Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diabeł z więzienia dłużników - Antonia Hodgson

Londyn, rok 1727. Dwudziestopięcioletni Tom Hawkins zamiast studiować teologiczne traktaty, spędza czas w przybytkach rozkoszy i przy karcianych stołach. Aż trafia do więzienia dla dłużników…

Marshalsea to piekło na ziemi. Nieludzki świat o prostych zasadach: ci, którzy zdołają pożyczyć skądś pieniądze, mają szansę przeżyć.

Ci, którzy nie mają grosza, sczezną z głodu i chorób. Stąd nie da się uciec…

Lecz Tom Hawkins nigdy nie potrafił przestrzegać zasad…

Seria makabrycznych zabójstw wypełnia więzienie jeszcze większym strachem. Podejrzenie pada na tajemniczego więźnia, nazywanego diabłem. A Tom dzieli z nim celę…

 

Lecz niespodziewanie dostaje szansę: odkryć prawdę o morderstwach i wyrwać się stąd na zawsze albo być następną ofiarą „diabła z Marshalsea”…

Opinie o ebooku Diabeł z więzienia dłużników - Antonia Hodgson

Fragment ebooka Diabeł z więzienia dłużników - Antonia Hodgson

Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Magdalena Stachowicz

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© AKV/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Devil in the Marshalsea

Copyright © Antonia Hodgson 2014

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5378-7

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Sumienie każe duchom chodzić i pojawiać się duszom zmarłych… Działa na wyobraźnię z niezachwianą siłą, jak wiara.

Daniel Defoe The Secrets of the Invisible World Disclos’d 1729

Wstałem około czwartej. W Parku zobaczyłem pół tuzina Kruków uczestniczących w bardzo chrypliwej konwersacji, a nie rozumiejąc ich Języka, nie mogłem domyślić się, co zamierzają, uznałem jednak że radzą, jak podzielić się Trupami tych nieszczęsnych wyrzutków, co Zmarli nagle w tym Miejscu.

John Grano A

Nota historyczna

Akcja Diabła z więzienia dłużników rozgrywa się jesienią 1727 roku w Londynie i w Southwark, które w owych czasach uważano za oddzielne miasto. W czerwcu zmarł król Jerzy I. Teraz królem był jego syn, Jerzy II, chociaż koronował się dopiero w październiku. Ludzi ciekawiło, jakim okaże się monarchą. (Kołtun i bufon, jeśli mamy wierzyć lordowi Herveyowi, zjadliwemu kronikarzowi dworskiego życia).

Marshalsea z 1727 roku to nie to samo więzienie, które tak genialnie przedstawił Dickens w Małej Dorrit. Drugie więzienie, otwarte dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku, usytuowane było dalej, przy Borough High Street. Pierwotne więzienie istniało co najmniej od XIV wieku i znajdowało się między Mermaid Cort a tym, co teraz jest Newcomen Street.

W 1720 roku Wielka Brytania doświadczyła pierwszej nowoczesnej katastrofy gospodarczej – załamania się Kompanii Mórz Południowych. Zbankrutowały tysiące ludzi, kiedy akcje kompanii poleciały w dół, a druzgocące skutki tego wydarzenia odczuwano jeszcze siedem lat później. „London Gazette” z 17-19 września 1727 roku pełna była ogłoszeń o upadłości i zawiadomień o śmierci z wezwaniem do wierzycieli, żeby poświadczyli swoje wierzytelności. (Nie wszyscy ucierpieli. Była też długa kolumna z instrukcjami dla parów i ich żon na temat szat na koronację, wyszczególniająca, ile gronostajów powinni na siebie włożyć).

Londyńskie więzienia dla dłużników były zatłoczone – co oznaczało nędzę dla tysięcy i doskonałą okazję biznesową dla ludzi takich jak William Acton, główny nadzorca Marshalsea. Więzienia dla dłużników były znane w Anglii od stuleci. Chociaż w ostatecznym rachunku właścicielem ich była Korona, prowadzono je prywatnie dla zysku. Dłużnicy, którzy zaspokoili swoich wierzycieli, często latami marnieli w więzieniu, bo zaciągnęli kolejne długi u nadzorcy.

Może się wydać dziwne, że tyle pieniędzy dało się zarobić na dłużnikach – póki się nie zobaczy ogłoszeń o pożyczkach w dzień wypłaty i nie zrozumie, że nadal jest mnóstwo sposobów, by zarobić na czyimś nieszczęściu. Więźniom pomagały rodziny i przyjaciele, mogli też zastawić swoje mienie, szukając sposobów, żeby spłacić wierzycieli. Niektórzy prowadzili interesy nawet w więzieniu – kawiarnia Sarah Bradshaw i restauracja ze stekami Macka stanowią dwa tego przykłady. „Kobiety z miasta” były tam stałymi gośćmi. I naprawdę istniał fryzjer o nazwisku Trim i – co dość egzotyczne – francuska wróżka o nazwisku Madame Migault, która mieszkała w Marshalsea w 1727 roku. Więzienia dla dłużników miały służyć przetrzymywaniu, a nie poprawie – jeśli było cię stać na zapłatę za jedzenie, picie i towarzystwo, to w porządku, póki nadzorca dostawał swoje.

Obiad i kolacja

Mała uwaga, żeby uniknąć zamieszania: we wczesnych latach XVIII stulecia obiad spożywany był zazwyczaj koło drugiej albo trzeciej po południu, a po nim, wieczorem, jeśli była potrzebna, następowała lekka kolacja. Wszystkie posiłki, o których mowa w powieści, opisane są na podstawie dziennika Johna Grano, spisanego w Marshalsea w latach 1727–1728. No cóż – wtedy naprawdę dużo się piło i paliło.

Przekleństwa

I klęło się też dużo. Wszystkie słowa użyte w książce były wtedy używane notorycznie. César de Saussure, szwajcarski gość w Londynie w latach dwudziestych XVIII stulecia, pisał: „Anglicy klną na potęgę” i „nie tylko prostaków dotyczy ten niefortunny obyczaj”. I nie chodziło mu tylko o „cholera” i „do kroćset”.

Jeśli przekleństwa wydają się cokolwiek anachroniczne, to pewnie dlatego, że nie pojawiają się w szerzej znanych powieściach i sztukach z epoki. Krótki – albo doprawdy długi – rzut oka na „literaturę libertyńską”, taką jak Wenus In the Cloister (1725) potwierdza, że szczególnie niewyparzony język i plastycznie przedstawione sceny seksualne nie są niczym nowym. W kawiarniach Covent Garden, w slumsach St. Giles i w więzieniach dla dłużników w Borough możemy, jak sądzę, spokojnie przyjąć, że nie mówiono „słodyczka” ani „pałeczka”, kiedy do wyboru były barwniejsze określenia.

Prolog

Przyszli po niego o północy. Bez ostrzeżenia. Nie było czasu, by sięgnąć po sztylet schowany pod poduszką. Stąpali cicho jak duchy, przeszli przez więzienny dziedziniec i zakradli się po wilgotnych, wąskich schodach, kiedy spał nieświadomy niczego.

Winny nie powinien spać tak smacznie.

Obudził się, gdy przyłożono mu zimne ostrze do szyi. Zakneblowali go i związali nadgarstki, nim zdołał krzyknąć; tak gwałtownie ściągnęli go z łóżka na kolana, że deski podłogi ugięły się od uderzenia.

