziewczyno, walka się jeszcze nie skończyła” - myślę.

- Jest pani w dobrych rękach, jesteśmy w szpitalu, zabieramy panią na operację - mówię do niej spokojnie. Najważniejsze, by teraz nie zasnęła.

W holu wariactwo, mnóstwo rannych, chyba za dużo ludzi tu zwieźli. Czy nasz szpital jest jedyny w okolicy? Kaleta musi nad tym zapanować. Próbuję uciec, by się przebrać, ale nie mogę wyzwolić się z uścisku pacjentki. Nie chce stracić kontaktu ze mną, może z moim głosem? Pozostałą w sobie energię koncentruje na mocnym uścisku mojej dłoni. Uratowałem jej życie, ufa mi i nie chce, żebym teraz ją zostawił.

Podchodzi do mnie Kaja, od kilku miesięcy moja dziewczyna, od kilku lat internistka w naszym szpitalu. Drobna, rezolutna, naturalna blondynka, z włosami opadającymi do ramion. Swoim temperamentem i przebojowością mogłaby obdzielić kilka osób. Pomimo niewyparzonego języka, wszyscy ją lubią, zarówno kadra, jak i pacjenci. Ma doskonałe, empatyczne podejście do chorych. Znam ją już od liceum. Razem poszliśmy na studia, razem wylądowaliśmy w Rybniku. Jesteśmy parą, ona marzy o ślubie, a ja? Sam jeszcze nie wiem.

- Oddechowo wydolna, krążeniowo trochę gorzej. Przygotujcie ją, coś nie tak z brzuchem, prawdopodobnie krwawi, będziemy operować - służbowo zwracam się do Kai, a do kobiety mówię: - Proszę mnie teraz puścić, będzie dobrze, proszę puścić moją rękę. - Jasny gwint, ależ ta kobieta ma siłę. - Będzie dobrze, muszę przygotować się do operacji. - Puściła, lecę się przebrać. Ciężko się przebić do szatni, wszędzie ranni. Cały personel szpitala postawiono na nogi, nikt nie siedzi bezczynnie, roboty z pewnością będzie do świtu.

***

Przyjęliśmy do szpitala ilu się dało rannych. Ordynator Kaleta wezwała dzisiaj z domów wszystkich pracowników. W „jedynce” już operuje Sadzik, a Janka Artmana i mnie czeka w „dwójce” ciężka operacja tej kobiety.

Przebieram się, kątem oka widzę nadchodzącego Artmana. Dla mnie to Janek, dla wielu innych to profesor Jan Artman - łysiejący, postawny pięćdziesięciolatek, guru naszej chirurgii. Praktykę rozpoczął w gdańskim szpitalu, potem po zagranicznych wojażach jego przystanią w Polsce stał się Rybnik. Dyrekcja zagwarantowała mu nie tylko dobrą pensję, ale i pełną swobodę działania. Czego więcej może chcieć chirurg do rozwoju swojej kariery? Janek mocno stąpa po ziemi. To perfekcjonista, a nawet - śmiem twierdzić - pedant, który bez ograniczeń poświęca się pracy. Nie uznaje taryfy ulgowej i półśrodków, dlatego wiele wymaga od siebie, ale i od innych. Jego dorobek zawodowy imponuje. Dla nas, lekarzy ze szpitala, jest wzorem. Dla stażystów, którzy mają wielką nadzieję, że podczas operacji będą mogli choć podać mu skalpel, to po prostu mistrz. W przeciwieństwie do mnie, dla Janka kariera oraz reputacja są niezwykle ważne. W Rybniku osiągnął sukces, co przekłada się na jego pozycję, prestiż i zasobność konta. Lubię go. Janek dobrze zna swoją wartość. W stosunku do mnie był zawsze w porządku, ale zdarza się, że bywa arogancki i choć pacjenci za nim nie przepadają, marzą, by na sali operacyjnej trafić właśnie pod jego ręce.

Dokładnie myjemy ręce w operacyjnej śluzie. To czynność, która urosła dla każdego lekarza do rangi chirurgicznego rytuału, skrupulatny scenariusz dezynfekcji nawet najmniejszej części dłoni, aż po łokcie, musi być wykonany perfekcyjnie. Potem wcierka antyseptykami. Najmniejsze odstępstwo to narażenie pacjenta na bakterie. Artman, tak jak ja, z pewnością zastanawia się teraz, ile razy przechodził ten ceremoniał. Kilkanaście lat w zawodzie, będzie pewno ponad dwadzieścia tysięcy.

- Mów, co wiesz – zwraca się do mnie.

