Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Diablica z Wall Street ebook

Erin Duffy

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diablica z Wall Street - Erin Duffy

Buty na obcasach, zawrotne tempo i wielkie pieniądze – Diablica z Wall Street jest przezabawną odyseją kobiety w rządzącym się własnymi prawami świecie finansów Wall Street tuż przed krachem na giełdzie w 2008 roku.

Opinie o ebooku Diablica z Wall Street - Erin Duffy

Fragment ebooka Diablica z Wall Street - Erin Duffy

Erin Duffy

Diablica z Wall Street

Tłumaczenie: Monika Pianowska, Michał Zacharzewski

Tytuł oryginału: Bond Girl

Tłumaczenie: Monika Pianowska, Michał Zacharzewski

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © vincentphotos / Istockphoto.com, © DNY59 / Istockphoto.com

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Dolina Literek

Copyright © Erin Duffy, 2012

First edition in 2012 by Harper Collins

Polish translation © 2014 by Grupa Wydawnicza Foksal

Copyright © Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-7881-408-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Aleksandra Łapińska / Virtualo Sp. z o.o.

Mojej rodzinie.

Moim braciom: Scottowi, Jamesowi i Christopherowi. Dziękuję, że zawsze potraficie mnie rozśmieszyć do łez.

Szczególne podziękowania należą się moim rodzicom. Tacie – mojemu idolowi, który zawsze zachęcał mnie, żebym spróbowała sił na Wall Street. Ciągle nie mam pewności, czy na to zasłużyłam, ale jestem dumna z mojego obecnego życia. Mamie – mojej mentorce, która po cichu wspierała nawet moje najgorsze pomysły (a uwierzcie, nie było ich mało) i która zawsze uważała, że powinnam pisać.

Chyba obydwoje mieliście rację.

Bardzo Was wszystkich kocham.

PrologPrzeklęta piaskownica dla dużych dzieci

Jestem na to za stara”.

Klik.

O szóstej rano zamiast budzika włączyło się radio, a z głośników ryknęła muzyka. Tym razem to ostatni singiel Beyoncé przerwał niebiański spokój i w mało subtelny sposób przypomniał mi, że weekend właśnie się skończył. Wstawanie w poniedziałki jest ogólnie złe, ale budzenie się w poniedziałek z potwornym kacem, który rozsadza głowę, to już prawdziwa męczarnia. W półśnie przekopałam się przez stertę poduszek wciśniętych w ciemnozielone drewniane oparcie, a gdy w końcu moja dłoń natknęła się na pilota od wieży, ustawiłam tryb drzemki na kolejne błogie dziesięć (no, może dwadzieścia) minut. Pragnęłam za pomocą jednego przycisku sprawić, że sypialnia pogrąży się w absolutnej ciszy – o ile w mieszkaniu na trzecim piętrze budynku stojącego pośrodku Manhattanu w ogóle można zaznać ciszy.

Wielu ludzi marzy o porankach w Nowym Jorku. Cholera, Sinatra nawet napisał o tym piosenkę! Cudowne miejsce, pod warunkiem, że nie potrzebuje się snu – w Nowym Jorku skacowane, zmęczone i marudne jednostki długo nie pociągną. Gdybyście tak jak ja w niedzielny wieczór postanowili utopić smutki w prawie dwóch butelkach francuskiego czerwonego wina, zagryzając chrupkami i oglądając w telewizji powtórkę „Prawa i porządku”, o szóstej nad ranem Nowy Jork niewątpliwie i bezsprzecznie okazałby się piekłem na Ziemi. Powinnam była wiedzieć, na co się piszę przy wynajmowaniu mojej małej jak pudełko po butach kawalerki w West Village, za którą płacę cztery tysiące dolarów miesięcznie. Widok z trzeciego piętra na Alei Greenwich i znajdującą się w okolicy remizę strażacką nie wróżył mi doczekania we śnie nawet fazy REM. Od przeprowadzki zdołałam już zapomnieć, co to znaczy późno wstawać.

Zdążyłam się na chwilę zdrzemnąć, kiedy to przeklęte radio znowu się uaktywniło. Tym razem irytujący, żywiołowy prowadzący oznajmił, która jest godzina, gdzie ruch uliczny blokują korki i jaką mamy pogodę. „Ruszcie się, ludziska! Zaczął się kolejny mglisty, upalny i duszny dzień w Wielkim Jabłku”. DJ z pewnością inaczej niż ja poradził sobie z niedzielną chandrą. A może po prostu lubił swoją pracę i wcale nie czuł potrzeby, żeby w nocy zapijać troski. Słyszałam, że niektórzy mają takie szczęście.

Wygłosiłam przed sobą przemowę zagrzewającą do boju, jak to czynię codziennie, zanim ruszę w stronę Cromwell Pierce – jednej z najprężniej działających instytucji Wall Street. „Dasz radę, Alex. Na pewno sobie poradzisz. Nie pozwolisz się złamać”. Gadanie do siebie weszło mi w nawyk, odkąd zaczęłam pracę przy Wall Street. Jeśli to szaleńcze tempo się utrzyma, przed trzydziestką zupełnie zeświruję.

Moje przerażenie spotęgowała świadomość, że ogromne opakowanie tabletek przeciwbólowych, które zażywam regularnie od sześciu miesięcy, stoi w łazience. A ponieważ pękała mi głowa, oznaczało to jedno – musiałam zwlec się z łóżka. Nie było innego wyjścia. Ciężko opuściłam stopy na zimną drewnianą podłogę. Wiedziałam, że za chwilę znowu wcisnę posiniaczone palce w czółenka na dziesięciocentymetrowych obcasach i poczuję się, jakby moje raptem dwudziestoczteroletnie kolana należały do schorowanej staruszki. Powlokłam się do łazienki, przesunęłam dłonią po ścianie, a kiedy trafiłam na włącznik, poraziło mnie światło z żarówek nad szafką z lekami. Jęknęłam żałośnie, zasłaniając moje cierpiące, zwężone źrenice przed oślepiającym blaskiem. Mrugałam tak długo, aż zniknęły niebieskie plamki, a ja mogłam się skupić na moim odbiciu w lustrze i ocenić skutki zalanej nocy. Tym razem zaćmienie byłoby pożądane. Z jakiegoś powodu dwa lata po ukończeniu studiów wyglądałam dużo bardziej mizernie niż po wypiciu podobnej ilości alkoholu w trakcie nauki na Uniwersytecie w Wirginii. Postanowiłam zwalić winę na żarówki.

Prawdopodobnie przez sporą część nocy spałam w tej samej pozycji, twarzą w dół, bo na jednym z policzków odcisnęły się ślady zmiętej pościeli. Moje długie, czarne włosy całe mi się poplątały i pewnie przynajmniej godzinę zajęłoby mi rozczesanie wszystkich kołtunów. Moja (zazwyczaj rumiana) cera wyglądała na bladą i odwodnioną, a pod zielonymi oczami pojawiły się worki i cienie. Stwierdziłam, że nie umyję zębów, dopóki nie doprowadzę do ładu swojej twarzy. Tego ranka zęby miałam zupełnie niebieskie, a usta pokrywały rubinowe zacieki. Między Bogiem a prawdą – pomalowane pomadką w takim odcieniu wyglądałyby świetnie. Ciekawe, czy ludzie z Sephory znaleźliby sposób na nadanie ustom takiego koloru bez potrzeby upijania się.

„Jeszcze pięć minut”, mamrotałam pod nosem, opierając się o ścianę pod prysznicem. Pozwalałam piekącej, gorącej wodzie obmywać moje jeszcze śpiące ciało i liczyłam na to, że to pomoże wyrwać je z odrętwienia. Zaczęłam się też zastanawiać, czy ludzie mogą spać na stojąco. Wiecie, tak jak krowy. Gdybym zasnęła pod prysznicem w innej pozycji, najpewniej po dwóch dniach odnaleziono by mnie martwą i osamotnioną – po tym, jak woda z zalanej łazienki przeciekłaby do mieszkania piętro niżej. Dozorca Juan wyważyłby drzwi, a jego oczom ukazałyby się dwie opróżnione butelki po winie, przepełniona niedopałkami popielniczka i chińska zupka o smaku kurczaka, leżące na stoliku, a w wannie odkryłby moje nagie ciało pomarszczone jak śliwka.

Och, nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Nie chciałabym zostać opisana w artykule „New York Post” jako dziewczyna, która utonęła na kacu we własnej wannie. Wyczołgałam się spod prysznica, założyłam spodnie w kolorze khaki i białą koszulę zapinaną na guziki. W szyi przewiązałam się jasną apaszką. Miałam nadzieję, że jeśli przynajmniej porządnie się ubiorę, nikt w biurze nie zauważy, że jeszcze nie wytrzeźwiałam. Od częstego picia wokół talii zrobiła mi się oponka, więc ubrania wyglądały na zbyt dopasowane – to jeden z wielu niepożądanych efektów ubocznych pracy na Wall Street. Cudownie. Rozejrzałam się w poszukiwaniu najpotrzebniejszych rzeczy: iPhone’a, portfela i kluczy.

