Diabelska krew - James Rollins - ebook
Opis

Trzecia po Ewangelii krwi i Niewinnej krwi, a zarazem ostatnia część pisanego wspólnie z Rebeccą Cantrell cyklu Zakon Sangwinistów. Fabuła serii łączy elementy nauki, mitologii i religii z wartką akcją. Słowo „cud” zyskuje tu nowe znaczenie, a walka dobra ze złem jest znacznie bardziej skomplikowanym przedsięwzięciem, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Autorzy Diabelskiej krwi zabierają nas do świata, gdzie bramy piekła będą musiały zostać roztrzaskane, by ludzkość mogła poznać swoje przeznaczenie…
Plaga brutalnych morderstw ogarnia świat. Archeolog, dr Erin Granger, musi rozszyfrować przesłanie proroctwa przepowiedzianego w spisanej przez Chrystusa i zaginionej przez wieki tajemniczej księdze zwanej Ewangelią krwi. Widmo spełniającej się apokalipsy zmusza Erin do połączenia sił z sierżantem Jordanem Stonem oraz ojcem Rhunem Korzą i odnalezienia skarbu zaginionego przez stulecia. Ale to, czego szukają, spoczywa w rękach ich wroga, demona o imieniu Legion, którego boją się nawet mury Watykanu.
W poszukiwaniu klucza do zbawienia Erin i jej towarzysze przemierzą wiele krajów i epok. Będą mieli okazję przyjrzeć się zakurzonym półkom w watykańskim ściśle tajnym archiwum, a nawet średniowiecznym laboratoriom, w których alchemicy wieki temu dopuszczali się okropnych rzeczy. Wskazówki do odnalezienia skarbu ukryte są w pochodzących z czasów antycznych podziemnych kaplicach i górskich jaskiniach. Aby ochronić świat, dr Granger będzie musiała przejść przez bramy piekła, by spotkać się z tym, który za tym wszystkim stoi – Lucyferem.
W tym niezwykłym finale serii Rollins i Cantrell zabierają swoich czytelników do czeluści piekieł, gdzie ci będą musieli zmierzyć się ze swoimi największymi demonami, by odpowiedzieć na kluczowe pytanie: Jaką cenę zapłaci ludzkość za wolność i zbawienie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 546

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

SPEKTAKULARNY FINAŁ

Zęby ludzkość mogła przetrwać, muszą zostaćroztrzaskane BRAMY PIEKIEŁ.A SŁOWO „cud” zyska nowe znaczenie.

Do Watykanu ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej napływają doniesienia o pladze brutalnych mordów. Archeolog Erin Granger po raz kolejny musi połączyć siły z pozostałymi członkami triady – sierżantem amerykańskiej armii Jordanem Stone’em i sangwinistą Rhunem Korzą – by ratować świat przed zagładą.

Najpierw jednak muszą znaleźć przyczynę wyraźnego naruszenia równowagi między światłem a ciemnością. Odpowiedź może się kryć w Pradze, gdzie na początku XVII wieku alchemik John Dee w trakcie Swoich niebezpiecznych eksperymentów rozluźnił srebrne łańcuchy przykuwające władcę piekła do jego tronu.

Znaki wskazują, że pan piekieł uwolni się całkowicie podczas zaćmienia słońca w Himalajach. Właśnie tam musi podążyć ścigana przez nowego wroga triada i stanąć twarzą w twarz z Lucyferem.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne – m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

www.jamesrollins.com

REBECCA CANTRELL

Autorka cyklu powieści kryminalnych Hannah Vogel, jest zdobywczynią nagrody Macavity. Jej powieść iDrakula, nominowana do nagrody Appy, według „Booklist” znalazła się wśród 10 najlepszych horrorów dla młodzieży w 2010 roku.

www.rebeccacantrell.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWAMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGASZÓSTA APOKALIPSALABIRYNT KOŚCIPIEKIELNA KREW

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWINIEWINNA KREW

Tytuł oryginału:BLOOD INFERNAL

Copyright © James Czajkowski and Rebecca Cantrell 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk 2017

Redakcja: Grażyna Dziedzic

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-403-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

James:

Rebecce za to, że zechciała towarzyszyć mi w tej podróży

Rebecca:

Mojemu mężowi i synowi

Jakże to spadłeś z niebios,

Jaśniejący, Synu Jutrzenki?

Jakże runąłeś na ziemię,

ty, który podbijałeś narody?1

Lato 1606 rokuPraga, Czechy

Wreszcie prawie się spełniło…

Angielski alchemik John Dee stał w swoim ukrytym laboratorium przed olbrzymim kloszem z nieskazitelnie przejrzystego szkła. Naczynie było tak wysokie, że mógł się w nim wyprostować dorosły mężczyzna. To cudowne dzieło wyszło spod ręki cenionego szklarza z dalekiej wyspy Murano nieopodal Wenecji. Przez ponad rok rzemieślnicy, korzystając z wielkich miechów i metod znanych jedynie garstce mistrzów, obracali i rozdmuchiwali kolosalną kroplę roztopionego szkła, by uformować z niej istny obraz doskonałości. Następnych pięć miesięcy zajęło przewiezienie drogocennego klosza z wyspy, na której powstał, do przesiąkniętego chłodem dworu Świętego Cesarza Rudolfa II na dalekiej północy. A gdy dotarł na miejsce, cesarz rozkazał zbudować wokół niego sekretne laboratorium alchemiczne pod ulicami Pragi, otoczone szeregiem warsztatów pomocniczych.

Minęło długich dziesięć lat…

Klosz spoczywał teraz na okrągłym postumencie w rogu głównej pracowni. Krawędzie podestu dawno zaczerwieniła rdza. W dolnej części klosza tkwił okrągły właz, także ze szkła, od zewnątrz szczelnie przytwierdzony mocnymi sztabami, aby powietrze nie mogło dostawać się do środka ani z niego uciekać.

John Dee zadrżał. Czuł ulgę na myśl o dokończeniu zadania, lecz zarazem się tego lękał. Zrodziła się w nim nienawiść do piekielnego narzędzia, zdawał sobie sprawę, w jakim celu je wykonano. Ostatnio unikał klosza, na ile tylko mógł. Całymi dniami krzątał się po laboratorium w długiej tunice poplamionej chemikaliami, z białą brodą, która prawie wpadała do retort, odwracając załzawione oczy od szklanej powierzchni pokrytej kurzem.

Moje zadanie jest niemal ukończone, pomyślał.

Podszedł do kominka i sięgnął ręką do gzymsu. Sękatymi palcami otworzył misterny zamek małej komory wykutej w marmurze. Tylko on i cesarz wiedzieli o jej istnieniu.

W tej samej chwili rozległo się gorączkowe stukanie. Odwrócił się w stronę klosza i stworzenia uwięzionego w jego wnętrzu. Bestię schwytali wierni słudzy cesarza i przywlekli tutaj przed zaledwie kilkoma godzinami.

Muszę się spieszyć.

Szkaradna bestia waliła cielskiem o ścianę klosza, jakby przeczuwając to, co nadchodzi. Nawet nadnaturalna siła nie pomogła jej jednak wyrwać się z potrzasku. Próbowały tego nadaremnie stworzenia starsze i znacznie mocarniejsze.

W ciągu kilku lat John uwięził w szklanym kloszu wiele takich istot.

Bardzo wiele…

Wiedział, że nic mu nie grozi, lecz wątłe serce alchemika i tak trzepotało; zwierzęca część jego natury wyczuwała niebezpieczeństwo w sposób niezgłębiony dla logicznie działającego umysłu.

Z urywanym westchnieniem wsunął rękę do sekretnego schowka i wyjął z niego przedmiot owinięty w nasączoną tłuszczem tkaninę. Drogocenny obiekt zawiązany był szkarłatnym sznurem i umieszczony w woskowanej kopercie. Ostrożnie przyciskając zawiniątko do piersi, by nie naruszyć woskowego opakowania, John zaniósł je do zasłoniętego okna. Nawet tkanina i wosk nie zdołały powstrzymać budzącego trwogę chłodu, którym emanował przedmiot; palce i żebra alchemika spowiło odrętwiające zimno.

Rozsunął nieco grube kotary, wpuszczając snop porannego słońca. Drżącymi dłońmi umieścił zawiniątko w strumieniu światła na kamiennym blacie stołu i stanął tak, by ani odrobina cienia nie padła na powierzchnię obiektu. Wyjął zza paska ostry nóż rzeźnicki, przeciął nasączoną tłuszczem tkaninę i szkarłatny sznur. Z wielką pieczołowitością zdjął tłustą tkaninę i położył na stole.

Promienie pierwszego brzasku dnia padły na to, co kryło się w zawiniątku: klejnot niezwykłej urody, wielki jak męska dłoń, połyskujący szmaragdową zielenią.

To jednak nie był szmaragd.

– Diament – wyszeptał alchemik.

W komnacie ponownie zapanowała cisza, stwór uwięziony w wielkim kloszu wzdrygnął się i cofnął przed blaskiem przedmiotu jaśniejącym na stole. Gdy promienie wypływające z klejnotu rysowały szmaragdowe żyłki na otynkowanych ścianach, ślepia bestii ciskały spojrzenia to tu, to tam.

John nie zwracał uwagi na jej strach; patrzył w sam środek diamentu, na kłębiącą się w nim powoli smugę atramentowej czerni. Snuła się niczym strumień dymu i oliwy – żywa istota zamknięta w klejnocie, tak jak stwór we wnętrzu szklanego klosza.

Dzięki Bogu.

Alchemik dotknął palcem lodowatego kamienia. Według legendy wydobyto go z głębokiego pokładu kopalni na Dalekim Wschodzie. Jak wszystkie wielkie klejnoty, tak i ten ponoć był naznaczony klątwą. Zabijano się, by go posiąść, a ci, w których ręce wpadł, wkrótce potem ginęli. Mniejsze diamenty wydobyte z tej samej żyły przyozdobiły korony władców odległych państw, ten jednak nie został wykorzystany do zaspokojenia ludzkiej próżności.

John ostrożnie uniósł zielony diament. Dziesiątki lat minęły od dnia, w którym kazał go wydrążyć. Dwaj jubilerzy tracili wzrok, żłobiąc wąziutkimi wiertłami o diamentowych ostrzach maleńką komorę w przepysznie zielonym sercu drogocennego klejnotu. Jako zatyczka posłużył cieniutki, niemal przezroczysty odprysk kości przywiezionej ponad tysiąc lat temu z grobowca w Jerozolimie. Kość ta była ostatnim nietkniętym fragmentem ciała Jezusa Chrystusa.

