Diabelski młyn - Daria Orlicz - ebook
Opis

Niewielkie nadmorskie miasteczko w pełni letniego sezonu to tylko na pozór sielskie miejsce. I tutaj są ludzie, którzy bez skrupułów, czasem jedynie dla kaprysu, krzywdzą innych.

 Czy za śmiercią młodziutkiej, ciężarnej Litwinki i porwanej sprzed klubu fitness blondynki stoją te same osoby? Kto brutalnie zgwałcił jedną z turystek i kim jest człowiek szantażujący rodzinę miejscowego prawnika?

Odpowiedź na te pytania musi znaleźć młodszy aspirant Krzysztof Bugaj seksoholik rozdarty pomiędzy rozchwianą emocjonalnie żoną a zaborczą kochanką.

 Diabelski młyn to historia o naiwnej ufności, za którą trzeba czasem zapłacić najwyższą cenę, i dramat tych, którzy zbyt pochopnie zapraszają do swojego życia zupełnie obce osoby. To opowieść o ludziach, którzy pragnąc lepszego losu, nieświadomi zagrożenia, otwierają drzwi złu w najczystszej postaci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


DARIA ORLICZ

DIABELSKI MŁYN

1

W piwnicy cuchnęło stęchlizną. Na dworze lepka od wilgoci duchota zwiastowała gwałtowną, letnią burzę, jednak w niewielkim i pełnym słojów z przetworami pomieszczeniu było przyjemnie rześko. Drobna jasnowłosa dziewczynka usiadła na drewnianej skrzynce i oparła się plecami o ścianę. Ceglany mur był szorstki i chłodny, jednak chłód był przyjemny, niemal kojący. Na podwórzu, szarpiąc się na niemiłosiernie krótkim łańcuchu, zaczął ujadać pies. Dziewczynka podrapała pogryzione przez komary łydki i zerknęła w stronę na wpół otwartych piwnicznych drzwi. Zaschło jej w gardle i czuła pragnienie, nie miała jednak odwagi, żeby samowolnie wrócić do domu. Przecież pan Remigiusz kazał cierpliwie czekać, miał jej pokazać kotka… Na myśl o zwierzaku dziewczynka wstała i zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę nierównych, betonowych schodów. Może pan Remik o niej zapomniał? – zastanawiała się, żując pasemko włosów, jak to miała w zwyczaju, którego za nic nie mogła jej oduczyć matka. Pies ciągle wściekle ujadał; zapewne ciągnącą się wzdłuż ogrodzenia polną drogą przechodził właśnie ktoś obcy, nietutejszy. We wczesnym dzieciństwie zawsze myślała, że świat dzieli się na „naszych” i „obcych”. Nie do końca rozumiała, kim byli ci obcy, ale zapracowanej i wiecznie poirytowanej matce brakowało cierpliwości do takich dyskusji.

Zagrzmiało. Dziewczynka mimowolnie się wzdrygnęła i ze strachem spojrzała w górę, w piwniczne okienko. Nie lubiła burzy, bała się jej. Babcia na okrągło powtarzała, że to głupie, ale przecież babci już nie było… Zmarła niecały rok wcześniej, w przeddzień Matki Boskiej Zielnej. Mama chodziła później smutna i miała stale czerwone oczy; tato nawet nie zadzwonił. Zapytała wtedy, czy w Norwegii nie ma telefonów, i mama dała jej w twarz. Do dziś, na wspomnienie tego policzka, coś kłuło ją w sercu. Nie powiedziała przecież nic złego… A może jednak? Nad niewielkim, parterowym domkiem przetoczył się kolejny grzmot i jasnowłosa dziewczynka zasłoniła uszy dłońmi. Piwniczny chłód nie niósł już ukojenia, nagle wydał jej się złowrogi, wręcz upiorny. Rzuciła się do drzwi, na oślep błądząc pomiędzy zawalającymi podłogę skrzynkami i najprzeróżniejszymi starymi gratami. W końcu znalazła wyjście i drżąc na całym ciele, ruszyła na górę. Była mniej więcej w połowie schodów, kiedy usłyszała ciężkie, męskie kroki. Musiały dochodzić z ciemnej, wąskiej sieni, a dziewczynka domyśliła się, że to pan Remigiusz idzie w stronę piwnicy. Przestraszona własnym nieposłuszeństwem zbiegła na dół i z powrotem usiadła na drewnianej skrzynce.

Gospodarz przyniósł miskę z zebranymi w lesie borówkami i zapalił trzymaną w ręku świecę.

Cicho zapytała o kotka; przecież to na niego czekała tyle czasu w ciemnościach.

– Polazł gdzieś – mruknął pan Remigiusz i podrapał się po głowie. – Jedz. Gdybyś chciała, są też morele – dodał.

Pomyślała o sukience. Miała na sobie tę ulubioną, w biało-błękitne grochy i bała się, że ją poplami. Jednak pokusa była silniejsza. Borówki były słodkie, chyba nigdy nie jadła takich dobrych. Pan Remik jadł z tej samej miski, ich brudne od soku palce stykały się i rozmijały, żeby po chwili znowu się spotkać. Kiedy nasyciła pierwszy głód, powiedział, że jest brudna. Myśląc o tym później, nie potrafiła sobie przypomnieć, skąd wziął wilgotny ręcznik. Najpewniej przyniósł go ze sobą, chociaż wcale tego nie zauważyła. Na zewnątrz szalała gwałtowna nawałnica. Światło błyskawic, wpadające przez niewielkie piwniczne okienko, rozjaśniało ciemne wnętrze srebrnym blaskiem; świeca migotała złowrogo, jak w horrorze, który w tajemnicy przed matką obejrzała kiedyś, śpiąc u koleżanki.

– Grad – powiedział pan Remigiusz, kiedy o falisty dach stojącej pod płotem szopy zabębniły pierwsze grudki lodu.

Dziewczynka zacisnęła brudne ręce, zastanawiając się, jak bardzo jej się dostanie za poplamienie sukienki. Czy to nie borówki zostawiają te paskudne, granatowe plamy? – myślała bliska łez.

– Pokaż. – Pan Remigiusz wilgotnym rogiem ręcznika przetarł jej policzki i wyczyścił lepkie od soku, pulchne, wciąż jeszcze dziecięce palce.

Kiedy jej dotykał, siedziała bez ruchu, bojąc się nawet głębiej odetchnąć. Nieprzyzwyczajona do dotyku obcych, jednak wychowana na tyle dobrze, żeby nie zaprotestować. Trzasnęły piwniczne drzwi i gwałtowny przeciąg zgasił świecę. Krzyknęła, a on się roześmiał. W oblepiającym ich mroku było coś, co dodało mu odwagi.

– Zamknij oczy – powiedział obcym, ochrypłym głosem.

Posłuchała, chociaż intuicja podpowiadała jej, że zabawa zmierza w coraz bardziej niepokojącym kierunku.

O falisty dach pobliskiej szopy uparcie bębnił grad, kiedy usłyszała przyspieszony oddech pana Remigiusza, a w końcu cichy jęk. Kiedy otwarła oczy, gmerał w rozporku poplamionych borówkowym sokiem szortów. Był czerwony na twarzy, wyraźnie zdyszany, dziwnie nieswój…

– Idź na górę, zaraz przyjdę – burknął, kiedy zapytała, co się stało.

Przemknęła pod samą ścianą, jakby bała się przejść tuż obok siedzącego na przewróconej skrzyni mężczyzny. Nie miała pewności, co właściwie się stało, ale intuicyjnie czuła, że to coś, czemu z pewnością matka by nie przyklasnęła. Była w sieni, kiedy o jej łydki otarł się kot. Cicho krzyknęła, zaskoczona niespodziewaną pieszczotą. Z piwnicy dochodziło szuranie, jakby pan Remik przesuwał półki, w końcu w niewielkim domku pod lasem zapadła cisza.