Kiedy nie pamięta się momentu, w którym zeszłej nocy położyłeś się do łóżka, najgorszą i najtrudniejszą rzeczą po przebudzeniu będzie dopasowanie elementów układanki i namierzenie porozsypywanych fragmentów twojego życia. W końcu iPhone’a znalazłam za poduszką na sofie, a portfel – z niewiadomych powodów – leżał w lodówce. Za nic w świecie nie mogłam jednak zlokalizować kluczy. Nigdzie. A przecież moje mieszkanie, jak już wcześniej wspomniałam, do dużych nie należało. Utkwiłam wzrok w brudnej, przeładowanej popielniczce. Na pewno nie miałam w domu papierosów, bo rzuciłam palenie w poprzedni czwartek. To znaczy, że w nocy poczłapałam po paczkę do sklepu całodobowego, a ponieważ udało mi się dostać z powrotem do domu, klucze musiałam mieć wtedy przy sobie. Na szczęście alkohol nie wywołał stałego uszczerbku na moim zdrowiu i nie pozbawił mnie zdolności dedukcyjnego rozumowania. Po rekonstrukcji zdarzeń nie potrzebowałam wiele czasu na ustalenie miejsca, w którym je zostawiłam, a kiedy uchyliłam drzwi wejściowe, moje przypuszczenia się potwierdziły. Dlatego właśnie zdecydowałam się na zamieszkanie w budynku z pełnoetatowym portierem. W przeciwnym wypadku najpewniej zostałabym zamordowana we własnym łóżku, więc zdjęcie mojej twarzy tak czy siak ukazałoby się na pierwszej stronie gazety codziennej. Kolejne życiowe zwycięstwo.

Zgarnęłam z podłogi torbę na siłownię i porozrzucaną prasę, wybiegłam na zewnątrz i zatrzymałam taksówkę. W drodze czytałam nagłówki z okładki „Wall Street Journal”. Wynikało z nich, że podupada kolejny z wielkich banków inwestycyjnych, na giełdzie papierów wartościowych zapowiadają się największe od lat 20. XX wieku spadki w trakcie jednej sesji, a w sektorze finansowym nastąpią zwolnienia. To wcale nie sprawiało, że mniej bolała mnie głowa. Praca w dziale zajmującym się stałymi dochodami, szczególnie obligacjami państwowymi, niedawno zamieniła się w istną torturę. Obligacje skarbowe to najbezpieczniejsze miejsce, w którym można przechować pieniądze (oczywiście poza wciśnięciem ich pod materac), więc byliśmy urobieni po łokcie, bo każdy sprzedawał zapasy i papiery wartościowe w zamian za obligacje z gwarancją rządową. Ostatnie kilka miesięcy wypełniały nerwy i stresujące sytuacje. Założę się, że gdyby przeprowadzić sondę wśród grupy przypadkowych pracowników Wall Street, okazałoby się, że ostatnio większość z nich częściej sięgała po kieliszek. Nie wiem tylko, ilu z nich przyznałoby się do znalezienia o poranku portfela w lodówce. Ledwo pamiętam, jak wszystko wyglądało przed zaledwie paroma miesiącami, zanim zrobiło się naprawdę kiepsko i nie trzeba było wlewać w siebie alkoholu, żeby zasnąć. Nie zawsze taka byłam. Zerknęłam do telefonu – nieodebrane połączenia od dwóch najlepszych przyjaciółek, Annie i Liv. Nie musiałam nawet odsłuchiwać wiadomości, które zostawiły mi na poczcie głosowej, bo doskonale wiedziałam, co chciały mi przekazać. Obydwie martwiły się o mój stan psychiczny i na pewno niepokoiły je moje coraz częstsze wizyty w sklepie monopolowym.

Dwadzieścia minut później wyskoczyłam z taksówki jak poparzona i zaczęłam się przedzierać przez serię masywnych, złotych drzwi z dumnie wygrawerowanym napisem „Cromwell Pierce”. W drodze do ruchomych schodów starałam się stąpać lekko po posadzce, żeby stukanie moich obcasów nie odbijało się echem po przestronnym korytarzu. W myślach, w rytm klekotu szpilek, powtarzałam nową poranną mantrę: „Klik, klak, klik. Kilka godzin i po sprawie. Szybko minie, to raptem kilka godzin. Dasz radę. Na luzie. Klik, klak, klik. Może dzisiaj nie przyjdzie do pracy. Klik, klak, klik. Nie no, on na pewno jest dzisiaj w pracy. Zawsze jest. Pojebało cię, Alex. Zupełnie cię pojebało”.

Schyliłam głowę i wpatrywałam się w metalowe listewki, jadąc schodami na drugie piętro. Tuż przy nich czekała mnie konfrontacja z ochroniarzami. Musiałam położyć torbę na taśmie i pozwolić jej przejechać przez rentgen. Szczerze nienawidzę rentgenów. Któregoś razu miałam w torebce stringi (w tym momencie nie pamiętam dlaczego) i to był właśnie dzień, w którym kazano mi na oczach wszystkich opróżnić całą jej zawartość, żeby ochroniarz miał pewność, że przypadkiem nie wnoszę na teren biura jakiejś zamaskowanej broni. Ochronę na Wall Street przebija tylko ta w Białym Domu. Nie narzekam. Po prostu czasami wcale nie ma się ochoty pokazywać zawartości torby. To wszystko.

Winda była zapchana, a ja stałam wciśnięta między dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w idealnie wyprasowane spodnie i pastelowe koszulki polo. Nie mam pojęcia, kto wybierał obsadę do filmu Wall Street, ale ktokolwiek był za to odpowiedzialny, z pewnością nigdy nie zrobił rundki wokół Cromwell Pierce. Gdyby któryś z moich kolegów choćby z daleka przypominał Michaela Douglasa albo Charliego Sheena, przychodzenie do pracy sprawiałoby mi dużo więcej radości. Gapiąc się beznamiętnie na artykuły w „Journal”, przysłuchiwałam się ich rozmowie. Człowiek w błękitnym polo zapytał od niechcenia tego w żółtym:

– Byłeś gdzieś w ten weekend?

– Taaak, w Southampton. Grałem w golfa na Shinnecock w sobotę.

– Ach, piękne pole. I jak było?

– Miałem małe problemy z podkładką pod piłkę, ale poza tym całkiem dobrze, dzięki. A ty?

– Westhampton. Chciałem spędzić trochę czasu z rodziną, zanim mój syn wyjedzie na uczelnię w przyszłym tygodniu.

– O, nieźle. A dokąd?

– Uniwersytet Browna. Będzie grał w lacrosse.

– To fantastyczne. Na jakiej pozycji? Mój syn zaczął już drugi rok na Harvardzie.

– Harvard, hm? Wspaniale. Jest obrońcą. A twój?

– Mój gra na pomocy.

– Może kiedyś wybierzemy się razem na mecz? Będziemy dopingować dzieciaki, co?

– Oczywiście. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia sezonu. Bears kontra Crimson to będzie kapitalna rozgrywka.

Obydwaj zgodnie pokiwali głowami. Oczywiście to była tylko przykrywka prawdziwej rozmowy. Jak trochę się popracuje w tej branży, można łatwo rozszyfrować, że pod kożuszkiem wymiany uprzejmości kryła się mniej więcej taka konwersacja:

– Należę do droższego klubu golfowego niż ty, co oznacza, że zarabiam więcej od ciebie.

– Pieprzyć ciebie i twój słynny, ekskluzywny klub. Mój syn będzie grał w lacrosse w Lidze Bluszczowej.

– I co? Myślisz, że to czyni cię wyjątkowym? Mój syn już dawno gra w Lidze Bluszczowej.

– Super. Ale skoro twój dzieciak gra jako środkowy, to znaczy, że jest niższy i słabszy niż mój. Mam nadzieję, że zagrają kiedyś przeciwko sobie. Wtedy mój syn będzie miał okazję pokonać twojego w polu.

– Nigdy, przenigdy nie będziemy ze sobą rozmawiać w trakcie meczów. Nie odezwę się do ciebie ani słowem. Będę udawał, że cię nie znam i w życiu cię nie spotkałem.

– Harvard jest dla ciot.

– Do Browna chodzą same cipki.

Wiadomość z ostatniej chwili: pracuję w ogromnej piaskownicy, w której bawią się fatalne przypadki.

Nie zawsze się tak czułam. Jeszcze rok temu uznałabym taką rozmowę za zabawną. Obchodziłoby mnie, co dzieje się na giełdzie. Praca przynosiłaby mi satysfakcję. Ale rok 2008 był do dupy pod każdym względem.