Tak w każdym razie twierdzono.

Alchemik zakasłał i jego usta wypełnił metaliczny posmak krwi; splunął do drewnianego cebra, który trzymał obok stołu. Choroba trawiąca go od środka pozostawiała mu ostatnimi czasy niewiele spokoju. Walczył o oddech, nie wiedząc, czy nie będzie on ostatnim. Płuca w jego piersi rzęziły jak pęknięty miech.

Wzdrygnął się na stłumione pukanie do drzwi, kamień wysunął mu się z palców i poleciał na drewnianą podłogę. John z okrzykiem rzucił się po drogocenny przedmiot.

Kamień spadł na deski, ale nie pękł.

Ból przebiegł od serca do lewego ramienia alchemika. John oparł się o grubą nogę stołu. Po podłodze rozpłynęła się strużka żółtawej cieczy. Z brzegu rozpostartej niedźwiedziej skóry wzniósł się dym.

– Panie Dee! – rozległ się młody głos z drugiej strony drzwi. – Jest pan ranny?

Stuknął zamek i drzwi się otworzyły.

– Wacławie… – wykrztusił z wysiłkiem John. – Nie zbliżaj się.

Jednakże młodzian już wpadł do środka, spiesząc na pomoc swemu panu. Dźwignął go z podłogi.

– Czy to choroba?

Dolegliwości Johna nie byli w stanie zaradzić nawet najpotężniejsi alchemicy na dworze cesarza Rudolfa. Łapał oddech, pozwalając się chłopcu podtrzymywać; wreszcie kaszel się uspokoił, ale ostry ból w piersi, zwykle ustępujący, tym razem nie puścił.

Młody czeladnik delikatnie dotknął palcami spoconego czoła swego mistrza.

– Nie spał pan dzisiejszej nocy. Rano zobaczyłem, że łóżko jest nietknięte. Przyszedłem sprawdzić… – Zamilkł i zerknął w kierunku szklanego klosza. Widok uwięzionego w nim stworzenia nie był przeznaczony dla młodych niewinnych oczu.

Z warg Wacława wyrwało się westchnienie zdumienia i lęku.

Bestia także na niego patrzała – wygłodniałym wzrokiem, opierając dłoń na szkle i je drapiąc. Od kilku dni nie dostała strawy.

Spojrzenie młodzieńca objęło nagie ciało kobiety. Falujące jasne włosy spadały za jej ramiona i na obnażone piersi. Była nieomal piękna. Jednakże w mdłym blasku wpadającym przez grube szkło jej śnieżnobiała skóra przybrała zielonkawy odcień, jak gdyby zaczął się już rozkład.

Oczy Wacława zwróciły się na alchemika.

– Panie?

Młody czeladnik przyszedł do niego na służbę jako ośmioletni chłopiec o bystrym umyśle. John widział, jak przeobraża się w młodego mężczyznę, przed którym otwiera się jasna przyszłość, zręcznego w mieszaniu wywarów i destylowaniu olejów.

Kochał go jak własnego syna.

Mimo to bez wahania uniósł ostry nóż i rozpłatał gardło czeladnika.

Wacław złapał się za ranę, patrząc z niedowierzaniem na mistrza, który go zdradził. Krew wypływała spomiędzy jego palców i rozbryzgiwała się po podłodze. Opadł na kolana, obiema rękami usiłując zatamować życiodajny płyn.

Zamknięty w kloszu twór uderzył cielskiem o ścianę z taką siłą, że zachwiał się ciężki żelazny postument.

Poczułaś krew? Czy to cię tak podnieca?

John schylił się i podniósł z podłogi zielony kamień. Uniósł go, by sprawdzić szczelność zatyczki. Ciemność przesuwała się w środku, jakby poszukiwała szczeliny, lecz jej nie było. Alchemik uczynił znak krzyża i wyszeptał modlitwę dziękczynną – diament pozostał nietknięty.

Umieścił kamień w blasku słońca, przyklęknął obok Wacława i odgarnął włosy z jego twarzy.

Blade wargi chłopca poruszyły się, w jego gardle zagulgotało.

– Wybacz – szepnął John.

Usta młodego mężczyzny ułożyły się w jedno słowo:

Dlaczego?

John nie mógł mu tego wytłumaczyć i nigdy nie zdoła odpokutować za to morderstwo. Dotknął policzka czeladnika.

– Żałuję, że twoje oczy to ujrzały. Chciałbym, abyś żył długo i mógł prowadzić dalej badania. Ale nie taka była wola Boga.

Skrwawione palce Wacława zsunęły się z gardła, śmierć zeszkliła jego oczy. John dwoma palcami zamknął mu powieki. Pochylił głowę i odmówił krótką modlitwę za jego duszę. Chłopiec był niewinny i znalazł spoczynek w lepszym świecie. Mimo wszystko była to tragiczna strata.

Stworzenie uwięzione w szklanym kloszu – potwór, który był kiedyś człowiekiem – spojrzało mu w oczy. Potem jego wzrok powędrował na ciało Wacława i znów skierował się na twarz alchemika. Musiało wyczuć jego ból, bo po raz pierwszy od dnia, w którym zostało mu dostarczone, uśmiechnęło się, z radości obnażając długie białe kły.

John podźwignął się z wysiłkiem. Ból w sercu nie ustępował. Trzeba czym prędzej doprowadzić dzieło do końca.

Dowlókł się do drzwi, które otworzył czeladnik, i zaryglował je. Jedyny zapasowy klucz do komnaty spoczywał na podłodze w kałuży stygnącej krwi Wacława. Nikt więcej nie zakłóci pracy alchemika.

Przesunął palcem po szklanej rurce biegnącej od klosza do stołu. Obejrzał ją uważnie na całej długości, sprawdzając, czy nie pojawiły się skazy lub pęknięcia.

Zbyt blisko jestem celu, by pozwolić sobie na błąd.

Rurka zwężała się i przy samym końcu miała zaledwie wąziutki prześwit, niewiele większy od ucha igły; była dziełem rzemieślnika u szczytu jego możliwości. John rozsunął grubą zasłonę i promień porannego słońca padł na końcówkę szklanej rurki.

Ból w piersi narastał, lewe ramię znieruchomiało przy boku. Potrzebował całej swojej siły, ona zaś błyskawicznie go opuszczała.

Drżącą prawą ręką ujął kamień. Klejnot błyszczał w słońcu, olśniewający i śmiercionośny. Alchemik zacisnął usta, walcząc z zawrotami głowy, i maleńkimi srebrnymi szczypcami wyciągnął z kamienia drzazgę kości.

Kolana mu drżały, lecz zagryzł zęby. Zatyczka została wyjęta, musiał więc trzymać kamień w blasku słońca. Nawet przelotny cień uwolniłby zawartą w nim smolistą ciemność, pozwolił jej wydostać się na świat.

Do tego nie wolno dopuścić… jeszcze nie teraz.

Ciemność spłaszczyła się i wspięła po ściance swojego maleńkiego więzienia ku wąziutkiemu otworowi, tam jednak zatrzymała się, najwyraźniej z trwogi przed światłem. Zła moc musiała jakoś wyczuć, że nieprzefiltrowany blask słońca zdolny jest ją uśmiercić. Jedynym jej schronieniem pozostawało zielone serce diamentu.

Pomału, z największą pieczołowitością, John przytknął wąziutki otwór wycięty w diamencie do końcówki szklanej rurki. Blask słońca padał na jedno i drugie.

Alchemik wziął ze stołu migającą płomieniem świecę i umieścił nad diamentem, tak by wosk skapywał na klejnot w miejscu, gdzie była do niego przytknięta rurka, i tworzył nieprzepuszczającą powietrza powłokę. Dopiero wtedy John zaciągnął kotarę i pozwolił, by mrok spowił zielony kamień.

Blask świecy padał na wciąż poruszający się wewnątrz diamentu ciemny kształt, który wił się i piął po ściankach w kierunku otworu. John wstrzymał oddech, patrząc, jak ciemność dociera do rurki, zatrzymuje się, jakby badała szczelność woskowej pieczęci, i dopiero gdy zobaczyła, że nie zdoła przedostać się do laboratorium, zaczęła sunąć szklaną rurką. Nieubłaganie zbliżała się do jej końca – miejsca, w którym rurka stykała się ze szklanym kloszem z uwięzioną w nim kobietą.

John pokręcił posiwiałą głową. Bestia – niegdyś istota ludzka – nie była już kobietą. Nie wolno mu widzieć w niej człowieka. Uspokoiła się i stała nieruchomo pośrodku klosza. Przyglądała się Johnowi lśniącymi niebieskimi oczami.

Jej skóra lśniła alabastrową bielą, włosy były jak złote nitki; jedno i drugie miało za sprawą grubej szklanej ściany klosza wodnistozielonkawe zabarwienie. Mimo to była najpiękniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widział. Położyła na szkle jedną dłoń. Blask świecy zatańczył na cudownej urody długich palcach.

Alchemik przemierzył pomieszczenie i przyłożył rękę na kloszu. Poczuł chłód szkła. Nawet gdyby nie ból i biorąca go we władanie słabość ciała, od początku wiedział, że ona będzie jego ostatnią. Była sześćset sześćdziesiątym szóstym stworzeniem, które stanęło wewnątrz szklanej trumny. Jej śmierć przypieczętuje koniec jego dzieła.

Jej usta ułożyły się w jedno słowo, to samo, które niemymi wargami wypowiedział Wacław.

Dlaczego?

John nie umiał jej tego wytłumaczyć, tak jak nie mógł udzielić odpowiedzi zabitemu czeladnikowi.

Spojrzenie jej oczu powędrowało ku ciemnemu kształtowi pełznącemu w stronę jej więzienia.

Podobnie jak poprzednicy uniosła dłoń w kierunku plugawej mgły, która wślizgiwała się do wnętrza szklanego klosza. Usta poruszyły się, twarz zastygła w bezruchu.

W pierwszych latach swojej służby John zawsze ze wstydem patrzył na ciemną komunię dokonującą się w odosobnieniu, lecz już od dawna go nie odczuwał. Oparł się o szklaną ścianę, by być jak najbliżej. Nawet ból w klatce piersiowej ustąpił.