Kiedy burza ustała, razem nakarmili nutrie – dziewczynka uwielbiała się przyglądać, jak gryzą karmę śmiesznymi, pomarańczowymi zębami.

Kilka minut później pan Remik odwiózł ją niemal pod dom – do ich pomalowanej na ciemnozielono furtki brakowało jedynie jakichś dwustu metrów. W samochodzie unosił się zapaszek sosnowego odświeżacza powietrza i czegoś zdecydowanie mniej przyjemnego, co skojarzyło się dziewczynce z mokrą psią sierścią. Mężczyzna zaparkował w błotnistej zatoczce tuż za nieczynnym od jakiegoś czasu przystankiem, wyjął ze schowka papierosy i opuścił szybę od strony kierowcy.

– Lubisz karmić nutrie, prawda? – zapytał.

Na moment znieruchomiała z ręką na klamce, w końcu skinęła głową na „tak”.

– Właśnie dlatego nie możesz nikomu opowiadać o naszych spotkaniach. Żebyśmy dalej mogli razem karmić zwierzaki, rozumiesz? – zapytał. – Nawet matce nic nie mów, słyszysz?! Zwłaszcza jej – dodał z naciskiem.

Mnąc w dłoni rąbek poplamionej borówkami sukienki, dziewczynka pokiwała głową, przejęta niespodziewanym paktem z mężczyzną, który okazał jej ostatnio tyle uwagi.

Błotnistą drogą przejechał ciągnik; o przednią szybę samochodu uderzyła drobna, odłamana gałązka.

– Zrozumiałaś, co ci powiedziałem? – zapytał pan Remigiusz, wyjmując z wewnętrznej kieszeni zapalniczkę.

Dziewczynka dopiero teraz zauważyła, że się przebrał – nie miał już na sobie szortów i zmiętego podkoszulka, tylko dżinsy i ciemnoniebieską koszulę w drobną kratę – podobną do tych, które tak kiedyś lubił zakładać jej tato. Gdy wyjechał, znalazła jedną z jego koszul w wiklinowym koszu na brudy i spała z nią pod poduszką, dopóki nie zabrała jej matka. Strasznie wtedy płakała, błagając, żeby mogła ją sobie zatrzymać, ale z malującą się na twarzy wściekłością matka porwała koszulę na strzępy i wrzuciła ją do pełnych obierków po ziemniakach kuchennych śmieci.

– Idź już, robi się późno – z niewesołych wspomnień wyrwał ją siedzący obok niej pan Remik.

Ponownie sięgnęła do klamki, ale wcale nie chciała jeszcze wysiadać.

– Jutro mam jedenaste urodziny i będzie czekoladowy tort! Bardzo bym chciała dostać małego kotka, ale mama się nie zgadza – dodała cicho.

– U mnie jest kot. I ten durny pies jest i nutrie są, niczego nie brakuje – mruknął pan Remigiusz.

Po chwili zapalił papierosa i wydmuchał dym przez uchylone okienko. A później włączył radio i zabębnił palcami o kierownicę starego, powgniatanego fiata.

– Idź już, wracaj do domu! – ponaglił ją dziwnie poirytowanym głosem.

Chciała mu jeszcze opowiedzieć o widzianej u szkolnej koleżanki śwince morskiej, ale nie znalazła w sobie aż tyle odwagi, żeby odezwać się nieproszona. Wysiadła więc z samochodu i ruszyła w stronę końca krótkiej, cichej uliczki. Zryta głębokimi koleinami droga pełna była głębokich kałuż; sinogranatowe chmury nad lasem zwiastowały kolejną ulewę. Powietrze wciąż było duszne, lekko się jednak ochłodziło. Dziewczynka przyspieszyła i starając się nie ubrudzić czerwonych sandałków, dotarła przed dom.

Kiedy pchnęła furtkę, matka wyszła na werandę.

– Gdzieś ty łaziła, co? – powitała ją wyrzutem. – No pytam, gdzieś polazła?! – jeszcze bardziej podniosła głos.

– Byłam u Kingi – wykrztusiła mała, kuląc się ze strachu.

Wiedziała, że nie powinna kłamać, ale prawda byłaby znacznie gorsza. Ostatnio mama coraz częściej się na nią złościła… Pomyślała o plamie z jagód zdobiącej sam rąbek sukienki i przemknęła obok matki. Jakaś część niej chciała porozmawiać, opowiedzieć o piwnicznej przygodzie, zapytać, co mógł robić w ciemnościach pan Remigiusz, kiedy zamknęła oczy. Jednak złożona w samochodzie przysięga skutecznie zamknęła jej usta. Obiecała, że nawet słowem o niczym nie piśnie, i obietnicy dotrzyma! Bo jeśli pan Remik się na nią pogniewa, już nigdy nie nakarmią razem nutrii…

Dwa dni później zaniosła mu ciasto – matka często piekła zdobione kruszonką drożdżowe, które kazała jej zanosić panu Remikowi. Dziewczynka przypuszczała, że opuszczona przez męża mama coś do niego czuje, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Sprawy sercowe dorosłych zupełnie jej nie interesowały. Ciasto było dobre, z rozpływającą się w ustach maślana posypką. Zjedli po kawałku, napili się wody z malinowym sokiem i poszli do sadu. Pamięta, że zdjęła nieco już przyciasne czerwone sandałki, których paski boleśnie obcierały palce, i biegając pomiędzy owocowymi drzewami, cieszyła się aksamitnym dotykiem rozgrzanej słońcem trawy. W końcu usiedli na zwalonym pniu i w milczeniu obserwowali przechadzające się ścieżką mrówki. Wciąż swędziały ją pogryzione przez komary łydki, ale nie odważyła się ich podrapać w towarzystwie pana Remigiusza. Matka zawsze jej mówiła, że to nieelegancko.

– Uważaj, osa! – Przegonił krążącego przy jej twarzy owada i sięgnął do długiego, jasnego warkocza. – Nie powinnaś spinać ich tak ciasno, włosy tego nie lubią – powiedział.

Kiedy włożył jej rękę pod spódniczkę, niemal kurczowo zacisnęła uda, ale zapewnił ją, że nie robią absolutnie nic złego.

– To dlatego, że jesteś dla mnie ważna – wytłumaczył delikatnym, niemal aksamitnym głosem. – Wyjątkowa – dodał, a ona zdobyła się na nieśmiały uśmiech i lekko rozsunęła kolana.

Nie pamięta, jak długo tak siedzieli. Pamięta tylko jego kciuk pieszczący wnętrze jej porośniętych złotym meszkiem ud i pachnący drożdżowym ciastem oddech mężczyzny omiatający jej twarz. Tamtego dnia pan Remik nie kazał jej już zamykać oczu, kiedy gmerał sobie w rozporku. Ale po chwili i tak je zamknęła, bo nie chciała na to patrzeć. Pomyślała, że to coś, co miętosi w dłoni, wygląda jak ohydna przerośnięta glista, i z trudem stłumiła chichot. Uciekła, dopiero kiedy poprosił, żeby tego dotknęła. Złapał ją nawet za nadgarstek, ale gwałtownie wyrwała rękę i bosa wybiegła przez furtkę. Dogonił ją kilka minut później, kiedy nie oglądając się za siebie, szła drogą wzdłuż lasu, przestraszona i podekscytowana jednocześnie, czerwona z emocji i rozdygotana.