Ktoś zapalił latarnię, oświetlając napastników. Teraz wreszcie ich rozpoznał i zrozumiał, po co przyszli. Gorączkowo szarpnął za ciężką skórzaną sakwę zawieszoną na szyi dla bezpieczeństwa i rzucił ją im do stóp. Złote i srebrne monety rozsypały się po podłodze.

Mężczyzna, który trzymał latarnię, schylił się, podniósł pół gwinei i powoli obrócił ją między palcami.

– Myślisz, że to cię uratuje? – Uśmiechnął się lekko i rzucił monetę z powrotem na podłogę. Skinął głową na wspólnika.

Potem posłali go do diabła.

Następnego ranka strażnik znalazł ciało zwisające z belki w karcerze, za wysoko dla szczurów kłębiących się w cieniu na dole. Posługacze więzienni odcięli go i położyli na dziedzińcu, z dala od ciał trzech więźniów z części dla pospólstwa, których w nocy zabrała gorączka. Kapitan, co prawda, wpadł w tarapaty, ale w końcu był dżentelmenem.

Kapelan wskazał na obitą twarz zmarłego, na połamane członki i zażądał, żeby natychmiast wezwano koronera, by przeprowadzić śledztwo. Nadzorca, który od paru godzin pił z kompanami w Koronie, splunął na ziemię i nazwał to samobójstwem – i niech diabli wezmą każdego, kto twierdzi inaczej. Koroner powie to samo, już on się o to postara.

Na górze, w pokoju kapitana, jego towarzysze pospiesznie grali o jego skąpe mienie, zanim zabierze je woźny sądowy. O ubrania, tytoń, funt bekonu. O mały garnek do gotowania, zabrudzony resztkami kolacji z wczorajszego wieczoru. Żadnych pieniędzy. Ale to nie nowina w więzieniu dla dłużników.

Młoda posługaczka zatrzymała się na podeście schodów, obładowana świeżą pościelą. Stała przez jakiś czas w cieniu, przyglądając się grze i graczom. Nauczyła się już dawno trzymać oczy i uszy szeroko otwarte. W Marshalsea dobra tajemnica była więcej warta niż złoto i bardziej śmiercionośna niż klinga, jeśli użyło się jej właściwie. Zerknęła na podłogę. Dziwne, ktoś w nocy zamiótł ją do czysta. Upchnęła tę myśl z tyłu głowy, jak loczek, który wypadł spod czepka, i wróciła do swoich obowiązków.

Zabójcy zamietli podłogę, ale nie zauważyli pewnej małej rzeczy. Monety, która podczas walki przetoczyła się przez pokój i zatrzymała w ciemnym kącie pod łóżkiem kapitana. I została tam na długie miesiące, schowana pod kurzem – srebrna korona splamiona krwią. Czekając, by opowiedzieć swoją historię.

Czekając na mnie, bym ją znalazł.

Część IROZBÓJ

Rozdział 1

Tomie Hawkins, masz diabelne szczęście.

Uśmiechnąłem się do mężczyzny po drugiej stronie stołu. Był ciepły wrześniowy wieczór. Po raz pierwszy od miesięcy miałem pełną sakiewkę i dopiero co znaleźliśmy stół w najbardziej podejrzanej kawiarni w Londynie. Życie nie mogło być lepsze.

– To nie było szczęście – odparłem, przekrzykując zgiełk.

Charles Buckley, mój najstarszy przyjaciel, rzucił mi spojrzenie, które po tych wszystkich latach dobrze rozumiałem: irytacja, dezaprobata – i ździebko rozbawienia, żarzącego się w głębi oka. Rozsiadłem się zadowolony i zapaliłem fajkę. Jedną z największych przyjemności mego żywota było rozśmieszanie Charlesa, kiedy wiedział, że nie przystoi mu się śmiać.

Służąca przeszła blisko naszego stołu – śliczna dziewczyna o imieniu Betty, gęstych czarnych lokach i skórze koloru palonych ziaren kawy. Skinąłem na nią i zamówiłem czarkę ponczu.

– Czarkę kawy – poprawił Charles. – A potem do domu, dałeś mi słowo, pamiętasz?

Wsunąłem szylinga w dłoń Betty. Miło było znów mieć pieniądze – i wydawać je.

– Kawy. I czarę ponczu. Świętujemy – powiedziałem, pańskim gestem odrzucając protesty Charlesa.

Betty uniosła brwi. Były tylko dwa powody do świętowania w kawiarni Toma Kinga – wygrana przy stoliku albo pełne ozdrowienie z rzeżączki.

– Dziś wieczór wygrałem w karty dziesięć funtów – krzyknąłem pospiesznie, ale ona już przeciskała się w tłoku ku garnkom z kawą, wiszącym nad ogniem. Kiedy się odwróciłem, Charles trzymał głowę w dłoniach.

– Co ja mam z tobą począć? – jęknął.

Popatrzyłem na długą, niską salkę, wdychając oszałamiające opary dymu, alkoholu i potu. Gdybym dziś wieczór powiesił tu płaszcz, do rana moja mała mansarda byłaby pełna tych samych znajomych zapachów.

– Jedna czarka ponczu, Charles. Tylko jedna! Żeby wznieść toast za mój kunszt dziś wieczór przy stoliku.

– Kunszt? – Opuścił ręce. Charles miał sympatyczne oblicze i miłe rysy, jak dobrze urządzony salonik. To nie była twarz stworzona do oburzania się, ale robił, co mógł; troszkę szerzej otworzył ciemnobrązowe oczy. – Kunszt? Zaryzykowałeś wszystko na jedno rozdanie! Co do ostatniej ćwierćpensówki! To nie kunszt, to… – Wzruszył bezradnie ramionami. – To szaleństwo.

Nie spierałem się z nim. Charles nie przyjmował do wiadomości tego, że w hazardzie jest coś więcej niż ślepy łut szczęścia – trochę dlatego, że sam tak marnie grał. Nie miało sensu wyjaśnianie, że znałem trzy czwarte mężczyzn z tej gorącej, zadymionej szulerni – grywałem przeciwko nim tyle razy, że rozumiałem ich zalety i wady lepiej niż własne. Nawet pijany potrafiłem zapamiętać wszystkie rozegrane karty i w mgnieniu oka obliczyć szanse. Szczerze mówiąc, było trochę prawdy w tym, co powiedział Charles – podjąłem wielkie ryzyko przy końcowym obstawianiu, ale w tej kwestii nie miałem wyboru. Moje życie od tego zależało.

Wczesnym rankiem mój gospodarz i trzech innych wierzycieli wpadli do mojego pokoju i wszczęli przeciwko mnie czynności o dwadzieścia funtów w niezapłaconym czynszu i innych długach. Nakaz dawał mi zaledwie jeden dzień na zapłacenie sumy, która by ich zaspokoiła. Gdybym nie zapłacił, zostałbym natychmiast aresztowany i wtrącony do więzienia.

