Diabelska działka - J.R. Ward - ebook
Opis

Finałowa odsłona bestsellerowej serii Królowie bourbona.

Dynastia Bradfordów chyli się ku upadkowi. Śmierć Williama Baldwine’a, głowy rodu, uznano początkowo za samobójstwo, ale wkrótce jego najstarszy syn i zarazem największy wróg przyznaje się do morderstwa. W policyjnym areszcie Edward rozpacza nie tylko z powodu rozpadu rodziny i utraty wolności, ale też kobiety… Sutton Smythe, jego wielka miłość i jedyna osoba, o którą naprawdę zabiegał, została prezeską konkurencyjnej firmy, a to z góry skazuje ich związek na porażkę. Edward musi także stawić czoło twardej więziennej rzeczywistości.

Młodszy brat Edwarda, Lane, planował na zawsze pozostać bawidamkiem, chowającym się w cieniu brata. Tymczasem przekorny los stawia go w roli głowy rodziny i lidera firmy. Przekonany, że Edward nie jest mordercą, Lane i jego ukochana, Lizzie King, wyruszają na poszukiwanie prawdziwego sprawcy – jednak odkryją coś, co nie tylko nimi wstrząśnie, ale i zmieni reguły gry.

Sutton nie może oprzeć się pokusie i wbrew wszelkim przeciwnościom stara zbliżyć się do Edwarda. Tymczasem życie mieszkańców Easterly się zmienia. Są tacy, których to cieszy, dla innych staje się to tragedią. Jedno tylko jest pewne: miłość zwycięży wszystko. Nawet morderstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 507

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału DEVIL’S CUT
Przekład AGNIESZKA WILGA
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja EWA POLAŃSKA
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki ANTHONY RAMONDO
Adaptacja projektu okładki, opracowanie graficzne ANNA POL
Zdjęcia na okładce © Glen Allison / The Image Bank / Getty Images; Evelina Kremsdorf / Arcangel
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © 2017 by Love Conquers All, Inc. This translation published in the United States by Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the translation by Agnieszka Wilga Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-93-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dedykację prosto z serca otrzymują

Dominique Boel Freese

oraz Mindy Wiseman

(znane też jako Greta i Lizzie)

Słowo od autorki

Jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi się zająć pisaniem o moich teraz już rodzinnych stronach, czyli o stanie Kentucky i wspaniałej tutejszej tradycji związanej z produkcją bourbona, a także o wszystkich cudownych, skomplikowanych, nieraz złamanych przez życie ludziach zamieszkujących Easterly lub tam pracujących. Cała trylogia wyrosła z mojej nieco staroświeckiej fascynacji klasycznym już serialem Dynastia połączonej z głębokim szacunkiem dla kultury stanu Kentucky. Ciekawił mnie też proces zmian, które przechodzą jednostki i całe rodziny w okresach większych wyzwań.

Jako osobie pochodzącej z Nowej Anglii i przeniesionej stamtąd na amerykańskie Południe początkowo nie było mi łatwo się zaadaptować. Jednak po upływie dekady mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Teraz na przykład trwają krajowe rozgrywki koszykarskie drużyn uczelnianych, w związku z czym w holu mojego domu króluje ogromny odbiornik telewizyjny, a wokół niego stoi sześć sof i kilka stolików poznoszonych z innych pokoi. Wczoraj właśnie zebrał się tam spory tłumek i wraz z przyjaciółmi wznosiliśmy szalone okrzyki, oglądając mecze (w przerwie odbyła się na dole w piwnicy walka bokserska zakończona rozciętą wargą, a także kilka rund ping-ponga o niewiele mniej zaciekłym przebiegu). Tak emocjonalne zaangażowanie w rozgrywki sportowe uczelnianych drużyn byłoby dla mnie wcześniej nie do pomyślenia – teraz zaś stanowi źródło wielkiej radości – lub wielkiego smutku (moja ukochana drużyna Cardinals niestety odpadła).

Produkcja bourbona wymaga czasu i odpowiedniej temperatury. Młody trunek wlewa się w osmalone dębowe beczki, a potem przechowuje w nieocieplanych budynkach, żeby pozwolić na jego interakcję ze skarmelizowanymi cukrami pochodzącymi z dębowego drewna, które uwalniają się w związku ze zmianami temperatury podczas kolejnych pór roku. To właśnie tym swawolom i wynikającej z nich alchemii bourbon zawdzięcza swój piękny kolor. To z nich po części wynika też jego szczególny smak. Widzę tu pewną analogię do ludzkiej egzystencji, bo przecież miejsca, osoby i wydarzenia, z którymi stykamy się na różnych etapach życia, też na nas wpływają i kształtują nasz charakter: podkreślają pewne cechy, wydobywają mocne strony, lecz zarazem w pełni ukazują słabości.

Gdy poznawałam tajniki produkcji bourbona i związane z nią tradycje, szczególnie spodobały mi się dwa terminy: „dola aniołów” i „diabelska działka”[1]. Ogólnie rzecz biorąc, do każdej beczki wlewa się około dwustu litrów destylatu zwanego „white dog”, lecz na koniec procesu dojrzewania otrzymuje się znacznie mniejszą ilość trunku. Strata może wynosić około dwóch procent rocznie i bierze się stąd, że część płynu wyparowuje (to owa „dola aniołów”), a część wchłania się w dębowe drewno beczki (i to właśnie określa się mianem „diabelskiej działki”). Jeśli więc beczkuje się bourbona przez, powiedzmy, dziesięć lat, otrzymuje się w rezultacie około stu sześćdziesięciu litrów, im dłużej zaś jest przechowywany, tym mniej go na koniec zostaje. Przykładowo, w przypadku najstarszych roczników pappy van winkle, dojrzewających przez dwadzieścia trzy lata, uzyskiwano z jednej beczki niewiele ponad pięćdziesiąt litrów trunku.

Określenie „dola aniołów” brzmi bardzo romantycznie, natomiast „diabelska działka” budzi mroczniejsze skojarzenia, związane ze słowem na „d”. Jednak w obu przypadkach chodzi o to, że otoczenie wywiera znaczny wpływ na zawartość, po części ją przejmując. Co do mnie, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Kentucky, nawet nie sądziłam, że potrafię to miejsce polubić. Z pewnością zaś nie oczekiwałam, że w jakikolwiek sposób wpłynie ono na moją tożsamość. A teraz? Gdybym, nie daj Boże, miała znów zamieszkać w Bostonie? Na pewno jakaś cząstka mojej duszy zostałaby w krainie rozbrzmiewającej muzyką w stylu bluegrass.

Tak chyba musi być, skoro spotkało mnie tu tyle dobrego, poznałam tylu cudownych ludzi i przeżyłam tyle wspaniałych chwil.

Ale oczywiście, jeśli tylko Bóg pozwoli, nigdzie się w najbliższym czasie nie wybieram.

Pisanie tych trzech książek sprawiło mi ogromną przyjemność i dziękuję Wam, moim czytelnikom, za czas, który poświęciliście, żeby zajrzeć przez te wielkie frontowe drzwi do rezydencji Bradfordów i przespacerować się po jej pięknych, wyrafinowanych wnętrzach. Cieszę się, że mogłam stworzyć tę trylogię. Aha, no i oczywiście: Cardinals, do boju!

Osoby dramatu

Virginia Elizabeth Bradford Baldwine, zwana też Młodszą V.E.

Wdowa po Williamie Baldwinie, matka Edwarda, Maxa, Lane’a i Gin Baldwine’ów, a przy tym potomkini Elijaha Bradforda, założyciela Bradford Bourbon Company. Żyje w odosobnieniu, a jej silne uzależnienie od leków ma wiele przyczyn, z których część mogłaby podważyć fundamenty życia rodzinnego.

William Wyatt Baldwine

Nieżyjący mąż Młodszej V.E., ojciec Edwarda, Maxa, Lane’a i Gin Baldwine’ów, a także syna Rosalindy Freeland – również już nieżyjącej rodzinnej księgowej – oraz nienarodzonego jeszcze dziecka Chantal, z którą właśnie rozwodzi się Lane. Za życia pełnił funkcję prezesa Bradford Bourbon Company. Człowiek o wielkich aspiracjach i bardzo niskich standardach moralnych, pozbawiony skrupułów. Jego ciało zostało niedawno znalezione na brzegu rzeki Ohio, nieco poniżej wodospadów.

Edward Westfork Bradford Baldwine

Najstarszy syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Formalnie główny kandydat do przejęcia sterów w Bradford Bourbon Company. Po potwornych przeżyciach, gdy na zlecenie własnego ojca został porwany i przez wiele dni torturowany, jest obecnie cieniem dawnego siebie, odwrócił się od rodziny i osiadł w stadninie Red & Black.

Maxwell Prentiss Baldwine

Drugi syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Jako czarna owca w rodzinie przez wiele lat trzymał się z dala od Easterly – zabytkowej posiadłości Bradfordów w Charlemont w stanie Kentucky. Powrót tego zabójczo przystojnego zbuntowanego skandalisty na łono rodziny budzi kontrowersje nie tylko wśród jej członków.

Jonathan Tulane Baldwine, nazywany Lane’em

Najmłodszy syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Wytrawny pokerzysta, a dawniej również playboy, obecnie usiłujący rozwieść się z pierwszą żoną. Wskutek chaosu w rodzinnych finansach związanego z potężną defraudacją dokonaną w Bradford Bourbon Company musiał nagle stać się głową rodziny. W tej roli jeszcze bardziej niż zwykle wspiera go miłość jego życia – Lizzie King.

Virginia Elizabeth Baldwine Pford, znana jako Gin

Najmłodsze dziecko i jedyna córka Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Żądna uwagi, przekorna buntowniczka i zakała rodu, zwłaszcza odkąd urodziła nieślubne dziecko jeszcze na studiach, które ledwo ukończyła. Niedawno wyszła za Richarda Pforda IV, spadkobiercę ogromnej fortuny i rodzinnej firmy zajmującej się dystrybucją trunków.