– Nie możesz się mnie bać, słyszysz? To nic, to tylko taka zabawa. Nasza wspólna tajemnica, nasz sekret. Będziemy karmić nutrie, bawić się z kotkiem, a czasem będziemy robić inne rzeczy – powiedział drżącym głosem.

Pamięta, że nie zważając na błoto, uklęknął przy niej i musnął jej czoło samymi opuszkami palców.

– To nic złego – powtarzał. – Nic złego…

A później nazwał ją swoją piękną dziewczynką i obiecał, że zawsze będzie dla niego najważniejsza na świecie. Uwierzyła. Czemu miałaby mu nie uwierzyć? Miała w końcu tylko jedenaście lat i nikogo innego, komu mogłaby zaufać.

2

Krzysztof Bugaj obudził się parę minut przed szóstą i chociaż nie czuł się w pełni wyspany, to wiedział, że ponownie nie zaśnie. Anna wciąż spała. Po swojej stronie łóżka, z podkurczonymi kolanami i wtuloną w poduszkę twarzą wyglądała zaskakująco młodo, niemal niewinnie. Proste, jasnorude włosy tworzyły wokół jej głowy świetlistą aureolę; wpadające przez nie do końca opuszczone rolety słońce łagodziło jej rysy, rozmywając ich ostrość. Bugaj przez dłuższą chwilę przyglądał się oddychającej przez rozchylone usta żonie, w końcu wyślizgnął się spod cienkiej, letniej kołdry i na palcach wyszedł z sypialni. Ubrał się w znalezione na dnie szafy szorty i lekko zmięty jasny podkoszulek z nadrukiem w żaglówki – rzeczy, które wydały mu się nie do końca świeże, ale jeszcze całkiem znośne.

Schodząc na dół, zastanawiał się, co zrobi z wolnym dniem. W końcu zdecydował, że mimo wszystko skoczy na komendę, żeby nadrobić zaległą papierkową robotę, i od razu poczuł się lepiej. W domu siedzieć nie znosił, zwłaszcza odkąd żona zatrudniła na pół etatu studentkę i spędzała w swoim sklepie o wiele mniej czasu niż dawniej. Pchnął oszklone drzwi. W niewielkiej i niemal sterylnie czystej kuchni było duszno; najwyraźniej zapowiadana przez synoptyków fala upałów nie zamierzała szybko ustąpić chłodniejszej aurze. Krzysztof uchylił okno i pogwizdując, nastawił czajnik. Obudził się głodny, ale wolał nie jeść o tak wczesnej porze. Dorobił się ostatnio niewielkiego brzuszka i dość niepokojącego nadciśnienia. A biorąc pod uwagę, że jego ojciec zmarł grubo przed pięćdziesiątką, wolał o siebie zadbać.

Pił niedobrą, gorzką herbatę, kiedy sąsiad wypuścił do ogrodu psa. Mimowolnie zerknął na wiszący nad blatem zegar i skrzywił się – ujadające za płotem bydlę budziło go niemal co rano, a zdarzało się, że Konarski wypuszczał zwierzaka nawet bladym świtem. Niestety prośby i groźby nie pomagały – gość twierdził, że pies ma prawo się wybiegać, i na tym kończyły się dyskusje. W takich chwilach Krzysztof lubił sobie wyobrażać, że wyciąga z piwnicy starego myśliwskiego mausera i ładuje ujadającemu czworonogowi kulkę w dupę. Wszystko pozostawało oczywiście w sferze marzeń, bo chociaż psisko mocno działało mu na nerwy, nigdy nie skrzywdziłby zwierzęcia…

– Już nie śpisz? – żona zjawiła się w kuchni, kiedy dopijał herbatę.

– Pójdę się przejść, póki jeszcze nie ma upału – odpowiedział.

– Może skosiłbyś trawę? – Anna spięła włosy w luźny kucyk i wyjęła z kredensu swój ulubiony kubek w żółtozieloną kratę.

– Wieczorem – burknął.

Nie znosił, kiedy przypominała mu o wiszących nad nim obowiązkach, jakby był jakimś nastoletnim szczylem!

-Na popołudnie zapowiadali burzę.

– To skoszę jutro, w czym problem?! – podniósł głos.

Anna zacisnęła usta i obróciła się do niego plecami. Kiedy tak stała, wyglądając przez niewielkie kuchenne okno, pomyślał, że dawno nie była taka szczupła.

– Powinnaś coś zjeść – rzucił łagodniejszym tonem.

– Nie jestem głodna – szepnęła.

Podszedł do niej i przytulił się do jej pleców. Stężała, jakby sam jego dotyk był dla niej czymś bardzo niechcianym. W końcu wywinęła się z jego ramion i rzuciła coś o czekającym na rozwieszenie praniu. Kiedy doszliśmy do punktu, w którym nie możemy nawet na siebie patrzyć? – zastanawiał się Krzysztof, sznurując znoszone, czarno-zielone adidasy. Ostatnio nieczęsto myślał nad kondycją swojego małżeństwa, jakby pogodził się z faktem, że najlepsze wspólne czasy dawno mają za sobą. Tego jednak ranka lodowata obojętność Anny dziwnie go poruszyła.

Do leśnego bunkra dotarł po kilku minutach marszu. Od morza solidnie wiało, jednak w powietrzu wyczuwało się już pierwszą falę nadchodzącego upału. Tuż przed wejściem do fortyfikacji przystanął, z trudem łapiąc oddech. Jasne włosy lepiły mu się do czoła, serce biło nierównym rytmem. Mam dopiero czterdzieści sześć lat, a po odrobinie wysiłku czuję się jak wyżęta ścierka, pomyślał, obiecując sobie, że w końcu zadba o formę. Kolejne kilka minut maszerował lasem, w końcu zbiegł ze skarpy i znalazł się na pustej o tej porze plaży. Ściągając buty, myślał o swoim piętnastoletnim synu – odkąd młody wyjechał na wakacje, zaskakująco mu go brakowało…

Bałtyk był niemal lodowato zimny, ale spokojny. Przez jakiś kwadrans Krzysztof brodził po kostki w wodzie, rozglądając się za wyrzucanymi przez morze na brzeg drobnymi bursztynami. W końcu z uzbieranymi dla Anny kamykami w kieszeniach ruszył w stronę skarpy. Wracał tą samą trasą, żwawym krokiem mijając leśne bunkry – niemych świadków dawnych, tragicznych wydarzeń. Był na skraju zagajnika, kiedy pomyślał o tamtej nastoletniej Litwince. Pewnie dlatego, że zaledwie dzień wcześniej znowu mu się śniła. Znaleźli ją zimą, pół roku wcześniej. W samych dżinsach i bluzie, w założonych na bose stopy różowych tenisówkach, siedziała oparta o jedno z drzew, taka milcząca, nieruchoma, przerażająco martwa. W swojej pracy widywał już trupy, ale twarz tej młodziutkiej kobiety będzie go pewnie prześladować do końca jego dni. Szron srebrzący długie ciemne włosy, porcelanowa bladość policzków i krągły, ciążowy brzuszek. Kiedy zamarzła – samotna, błąkająca się nocą po nadmorskich lasach, była w dziewiątym miesiącu ciąży…