Muszę mu w krótkich żołnierskich słowach przekazać opis fizycznego stanu pacjentki, nie ma czasu na długie elaboraty. Podchodzimy do stołu operacyjnego.

- Kobieta, około czterdziestu lat, płyn w jamie otrzewnej. Wstrząs, wymagała wspomagania lekami. Prawdopodobnie krwotok pourazowy z narządów jamy brzusznej do otrzewnej - wyliczam - do tego częściowy niedowład prawej ręki i obrzęk w dole pachowym.

- USG?

- Zapomnij, nie było czasu.

Cięcie pośrodkowe chyba będzie najlepsze. Olga, nasza anestezjolog, daje nam ruchem głowy znać, że jest gotowa. Więc zaczynamy.

Z Olgą Bujak czuję się na sali bezpiecznie. Obsada anestezjologa nie powinna mieć dla chirurga jakiegokolwiek znaczenia, ale dla mnie ma. Traktuję ją jak starszą siostrę. Z jednej strony, cicha, wycofana, zawsze stojąca z boku, z drugiej - bardzo profesjonalna w tym, co robi. Blondynka, ale raczej taki męski, twardy typ kobiety, która lepiej się czuje w trampkach i bojówkach niż w szpilkach. Nie wiem zbyt wiele o jej życiu prywatnym, poza tym, że nie ma męża i w ubiegłym roku obchodziliśmy jej pięćdziesiątkę. Nie prowadzi rozmów na prywatne tematy, nie interesują jej oddziałowe ploteczki. Kocham Olgę za to, że na sali zawsze jest cierpliwa, potrafi trzymać emocje i nerwy na wodzy, tak swoje, jak i zespołu.

Dużo krwi, potrzebne solidne płukanie i ssanie, ale wątroba w porządku. W ruch wchodzi przygotowana miska z ciepłą solą fizjologiczną i rurka ssaka. Sala wypełnia się kolejnymi dźwiękami: regularne pikanie odtwarzające rytm serca, stukot odkładanych metalowych narzędzi, dźwięk ssaka, przypominający pośpieszne i zachłanne picie soku słomkową rurką, szum przepływającej w silikonowych drenach krwi. Orkiestra życia, jeżeli wszystko idzie według planu. Takie odgłosy na sali to miód na serce operującego.

- Ciśnienie spada. - Anestezjolog jak brzytwą przerywa trwającą do tej pory całkiem dobrą atmosferę.

- Śledziona rozwalona, musimy zamykać naczynia, resekcja, klem naczyniowy. - Artman dyryguje coraz szybciej. Kolejne czynności mają zatrzymać krwawienie, aż tu nagle pulsujący obraz na monitorze zamienia się w linię ciągłą i na sali rozlega się dźwięk ostrzegawczy.

„Cholera, zatrzymała się, reanimacja”. Ręce na klatkę piersiową i pompujemy.

- Zdejmijcie tę cholerną kotarę! - krzyczy Artman. - Każdy ruch według schematu, po piętnastu razach zmieni mnie Wolski.

- Wróciła? - pytam.

- Tak, możecie kontynuować - odpowiada anestezjolog.

- Resekcja, klem proszę. - Artman automatycznie, jak dobrze zaprogramowany robot wyciąga rękę w zakrwawionej rękawiczce do instrumentariuszki, delikatnie pochyla się nad otwartą, pełną krwi i wnętrzności jamą brzuszną pacjentki. Po raz kolejny nie możemy dokończyć resekcji śledziony.

- Coś jest nie tak, znowu migotanie przedsionków - alarmuje anestezjolog. - Odsuńcie się, będę strzelać!

Elektrody defibrylatora, które trzyma Olga, wprawiają ciało pacjentki w konwulsje. Artman z rękami w górze przygląda się kobiecie. Widzę, że spogląda na nią z zainteresowaniem, widzę, że jego oczy próbują sobie przypomnieć, czy gdzieś już jej nie widziały. Mam wrażenie, że zastygł na kilkanaście sekund, nigdy takiego zwisu w jego wykonaniu nie widziałem. Strzał, dwieście dżuli. Nie zaskoczyła. Wszystkie oczy skierowane na monitor, w uszach zebranych wokół stołu jednostajny sygnał pulsu przekształca się w przenikliwy, coraz głośniejszy pisk. Kolejny strzał, trzysta sześćdziesiąt dżuli. Pomogło. Wróciła. Zmiana rękawic.

- Dobra, kończymy, zamykam szypułę śledziony. Nóż, pean, dren - Artman instruuje pielęgniarkę.