Wtedy trochę mnie to wystraszyło. Miałem dwadzieścia pięć lat, a śmierć zdawała się czymś odległym i mglistym. Ale znałem trzech ludzi, których w tamtym roku wysłano do więzienia dla dłużników. Jeden zmarł na gorączkę, drugiego dźgnięto w bójce i ledwie przeżył. Trzeci przeszedł przez więzienną bramę jako gruby, wesoły facet, a wyłonił się z niej pół roku później jako posiwiały, jąkający się szkielet. Nie chciał powiedzieć, co się z nim działo, a w oczach miał coś takiego, kiedy nalegaliśmy… jakby wolałby umrzeć niż o tym mówić.

Ubrałem się więc pospiesznie i wybiegłem na rozjaśniające się już ulice, żeby odebrać każdy dług i przysługę, które sobie przypomniałem. Kiedy tego nie wystarczyło, zastawiłem wszystko, co miało jakąś wartość, póki mój pokój nie zrobił się goły jak panna młoda w weselną noc. Zachowałem tylko dwa przedmioty mające jakąś wartość – sztylet dla obrony i najlepsze ubranie dla ułudy. (Trochę zadzierania nosa i parę złotych guzików otworzą większość drzwi w Londynie). Moi wierzyciele zażądali połowy długu jako dowodu, że w odpowiednim czasie zobaczą resztę. Kiedy słońce zaszło, podliczyłem to, co udało mi się zebrać: dwie gwinee i przygarść pensów. Ledwie ćwierć sumy, której potrzebowałem.

Właśnie wtedy byłem zmuszony zrobić to, czego unikałem przez cały dzień – zwróciłem się do Charlesa po pomoc. Byliśmy sobie bliscy jak bracia i w szkole, i w Oksfordzie, ale przez ostatnie parę lat nasza przyjaźń osłabła. Mój stary kompan w psotach stał się wielebnym Charlesem Buckleyem, układnym, trzeźwym dżentelmenem, który prowadził popołudniowe nauki dla zachwyconych starszych dam w St. George’s na Hanover Square. Wszystko było dobrze i pięknie, póki nie zaczął pouczeń na temat mojego zachowania. Nie byłem zachwyconą starszą damą. Nie spotykałem się z nim przez parę miesięcy.

Charles mieszkał u swojego patrona, sir Philipa Meadowsa w wielkim domu w pobliżu St. James’ Square. Było to niedaleko mojego mieszkania, ale po Picadilly szedłem powolnym i ciężkim krokiem. Nie mogłem znieść myśli, że obciążę go moimi kłopotami, a co gorsza – wiedziałem, że przebaczy mi to w jednej chwili. Już zaczynałem się wstydzić za siebie samego – niewygodne uczucie.

Na szczęście, kiedy wyjaśniłem Charlesowi, w jakich opałach finansowych się znalazłem, tak mocno mnie zbeształ, że zupełnie zapomniałem o wstydzie i skląłem go, bo taki był z niego cholerny zarozumialec.

– Wielkie nieba, daj mi nakaz – parsknął i zaczął czytać. Chrząknął ze zdumienia. – To jest na Marshalsea. Musisz wiedzieć, że sir Philip jest marszałkiem dworu.

Muszę? Ściągnąłem brwi. Już miałem puścić mimo uszu słowa Charlesa o jego znakomitym patronie i jego rodzinie, ale wspomniał o dwóch najstarszych córkach sir Philipa. To zawsze mnie pobudza.

– Jest właścicielem więzienia? – zgadywałem.

– Właścicielem jest król – odpowiedział w roztargnieniu Charles, czytając dalej. – Sir Philip zarządza nim w jego imieniu. To znaczy, najmuje nadzorcę… mój Boże, Tom – dwadzieścia funtów? Jesteś winien tym ludziom dwadzieścia funtów? To więcej niż ja zarabiam przez pół roku. – Przyglądał się nakazowi, jakby miał nadzieję, że cyfry zmienią się w mniejszą sumę, jeśli będzie się w nie wystarczająco uporczywie wpatrywał.

– W Londynie drogo się mieszka.

Pokazał na złote guziki przy mojej kamizelce.

– Niekoniecznie.

Kolejne nauki.

– Doskonale. – Wyrwałem mu nakaz z ręki i wepchnąłem do kieszeni. – Obiecuję, że od tej chwili będę się ubierał w brązowe pończochy i bure barchanowe spodenki. Pomożesz mi?

Charles roześmiał się wbrew sobie.

– Oczywiście, że ci pomogę. – Wyciągnął żelazne pudełko z górnej półki, otworzył je kluczem i wysypał mały stosik monet. – Wystarczy?

Szybko policzyłem. Trochę mniej niż cztery funty. Gdybym nawet wziął wszystko, do ostatniego pensa, nie uratowałoby mnie to przed więzieniem.

– Mogę zebrać więcej – powiedział z niepokojem Charles. Rzucił ukradkowe spojrzenie na swoje rzeczy i zmrużył oczy, oceniając ich wartość. – To może zająć trochę czasu.

Ano właśnie – tak to wygląda. Teraz poczułem się zawstydzony.

– Pożyczę tylko to i nic więcej – oświadczyłem tonem męczennika. – Zwrócę wszystko. Masz moje słowo, Charles. Mam nadzieję, że do końca wieczoru.

Aż tak bardzo mi się nie poszczęściło. Przez pięć bitych godzin przy stoliku w szulerni przegrywałem i wygrywałem, wygrywałem i przegrywałem i ani razu nie udało mi się dojść do dziesięciu funtów, których żądali moi wierzyciele. Charles – nalegał, że będzie mi towarzyszył – krążył w pobliżu albo siedział w kącie, obgryzając paznokcie; to wyszedł z pokoju, to wrócił i znowu wyszedł. Zrobiło się późno, przegrałem sześć razy z rzędu i zostało mi trochę ponad pięć funtów – mniej niż miałem, kiedy przyszedłem. Ale teraz grałem w faraona i w ostatniej grze stawiałem na jedną kartę naraz. Jeśli postawię na właściwą ostatnią kartę, podwoję wygraną.

Ale jeśli wybiorę złą kartę… stracę wszystko.

Charles stanął za moimi plecami i szepnął mi do ucha:

– Tom, na litość boską, chodź stąd. – Sięgnął po pięć funtów i zaczął je zgarniać ze stolika. – W więzieniu będzie ci potrzebny każdy pens.

Powstrzymałem jego rękę, przesunąłem monety po stole.

– Ostatnie rozdanie. Pięć funtów na królową. Niech ją Bóg błogosławi.

Rozdający uśmiechnął się. Charles zasłonił twarz.

– Wszystko stracisz – jęknął.

– Albo podwoję – powiedziałem. – Miej wiarę, panie Buckley.

Inni gracze obstawiali stawki. Rozdający dotknął palcem talii i wyrzucił dwie karty. Serce tłukło mi się w piersi. Mój Boże, jak ja to uwielbiałem – wstrząsające uczucie nadziei i strachu, związanych ze sobą w tej jednej, jedynej chwili. Czekałem na objawienie, dobre albo złe. Rozdający odwrócił pierwszą, przegrywającą kartę. Hazardzista siedzący obok mnie zaklął po cichu.

A teraz karta wygrywająca. Wstrzymałem oddech. Rozdający odwrócił kartę na stole.

Królowa karo.

Wypuściłem powietrze, potem roześmiałem się z ulgą. Byłem uratowany.