Czarny dym skupił się pod sklepieniem szklanego klosza i drobniutkie niczym mgiełka kropelki zaczęły spadać na tę, która była w środku. Wilgoć płynęła po jej białych palcach i wyciągniętych ramionach. Odrzuciła głowę w tył i krzyknęła. Nie musiał słyszeć tego krzyku, by rozpoznać jej ekstazę. Uniosła się na palcach, wysuwając piersi i drżąc pod dotykiem kropli pieszczących każdą część jej ciała.

Zadrżała ostatni raz i osunęła się bez życia obok ściany klosza.

Mgiełka zawisła nad nią w oczekiwaniu.

Spełniło się.

Alchemik odsunął się od klosza. Przekroczył zwłoki Wacława i szybko zbliżył się do okna. Szarpnięciem rozsunął szeroko zasłonę, by promienie porannego słońca ucałowały ścianę ze szkła. Plugawe ścierwo dziewczyny zapłonęło płomieniem, dym zasilił trwającą w oczekiwaniu mgiełkę.

Czarny obłok, wzmocniony nieczystą esencją bestii, czmychnął przed słonecznym blaskiem i skierował się do jedynej drogi ucieczki: szklanej rurki prowadzącej do maleńkiej komory wydrążonej w diamencie. Za pomocą odblasku srebrnego lusterka alchemik zaganiał plugawy obłok do szmaragdowozielonego serca diamentu, ostatniej kryjówki, która pozostała mu w świecie zalanym blaskiem słońca.

Czerń wróciła do swojej pułapki. John ostrożnie przerwał woskową pieczęć i oderwał diament od rurki. Trzymając wąziutki otwór wystawiony na słoneczny blask, przeniósł kamień na pentagram, który dawno temu nakreślił na podłodze. Umieścił diament na jego środku, wciąż uważając, by oświetlały go promienie słońca.

Jestem tak blisko, tak blisko…

Przez cały czas wypowiadając słowa modlitwy, pieczołowicie usypał wokół pentagramu okrąg z soli. Jego życie dobiegało kresu, lecz oto wreszcie ziści się marzenie, które owo życie wypełniało.

Otworzy bramę do świata aniołów.

Ponad sześćset razy kreślił ten sam krąg, ponad sześćset razy szeptał te same modlitwy. W głębi serca wiedział jednak, że tym razem będzie inaczej. Przywołał na pamięć wersy Apokalipsy: Tu jest mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć2.

– Sześćset sześćdziesiąt sześć – powtórzył John.

Tyle stworów uwięził w kloszu, tyleż sczezło w płomieniach, a ich dymna esencja zgromadziła się w diamencie. Trzeba było dziesięciu lat na znalezienie ich i uwięzienie, i na unicestwienie złowrogiej siły, która ożywiała te przeklęte istoty. Teraz ich zebrana energia otworzy bramę prowadzącą do świata aniołów.

Zakrył twarz dłońmi, jego ciało się trzęsło. Tak wiele było pytań, które pragnął zadać aniołom. Od czasów opisanych w Księdze Enocha ani jeden nie zstąpił do człowieka bez rozkazu Boga. Od tamtej pory nie udzieliły ludziom swojej mądrości.

A ja ściągnę ich światło na ziemię i podzielę się nim z całym ludzkim plemieniem.

Podszedł do kominka i zapalił długą drzazgę. Obszedł z nią krąg, zapalając pięć świec umieszczonych w narożnikach pentagramu. Żółte płomyki świeciły słabo i blado w blasku słońca, drżały od podmuchu wpadającego przez okno.

Alchemik zaciągnął kotary i komnatę zalała ciemność.

Szybkim krokiem zbliżył się do okręgu z soli i uklęknął.

Z wąziutkiego otworu w diamencie wypłynęła smuga atramentowego dymu, poruszając się niepewnie – być może wyczuwała, że za oknem panuje jasność nowego dnia. Nagle ośmielona wystrzeliła w kierunku Johna, jakby chciała go porwać i odpłacić mu za długie więzienie. Jednakże krąg soli ją powstrzymał.

Nie zważając na zagrożenie, alchemik syczącym głosem wypowiadał słowa w języku Enocha, dawno zapomnianym przez ludzkość.

– Nakazuję ci, Władco Ciemności, ukaż mi światło, które jest przeciwieństwem twojej domeny cieni.

Czarny obłok wewnątrz kręgu zadrżał raz i drugi, powiększając się i kurcząc niczym bijące serce. Jego wielkość rosła z każdym uderzeniem.

John złożył ręce.

– Ochroń mnie, Panie, patrzę bowiem na splendor twojego dzieła.

Ciemność ułożyła się w owalny kształt, tak duży, że mógł przez niego przejść dorosły mężczyzna.

Uszy Johna muskały szeptane słowa.

PÓJDŹ DO MNIE…

Głos dobiegał od portalu.

BĄDŹ MOIM SŁUGĄ…

John wziął świecę leżącą obok kolana i zapalił knot od jednej z tych, które umieścił w kątach pentagramu. Uniósł ją i zaczął przyzywać boską ochronę.

Rozległ się nowy odgłos. Coś przemieściło się po drugiej stronie portalu; towarzyszył temu donośny szczęk metalu uderzającego o metal.

Znów dały się słyszeć słowa; niczym robaki przedostawały się do umysłu alchemika.

SPOŚRÓD WSZYSTKICH ŚMIERTELNIKÓW TY JEDEN JESTEŚ GODZIEN.

Wstał i zrobił krok w stronę kręgu, ale jego stopa zawadziła o wyciągniętą dłoń Wacława. Zatrzymał się, bo nagle poczuł, że jest niegodny, by oglądać tak wielką chwałę.

Odebrałem życie niewinnemu.

Nieme wyznanie zostało usłyszane.

WIELKOŚĆ MA SWOJĄ CENĘ. NIEWIELU GOTOWYCH JEST JĄ ZAPŁACIĆ. NIE JESTEŚ TACY JAK INNI, JOHNIE DEE.

Alchemik zadrżał na dźwięk dwóch ostatnich słów.

Zna moje imię i nazwisko, anioł je wypowiedział.

Chwiał się targany dumą i lękiem, komnata wirowała w jego oczach, jakby był pijany. Świeca wypadła mu z rąk. Zapalona wtoczyła się do okręgu i przez portal i jej światło wydobyło z mroku to, co znajdowało się po drugiej stronie.

Otworzył usta ze zdumienia na widok niewiarygodnego majestatu postaci zasiadającej na lśniącym tronie z kości słoniowej. Blask świec migotał w smoliście czarnych oczach w surowo pięknej twarzy jakby wykutej z onyksu. Nad tym cudownym obliczem spoczywała złamana korona ze srebra o poczerniałej powierzchni; jej poszarpane krawędzie przypominały rogi. Zza ramion wznosiły się mocarne skrzydła, ich pióra były ciemne i połyskliwe jak pióra kruka.

Postać przesunęła się w przód, poruszając sczerniałe srebrne łańcuchy, które krępowały nieskazitelnie piękną sylwetkę, wiążąc ją z tronem.

John wiedział już, na kogo patrzy.

– Nie jesteś aniołem – szepnął.

JESTEM… ZAWSZE BYŁEM.

Gładko brzmiący głos wypełnił głowę alchemika, choć wargi postaci spoczywającej na tronie nie drgnęły.

TWOJE SŁOWA MNIE WEZWAŁY. KIMŻE INNYM MÓGŁBYM BYĆ?

Niepewność poruszyła sercem Johna, ból się wzmógł. Popełnił błąd. Ciemność nie może przywołać światła – przywołała ciemność i tylko ciemność.

Z przerażeniem zobaczył, że ogniwo łańcucha odrywa się od postaci. Pęknięty metal zalśnił czystym srebrem. Postać zaczynała się oswobadzać.

Widok ten wyrwał alchemika z transu. Odsunął się od kręgu i zatoczył w kierunku okna. Nie wolno dopuścić, by ten, który mieszka w ciemności, wydostał się na świat.

STÓJ!

Ten rozkaz wbił się w głowę Johna Dee niczym ognista włócznia bólu. Alchemik nie mógł myśleć, ledwie zdołał się poruszać, lecz siłą woli parł dalej. Palcami zakrzywionymi jak szpony chwycił grubą kotarę i szarpnął całą nadwątloną siłą ramienia.

Aksamitny materiał pękł.

Blask słońca zalał komnatę, padł na szklany klosz, stół, krąg z soli i wreszcie ciemny portal. Przeszywający wrzask wypełnił głowę alchemika, tak że omal nie pękła.

John Dee osunął się na podłogę; zobaczył jeszcze, jak obłok ciemności pierzcha przed słonecznym światłem i chroni się do swojej kryjówki w klejnocie. Odchodząc z tego świata, wyszeptał ostatnią modlitwę.

Oby nikt więcej nie znalazł tego przeklętego kamienia…

W południe gwardziści króla strzaskali taranem drzwi laboratorium. Padli na kolana, gdy obok przechodził sam władca.

– Nie unoście twarzy znad ziemi – rozkazał.

Usłuchali bez słowa.

Cesarz Rudolf II minął ich rozciągnięte na ziemi postacie i wszedł do komnaty. Objął wzrokiem pentagram, kałuże wosku i dwa martwe ciała na podłodze, alchemika i jego młodego czeladnika.

Rudolf wiedział, co oznacza ich śmierć.

John Dee zawiódł jego nadzieje.

Nie rzuciwszy drugi raz okiem na zwłoki, wkroczył w mistyczny krąg i podniósł cenny diament. Czarny obłok zadrżał nienawistnie wewnątrz zielonego jak liść serca. Zimna wściekłość zionęła z kamienia, wnikając w umysł cesarza, lecz niczego więcej nie mogła dokazać. John Dee, niezależnie od innych swoich zamiarów, zdołał uwięzić zło w głębi kamienia.

Trzymając jasny klejnot w blasku słońca, Rudolf zatkał otwór drzazgą kości, która leżała na rogu stołu, przejrzystą niczym śnieżny płatek, a mimo to niezmożoną. Zapalił świecę i przytwierdził kość do diamentu woskiem, który parzył mu palce.

To uczyniwszy, usiadł na wytartym krześle. Ostrożnymi ruchami zasłonił świetliście zielony kamień i zawartą w nim ciemność świeżym skrawkiem tkaniny nasączonej tłuszczem. Następnie zawiązał paczuszkę i opuścił ją do kociołka z ciepłym woskiem, który Dee trzymał zawsze w pobliżu kominka. Zanurzył całkowicie zawiniątko, by mieć pewność, że wosk oblał je ze wszystkich stron.