ISzorstkoskóry i Ted Rozgwiazda

To żadna niespodzianka, że wylądowałam akurat w branży, w której dominują mężczyźni. Zawsze lubiłam się bawić z chłopakami. Uwielbiałam brudzić sobie ubrania, zdzierać kolana i łapać żaby. Wolałam grać na ulicy w baseball z trójką braci Callahan niż w klasy przed domem – z moją młodszą siostrą, Cat. Nasi rodzice pękali ze śmiechu, kiedy wracałam do domu cała umazana błotem. Stanowiłam całkowite przeciwieństwo cichej, spokojnej siostrzyczki, której do szczęścia wystarczały skakanka i kolorowa kreda. Z początku młodzi Callahanowie nie mieli nic przeciwko mojemu towarzystwu. Bo niby dlaczego? W końcu byłam łatwym przeciwnikiem i pomagałam umocnić braciom ich – wciąż jeszcze kruche – męskie ego. Do czasu. Któregoś razu odbiłam piłkę tak mocno, że doleciała aż do prawego pola (czyli linii żywopłotu rosnącego przy głównym trawniku Callahanów). To był potężny, świszczący strzał. Nie do złapania. Biegłam, ile sił, zaliczając kolejne bazy, moje chude kolana zahaczały jedno o drugie. Gdy w końcu znalazłam się na ostatniej, zaznaczonej przez ręcznik kuchenny, zaczęłam radośnie skakać. To było moje zwycięstwo, udało mi się ograć starszych, wyższych, szybszych i silniejszych ode mnie chłopców. Jednak Benny’emu Callahanowi wcale się to nie podobało. Miał wtedy dziesięć lat i był najtwardszy z naszej paczki. Czuł to, co większość chłopaków (a później i mężczyzn) pokonanych przez dziewczynę.

– Nie chcę więcej grać z tym babsztylem. Dlaczego nie pójdziesz bawić się lalkami?

– Nie bądź frajerem! – krzyknęłam. To była moja pierwsza lekcja, że każdy sukces – duży czy mały – zawsze wiąże się z tego typu konsekwencjami.

– Idź do domu! Twoi rodzice pewnie cię nawet nie chcą i to dlatego masz męskie imię. Mama mi powiedziała, że woleli, żebyś była chłopcem.

– Nieprawda! Alex to imię dla dziewczynki!

– Alexandra to imię dla dziewczynki. Chłopaka można nazwać Alex. Twoi rodzice cię nie lubią i my tak samo!

Nigdy przedtem nie zastanawiałam się nad brzmieniem mojego imienia. Rzeczywiście mówili na mnie Alex, a nie Alexandra. Zabolało.

– Nienawidzę cię! – zawyłam, a radość z mojego baseballowego sukcesu w mig wyparowała.

Pędziłam wzdłuż uliczki, w stronę zachodzącego słońca i szybko zniknęłam za linią horyzontu. Do domu dobiegłam akurat wtedy, gdy tata wrócił z pracy.

– Co się stało? – zapytała mama i mocno mnie przytuliła. – Uderzyłaś się podczas gry w baseball?

– Nie – szlochałam, wyrywając się z jej objęć. – Benny powiedział, że mam chłopięce imię i że nie nazwaliście mnie Alexandra, bo chcieliście mieć syna! – zapłakałam głośno; tak głośno jak ośmiolatka, której właśnie uświadomiono, że rodzice jej nie kochają.

Ojciec klęknął przede mną na podłodze i próbował mnie pocieszyć.

– To nieprawda – zapewniał mnie. – Masz na imię Alex, bo to imię jest wyjątkowe – tak jak ty. Na świecie będą biegać miliony Alexander, ale tylko jedna Alex.

– Nie wierzę ci! – Chlipnęłam histerycznie i wybiegłam z pokoju.

Nie mogłam sobie wyobrazić dalszego życia w tamtym domu. Jak do momentu ukończenia szkoły wytrzymać pod jednym dachem z ludźmi, którzy wcale mnie nie chcieli?

Rodzice znaleźli mnie na tapczanie zwiniętą w kłębek.

– Hej, może chcesz jutro pojechać ze mną do pracy? – zapytał tata.

– Nie mogę – skwitowałam. – Mam szkołę.

– A gdybyś nie musiała iść na lekcje? Zamiast tego popracujesz ze mną, spędzimy razem dzień. Co ty na to?

Spojrzałam na mamę w poszukiwaniu aprobaty, żeby nazajutrz pojechać do Nowego Jorku. Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

– Naprawdę? – Chciałam się upewnić.

Niewiele wiedziałam o miejscu pracy mojego ojca. Kiedyś pojechałyśmy z mamą odebrać go z peronu. Siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu i czekałam, aż pociąg się zatrzyma. Gdy już zahamował, wysypał się z niego tłum mężczyzn w garniturach, krawatach i długich płaszczach. Energicznym krokiem kierowali się w stronę schodów wiodących na parking. Z pociągu wyszło także kilka kobiet. Trzymały stylowe skórzane aktówki, a na nogach – mimo że były ubrane w spódnice i dopasowane żakiety – miały skarpetki i trampki. Te kobiety wyglądały na bardzo ważne osoby. Nie mogłam się doczekać dnia, w którym weszłabym do przedziału razem z dorosłymi, ściskając w rękach własną teczkę.

Wytarłam oczy rękawem i zapytałam:

– Pojedziemy do miasta pociągiem?

– Masz to jak w banku. Pojedziemy rano do Nowego Jorku, żebyś mogła zobaczyć, gdzie pracuję. Potem wybierzemy się na lunch, a później do sklepu z zabawkami FAO Schwarz. Dobry pomysł?

Brzmiało nieźle. Kto by potrzebował małych Callahanów, kiedy są nowe zabawki?

Wizyty w Nowym Jorku stały się naszym małym rytuałem. Tata zabierał mnie do swojego biura kilka razy w ciągu roku, jeszcze przed oficjalnym Dniem Zabierania Córki do Pracy. Jechaliśmy pociągiem ze stacji Connecticut do Grand Central Station, a potem jeszcze kilka przystanków metrem do Wall Street, gdzie ojciec pracował jako bankier w Sterling Price. Siadałam przy jego stanowisku i bawiłam się wszystkimi gadżetami leżącymi na biurku – tata miał dwie różne klawiatury i więcej linii telefonicznych na wyłączność niż ja przyjaciół. W luźniejsze dni pozwalał mi obserwować dorosłych podczas pracy w biurze, a z bufetu piętro niżej mogłam pochłaniać nieograniczone ilości cukierków i ciasteczek. Blask Wall Street olśnił mnie już przy pierwszej wizycie. Od razu się uzależniłam. To miejsce tętniło życiem jak żadne inne, w którym kiedykolwiek miałam okazję przebywać – w końcu Wall Street było i jest ekonomicznym epicentrum świata. Każdy zmierzał dokądś w określonym celu – nigdy nie zauważyłam spacerującego swobodnie przechodnia ani osoby mimochodem zerkającej na witryny sklepów ciągnących się wzdłuż poplątanych uliczek. Nie było na to czasu. Na Wall Street czas to pieniądz, a pieniądze zaprzątały myśli wszystkich ludzi, którzy tam pracowali: jak je zarobić, jak je zatrzymać i jak sprawić, żeby konkurent miał ich mniej. To było elektryzujące.

– Szybko, Alex! Nie rozglądaj się tak, bo potrąci cię samochód!

Tata machał do mnie, żebym przedzierając się przez tłum, nie straciła z oczu jego granatowej marynarki. Mężczyźni z Dzielnicy Finansowej z dumą nosili prążkowane – czuli się Jankesami Dolnego Manhattanu. Wszyscy i wszystko, co zobaczyłam w centrum miasta, wyglądało na kosztowne: włoskie garnitury, jedwabne krawaty od Hermèsa, błyszczące skórzane buty. Gdy po raz pierwszy na własne oczy ujrzałam budynek Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych, czułam się jak przed Partenonem. Na wietrze dostojnie łopotała amerykańska flaga przytwierdzona do jednej z wielu jońskich kolumn, które podtrzymywały monumentalny budynek. Miałam zaledwie osiem lat, ale już czułam się częścią czegoś niezwykle ważnego. Czegoś szczególnego. Żal mi było ludzi, którzy nigdy nie znaleźli się na tyle blisko, żeby wiedzieć, co tracili, a sama cieszyłam się, że nie jestem jedną z tych nieszczęsnych osób. Postanowiłam nigdy nie dopuścić, żeby to się zmieniło.