Betty wróciła z kawą, a za nią szła nasza dobra gospodyni, Moll King, we własnej osobie, niosąc małą czarkę ponczu. Szyld wyrzeźbiony nad drzwiami głosił, że to kawiarnia Toma Kinga, ale prowadziła ją Moll. Dostarczała dziewczyn, zajmowała się paserstwem, sprzedawała tajemnice, a nawet – raz na jakiś czas – nalewała kawę.

Odprawiła Betty machnięciem ręki, potem usadowiła się blisko mnie na ławie, pocałowała mnie w policzek, a jej złodziejskie palce przejechały w górę mojego biodra. Charles, który siedział po drugiej stronie stołu, patrzył z otwartymi ustami. Z szeroką, kwadratową twarzą, długim nosem i ziemistą cerą Moll nie była pięknością, a przy trzydziestce linia jej policzków zaczęła mięknąć i obwisać. Ale była bystra i miała mądre, ciemne oczy, które w ułamku sekundy potrafiły przejrzeć człowieka. Kochałem ją – kiedy mogłem sobie na to pozwolić.

– Słyszałam, że dziś wieczór wygrałeś w karty – szepnęła. – Pozwól, że pomogę ci to wydać…

Kiedy indziej zgodziłbym się, ale nie tego wieczoru. Potrzebowałem pieniędzy z tej kieski. Odsunąłem się z pewną niechęcią. W mgnieniu oka dłoń Moll znów znalazła się na stole.

– A ten, kto to taki? – zapytała, wskazując drugą stronę stołu.

– To – powiedziałem z teatralnym gestem – jest wielebny Charles Buckley.

– Zaszczycona – powiedziała Moll, przyglądając się dobrze skrojonemu czarnemu płaszczowi i świeżemu białemu fularowi pastora. Ale ma puste kieszenie – mogłem jej to powiedzieć. – Tom często o panu mówi.

Charles, zaskoczony, opuścił filiżankę z kawą.

– Doprawdy? – uśmiechnął się do mnie. – A co mówi?

Moll nalała sobie szklankę ponczu.

– Mówi: Bogu dzięki, że tu nie ma Charlesa i nie widzi, co wyprawiam. – Uniosła szklankę i trąciła się ze mną.

Kawiarnia była dziś wieczór pełna i rozkrzyczana. Jak co dzień. „Walenie, rżnięcie, przepyszna kawa” – tak opisywała to Moll, jak dumny kupiec wyliczający swoje towary. To, co w większości kafejek działo się po ciemnych kątach, tutaj odbywało się na widoku: knuto spiski, zwijano kiesy, rozpinano portki. Bóg wie, co działo się w ciemnych kątach u Moll – bo co jeszcze zostało? Wkrótce mężczyźni powloką się do domu albo pójdą na drugą stronę placu do dyskretnych zamtuzów, jeśli zachce im się towarzystwa. Dziewczyny wrócą do pracy – w wynajętym pokoju, jeśli im się poszczęściło, albo na tyłach, w ciemnych, śmierdzących uliczkach Strandu, jeśli nie.

– Tom – powiedział po cichu Charles, kiedy Moll wyciągała fajkę z kieszeni. – Powinniśmy iść.

Miał rację. Siedzieć tutaj z dziesięcioma funtami w kieszeni to nierozwaga.

– Najpierw powinniśmy dokończyć poncz. – Zostało jeszcze pół czary, a był już najwyższy czas, żebym nauczył się nie szastać pieniędzmi.

Charles wstał i zdjął kapelusz z haka na ścianie.

– Cóż, ja muszę iść. Sir Philip zamyka dom o północy.

Moll uśmiechnęła się do niego, zapalając fajkę.

– Och, tu są ludzie, którzy dadzą sobie radę z pańskimi zamkami, sir…

– Dziękuję, Charles – przerwałem pospiesznie. Wstałem i schwyciłem go za rękę. – Oddam pieniądze, które jestem ci winien. Przysięgam.

Położył mi dłoń na ramieniu i głęboko zajrzał w oczy.

– Tom, Bóg dał ci znak. Dziś uratował cię przed więzieniem. Masz szansę, żeby zacząć życie na nowo. Jutro rano przyjdź do mnie do domu. Porozmawiam z sir Philipem, zobaczymy, czy znajdzie się dla ciebie stanowisko…

– Jutro.

Uśmiechnął się do mnie, potem ukłonił się Moll i wyszedł. Patrzyłem, jak lawiruje między krzesłami i stołami i poczułem nagłą ochotę, żeby wyjść, tak jak prosił. Przez całe życie Charles dawał mi dobre rady. Z jakichś powodów, których nie potrafię zgłębić, nigdy z nich nie korzystałem.

– Jutro – powiedziała Molly.

W roztargnieniu ściągnąłem brwi, patrząc na nią.

– Z tobą, Tom, zawsze jest jutro. – Przypatrywała mi się uważnie, podbródek oparła na dłoni. Byłem jednym z jej ulubieńców, wiedziałem o tym. Byłem chyba dość przystojny i hojny, kiedy miałem fundusze. A kiedy nie miałem, i tak mogłem zebrać mnóstwo informacji przy stoliku w szulerni, siedząc między lordami, złodziejami i politykami. Głównie próżne plotki, ale Moll wiedziała, jak je przesiać, żeby znaleźć złoto. – Cieszę się, że uniknąłeś więzienia – powiedziała. – Przede wszystkim Marshalsea. Nadzorca jest potworem…

Rozległ się głośny trzask, potem jeszcze głośniejsze wiwaty przy sąsiedniej ławie. Poleciała wielka czara, roztrzaskując się na sto kawałków i rozlewając po podłodze poncz w czerwoną lepką kałużę. Banda czeladników w poplamionych, zniszczonych pończochach krzyczała na jedną z dziewczyn, że rozbiła czarę.

– Ty głupia dziwko, zapłacisz za to – zaklął któryś z nich, łapiąc ją za włosy.

– Panowie! – Moll wstała. Bójki zdarzały się tu prawie co wieczór, ale nigdy nie trwały długo. Moll miała ludzi, których mogła wezwać, a także niebezpieczną, długą klingę schowaną pod spódnicami. Kiedyś zaciąłem się o nią w dłoń, sięgając po coś miększego. Czeladnicy ukłonili się, przeprosili i zamówili kolejną czarę.

– Nie możesz pracować dla łotra takiego jak sir Philip – oświadczyła Moll, siadając. Zaciągnęła się głęboko fajką. – Jutro przyjdź na spotkanie ze mną. Znajdę ci zajęcie.

– Co masz na myśli?

Moll miała mnóstwo propozycji. Większość takich, za które wygnano by mnie z kraju albo powieszono. Ale muszę przyznać, że za długo już się obijałem, żyjąc głównie z uroku osobistego i szczęścia. Może powinienem zacząć pracować dla Moll. Mimo wszystkich kłopotów, tego dnia zabawiłem się, mając cel w życiu. Chociaż ten jeden raz. Życie albo śmierć – zależne od rozdania kart; stawka nie do odparcia dla hazardzisty.

– Pomyślę o tym jutro – powiedziałem. – Przy nowym królu będą nowe okazje, nowi patroni… Myślałem, że może wypróbuję rękę w pisaniu.

Patrzyła na mnie z niepokojem.

– Nie ma powodów do paniki, kochany.