Zerknął na ludzi w korytarzu. Leżeli zgodnie z jego poleceniem, twarzami do podłogi. Przekonany, że nikt go nie widzi, otworzył sekretny schowek pod gzymsem kominka i wsunął do środka plugawy przedmiot. Wyszeptał krótką modlitwę w języku Enocha i dopiero wtedy zamknął tajne drzwiczki.

Zło było na razie ukryte.

Członki cesarza ogarnęło znużenie. Od dawna nie zaznał prawdziwego spoczynku, nie znajdzie go i dzisiaj. Z westchnieniem opadł na drewniane krzesło przy stole alchemika i wziął z bezładnej kupki skrawek pergaminu. Zanurzył pióro w srebrnym kałamarzu i zaczął pisać alfabetem Enocha. Niewielu znało tajniki tego języka.

Skończywszy, monarcha złożył papier dwukrotnie, zakleił czarnym rozgrzanym woskiem i odcisnął pieczęć ze swojego pierścienia. Za godzinę zaufany goniec wyjedzie z wiadomością.

Cesarz szukał pomocy.

Potrzebował rady jedynego człowieka, który równie głęboko jak Dee zanurzył się w świat aniołów światła i ciemności. Spoglądał na leżące na podłodze ciała i modlił się, by ta osoba zdołała odwrócić zło, które dokonało się w tym miejscu.

Uniósł napisany w pośpiechu list. Promienie słońca padły na czarne litery słynnego nazwiska.

Hrabina Elżbieta Batory na Ecsed

CZĘŚĆ PIERWSZA

Powiedział mu bowiem: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”.

I zapytał go: „Jak ci na imię?”.

Odpowiedział Mu: „Na imię mi «Legion», bo nas jest wielu”.

Ewangelia wg św. Marka 5, 8-9.

1

17 marca, 16.07Watykan

Nie daj się złapać.

Świadomość zagrożenia napinała każdy mięsień w ciele doktor Erin Granger, która siedziała skulona za regałem katalogu w samym środku czytelni Biblioteki Watykańskiej. Białą powierzchnię łukowato sklepionego sufitu wysoko nad jej głową zdobiły misterne freski. Wokół ciągnęły się półki z najrzadszymi egzemplarzami ksiąg, jakie istnieją na świecie. Biblioteka zawierała ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy rękopisów i ponad milion książek. W normalnych okolicznościach właśnie w takim miejscu Erin z radością spędzałaby dni i godziny, lecz ostatnimi czasy stało się ono bardziej więzieniem niż źródłem odkryć naukowych.

Dzisiaj muszę się wymknąć, pomyślała.

Nie była jedyną uczestniczką spisku. Jej wspólnik, ojciec Christian, stał z boku, wyraźnie widoczny, i ponaglał ją ukradkowymi ruchami dłoni. Wyglądał jak młody duchowny – wysoki z ciemnymi włosami i przenikliwie patrzącymi zielonymi oczami, miał wydatne kości policzkowe i nieskazitelną skórę. Łatwo było go wziąć za mężczyznę przed trzydziestką, podczas gdy w rzeczywistości miał o kilkadziesiąt lat więcej. Kiedyś był strigoi, potworem karmiącym się ludzką krwią. Jednakże dawno temu wstąpił do katolickiego zakonu sangwinistów i ślubował, że będzie żył wiecznie, posilając się krwią Chrystusa. Był teraz sangwinistą, i to jednym z niewielu, których Erin bezwiednie darzyła zaufaniem.

Uwierzyła mu więc na słowo, kiedy wspomniał o nieznajomej, która stała obok niej.

Młoda zakonnica, siostra Margaret, kryła się wraz z nią za kontuarem. Oddychała ciężko, uwalniając się z habitu; welon już leżał na podłodze obok jej stóp. Erin widziała krople potu na jej czole świadczące o tym, że nie jest sangwinistką, i mogłaby przysiąc, że słyszy przyspieszone bicie serca zakonnicy. Serce Erin biło zapewne w podobnym tempie.

– Proszę – powiedziała Margaret; potrząsnęła długimi jasnymi włosami i spojrzała na nią ciemnymi oczami o barwie bursztynu. Była mniej więcej tego samego wzrostu co Erin i miała podobną karnację. Stanowiło to istotną część ich planu.

Czarna serża szorstko przesunęła się po policzkach Erin, kiedy ta wkładała przez głowę habit – sądząc po zapachu, niedawno wyprany. Lekkimi ruchami ciała poprawiła okrycie i nie zmieniając pozycji, wygładziła je na biodrach. Margaret pomogła jej nałożyć na głowę biały welon i zakryć nim jasne włosy; odgarnęła parę kosmyków.

Skończywszy, odsunęła się nieco i krytycznym spojrzeniem oceniła kamuflaż.

– I jak sądzisz? – spytał Christian półgębkiem, opierając się ramieniem o regał katalogu, by lepiej zamaskować poczynania kobiet.

Margaret z zadowoleniem skinęła głową. Erin wyglądała teraz jak zwyczajna zakonnica, praktycznie anonimowa w Watykanie, gdzie tylko turystów i księży było więcej niż sióstr w habitach.

Na koniec nałożyła na szyję Erin czarny sznur z dużym srebrnym krucyfiksem i podała jej srebrny pierścień, jeszcze ciepły. Ta wsunęła go na palec serdeczny i uświadomiła sobie, że nigdy jeszcze nie nosiła na nim żadnej ozdoby.

Trzydzieści dwa lata i wciąż niezamężna.

Jej dawno zmarły ojciec byłby zatrwożony losem córki. W swoich kazaniach głosił gorliwie, że najwyższym obowiązkiem kobiety jest wydawać na świat dzieci służące Bogu. Rzecz jasna, takie same odczucia wzbudziłaby w nim świadomość, że chodziła do świeckiej szkoły, zrobiła doktorat z archeologii i od dziesięciu lat udowadniała, że większość biblijnych przypowieści jest całkowicie pozbawiona cudownej genezy. Gdyby nie wyrzekł się jej za to, że jako nastolatka uciekła z osady religijnej, przekląłby ją teraz. Erin już się z tym pogodziła.

Przed paroma miesiącami dane jej było wejrzeć w tajemną historię świata, której nie wyjaśniały książki ani nauka stanowiąca fundament jej przekonań. Po raz pierwszy zetknęła się z sangwinistą, żywym dowodem świadczącym o istnieniu potworów i o tym, że można je okiełznać tylko przez poświęcenie się Kościołowi.

Mimo to w dużej mierze pozostała sceptykiem i nadal we wszystko wątpiła. Przyjęła do wiadomości istnienie strigoi, ale dopiero po tym, jak spotkała się z jednym oko w oko, zobaczyła jego zajadłość i dotknęła ostrych kłów. Wiarę dawała jedynie temu, co mogła osobiście zweryfikować, i właśnie dlatego nalegała na realizację planu.

Margaret odgarnęła włosy i związała je na karku, tak jak zwykle robiła to Erin. Pod habit włożyła jej stare dżinsy i białą koszulę. Z daleka można było wziąć ją za Erin.

Oby tak się stało.

Odwróciły głowy w stronę Christiana. Ksiądz uniósł kciuk, a potem nachylił się do archeolożki.

– Grozi ci prawdziwe niebezpieczeństwo – szepnął. – Wejście tam jest zakazane. Jeśli cię przydybią…

– Tak, wiem – odparła.

Podsunął jej zwinięty plan i klucz. Chciała je wziąć, lecz on trzymał mocno.

– Chętnie z tobą pójdę. – Jego oczy wyrażały zatroskanie. – Tylko powiedz.

– Ale ci nie wolno. Sam przecież wiesz.

Zerknęła na Margaret. Żeby podstęp się udał, Christian musiał zostać w bibliotece. Przydzielono go Erin jako osobistą ochronę. I słusznie. Na terenie całego Rzymu nasilały się ataki strigoi. Coś pobudziło potwory do działania. Zresztą nie tylko w Rzymie. Z całej kuli ziemskiej napływały doniesienia świadczące o tym, że zachwiana została równowaga między światłem a ciemnością.

Co było tego przyczyną?

Erin miała pewne podejrzenia, lecz nie chciała się nimi dzielić, dopóki ich nie zweryfikuje; dzisiejsza eskapada być może pozwoli odpowiedzieć na pytania, które sobie stawiała.

– Bądź ostrożna – powiedział Christian, wypuszczając z ręki plan oraz klucz. Podał dłoń Margaret i pomógł jej wstać. Mieli nadzieję, że towarzyszącą mu blondynkę wszyscy wezmą za Erin i nikt nie wykryje jej zniknięcia.

– Twoja krew – szepnęła Erin. Potrzebowała jej tak samo jak klucza.

Christian skinął nieznacznie głową i wsunął jej do ręki szklaną fiolkę z kilkoma mililitrami swojej czarnej krwi. Włożyła zimną fiolkę do kieszeni, w której trzymała latarkę.

Zakonnik dotknął pektorału.

– Do dzieła, tygrysico – rzucił i odprowadził siostrę Margaret do stolika, przy którym Erin zostawiła plecak i laptopa.

Erin spojrzała na plecak, nie chciała go zostawiać. Wewnątrz, ukryta w specjalnym futerale, spoczywała księga cenniejsza od wszystkich niezliczonych tomów zgromadzonych w tajnych archiwach Watykanu.

Ewangelia Krwi.

Księgę przepowiedni napisał Chrystus własną świętą krwią. Odsłoniło się zaledwie kilka jej kart. Erin widziała ogniste linie ożywające na prastarych pustych stronicach. Wersety zawierały tajemnicze proroctwa. Niektóre zostały odszyfrowane, inne pozostawały zagadką do rozwiązania. Najbardziej jednak intrygowały setki pustych stron, które jak dotąd nie ujawniły swojej sekretnej zawartości. Krążyły słuchy, że kryją w sobie całą wiedzę o wszechświecie, o Bogu, o sensie istnienia i tym, co leży poza jego granicami.

Erin zrobiło się sucho w ustach na myśl o tym, że rozstaje się z takim zdrojem wiedzy. Połechtała ją duma, gdyż wiedza ta została przeznaczona dla niej. Dawno temu gdzieś na egipskiej pustyni zadecydowano, że księga ma trafić w jej ręce. Słowa w niej zapisane mogły być odczytane tylko pod warunkiem, że to w jej dłoniach znajdzie się księga. Dlatego zabierała ją ze sobą wszędzie, nigdy nie spuszczała jej z oczu.