Kilka dni później ustalili, że znaleźli zaginioną jakiś czas temu na Litwie siedemnastoletnią uczennicę katolickiego liceum, która pewnej pięknej słonecznej środy przepadła w drodze ze szkoły. Na wspomnienie bólu rodziców, których osobiście informował o zdarzeniu, zrobiło mu się niedobrze. Zawsze chciał być gliną, ale czasem kurewsko nienawidził tej roboty. Najgorsze było to, że do tej pory nie udało im się dociec, jakim cudem pochodząca z Litwy dziewczyna znalazła się nocą w pełnych ponurych fortyfikacji nadmorskich lasach północnozachodniej Polski. Jedna z teorii, jaką przyjęli, była taka, że podróżowała stopem i pokłóciła się z kierowcą, który wyrzucił ją z samochodu. Myśl, że bydlak wygnał ją na mróz bez kurtki, wydawała się wręcz nieludzka, ale Krzysztof pracował w policji na tyle długo, by wiedzieć, że najbardziej okrutnym z wszelkich stworzeń jest niestety człowiek. Szosą w stronę portu przejeżdżały tysiące ciężarówek. Mogła podróżować TIR-em, z którego wysiadła pośrodku lasu, i zanim dotarła do ludzkich siedzib, zamarzła… Czasem, kiedy budził się w nocy, zastanawiał się, jak długo walczyła? Błąkała się wśród drzew przez dłuższy czas, czy może skrajnie zmęczona usiadła, oparła się o pień i zasnęła? Mówi się, że śmierć w wyniku wychłodzenia jest jedną z łagodniejszych, ale żadna siedemnastolatka nie powinna umierać w taki sposób – samotna, z dala od domu, nosząc pod sercem dziecko, o którym nie mieli pojęcia jej bliscy… Najbardziej upiorna wydawała mu się myśl, że niecały kilometr dalej było pełne ludzi osiedle.

Krzysztof otrząsnął się ze wspomnień i kopnął leżącą na ścieżce zmiętą puszkę po piwie.

– Wszędzie chlew zrobią, cholera – rzucił przez zęby, wychodząc na zalaną słońcem rozległą przestrzeń, która ciągnęła się między lasem a niewielkim osiedlem jednorodzinnych domków.

Wiedział, że lada dzień w miasteczku otworzą lunapark, i ta myśl wcale go nie cieszyła. Dla takich jak on znaczyło to jedynie więcej pracy. Choćby jak rok temu, kiedy z diabelskiego młyna spadła młoda dziewczyna. Zginęła na miejscu, a on nie mógł się pozbyć wrażenia, że całe to cholerne, pochrzanione życie przypomina diabelski młyn właśnie – w jednej chwili jesteś na szczycie, w drugiej lecisz w dół na łeb na szyję… Ot, ślepy traf, czysty przypadek, zła karma, jak czasem żartobliwie mawiał jego dobry kumpel.

W drodze do domu kupił drożdżówki z budyniem i rurkę. Wiedział, że nie powinien jeść takich rzeczy, ale łakomstwo i tym razem wygrało z cichym głosem rozsądku. Ciastko z waniliowym kremem zjadł na ulicy, drożdżówki upchnął do lodówki, chowając je za dwoma kartonami mleka. Trudno, najwyżej nie zjem dziś kolacji, powiedział sobie, kiedy naszły go wyrzuty.

Gdy wszedł do salonu, ubrana w stary różowy dres Anna przecierała właśnie okno.

– Przecież niedawno tu sprzątałaś – zdziwił się Krzysztof.

Wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od niewidocznej dla jego oczu smugi.

Zapytał, czy ma ochotę na kawę.

Wciąż zajęta okienną szybą powiedziała, że już piła.

– O której idziesz do sklepu?

– Nie wiem, zależy od dostawcy. Ma dzwonić. – Anna chuchnęła i po raz ostatni przetarła okno.

– Są drożdżówki – dodał, bo nagle stracił apetyt na skrzętnie ukryte przed wzrokiem żony słodkości.

Mruknęła, że nie jest głodna.

– Ostatnio prawie nic nie jesz. Zeszczuplałaś… – zauważył.

– Kobieta nigdy nie jest zbyt szczupła – rzuciła lekkim tonem, w którym jednak wychwycił nutę fałszu.

Zapytał, czy nie wyskoczyłaby z nim wieczorem na kolację.

– Mam wolny dzień, moglibyśmy…

– Umówiłam się już z Magdą – wpadła mu w słowo i porzucając frotową prochówkę, wyszła z salonu.

Krzysztof przez chwilę bez celu pokręcił się po domu, w końcu wziął szybki prysznic, ubrał się w świeżo odprasowane przez żonę rzeczy i zszedł do garażu. W samochodzie było duszno i brudno. Kruszynki po maślanych bułkach, opakowania po chipsach, styropianowe kubki po kawie – to i temu podobne śmieci walały się na tylnym siedzeniu. Pedantyczna wręcz do bólu Anna na okrągło ogarniała cały dom, ale ośmioletnie audi męża omijała szerokim łukiem. I dobrze, pomyślał, uśmiechając się pod nosem i wyjmując z kieszeni kluczyki.

Był mniej więcej w połowie drogi na komendę, kiedy na jego komórkę zadzwonił starszy sierżant Wojtek Kiciński.

– Co jest, Kiciuś? – Bugaj odebrał telefon, nie odrywając oczu od szosy.

– Truposz jest, a co ma być? – mruknął tamten, mlaskając mu do ucha.

Najpewniej swoim zwyczajem coś właśnie przeżuwał.

– Tak z rana? Powinien być zakaz odwalania kity przed południem. – Krzysztof skręcił w lewo i dodał, że jest w drodze na komendę.

– Ty, Bugi, a ty nie masz dziś wolnego? – zreflektował się Kiciuś poniewczasie.

– Wygląda na to, że nie.

– Dobra, to jedź może od razu na miejsce. Denat ponoć cierpliwie czeka na budowie tego osiedla pod lasem.

– Tego niedokończonego, co to developer splajtował? – upewnił się Bugaj.

– Dokładnie. Słoneczne Tarasy! Też, kurwa, nazwa! – zarechotał Kiciński.

– Dobra, będę za parę minut. – Krzysztof zjechał na pobocze i korzystając z chwilowo pustej szosy, zawrócił.

Trup wyglądał naprawdę marnie. Nabity na pręt zbrojeniowy, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, musiał spaść z wysokości, myszkując po opuszczonej i niestety marnie zabezpieczonej budowie. Wokół niego kręcili się już technicy kryminalistyczni; prokurator była ponoć w drodze.

– Kradł po pijaku, to się doigrał. – Kiciuś wyjął z kieszeni paczkę cameli i wsunął do ust papierosa. – Wpadlibyście do nas wieczorem. Gośka dziś nie pracuje, to zrobi jakieś żarełko…

– Anna wychodzi, umówiła się z przyjaciółką – powiedział Krzysztof, znalezionym w trawie patykiem zdrapując z buta zaschniętą grudę błota.

– To sam wpadaj, pogadamy – zachęcał kumpel.

– No dobra, to tak koło dziewiętnastej mogę być.

– I fajnie. A u Anki co tam dobrego słychać? Schudła coś ostatnio, prawie jej nie poznałem…

– Mało je – przyznał Krzysztof.

– No, ale ty zawsze lubiłeś takie kościste – zarechotał Wojciech.

Chciał jeszcze coś dodać, kiedy zza zakrętu wyjechała ciemnoczerwona terenówka prokurator Niny Morawskiej.

– Jest i Smoczyca. – Jeden ze stojących obok młodszych stażem gliniarzy splunął w trawę i nerwowo przeciągnął palcami po włosach.

Bugaj z Kicińskim wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jednak nawet słowem nie skomentowali przybycia prawniczki. Obaj raczej za nią nie przepadali, szanowali jednak jej dorobek i oddanie; w miasteczku nie było lepszego prokuratora od obciętej na krótkiego jeża Niny Morawskiej.