Ojciec nie miał pojęcia, że dni spędzone z nim w pracy wpłyną na moje dalsze życie. On i wszyscy goście z Wall Street nazywali przemysł finansowy „Wielkim Biznesem”, jakby ich branża była najważniejsza na całym globie. Właściwie tak właśnie myśleli. Kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg biura mojego taty, już wiedziałam, że chcę się zajmować tym samym, co on. Rodzice zawsze żartowali, że rozpiera mnie energia. Czasami miałam jej wręcz za dużo – nauczyciele w podstawówce ciągle zwracali mi uwagę, bo rozmawiałam w trakcie lekcji, biegałam po korytarzach, nie potrafiłam znaleźć różnicy między moim „wewnętrznym” a „zewnętrznym” głosem. Dostosowanie się do szkolnych zasad sprawiało mi trudność. Mimo wszelkich starań nie udawało mi się trzymać na wodzy wigoru, z czasem zaczęłam się martwić, że w dorosłym życiu ta przypadłość przerodzi się w prawdziwy problem. Ale w siedzibie Sterling Price wszyscy biegali po korytarzach. Poza tym z moich obserwacji wynikało, że nie ma czegoś takiego, jak wewnętrzny głos – w biurowcu panował harmider, ludzie nieprzerwanie rozmawiali i odbierali telefony. Wydawało mi się, że Sterling Price to gigantyczny plac zabaw dla dorosłych, gdzie można robić wszystko, na co właśnie przyjdzie ochota. Bardzo mi się to podobało! Wreszcie znalazłam miejsce, w którym wszystkie cechy czyniące mnie trudnym dzieckiem, okazywały się zaletami. Miałam wrażenie, że do niego właśnie należę. Wkrótce moim największym i jedynym marzeniem stała się praca przy Wall Street – nigdy nie chciałam zostać baletnicą, astronautką ani nauczycielką. Byłam ośmiolatką, która już postanowiła, że gdy dorośnie, spróbuje swoich sił w finansach. To czyniło mnie dziwnym, przedwcześnie dojrzałym, „interesującym dzieckiem”. Moje fascynacje bawiły nauczycieli, mama twierdziła, że na pewno z nich wyrosnę – ale dla mnie nie było już odwrotu. Nie miałam pojęcia, jaką wybrać uczelnię – ba, w czwartej klasie nie potrafiłam nawet zdecydować, jaki chcę kolor teczki. Jednak doskonale wiedziałam, co chcę robić w życiu, a kiedy raz coś postanowiłam – nie było siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed realizacją planu.

Kolejnych dwanaście lat poświęciłam myśli o pracy przy Wall Street. Początkowo dlatego, że uznałam to po prostu za fajne zajęcie, jednak na studiach uświadomiłam sobie coś więcej. Pochodziłam z dobrze sytuowanej rodziny, mój ojciec nieźle zarabiał jako bankier i nigdy nie musieliśmy się martwić o pieniądze. Dopiero wtedy, gdy zaczęłam naukę na Uniwersytecie w Virginii, zdałam sobie sprawę, jak wielu studentów musiało zaciągać pożyczki, żeby się utrzymać. Ze mną było inaczej. Niektórzy moi rówieśnicy nie wracali do domów na Święto Dziękczynienia ani Wielkanoc, bo bilety lotnicze do ich rodzinnych miejscowości były zbyt drogie. Ja nawet nie sprawdzałam cen przed dokonaniem rezerwacji. Ludzie z mojej uczelni sami na siebie zarabiali. Ja miałam kartę kredytową rodziców. W końcu do mnie dotarło, że praca mojego taty zapewniła mi luksusy, o których nie miałam pojęcia, dopóki nie opuściłam hermetycznego kokonu przedmieść Connecticut i wkroczyłam w prawdziwy świat. A przecież uniwersytet to nie był nawet do końca „prawdziwy świat”. Przejrzałam na oczy i trochę się przestraszyłam. Nie chciałam wieść dorosłego życia bez tych wszystkich wygód z dzieciństwa. Nie chciałam się martwić płaceniem rachunków po uzyskaniu dyplomu albo skończyć jako kobieta całkowicie zależna od swojego męża. Bez względu na moje małżeńskie przeznaczenie chciałam zapewnić moim dzieciom błogie życie od samego początku – takie jakie sama wiodłam. Pragnęłam tego najbardziej na świecie, a Wall Street mogło mi to zagwarantować. Poza tym chyba nikt nie pakuje się w Wielki Biznes tylko dlatego, że jego pasją jest giełda i lubi zakłady, prawda? Każdy liczył na zabezpieczenie finansowe. Ja też potrzebowałam stabilizacji, więc na ostatnim roku studiów złożyłam CV w uczelnianym centrum biznesowym i rozpoczęłam poszukiwania instytucji, w których mogłabym zacząć karierę.

Zapoznałam się z zasadami firm maklerskich z czołówki Wall Street i szybko zdecydowałam – Cromwell Pierce to miejsce dla mnie. Mój ojciec pracował w Sterling Price, u największego rywala Cromwell. Podczas gdy Sterling uznawano za staroświecką firmę o sztywnych zasadach, Cromwell zyskiwał reputację idącego z duchem czasu, bardziej otwartego na ludzi i elastycznego miejsca. Ich siedziby znajdowały się z dala od śródmieścia – mekki turystów odwiedzających Manhattan – za to bliżej nadbrzeża. Aplikowałam na stanowisko w dziale sprzedaży i kupna akcji zamiast w bankowości inwestycyjnej. W profesji mojego taty nie podobało mi się jedynie to, że spędzał w biurze skandalicznie dużo czasu. Sam mnie ostrzegał, że na początku pracodawca będzie ode mnie wymagał pracy przez szesnaście godzin dziennie i dyspozycyjności nawet w weekendy. Sprzedawcom zapewniano bardziej ludzkie warunki – zmiany trwały krócej, a weekendy zazwyczaj były wolne. Wybór odpowiedniej sekcji nie należał zatem do trudnych. Mama wysłała mi czarną spódnicę, w której wyglądałam jak Barbie z Korporacji, jednak przyzwoity strój był niezbędny, żeby wywrzeć dobre wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Do przesłuchania zgłosiła się ponad setka studentów, a w Cromwell oferowali zaledwie trzy wolne stanowiska – nic więc dziwnego, że w poczekalni kampusowego biura rosnące napięcie było doskonale wyczuwalne. Do rozmowy szykowałam się z należytą starannością: codziennie przez dwa tygodnie czytałam „Wall Street Journal”, oglądałam wiadomości ekonomiczne na CNBC, żeby zaznajomić się z branżowym żargonem (część słownictwa nie była mi obca dzięki tacie) i zbierałam jak najwięcej informacji na temat samego Cromwell Pierce. Czułam się przygotowana – a przynajmniej tak mi się wydawało.

Kiedy usłyszałam swoje nazwisko i zaprowadzono mnie do małego pomieszczenia bez okien, ugięły mi się nogi. Zaczęłam się bać, bo nie wiedziałam, czego się spodziewać. Za masywnym mahoniowym stołem siedzieli dwaj panowie w średnim wieku. Usiadłam naprzeciwko nich, wzięłam głęboki oddech, uśmiechnęłam się i skromnie położyłam dłonie na udach.

Pierwszy przemówił mężczyzna po prawej – Ted Jakiśtam, blondyn o szerokich barkach, który nosił różowy krawat z żółtą rozgwiazdą.

– Więc, panno Alex… podobno ukończyła pani finanse na uniwersytecie. Czy uważa pani, że dzięki studiom jest pani wystarczająco przygotowana do pracy przy Wall Street?

– Cóż, szczerze mówiąc – nie. Nie sądzę, żeby mi to zapewniły. Oczywiście znajomość podstaw może pomóc, ale z tego, co się orientuję, nie istnieje na świecie kurs, który zagwarantowałby mi gruntowne przygotowanie do pracy przy Wall Street.

Tylko praktyka jest w stanie czegoś nauczyć.

Obaj nieznacznie pokiwali głowami.

Przyszła kolej na pytanie od pomocnika Teda – nieco starszego, siwiejącego już mężczyzny o szorstkiej skórze.

– Jaki jest pierwiastek kwadratowy z dwóch?

„Pierwiastek z dwóch? Czy to się w ogóle da obliczyć?”, pomyślałam. Pierwiastek z jakiejś liczby to inna liczba pomnożona przez siebie. Więc pierwiastek z szesnastu to cztery, a pierwiastek z czterech – dwa. Ale ile, do diabła, wynosi pierwiastek z dwóch? To nie może być jedynka, bo jeden razy jeden wciąż równa się jeden! Wobec tego to jakaś liczba większa od jednego, ale mniejsza od dwóch. Ułamek. Cholera, Szorstkoskóry skrzywił się ironicznie. Wtedy do mnie dotarło.

– Pierwiastek kwadratowy z dwóch jest pierwiastkiem kwadratowym z dwóch pomnożonym przez siebie. Nie wiem dokładnie, co to za liczba, ale pomnożona przez siebie wyniesie dwa.

Szorstkoskóry uśmiechnął się z aprobatą i odchylił na oparciu krzesła, a Ted pogładził swój różowy krawat.

– Ciekawa odpowiedź. Ma pani unikatowy tok rozumowania, panno Garrett. Lubimy to w Wielkim Biznesie. Kreatywność to niezwykle istotna cecha, której nie da się wyuczyć. Albo się ją ma, albo nie.

– Dziękuję. – Odetchnęłam z ulgą.

Założyłam nogę na nogę – na wysokości kostki porwały mi się rajstopy.

Ted Rozgwiazda patrzył na mnie z uwagą.