Skończyłem poncz i wstałem, żeby wyjść. Moll poszła za mną, rzucając wypaloną fajkę na stół. Odbiła się od blatu i spadła z klekotem na podłogę.

– Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza – powiedziała Moll i oboje się roześmieliśmy. W Covent Garden nie było niczego świeżego, zwłaszcza o tak późnej godzinie.

W drzwiach oparła się plecami o framugę i popatrzyła przez plac, królowa oceniająca swoje myśliwskie tereny. Patrząc na Moll, pomyślałem, że jest w niej jakaś alchemia. Jej kawiarnia to przecież zrujnowana rudera, ale kiedy było się w środku, a Moll wodziła rej, wydawało się, że to centrum świata.

Spojrzała w niebo.

– Ciemno jak u diabła w dupie. Będzie ci potrzebny chłopiec-przewodnik. – Gwizdnęa ostro i chude, obdarte stworzenie wybiegło z cienia. Ciemne loki wysypywały mu się spod małego, obszarpanego piroga. Zatrzymał się z poślizgiem przed nami, trzymając w dłoni niezapaloną pochodnię.

– Sam jesteś, urwisie? – zapytała Moll. Złapała go za podbródek, żeby mu się lepiej przyjrzeć. – Nie znam cię, co?

Niektórzy chłopcy wyjąkaliby historię swojego życia pod tak onieśmielającym spojrzeniem. Ten, nieulękły, wytrzymał jej wzrok.

– Czekają na Drury Lane. Gra prawie skończona. Dokąd?

– Dokąd, pani King – poprawiła go ostro Moll, a potem uśmiechnęła się. Sama biegała po ulicach jako dziewczyna. – Poświeć temu dżentelmenowi do Greek Street.

Kazała odprowadzić mnie do domu. Pod wpływem chwili schwyciłem ją za ramię i przycisnąłem usta do jej ust. Poczułem tytoń, brandy i nutkę słodkich pomarańczy. Zachichotała i odwzajemniła pocałunek, aż krew zagrała mi w żyłach. Dla czegoś takiego zostałbym tutaj, nawet ze stu nakazami aresztowania. Pamiętałem, że po raz ostatni całowaliśmy się w wieczór, kiedy się dowiedzieliśmy, że umarł król. Trzy miesiące temu. Myślałem, że świat się zmieni. Oczywiście, nie zmienił się. Ręka Moll zsunęła się niżej.

W okolice mojej sakiewki.

Złapałem ją za nadgarstek i odciągnąłem dłoń. Uśmiechnęła się leniwie.

– Tylko sprawdzałam. Nie okradłabym kogoś z moich, prawda, wielebny? – Zniknęła w środku, zanim zdołałem odpowiedzieć. Goniec pocierał usta, żeby ukryć uśmiech. Nachmurzyłem się i rzuciłem mu pensa.

– Zapal pochodnię.

Zrobił, co kazałem, przytykając ją do latarni płonącej przy drzwiach. Kiedy smoła zajęła się płomieniem, oświetliła jego twarz miękkim pomarańczowym blaskiem.

– Dlaczego nazwała pana wielebnym? – zapytał. Zmarszczył nos. – Pan z tych w czarnych ubraniach, czy co?

Czy co. Wielebny to było przezwisko, którym Moll lubiła mnie drażnić, znając moją historię. Wskazałem na niebieską, jedwabną kamizelkę, cynamonowy kabat i spodenki.

– Czy wyglądam na kogoś w czarnym ubraniu?

Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że uwierzy każdemu i we wszystko. Znużony gest nie pasował do młodych ramion. Tak się dzieje z chłopcami, którzy w środku nocy prowadzą rozpustników i nierządnice z powrotem do ich łóżek. Wymiata to im niewinność do czysta z głowy. Cóż, w tym mieście były gorsze sposoby na zarobienie pensa. Odwrócił się i ruszył w stronę Soho, wysoko trzymając płonącą pochodnię. Włożyłem na głowę piróg i pospieszyłem za nim, statek płynący za gwiazdą polarną do domu.

Zamyśliłem się z niepokojem. Czy pod modnymi łaszkami nadal wyglądam na duchownego? Obracałem tę nieprzyjemną myśl w głowie. Odkąd byłem chłopcem – młodszym od tego małego chochlika, biegnącego przede mną – mówiono mi, że moim przeznaczeniem jest dołączyć do Kościoła, jak mój ojciec, wielebny doktor Thomas Hawkins. (Właśnie. Nadał mi swoje imię, żebym pewnego dnia łatwiej mógł stać się nim). Sprawy nie ułożyły się według planu. W głębi duszy zawsze wiedziałem, że nie nadaję się na duchownego. Ale też nie miałem pojęcia, na kogo się nadaję. Widzieliście kiedy dziecko, które odmawia jedzenia? Odwraca główkę – nie, nie, nie. Tak właśnie myślałem o duchownym stanie. Nie miało znaczenia, jak często ojciec przytykał łyżkę do moich warg, jak często próbował siłą wepchnąć mi do gardła obowiązek, honor i przyzwoitość. Nie, nie, nie.

Byłem tak pogrążony w myślach, że prawie nie zauważyłem, jak przeszliśmy Long Acre. Ulice były ciche – za późno dla jednych, za wcześnie dla innych. Skręciliśmy raz, potem jeszcze parę razy w ciemne, wąskie uliczki. Stare drewniane domy opierały się znużone jeden o drugi, wysunięte górne piętra prawie dotykały się nad ulicą. Jeden zupełnie się zawalił. Większą część drewna wyszabrowano, została tylko gnijąca rama, jak szkielet dźgający nocne niebo.

Ostry wiatr powiał wzdłuż uliczki i szyld rzeźnika zaskrzypiał na zawiasach. Zatrzymałem się wystraszony, potem cicho zakląłem. Nie rozpoznawałem uliczki. W powietrzu czuć było terpentynę – ostry posmak pobliskiej destylatorni dżinu. W oddali rozległ się wybuch pijackiego śmiechu. St Giles. Doszliśmy do St Giles.

Odwróciłem się błyskawicznie, w piersi rozgorzała mi panika. Zamiast pójść na zachód, do Soho, jakoś zabłądziliśmy do najbardziej nikczemnego slumsu Londynu. Tylko głupiec chodzi tędy samotnie nocą. Wyciągnąłem sztylet zza pasa; dzięki Bogu, miałem na tyle zdrowego rozsądku, żeby go nie zastawić.

Goniec wybiegł naprzód, ale teraz nagle się zatrzymał i rzucił mi zaciekawione spojrzenie.

– Jak masz na imię, chłopcze? – zawołałem.

Przyłożył zwiniętą dłoń do pochodni, chroniąc ją przed wiatrem.

– Sam.

– Jesteś nocnym bandytą, Sam? – Moll przestrzegała mnie przed nimi, kiedy zawitałem do miasta – gońcy, którzy prowadzą swoje ofiary z dala od bezpiecznych ulic, żeby zaatakować ich w ciemnym zakątku.

Uśmiechnął się.

– Czy wyglądam na takiego? – zrobił straszną minę.

Mały drań. Poszedłem w jego stronę, kroki głośno dźwięczały mi w uszach, czułem tysiąc spojrzeń na plecach.

– Musimy stąd odejść. Natychmiast.