Amelia Franklin Baldwine

Córka Gin i jedynego mężczyzny, którego Gin kiedykolwiek kochała – Samuela T. Lodge’a (chociaż ani Amelia, ani jej ojciec o tym nie wiedzą). Uczyła się w Hotchkiss School w stanie Connecticut, ale obecnie wróciła do Charlemont i zamierza przenieść się do miejscowej szkoły, żeby być bliżej rodziny.

Lizzie King

Dyplomowana ogrodniczka pracująca w Easterly już od prawie dekady i dbająca o to, żeby ogrody Bradfordów słynęły z rzadkich okazów roślin i przepięknych kwiatów. Obecnie zaręczona z Lane’em Baldwine’em i całym sercem zaangażowana w związek z nim – choć niekoniecznie we wszystkie dramaty rodzinne Bradfordów.

Samuel Theodore Lodge III

Świetnie ubrany i zabójczo przystojny bezpruderyjny prawnik z szacownej rodziny z Południa. Jedyny w świecie mężczyzna naprawdę oddziałujący na Gin. Nie ma pojęcia, że Amelia jest jego córką.

Sutton Endicott Smythe

Nowa prezes Sutton Distillery Corporation – największego rywala Bradford Bourbon Company na rynku. Świetnie sobie radzi w interesach, ale jej życie uczuciowe od lat tkwi w martwym punkcie, ponieważ kocha się w Edwardzie Baldwinie, a nikt inny nie może się z nim równać.

Shelby Landis

Córka Jeba Landisa – legendy wyścigów konnych. To od jej ojca Edward nauczył się wszystkiego, co wie o koniach. Silna, pracowita dziewczyna, która postanawia zaopiekować się Edwardem, nawet wbrew jego woli.

Aurora Toms

Od kilkudziesięciu lat szefowa kuchni w Easterly. Potrafi serwować zarówno tradycyjne potrawy z Południa, jak i najbardziej wyszukane dania kuchni francuskiej. Nie znosi sprzeciwu, ale ma wielkie serce. Śmiertelnie chora na raka. Dla Lane’a, Edwarda, Maxa i Gin odgrywa rolę matki i jest dla nich punktem odniesienia w kwestiach etycznych.

Edwin „Mack” MacAllan

Naczelny gorzelnik Bradford Bourbon Company. Próbując wyhodować nowy szczep drożdży, ściga się z czasem i walczy z ograniczonym budżetem, żeby tylko nie musieć zamknąć destylarni. Niedawno poznał kobietę swojego życia, martwi go jednak przyszłość firmy.

Chantal Blair Stowe Baldwine

Piękność nieskażona żadną głębszą myślą. Pierwsza żona Lane’a, z którą właśnie się on rozwodzi. Wkrótce ma urodzić dziecko z nieprawego łoża, spłodzone przez Williama Baldwine’a. Odgraża się, że zdradzi, kto jest ojcem dziecka, jeśli Lane nie spełni jej żądań finansowych.

Rosalinda Freeland

Nieżyjąca księgowa posiadłości rodzinnej Bradfordów. Popełniła samobójstwo w swoim gabinecie, zażywając szalej. Matka osiemnastoletniego Randolpha Damiona Freelanda, pochodzącego z jej skrywanego związku z Williamem Baldwine’em.

1

Easterly, rodzinna posiadłość Bradfordów, Charlemont, Kentucky

Ktoś nieproszony chodził po ogrodzie.

Pośród leniwej, mglistej nocy na Południu, pod ukwieconymi koronami drzewek owocowych, między krzewami róż herbacianych o pąkach wielkich jak spodki oraz szwadronami równo przyciętych bukszpanów, w obrębie porośniętych bluszczem murów po brukowanej ścieżce poruszała się jakaś postać; zmierzała ku tylnym drzwiom rezydencji, jakby nie miała dobrych zamiarów.

Jonathan Tulane Baldwine przymrużył oczy i zbliżył twarz do szyby w sypialni. Kimkolwiek ten ktoś był, szedł pochylony i ukrywał się w cieniu, sprytnie wybierając drogę, nie ulegało więc wątpliwości, że dokładnie wie, co robi i dokąd zmierza. Chociaż oczywiście nie jest zbyt trudno znaleźć w ciemnym ogrodzie białą rezydencję przypominającą tort weselny o powierzchni niemal dwóch tysięcy metrów kwadratowych.

Lane odwrócił wzrok od wiekowej, lekko pofałdowanej szyby i spojrzał na łóżko. Lizzie King, kobieta jego życia, spała głęboko z głową na poduszce; jej jasne włosy błyszczały w świetle księżyca, a z jedwabnej pościeli wyłaniało się opalone ramię.

Zabawne są te momenty całkowitej jasności umysłu – pomyślał, wciągając bokserki. Zastanawiał się, kim może być ten człowiek, lecz nie potrafił znaleźć żadnej kojącej odpowiedzi. Zdał sobie sprawę, że w obronie tej kobiety potrafiłby zabić. Choć potrafiła doskonale sama o siebie zadbać, a on w obecnej sytuacji polegał na niej bardziej niż kiedykolwiek dotąd, to jednak... Gdyby ktokolwiek spróbował ją skrzywdzić, Lane bez mrugnięcia okiem posłałby go na tamten świat.

Z takim nastawieniem przeszedł bezgłośnie po orientalnym dywanie do dziewiętnastowiecznej komody, od zawsze pozostającej w rękach jego rodziny. Pistolet trzymał w górnej szufladzie po lewej stronie, pod równo pozwijanymi skarpetkami z najlepszej przędzy, które nosił do smokingu. Dziewięciomilimetrowa spluwa była wprawdzie niewielka, ale miała laserowy celownik i pełny magazynek.

Który Lane teraz odblokował.

Z bronią przy udzie wyszedł na korytarz, długi jak ulica w mieście i urządzony równie elegancko i formalnie jak hole w Białym Domu. Pod ogromnym dachem Easterly mieściło się około dwudziestu apartamentów dla rodziny i gości. Mijając kolejne drzwi, Lane liczył, ile osób przebywało teraz w swoich pokojach – lub przynajmniej powinno w nich przebywać. Jego młodsza siostra Gin, ale nie jej świeżo poślubiony mąż Richard, który wyjechał gdzieś w interesach, jej szesnastoletnia córka Amelia, która miała jeszcze wrócić do szkoły na egzaminy semestralne, Jeff Stern, czyli dawny współlokator Lane’a z czasów studenckich, a teraz świeżo upieczony prezes Bradford Bourbon Company. No i oczywiście matka Lane’a i Gin – Młodsza V.E.

Niewykluczone, że ktoś z nich wybrał się na spacer o drugiej w nocy. No, może z wyjątkiem matki. W ciągu ostatnich trzech lat Młodsza V.E. opuściła swoją sypialnię tylko raz, podczas stypy ku czci jej męża, która odbyła się przed kilkoma dniami – a choć to wydarzenie stanowiło rzeczywiście dobrą okazję do pokazania się domownikom, widok, jak schodzi elegancko ubrana, był szokujący.

Raczej więc to nie ona.

Jeśli zaś chodzi o służbę, kamerdyner odszedł, a żadna z pokojówek nie nocowała w rezydencji – zresztą i tak już wszystkie zwolniono.

Nikogo więcej nie powinno być na terenie posiadłości.

W połowie korytarza przeszedł przez część wypoczynkową i zatrzymał się na szczycie wielkich centralnych schodów.

Co prawda nie uruchomił się alarm, tyle że przecież Lane w ogóle go nie włączył, gdy wraz z Lizzie wrócili ze szpitala.

Ale z niego dureń!

Do diabła, czy chociaż zaryglował te wszystkie drzwi na parterze? Nie pamiętał. Wrócili przed północą, a w głowie miał zamęt, cały się skręcał na wspomnienie Aurory leżącej na oddziale intensywnej terapii. Boże drogi... ta Afroamerykanka była dla niego matką w większym stopniu niż kobieta, która go urodziła, nowe wcielenie Daisy Buchanan. Na myśl o tym, że nowotwór zabiera mu Aurorę kawałek po kawałeczku, gotów był wpaść w szał.

Zszedł po imponujących schodach jakby wyjętych prosto z rezydencji Scarlett O’Hary na czarno-białą marmurową posadzkę w holu wejściowym. Nie paliło się żadne światło. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Rezydencja, jak każdy wiekowy dom, rezonowała, gdy poruszali się w niej ludzie – jej belki i deski, zawiasy i klamki odpowiadały każdemu, kto się tam przemieszczał.

Cisza.

Szkoda. Przepisy stanu Kentucky uznają prawo do samoobrony, jeśli się zabije nieproszonego gościa w swoim domu – gdyby więc Lane miał tej nocy kogoś zastrzelić, wolałby zrobić to w środku niż na zewnątrz. Wówczas nie musiałby ciągnąć nigdzie ciała i układać go w progu tak, żeby wyglądało na to, że skurwiel właśnie się włamywał.

Lane mijał ciemne salony i jadalnie. Patrząc na zabytkowe meble i stare obrazy, czuł się jak muzealny ochroniarz na nocnym obchodzie. Wszędzie dookoła były okna i drzwi balkonowe, obramowane suto drapowanymi zasłonami z tkanin zaprojektowanych przez samego Mariana Fortuny’ego, ponieważ jednak na całym parterze pogaszono światła, Lane przemykał przez pokoje niczym duch, podobnie jak tamten człowiek w ogrodzie.

Gdy znalazł się na tyłach rezydencji, podszedł do przeszklonych drzwi, by na wyłożonym kamiennymi płytami tarasie wypatrywać między leżakami z kutego żelaza, krzesłami i stolikami o szklanych blatach czegoś, co się rusza lub w inny sposób odstaje od normy. Lecz nic takiego nie zauważył, w każdym razie nie w bezpośrednim sąsiedztwie łupkowego cokołu budynku.

Gdzieś dalej jednak, pośród zieleni, krył się ktoś, kto mógł zagrażać jego rodzinie.

Lane przekręcił mosiężną gałkę i delikatnie otworzył do połowy drzwi, po czym wychylił się na zewnątrz. Majowa noc otuliła go ciepłym, ciężkim powietrzem, wonnym niczym bukiet kwiatów. Spojrzał w lewo, potem w prawo. Latarnie gazowe na tyłach budynku rzucały migotliwe światło, lecz jego brzoskwiniowe plamy nie sięgały daleko.