– Wyciska pani pastę do zębów od dołu czy od góry tubki?

Poruszyłam się nerwowo. „Co to, u licha, ma wspólnego z biznesem?”.

– Słucham? – dopytywałam zmieszana.

– Czy wyciska pani pastę do zębów od góry, czy od dołu tubki?

Dobra, serio – co to za pojebana rozmowa kwalifikacyjna? Postanowiłam odpowiedzieć szczerze, bo próby wykrycia zamiarów tych dwóch jegomościów wydawały się daremne.

– Ja, hm, nie wyciskam. Używam pasty z pompką.

Szorstkoskóry zaśmiał się na głos.

– Jest pani pierwszą osobą, która nie usiłowała trafić w jedną z dwóch możliwości.

– A czy w ogóle istnieje poprawna odpowiedź?

– W istocie – przytaknął Rozgwiazda. – Jednak teraz to już kwestia sporna, Pompkowa Dziewczyno.

„Pompkowa Dziewczyno?”. Chyba nie chciałam być w ten sposób nazywana.

Reszta rozmowy poszła gładko. Omówiliśmy moje CV i rodzinne pochodzenie. Prawdopodobnie dzięki tacie-bankierowi zyskałam kilka dodatkowych punktów. Po wyjściu z centrum biznesowego miałam dobre poczucie, że spotkanie z Szorstkoskórym i Tedem Rozgwiazdą wypadło całkiem nieźle.

Dwa tygodnie później dostałam wiadomość z ofertą podjęcia pracy jako analityk w programie na 2006 rok. Przypisano mnie do oddziału obligacji państwowych, miałabym się zajmować stałym dochodem.

Od lipca.

Moje największe marzenie się spełniło.

„Strzeż się, Wall Street – pomyślałam. – Oto nadchodzę!”.

Ponieważ nie było siły, która zmusiłaby mnie do codziennego wstawania o piątej rano i łapania pociągu z Connecticut do Wielkiego Jabłka, postanowiłam wynająć mieszkanie w mieście. Na szczęście nie byłam sama – moja najlepsza przyjaciółka, Liv, również się wyprowadzała, więc dwa tygodnie po obronie dyplomów kursowałyśmy po całym Manhattanie w poszukiwaniu dachu nad głową. Potrzebowałyśmy czegoś niedrogiego i przede wszystkim bez szczurów. Wreszcie się udało – trafiłyśmy na kawalerkę odpowiednią dla dwóch osób. Piętnastego lipca przyjechałyśmy z walizkami na Murray Hill i podzieliłyśmy salon na dwie sypialnie prowizoryczną ścianą. Ja dostałam większą część, a Liv zamieszkała w kącie nie większym niż więzienna cela – za to z lepszą podłogą. Salon ledwo mieścił sofę, stolik i kilka osób. Maksymalnie cztery. Gdybyśmy połączyły z Liv nasze miesięczne pensje, wyszłoby nam więcej niż sto tysięcy dolarów, czyli grubo ponad standardowe zarobki, a jednak wciąż żadna z nas nie mogłaby sobie pozwolić na samodzielne mieszkanie. Wynajem nie należał niestety do jasnych stron życia w Nowym Jorku. Liv dostała pracę w innym banku (w dziale zasobów ludzkich), dlatego obydwie potrzebowałyśmy nowego adresu na Manhattanie, który pozwoliłby nam uniknąć porannego przemierzania wielu kilometrów.

Załadowałyśmy nasz niewielki dobytek do windy i pojechałyśmy na dwunaste piętro. Pomagała nam nasza przyjaciółka, Annie. Z nią zapoznałam się już na pierwszym roku, właściwie tuż po rozpoczęciu przygody na Uniwersytecie Virginia. Mieszkałyśmy na tym samym piętrze w akademiku. Którejś nocy ukradłyśmy sofę z korytarza i ustawiłyśmy ją w pokoju Annie. Tydzień później znaleziono łóżko i niestety za karę Annie przez miesiąc musiała segregować listy na poczcie uniwersyteckiej. Jednak nigdy mnie nie wsypała i właśnie za to ją kocham.

Annie postanowiła studiować najdłużej, jak się da, więc zapisała się na studia magisterskie z psychologii na Uniwersytecie Nowojorskim.

A kiedy wyznałyśmy jej z Liv, o której rano musimy się zrywać jako „kobiety pracujące”, była pewna, że podjęła dobrą decyzję, i wcale nie spieszyło się jej do świata karierowiczów.

– Myślicie, że uda wam się wstawać codziennie o 5.30 i nie zamienić się w zombie przed porą obiadową? – zapytała. – To jakaś katorga.

Spojrzała na mnie tak, jak ja patrzę na ludzi po czterdziestce, którzy jeszcze nie wzięli ślubu: z nieukrywaną litością. Usiadła w naszym świeżo wynajętym salonie i założyła za uszy swoje blond loczki.

Annie jako dziecko trenowała gimnastykę, dzięki czemu była smukła i giętka.

Gdybym nawet żyła na samych marchewkach, nigdy nie mogłabym wypracować takiej figury. Wiem to z autopsji – próbowałam na pierwszym roku.

– Na pewno się przyzwyczaję – odparłam, upychając w szafie swetry.

– Ja bym raczej umarła – skwitowała Annie.

– Jesteś podekscytowana? – zapytała Liv, która akurat rozcinała kartonowe pudła i układała je płasko przy regale z książkami. Strzepnęła kurz ze swoich obcisłych szortów i wytarła pot z czoła rękawem. – Ja drżę na samą myśl o rozpoczęciu tej pracy.

– Ja się czuję dość podniecona. Oczywiście też trochę zestresowana. To jak pierwszy dzień szkoły – nowi ludzie, nowe miejsca. Mam tylko nadzieję, że niczego nie spieprzę na starcie.

– Będzie dobrze – zapewniała nas Annie. Zbierała się już do wyjścia, sama mieszkała w zachodniej części miasta. Kawalerkę utrzymywali jej rodzice. Przytuliła mnie szybko i pomachała Liv na do widzenia, kierując się do windy. – Zadzwońcie do mnie jutro i opowiedzcie, jak poszło! – zawołała przez ramię.

Pomogłam Liv wyrzucić resztki kartonów, a kolejne kilka godzin spędziłyśmy na rozpakowywaniu walizek, sprzątaniu, czyszczeniu, wieszaniu ubrań, prasowaniu, szorowaniu, składaniu i dyskutowaniu na temat naszego pierwszego mieszkania na Manhattanie. Naszego, na wyłączność. Położyłam się spać o 21.30, zostawiając jeszcze wiele nierozpakowanych pudeł. Modliłam się, żeby mój pierwszy tydzień w pracy był udany. „Jestem pewna, że nie pójdzie tragicznie – upewniałam się. – To tylko praca. Niby dlaczego ma być źle?”.

IIJest urocza. Może bym się z nią przespał?

Pierwszego dnia byłam tak podekscytowana, że z trudem łapałam oddech. Wciąż nie mogłam uwierzyć w spełnione marzenie, które zrodziło się wiele lat temu – w mojej ośmioletniej główce. A jednak udało mi się osiągnąć cel i byłam gotowa robić wszystko, czego wymagało się od pracowników w tym wielkim biurowcu.

Razem z grupą świeżo upieczonych analityków zostałam zaproszona do sali konferencyjnej. Przyjrzałam się twarzom nowych adeptów – mówiły jedno. Wszyscy ci młodzi ludzie zjawili się tam dla pieniędzy (i „rabatów” na zakup akcji), dlatego zaczęłam się martwić, że moje sentymentalne motywacje, dziecięce marzenia i chęć pójścia w ślady ojca zepchnął mnie na najniższy szczebel konkurencji. Na pewno każdy z nich w wieku dwunastu lat znał już na pamięć ciąg Fibonacciego.

Moje podniecenie stopniowo zaczęło się przeradzać w strach, aż w końcu po paru minutach siedzenia w sali konferencyjnej ogarnęło mnie kompletne przerażenie. Czekaliśmy w ciszy. Wreszcie przy ambonie zjawiła się otyła kobieta o czarnych, kręconych włosach i ustach pomalowanych jaskrawą szminką.

– Witajcie w Cromwell! – przemówiła z entuzjazmem. – Mam na imię Stacey, jestem szefową Działu Zarządzania Zasobami Ludzkimi. – Jej usta w kolorze fuksji na chwilę ułożyły się w niezbyt przekonujący uśmiech. – Zadbajcie o to, żeby wasze identyfikatory były dobrze widoczne przez najbliższy tydzień. To pomoże wam się lepiej poznać, szybciej zapamiętacie swoje imiona. Proszę, zajrzyjcie teraz do folderów informacyjnych.

Posłusznie otworzyliśmy granatowe teczki leżące na stole przed nami i zaczęliśmy wertować ich zawartość.