Dwie godziny później Krzysztof wybrał numer syna, ale chłopak nie odebrał. Była dopiero dziesiąta i lubiący do późna siedzieć przed komputerem szczyl mógł jeszcze spać, jednak rozłączając się, Bugaj poczuł lekki niepokój. Ostatnio zaskakująco mocno tęsknił za wypoczywającym w Szwecji smarkaczem. Nawet nie to, że się o niego bał – wiedział przecież, że u rodziny jego starszego brata nic złego Arka nie spotka. Po prostu brakowało mu jego obecności, nawet jeśli zazwyczaj wymieniali jedynie kilka uwag o sporcie czy pogodzie…

3

Patrycja kręciła się po zatłoczonym, wylanym nierównym betonem parkingu, wypatrując potencjalnych frajerów. Odkąd kilka tygodni wcześniej uciekła z domu, świetnie już wiedziała, kogo zaczepiać, a kogo sobie darować. Na pewno nie opłacało się zagadywać wyglądających na singielki paniuś po trzydziestce. Takie prawie zawsze traktowały ją z góry i zachowywały się jak prawdziwe suki. Młode mamuśki były jeszcze gorsze – zazwyczaj nie zdążyła się nawet zbliżyć, kiedy gniewnie syczały i parskały, jakby miała zamiar gołymi rękoma zadusić ich kwilące w wózkach oseski. Pomocne bywały starsze kobiety, ale tylko te, które nie wyglądały na zdewociałe mohery. Hobbystycznie klepiące różaniec babcie okazywały jej głównie pogardę, czasem nawet agresję. Niektóre, te nieliczne, zbolałym głosem przyrzekały, że będą się za nią modlić, ale przecież nie zmiłowania bożego potrzebowała, tylko kasy…

Potknęła się i mnąc w ustach przekleństwo, podeszła do ubranego w jasną koszulę i sprane dżinsy tyczkowatego blondyna.

– Pomoże pan? Zbieram na coś do jedzenia – powiedziała cicho, starając się wyglądać skromnie, ale nie za pokornie.

Pokornych może i czekało życie niebieskie, ale na ziemskim łez padole zbierali głównie cięgi…

Gość nie odpowiedział, więc Patrycja bezczelnie zaszła mu drogę.

– Zbieram na jedzenie, słyszysz?! – zapytała ostrzejszym tonem.

– To zbieraj dalej – burknął chłopak, wymijając ją z obojętnym wyrazem twarzy.

– Dupek! – syknęła.

– Co powiedziałaś?! – odwrócił się i zacisnął ręce w pięści.

Wystawiła środkowy palec i śmignęła pomiędzy zaparkowane w równych rzędach samochody, świetnie wiedząc, że w konfrontacji z wysokim na jakieś metr dziewięćdziesiąt facetem nie ma żadnych szans.

– Głupia kurewka! – rzucił jeszcze w ślad za nią, zanim wsiadł do nowiutkiego ciemnozielonego volkswagena.

Patrycja przypomniała sobie wyczytaną gdzieś informację, że ciemnozielone auta wybierają zazwyczaj osoby o ponadprzeciętnej inteligencji, i pogardliwie wykrzywiła usta. Na geniusza to on jej nie wyglądał… Kutas złamany! – pomyślała ze złością. Widać, że dosłownie sra kasą, a żałuje jej paru groszy?!

Zagrzmiało.

Pewnie znowu będzie padać, przeszło jej przez myśl i do reszty zwarzył jej się nastrój. Miała dość głodu, brudnych ubrań, tłustych włosów i żebrania o kasę. Obeszła parking dookoła i drapiąc się po dawno niemytej głowie, namierzyła wzrokiem łysego, brzuchatego gościa po pięćdziesiątce.

– Zbieram na coś do jedzenia – powiedziała, kiedy do niej podszedł. – Da pan parę groszy?

Mężczyzna zatrzymał się przy jednej z zakurzonych, nowiutkich terenówek i oblizał brzydko spierzchnięte usta.

Patrycja czekała, mając nadzieję, że gość nie słyszy, jak głośno burczy jej w brzuchu. Tego dnia zjadła tylko wyżebraną w jakiejś cukierni drożdżówkę. Tyle że dochodziła siedemnasta, a jej było coraz bardziej słabo z głodu, gorąca i pragnienia…

– To jak? Sypnie pan kasą? – zapytała, siląc się na uprzejmy ton.

– Za darmo? – zapytał, jakby oburzony jej prośbą.

– A co? Nie stać cię na pięć złotych, dziadu?! – wybuchła.

– No, tak rozmawiać nie będziemy – rzucił gość irytująco wyniosłym głosem, po czym wsiadł do srebrnej toyoty i została sama.

– Kurwa mać! – zaklęła, ze złością kopiąc oponę zakurzonej półciężarówki.

Może powinnam podkulić pod siebie ogon i po prostu wrócić do domu? – przeszło jej przez myśl. Problem polegał na tym, że po kolejnej kłótni z matką nie miała na to najmniejszej ochoty. Niedługo skończę piętnaście lat. Poradzę sobie! – pocieszyła się w duchu.

Kilka minut później szczupła ciemnowłosa kobieta w kwiecistej sukience wcisnęła jej w rękę pięć złotych, za które wygłodniała i spragniona dziewczyna kupiła sobie bułkę, wodę i miętowe cukierki. Była w okolicach przydworcowego MacDonalda, kiedy zaczepił ją wysoki, modnie ubrany facet koło trzydziestki.

– Potrzebujesz kasy, cukiereczku? – zapytał wprost. Najwyraźniej przynajmniej dla niego jej rozpaczliwe położenie było oczywiste.

Potwierdziła, wrzucając do przepełnionego kosza pustą butelkę po mineralnej.

– Powiedzmy, że miałbym dla ciebie fuchę. Tyle że to trochę potrwa. Ale chyba dysponujesz wolnym czasem, co? – Elegancik odciągnął ją od wejścia do MacDonalda i skinął głową w stronę jednego z samochodów. – Chodź, pogadamy w aucie.

– Laski za kasę nie robię – rzuciła ostrym tonem.

– Nikt nie mówi o lasce. – Mrugnął do niej.

Podobał jej się rześki, morski zapach jego wody po goleniu i duże ciemne oczy.

Otworzył drzwi od strony pasażera.

– Wskakuj.

Powiedziała, że jest głodna.

– Zjesz coś na miejscu.

– Czyli gdzie? – zapytała.

Wnętrze samochodu przyjemnie pachniało prawdziwą skórą i Patrycja z ulgą oparła głowę o zagłówek.

– Bez urazy, ale trochę od ciebie zajeżdża – mruknął, zapalając silnik. – Długo mieszkasz na ulicy?

– Od paru dni. Wcześniej trochę czasu przesiedziałam na działkach, ale musiałam się stamtąd zabierać.

– To niefart – skomentował, jednak w jego głosie nie usłyszała współczucia. Bardziej coś na kształt grzecznej obojętności.

Włączył radio.

– Nie lubię takiej muzy. – Skrzywiła się, ale nie zareagował.

Wzruszyła ramionami. Kłócić się nie będzie.

Wyjechali z miasteczka i skręcili w stronę odprawy promowej.

– Byłaś kiedyś w Szwecji? – zapytał.

– Nie, a co?

– Nic. Tak tylko pytam.

– Ale chyba tam nie jedziemy? – zainteresowała się.

– Nie – mruknął.

Po jakichś czterdziestu kilometrach zjechał z szosy w wąską, polną drogę. Rosnące dookoła sosnowe lasy sprawiały dość klaustrofobiczne wrażenie, jakby drzewa dosłownie ich osaczały.