Wyszedł z domu i ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Zmrużył oczy, by łatwiej przebić wzrokiem ciemność.

Tak jak wszystkie tego typu rezydencje, ogromny gmach w stylu federalnym otaczały rozległe ogrody, starannie podzielone na różnorodne strefy roślinne, z których każda prezentowała całkiem inny krajobraz, niczym różne dzielnice w obrębie jednego miasta. Łączyło je tylko jedno: elegancja widoczna na każdym kroku czy to pod postacią rzymskich posągów stojących w pięknych pozach pośród labiryntów z niskiego żywopłotu, czy to fontann tryskających krystalicznie czystą wodą pośrodku sadzawek z ozdobnymi karpiami, czy też porośniętej glicynią altany obok domku przy basenie.

Oto matka natura podporządkowana ludzkiej woli, roślinność uprawiana, przycinana i poskramiana z taką precyzją, z jaką zwykle urządza się raczej wnętrza. Po raz pierwszy w życiu Lane pomyślał o kosztach, jakie pociąga za sobą utrzymywanie tego wszystkiego – o kupowaniu roślin i opłacaniu pracowników, którzy ciągle coś koszą, pielą, przycinają, troszczą się o dwustuletnie mury i alejki, czyszczą basen...

To przecież szaleństwo! Zbytek, na który mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi – a rodzina Bradfordów już do tej kategorii nie należała.

Dzięki ci, ojcze, stary skurwielu.

Lane wrócił myślami do swojego bieżącego zadania. Oparł się plecami o ścianę domu i zmienił w czujnego łowcę jeleni. Nie ruszał się. Prawie nie oddychał. Bezgłośnie czekał, aż jego cel pojawi się w polu widzenia.

Może to Max?

Pozbawiony miłości związek jego rodziców dał im czworo dzieci – spore zaskoczenie, zważywszy, że matka i ojciec rzadko przebywali w tym samym pomieszczeniu, nawet zanim ona przed trzema laty przestała w ogóle wychodzić z łóżka. A jednak jakimś cudem na świat przyszli: Edward, najstarszy syn i złoty chłopiec, szczerze znienawidzony przez ojca, Max, czyli czarna owca w rodzinie, Lane, który z życia playboya uczynił prawdziwą sztukę, przynajmniej dopóki nie zmądrzał na tyle, żeby się ustatkować u boku odpowiedniej kobiety, no i wreszcie Gin, rozwiązła buntowniczka nieprzestrzegająca żadnych zasad.

A teraz Edward był w areszcie, oskarżony o zamordowanie ich koszmarnego ojca, Gin dla pieniędzy wyszła za mąż za człowieka, którego nienawidziła, a Max po kilku latach nieobecności wrócił do domu jako zarośnięty i wytatuowany cień wesołego dawniej chłopaka, tak bardzo nieznoszący ludzi (w tym własnej rodziny), że zamieszkał w jednym z domków dla pracowników, które zbudowano na tyłach posiadłości, ponieważ odmówił nocowania pod dachem Easterly.

Może to właśnie Max przyszedł do rezydencji, żeby... A zresztą Bóg jeden wie po co. Po miarkę cukru lub butelkę bourbona? A może chciał ukraść trochę srebrnych sztućców?

Ale jak dostałby się do ogrodu? Jak w ogóle ktokolwiek mógł się tam znaleźć? Tę ogromną połać roślin ozdobnych i trawników chroniły dwie zamknięte na klucz bramy oraz trzyipółmetrowy ceglany mur z drutem kolczastym, ciągnący się po dwóch stronach ogrodu. Od trzeciej strony dostęp był jeszcze bardziej utrudniony, ojciec kazał bowiem przebudować dawne stajnie na supernowoczesne centrum biznesowe, gdzie przez ostatnie lata pracował zarząd Bradford Bourbon Company. A nie było siły, żeby się tamtędy przemknąć, jeśli się nie miało karty i nie znało kodów...

Gdzieś po prawej stronie, w alejce obsadzonej kwitnącymi rajskimi jabłonkami, przemknęła ludzka postać.

Mam cię! – pomyślał Lane i serce nagle mu przyspieszyło. Pochylił się i bezszelestnie przebiegł boso po kamiennym tarasie, po czym schował się za ogromną urną, w której można by się chyba kąpać.

Sądząc po szerokości ramion, był to bez wątpienia mężczyzna.

Drań zmierzał właśnie w stronę tarasu.

Lane wycelował pistolet, trzymając go mocno w wyprostowanych rękach. Zamarł w oczekiwaniu, aż intruz wyłoni się z alejki i wejdzie na boczne schody prowadzące na taras.

Czekał...

...i czekał...

...myśląc o swojej nabzdyczonej żonie Chantal, z którą się rozwodził. Może to nasłany przez nią prywatny detektyw, pragnący wyciągnąć na wierzch brudy związane ze skandalem finansowym w ich rodzinnej firmie, dowiedzieć się dokładnie, jak głęboko sięga ich bankructwo, zdobyć informacje, które ona wykorzysta przeciwko Lane’owi, gdy będą obracać swój nieistniejący już związek w pył?

Lub może to Edward uciekł z aresztu i właśnie wraca do domu?

Dość wątpliwa hipoteza.

Intruz ostatni raz skręcił i szedł już prosto na Lane’a. Głowę miał jednak opuszczoną, a na niej nisko naciągniętą czapkę bejsbolową.

Lane trwał w tej samej pozycji, dopóki nie uzyskał całkowitej pewności, że dałby radę trafić go prosto w pierś. Następnie nacisnął spust do połowy, a czerwony laserowy punkcik przeciął mrok i zaczął tańczyć w okolicy serca intruza.

Wówczas Lane powiedział głośno i wyraźnie:

– Proszę bardzo, mogę cię zabić.

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, aż jego podeszwy zaszurały. A jego ręce uniosły się tak szybko, jakby miał pod pachami sprężyny.

Lane zmarszczył brwi, gdy w końcu zobaczył jego twarz.

– A co pan tu, do diabła, robi? – spytał zdziwiony.

2

Areszt hrabstwa Washington, centrum Charlemont

Przez okratowane okno wpadały do celi promienie księżyca. Podzielona na pięć części kremowa smuga światła załamywała się na krawędzi stalowego zlewu i rozlewała po betonowej podłodze. Na dworze było parno i to dlatego księżycowa poświata zdawała się taka mglista. W celi natomiast nie odczuwało się pór roku – zarówno ściany, jak i podłogę oraz masywne drzwi pomalowano na różne odcienie więziennej szarości, w środku panował zaduch, a powietrze miało metaliczny zapach z nutą środków czyszczących.

Edward Bradford Baldwine siedział z nogami na pryczy – tę bardziej zdeformowaną nogę ułożył pod dziwnym kątem, który zapewniał mu minimum komfortu. Cienki materac nie dawał jednak ulgi wymęczonym kościom dolnych partii jego ciała.

Nie po raz pierwszy siedział w zamknięciu, ale teraz przynajmniej nie przetrzymywano go tam wbrew jego woli. Sam się zgłosił, gdy przyznał się do zamordowania ojca, przez co trafił tu pod klucz. Nie był też jedynym tutaj więźniem, co odróżniało obecną sytuację od poprzedniej – nawet przez drzwi pancerne dochodziły go odgłosy chrapania, kaszlu, a czasem jęków innych aresztowanych.

Stłumiony łomot rezonujący echem nasunął mu myśl o stadninie Red & Black. Wszyscy ci mężczyźni w pojedynczych celach przypominali klacze w swoich boksach – niespokojne i wiecznie pobudzone, nawet nocą. A może właśnie najbardziej po zapadnięciu zmroku.

Edward wcisnął dłonie w materac i oparł na nich cały swój ciężar, żeby trochę ulżyć punktom nacisku na pośladkach. Nie wytrzymał jednak zbyt długo i musiał znów usiąść, górna część jego ciała nie była bowiem wiele mocniejsza od dolnej. Zdążył już właściwie się przyzwyczaić, że stale odczuwa fizyczny dyskomfort.

Rozejrzał się po celi: ściany z betonowych bloków, gładka betonowa podłoga, stalowy zlew i toaleta, okratowane okno zabezpieczone metalową siatką. Pomyślał o przepychu Easterly. Nawet piwnicę w jego rodzinnej rezydencji urządzono bardziej luksusowo niż to pomieszczenie, a tamtejsza winiarnia przypominała wręcz angielski gabinet, który jakimś cudem, zamiast znaleźć się między salonami na górze, zleciał do piwnicy i osiadł na poziomie fundamentów rezydencji zbudowanej na wzgórzu.

Z jakiegoś niejasnego powodu – może po prostu dlatego, że nie miał nic innego do roboty, a dobrze wiedział, że nie ma szans na sen – przypomniał sobie przeczytaną wiele lat temu historię o małym chłopcu, którego przetrzymywano w kartonie. Był nawet program w telewizji o kimś, kogo poddano podobnej torturze...

Zaraz, zaraz... To nie o tym przecież...

Umysł miał niemrawy i ociężały, z trudem przychodziło mu trzymanie się jednego wątku.

A, no tak. Dzieciak w kartonie. No więc okazało się, że kiedy chłopca uratowano, wcale nie był aż tak straumatyzowany, jak można by się spodziewać. Dopiero gdy się dowiedział, że inne dzieci nie doświadczały takich nadużyć, poczuł się naprawdę skrzywdzony.

Jaki z tego morał? Jeśli człowiek wychowuje się w określonym środowisku i nie zna innego, wówczas dziwaczność jego egzystencji pozostaje dla niego samego niewidoczna, nic o niej nie wie. Edwardowi też życie jego rodziny w Easterly wydawało się niegdyś całkiem zwyczajne. Zakładał, że inni także zamieszkują ogromne posiadłości obsługiwane przez siedemdziesięciu pracowników, rolls-royce’y to po prostu samochody, a na imprezach u innych rodziców też pewnie bywają politycy, dygnitarze i osoby znane z kina i telewizji.