– W środku znajdziecie egzemplarz podręcznika dla zatrudnionych zawierający wszelkie zasady pracy w Cromwell, czyli to, co powinniście, a czego nie wolno wam robić. Wyróżnione zostały wykroczenia, które grożą utratą posady. Poza tym poradnik opisuje najczęstsze problemy natury moralnej, z jakimi borykają się młodzi analitycy – tacy jak wy – oraz propozycje ich rozwiązania. Zwróćcie szczególną uwagę na rozdział dotyczący komunikacji elektronicznej. Wysyłane przez was e-maile nie powinny zawierać treści, których powstydziłby się „Wall Street Journal”. Jeśli uznacie, że coś mogłoby skompromitować firmę lub was, nie piszcie tego. Jeśli otrzymacie wiadomości opatrzone niestosownymi zdjęciami, skasujcie je. Jeśli jednak zdecydujecie się na nie odpowiedzieć, pamiętajcie, że zostaniecie potraktowani adekwatnie do stopnia, w jakim nadesłane materiały były sprzeczne z regułami obowiązującymi w Cromwell, i prawdopodobnie pożegnacie się z zatrudnieniem. Lepiej dokładnie zapoznajcie się z lekturą, bo od tego momentu macie obowiązek znać wszystkie zasady na wyrywki. Wymówka, że złamaliście którąś z nich przez NIEWIEDZĘ, nawet nie wchodzi w rachubę. Czy wszyscy zrozumieli?

Siedzieliśmy w absolutnym milczeniu. Kilku nadgorliwych analityków z pierwszego rzędu skinęło głowami, ale Stacey najwyraźniej nie spodobała się nasza niemrawa reakcja. Oparła się na łokciach i wychylając się z ambony, zapytała ponownie, tym razem głośniej.

– Czy to jest zrozumiałe? – Cedziła sylaby przez zęby.

– Tak jest! – zawołaliśmy.

„Co to ma być? Przedszkole? – zastanawiałam się. – Masz nas w garści, Stacey. Spokojna głowa, zakumaliśmy”.

– Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania, foldery informacyjne zawierają nazwiska i numery kontaktowe szefów poszczególnych działów. Sprawdźcie, na które piętra powinniście się kierować. Przy windach będą na was czekać odpowiednie osoby i zaprowadzą was na stanowiska. Z mojej strony to tyle – życzę miłego dnia i jeszcze raz witam na pokładzie Cromwell Pierce. Właśnie staliście się częścią jednej z najbardziej poważanych firm w branży.

Wstaliśmy. Popłynęłam z tłumem w stronę wind. Po drodze doliczyłam się siedmiu innych dziewczyn. Reprezentantki Ligi Bluszczowej kroczyły dumnie na czele naszej grupki jak popularne przywódczynie żeńskich bractw z liceum. Tylko ja ukończyłam Uniwersytet w Virginii – ich zdaniem stojący niżej pod względem poziomu kształcenia. Dlatego czułam się jak wyrzutek. Nie do końca w takim nastroju chciałam rozpocząć swój pierwszy dzień w pracy…

Hierarchia w większości instytucji Wall Street była jasno nakreślona. Przez kilka pierwszych lat harujesz jako analityk, starasz się przy okazji jak najwięcej nauczyć i dbasz o to, żeby reszta „załogi” zawsze na czas otrzymywała zamawiany lunch. Potem awansujesz na stanowisko asystenta, następnie stajesz się kolejno: wiceprezesem, kierownikiem, dyrektorem zarządzającym, aż w końcu można cię tytułować – jak sądzę – członkiem komitetu wykonawczego. Zresztą w tamtym momencie nazwy ostatnich szczebli korporacyjnej drabiny i tak nie miały dla mnie większego znaczenia, bo jako najmłodsza z najniżej postawionych pracowałam dla WSZYSTKICH. Tego się trzymałam – podobno nie warto było ryzykować samozwańczego awansu.

Byłam jedną z grupy dziesięciu młodych analityków, którzy zrobili krok do przodu, kiedy drzwi windy otworzyły się na jedenastym piętrze. Każdemu z nas przypisano inną funkcję w dziale zarządzania stałymi przychodami. W holu czekali na nas ludzie – dziwnym trafem doskonale wiedzieli, który nieświadomy niczego przedstawiciel świeżego narybku należał do nich. Gdy tylko moje stopy zetknęły się z marmurową posadzką, zaszedł mi drogę postawny brunet o skandalicznie zielonych oczach. Był bardzo uprzejmy, ale na swój sposób również szorstki, co dodawało mu atrakcyjności. Wykazywał się nienagannymi manierami, jednak w nieco surowy sposób egzekwował, żeby ciągle skupiać na nim swoją uwagę. Irytują mnie tacy mężczyźni. Doszłam do wniosku, że jest po czterdziestce, bo na skroniach połyskiwały mu siwe włosy. Ale w sumie trudno powiedzieć. Sprawiał wrażenie, jakby zamiast kropelek potu (jak u normalnej osoby) z porów jego skóry wydobywała się charyzma. Dokładnie wyprasowane spodnie w kolorze khaki, koszula w niebiesko-białą kratkę i tweedowy blezer leżały na nim wręcz idealnie. Wyglądał jak wersja Kena z krwi i kości. Wyciągnął do mnie rękę na powitanie i wtedy spostrzegłam, że ma krótkie i grube palce – mimo to skóra jego dłoni była gładziutka, a paznokcie wypielęgnowane. Interesująca dychotomia: człowiek ociekający męskością, który cenił dobrze wykonany manikiur. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z prawowitym sprzedawcą z Cromwell, a co ważniejsze – z Edem Ciccone we własnej osobie, znanym jako Chick. Moim szefem.

Chick był giełdowym weteranem sprzedaży. Przepracował w branży dwadzieścia lat, z czego piętnaście na tym konkretnym piętrze Cromwell. Był piekielnie bystry, cholernie ambitny i uwielbiał rywalizację. Potrafił sprzedać dosłownie wszystko. Na Wall Street słynął także z rozrzutności, podobno był z niego niezły imprezowicz. Co jednak istotne – niemal nie potrzebował snu. Funkcjonował nieustannie na pełnych obrotach, miał na koncie mnóstwo sukcesów, a przy boku mnóstwo kolegów. Przy tym wszystkim po prostu przerażał. Nie tracił czasu na zbędne formalności – ledwo uścisnął moją dłoń na powitanie, a już odwrócił się na pięcie i poprowadził do działu sprzedaży. To było ogromne pomieszczenie zajmujące obszar niemal całego jedenastego piętra – oprócz holu, stoiska z kawą na prawo od windy, przed którym tłoczyli się żądni kofeiny pracownicy, oraz paru małych gabinetów. Z każdego miejsca dobiegały krzyki, zaczęły mi się pocić dłonie. Wydawało mi się, że wszędzie panuje bałagan. Ludzie mknęli chaotycznie przez korytarz, uderzając obcasami o posadzkę. Tupot dosłownie na chwilę tłumiła leżąca w przejściu wykładzina. Dziewięćdziesiąt procent przemykających mi przed oczami osób stanowili mężczyźni. Gadali, śmiali się, przeklinali. Niektórzy nosili krawaty i marynarki. Większość wybierała spodnie khaki. Jednak wszyscy bez wyjątku mieli nastroje wymalowane na twarzach. Lawirowaliśmy między nimi, idąc klatką schodową w dół. Dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyłam olbrzymie banery wiszące przy suficie – widniały na nich osiągnięcia konkretnego działu na przestrzeni lat. Przypominały te z Madison Square Garden upamiętniające wyniki z mistrzostw. Doszliśmy do gigantycznego pokoju. Tak dużego, że dziewczyna – taka jak ja – z łatwością mogłaby się w nim zgubić i trzeba by było wysłać na poszukiwania grupę psów tropicieli z oddziału nowojorskiej policji. Czułam, że trzęsą mi się nogi.

Chick mówił strasznie szybko, jakby jego płuca nie potrzebowały tlenu do wyplucia takiej ilości słów na minutę. Z jego twarzy nie znikał przyjazny uśmiech, był wobec mnie bardzo serdeczny, ale jednocześnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jeśli coś spieprzę, Ciccone zadba o to, żebym do końca swojej kariery w Cromwell segregowała przesyłki kurierskie. Skręciliśmy w lewo, zeszliśmy po schodach i trafiliśmy na korytarz, wzdłuż którego ciągnęły się biura z przeszklonymi drzwiami. Obok każdego widniała mała plakietka z nazwiskiem osoby zajmującej dane stanowisko – taki mały znak renomy odróżniający osobę za szybą od tych, którzy przez nią zaglądają. Tylko starsi członkowie ścisłego kierownictwa mogli liczyć na odrębne gabinety – na piętrze stanowili prawdziwą rzadkość. Pozostali pracownicy musieli się zadowolić kawałkiem biurka ustawionym gdzieś na terenie działu: zero prywatności, żadnych bezpośrednich połączeń telefonicznych, brak szans na chwilę w osamotnieniu – chyba że zamkniesz się w toalecie. Chick oczywiście nie był jednym z tych nieszczęśników.