- Janek, co się dzieje? - próbuję podpytać, bo Artman jeszcze na dobre się nie odwiesił.

- Nie nic, nic - uspokaja i szybko powraca do operacji oraz swojego chłodnego i zarazem profesjonalnego stylu.

***

Nareszcie odpoczynek. Już świta. Cztery operacje i sześć godzin stania. Niezły maraton. Biorę kolejny łyk kawy. Smakuje nawet gorzka. Strasznie dziwny ten wypadek. Jedzie facet ciężarówką i centralnie wbija się w autobus. Nie widział go? Mgły przecież nie było. Może zasłabł. Kierowca ciężarówki jest chyba w innym szpitalu, jeśli przeżył. Artman jeszcze dogląda chorych. Podziwiam. Dwójka dzieci w domu, a on z Martą dalej w szpitalu. Zostali wezwani w nagłym trybie. Powinni już być w drodze do swojego ciepłego łóżka. Marta - neuropsycholog, miała również pełne ręce roboty. Zazdroszczę mu trochę - dom koło miasta, rodzina, kochająca żona. Muszę go kiedyś podpytać, jak się pracuje razem z żoną. Prawdopodobnie przyszłość pisze mi podobny scenariusz. Ile już znam się z Kają? Liceum, studia, teraz wspólna praca w szpitalu. Wprawdzie nie widzimy się często, bo ona jest na internie, ale ten sam budynek. Wiem, że ona marzy o ślubie, dzieciach, ale czy ja chcę tego samego już teraz? Chyba powinienem, bo tak wypada. Ale może jeszcze nie w tym momencie. Nie jestem gotowy, dojrzewam do tego jak francuski ser.

- Panie doktorze, doktor Artman prosi do tej pacjentki z wypadku. - Przez uchylone drzwi dyżurki zagląda pielęgniarka.

Nasza śpiąca królewna, czyżby się wybudziła? Powoli podnoszę zmęczone ciało z kanapy. Nie rozumiem sam siebie, ale czuję, że nie mogę zostawić jej samej. Jeszcze nikt się po nią nie zgłosił., choć na pewno wkrótce ktoś się znajdzie. Młodych rodzina odnajduje w pierwszą dobę, ze starszymi jest zawsze gorzej.

- Co jest? - Zbliżam się do Artmana.

- Idź do niej, właśnie się budzi. Ty ją przywiozłeś, więc lepiej, abyś był przy niej, gdy będzie odzyskiwać przytomność - przekonuje Artman. - Ja zostanę na korytarzu.

Po co te ceregiele, Jan nigdy się tak nie zachowywał. Moja, twoja pacjentka, nigdy nie miało to większego znaczenia.

- Dzień dobry, słyszy mnie pani? - pytam delikatnie, nachylam się, czuję jej równomierny, stabilny oddech.

Powoli otwiera oczy, rusza głową, to dobry znak. Prawdopodobnie widzi tylko moją sylwetkę, kontury, bez ostrości. Sprawdzę źrenice, czy reagują na światło, czy mózg działa prawidłowo. Wydaje się wszystko okej, ale nic nie mówi.

- Pamięta pani, co się wczoraj stało? Jeżeli pani nie może mówić, proszę mrugać oczami, dobrze? Ustalmy: jedno mrugnięcie znaczy „tak”, dwa mrugnięcia - „nie”.

Mrugnęła, sukces, czyli rozumie, co się do niej mówi. Idziemy dalej, krok po kroku.

- Wie pani, gdzie się pani znajduje?... Jest pani w szpitalu, w szpitalu w Rybniku - kontynuuję spokojnym głosem. - Autobus, którym pani jechała, miał wypadek. Wszystko jest dobrze, nazywam się Michał Wolski, jestem lekarzem i miałem przyjemność panią operować. Pamięta pani, jak się pani nazywa? Może pani to zapisać?

Podaję sztywną podkładkę z kartami i długopis. Dotykam jej dłoni, jest delikatna i słaba, pomagam chwycić długopis. Niestety, pacjentka z dużym wysiłkiem, nie patrząc na kartki, gryzmoli znaki, z których wyłania się trudny do odczytania napis: „nie pamiętam”. Wychodzę do czekającego na korytarzu Artmana.

- Popatrz, co napisała. Wydaje się, że mózg pracuje prawidłowo, ale amnezja wsteczna, zobaczymy później, czy całkowita, czy czasowa. - Gdy kończę swoją diagnozę, widzę już tylko plecy Janka, który wchodzi do sali wybudzeń i staje przy łóżku pacjentki.