Tej zaburzonej wizji początkowo nic nie zakłócało, bo większość jego kolegów i koleżanek ze szkoły Charlemont Country Day, a potem z Uniwersytetu Wirginii pochodziło z tej samej uprzywilejowanej warstwy społecznej i miało porównywalne zaplecze finansowe. Kiedy zaś skończył studia, nie zmienił optyki, ponieważ całą energię wkładał we wdrażanie się do pracy w rodzinnej firmie.

Uważał też za naturalne, że jego ojciec ich wszystkich nienawidzi.

Oczywiście jego rodzeństwo nie było poddawane aż tak wściekłym atakom, ale ojciec okazywał jego braciom i siostrze wystarczająco dużo wrogości, żeby Edward mógł żyć w przeświadczeniu, że tak to po prostu na świecie jest. Do bicia i cedzenia zimnych słów potępienia ojciec posuwał się zawsze za zamkniętymi drzwiami, kiedy więc przebywali wśród ludzi, a drań zachowywał się wobec dzieci całkiem uprzejmie, Edward zakładał, że to wszystko na pokaz, że to zasłona dymna mająca ukryć przed światem znacznie mroczniejszą rzeczywistość sfery prywatnej.

Bo takie właśnie zwyczaje panowały w domu Bradfordów.

Oczy zaczęły mu się otwierać dopiero wtedy, gdy wspiąwszy się nieco po szczeblach kierowniczych Bradford Bourbon Company, osiągnął na tyle wysoką pozycję, żeby zauważyć, że William Baldwine jest nie tylko beznadziejnym rodzicem, ale też bardzo kiepskim biznesmenem. Wówczas Edward popełnił wielki błąd i otwarcie z ojcem zadarł.

Dwa miesiące później wyjechał do Ameryki Południowej w rutynową podróż w interesach i tam został porwany. Ojciec odmówił zapłacenia okupu, Edwarda zaczęto więc poddawać torturom – po części dlatego, że porywaczy męczyła zaistniała sytuacja, po części dlatego, że zaczęli się nudzić.

Przede wszystkim jednak dlatego, że jego ojciec kazał im go zabić.

Wówczas dopiero Edward zrozumiał, że William Baldwine jest po prostu draniem, który przez całe życie czynił zło i na różne sposoby krzywdził wiele, wiele osób.

Na szczęście jednak w dżungli nagle zjawił się niespodziewany wybawca, Edwarda przewieziono helikopterem do amerykańskiej bazy wojskowej, a stamtąd wrócił do Stanów Zjednoczonych i wylądował znów w Charlemont, niczym poobijana ze wszystkich stron paczka, którą podczas odprawy celnej mocno pokiereszowano, a potem gdzieś zagubiono.

Podczas gdy do fortecy jego umysłu zaczęły się dobijać wspomnienia z okresu, w którym musiał na nowo uczyć się chodzić, pokonywać schody, jeść i się myć, Edward uzmysłowił sobie, jak bardzo brakuje mu alkoholu.

W noce takie jak ta, naznaczone wyłącznie bezsennością oraz towarzystwem autodestrukcyjnych myśli, zrobiłby wszystko, żeby móc się doszczętnie zamroczyć.

Po zakończeniu początkowego okresu rekonwalescencji, przeprowadzanego pod ścisłą kontrolą medyczną, gdy zaczął odstawiać opioidy, ulgę przynosił mu przede wszystkim alkohol. Później zaś, po upływie kolejnych wlokących się niemiłosiernie dni i nocy, odrętwienie i ulga, którą niezmiennie dawały mu trunki, te krótkie rejsy wypoczynkowe na pokładzie MS Gorzała stały się dla niego jedyną formą ucieczki przed własnym ciałem i umysłem. W końcu jednak nadszedł kres tych rozrywek osłabiających wątrobę.

Gdy perspektywa wylądowania w areszcie stała się nieuchronna, wiedział, że musi zrobić sobie detoks. Pierwsze trzy doby okazały się prawdziwym piekłem. Teraz w sumie nadal nie było lekko, i to nie tylko dlatego, że stracił pewną podporę psychiczną. Czuł się jeszcze bardziej osłabiony fizycznie, a chociaż dłonie i stopy trzęsły się coraz mniej, to jednak ich drżenie wciąż poważnie naruszało jego zdolności motoryczne i poczucie równowagi.

Patrząc w dół na swoje luźne pomarańczowe więzienne spodnie, wspominał dawne życie, kiedy miał w pełni sprawne ciało i umysł. Był okazem zdrowia i szykował się do przejęcia Bradford Bourbon Company, gdy ojciec przejdzie na emeryturę; podejmował w firmie strategiczne decyzje, a nadmiar stresu rozładowywał, grając w racquetballa i tenisa.

Podobnie jak w przypadku dzieciaka przetrzymywanego w kartonie, nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że gdzieś może go czekać inne życie, odmienna egzystencja. Że tuż za rogiem czeka go dramatyczna zmiana, która całkowicie odmieni mu świadomość.

W przeciwieństwie jednak do chłopca uwolnionego z kartonu jego życie, obiektywnie rzecz biorąc, znacznie się pogorszyło, pod bardzo licznymi względami. I to znacznie wcześniej niż gdy w wyniku własnych działań wylądował w tym pomieszczeniu, gdzie na sedesie brakowało nawet deski klozetowej, więc można było tylko przycupnąć na zimnej krawędzi muszli.

Na szczęście nie musiał się martwić o los osób bliskich jego sercu, ponieważ jego najmłodszy brat Lane przejął stery w rodzinnej firmie i zamierzał wszystko uporządkować. Ich matka była tak otumaniona lekami i dość podeszłym już wiekiem, że miała wszelkie szanse przeżyć resztę swoich dni – czy w Easterly czy też nie – w błogiej nieświadomości zmian w statusie społecznym rodziny. Jego siostra Gin poślubiła ogromnie zamożnego człowieka, którym mogła do woli manipulować. A jego drugi brat, Max? No cóż, ta rodzinna czarna owca zostanie tam, gdzie zawsze było jej miejsce: będzie się snuć po świecie, z dala od Charlemont, niczym duch nawiedzający czasem posiadłość, której nie cenił i o której utrzymanie w ogóle nie dbał.

Jeśli zaś chodzi o niego samego? Jeśli go przeniosą z miejscowego aresztu do porządnego więzienia, może będzie tam fizjoterapia, dzięki której poczuje się lepiej? Mógłby skończyć jeszcze jakieś studia, wrócić do fascynacji literaturą angielską, nauczyć się wykonywać tablice rejestracyjne...

Nie było to życie, o jakim marzył, ale zdążył się przyzwyczaić do swojej beznadziejnej sytuacji.

Co jednak ważniejsze, czasem jedynym źródłem ukojenia jest czynienie tego, co słuszne – nawet jeśli wymaga to wielkiego poświęcenia. Zyskuje się przynajmniej spokój ducha, wiedząc, że najbliższe osoby są w końcu bezpieczne, bo ich koszmary z przeszłości wreszcie zniknęły.

Takie jak jego ojciec.

W sumie sam fakt, że nikt po nim nie płacze, powinien być wystarczającą okolicznością łagodzącą w sprawie o morderstwo – myślał Edward. Szkoda tylko, że prawo takiej okoliczności nie uwzględnia...

Ktoś zbliżał się ciężkim, zdecydowanym krokiem. Teraźniejszość na chwilę się rozprysła, a z bagna świadomości wyłonił się potwór wspomnień. Jego mózg nie do końca się orientował, czy Edward przebywa w dżungli, jest związany szorstkim sznurem i w każdej chwili może znów zostać pobity, czy też raczej siedzi w areszcie śledczym w rodzinnym mieście.

Gdy rozległ się głośny szczęk drzwi, ciśnienie skoczyło mu niemal pod sufit, serce waliło jak młotem, pot wystąpił pod pachami i na twarzy. Edward cały zdrętwiał ze strachu, palce wbił w materac, na którym siedział, a jego zniszczone ciało trzęsło się tak gwałtownie, że aż dzwoniły mu zęby.

W drzwiach stanął wiceszeryf, co Edwarda jeszcze bardziej zdezorientowało.

– Ramsey? – spytał cienkim głosem.

Afroamerykanin w beżowo-złotym mundurze był rosłym mężczyzną, tak szerokim w barach, że wypełniał całą framugę. Stał mocno na nogach, jakby mu je przymocowano do podłogi. Głowę miał ogoloną na łyso, a zdecydowany zarys szczęki wyraźnie sygnalizował, że toczenie z nim sporów to czysta strata czasu. Mitch Ramsey sam w sobie stanowił potęgę natury, a w dodatku nosił plakietkę wiceszeryfa. Tej nocy odwiedzał Edwarda już po raz drugi.

Właściwie Edward żył tylko dlatego, że Mitch kiedyś ruszył przez dżunglę, żeby go odszukać. Jako były komandos potrafił przetrwać w każdych warunkach, miał też stosowne kontakty w strefie równikowej, mógł więc się na to porwać. Poza tym często załatwiał różne sprawy dla bogatych rodzin z Charlemont, ratowanie młodego Edwarda mieściło się więc w jego kompetencjach.

Jeśli ktoś potrzebował ochroniarza, goryla, detektywa lub osoby do kontaktów z organami ścigania, dzwonił w pierwszej kolejności właśnie do Mitcha, który był dyskretny, opanowany i doskonale przeszkolony w zabijaniu. Mówiono, że kiedy robi się gorąco, zachowuje zimną krew.

– Masz gościa, kolego – powiedział teraz głębokim głosem o południowym zaśpiewie.

Edwardowi zajęło chwilę, zanim przyswoił sobie treść słów wiceszeryfa. Z powodu paniki siejącej zamęt w jego umyśle nie potrafił się należycie wysłowić.

– Chodź, musimy iść! – Ramsey wskazał mu wyjście na korytarz.

Edward zamrugał gwałtownie, czując, że nadmiar emocji lada chwila rozsadzi mu klatkę piersiową i znajdzie z niej ujście kanałami łzowymi. Nie zamierzał jednak poddawać się zespołowi stresu pourazowego. Próbował się skupić na chwili obecnej. Nie ma przecież przed sobą kogoś, kto przyszedł z kijem, żeby połamać mu nogi. Nie widzi noży mających się zaraz zatopić w jego ciele. Nikt nie przymierza się do zadania mu serii ciosów, aż zacznie wymiotować krwią na własne ramię, a jego głowa w końcu zwiśnie smętnie, niezdolna utrzymać się w pionie.