Teraz była zmuszona to zrobić.

Zakonnice nie noszą plecaków, więc żeby przebranie mogło spełnić swoją rolę, musiała zostawić bezcenny tom w niezawodnej pieczy Christiana.

Im prędzej się uwinę, tym prędzej go odzyskam.

Ta świadomość pchnęła ją do działania. Erin wstała. Miała do pokonania sporą odległość, a jeżeli nie wróci przed wieczorem, kiedy zamykano bibliotekę, wszyscy troje zostaną przyłapani. Wyrzuciła tę myśl z głowy i zgarbiła się, by nie sposób było dojrzeć jej twarzy. Wzięła głęboki oddech i wyszła zza regału; otoczył ją cichy szmer głosów.

Nikt nie zwrócił na nią szczególnej uwagi, gdy wolnym krokiem zmierzała ku drzwiom. Siłą woli narzucała sobie spokój. Sangwiniści mają zmysły tak wyostrzone, że słyszą bicie ludzkiego serca. Mogliby się zdziwić, że serce zakonnicy kroczącej cichą biblioteką bije w tak szalonym rytmie.

Mijała rzędy regałów i naukowców siedzących przy wypolerowanych drewnianych stołach, na których piętrzyły się stosy książek. Wielu czekało latami, by móc znaleźć się w tym miejscu. Garbili się nad swoją pracą z kapłańskim poświęceniem. Erin niczym się kiedyś od nich nie różniła, dopóki nie natrafiła na tajemniczą – głębszą – żyłę historii. Dobrze znane teksty i udeptane ścieżki już jej nie satysfakcjonowały.

I fortunnie się złożyło, gdyż droga kariery zwykłego naukowca nie była już dla niej otwarta. Niedawno – po tym, jak jeden z jej studentów zginął podczas wykopalisk w Izraelu – odebrano jej stanowisko na Uniwersytecie Stanforda. Wiedziała, że powinna zadbać o swoją przyszłość, o perspektywy kariery naukowej, to jednak straciło znaczenie. Jeśli jej i jej towarzyszom się nie powiedzie, nikt nie będzie miał przyszłości i niczym nie trzeba będzie się przejmować.

Pchnęła ciężkie skrzydła bibliotecznych drzwi i wyszła w jasny blask włoskiego popołudnia. Z przyjemnością poczuła na twarzy promienie wiosennego słońca, lecz nie miała czasu na rozkoszowanie się nimi. Przyspieszyła kroku, zmierzając ulicą Świętego Miasta w kierunku Bazyliki Świętego Piotra. Wszędzie roiło się od turystów, którzy spoglądali na mapki i wskazywali rękami w różnych kierunkach.

Spowolnili tempo marszu Erin, wreszcie jednak dotarła do imponującej bazyliki. Gmach symbolizował władzę papieską i każdy, kto spojrzał na tę świątynię, musiał dostrzec jej majestat. Erin, mimo że znała mroczny cel jej istnienia, zawsze z tym samym podziwem patrzyła na piękno fasady i ogromnych kopuł.

Skierowała się prosto do wielkich drzwi i przez nikogo niezatrzymywana przeszła między wysokimi na dwa piętra marmurowymi kolumnami. Wchodząc przez atrium do nawy monumentalnego kościoła, zerknęła na Pietę Michała Anioła, wzruszającą rzeźbę, która przedstawiała Maryję z martwym ciałem syna w objęciach. Ten widok przypomniał Erin o celu misji.

Wielu matkom przyjdzie opłakiwać śmierć dzieci, jeśli zawiodę.

Wciąż jednak nie wiedziała, na czym polega jej zadanie. Od dwóch miesięcy przeczesywała Bibliotekę Watykańską w poszukiwaniu sensu ukrytego w ostatniej przepowiedni zawartej w Ewangelii Krwi: Troje wybranych musi wspólnie przystąpić do ostatniej misji. Kajdany Lucyfera zostały rozluźnione, jego kielich nie jest odnaleziony. Trzeba światła całej trójki, by wykuć kielich na nowo i zepchnąć go znów w jego miejsce wiekuistej ciemności.

Sceptyczna część jej natury – ta, która wciąż nie mogła się pogodzić z prawdą o strigoi, aniołach i cudach ukazujących się jej oczom – wątpiła, czy spełnienie misji jest w ogóle możliwe.

Wykuć na nowo starożytny kielich, zanim Lucyfer wyrwie się z Piekła?

Brzmiało to jak pradawna legenda, a nie opis zadania, które można wykonać w czasach współczesnych.

Tak czy inaczej, Erin była jedną z trzech osób, o których mówiły przepowiednie w Ewangelii Krwi. Ową triadę stanowili Rycerz Chrystusa, Mąż Wojownik i Uczona Niewiasta. A ponieważ Uczoną Niewiastą okazała się właśnie Erin, jej obowiązkiem było odkrycie znaczenia tych tajemniczych słów.

Pozostali dwaj członkowie triady czekali na rozwiązanie zagadki, pochłonięci własnymi zadaniami; ona tymczasem ślęczała w bibliotekach Watykanu i szukała odpowiedzi. Nie było ich teraz w Rzymie, a ona tęskniła za obydwoma, pragnęła mieć ich u swojego boku, choćby nawet jako biernych słuchaczy licznych hipotez, które kołatały się w jej głowie.

Choć sierżant Jordan Stone, Mąż Wojownik, znaczył dla niej więcej. W ciągu paru miesięcy, które minęły od ich pierwszego spotkania, zapałała uczuciem do tego przystojnego żołnierza, twardziela z przenikliwymi niebieskimi oczami, obdarzonego poczuciem humoru i niezłomnym poczuciem obowiązku. Potrafił ją rozbawić w najtrudniejszych chwilach i nie zliczyłaby, ile razy ocalił jej życie.

Jak mogłaby go nie kochać?

No, chyba że za to, że go teraz tu nie ma, pomyślała trochę egoistycznie.

W ciągu minionych paru tygodni zaczął się oddalać od niej i wszystkiego innego. Powodów dopatrywała się początkowo w tym, że oderwano go od zwykłych wojskowych zajęć i wbrew woli przydzielono do zakonu sangwinistów. Ostatnio jednak zaczęła podejrzewać, że jego wyobcowanie ma głębsze przyczyny, że zaczyna go tracić.

Dręczyło ją zwątpienie.

Może jemu nie chodzi o taki związek, na jakim mi zależy…

Może nie jestem dla niego odpowiednią kobietą…

Nawet nie chciała o tym myśleć.

Trzeci członek triady – ojciec Rhun Korza – nasuwał jeszcze więcej wątpliwości. Rycerz Chrystusa był sangwinistą. Erin nabrała szacunku do jego niezłomnego kodeksu moralnego, niewiarygodnej sprawności bojowej i oddania Kościołowi, lecz zarazem się go lękała. Wkrótce po tym, jak się poznali, w chwili straszliwej potrzeby napił się jej krwi, prawie ją uśmiercając w mrocznych tunelach pod powierzchnią Rzymu. Nawet teraz, gdy kroczyła nawą Bazyliki Świętego Piotra, z łatwością przypominała sobie osobliwe uniesienie, które ją ogarnęło, gdy wbijał ostre zęby w jej gardło; to była ekstaza, w której erotyzm łączył się z trwogą. To wspomnienie wciąż ją przerażało i fascynowało zarazem.

Jak dotąd obaj mężczyźni pozostawali bliskimi kompanami, choć wdarła się między nich nieufność; byli świadomi, że granicy, która podzieliła ich tam, w tunelu, nigdy nie da się całkowicie zatrzeć.

Może właśnie dlatego ojca Rhuna od paru miesięcy nie było w Rzymie.

Erin westchnęła ciężko. Bardzo by chciała, żeby ci dwaj jej towarzyszyli, ale wiedziała, że to zadanie musi wykonać sama. A nie należało do łatwych. Jeśli w trójkę mają wykuć przedmiot zwany Kielichem Lucyfera, ona musi zdobyć wskazówkę, która pozwoli jej odgadnąć, czym jest owo naczynie określone w proroctwie. Przeszukała watykańskie archiwa, od podziemnych krypt wypełnionych próchnem stuleci aż po regały Torre dei Venti, czyli Wieży Wiatrów, po której stopniach stąpał ongiś sam Galileusz. Mimo to jak dotąd opuszczała mury bibliotek z pustymi rękami. Do zbadania pozostała tylko jedna; mieścił się w niej zbiór zakazany dla tych, w czyich piersiach biły serca.

Bibliotheca dei Sanguines.

Prywatny księgozbiór zakonu sangwinistów.

Najpierw muszę się tam dostać, pomyślała.

Biblioteka leżała głęboko pod posadzką Bazyliki Świętego Piotra, w katakumbach. Wstęp mieli tam jedynie członkowie zakonu – strigoi, którzy ślubowali służbę Kościołowi i wyrzekli się spożywania ludzkiej krwi, by posilać się wyłącznie krwią Chrystusa, a ściśle rzecz biorąc, winem przemienionym w tę świętą substancję mocą modlitwy i błogosławieństwa.

Przyspieszyła kroku, odnotowując, że w olbrzymiej bazylice rozstawiono dodatkowych członków Gwardii Szwajcarskiej. Z powodu nasilenia ataków strigoi całe miasto-państwo zostało postawione w stan podwyższonej gotowości. Erin siedziała z nosem w księgach, lecz i tak dotarły do niej wieści, że potwory, sprawcy mordów, są silniejsze, poruszają się szybciej i trudniej je zabić.

Ale dlaczego?

Jeszcze jedna zagadka, której rozwiązanie mogło się kryć w tajemnej bibliotece.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Erin przeczytała tysiące zakurzonych papirusów, starożytnych pergaminów i żłobionych glinianych tabliczek. Teksty były w wielu językach, napisało je wiele rąk, lecz w żadnym nie znalazła informacji, których potrzebowała.

Dopiero przed dwoma dniami…

W Wieży Wiatrów natknęła się na starą mapę ukrytą między kartkami egzemplarza Księgi Enocha. Wyszukała ten starożytny żydowski tekst, księgę napisaną rzekomo przez praprawnuka Noego, traktującą o upadłych aniołach i ich potomstwie, hybrydach zwanych nefilim. To Lucyfer poprowadził ich do boju w czasie wojny w Niebie. Ostatecznie został strącony w czeluść po tym, jak rzucił wyzwanie Bogu, który miał swój plan wobec ludzi.