- Dzień dobry, jestem doktor Artman... Nic pani nie pamięta?... Nic?... Imię, nazwisko, ile pani ma lat?

Kolejny raz zauważam u Artmana dziwne zachowanie. Jest w pewien sposób napastliwy, to nie w jego stylu, przecież ona w tym stanie nic mu nie powie.

- Czy pamięta pani, dokąd pani jechała? - niecierpliwi się Artman.

- Jasiu, Jasiu... - przerywam to przesłuchanie. - Dajmy pani odpocząć.

Rozdział 3

Spokojnie, pani Aniu

Świt zagląda przez zasłonięte roletami okno. Po ciężkiej nocy, po kilku godzinach snu trzeba zacząć kolejny dzień z kalendarza. Przeciągam się i przytulam się do leżącej obok Kai. Bliskość jej nagiego ciała wyzwala we mnie chęć zbliżenia. Jesteśmy ze sobą już kilka dobrych miesięcy, ale coraz rzadziej spotykamy się poza szpitalem. Mam wrażenie, że codzienność nie jest sprzymierzeńcem naszego związku, Kaja czuje chyba to samo. Muskam jej pachnącą szyję, wsuwam rękę pod kołdrę, by dotknąć jej gładkiej skóry i na chwilę zapomnieć o obowiązkach. Jednak mój pomysł na odstresowanie szybko zostaje spacyfikowany. Kaja chce się tylko przytulić. Przytulam, ale raczej bez przekonania, mechanicznie. Od dawna już coś nie gra w naszym związku, chyba inaczej wyobrażałem sobie miłość. Może jeszcze nie wiem, co to miłość, bo nikogo tak naprawdę nie kochałem? Mam wrażenie, że to, co łączy mnie z Kają, to tylko czysty seks. Myślę, że ona już rozczytała moje uczucia, przecież kobiety mają wrodzoną intuicję. To coś, czego mężczyzna nie jest w stanie pojąć, a czasami przyprawia go o ból głowy. Z kobiecą intuicją nie ma żartów. Większość kolegów nawet nie próbuje tej intuicji zrozumieć. Mnie taka nieobowiązująca relacja damsko-męska z Kają do szczęścia wystarcza, jej z pewnością nie, ona chce założyć rodzinę, mieć dzieci, poważna sprawa. Ja tego nie czuję, jeszcze nie, a może w ogóle nie poczuję? Może nie jestem w stanie być dobrym mężem i ojcem? No i czy w ogóle chcę być ojcem i przekazywać swoje felerne geny. Obserwuję Sadzika i widzę, że ojcostwo jest dla niego sporym wyzwaniem. Zawsze ktoś jest niezadowolony, albo żona, albo dzieci, albo cierpi na tym szpital i jego medyczne powołanie wraz z ambicją. Pozostaje mi tylko wziąć zimny prysznic i wrócić do szpitala, tam się czuję jak w domu. Dobrze to ująłem: wracam do szpitala. Tak, ja nie idę do pracy, tylko wracam do szpitala.

***

Wszyscy w komplecie, codzienna lekarska odprawa zanim rozejdziemy się do swoich zadań. Jest i Kaja, siada koło mnie, ale chce pokazać, że jest na mnie zła i nie będzie już dziś miła. Niech tak będzie, jakoś nie za bardzo się tym przejmuję.

- Jeżeli jeszcze raz będziecie się bawić w doktora na moim dyżurze, wyślę was na dobową zbiórkę moczu, jasne? – rzucam w stronę stażystów, Dagmary i Kacpra.

Od kilku tygodni nie ma wieczornego dyżuru, żebym nie nakrył ich migdalących się po kątach szpitala. Wczoraj, przed wyjazdem do wypadku, był to składzik z lekami. Kacper to Kacper, mami synek, zawsze spadnie na cztery łapy, ale Dagmarze troszeczkę się dziwię. Ma wiedzę, poukładanie w głowie, więc nie musi uwodzić wszystkich dokoła. A może Kacper, syn Kalety, to dla niej sprężyna do przyszłej kariery? Trochę mu współczuję nadopiekuńczej matki, która kontroluje go non stop, nawet w pracy. Ciężkie ma życie ten nasz Kacperek, pewno koledzy za nim nie przepadają, wiedząc, jakie ma „plecy”, ale również i my, „starzy”, traktujemy go z pobłażaniem. Widzę, że się stara i każdego dnia próbuje udowodnić, że do wszystkiego, do czego doszedł, to nie zasługa matki-ordynator, tylko jego ciężkiej pracy. Na jego miejscu uciekałbym stąd jak najszybciej, do innego szpitala, bo siedząc tutaj nie przetnie szybko pępowiny.