Mitch Ramsey podszedł bliżej i wyciągnął wielką łapę.

– Chodź, pomogę ci.

Edward podniósł wzrok, spojrzał w te ciemne oczy i wypowiedział dokładnie te same słowa co dwa lata wcześniej:

– Chyba nie dam rady wstać.

Wiceszeryf jakby na chwilę też wrócił myślami do ich wspólnych doświadczeń w Ameryce Południowej: przymknął powieki, a jego potężna pierś rozdymała się i kurczyła, podczas gdy usiłował się uspokoić serią głębokich oddechów.

Widocznie nawet byli komandosi mają wspomnienia, do których nie lubią wracać.

– Oprzyj się o mnie. No już.

Mitch pomógł mu zwlec się z pryczy, a potem czekał, aż nogi Edwarda powrócą do życia, co trwało cholernie długo, bo po kilku godzinach spędzonych w pozycji siedzącej zdeformowane, źle zagojone mięśnie zamieniły się w kamień. Gdy w końcu Edward mógł ruszyć z miejsca, zaczął żałośnie kuśtykać, co mocno kontrastowało z niesłychaną tężyzną wiceszeryfa. Przynajmniej jednak zdołał jakoś wytoczyć się z celi, wówczas zaś umysł nieco mu się rozjaśnił, a przez zasnuwający go mrok przeżytego dawno koszmaru zaczęła przezierać obecna rzeczywistość.

Ich podeszwy uderzały o metalową podłogę galerii prowadzącej w stronę schodów. Edward wyjrzał przez barierkę na wspólną przestrzeń na dole. Było tam czysto, ale stalowe stoły i ławki wyglądały na nieco sfatygowane: pomarańczowa farba poprzecierała się w miejscach, gdzie osadzeni najczęściej siadali, żeby grać w karty. Nigdzie nie leżały żadne przedmioty: książki, czasopisma czy części odzieży, papierki po batonikach ani puszki po napojach. W końcu przecież każdy drobiazg może w odpowiednich okolicznościach posłużyć za broń, a w miejscu takim jak to nie należy się spodziewać poszanowania dla reguł życia społecznego.

W połowie schodów Edward nagle przystanął; w końcu zdołał osiągnąć nieco wyższy stopień świadomości.

– Nie chcę się z nikim widzieć – oświadczył.

Mitch Ramsey szturchnął go tylko, kręcąc głową.

– Owszem, chcesz.

– Nie, ja...

– Nikt cię nie pytał o zdanie.

Edward nagle zrozumiał, co się dzieje. Odwrócił wzrok.

– Nie wierz im. Robią aferę z niczego.

– Idziemy dalej, stary.

– Widziałem się już dzisiaj z psychiatrą. Mówiłem mu, że nie ma się czym przejmować.

– Zdradzę ci sekret: nie tobie oceniać stan twojej psychiki.

– Chyba wiem, czy mam myśli samobójcze?

– Na pewno? – Wiceszeryf spojrzał mu w oczy. – Znaleziono cię z trzonkiem...

– Już im tłumaczyłem. Podniosłem go na stołówce i miałem zamiar oddać...

Mitch złapał go za przedramię i podciągnął rękaw kombinezonu.

– Sęk w tym, że masz tu po nim ślad.

Edward usiłował wyrwać mu swoją rękę, ale wiceszeryf trzymał go mocno, czekając, aż się uspokoi. We fluorescencyjnym świetle jarzeniówek świeża rana na nadgarstku zdawała się wręcz krzyczeć.

– Słuchaj, kolego, nie utrudniaj życia sobie i mnie. No chodź już.

Ramsey przesunął dłoń na łokieć Edwarda i pchnął go zdecydowanym ruchem. Nie ulegało wątpliwości, że w razie potrzeby zarzuciłby go sobie na plecy i zaniósł, gdzie trzeba.

– Nie mam myśli samobójczych – mruknął Edward. Złapał poręcz i znów ruszył niezgrabnie w dół po schodach, szurając po stopniach więziennymi kapciami. – I naprawdę nie chcę się z nikim widzieć...

Tymczasem na tarasie rezydencji Lane szybko opuścił lufę, a jaskrawoczerwony laserowy punkcik zjechał z klatki piersiowej mężczyzny, a potem całkiem zniknął, bo Lane puścił spust.

– Mogłem pana zastrzelić! Co pan tu, do diabła, robi?

Gary McAdams, główny zarządca terenów posiadłości, zdjął czapkę i trzymał ją w spracowanych dłoniach.

– Bardzo przepraszam...

Światło księżyca wydobywało z pomarszczonej, ogorzałej twarzy mężczyzny głębokie bruzdy, niczym ślady opon w błocie. Zarządca przygładził rozwiane włosy niepewnym gestem; zdawał się każdym ruchem przepraszać za kłopot.

– Ja żem nie chciał nikogo budzić.

Lane przeniósł rękę za plecy, żeby zatknąć pistolet za pasek spodni. Dopiero wtedy się zorientował, że ma na sobie tylko bokserki.

– Nie, nie. Może pan chodzić, gdzie chce. Ale nie chciałbym pana podziurawić.

– Ten tam system filtrowania wody w pompowni przy basenie wziął i zaczął trochę szwankować, więc żem zamówił taką jedną część. Alem sobie potem przypomniał, żem tego draństwa nie wyłączył. No tom wrócił przez bramę z tyłu, coby go zamknąć, ten zawór. A jak żem wyszedł, tom zobaczył to. – Wskazał tył rezydencji. – Ta środkowa latarnia wzięła i zgasła. Tak mnie tknęło, że może się co ulatnia, no i żem chciał odciąć dopływ gazu.

Rzeczywiście, w rzędzie staroświeckich mosiężnych lamp powstała czarna luka, niczym szczerba w uzębieniu.

Lane zamknął oczy i pokręcił głową.

– Jest pan dla nas zbyt dobry.

Gary odchrząknął i ruszył dalej po kamiennych schodach, wkładając z powrotem czapkę na głowę.

– Taki dom i tyle ziemi, a to przecie już starsza pani. Zawsze się coś gdzieś posypie. Trza mieć na wszystko oko.

Czy to miejsce w ogóle zostanie w naszych rękach? – zastanawiał się Lane, idąc za zarządcą.

Po raz pierwszy w historii Easterly na rezydencji i całej posiadłości ciążyła hipoteka. Na szczęście wierzycielem nie był żaden bank, tylko przyjaciółka rodziny, lecz nawet Sutton Smythe zechce przecież kiedyś odzyskać pieniądze i otrzymać należne odsetki. A co z naprawami? Gary miał rację: coś zawsze się będzie sypać. A jeśli tym czymś będzie dach? Instalacja elektryczna? Ponaddwustuletnie fundamenty?

Minie naprawdę sporo czasu, zanim będą w stanie pokryć tego rodzaju koszty. Jak na razie wyprowadzono pieniądze z podstawowego funduszu matki, a Bradford Bourbon Company miało deficyt o wysokości ponad stu milionów dolarów – i to po tym, jak Lane spłacił pięćdziesiąt milionów pożyczonych przez ojca z Prospect Trust.

Ponad sto milionów dolarów długu oraz wyczyszczony fundusz matki.

Absolutnie porażająca kwota, którą zawdzięczali pozabilansowemu ładowaniu przez ojca środków w najróżniejsze biznesy mające dwa elementy wspólne: po pierwsze wszystkie firmowało nazwisko Williama Baldwine’a, po drugie nie tyle słabo sobie radziły, ile raczej okazywały się całkowitą klapą... lub wręcz w ogóle nie istniały.

Lane wciąż usiłował dociec, o co w tym wszystkim chodzi.

W związku z tymi przemyśleniami postanowił przyjrzeć się pracy Gary’ego, który podszedł do latarni, wyjął z tylnej kieszeni kombinezonu śrubokręt i zaczął rozkręcać podstawę lampy.

– Może panu poświecić? – spytał Lane.

– Światła mam tu dość.

– Musi pan mieć doskonały wzrok. – Lane oparł się o ścianę rezydencji i potarł twarz. – Ciemno tu jak w grobie.

– Ja sobie dam radę.

Gary odłączył od podstawy szklany klosz i jego mosiężną oprawę. Lane się wyprostował.

– Może panu potrzymać?

– E, jeszcze pan upuści.

Lane się roześmiał.

– Aż tak widać, że się nie nadaję?

– Pan umi co innego.

– Miejmy nadzieję.

Lane zaklął pod nosem, patrząc ponad klombami na kryjącą się w mroku bryłę centrum biznesowego. Przebudowy dawnych stajni na biurowiec dokonano w czasach, gdy pieniądze nie stanowiły dla Bradfordów problemu, w rezultacie więc nowa architektura tak doskonale łączyła się ze starą, że trudno było stwierdzić, w którym dokładnie miejscu elementy zabytkowe przechodziły w nowoczesność. Może tam, pod łupkową dachówką? Czy raczej za rzędem balkonowych drzwi, ręcznie wykonanych, żeby pasowały do tych starych w rezydencji? W centrum biznesowym znajdowały się liczne biura prezesa i członków zarządu Bradford Bourbon Company oraz ich asystentek, a także doskonale wyposażona kuchnia, eleganckie jadalnie i sale konferencyjne.

Siedziba główna firmy teoretycznie znajdowała się w centrum miasta, lecz przez ostatnie trzy lata wszystkie ważne decyzje podejmowano właśnie tu, na tyłach ogrodu.

William Bradford utrzymywał, że musi pracować blisko rezydencji, żeby móc oferować wsparcie niedomagającej żonie, która nie opuszczała łóżka. Prawda jednak była nieco inna i wyszła na jaw dopiero przed mniej więcej dwoma tygodniami: prezes wolał pracować w odosobnieniu, bo dzięki temu mógł spokojnie sprzeniewierzać fundusze rodzinnej firmy. To w pełni samowystarczalne biuro, obsługiwane przez niewielkie grono pracowników i wyposażone w najdoskonalsze środki bezpieczeństwa, pozwalało działać w ukryciu i nie dopuścić do sytuacji, w której wszystkie te machlojki przedwcześnie wyszłyby na jaw.