Przelotem przedstawił mi swoją sekretarkę – Nancy – po czym otworzył masywne drzwi z grubego szkła. Przekroczyłam próg biura Cicconego. Moim oczom ukazało się wielkie okno z niczym niezakłóconym widokiem na Statuę Wolności i Ellis Island. Fotografowie z powodzeniem mogliby wykorzystać gabinet Chicka do robienia zdjęć na pocztówki sprzedawane przy Times Square. Może nawet ktoś się na to zdecydował. Gdybym ja miała gabinet z taką panoramą, przesiadywałabym w nim całe dnie – w przeciwieństwie do mojego szefa. Biuro sprawiało wrażenie, jakby Chick rzadko tam zaglądał – polakierowane na wysoki połysk biurko i aerodynamiczne krzesło stały na środku, naprzeciwko nich znajdowały się jeszcze dwa fotele ze skórzanymi oparciami. Ściany sąsiadujące z innymi gabinetami były kompletnie puste, chociaż Ciccone mógł wyjść z założenia, że przy takim krajobrazie za oknem wszelkie inne ozdoby są zbędne. Zerknęłam na blat biurka – stały na nim monitor z dwiema klawiaturami oraz telefon. Poza tym całe było zawalone papierami i nieuporządkowanym stosem książek. Pusty kosz na śmieci służył za zestaw do minikoszykówki. Wisiał na ścianie z prawej strony, tuż obok sporego akwarium, w którym leniwie pływały trzy tropikalne ryby. I tyle.

Chick usiadł przy biurku, tyłem do wody. Uznałam za zabawne, że ludzie pracujący w tych biurach odwracają się od jednego z ikonicznych widoków Nowego Jorku, ale najwyraźniej Cromwell taką lokalizacją chciało zaimponować gościom, a nie rozpieszczać pracowników.

– Usiądź, proszę.

Szef wskazał na jedno z krzeseł obitych skórą.

Zajęłam miejsce i położyłam dłonie na kolanach, żeby nie było widać, jak drżą. Ten gość mnie przerażał.

– Okej, Alex – zaczął, zakładając ręce na kark, a stopy kładąc wygodnie na biurku, dzięki czemu mogłam się przypatrzeć podeszwom jego trzewików od Gucciego. Wyciągnął się na krześle i mówił coś do mnie, gapiąc się w sufit. Kłopotliwa to konwersacja, w której bycie rozmówcą wnioskujesz jedynie po tym, że nikogo innego nie ma w pomieszczeniu. – Prowadzę moją grupę raczej swobodnie i otwarcie. Nie ma zbyt wielu zasad, które musisz sobie przyswoić, ale pozwól, że wymienię podstawy. Jesteś bystra, wiem o tym, bo gdybyś nie była – nie siedziałabyś teraz naprzeciwko mnie. Mogę ci jednak zagwarantować, że nie jesteś najmądrzejszą osobą w tym budynku. Co znaczy, że oczekuję od ciebie ciężkiej pracy. Oczekuję, że będziesz pierwszą osobą, która zjawi się tutaj z samego rana, i ostatnią, która wyjdzie stąd wieczorem. No, chyba że masz się za sprytniejszą od paru gości harujących tu jak woły od przeszło dwudziestu lat. Więc jak jest, Alex?

Nie miałam pewności, czy to było pytanie retoryczne. Trudno było to stwierdzić, skoro on nawet na chwilę nie odkleił oczu od sufitu.

– Nie, panie Ciccone. Nie twierdzę tak.

Utkwiłam wzrok w kawałku różowej gumy do żucia, która przykleiła się do jego lewej podeszwy.

– Świetnie. Jestem tu codziennie od 6.30, więc oblicz to szybko i wiedz, że masz przychodzić przede mną. To zasada numer jeden. Zasada numer dwa brzmi: nie mów do mnie per „panie Ciccone”. Nie jestem twoim nauczycielem matmy z liceum. Pracują tu sami dorośli ludzie. Nazywaj mnie „Chick”, jak pozostali. O nic nie będziesz prosić. Tak to przynajmniej widzę – na nic jeszcze nie zasługujesz. Nikt cię nie zna, w żadnym stopniu nie przyczyniłaś się do zarobku grupy – a dopóki tego nie zrobisz, każdego dnia powinnaś dziękować Bogu, że jesteś godna czyścić drzwi obrotowe w holu. Na razie twoim zadaniem będzie nauczyć się jak najwięcej, obserwując pracę całej załogi i zadając pytania, które nie będą dostatecznie irytujące. Jeśli kogoś wkurzysz, pewnie ci się oberwie. Pomagaj, jeśli zostaniesz o to poproszona. Mam na myśli na przykład odebranie rzeczy z pralni i podrzucenie ich do czyjegoś mieszkania albo zakup prezentu urodzinowego dla czyjejś żony. Robisz to bez dyskusji i z uśmiechem na twarzy. Nie znajdziesz tych wymagań w opisie pracy, ale pomyśl tylko – będziesz najlepiej opłacaną doręczycielką na tej planecie. Pocieszające, prawda? W tym roku osobiście przeprowadziłem rozmowy kwalifikacyjne z ponad osiemdziesięcioma kandydatami na to stanowisko, więc doskonale zdaję sobie sprawę, że setki dzieciaków marzą o takiej robocie. Jeśli z czymkolwiek się nie zgadzasz, lepiej odnieś identyfikator do recepcji na dole i wyjdź głównymi drzwiami. Do lunchu zdążę cię zastąpić kimś, kto z radością podetrze mi tyłek, jeśli będę miał taki kaprys.

Słodka perspektywa…

– Będziesz parzyła kawę, zbierała zamówienia na lunch, roznosiła przesyłki i wpisywała cyferki w arkusze kalkulacyjne, aż oślepniesz, o ile tylko cię o to poprosimy – kontynuował Chick. – Nie mam czasu na łzy. Nie pracuje tutaj zbyt wiele kobiet, średnio po dwie, trzy na każdy dział. – W myśli szybko obliczyłam, że wobec tego zatrudnionych jest ich ogółem około trzydziestu. – I zanim zapytasz, sam ci odpowiem – nie, to nie dlatego, że nie akceptujemy kobiet w firmie. Zawsze staramy się zatrudniać inteligentne pracownice, ale one szybko same dochodzą do wniosku, że nie nadają się do tej pracy i rezygnują. Albo wychodzą za mąż, a potem rezygnują. Mleko w lodówce wytrzyma dłużej niż niektóre dziewczyny, które przewinęły się przez ten budynek na przestrzeni paru ostatnich lat. Oprócz ciebie w mojej grupie jest jeszcze jedna kobieta. Jeśli uważasz, że takie tempo cię przerośnie, lepiej od razu kup sobie bilet na pociąg do Midtown i zapytaj, czy znajdzie się dla ciebie praca w Condé Nast, bo u mnie na pewno nie. Nie będziesz odbierała telefonów. Pod żadnym pozorem nie próbuj sama wykonywać operacji finansowych i zakazuję ci odzywania się do klientów, chyba że ktoś przedstawi cię bezpośrednio. Oprócz tego jesteś zobowiązana zdać Egzaminy 7, 63 i 3, żeby uzyskać licencję maklera giełdowego – najpóźniej do piętnastego października.

„Jezu Chryste! Mam na to mniej niż trzy miesiące…”, panikowałam w duchu.

Szef pchnął w moją stronę trzy opasłe segregatory. Zaczęło mi się kotłować w żołądku. Egzaminy, które wymienił Chick, były wymagane przez amerykańską komisję papierów wartościowych i giełd, jeśli praca wymagała rozmów z klientami. Zakres materiału obejmował wszelkie zasady, przepisy, regulacje panujące w branży, również etykę, możliwe oszustwa i podstawy funkcjonowania rynku. Testy zawsze były piekielnie trudne i mnóstwo osób je oblewało, bo rzadko komu udaje się wszystko zapamiętać i nie popełnić błędu. Słyszałam, że po nieudanej próbie zaliczenia któregoś z egzaminu w pracy od razu przyklejają ci etykietkę idioty – a takie poniżenie stanowi wystarczający powód, żeby natychmiast zrezygnować z posady. Z trudnością przełknęłam ślinę i otworzyłam segregator z materiałami do Egzaminu 3. Trafiłam akurat na zagadnienie transakcji terminowych. Jedno z przykładowych zadań brzmiało: „Co powinien zrobić farmer ze stanu Iowa, żeby zabezpieczyć się finansowo, gdyby martwił się o wpływ rosnących cen ziarna na transakcje terminowe związane z żołądkami wieprzowymi?”.

Żołądki wieprzowe? Myślałam, że pracuję w dziale obligacji skarbowych. Co do tego mają świnie?

– Niektóre firmy pozwalają pracownikowi zachować posadę po nieudanej próbie zaliczenia testu i przygotowywać się spokojnie do drugiego podejścia. Doprawdy nie wiem, co nimi powoduje. U nas sprawy wyglądają nieco inaczej: albo zaliczasz wszystkie trzy egzaminy do października w pierwszym terminie, albo od razu cię zwalniamy.