A matka? Silna Maria. Niczym królowa Maria Teresa rządzi naszym szpitalem. Jak w austriackim wojsku porządek musi być, nie ma dyskusji. „Jeśli się nie podoba, możesz zmienić zawód” - to ulubiony jej tekst, wygłaszany oziębłym tonem zza okularów do niesubordynowanych lekarzy. U niektórych budzi strach i lęk, lepiej jej nie podpaść, ale ja ją generalnie lubię, nawet podziwiam, że sprawdza się na takim stanowisku. Mało kto dawał jej szansę, że się utrzyma, a tu, proszę, już ponad pięć lat. Może ta jej kobieca siła i determinacja są podstawą sukcesu? Oczywiście, na początku w męskim gronie trochę sobie dworowaliśmy z szefa w spódnicy, ale przez ostatnie lata pokazała, na co ją stać.

O, jest i nasza królowa! Może chociaż ona dzisiaj w dobrym humorze?

- Dzień dobry, możemy zaczynać. – Ordynator Kaleta rozpoczyna odprawę.

- Anna Nowak, przywieziona z wypadku w ciężkim stanie. W chwili przyjęcia tętno nieoznaczalne, w wyniku obrażeń wewnętrznych i krwawienia dokonano resekcji śledziony. Pacjentka niczego nie pamięta, nie wiemy jeszcze, czy to w wyniku splątania, czy mamy do czynienia z amnezją – streszczam mój wczorajszy przypadek.

- Dobrze, że do tej pory nie mamy zgonu... – puentuje moją wypowiedz szefowa, ale nie kończy zdania, bo przerywa jej Sadzik.

- Dzisiejszej nocy stan Jerzego Przybylskiego, pasażera pechowego autobusu, pogorszył się krążeniowo. Reanimowali go z Olgą przez dwie godziny, niestety, pacjent zmarł.

Widzę, z jakim bólem to mówi, bo pan Jerzy był mężem ciężarnej kobiety, która przeżyła wypadek. Sadzik nie ma jednak na tyle odwagi, by o zgonie męża poinformować dziewczynę.

- Żona zmarłego, Ada Przybylska, lat dwadzieścia pięć, pacjentka w zaawansowanej ciąży, został wykonany zabieg skórnej nefrotomii, stan pacjentki i płodu dobry – kontynuuje opis przypadku.

Sadzik prosi ordynator o zwolnienie go z obowiązku poinformowania kobiety o śmierci jej męża.

- Piotrek, ale to był twój pacjent – wypalam.

- Wiem, ja nie unikam odpowiedzialności, ale spróbujcie mnie zrozumieć, ona ma dopiero dwadzieścia pięć lat. Jest tylko kilka lat starsza od mojej najstarszej córki. Ja, ja nie wiem, co mógłbym w takiej sytuacji jej powiedzieć. - Słychać, że głos mu się lekko załamuje.

- No, ale Piotrek, przecież nie pierwszy raz masz taką sytuację. - Staram się rozwiać jego obawy, ale chyba pojechałem zbyt ostro. Sadzik patrzy mi prosto w oczy i widzę jego przerażenie. Podaje mi obrączkę pacjenta i prosi, bym oddał ją jego żonie. Na szczęście naszą wymianę zdań przerywa Artman i ze swoim stoickim spokojem stwierdza, że przecież jest w szpitalu zatrudniony specjalista neuropsycholog, który może poinformować ją o zgonie.

Spoglądam na Piotrka i widzę, że odetchnął z ulgą.

Dzwoni mój służbowy telefon. Odbieram. Wzywają Artmana i mnie do sali Anny Nowak, pacjentka ma zapaść. Zjawiliśmy się tam w ciągu zaledwie dwudziestu sekund. Kobieta majaczyła, a jej ciało w konwulsjach wiło się po całym łóżku, wyrwała sobie wenflony. Walczymy z nią.

- Diazepam dożylnie! – Artman wydaje dyspozycje, a ja staram się utrzymać jej ciało na łóżku, ma strasznie silne drgawki. Po chwili nachylam się nad jej głową, którą delikatnie podtrzymuję w swoich dłoniach, i łagodnym głosem uspokojam:

- Już będzie dobrze... już... Spokojnie, pani Anno... - Chyba rozpoznaje mój głos albo diazepam zaczyna działać, bo drgawki powolutku łagodnieją. Opanowaliśmy z Artmanem kryzys. Diazepan rozlewa się po całym ciele, rozluźnia jej mięśnie i uspokaja. Kobieta zasypia.