Doskonały wybieg, żeby uniknąć wścibskich spojrzeń. I doskonały plan przekierowania firmowych aktywów na własne nazwisko – przynajmniej na krótką metę.

Szkoda tylko, że drań nie miał głowy do interesów. Porzucone kopalnie w RPA, kiepskie hotele, nieudane start-upy w dziedzinie technologii i komunikacji... Pieniądze Williama Bradforda zdawały się przynosić klęskę każdej inwestycji. Lane wciąż próbował dokładnie określić, jak wiele poronionych pomysłów zostało w ten sposób sfinansowanych.

– A jak tam nasza Aurora? – spytał Gary, wpychając palce w czeluść latarni i wiercąc w niej śrubokrętem. – Coś lepiej?

No tak, jeszcze jedna rzecz, o której Lane wolałby nie myśleć.

– Niestety nie.

– Będzie umierać?

Przez ostatnich kilka dni, gdy ktoś go o to pytał, Lane zawsze zdobywał się na odpowiedź pełną optymizmu. Teraz jednak, stojąc tu w ciemności wraz z Garym, wyznał po prostu prawdę:

– Chyba tak.

Główny zarządca odchrząknął. Raz, a potem drugi.

– To dobra kobieta.

– Przekażę jej pana słowa.

– A proszę.

– Chociaż mógłby ją pan przecież sam odwiedzić.

– A gdzie tam!

I tyle. No ale Gary McAdams reprezentował starą szkołę, wedle której nie trzeba mówić o tym, co kogo dręczy. Zarówno on sam, jak i Aurora zaczęli pracować dla Bradfordów w wieku kilkunastu lat, żadne z nich nie zdecydowało się na małżeństwo i nie miało dzieci. Posiadłość była ich domem, a rodzina Bradfordów i obsługa rezydencji stanowiły społeczność, do której przynależeli.

Chociaż Gary by tego tak nie ujął.

Przez zwyczajową powściągliwość przebijał jednak wielki smutek, a Lane nie po raz pierwszy zauważył i docenił godność bijącą z milczącej postawy zarządcy.

– Cieszę się, że pan tu z nami zostaje – powiedział. Równie dobrze mógł chyba opowiadać o planowanym pogrzebie Aurory, ponieważ na Garym i tak jego słowa raczej nie robiły wrażenia. – Będę też nadal opłacał...

– Chyba tu się przytkało. To ja tu wrócę rano i jeszcze pokombinuję. Tyle dobrego, że gaz się nie ulatnia, to się nic nie sfajczy.

Gary podniósł klosz i przymocował go z powrotem. Lane poczuł, że ściska go w gardle. Przez tyle lat posiadłość zdawała się w magiczny sposób funkcjonować bez zarzutu. Nigdy się nie zastanawiał, ile kosztuje utrzymanie ogrodów, nie myślał o cenach jedzenia i alkoholu na licznych przyjęciach, o kosztach ubezpieczenia wszystkich samochodów, antyków i tak dalej, rachunkach za ogrzewanie, wodę i prąd. Przez całe życie beztrosko się bawił, unosząc się na powierzchni rzeczywistości opromienionej bogactwem, podczas gdy w otchłani na dole ludzie harowali w pocie czoła za minimalne wynagrodzenie, robiąc wszystko, żeby utrzymać cały jego świat na odpowiednim poziomie.

Na samą myśl, że Gary McAdams nie miał zamiaru porzucić swojego miejsca pracy i nawet się nie zastanawiał, czy w ogóle dostanie tygodniówkę, Lane poczuł się tak podle, jakby mógł jedynie czyścić zarządcy podeszwy.

– No dobra, to by było na tyle.

Gary zrobił krok w tył i schował śrubokręt do którejś z licznych kieszeni.

– A pan... Au! – Lane złapał się za ramię i zaczął masować obolały mięsień. – A pan zawsze ma przy sobie takie narzędzia?

– Niby że jakie? Jak ten tu śrubokręt?

– No tak.

– A czemu by nie?

Fakt. Trudno z tym polemizować.

– Słusznie.

Kątem oka Lane dostrzegł ruch w oddali.

– Zaraz, co to było?

– Nic – odparł Gary. – A co pan myślał?

– Widziałem tam coś białego – Lane wskazał laserowym celownikiem pistoletu na wychodzący na rzekę taras rezydencji, gdzie o zachodzie słońca zwykle podczas przyjęć serwowano koktajle. – Tak jakby... Dałbym głowę, że widziałem tam postać w białej sukni... – Urwał, zdając sobie sprawę, że to brzmi niedorzecznie.

– Pan myślał, że widział ducha czy coś?

Zarządca nie zdawał się szczególnie poruszony. Chociaż przy jego postawie życiowej można by się spodziewać, że nawet gdyby spadła mu na nogę limuzyna, pewnie by tylko wyjął śrubokręt i krok po kroku rozmontował niefortunny ciężar.

Lane zbliżył się do rogu rezydencji i zajrzał na taras. Nie zauważył nic podejrzanego, lecz szedł dalej, aż do balustrady, za którą znajdowało się urwisko. Musiał przyznać, że od tej strony widok był naprawdę nieziemski. W oddali wiła się rzeka Ohio, pomału zmierzająca do dzielnicy finansowej Charlemont. Migoczące, nieregularnie rozrzucone światła wieżowców na ciemnym tle horyzontu skojarzyły mu się z bąbelkami w kieliszku szampana, a pojedyncze, osamotnione samochody na szosie stanowiły świadectwo, że mieszkańcy Środkowego Zachodu przeważnie jednak kładą się spać o dość przyzwoitej porze.

Podszedł bliżej krawędzi i wychylił się, żeby spojrzeć na stare schody wijące się po skalnej skarpie. Easterly zbudowano na najwyższym wzgórzu w mieście, a rezydencja zajmowała tak wielką powierzchnię, że część terenu trzeba było podwyższyć, robiąc nasyp z ziemi umocnionej kamieniami i betonem. Gdy na drzewach było pełno liści, jak teraz w maju, wysokie położenie domu nie rzucało się tak bardzo w oczy, bo widok zasłaniało gęste listowie. Lecz gdy nadchodziły chłody i z drzew opadały liście, groźne strome urwisko stawało przed oczami w pełnej krasie, aż trudno było nie ulec lękowi wysokości.

Nikt nie uciekał po schodach, nikomu też nie udałoby się sforsować zamkniętej bramy na dole.

Lane obrócił się z powrotem w stronę rezydencji. Zaczął się obawiać, że ma zwidy. Lepiej już chyba, żeby dom nawiedzały duchy dawnych mieszkańców, niż gdyby miało się okazać, że pojawiły się u niego jakieś zaburzenia psychiczne.

Lecz, dobry Boże, jeśli naprawdę padłaby taka diagnoza? Po prostu przerąbane.

– Dzięki, Gary – powiedział Lane, podchodząc do zarządcy.

– Nie ma za co. Robię, co do mnie należy. – Uniósł lekko czapkę, a potem nacisnął ją z powrotem, dokładnie tak jak przedtem. – Pan pójdzie i trochę odpocznie. Widać, że pan zmęczony.

– Słuszna rada. Bardzo słuszna.

Chociaż szanse na sen miał raczej niewielkie.

– I pan pamięta...

– O czym?

– Pan Bóg nie daje nam zadań, co ich nie damy rady dźwignąć. Nie zawsze się wszystko układa, ale taka prawda. Sam pan tak siebie nie zna, jak On pana zna.

– Mam nadzieję.

Zarządca wzruszył ramionami i się odwrócił.

– Czy pan ma nadzieję czy nie, tak już jest. Sam pan zobaczy.

3

Edwarda wprowadzono do tej samej sali przesłuchań, w której wcześniej spotkał się ze swoim obrońcą z urzędu i z niego zrezygnował. Stojące tu sprzęty – czyli stół i cztery krzesła – wykonano ze stali i przymocowano do podłogi, były więc twarde, zimne i nieruchome, podobnie jak całe wyposażenie jego celi oraz przestrzeni wspólnej.

Wybrał miejsce, z którego mógł widzieć drzwi, a gdy zmuszał zmaltretowane ciało do przyjęcia pozycji siedzącej, nawet nie starał się tłumić jęku. Przy Mitchu mógł sobie na to pozwolić, bo wiceszeryf widział go już w znacznie gorszym stanie, Edward nie musiał więc nic przed nim ukrywać.

– Powiesz mi, kto to jest? – spytał. Miał tylko nadzieję, że to nie Lane. Choć kochał młodszego brata, był on ostatnią osobą, którą pragnąłby teraz zobaczyć. – Czy mam zgadywać?

– Zaczekaj.

– No raczej nigdzie się nie wybieram.

Wiceszeryf wyszedł, a drzwi szczęknęły, gdy je ryglował. Edward został sam. Złożył luźno dłonie i oparł je na stole. Klimatyzacja działała tu bardziej intensywnie, zimne powietrze wylatujące z kanału wentylacyjnego nad jego głową opadało niczym śnieg. Chłód nie oznaczał jednak powiewu świeżości. Wciąż czuło się woń zakładu karnego, szczególny bukiet zapachów: metalu, środków czyszczących i ludzkiego potu.

Proszę, tylko nie Lane – myślał Edward.

Stosunek do najmłodszego brata był jego piętą achillesową. Obawiał się, że interwencja Lane’a wszystko popsuje. Gdy dorastali, Edward zawsze sprawował nad wszystkim kontrolę, no może poza różnymi wybrykami Maxa, nad którymi nikt nigdy nie miał kontroli, włącznie z samym Maxem. Edward zawsze był jednak dla rodzeństwa głosem autorytetu i rozsądku, teraz więc też odwołał się do tej szlachetnej tradycji i przekonał Lane’a do przyjęcia wersji zdarzeń, wedle której odpowiedzialność za śmierć ojca ciążyła wyłącznie na najstarszym bracie.