Byłem zaledwie pięć kroków od niego. Stał zupełnie bez ruchu, w milczeniu; kamienny cherub na grobowcu. A potem zerknął za moje ramię – szybkie, ukradkowe spojrzenie.

Lekkie kroki za mną. Za blisko – znacznie za blisko. Ramię wokół mojej szyi. Ktoś wyrwał mi sztylet z ręki i przyłożył do szyi.

– Nie ruszaj się.

Mój umysł hazardzisty wirował i gnał. Mam walczyć? Uciekać?

Ostrze wbiło się głębiej.

– Daj sakiewkę.

Sam wyżej podniósł pochodnię, oświetlając scenę, jakbyśmy byli w teatrze.

Musiałem zrobić, co mi kazał. Dać mu sakiewkę. Palce ześlizgnęły mi się do skórzanej torby przywiązanej poniżej talii.

Nie.

Zanim zorientowałem się, co robię, sięgnąłem wyżej i odepchnąłem jego ramię od mojego gardła. Okręciłem się, żeby stanąć z nim twarzą w twarz, powoli się cofałem. Niech mnie dźgnie, skoro musi. Ale będę mu patrzył w oczy, kiedy będzie to robił.

Ostrożnie zaczęliśmy krążyć wokół siebie. Kapelusz miał nisko opuszczony, nos i usta obwiązał czarną szmatą. Widać było tylko oczy, ciemne i nieruchome.

Zrobiłem jeszcze jeden krok do tyłu, wzrok utkwiłem w długim, ostrym sztylecie w jego prawej dłoni. W moim własnym sztylecie, do diabła, naostrzonym moją własną ręką. Jedno szybkie cięcie wystarczyłoby, żeby mnie rozpruć.

– Daj spokój, panie, nie bądź głupcem – powiedział spokojnym, rozsądnym tonem. A potem, cicho: – Nie jestem sam.

Wolną rękę wyciągnął po sakiewkę. Krew dudniła mi w uszach.

Pobiegłem.

Świat zakręcił się, kiedy przebiegałem obok chłopca, który teraz uśmiechał się, zachwycony akcją i swoim w niej udziałem. Uliczka zaczęła się jeszcze bardziej zwężać, z przodu zamajaczył wysoki, ceglany mur. Było zbyt ciemno, żeby stwierdzić, czy jest inna droga ucieczki. Musiałbym się wspinać. Wydłużyłem krok, gotując się do skoku na mur, kiedy ciemna postać wyłoniła się z cienia i przewróciła mnie na ziemię.

Przez chwilę leżałem oszołomiony. Zaczął gmerać w kieszeniach, szukać sakiewki. Z głośnym przekleństwem odepchnąłem go od siebie, kopałem, młóciłem pięściami, żeby się uwolnić i znowu stanąć na nogach, ale teraz przybyli nowi, spadali z dachów i balkonów, miękko lądowali na ziemi, nawoływali się po cichu. Macałem w ciemności, szukając cegły albo kawałka drewna, żeby się bronić, ale wiedziałem, co się zdarzy. Zaryzykowałem i przegrałem.

Czyjaś ręka złapała mnie za ramię; odwróciłem się gorączkowo. Potem jeszcze jedna i jeszcze jedna, szarpały, łapały, ściągały mnie w dół, jak diabły ciągnące duszę do piekła. Walczyłem z nimi, przerażony, ale było ich zbyt wielu. Znowu ciężko upadłem na ziemię.

– Trzymajcie go tam, chłopcy! – krzyknął ich herszt.

Podciągnęli mnie na kolana i wykręcili mi ramiona za plecy, kiedy do nas podchodził. Przechodząc obok gońca, poczochrał go za włosy i jakoś się domyśliłem – dziwna klarowność myśli, która nadarza się w takiej chwili – że to ojciec tego chłopca. I pomyślałem, że w tym geście jest więcej uczucia i dumy, niż mój ojciec okazał mi przez całe życie.

Podszedł bliżej, ukucnął przede mną. Ciemne oczy przyglądały się mojej twarzy.

– Mówiłem, żebyś nie uciekał – powiedział; głos miał przytłumiony tkaniną szala.

Patrzyłem na niego z wściekłością.

Dał znak jednemu ze swoich ludzi.

– Poczekaj…

Za późno. Z tyłu głowy poczułem mocne uderzenie. Świat rozbłysnął na biało i zniknął.

Rozdział 2

Przez chwilę myślałem, że jestem w domu, w mojej małej mansardzie na Greek Street. Potem spróbowałem się poruszyć. Ból zahuczał mi w głowie, o mały włos znów nie zemdlałem.

Powoli, Tom. Ostrożnie.

Usiadłem, tym razem pomalutku. Świat zawirował wokół mnie, potem zatrzymał się na tyle, żebym podniósł drżącą dłoń i dotknął potylicy. Wielki, bolesny guz. Ciepły, kleisty dotyk – krew na palcach. Wspomnienia błyskały jak iskry z popielnika: łapanie za ręce; śmiech i krzyki; nacisk mojego własnego sztyletu na gardle.

Sięgnąłem po sakiewkę, chociaż wiedziałem, co znajdę. Odcięta. Zniknęła.

Żołądek mi się skurczył. Przegrałem. Byłem zrujnowany. Położyłem się i zamknąłem oczy. Jaki miałem teraz pożytek z tego, że się broniłem? Niech duch wycieknie z moich kości na zimną ulicę, uleci z brudem i śmieciami i zostawi ciało w spokoju.

…Nie, nie, nie stanę się strawą dla szczurów w St Giles. Miałem szczęście, że przeżyłem. Nie czułem się dobrze. Nie czułem się żywy, prawdę mówiąc. Ale – niech diabli zaciągną tych rzezimieszków, co do jednego, do najgłębszych czeluści piekieł – stanę na nogach.

Albo przynajmniej na kolanach.

Leżałem w wilgotnym, pustym zaułku, śmierdzącym uryną, wymiocinami i innymi płynami, jak wszystkie takie uliczki po wiek wieków będą śmierdzieć. Ziemia zaśmiecona była zbitymi butelkami po dżinie, zakrwawionymi szmatami, wypalonymi fajkami. Musieli mnie tu zaciągnąć przez śmietnisko, żeby lepiej mnie oskubać, a kiedy pracowali, chłopiec wysoko i z dumą trzymał pochodnię. Surdut zniknął, perukę i piróg zerwali mi z głowy podczas szamotaniny. Pantalony miałem podarte; kolana i pięści podrapane do krwi. Odcięli złote guziki z kamizelki, opróżnili wszystkie kieszenie. Podciągnąłem się na kolana, pojękując cicho z wysiłku. Nie mogłem ryzykować, że ktoś mnie usłyszy. W St Giles były bandy, które dżentelmenowi wyrządziłyby coś znacznie gorszego niż tylko pobicie i rabunek, jeśli byłby na tyle głupi, żeby się im napatoczyć. Nadal groziło mi niebezpieczeństwo.

Poczołgałem się w tył, w stronę ulicy, cal po calu wymacując na oślep drogę w ciemności. Palce kurczyły mi się, kiedy dotykały potłuczonego szkła albo ślizgały na wstrętnym śmierdzącym błocie. Kiedy dotarłem do ulicy, upadłem w cieniu najbliższego ganku; plecy przycisnąłem mocno do ściany, dyszałem z wyczerpania. Każdy oddech wywoływał bolesne drgania. Przejechałem palcami pod koszulą, dotykałem wszystkich żeber. Obite, ale nie połamane.