Super…

– Jak zapewne wiesz, w Cromwell obowiązuje nieformalny strój. Ufam, że będziesz ubierać się stosownie. Jeśli założysz obcisłą miniówkę i ktoś klepnie cię po tyłku, nawet nie myśl o składaniu skarg. To miejsce na biznesy, a nie klub nocny. Zespół jest jednym z najlepszych w branży – fantastyczny, zgrany. Ludzie tutaj wkładają ogromny wysiłek w pracę. Nie patyczkują się, grają mocno, to twardziele. Ale uwierz – nie spotkasz w swoim życiu zabawniejszych istot niż oni. Uważam, że to odrobina szaleństwa czyni z nas ekspertów w tym, co robimy, więc lepiej przygotuj się na wszystko. Moja grupa może ci się wydać niedostępna, jednak warto powalczyć o jej szacunek. Zaimponuj tym ludziom, a kiedy już cię zaakceptują, zobaczysz, że to najlepsi współpracownicy, jakich można sobie wymarzyć.

„Rzeczywiście, szczególnie gdy będą mi dawać klapsy”, pomyślałam zdegustowana.

– Na razie staraj się, pracuj ciężko, ucz się i nie wchodź nikomu w paradę. Rusz czasem mózgownicą, a wszystko będzie dobrze. Rozumiemy się? – W końcu zdjął nogi z biurka i na mnie spojrzał.

– Tak, Chick. Jasna sprawa.

– Jeszcze jedno: nie jestem twoim ojcem i naprawdę gówno mnie obchodzi, co robisz ze swoim życiem prywatnym, ale stanowczo odradzam zażyłe związki z kimkolwiek stąd. Atrakcyjna z ciebie dziewczyna i wcale się nie zdziwię, jeśli połowa piętra zacznie się za tobą uganiać, jednak oczekuję od ciebie rozsądnego podejścia. Nie życzę sobie, żebyś romansowała z pracownikami – szczególnie mojego działu. Ostatnia rzecz, której potrzebuję, to płaczliwa podopieczna partacząca wszystko na lewo i prawo tylko dlatego, że jest smutna, bo jakiś dupek z biura ją podrywał i nie oddzwonił. Kapujesz? No to lecimy.

Chick wstał, nie dając mi szansy na odpowiedź. Nigdy przedtem nie zetknęłam się z tak miłą i jednocześnie tak stukniętą osobą.

Wyszliśmy do sali operacji giełdowych. Parkiet miał kształt podkowy, okna były hermetycznie zamknięte, a sufit znajdował się tak wysoko, że z powodzeniem można było rozbić tam cyrkowy namiot. Nie spodziewałam się, że parkiet giełdowy właśnie tak będzie wyglądał. Podczas żadnej z wycieczek do biurowca mojego taty nie dostałam pozwolenia, żeby zajrzeć do takiego pomieszczenia. Bankierzy byli trzymani pod kloszem. Izolowano ich od wszystkiego. Otrzymywali wewnętrzne informacje o fuzjach, oferowanych akcjach i kupnie innych firm i musieli być oddzieleni od sprzedawców dla pewności, że wszelkie informacje pozostaną tajne. Działy bankowości były ciche, kameralne i schludne, panował w nich porządek – wypolerowane drewniane meble, czyste, puchate wykładziny, przytulne prywatne biura. Bankierzy korzystali nawet z oddzielnej windy. Opowieści ojca o środowisku mojej przyszłej pracy nie do końca pokrywały się z prawdą. Różnica między bankowością Sterling Price a parkietem giełdowym Cromwell Pierce wydawała się kolosalna. Dla tego miejsca czas zatrzymał się chyba w latach siedemdziesiątych. Ściany prawdopodobnie kiedyś były białe, a z biegiem lat nabrały ciemnokremowego odcienia. Biurka oklejone plastikowym laminatem miały poplamione blaty i poobłamywane krawędzie, ukruszone rogi obnażały tandetną, brązową płytę korkową. Starałam się nie myśleć, co te biedne meble „pierwszej generacji Cromwell” przeżyły i ile osób przez czterdzieści lat na nie kichało, smarkało, jadło na nich i Bóg wie, co jeszcze robiło. Gdybym tylko na tym się skupiała, musiałabym przychodzić do pracy w szczelnym kombinezonie i gumowych rękawiczkach.

Wlepiałam wzrok w podłogę podczas biegu z przeszkodami wiodącego do naszego „stanowiska”. Znajdowało się po przeciwległej stronie pomieszczenia, w samym rogu. Czułam na sobie męskie spojrzenia. Panowie badali długość mojej spódnicy i stopień dopasowania sweterka – mogło się przecież zdarzyć, że zapomniałam zapiąć guzik albo (nie daj Boże!) prześwitywała mi linia majtek. Do takich właśnie obserwacji miałam przywyknąć.

Cały dział tętnił energią. Dało się jej niemal dotknąć. Ludzie wołali do siebie, wykrzykiwali jakieś liczby, polecenia, ryczeli, żeby odebrać telefon, a niektórzy wrzeszczeli tylko dla zasady. Od tego hałasu aż huczało mi w uszach i nie mogłam wyjść z podziwu, że ktokolwiek był w stanie zrozumieć coś w tym chaosie. Na piętrze Cromwell zajmującym się sprzedażą instrumentów finansowych znajdowało się przynajmniej czterysta osób. Większość z nich zachowywała się głośno. Większość z nich zachowywała się agresywnie. Większość z nich uwielbiała dokuczać żółtodziobom.

Większość z nich to byli mężczyźni.

Nagle Chick machnął ręką tuż przed moim czołem i odbił zbłąkaną piłkę, która najwyraźniej nie doleciała do obranego celu. Oczywiście pod warunkiem, że tym celem nie była moja głowa.

– Ogarnij się, Smitty! O mały włos nie trafiłeś jej w twarz! To nowa dziewczyna podczas swojego pierwszego dnia pracy. Jeszcze jeden taki numer, a wylądujesz na dywaniku u dyrektora.

Próbowałam znaleźć odpowiednie słowa, żeby przerwać niezręczną ciszę.

– Gracie tu w piłkę?

– MY czasami tak. TY nie. Ty będziesz zbyt zajęta nauką, żeby tracić czas na takie rozrywki. Kapujesz?

– Pewnie. Niezmiernie się cieszę, że się tu znalazłam, i jestem gotowa dać z siebie wszystko.

– To się doskonale składa, Alex, bo inaczej byśmy cię tu nie chcieli.

Podeszli do nas drobny mężczyzna o rudych włosach i nieprawdopodobnie chuda blondynka. Rudzielec kiwnął głową w moją stronę. Jego skóra sprawiała wrażenie półprzezroczystej, podobnie oczy. Jakby zupełnie nie miały koloru. Przypomniały mi się słabowite dzieciaki z liceum, których nie przyjmowano do drużyny, bo były zbyt wątłe. Dlatego tylko podawały piłki i nosiły sprzęt. Zawsze mi się wydawało, że tacy słabeusze nabierają więcej masy w dorosłym życiu. Myliłam się.

– Kto to? – zapytał głosem jak robot.

– Alex, moja nowa podopieczna – rzucił oschle Chick.

– Cześć – przywitałam się.

– Czeeeść! – Wybuchła entuzjazmem przypominająca patyk kobieta, rzuciła się na mnie i zakleszczyła w objęciach. – Och, to wspaniałe! Wreszcie będę mieć przyjaciółkę! Nie ma tu zbyt wielu dziewcząt, z którymi dałoby się pogadać – szczebiotała, ciągle mnie przytulając.

Rudy zmierzył mnie wzrokiem i skwitował:

– Chick, twoja jest urocza, ale moja i tak lepsza – prychnął i odwrócił się na pięcie, a blondynka podreptała posłusznie za nim.

Zastanawiałam się, czy ten leprechaun dojeżdża do pracy pociągiem, czy po prostu ześlizguje się po tęczy i ląduje od razu przy swoim biurku.

Wstrzymałam oddech. Chick powoli ruszył przed siebie i wyjaśnił:

– To Keith Georgalis znany na piętrze jako Darth Vader. Jest głupim kutasem. Prowadzi dział zajmujący się wysokim uzyskiem. A ta blondyna, jego asystentka, ma na imię Hannah. Zajebiście tępa z niej dziewczyna, ale nieźle wygląda, więc jej nie zwalniamy. Zresztą nie pracuje dla mnie, więc dlaczego miałbym się nią przejmować? Gdybyś ty jako analityczka popełniła choćby połowę błędów, które ma na koncie ta idiotka, dałbym ci solidnego kopa w dupę.

Zanim pisnęłam słówko, Chick zatrzymał się przed jakąś grupą i wykonał uroczysty gest.

– A oto i nasza sekcja – przedstawił ich dumnie.