Kiedy Erin otworzyła ten starożytny wolumin, wysunęła się z niego mapka. Została narysowana mocnym czarnym atramentem na pożółkłym papierze i miała adnotacje skreślone ozdobnym średniowiecznym charakterem pisma. Ukazywała położenie jeszcze jednej biblioteki na terenie Watykanu, starszej niż wszystkie inne.

Wtedy Erin pierwszy raz usłyszała o istnieniu tajnego księgozbioru.

Z planu wynikało, że kryje się on w Sanktuarium, labiryncie tuneli i komór pod Bazyliką Świętego Piotra, który stał się siedzibą niektórych spośród sangwinistów. W starożytnych podziemnych korytarzach spędzali nieprzeliczone lata swojego wiecznotrwałego życia, oddając się spokojnej kontemplacji i modlitwie, z dala od trosk słonecznego świata dziesiątki metrów nad ich głowami. Niektórzy spędzali w kryjówce stulecia, pożywiając się minimalnymi porcjami konsekrowanego wina. Dzień w dzień księża przynosili wino tym nieruchomym postaciom i podtykali srebrne kielichy do bladych warg. Mieszkańcy podziemi pragnęli jedynie spokoju, dostęp do ich tuneli był pieczołowicie strzeżony.

Według informacji zawartych na mapce, Sanktuarium mieściło najstarszy księgozbiór w Watykanie. Erin zasięgnęła w tej sprawie porady Christiana i dowiedziała się, że większość złożonych tam dokumentów napisali nieśmiertelni sangwiniści, którzy byli świadkami wydarzeń w czasach starożytnych. Niektórzy znali samego Chrystusa. Inni już wówczas byli sędziwi; do zakonu wstąpili po setkach lat krwiożerczej egzystencji w postaci szkaradnych strigoi.

Ludziom wstęp do Sanktuarium był zabroniony, jednakże Erin odwiedziła je już kiedyś w towarzystwie Rhuna i Jordana. Cała triada udała się z Ewangelią Krwi do najtajniejszej kryjówki zakonu, by uzyskać błogosławieństwo jego założyciela, znanego jako Ten, Który Powstał z Martwych. Wówczas dowiedziała się, że ma on także inne imię, znane z Biblii.

Łazarz.

To on był pierwszym strigoi, którego Chrystus wezwał na swoją służbę.

Dowiedziawszy się o istnieniu biblioteki, archeolożka udała się do aktualnego przełożonego zakonu w Rzymie, kardynała Bernarda. Zwróciła się do niego o zezwolenie, by w ramach badań móc do niej wejść, lecz spotkała się ze zdecydowaną odmową. Kardynał twardo oznajmił, że nigdy żadnemu człowiekowi nie pozwolono przekroczyć progu Sanktuarium. Zapewnił ją również, że biblioteka zawiera jedynie informacje dotyczące samego zakonu i że nie znajdzie tam niczego, co pomogłoby w poszukiwaniach.

Opór kardynała jej nie zaskoczył. Bernard traktował wiedzę jak skarb wielkiej wagi, który musi być trzymany pod kluczem.

Sięgnęła więc po swój koronny atut. „W samej Ewangelii Krwi zostałam wskazana jako Uczona Niewiasta – przypomniała dostojnikowi i zacytowała ostatnie proroctwo odkryte na pustyni: – Uczona Niewiasta jest teraz związana z księgą i nikomu nie wolno jej od niej oddzielić”.

Mimo to kardynał się nie ugiął.

„Czytałem wiele z tego księgozbioru, wczytałem się głęboko. Nikt spośród tych, którzy są w Sanktuarium, nigdy nie miał do czynienia z Lucyferem i jego upadłymi aniołami. Opowieści o jego klęsce spisano długo po tym, jak się wydarzyła. Tak więc nie istnieje żadne świadectwo z pierwszej ręki o miejscu i sposobie upadku Lucyfera i miejscu jego uwięzienia ani o tym, jak wykuto kajdany więżące go w wiekuistej ciemności i jak można wykuć je na nowo. Szukanie w tej bibliotece byłoby stratą czasu, nawet gdyby nie zostało to zabronione”.

Wpatrując się w jego harde brązowe oczy, uświadomiła sobie, że kardynał nie złamie z dawna ustanowionych zasad. Oznaczało to, że sama musi znaleźć drogę do podziemi.

Pokonując ostatnie metry bazyliki, zerknęła w stronę rzeźby przedstawiającej świętego Tomasza, apostoła, który wątpił we wszystko, dopóki nie pokazano mu dowodu. Uśmiechnęła się mimo zdenerwowania.

Oto apostoł na miarę mojego serca.

Szła dalej w kierunku posągu. U jego stóp znajdowały się niewielkie drzwi. Zwykle były niestrzeżone, lecz kiedy ku nim skręciła, zauważyła gwardzistę szwajcarskiego stojącego przed progiem, na wpół ukrytego w niszy. Zacisnęła zęby i odeszła na bok, usuwając się z linii jego wzroku. Wiedziała, kogo winić za tę innowację.

Niech cię szlag, Bernardzie.

Po ich gorącej sprzeczce kardynał zapewne postawił strażnika, podejrzewając, że Erin spróbuje zakraść się do katakumb na własną rękę.

Rozejrzała się, by poszukać rozwiązania problemu, i je znalazła. Zobaczyła dziewczynkę. Miała osiem, może dziewięć lat i kilka kroków dalej znudzona powłóczyła nogami po bogato zdobionej marmurowej posadzce. W dłoniach obracała jaskrawozieloną piłeczkę tenisową. Rodzice wysforowali się i toczyli ożywioną rozmowę.

Erin szybkim krokiem podeszła do dziecka.

– Cześć.

Dziewczynka uniosła głowę; jej niebieskie oczy zwęziły się podejrzliwie. Nos znaczyły plamki piegów, rude włosy miała związane w kucyki.

– Cześć – odrzekła niechętnie po angielsku, jakby wpojono jej, że ma odpowiadać na pozdrowienia zakonnic.

– Mogę pożyczyć od ciebie tę piłkę?

Dziewczynka schowała piłeczkę za plecami.

No dobra, spróbujemy inaczej, pomyślała archeolożka.

Uniosła dłoń, pokazując banknot o nominale pięć euro.

– Więc może mi sprzedasz?

Oczy dziewczynki rozszerzyły się na widok pokusy. Nagle, ukradkiem zerkając w stronę odwróconych plecami rodziców, szybkim ruchem podała Erin piłeczkę.

Ta odczekała, aż dziecko się oddali i dołączy do matki i ojca, po czym rzutem spod ręki posłała piłkę w kierunku ściśniętej gromadki osób, które stały kilkanaście kroków od gwardzisty. Piłeczka trafiła w tył głowy niskiego mężczyznę w szarym płaszczu.

Krzyknął ostrym tonem i zaklął po włosku, wywołując zamęt w grupie; jego głos odbił się echem w olbrzymiej nawie kościoła. Tak jak Erin liczyła, Szwajcar ruszył w tamtą stronę, by zbadać sprawę.

Korzystając z chwili zamieszania, podeszła szybko do drzwi i wyjęła klucz, który dostała od Christiana. Na szczęście okazało się, że zawiasy są dobrze naoliwione. Znalazłszy się po drugiej stronie, piętą zamknęła za sobą drzwi; jej serce dudniło niczym młot o kowadło.

Położyła dłoń na drzwiach, coraz bardziej zaniepokojona tym, jak się stąd wydostanie, żeby nie dać się złapać.

Wiedziała jednak, że już za późno na takie dywagacje.

Pozostała tylko jedna droga.

Zaświeciła latarkę i rozejrzała się. Przed nią rozciągał się długi tunel. Ściany przechodziły w łukowate sklepienie niespełna trzy metry od podłoża. Obok drzwi stał zakurzony dębowy stół z woskowymi świeczkami i zapałkami. Wzięła kilka, lecz ich nie zapaliła. Przydadzą się, w razie gdyby wyczerpała się bateria w latarce.

Wyjęła z kieszeni mapkę. Chrystian narysował na odwrocie schemat tuneli prowadzących do Sanktuarium. Wiedząc, że nie może zawrócić, Erin chwyciła dół ciężkiego habitu i ruszyła w drogę. Od bramy matecznika sangwinistów dzieliło ją co najmniej półtora kilometra.

Jasna plama skakała w górę i w dół, wąski snop światła przesuwał się, wydobywając z mroku wyloty innych korytarzy. Erin liczyła je pod nosem.

Jeden krok w niewłaściwą stronę i zgubię się w labiryncie na całe dnie.

Strach przyspieszył jej krok, gdy zstępowała wąskimi schodkami i brnęła wśród plątaniny tuneli. Maleńka fiolka krwi Christiana obijała się o jej udo, przypominając, że za wiedzę trzeba czasem płacić właśnie krwią. Przekonała się o tym boleśnie jako dziecko, kiedy ojciec znalazł pod jej materacem ukrytą książkę. Jego surowy głos rozbrzmiał znów w jej uszach i przywołał przeszłość.

„Co się stało Ewie, kiedy zjadła z drzewa wiedzy?”, zapytał, stojąc nad jej dziewięcioletnim odbiciem. Jego mocne ręce farmera zwisające u boków zacisnęły się w groźne pięści.

Nie wiedziała, czy odpowiadać na to pytanie, i w końcu uznała, że najlepiej będzie milczeć. To, co mówiła, budziło w nim zawsze większy gniew niż jej milczenie.

Książka, Almanach farmera, leżała otwarta na dokładnie zamiecionych deskach podłogi, blask lampy oświetlał jej kremowe kartki. Do tamtego dnia czytała jedynie Biblię, bo ojciec orzekł, że jest w niej zawarta cała wiedza, jaka kiedykolwiek będzie jej potrzebna.

Jednakże na stronach almanachu znalazła nowe informacje: o czasie siewu nasion i zbiorów, o datach faz Księżyca. Było tam nawet parę żartów i one właśnie przywiodły ją do upadku. Zaśmiała się zbyt głośno i została przyłapana na lekturze, gdy siedziała po turecku pod biurkiem.

„Co się stało z Ewą?”, spytał z naciskiem; jego basowy głos niósł w sobie groźbę.

Postanowiła bronić się potulnie cytatami z Biblii. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy3.

„Jaka spotkała ich kara?”, indagował ojciec.

„Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności»”4.

„Poznasz tę naukę z mojej ręki”.