Zostaję na sali sam. Sam z personelu. Stoję nad łóżkiem pani Anny. Obok leży ciężarna pani Ada, ta z wypadku. Odgradzam kobiety kotarą. Młoda przyszła matka jest bardzo przerażona, a jeszcze dzisiaj przyjdzie do niej posłaniec śmierci z informacją o mężu. Instynktownie chciałem zejść jej z pola widzenia, bo czułem, że zapyta mnie o męża. I tak się też stało. I co? Podobnie jak Sadzik, nie byłem w stanie powiedzieć jej prawdy.

- Dobrze, oczywiście, postaram się, by ktoś do pani przyszedł – uspokajam ją i samego siebie. Stchórzyłem. A przecież chwilkę temu dziwiłem się koledze, że brak mu odwagi. Teraz zrozumiałem. On ma rodzinę, dzieci i bagaż doświadczeń, a ja tylko brata i matkę w domu opieki, którą odwiedzam od czasu do czasu, a jednak również wymiękłem. Muszę z nim porozmawiać, chyba jestem mu coś winien.

Znajduję Sadzika na parkingu karetek przed szpitalem.

- Trzymasz się jakoś? Na pewno zrobiłeś wszystko, co mogłeś. To nie są proste sytuacje, nie mamy wpływu na rzeczy ostateczne. Nie uratujemy wszystkich. - Taką filozoficzną gadką staram się dodać mu otuchy.

- Michał... – szybko przerywa moje wywody, patrząc pobłażliwym wzrokiem.

Okej, zrozumiałem, mam się zamknąć. Przecież to mój kumpel, a rozmawiam z nim, jak ze studentem medycyny.

- Dzięki, że przyszedłeś. - Odchodzi, klepiąc mnie po ramieniu.

Racja. Czasami nie trzeba nic mówić, wystarczy tylko być.

***

Wracam do siebie. Mam rozpisany kolejny zabieg. Ale zdążę napić się kawy i przejrzeć stertę papierów na biurku.

Zajrzę jeszcze do pani Anny. Jak na razie, nic się nie dzieje, ale dziwnie mnie do niej ciągnie. Niepokoi mnie też jej prawa ręka, jest opuchnięta, nie wygląda dobrze. Skonsultuję to z Artmanem.

- Mogło dojść do uszkodzenia tętnicy pachowej, słabo wyczuwalne tętno – dzielę się z nim moimi podejrzeniami.

- Albo w wyniku uderzenia powstał krwiak, który uciska duże naczynie krwionośne. Może to nic poważnego – uspokaja mnie Janek. – Zrób USG przyłóżkowe i będziemy mieli pewność. Ja już muszę iść. Jak będziesz coś miał nowego, to dzwoń.

USG jest wolne, więc wsuwam wózek pod łóżko pani Anny. Po drugiej stronie kotary słyszę lekkie zamieszanie. Do ciężarnej pacjentki wchodzi Marta Artman, żona Janka, nasz szpitalny neuropsycholog. Zachowuje zimną krew, wysokiej klasy specjalista. Jednostajnym, ale spokojnym głosem oznajmia pacjentce, że właśnie jej dotychczasowe życie legło w gruzach. Mąż nie żyje, ale teraz najważniejsze, by myślała o sobie i o dziecku. Tego pewnie chciałby jej ukochany. Jest bardzo młoda i z pewnością ułoży sobie życie.

Czy jest to dla tej dziewczyny odpowiednie pocieszenie?

Wracam do zajęć. Obraz USG jest niejednoznaczny. Dzwonię do Artmana.

- Spory krwiak, ale bez cech dopełniania, przepływy w tętnicach pachowych zachowane, żyły bez zakrzepicy. Co robimy?

- Czekamy - odpowiada stanowczo Artman.

- Ja bym otworzył - delikatnie sugeruję. - Jeżeli się mylisz, to za parę godzin będziemy musieli jej amputować rękę. - Staram się zachowując spokój, podważam przecież decyzję Artmana, wprawdzie przyjaciela, ale jednak szefa. Biorę głębszy wdech. Cisza, aha, chyba poczuł się urażony. Po chwili mówi:

- Powtarzam, zmiana ułożenia ręki i czekamy. Michał, to ja jestem lekarzem prowadzącym, jasne? Ja podejmuję decyzje, rozumiesz? Czekamy.