– Masz. Podobno byłaś głodna. – Mężczyzna zatrzymał się na poboczu i wyjął ze schowka oblanego mleczną czekoladą wafelka.

Patrycja z wdzięcznością wzięła od niego przekąskę i zapatrzyła się w ciemniejącą ścianę lasu.

– Masz jakieś imię? – zapytała, kiedy już zjadła i oblizała upaćkane podtopioną czekoladą palce.

– Nie uświń mi siedzeń – odpowiedział.

– Wyglądasz na zodiakalnego Byka – rzuciła kokieteryjnym tonem.

– Pudło, cukiereczku – mruknął, sięgając po telefon.

Zanim wybrał numer, wysiadł, a ona została w wozie sama.

Rozmawiał tylko przez chwilę, jakby temu, do kogo dzwonił, nie miał wiele do powiedzenia.

Patrycja obserwowała go przez przednią szybę, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo ufnie czuje się w jego towarzystwie. Może dlatego, że był z tych nielicznych, którzy zdobyli się na to, by w ten czy inny sposób podać jej rękę? Nagle w jej głowie pojawił się obraz matki. Myśli o mnie? – próbowała dociec. Martwi się? W końcu wymknęła się z domu w samym środku nocy i nie zostawiła choćby naprędce skleconej wiadomości. Z drugiej jednak strony od jakichś dwóch, może nawet trzech lat ich relacje układały się naprawdę fatalnie… Może matka miała mnie już tak dość, że odetchnęła z ulgą? – zastanawiała się.

– Wyłaź! – Drzwi od jej strony otworzyły się gwałtownie i towarzyszący jej młody mężczyzna nakazał, by wysiadła.

– Czekamy na coś? – zdziwiła się.

– Na kogoś – sprecyzował.

Za drzewami zachodziło słońce, barwiąc widoczny pomiędzy nimi skrawek nieba na radosny pomarańcz.

Patrycja wysiadła i podrapała się po głowie. Skóra swędziała ją tak niemiłosiernie, że miała ochotę zdrapać ją sobie do krwi…

Chłopak stał obok niej, pisząc SMS-a. Myślała o nim „chłopak”, chociaż niewątpliwie był mężczyzną. Przystojnym, dobrze zbudowanym, pewnym siebie. Takim, z jakim chciałoby się przeżyć swój pierwszy raz. Na myśl o seksie, lekko się zaczerwieniła. Kilka dni przed ucieczką z domu zaproponowała wspólny pierwszy raz koledze z klasy, ale chłopak stchórzył. Do dziś nie miała pojęcia, czemu ją olał. Była brzydka? A może to on był zwykłym cieniasem?

– Podobam ci się? – zapytała, podchodząc bliżej nieznajomego.

– Zajeżdża od ciebie, kotku.

– Ale podobam ci się?

Niegrzecznie odburknął, że nie gustuje w bezdomnych smarkulach, i niecierpliwie zabębnił palcami o stygnącą maskę samochodu.

– Nie powiesz mi nawet, jak ci na imię? – zapytała zupełnie niezrażona jego aroganckim zachowaniem Patrycja.

– Uwierz mi, to nie ma żadnego znaczenia – odpowiedział obojętnym tonem.

– Zabierz mnie ze sobą – poprosiła.

Roześmiał się ostro, chrapliwie.

– Sorry, maleńka. Nie prowadzę schroniska – mruknął.

Odwróciła głowę, żeby nie zobaczył jej łez. W końcu sięgnęła po leżący pod jej stopami stary plecak i ruszyła w stronę szosy.

– Dokąd to, królewno? – Mężczyzna dopadł ją niemal od razu, zacisnął palce na jej ramieniu i brutalnie pchnął.

Poleciała na trawę, obijając sobie kość ogonową o wystający kamień.

– Dupek! – syknęła.

– Nie wierzgaj, bo ci się oberwie – warknął.

Nagle poczuła strach. Dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że sprawiający przyjacielskie wrażenie koleś wywiózł ją daleko w głąb lasu i najpewniej odda w inne ręce. W ręce, które być może nie będą już rozdawać czekoladowych batoników…

– Posłuchaj, jeśli chcesz mnie władować w coś nielegalnego, to ja się tak nie bawię – powiedziała cicho.

Roześmiał się; wyraźnie go rozbawiła.

– Nie bawisz się? Kotku, problem w tym, że nikt cię nie pyta o zdanie – rzucił przez zęby.

Podniosła się i zaczęła biec. Zapomniała nawet o plecaku, liczyła się w końcu każda sekunda. Dorwał ją po krótkiej chwili i złapał za włosy, owijając ciemnoblond pasma wokół nadgarstka.

– Mówiłem, nie wkurwiaj mnie?! – warknął, przybliżając twarz do jej twarzy.

Jego oddech pachniał miętą i lekko zwietrzałą nutką tytoniu.

Dziewczyna zaczęła płakać.

– Puść mnie, okay? Nikomu nie powiem, proszę – szepnęła.

– Za późno, słońce. Właśnie po ciebie przyjechali – odparł mężczyzna wypranym z emocji tonem.

Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na zbliżający się polną drogą samochód, ale mocniej złapał ją za włosy.

– Zamknij oczy – nakazał.

Wpadła w histerię.

– Proszę, puść mnie, błagam cię! – krzyczała.

Uderzył ją w twarz, później jeszcze raz i jeszcze. Upadła na ziemię, przemieszany z piachem kurz zgrzytał jej w zębach, kręciło jej się w głowie.

– Dawaj ją! – Auto, które nadjechało od strony szosy, zatrzymało się parę metrów od nich.

Szarpała się, przeklinając, kopiąc i drapiąc, ale z trzema dorosłymi i świetnie zbudowanymi mężczyznami nie miała cienia szansy. Rzucili ją na podłogę furgonetki i przykryli grubym, szorstkim kocem. Od kurzu zaczęło ją drapać w gardle, z oczu popłynęły łzy. Wołała „pomocy”, dopóki nie wcisnęli jej do ust zajeżdżającej samochodowym smarem szmaty. W panice przypomniała sobie, że od knebla można się udusić, i starając się skupić na oddechu, podkuliła kolana pod brodę. Furgonetką telepało – wąska polna droga była pełna wybojów. Jechali raczej krótko, może pół godziny… Kiedy auto w końcu się zatrzymało, Patrycja wstrzymała oddech. Dokąd ją przywieźli? Co teraz będzie? I jak mogła być taką głupią pindą, żeby z własnej woli wsiąść do samochodu nieznajomego faceta? Na myśl o tym, jak tanio ją „kupił”, znowu zachciało jej się płakać. Jakaś durna gadka szmatka, fałszywe współczucie i czekoladowy baton, a ona już niemal jadła mu z ręki…

– Wyłaź! – Jeden z mężczyzn rozsunął boczne drzwi furgonetki i wziął od niej plecak.

Podniosła głowę, chcąc zapamiętać możliwie jak najwięcej szczegółów, ale widziała tylko przybrudzone, betonowe ściany olbrzymiego garażu i niewielkie zakratowane okienka.

Noc spędziła w pokoju wielkości schowka na mopa – wąska leżanka, umywalka i krzesło – mniej więcej tyle mieściło się w klaustrofobicznie wyglądającym pomieszczeniu. Plecaka jej nie oddali, nie miała też zegarka ani swojej starej nokii, którą cztery lata wcześniej dostała od matki. Nad ranem, kiedy w końcu zasnęła, zapadając w pełen majaków sen, obudziła ją otyła, starsza kobieta o szorstkim głosie.

– Wstawaj! – syknęła, zrywając z niej koc.