Co oznaczało, że to właśnie Lane musi się teraz zająć całą rodziną.

W końcu przecież matka nie nadawała się w obecnym stanie do podjęcia jakichkolwiek obowiązków, zdolna tylko do poddania się zabiegom fryzjerskim, żeby mogła znów spokojnie ułożyć głowę na obciągniętej jedwabiem poduszce. Dla Gin wystarczającym wyzwaniem było obniżenie standardu życia z poziomu lotów prywatnym odrzutowcem do zwykłych miejsc w klasie biznesowej. A Max? Przegrana sprawa. Ten włóczęga prędzej opuści miasto w naczepie przypadkowego pikapa, niż podejmie jakąkolwiek trudną decyzję, a tych miało być zaraz sporo.

Lecz jeśli to nie Lane, to kto? Na pewno nie psychiatra, bo Edward już wcześniej go spławił. Ani nie ksiądz z ostatnim namaszczeniem, bo choć Edward czuł się jak trup, wcale nie umierał. Raczej też nie jakiś pracownik stadniny Red & Black, bo przecież Moe Brown mógłby ją prowadzić z zamkniętymi oczami.

Kto zatem...?

Gdzieś z głębi jego umysłu wypłynął i zaraz nim zawładnął obraz wysokiej brunetki o klasycznie pięknych rysach, eleganckiej niczym reprezentantka europejskiej arystokracji.

Sutton... – pomyślał Edward. Czyżby to ona przyszła go tu odwiedzić?

Sutton Smythe była dla niego zarówno wymarzoną partnerką, jak również – kiedy jeszcze pracował w Bradford Bourbon Company – największym biznesowym rywalem, jako dziedziczka Sutton Distillery Corporation. Łączyło ich nie tylko wspólne dorastanie w Charlemont, bo gdy już zaangażowali się w prowadzenie rodzinnych biznesów, zaczęli widywać się na balach charytatywnych i prywatnych przyjęciach, zasiadali też wspólnie w rozmaitych radach. Nigdy nie byli oficjalnie parą i w żaden sposób nie połączyli swoich losów, lecz przez lata czuli do siebie pociąg, a ostatnio nawet dwukrotnie zdarzyło im się uprawiać seks.

Ich historia przypominała dramaty Szekspira: niemożliwa miłość, kochankowie rozdzieleni przez los.

Ale Edward darzył Sutton uczuciem – na tyle, na ile potrafił w obecnym stanie w ogóle kogokolwiek czymkolwiek obdarzyć.

Zanim złożył na policji zeznania, w których przyznał się do winy, oświadczył Sutton, że ich związek nie ma przyszłości. Pękało mu serce, że musi ją tak zranić, ale teraz na pewno doszły ją wieści o jego aresztowaniu, może więc postanowiła go odwiedzić i urządzić mu tu piekło? W końcu przecież w jej naturze leżało domaganie się odpowiedzi na pytania jak, gdzie i dlaczego. Wiedziała też, że Mitch Ramsey jest w stanie wprowadzić ją na teren aresztu po godzinach odwiedzin, dzięki czemu łapczywe media może nie zdążą zauważyć, że przyszła się zobaczyć z Edwardem...

Rozległ się szczęk otwieranych drzwi, a serce przez chwilę biło mu tak mocno, że aż kręciło mu się w głowie.

Gwałtownym ruchem zakrył dłonią nadgarstek, chociaż miał opuszczone rękawy. Wówczas ciężkie drzwi otworzyły się na oścież. Pierwszy wszedł wiceszeryf, trudno jednak było dostrzec, kto się kryje za jego szerokimi barami. Edward oparł dłonie na stole i usiłował wstać.

– Och, nie – mruknął, po czym ponownie usiadł. – Nie...

Mitch Ramsey usunął się na bok i gestem dłoni zaprosił do środka młodą kobietę. Weszła od razu. Wyglądała przy nim jak kucyk obok konia pociągowego. Shelby Landis miała niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu, nie nosiła makijażu, a jasne włosy ściągnęła do tyłu i związała gumką, więc wyglądała jak szesnastolatka.

– Zostawię was samych – mruknął wiceszeryf, po czym wyszedł z sali i zaczął zamykać drzwi.

– Nie, proszę! – zaprotestował Edward.

– Wyłączyłem sprzęt nagrywający.

– Chcę wrócić do celi! – wrzasnął Edward, podczas gdy drzwi się zamknęły i zostały znów zaryglowane.

Shelby stała tam gdzie wcześniej, tuż przy drzwiach. Głowę i oczy spuściła, a ramiona zaplotła na piersi. Jej koszulka i niebieskie dżinsy były wprawdzie czyste, ale miały chyba tyle lat co ona. Jedynym bardziej kosztownym elementem jej stroju były skórzane kowbojki. Wszystko inne wyglądało gorzej niż ciuchy na wyprzedaży w przeciętnym supermarkecie. No ale jeśli się spędza życie w towarzystwie rasowych koni, a zwłaszcza ogierów, to człowiek szybko się uczy, że i tak co noc trzeba wszystko wyprać, a najbardziej trzeba uważać na stopy, ze względu na stałą bliskość podkutych kopyt.

– No co? – spytał Edward, usiłując oprzeć się plecami na krześle, które jednak okazało się równie wygodne i elastyczne jak kawał betonu. – Słucham?

Shelby odezwała się delikatnym głosem, w ogóle nieprzystającym do jej spracowanego ciała.

– Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– W porządku. Tu jest codziennie Boże Narodzenie. A teraz, jeśli pozwolisz...

– Neb sobie wczoraj rozciął pysk podczas burzy. Nie zdążyłam mu nałożyć maski.

W ciszy, która potem nastąpiła, Edward wspominał, jak jakiś tydzień wcześniej Shelby stanęła nagle w progu jego domku na terenie stadniny. Nie przywiozła ze sobą nic oprócz starego pikapa i zapamiętanych słów zmarłego ojca, że ma szukać pracy u niejakiego Edwarda Baldwine’a. Samochód miał wprawdzie cztery koła, ale poza tym nieco przerdzewiałą karoserię i niewiele więcej. Ojcu zaś Edward był winien przysługę, musiał więc jego wolę uszanować. Wszystkiego, co wiedział o koniach, nauczył się właśnie od tego zawziętego, błyskotliwego alkoholika. No i kto by pomyślał... Wszystko, czego Shelby zdążyła się nauczyć o zawziętych alkoholikach, niewątpliwie pomogło jej poradzić sobie z Edwardem.

– Ten mój ogier to kretyn – mruknął teraz, a w myśli dodał: podobnie zresztą jak jego właściciel. – Ściągnęliście weterynarza?

– Piętnaście szwów. Zabezpieczam mu teraz boks gąbką. Cały. Zawsze taki był?

– Porywczy i humorzasty, arogancki i łatwo wpadający w panikę? Zwłaszcza jeśli ma okazję się przy okazji poranić? Tak, tylko z wiekiem jest coraz gorzej.

W sumie może mogliby ich tu umieścić w sąsiednich celach? Edwardowi dobrze by zrobiło końskie towarzystwo, a przez mury aresztu nie dochodziły tak mocno odgłosy wiosennych burz.

– A te nowe źrebaki to w porządku – mruknęła Shelby. – Brykają na łąkach. Przenosimy je z Moem z jednego pastwiska na drugie.

Edward wspomniał kierownika stadniny. Świetny facet, prawdziwa sól ziemi, kochający konie człowiek z Kentucky.

– A jak tam Moe?

– Dobrze.

– A jego syn?

– Też dobrze.

Zarumieniła się, co Edward zaobserwował z zadowoleniem. Dobrze, że pchnął ją w ramiona tego chłopaka, Joeya, jak najdalej od siebie samego. Nie należy brać sobie na głowę dodatkowych problemów tylko dlatego, że się je dobrze zna, a Shelby przez chwilę kusił związek z Edwardem niewątpliwie dlatego, że ten rodzaj chaosu akurat dobrze znała.

On z kolei też omal w to nie wszedł, ponieważ cierpienie i samotność źle się nawzajem znoszą.

Gdy oboje ucichli, miał ochotę po prostu zignorować kwestię prawdziwej przyczyny, dla której do niego przyjechała. Później jednak, choć poza siedzeniem w zamknięciu nie miał wiele do roboty, uznał, że nie zdzierży tego zawieszenia.

– Nie przyjechałaś tu chyba w środku nocy, żeby mi opowiadać o stadninie? To może zrzucisz z siebie ten ciężar?

Shelby uniosła wzrok do sufitu i zdawała się modlić o boskie wsparcie, co nie nastawiło go optymistycznie. Może chodzi o pieniądze? Edward nigdy by wcześniej nie podejrzewał, że skończy jako szef stadniny założonej przez jego prapradziadka – co stanowiło nie tyle degradację, ile raczej totalny upadek na głowę prowadzący do utraty przytomności, jeśli porównać tę pozycję z przewidzianą wcześniej dla niego uprzywilejowaną funkcją prezesa Bradford Bourbon Company. Jednak to, co dla jego zamożnych przodków było zwykłym hobby, dla niego okazało się ratunkiem. Sądził zresztą, że pozostawił stadninę w całkiem niezłej sytuacji finansowej.

– Zaraz, zaraz – powiedział. – Jeśli chodzi o naszą płynność finansową, to całkiem niedawno zaczęliśmy wychodzić na plus. A na koncie bieżącym mamy dość pieniędzy, żeby...

– Że co?

– Kasa. Jest na koncie. Zostawiłem tam co najmniej pięćdziesiąt tysięcy. Nie mamy długów, a sprzedaż roczniaków...

– A o czym ty...?

Patrzyli na siebie zdezorientowani. Edward zaklął pod nosem.

– Czyli nie przyjechałaś tu narzekać na brak funduszy?

– Nie.

Powinien poczuć ulgę, ale tak się nie stało.

Shelby odchrząknęła. A potem spojrzała mu prosto w oczy i nie spuszczała już z niego wzroku.

– Chcę się dowiedzieć, po co żeś składał fałszywe zeznania.