Nie podoba mi się jego podejście ani ton głosu, ale co mogę zrobić, iść na konflikt? Przecież doskonale wie, że w tym akurat przypadku czas działa na naszą niekorzyść. Dlaczego taka decyzja? A może ja się mylę? Dzisiaj rano rozmyślałem o kobiecej intuicji, a może Artman ma jej męską odmianę? Lekarską intuicję w diagnozowaniu? Odkąd z nim pracuję, nigdy się nie pomylił.

Czuję jednak, że tym razem się myli. Ręka pani Anny nie daje mi spokoju, zmiana jej ułożenia nie przyniosła poprawy. Proszę kobietę, by poruszyła palcami tej felernej ręki, kilka razy.

- Pani Anno, proszę jeszcze raz poruszyć palcami, słyszy mnie pani?

- Przecież poruszam – cedzi słowa przez zaschnięte usta, patrzy na mnie zdziwiona i czeka na moją reakcję. Nie jest dobrze, nie ma czucia powierzchownego i głębokiego. Musimy operować i to natychmiast. Moją decyzję próbuje storpedować anestezjolog.

- Przecież to pacjentka Artmana, kazał czekać - przypomina Olga. - Nieźle się wkurzy, jak się dowie. Trzeba go powiadomić - ostrzega.

- Nie ma czasu i tak już za długo zwlekaliśmy. Jeżeli jej teraz nie weźmiemy na stół, to za dwie godziny nie będę już miał co operować. Będę się tylko zastanawiał, w którym miejscu amputować.

- Dobrze, ale na twoją odpowiedzialność.

Olga jest przestraszona, bo doskonale wie, że niesubordynacja i podważenie decyzji Artmana to wstęp do wielkiej awantury. Biorę to na siebie. To właśnie chciała ode mnie usłyszeć.

„A niech, to. Muszę robić to, co uważam za słuszne. Martwić będę się później. Do cholery, przecież on też może się mylić” - myślę sobie, a głośno mówię:

- Przygotujcie pacjentkę do operacji.

W śluzie przedoperacyjnej spokojnie oddaję się rytualnej ablucji, przygotowuję swój mózg do trudnego wyzwania, gdy nagle zza pleców dopada mnie poirytowany głos Artmana:

- Stary, możesz mi powiedzieć, co ty odpierdalasz? Dziewczyna ma krwiaka, wchłonie się i nie będziesz musiał niczego ratować.

Do cholery, jak on się tu znalazł, przecież powinien być już w domu. Pewno doniosła mu jakaś uczynna dusza, podlizywacz, który chce się wkupić w łaski profesora. Najważniejsze to nie wdawać się w dyskusję, bo to tylko zaogni sytuację. Widzę jego zdenerwowanie, stara się jednak opanować gniew i sposobem na luzaka odciągnąć mnie od spontanicznego zabiegu. Nie dam się sprowokować, trzymam nerwy w kieszeni i spokojnie wykonuję kolejne dezynfekujące czynności.

- Słuchaj, wczoraj była operowana, tak? Twoim zdaniem, dziś powinna tryskać zdrowiem? Narażasz jej już osłabiony organizm na niepotrzebne ryzyko. Zobaczysz, otworzysz ją i zaszyjesz.

„Tylko nie wdawać się w dyskusję, nie wdawać w dyskusję” - upominam sam siebie. Dobra, już kończę myć te ręce, czas na mnie.

- No, to zaszyję – mówię, patrząc mu prosto w oczy, i wchodzę na salę.

O co mu chodzi? O mnie, że śmiałem zrobić coś wbrew jego zaleceniom? Czy o nią? Bo już się pogubiłem. Jeszcze nigdy nie walczył tak o pacjenta, zawsze spokojnie ustalaliśmy wszystkie wątpliwości. Może ma kłopoty w domu? Z Martą? Nie, u nich chyba wszystko okej, widać, jak troszczą się o siebie, gdy mijają się na korytarzach w szpitalu.

Teraz pełna koncentracja, walczymy o rękę pacjentki.

- Niech zgadnę, co, wkurzył się? - pyta Olga.

- Lubi mieć rację - odpowiadam.

- I zazwyczaj ją ma - z sarkazmem mówi Olga.

- Tak też powiedział.

- Wiesz co, sam mógłbyś napisać parę artykułów, rozpocząć proces badawczy, a nie tylko walisz w te swoje bębny.

No, to mnie rozśmieszyła! Z perkusji nie zrezygnuję, ale nad kolejnym etapem naukowego życia mógłbym się zastanowić. Proszę o nagranie operacji. Wóz albo przewóz. Będzie sukces albo gwóźdź do trumny. Spokojnie rozcinam skórę w dole pachowym. Kacper asystuje, trzyma haki.