Rozpalona z emocji Patrycja, drżąc jednocześnie z zimna, zapytała gdzie jest, ale nie doczekała się odpowiedzi.

– Idziesz pod prysznic – usłyszała tylko, po czym kobieta wyrwała jej spod głowy poduszkę i kazała się pospieszyć. – No już, rusz się, zanim do reszty stracę cierpliwość! – ponagliła ją.

Wstała, założyła brudne, naddarte na nogawkach dżinsy, i starając się nie wpadać w histerię, ubrała się w znoszoną bluzę. Chciało jej się płakać i cała się trzęsła. Instynktownie jednak czuła, że w miejscu, w którym się znalazła, jej emocje na nikim nie zrobią wrażenia…

4

– Popatrz, całkiem tu przyjemnie. Tyle razy tędy przejeżdżałem, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby zajrzeć do środka… – Paweł zaparkował na samym skraju niewielkiego żwirowanego parkingu i pogwizdując, wyłączył silnik.

Kilkanaście metrów pod nimi pieniło się ciemne wzburzone morze; otoczona drewnianym płotem zatoczka przy rzęsiście oświetlonym neonowym światłem nocnym klubie, pełna była wyglądających na drogie, głównie terenowych samochodów.

– Słuchaj, nie jestem do końca pewna, czy chcę tam iść. – Głos siedzącej po stronie pasażera Karoliny leciutko drżał.

– Daj spokój, to tylko zabawa. Kiedy zrobiłaś się taka sztywna? – prychnął Paweł, wyraźnie poirytowany jej wahaniem.

– Kiedy ty zrobiłeś się taki wyluzowany? – syknęła.

– Cholera, tylko nie mów, że teraz się rozmyśliłaś! – ofuknął siedzącą obok żonę.

Nie odpowiedziała.

Sięgnął do schowka i wyjął z niego miętowe gumy.

– Chcesz?

Odmówiła.

Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy o dach samochodu zabębniły pierwsze krople ciężkiego, letniego deszczu.

– Chodźmy. Z całą pewnością nie wypada się spóźnić. – Paweł wysiadł pierwszy i zbyt mocno trzasnął drzwiami.

Karolina wyszła na deszcz, kuląc się w cieniutkiej czarnej sukience. Rajstop nie założyła, nie spodziewała się, że akurat tego wieczoru aż tak się ochłodzi.

– Zimno ci? – Mąż sprawdził, czy zamknął auto, i narzucił jej na ramiona swoją ulubioną szarą marynarkę.

– Dzięki – szepnęła, uważnie patrząc pod nogi.

Złocone sandałki na cienkich wysokich obcasach nie ułatwiały chodzenia po wysypanym drobnym żwirem parkingu.

W klubie było duszno, głośno i wulgarnie – pomalowane na kiczowaty odcień różu ściany zdobiły fotografie półnagich kobiet, discopolowa muzyka przywodziła na myśl zabawy w remizach i dosłownie rozrywała bębenki.

– Paweł, chodźmy stąd! – Karolina pociągnęła męża za rękaw starannie odprasowanej, błękitnej koszuli, ale zupełnie zignorował jej protest.

Na parkiecie było pustawo – tańczyły tylko dwie pary w średnim wieku, większość gości siedziała na wygodnych, welurowych pufach koloru dojrzałych wiśni.

– To chyba oni. – Paweł skinął głową w stronę siedzącej w samym kącie lokalu pary i pociągnął żonę za rękę. – Chodźże! Bóg jeden wie, jak długo czekają! – ponaglił ją.

Podłoga była zdradliwie śliska. Karolina potknęła się i niemal upadła – gdyby nie to, że mąż złapał ją w pasie, runęłaby na parkiet.

– Co z tobą? Piłaś coś? – mruknął.

Posłała mu złe spojrzenie.

– A nawet jakby? – odpowiedziała pytaniem.

Kiedy podeszli do czteroosobowego stolika, siedzący przy nim ciemnowłosy mężczyzna wstał i posłał im szeroki uśmiech. Przystojny, pomyślała Karolina i jeszcze bardziej się speszyła. Kobieta była drobna, o niemal dziewczęcej posturze i dużych, błękitnych oczach.

– Mateusz. A to Kaja. – Kiedy usiedli, brunet przedstawił im siebie i atrakcyjną partnerkę.

Kaja posłała Karolinie raczej obojętny uśmiech i zajęła się drinkiem.

– Zastanawialiśmy się właśnie, czy w ogóle przyjdziecie. Niektóre pary wycofują się w ostatniej chwili – powiedział Mateusz, kiedy już zajęli swoje miejsca i wymienili powitalne banały w stylu: „bardzo dzisiaj wieje”…

– Karolina prawie stchórzyła – rzucił Paweł lekkim tonem.

– Szkoda by było. – Mateusz przesunął wzrokiem po jej dekolcie i mrugnął do towarzyszącej mu blondynki. – Szkoda by było, co, kotku?

– Szkoda – przyznała bez większego entuzjazmu, a Karolina pomyślała, że dziewczyna wygląda na lekko znudzoną.

– Jak długo jesteście razem? – Zanim dotarła do nich kelnerka, Mateusz wyraźnie chciał zagaić niezobowiązującą rozmowę.

– W końcu lipca minęło równiutko dwadzieścia lat – powiedziała Karolina.

– No tak, i wszystko jasne. Czyli zafundowaliście sobie rocznicowy prezencik? – roześmiał się Mateusz.

Zauważyła, że ma piękne, orzechowe oczy i ładnie wykrojone, pełne wargi.

– Właściwie to był pomysł Pawła – powiedziała cicho.

– Pomysł, którego powoli zaczynam żałować, bo zachowujesz się tak, jakbyś szła na ścięcie – rzucił jej mąż sarkastycznym tonem.

– Cóż, wybacz, że nie skaczę z radości. Może dlatego, że chyba nie wszyscy mężowie proponują żonom seks z wymianą partnerów! – wycedziła.

– Ho, ho, widzę, że jeszcze nie do końca przerobiliście temat. – Mateusz wstał i sięgnął po przewieszoną przez poręcz krzesła marynarkę. – Zamówić wam coś?

– Nie, nie. Zaraz pójdę do baru – zaprotestował Paweł, a Karolina siedziała w milczeniu, bawiąc się zawieszką taniej, srebrnej bransoletki.

Kiedy w końcu podeszła do nich kelnerka, zamówiła podwójny dżin z tonikiem i wypiła go niemal duszkiem.

– Słońce, w takim tempie wpadniesz pod stół, jeszcze zanim zdążymy wymienić wszystkie uprzejmości – mrugnął do niej Mateusz, który właśnie wrócił z baru.

– Nie przeszkadza ci, że twoją żonę przeleci obcy mężczyzna? Bo mojemu mężowi to nie przeszkadza, wyobraź sobie – powiedziała kwaśnym tonem.

– Przeszkadza? Nie. Bawimy się tak z Kają od paru ładnych lat. – Mateusz wzruszył ramionami i mrugnął do siedzącej naprzeciwko blondynki. – Odrobina pikanterii jeszcze nikogo nie zabiła, prawda, kotku?

W odpowiedzi Kaja wydęła usta i dopiła drinka. Karolina zauważyła, że ma piękne, szczupłe palce i nie nosi obrączki.

– Czym się zajmujecie? – zapytał Mateusz chwilę później.

– Projektuję parki i ogrody – odparła Karolina, bawiąc się plastikową parasolką wyjętą z drinka.

– Jakie to ma znaczenie? – pytaniem odpowiedział Paweł i posłał jej wymowne spojrzenie.