Ojciec zmusił ją, by wybrała wierzbową witkę, i kazał przed sobą uklęknąć. Posłusznie opadła na umytą przez matkę podłogę i zdjęła sukienkę przez głowę. Matka uszyła ją dla niej, a ona nie chciała, by się pobrudziła. Złożyła ją starannie i położyła obok siebie na podłodze. Później objęła rękami zimne kolana i czekała na razy.

Zawsze długo kazał jej czekać na następne uderzenie, jakby był świadom, że oczekiwanie jest prawie równie dotkliwe jak sam ból. Dostała gęsiej skórki na plecach. Kątem oka widziała rozłożoną książkę i wcale nie żałowała.

Kiedy pierwsze uderzenie spadło na jej skórę, zagryzła zęby, żeby głośno nie zapłakać. Gdyby to zrobiła, ojciec wymierzyłby więcej razów. Chłostał ją po obnażonych plecach, aż bielizna nasiąkła krwią. Później będzie musiała zmyć ze ścian i podłogi rozpryśnięte jasnoczerwone plamy. Najpierw jednak musi wytrzymać chłostę, doczekać chwili, aż ojciec stwierdzi, że wytoczył z niej dość krwi.

Zadrżała na to wspomnienie, mrok panujący w tunelu przybliżył ją do rzeczywistości. Nawet teraz zapiekła ją skóra na plecach, jak gdyby przypomniała sobie ból sprzed wielu lat i lekcję, jaką dostała.

Ceną wiedzy była krew i ból.

Jeszcze zanim plecy się zagoiły, weszła do gabinetu ojca i potajemnie doczytała książkę do końca. Jeden z rozdziałów poświęcony był prognozowaniu pogody. Przez rok śledziła jej zmiany, by sprawdzić, czy autorzy potrafili je przewidzieć; odkryła, że często się mylili. Uświadomiła sobie, że rzeczy zapisane w książkach nie muszą być prawdziwe.

Nawet w Biblii.

Lęk przed karą nie powstrzymał jej wtedy.

Nie powstrzyma mnie i teraz.

Stopy Erin stukały o kamienie, niosąc ją aż do drzwi Sanktuarium. Nie była to główna brama siedziby sangwinistów, lecz rzadko wykorzystywane tylne wejście nieopodal biblioteki. Wyglądało jak ściana z niszą mieszczącą kamienne naczynie, które przypominało niewielką miskę.

Wiedziała, co musi zrobić.

Sekretną furtkę mogła otworzyć jedynie krew sangwinisty.

Erin sięgnęła do kieszeni po fiolkę z krwią Christiana. Przyjrzała się czarnej posoce w małym naczyniu. Krew sangwinistów była gęściejsza i ciemniejsza od ludzkiej. Mogła się samoistnie poruszać, płynąć żyłami i aortami, nawet jeśli nie biło serce. Na tym w zasadzie kończyła się wiedza Erin o życiodajnej esencji zarówno sangwinistów, jak i strigoi. Nagle jednak zapragnęła dowiedzieć się więcej, odkryć tajemnicę tej krwi.

Lecz nie teraz.

Wylała ciemną zawartość fiolki do kamiennego naczynia, wypowiadając słowa po łacinie. „Bo to jest kielich krwi mojej, na znak nowego i wiecznego przymierza”.

Krew zawirowała w naczyniu, ujawniając swoje nadnaturalne własności.

Czy krew Christiana nie zostanie odrzucona? – zastanawiała się Erin, wstrzymując oddech.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie: ciemna posoka wsiąkła w kamień i znikła bez śladu.

Erin odetchnęła i wyszeptała ostatnie słowa: Mysterium fidei.

Odstąpiła od litej ściany, serce podchodziło jej aż do gardła. Jeśli w pobliżu znajduje się jakiś sangwinista, z pewnością usłyszy to głośne bicie i będzie wiedział, że ktoś stoi na progu Sanktuarium zakonu.

Kamień otarł się ciężko o kamień i wejście rozwarło się powoli.

Zrobiła krok ku ciemności, przypominając sobie bolesną lekcję, której udzielił jej ojciec. Ceną wiedzy jest krew i ból.

Niech więc tak będzie.

2

17 marca, 16.45Kume, Włochy

Dlaczego wciąż grzęznę pod ziemią?

Sierżant Jordan Stone czołgał się w ciasnym tunelu. Skała naciskała go ze wszystkich stron, mógł posuwać się do przodu tylko w jeden sposób: pełznąc jak robak. Piasek sypał mu się we włosy i do oczu.

Dobre i to, że jeszcze w ogóle się poruszam.

Przepchnął się o kolejnych kilkanaście centymetrów.

Zdwoił wysiłek, gdy z tunelu przed nim dobiegł głos z mocnym obcym akcentem:

– Już prawie się przedostałeś!

To pewnie Baako. Przywołał w pamięci obraz rosłego sangwinisty, który pochodził z jakiegoś zakątka Afryki. W ubiegłym tygodniu Jordan zapytał go o kraj ojczysty i usłyszał niejasną odpowiedź: „Z moim narodem jest tak samo jak z wieloma w Afryce. Pochodzą z krajów, które różnie się nazywały i pewnie będą jeszcze miały wiele nazw”.

Typowa odpowiedź sangwinisty, pełna dramatyzmu i w gruncie rzeczy nic niewyjaśniająca.

Jordan wytężył wzrok. Niewyraźnie dostrzegał mdłe światełko, które obiecywało, że tunel – niech go szlag! – dochodzi do jakiejś jaskini. Sierżant brnął ku temu światłu.

Baako zlazł dzisiaj do niedawno odkrytego podziemnego korytarza i wrócił z wieścią, że szyb prowadzi wprost do świątyni Sybilli. Przed kilkoma miesiącami w grocie rozgorzała straszliwa bitwa po tym, jak podczas próby otwarcia bramy piekła złożono w ofierze – niczym jagnię – niewinnego chłopca. Próba spełzła na niczym, a później silne trzęsienie ziemi odcięło pieczarę.

Jordan czołgał się dalej. Z tyłu usłyszał drwiący głos z sepleniącym włoskim akcentem:

– Może nie trzeba było zjadać takiego dużego śniadania.

Zerknął za siebie na Sophię i dostrzegł zarys jej smukłej sylwetki. W odróżnieniu od posępnego Baaka jego siostra z zakonu zawsze była o krok od uśmiechu; na jej wargach bez przerwy błąkał się jego cień, w ciemnych oczach błyszczało rozbawienie. Sierżant na ogół doceniał jej humor.

Ale nie teraz.

Otarł kurz z piekących oczu.

– Ja przynajmniej nadal mogę jeść śniadania – odciął się.

Zagryzł wargi i parł dalej; chciał ujrzeć na własne oczy, co zostało po bitwie ze świątyni. Watykan nakazał otoczyć kordonem całą wulkaniczną górę. Kościół nie mógł dopuścić, by ktoś odnalazł ciała, zwłaszcza strigoi oraz poległych sangwinistów obojga płci.

Typowa operacja maskująca.

A ponieważ to właśnie Watykan był obecnie pracodawcą Jordana – taką decyzję podjęło dowództwo amerykańskiej armii – znalazł się w oddziale czyścicieli. Nie narzekał, bo dzięki temu mógł spędzać więcej czasu z Erin.

Coś mu jednak nie dawało spokoju, jego emocje spowił jakiś mroczny cień. Nie w tym rzecz, że przestał ją kochać. Kochał ją dalej, była tak samo bystra i wesoła jak zawsze, ale odnosił wrażenie, że to z każdym dniem coraz mniej się dla niego liczy.

Wszystko zresztą traciło na znaczeniu.

Erin wyraźnie to wyczuwała. Dostrzegał jej pytające spojrzenia, którym nieraz towarzyszył bolesny wyraz twarzy. Gdy o tym wspominała, bagatelizował jej troski, zbywał je żartem lub uśmiechem, który nie płynął z serca.

Co się, u diabła, ze mną dzieje?

Nie znał odpowiedzi na to pytanie, więc robił to, co zawsze wychodziło mu najlepiej: szedł dalej, krok po kroku. Zajął się pracą, pozwolił, by oderwała go od rozmyślań. W końcu wszystko samo się rozwiąże.

Taką przynajmniej mam nadzieję.

Praca dawała mu chociaż to, że mógł odciąć się od Erin, skupić na odnalezieniu wspólnego punktu, który gdzieś się zapodział. Tyle że nie miał na to zbyt wiele czasu. Przez cały poprzedni tydzień wydobywali zwłoki z zewnętrznych tuneli góry; ścierwa strigoi zostawiali na spalenie włoskiemu słońcu, ciała sangwinistów zaś przygotowywali do należytego pochówku. W wojsku specjalność Jordana stanowiły śledztwa kryminalne i teraz zdobyte tam umiejętności bardzo się przydawały.

Zwłaszcza po odkryciu tego tunelu.

Nikt o nim nic nie wiedział, a wygląd jego ścian wskazywał na to, że wydrążono go niedawno.

Nasunęło się nurtujące pytanie: czy tunel był dziełem kogoś, kto z zewnątrz chciał się dostać do pieczary-świątyni, czy też wydrążono go od środka na zewnątrz?

Żadna z możliwości nie wróżyła dobrze i Jordan przybył na miejsce, by to zbadać.

Wreszcie z bolesnym mozołem wypełznął z wąskiego przejścia i rozciągnął ciało na twardym kamiennym podłożu. Baako dźwignął go na nogi z taką łatwością, z jaką podnosi się małe dziecko, a nie żołnierza prawie dwumetrowego wzrostu.

Mała lampka na posadzce pieczary paliła się, ale Jordan włączył czołówkę na hełmie; Sophia wyślizgnęła się z tunelu, przetoczyła zręcznie i stanęła na nogi, nawet nie niszcząc sobie zbytnio fryzury.

– Tak, tak, popisuj się – mruknął z przyganą, strzepując kurz z ubrania.

Skryty uśmieszek na jej ustach się powiększył. Odgarnęła krótko ostrzyżone włosy z szerokich brązowych policzków, jednocześnie się rozglądając. Miała nadnaturalnie ostry wzrok, toteż sztuczne oświetlenie nie było jej potrzebne.

Jordan zazdrościł jej tego, że nie potrzebowała noktowizora. Rozprostowawszy kark, powiódł spojrzeniem wokół. Odetchnął głęboko i woń siarki wypełniła mu nozdrza; nie była jednak tak intensywna jak poprzednim razem, w czasie bitwy. Wtedy w podłożu rozwarła się szeroka szczelina, z której buchnął kipiący dym i rozpalona siarka.