- Spory krwiak - oznajmiam pozostałym.

- Czyli tak, jak mówił profesor Artman – oznajmia światu Kacper.

Czy ten chłopak chce mnie wyprowadzić z równowagi. Jakbym nie miał zajętych rąk, strzeliłbym go w ucho. Wyciągam krwiaka, penetruję rozcięcie głębiej.

- Ssak, proszę.

- Widzisz to? Zobacz, to dziura w tętnicy. A więc to doktor Wolski miał rację. – Teraz młody podlizuje się mnie. Cały Kacperek.

- Brawo, dobra robota, ucz się Kacper od najlepszych. – Znowu Artman zaskoczył mnie za plecami. Ciekawe, jak długo stał i patrzył mi na ręce. Przez maseczkę widziałem, jak Kacprowi dosłownie opadła szczęka ze zdziwienia. Zarobił minusa u profesora. Pewno w najbliższych dniach Artman przeczołga go trochę, choć z umiarem, by Kaleta się nie dowiedziała.

- Chcesz zeszyć? - pytam Kacpra. Chcę go tym pocieszyć, niech i on ma dzisiaj coś dla siebie.

- No pewnie! – Kacper dosłownie wyrywa mi nić z ręki. To dla niego coś więcej niż tylko trzymanie haków.

***

Operacja się udała, teraz czas pokaże, czy nie będzie powikłań i czy ręka będzie w stu procentach sprawna. Nie wiem, co ona w życiu robi, czym się zajmuje, ale może bez sprawnej ręki straciłaby możliwość egzystencji? Zresztą, nic o niej nie wiem.

Wyrzucam ciuchy do kosza. Muszę wykonać telefon do matki. Dzisiaj jej urodziny. Czy mnie pozna? Wiem, że powinienem być teraz przy niej, ale nie mam czasu. A może tylko tak sam siebie tłumaczę. Może podświadomie nie chcę patrzeć na jej powykręcane przez zanik mięśni ciało. Serce mi się kroi. Jestem lekarzem, a nie mogę jej pomóc. Nic już jej nie pomoże, to terminalna wegetacja. Chyba już nie mogę na to wszystko patrzeć.

Wychodzę, koniec na dzisiaj. Przed wyjściem zaglądam jeszcze do pani Anny. Podobno już się wybudziła. Muszę z nią porozmawiać. Obudzić się i nic nie pamiętać. Jak to jest? Mnie raz, może dwa razy w życiu zdarzyło się coś takiego, po grubszej imprezie. Głupie uczucie. A tutaj mam pacjentkę, która nie pamięta, co robiła dzień, tydzień, miesiąc temu. Więcej, ona nie wie nawet, jak się nazywa, odkrywa na nowo miejsca i ludzi, wszystkich widzi pierwszy raz w życiu. Nie wie, gdzie jest, kim jest.

Wchodzę do jej pokoju. Widzę, że ma otwarte oczy, patrzy gdzieś w dal. Podchodzę powoli.

- Nie śpi pani, pani Aniu? Na podstawie dowodu osobistego udało się ustalić pani tożsamość. Anna Nowak, tak się pani nazywa. - Niestety, ta informacja nie robi na niej żadnego wrażenia.

- Nic nie pamiętam - odpowiada z niepokojem w głosie.

Przystawiam krzesło do łóżka, siadam i delikatnie biorę jej rękę.

- Jest pani w szpitalu w Rybniku... - Spokojnym głosem relacjonuję wydarzenia z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Mówię jej o dwóch operacjach, o usuniętej śledzionie i krwiaku pod pachą, także o cięciu pośrodkowych, które wymuszone było przez bliznę po cesarskim cięciu.

- To znaczy, że ja mam dziecko? - ożywia się.

- Na to wygląda - potwierdzam i patrzę na krople łez spływające po policzkach jej zmęczonej twarzy.

Copyright for the Polish Edition

© 2017 Edipresse Polska SA

Copyright © 2017 by TVN

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73);

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8–17)

Tekst: Anna Dembowska, Grzegorz Gołojuch

Redaktor: Zofia Rokita

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki, skład i łamanie: Monika Zając

Zdjęcie z I okładki: TVN/ Aneta Arkit

Zdjęcie z IV okładki, zdjęcie z I skrzydełka: TVN/Mirosław Sosnowski; TVN

Serial na podstawie pomysłu Katarzyny Kłosowicz-Śliwińskiej, producent Dorota Kośmicka-Gacke/DGAStudio na zlecenie TVN. 

ISBN: 978-83-8117-279-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.