Lane mógł co prawda wrócić od razu na górę, ale nie chciał przeszkadzać Lizzie, a pomimo zmęczenia i tak nie zdołałby zasnąć. Jego umysł przypominał teraz nędzną chatkę podczas tornada: targające nim emocje rozdzierały mu myśli na strzępy i ciskały nimi w dal. Choć więc uwielbiał kłaść się obok Lizzie w łóżku, perspektywa leżenia sztywno w ciemności, żeby nie obudzić partnerki, podczas gdy pod jego czaszką szaleje ten potężny żywioł, zdała mu się piekłem.

W końcu wylądował więc w kuchni.

Wszedł do pogrążonej w mroku otwartej przestrzeni. Nie zapalał nawet lamp, bo przez okna wychodzące na ogród wpadało sporo światła, które odbijało się w stalowych blatach godnych zaplecza eleganckiej restauracji oraz w profesjonalnych urządzeniach kuchennych, jakby gasnący blask zachodzącego słońca znalazł tu schronienie i oczekiwał na chwilę, gdy znów powróci na nieboskłon.

Przestrzeń wielkości kręgielni dzieliła się na dwie części. Z jednej z nich korzystano tylko przy okazji bankietów, gdy sprowadzano tu kilkunastu kucharzy mających za zadanie przygotować najpierw ogromne ilości przystawek, następnie setki tak samo udekorowanych i polanych sosem talerzy z jakimś wykwintnym daniem, a na koniec cały legion kokilek z zapiekanym deserem. W drugiej części Aurora przygotowywała codzienne posiłki dla rodziny Bradfordów i jej gości, czyli śniadania, lunche i kolacje dla czterech, sześciu lub czasem aż dwunastu osób.

Lane zastanawiał się przez chwilę, ile osób tutaj karmiono. Chyba więcej niż w przeciętnym centrum konferencyjnym, zwłaszcza gdy oboje rodzice byli jeszcze w pełni aktywni. Gdy Lane dorastał, co czwartek odbywały się tu koktajle, co piątek wydawano elegancką kolację przy stole nakrytym dla dwudziestu czterech osób, a w soboty urządzano bale charytatywne albo bankiety promujące różne akcje społeczne lub promujące kandydatów na ważne urzędy – wówczas zbierało się tu po trzystu, a nawet czterystu uczestników. Do tego dochodziły jeszcze rozmaite święta, no i derby.

Jasna cholera, w tym roku na śniadaniu przed derby serwowano koktajle miętowe i szampana z sokiem pomarańczowym dla siedmiuset gości, którzy przyjechali tutaj, zanim udali się na trybuny.

Teraz jednak tego rodzaju spędy odeszły już w przeszłość. Po pierwsze brakowało pieniędzy, a po drugie, zważywszy, że na pożegnanie zmarłego ojca przybyła ledwie garstka osób, najwyraźniej pogłoski o bankructwie Bradfordów skutecznie odstraszyły potencjalnych chętnych.

To zabawne, jak niepewny jest los bogaczy. Skandale są ekscytujące, gdy przydarzają się komuś innemu, i to w odpowiednio dalekim zasięgu. Jeśli tylko zbliżyć się do nich na odległość mniejszą niż kręgi towarzyskich plotek, łatwo złapać wirusa niewypłacalności.

Lane podszedł do wyspy kuchennej i wysunął stołek. Usiadł i spojrzał na kuchenkę o dwunastu palnikach. Wspominał, ile razy patrzył na Aurorę, gdy się tam krzątała wśród garnków i patelni. Aż do dziś za idealne danie na poprawę nastroju uważał jej smażonego kurczaka z duszoną kapustą pastewną. Zastanawiał się, jak ma iść dalej przez życie, jeśli już nigdy nie będzie mógł zjeść potraw przygotowanych w jej wyjątkowy sposób.

Przypomniał też sobie, jak przed ledwie kilkoma tygodniami wylądował w Charlemont. Wrócił do domu, ponieważ zadzwonił do niego pewien krewny Aurory i powiedział, że ona umiera. Tylko to jedno mogło go tu ściągnąć – a przecież nie miał pojęcia, co na niego czeka.

Nie spodziewał się na przykład, że w gabinecie rodzinnej księgowej znajdzie jej martwe ciało.

Otruła się szalejem, na litość boską, jak jakaś starożytna postać.

Od śmierci Rosalindy Freeland wszystko się właściwie zaczęło, to wówczas ruszyło domino złych wiadomości, którego kolejne kostki zaczęły się przewracać – począwszy od brakujących funduszy w Bradford Bourbon Company, poprzez dług zaciągnięty przez ojca w Prospect Trust Company, aż po świecący pustkami fundusz powierniczy matki oraz ujawnienie, że księgowa miała ze skrywanego związku z Williamem Baldwine’em nieślubne dziecko. Od tamtej pory Lane ganiał jak opętany, usiłując się dowiedzieć, jak wielkich ojciec narobił długów, poddać firmę restrukturyzacji, ocalić rodzinną rezydencję i ogólnie dorosnąć do odpowiedzialności, którą każdy, włącznie z nim samym, kojarzył dotąd raczej z jego starszym bratem Edwardem.

No a potem znaleziono martwe ciało ich ojca w odmętach rzeki Ohio.

Wszyscy, włącznie z organami ścigania, za przyczynę śmierci uznali samobójstwo, zwłaszcza że sekcja zwłok oraz dokumenty medyczne wskazywały, że wskutek palenia przez całe życie ojciec nabawił się raka płuc, który dawał już przerzuty do mózgu. Czyli po prostu umierał, co w połączeniu z faktem, że dokonał wielu nielegalnych nadużyć finansowych i sprzeniewierzył znaczne fundusze, nasuwało mocne podejrzenie, że mógł chcieć od tego wszystkiego uciec, odbierając sobie życie.

Ach, no a do tego wszystkiego należy dodać jeszcze ten drobny szczegół, że w międzyczasie stary cap zrobił dziecko żonie Lane’a, z którą ten pozostawał w separacji.

Chociaż na tle wszystkich grzechów Williama Baldwine’a można uznać, że ta okoliczność to naprawdę drobiazg.

Okazało się jednak, że przyczyną śmierci nie było samobójstwo. O czym świadczył palec znaleziony w ogrodzie.

Lizzie, czyli ukochana Lane’a, sadziła wraz ze swoją koleżanką Gretą bluszcz, gdy znalazły tę część ciała. Był to palec, na którym William Baldwine zawsze nosił sygnet. W wyniku tego odkrycia do rezydencji ściągnęli funkcjonariusze z wydziału zabójstw i rozpoczęli śledztwo, które potem przeniosło się do sąsiedniego hrabstwa, ale nadal obejmowało krąg członków ich rodziny.

I skupiło się na osobie Edwarda, przebywającego w stadninie Red & Black.

Lane jęknął i potarł zmęczone oczy, słysząc w głowie głos brata: „Działałem sam. Będą chcieli udowodnić, że ktoś mi pomagał, ale tak nie było. Wiesz, co ojciec mi zrobił. Wiesz, że kazał mnie porwać i torturować...”.

Wszystko wskazywało bowiem, że William Baldwine zamierzał doprowadzić do zamordowania swojego syna. Co z kolei stanowiło podstawę, by sądzić, że zamiarem Edwarda było zamordowanie ojca.

„Pogódź się z tym, Lane. Nie buntuj się. Wiesz, jaki on był. Zasłużył na to, co go spotkało, a ja nawet w najmniejszym stopniu nie żałuję tego, co zrobiłem”.

No tak, motywem ewidentnie była zemsta.

Lane zaklął pod nosem, a potem sięgnął po najnowsze wydanie gazety „Charlemont Courier Journal”. No i kto by pomyślał: w centralnym miejscu na pierwszej stronie widniało zdjęcie Edwarda wyprowadzanego z radiowozu przed bramą miejskiego aresztu.

Artykuł zamieszczony poniżej dokładnie relacjonował zeznania Edwarda. W noc zabójstwa czekał na ojca przed centrum biznesowym z zamiarem wygarnięcia mu wszystkich jego przewin, lecz William Baldwine padł na ziemię, zanim doszło do wymiany zdań. Gdy stało się jasne, że ojciec doznał udaru, Edward postanowił, że zamiast dzwonić po pogotowie, dokończy to, co rozpoczęło się od objawów neurologicznych.

Z pomocą wyciągarki załadował dziewięćdziesięciokilogramowe ciało na naczepę swojego pikapa, a następnie ruszył w stronę zalesionego brzegu rzeki, gdzie przeciągnął jeszcze oddychającego ojca przez zarośla. Już miał wepchnąć ciało do wody, gdy się zatrzymał i wrócił do samochodu po nóż, a następnie odciął ojcu palec. Potem wepchnął ciało do wzburzonej wody i wrócił do Easterly, gdzie zakopał potworną pamiątkę po Williamie Baldwinie w ziemi w ogrodzie, żeby w ten sposób złożyć hołd cierpiącej od lat matce i całej rodzinie.

I tyle całej historii.

Gdy znaleziono palec i wezwano policję, Edward próbował zatrzeć po sobie ślady, wymazując zapis z kamery umieszczonej za domem. Nie wykazał się jednak dostatecznym sprytem, policja ustaliła bowiem, że to właśnie on zalogował się w systemie, gdy nastąpiło wymazanie danych. Ostatecznie Edward przyznał się do popełnienia zbrodni.

Lane odłożył gazetę.

Tak oto prezentuje się ich obecna sytuacja. Uwielbiany przez wszystkich syn ma zgnić w więzieniu za zamordowanie człowieka, za którym nikt nie tęskni.

Wydawało się to potwornie niesprawiedliwe, ale tak właśnie czasem układa się życie. Fortuna kołem się toczy, niezależnie od ludzkich cnót i wolnej woli. Warto pamiętać, że to nie jakieś osobiste porachunki, lecz zdarzenia losowe.

Jeśli się bowiem o tym zapomni, cholernie łatwo popaść w obłęd.

4

– O czym ty, do diabła, mówisz? – spytał Edward.

Akustyka sali przesłuchań w niczym nie ustępowała kabinom prysznicowym – dzięki nagim ścianom i skromnemu umeblowaniu głos niósł się echem po pustej przestrzeni niczym piłka do squasha.

No dobra, może Edward nieco podniósł głos.