Księżyc wychynął zza chmury i świat w jego promieniach zrobił się srebrzysty. Spojrzałem w górę, na labirynt rozpadających się galeryjek i balkonów nad moją głową, desek przełożonych z dachu na dach, drabin i lin łączących jedną marną ruderę z drugą, sąsiednią. Tajne miasto na dachach, zaplanowane przez złodziei. Sami o sobie mówili: kruki, a w St Giles żyło największe ich stado. Czy wrócili do swoich gniazd, śmiejąc się do siebie, kiedy tak wlokłem się po brudnych ulicach, poobijany i zakrwawiony? Niespokojnym wzrokiem przeszukałem każdy dach, każdy cień. Nie – na pewno już dawno zniknęli. Są zajęci opróżnianiem mojej sakiewki w najbliższym burdelu.

Chwiejnie stanąłem, prawie z ulgą przywitałem ból dźgający mnie w potylicę. Ból trzymał mnie na nogach, pozwalał zachować czujność. Przycisnąłem się plecami do najbliższej ściany i powoli zacząłem się przesuwać wzdłuż ulicy.

„Tomie Hawkins, masz diabelne szczęście”. Czy to prawda, Charlesie? Bez pieniędzy nie mogłem wrócić do domu. Benjamin Fletcher, mój gospodarz, w mgnieniu oka kazałby mnie zakuć w kajdany. Nie ma sensu prosić przyjaciół o pomoc – wykorzystałem każdą przysługę, jaka mi została. Charles nie miał już pieniędzy, żeby mi pożyczyć – wziąłem mu ostatniego pensa. A rodzina… nawet nie chciałem o tym myśleć.

Kiedy dotarłem do końca uliczki, usłyszałem przed sobą wyraźny syk gorącego moczu pryskającego w błoto. Skręciłem za róg i zobaczyłem starą nierządnicę kucającą pośrodku ulicy. Oświetlał ją księżyc, a wokół jej stóp rozrastała się mała kałuża. Ulica była cicha i pusta – w tamtej chwili wydało mi się, że jesteśmy jedynymi żyjącymi ludźmi w mieście, Boże wspomóż nas. Kiedy mnie zobaczyła, zadarła wyżej kieckę, cienki strumyczek moczu nadal spływał jej po nogach.

– Ćwierć pensa za ruchanie – powiedziała, chwiejąc się trochę na nogach.

Ćwierć pensa za złapanie francy? Niezły interes – lepszym dziwkom mężczyźni płacili znacznie więcej za ten przywilej. Pokręciłem głową i skrzywiłem się, kiedy poczułem ból w czaszce.

– Którędy do Garden?

Przyjrzała się moim podartym łachom, plamom krwi na koszuli… wyciągnęła rękę.

– Pensa i ci pokażę.

– Napadli na mnie. Zabrali mi sakiewkę. – Szeroko rozłożyłem ręce. – Pani, miej litość.

– Litość? – zachichotała i podtarła się brudną spódnicą. – Nie mogę sobie na to pozwolić.

Odeszła chwiejnym krokiem w stronę ciemnego serca St Giles.

W końcu sam znalazłem drogę do Covent Garden. Trzymałem się w cieniu, kryłem się na gankach, kiedy przechodził jakiś człowiek. Może ktoś by mi pomógł, gdybym ośmielił się o to poprosić. Słyszy się o dobrych Samarytanach, nawet w Londynie. Ale nie mogłem ryzykować. Samotnie kulałem ulicami, na pewno połowę czasu strawiłem na chodzeniu w kółko. Czasem czułem wzrok na swoich plecach i przysięgam, że słyszałem za sobą lekkie kroki – ale kiedy odwracałem się i patrzyłem w ciemność, nikogo tam nie było. „Śledźcie mnie, skoro chcecie, myślałem. Nic już nie zostało do zabrania”.

Wreszcie wtoczyłem się na Garden – dodające otuchy brukowce pod stopami; elegancka, solidna sylweta kościoła św. Pawła i blask lamp płonących nawet o tej porze w zamtuzach, ostre krzyki fałszywej namiętności wylewające się z ich okien. Na placu kupcy rozstawiali kramy przy świetle pochodni, krzyczeli, śmiali się do siebie podczas pracy. Stara kobieta w czerwonej pelerynie siedziała skulona na stopniach Shakespeare Tavern, sprzedając gorący ryż z mlekiem i rosół z kaszą perłową. Potykając się przeszedłem obok wszystkich, czułem się jak stary wiarus wracający z wojny, o której nikt nie wiedział. Nocny stróż podniósł latarnię, a ja się schowałem – byłem obszarpany, brudny, mógłby chcieć mnie zamknąć, podejrzewając, że coś… cokolwiek… a potem dowiedzieć się, że jest na mnie nakaz aresztowania z załączonym tłustym wynagrodzeniem.

Kawiarnia Moll była otwarta – jak zwykle – ale pusta, nie licząc Betty, omiatającej ostrożnie starego adwokata, który spity jak bela leżał pod stołem. Ledwie na mnie spojrzała, pobiegła i sprowadziła Moll. Spała w sąsiedniej przybudówce – może z mężem, a może nie. Zwaliłem się na krzesło przy kominku, z głową w dłoniach, i zacząłem się trząść. Ulga, że jestem bezpieczny. Przerażenie, że nie jestem bezpieczny. Gdy tylko słońce wzejdzie, moi wierzyciele ogłoszą alarm. Ile czasu minie, zanim pedel sądowy znajdzie mnie tutaj, w mojej ulubionej spelunce? Musiałem uciekać – ale byłem tak poobijany i wyczerpany, że ledwie mogłem myśleć, nie mówiąc już o poruszaniu się.

Moll jeszcze zapinała suknię, kiedy przyszła.

– Cóż tam, Tomie? Co to wszystko znaczy? – Kiedy zobaczyła, w jakim jestem stanie, ze zdumienia zaklęła cicho. Pchnęła Betty w stronę drzwi. – Gorąca woda, świeże ubranie. – Usiadła obok mnie, dotknęła palcami zadrapania na moim policzku. – Co się stało?

– Zabrali mi sakiewkę, Moll. Wszystko zabrali.

Moll doszła do wniosku, że można zrobić tylko jedno. Muszę natychmiast wyjechać z miasta.

– Przed świtem uciekaj do Mint.

Gorzko westchnąłem. Kilka godzin wcześniej udało mi się odwrócić zły los. Teraz jedyną moją nadzieją była ucieczka do starego azylu dla dłużników po drugiej stronie rzeki. Ciasny labirynt Mint był tak przepełniony przemocą, nawiedzany tylu chorobami, że komornicy odmawiali wejścia w jego granice. Jeden próbował, kilka tygodni temu. Zbili go do krwi i wepchnęli mu głowę do gęstej, śmierdzącej rzeki brudów płynącej ulicami. Umarł parę dni później.

– Lepsze Mint niż Marshalsea – upierała się Moll, ocierając mi krew z karku wilgotną szmatką. – Będziesz mógł stamtąd wyjść w niedzielę. Nie aresztują cię w dzień Pański. – Złożyła dłonie w ironicznym geście pobożności.

– A potem? Co mam zrobić w poniedziałek, Moll?