Teraz obok zapachu siarki pojawił się nowy.

Znajomy odór martwych ciał.

Jordan dostrzegł zwłoki paru strigoi po prawej stronie, zdeformowane i nadpalone, z porozrywaną i rozpłataną skórą. Zapragnął odwrócić się i uciec, tak dyktował naturalny odruch wobec grozy rzezi, on jednak miał obowiązek do spełnienia. Czerpiąc siłę z doświadczenia i wyszkolenia, wyjął kamerę i zaczął filmować pomieszczenie. Nie spieszył się, bardziej z przyzwyczajenia niż z innych pobudek kierował obiektyw na każde leżące ciało. Pracował jako oficer śledczy w Sekcji Kryminalistycznej Wojskowych Sił Ekspedycyjnych w Afganistanie; tam nauczył się sumienności.

Wszedł w głąb pieczary i nakręcił kamienny ołtarz, starając się nie pamiętać o młodym chłopcu, Tommym, którego przykuto łańcuchami, a życiodajna krew sączyła się z jego ciała na kamienną posadzkę. Anielska krew chłopca miała umożliwić otwarcie bramy podziemnego świata, a tymczasem jego niezwykła odwaga spowodowała jej zamknięcie.

Tommy pozostawił swój znak także na nim, lecząc go dotknięciem dłoni. Jordan wciąż czuł to znamię, zdawało się jaśniejsze z każdym upływającym dniem.

– No – odezwał się Baako, przywracając go do teraźniejszości. – Więc co myślisz?

Jordan opuścił kamerę.

– Hm… z całą pewnością zmieniło się tutaj od naszej poprzedniej bytności.

– W jaki sposób? – chciała wiedzieć Sophia.

Sierżant wskazał stos martwych szczurów w kącie groty.

– Tego nie było.

Baako podszedł, ujął w dłoń drobne truchło i powąchał. Jordan aż wzdrygnął się na ten widok.

– Ciekawe – mruknął Baako.

– Co w tym ciekawego?

– Wysączono z niego krew.

Sophia wzięła szczura, obwąchała go i potwierdziła to spostrzeżenie.

– Baako ma rację.

Zwinna Hinduska podsunęła szczura Jordanowi.

– Wierzę wam na słowo, ale jeśli macie rację, to znaczy, że coś tu było i pożywiało się szczurami.

Mogło to oznaczać tylko jedno…

Jordan sięgnął ręką w dół do pistoletu maszynowego, który tkwił w kaburze przy jego boku. Był to MP7 firmy Heckler & Koch. Kompaktowa broń miała wielką siłę rażenia, mogła wystrzelić dziewięćset pięćdziesiąt pocisków na minutę. Zawsze wybierał ten pistolet, lecz teraz ładował go srebrnymi nabojami. Przy okazji dotknął dłonią powleczonego srebrem sztyletu KA-BAR, który nosił przypasany do kostki.

– Jeden ze strigoi musiał przeżyć – orzekła Sophia.

Baako zerknął w stronę tunelu.

– Żywił się szczurami, dopóki nie nabrał sił, by przekopać tunel i wydostać się.

– A może to nie był strigoi. – Jordan coś sobie nagle uświadomił i serce podeszło mu do gardła. – Pomóżcie mi przeszukać zwłoki.

Sophia rzuciła mu pytające spojrzenie, lecz oboje sangwiniści poszli za jego radą. Uważnie oglądali twarze zabitych, jedną po drugiej.

– Nie ma go tutaj – stwierdził Jordan.

Baako zmarszczył czoło.

– Kogo?

Jordan przywołał obraz chłopięcej twarzy, kogoś, komu ufał całym sercem, lecz ten ktoś go zdradził, tutaj, w tej grocie.

– Brat Leopold – wymamrotał w ciemności. Podszedł do miejsca, w którym plama krwi wciąż znaczyła posadzkę. – Tutaj Rhun wbił mu nóż. Tam Leopold upadł.

Ciało zniknęło.

Baako zatoczył ręką łuk.

– Już sprawdziłem, wszystkie korytarze zawaliły się w czasie wstrząsów.

Jordan zaświecił latarką w kierunku wąskiego tunelu.

– Wygrzebał nowy.

Zamknął oczy i przypomniał sobie, jak Rhun udzielał Leopoldowi ostatniego sakramentu; krew pod jego ciałem rozlała się w wielką kałużę. Jak zdołał przeżyć śmiertelną ranę, a później jeszcze znaleźć siłę, by się przekopać do powierzchni? W szczurach nie było aż tyle życiodajnej substancji.

To samo pytanie musiało nurtować Sophię.

– Ten tunel ma co najmniej trzydzieści metrów. Nie wiem, czy nawet w pełni zdrowy sangwinista zdołałby się przebić przez tyle ziemi i kamienia.

Baako przyklęknął obok plamy krwi i przyjrzał się jej uważnie.

– Rozlało się dużo krwi. Ten brat powinien był zginąć.

Jordan skinął głową; jego ocena sytuacji była taka sama.

– A to znaczy, że coś przeoczyliśmy.

Wrócił do tunelu i stamtąd spojrzał na grotę; potem zaczął ją przemierzać regularnym torem, szukając wzrokiem czegoś, co mogło wyjaśnić przebieg wydarzeń. Przesuwali zwłoki, zaglądali pod nie. Jordan uklęknął na czworakach i przyjrzał się starej szczelinie obok ołtarza. W miejscu, w którym się zeszła, zauważył wąską złotą linię.

Sophia kucnęła obok niego i przesunęła brązową dłonią po szczelinie.

– Zamknęła się.

– Przynajmniej jedna dobra wiadomość. – Jordan, prostując się, stuknął hełmem o krawędź ołtarza. Hełm się przekrzywił.

– Bacz na głowę, wojaku – rzuciła Sophia, kryjąc uśmiech.

Poprawił hełm. W świetle z czołówki błysnęło w cieniu ołtarza coś, co przypominało dwa odpryski zielonego szkła z butelki od piwa.

Hm…

Włożył lateksowe rękawiczki i ujął jeden z fragmentów.

– To wygląda jak kryształ.

Uniósł znalezisko wyżej. W blasku światła powierzchnia pęknięcia zalśniła tęczowo. Jordan popatrzył na krawędź i umieścił odprysk obok drugiego. Wyglądały tak, jakby kiedyś stanowiły jeden kamień mniej więcej rozmiarów gęsiego jaja. Sierżant złożył pęknięte połówki i zauważył, że kamień jest wydrążony w środku, jakby wyjęto żółtko z ugotowanego jajka.

Baako zajrzał mu przez ramię.

– Widziałeś to już? Może w czasie bitwy?

– Nie przypominam sobie, ale dużo się wtedy działo – odparł Jordan, oglądając obiekt z różnych stron. – Spójrzcie na to.

Jego palec zawisł nad liniami wyrytymi w powierzchni kryształu. Układały się w jakiś symbol.

Zerknął na Sophię.

– Widzieliście kiedyś coś takiego?

– Ja nie.

Baako tylko wzruszył ramionami.

– Coś jakby puchar.

Jordan przyznał mu rację, ale pomyślał, że to nie jest zwykły puchar.

– To kielich – powiedział.

– Kielich Lucyfera – rzuciła Sophia, patrząc na niego sceptycznie kątem oka.

Tym razem to Jordan wzruszył ramionami.

– Warto przynajmniej to zbadać. – Znam pewną dziewczynę, którą bardzo by to zaciekawiło, pomyślał. Pstryknął aparatem telefonicznym kilka zdjęć kamienia i symbolu; prześle je e-mailem do Erin, gdy tylko złapie zasięg. – Powinienem wyczołgać się na górę i to wysłać…

Odgłos drapania skierował uwagę całej trójki na wylot tunelu. Z ciemności wychynęła ciemna postać. Jordan zdążył tylko zauważyć jej kły, zanim runęła prosto na niego.

3

17 marca, 11.05Siwa, Egipt

Skurcz żalu targnął milczącym sercem Rhuna. Sangwinista siedział w kucki u podnóża wysokiej pustynnej wydmy i wsłuchiwał się w ciche syczenie ziaren piasku zsuwających się ze zbocza. Ten dźwięk napełniał go głębokim spokojem: oto jest tutaj sam i spełnia bożą posługę.

Wszelako nawet to poczucie nie było do końca czyste, gdzieś na samym skraju mąciła je ciemność. Rhun zwrócił się ku niej z wolna; wskazał mu ją niezawodny kompas w jego nieśmiertelnej krwi. Kiedy się pochylał, poszukując jej źródła, blask słońca odbił się od srebrnego krzyża zwisającego na szyi zakonnika. Czarny habit musnął piasek, dłoń przesunęła się po gorącej powierzchni, zgarniając drobne ziarenka. Czujne palce wychwyciły nasienie nikczemności czające się pod spodem.

Niczym kruk polujący na ukrytego pod ziemią robaka Rhun przechylił głowę i skupił wzrok w jednym miejscu. Upewniwszy się, wyjął z sakwy mały szpadel i zaczął kopać.

Przed kilkoma tygodniami przybył tu z oddziałem sangwinistów, by to nasienie znaleźć; takie zadanie im powierzono. Jednak wydobyte cząstki zła groziły tym, że zawładną jego braćmi, pochłoną ich bez reszty. Nakazał im więc, by opuścili stanowisko i wrócili do Rzymu.

Wydawało się, że tylko on jest w stanie oprzeć się zagrzebanemu w ziemi złu.

Ale jak to świadczy o mojej duszy?

Przesiewał przetakiem każdą porcję nabranego na szpadel piasku niczym malec bawiący się na plaży. To jednak nie była dziecinna zabawa. Na sicie nie osiadały muszelki ani kamyczki.

Osadzały się na nim grudki kamienia w kształcie łez, czarne jak obsydian.

Krew Lucyfera.

Ponad dwa tysiące lat temu na tych piaskach stoczono bitwę o maleńkie dziecię, Chrystusa. Lucyfer starł się w niej z archaniołem Michałem, odniósł ranę i jego krew spadła na piach. Każda jej kropla płonęła nieczystym ogniem, przepaliła się przez nikłe drobiny i zastygła w szklistych kroplach zepsucia. Czas przykrył je warstwą piasku, obowiązkiem zaś Rhuna było wydobycie ich z powrotem na światło.

Na dnie przetaka spoczywała pojedyncza czarna kropla.