No jasne, boi się cokolwiek powiedzieć. Pełna dyskrecja, jak ustaliliśmy, przypomniała sobie Karolina. Szkoda tylko, że cała reszta tego cyrku jakoś zupełnie mu nie przeszkadza…

– Pójdę zapalić. – Kaja wstała od stolika i przecisnęła się pomiędzy ścianą a zajmowanym przez Pawła krzesłem.

Karolina zauważyła, że mąż łakomym wzrokiem błądzi po jej szczupłych opalonych udach, i poczuła palącą zazdrość. Pomysł z wymianą partnerów wyszedł od niego i to on się uparł, żeby znaleźć inną parę w podobnym wieku i spróbować czegoś nowego.

Dwadzieścia lat razem, kredyt, dziecko, praca, budowa domu… Pomyśl, jak dawno nie myśleliśmy tylko o sobie – przekonywał ją kilka dni wcześniej.

Nie chciała tego i wcale nie ukrywała, że nie chce. Ale on tak zapalił się do swojego pomysłu, że zupełnie ignorował jej opór. „Na Zachodzie ludzie bawią się w ten sposób od lat, to w końcu nic takiego” – mówił lekkim tonem, jakiego mógłby użyć, namawiając ją do wymiany dywanu. Chętną parę też znalazł on; ponoć ogłaszali się w sieci, gwarantując dyskrecję, higienę i anonimowość. Karolinę obrzydzało zwłaszcza określenie „higiena”. Kojarzyło jej się z wieczornym myciem intymnych części ciała, a już z całą pewnością nie z seksem… Paweł jednak się uparł, a ona nie chciała go stracić. Jej młodsza o dwa lata siostra właśnie się rozwodziła – szwagier odszedł do dwudziestodwuletniej instruktorki fitness. Jej najlepsza przyjaciółka i dwie sąsiadki też zostały porzucone przez mężów, i nagle Karolinę zaczął paraliżować strach, że Paweł znajdzie sobie inną. Owszem, byli w miarę udanym małżeństwem, ale czy to wystarczy? – zastanawiała się, obserwując idącą przez lokal Kaję.

Zalotnie kręciła biodrami, co momentalnie przyciągnęło uwagę barmana i stojących w przeciwległym kącie sali mężczyzn. Puszczalska wywłoka, pomyślała Karolina i do gardła podeszła jej żółć. Co oni najlepszego robili w tym żenująco tandetnym klubie? I jak to możliwe, że ich małżeństwo dotarło do punktu, w którym szukają obcych ludzi, żeby w ogóle jeszcze poczuć jakieś łóżkowe emocje?

Zerknęła na Pawła.

Nie odrywał wzroku od Kai, co do reszty wytrąciło Karolinę z równowagi. W końcu ta zdzira nie jest aż TAK atrakcyjna, pomyślała mściwie.

– Zatańczysz? – Mateusz wyciągnął w jej stronę rękę i nachylając się do niej, żeby przekrzyczeć muzykę, dodał, że leci akurat jeden z jego ulubionych kawałków.

Spojrzała na męża, ale Paweł zupełnie ją ignorował – wgapiony w dekolt Kai, zabawiał ją rozmową o tak zwanej dupie Maryni. Wzruszyła ramionami i podniosła się z krzesła. Skoro ten zdradziecki skurwiel tak sobie z nią pogrywa, ona mu jeszcze pokaże!

Skoczna piosenka szybko się skończyła i didżej puścił jeden z tych zmysłowych, pościelowych kawałków, które kojarzyły się Karolinie z dawnymi czasami i szkolnymi potańcówkami. Mateusz poprowadził ją w głąb parkietu, objął w tali i przyciągnął do siebie. Oparła głowę na jego ramieniu, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że zaczyna się dobrze bawić. Mężczyzna był niezaprzeczalnie atrakcyjny i pomyślała, że może rzeczywiście powinna dać się porwać chwili? W końcu coś jej się od życia należało, prawda? Kiedy ostatnio tak naprawdę wypoczęła? Z pracy do domu, z domu do pracy, po drodze piętnastoletnia córka, dom, ogród, pies… Masa obowiązków i niemal wszystkie na jej głowie – Paweł zawsze wynajdywał świetne wymówki, żeby wykręcić się od wszelkich domowych prac…

Tańczyli dość długo. Musiało minąć ponad pół godziny, bo w tle zamilkły już dwa stare kawałki Madonny, Modern Talking i coś, co w jej uszach brzmiało jak AC/DC. Kiedy schodzili z parkietu, Mateusz musnął dłonią jej pośladki i poczuła przyjemne ciepło w podbrzuszu. Paweł wciąż w najlepsze flirtował z Kają, ale jakoś przestało jej to przeszkadzać. Nagle poczuła się młoda, pełna energii i atrakcyjna.

Wieczór zakończyli na plaży i nawet drobna, siekąca mżawka nie zepsuła im nastrojów. Karolina coraz głośniej się śmiała i rzucała coraz odważniejsze żarty. Wypity w klubie alkohol rozgrzał ją na tyle, żeby zbyt dotkliwie nie odczuwała chłodu dżdżystej nocy, a zarzucona na ramiona marynarka męża świetnie spełniała swoją rolę.

– Czyli co, zdzwonimy się? Jeśli wciąż będzie wam pasował przyszły weekend, my jesteśmy za – powiedział Mateusz, kiedy żegnali się na wyżwirowanym parkingu przed lokalem.

– Przyszły weekend brzmi jak najbardziej realnie – rzucił Paweł pewnym tonem, po czym nachylił się i pocałował Kaję prosto w usta.

Karolina pożegnała się z Mateuszem pocałunkiem w policzek i wsiadła do samochodu.

– Mówiłem, że to fajni ludzie? – triumfował Paweł, zapalając silnik.

– Sympatyczni – przyznała, z trudem walcząc z ogarniającą ją sennością. Teraz, w przytulnym wnętrzu nowego samochodu męża, miała ochotę zwinąć się w kłębek i zasnąć jak dziecko.

Kiedy wyjeżdżali z niewielkiego parkingu, ich nowi znajomi stali obok frontowych drzwi od lokalu i palili.

– Dziwne… Przed chwilą mówili, że też już jadą – mruknął Paweł, ostatni raz mierząc wzrokiem Kaję.

– Wiesz, że zgodziłam się tylko na jeden jedyny raz, prawda? – przypomniała mu Karolina.

– Jasne – mruknął, jednak zabrzmiało to dość lekceważąco.

Do domu dotarli w milczeniu.

– Wyprowadzę psa – powiedział Paweł, kiedy wjeżdżali do garażu.

Karolina nie odpowiedziała – zmęczona i jednocześnie dziwnie podekscytowana, analizowała w myślach przebieg wieczoru. Tak, wciąż była na męża wściekła, że wyskoczył z czymś tak odrażającym. Jednak wspomnienie ciepłych dłoni Mateusza i jego oddechu na jej szyi sprawiało, że nagle nabrała ochoty na seks. Tamtej nocy, korzystając z nieobecności córki, kochali się na sofie w salonie. Karolina nie wiedziała, o kim myślał mąż, mogła się jedynie domyślać, że o Kai. Ona myślała o Mateuszu i o dziwo, nie miała z tego powodu nawet cienia wyrzutów. W końcu to nie ona zaczęła zabawę w czworokąt i całe to cholerne swingowanie…

Opracowanie graficzne okładki:

Emotion Media

Redaktor prowadzący:

Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne:

Karol Maciąg

Korekta:

Małgorzata Narewska

© 2018 by Katarzyna Misiołek

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa, 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: . Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-4006-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.