– W poniedziałek? – Mocniej zaczęła trzeć zaschniętą krew, aż sapnąłem z bólu. – Od kiedy to snujesz tak dalekosiężne plany? – Potem przytknęła mi usta do ucha. – Tom, moja propozycja jest nadal aktualna. Przyjdź do mnie do pracy. Potrafię wykorzystać chłopca z twoimi talentami… – I zaczęła opowieść o nowym przedsięwzięciu, wymagającym podróży do Francji. Nie pamiętam teraz szczegółów, a i wtedy ledwie je rozumiałem. W głowie mi pulsowało i trudno mi było za nią nadążyć. Pamiętam, że wydawało się to niebezpieczne i ryzykanckie. I kuszące.

Rozważałem, jak postąpić, kiedy Moll wypłukała zakrwawioną szmatkę i mocnym zamachem wylała wodę z miski. Mogłem wstać, przyjąć mój los z honorem, jak dżentelmen, i marnie skończyć w więzieniu. Albo uciec do Mint i na zawsze wypaść z dobrego towarzystwa. Moll łatwo było doradzać to drugie. Urodziła się w rynsztoku i większą część życia spędziła, w ten czy inny sposób pracując dla zysku na ulicach. Wiedziała, kiedy i dokąd uciekać. Uniknęła więzienia i banicji, wyzywano ją od dziwek, od złodziejek i gorzej, ale jakoś zawsze udawało się jej wrócić, zuchwalszej i odważniejszej niż przedtem.

Ze mną było inaczej. Jako najstarszy syn dżentelmena z Suffolk miałem życie od urodzenia ułożone na starej, prostej drodze: zostać duchownym, jak ojciec, a z czasem odziedziczyć jego posadę. Przed trzema laty – po nieszczęsnym wypadku w oksfordzkim burdelu – porzuciłem tę drogę. Teraz byłem tutaj; pięć lat minęło mi od dwudziestki, bez rodziny, bez perspektyw, bez pieniędzy. Prawda, znałem grekę i łacinę i potrafiłem znośnie zatańczyć gawota, ale z takich rzeczy nie da się wyżyć, nawet w Londynie.

Przeglądałem egzemplarz „Daily Courant” porzucony na stole, z nadzieją, że znajdę jakąś radę, co powinienem zrobić. Pomiędzy ogłoszeniami dotyczącymi koni, domów i „niezawodnej kuracji na szkorbut”, zauważyłem, że Kompania Mórz Południowych ogłasza trzymiesięczne przedłużenie kredytowania. Kiedy przed siedmiu laty nastąpił krach na giełdzie, niektórym inwestorom udało się spłacić długi w ratach – z procentem, oczywiście. Może pan Fletcher rozważy podobny plan.

Pojawiła się Betty z czystą zmianą odzieży i czarką gorącego ponczu, niech ją Bóg błogosławi. Kamizelkę można było oczyścić i naprawić, ale spodenki i pończochy były tak porwane, że nie nadawały się do pocerowania. Rozebrałem się w cieple kominka, krzywiąc się od bólu posiniaczonych żeber. Naciągnąłem świeże pończochy i stare portki koloru tabaki, potem włożyłem pasującą do nich kamizelkę i żakiet. Czysty i ubrany znów poczułem się bardziej sobą – ale kiedy spojrzałem w zmatowiałe lustro nad kominkiem, wzdrygnąłem się na widok swojego odbicia. Nie wyglądałem na człowieka honoru – jeśli kiedykolwiek byłem do takiego podobny. Wyglądałem na człowieka, który chce uciec.

Zadrżałem. A więc to była teraz moja droga. Więzienie albo życie kryminalisty. Życie, które najprawdopodobniej skończy się na sznurze owiniętym wokół szyi.

– Panie Hawkins – łagodny, cichy głos zza pleców. Odbicie Betty dołączyło w lustrze do mojego. W rękach niosła moje podarte ubranie. Zerknęła w stronę drzwi frontowych, w których Moll wylewała na plac wodę z krwią. – Jest jeszcze jeden sposób – szepnęła.

Odwróciłem się, nadzieja wezbrała mi w piersi.

– Powiedz.

Uśmiechnęła się łagodnie.

– Może pan pójść do domu, sir. Pójść do domu i poprosić ojca o pomoc.

Ramiona mi opadły. Nalałem sobie szklaneczkę ponczu i wypiłem jednym haustem.

– Prędzej poprosiłbym diabła.

– O co chodzi? – zapytała ostro Molly, ale Betty umknęła z moimi rzeczami i zostaliśmy sami.

– Tu jest ten łajdak! Aresztować go!

Benjamin Fletcher, mój gospodarz stał w drzwiach, z rękami na kolanach łapał oddech. Musiał przebiec całą drogę od Greek Street Zza niego wyszedł wielki jak wół mężczyzna z ogromną drewnianą pałą w pięści. Nos miał rozpłaszczony od ciosów, a od brwi biegła mu długa biała blizna. Zwój łańcuchów zwisał mu z ramienia jak szarfa. Nasze oczy spotkały się, uśmiechnął się, nawet radośnie, jakby przyszedł zaprowadzić mnie do teatru, a nie do więzienia. Opuścił wzrok na przesiąkniętą krwią szmatkę w dłoni Moll.

– Wpadł pan w jakieś kłopoty, sir? – zapytał powolnym, opanowanym głosem człowieka o bardzo szybkich pięściach.

– Bierz go, panie Jakes! – wyrzęził Fletcher, zdarł kapelusz z głowy i zaczął nim wachlować spoconą twarz.

– Panie Fletcher – powiedziałem, rozkładając szeroko ręce w geście przeprosin. – Przysięgam, że miałem pieniądze…

– Żadnych kłamstw więcej, panie Hawkins – krzyknął. Wyciągnął kartkę z kamizelki i rzucił mi ją roztrzęsionymi rękami. – Zrobił pan ze mnie durnia.

Notka była krótka, spisana eleganckim pismem, przypominającym moje własne. Ręka dżentelmena.

Sir

Jest moim Obowiązkiem dobrego Chrześcijanina, zgłosić że wasz lokator, ten podły Pies Hawkins ma plugawej natury stosunki z pańską Żoną i że cały Świat mówi o ich Niesławie. Za pańską łaskawą Cierpliwość i Tolerancję wobec jego Długów, które ma u pana, odpłaca się w ten potworny Sposób, ku własnemu Wstydowi i Rujnacji pańskiej Żony.

Przyjaciel

Pod spodem był prymitywny rysunek przedstawiający mężczyznę z rogami wyrastającymi z czoła – nieomylny znak rogacza.

Skrzywiłem się patrząc na liścik, zupełnie zbity z tropu. Pani Fletcher była chudą, złośliwą kobietą o wrednym usposobieniu i wyglądzie ogolonej fretki. Samo napomknienie o „stosunkach” nie było warte nawet pogardy, ale Fletcher w to wierzył. To katastrofalne, już koniec – jako mój główny wierzyciel mógł sam okazać łaskę i dać mi więcej czasu na spłacenie długu. Nie był okrutnikiem; i w gruncie rzeczy miał więcej cierpliwości, niż na to zasługiwałem. Ale nade wszystko miał kręćka na tle swojej paskudnej żony. Jego anonimowy „przyjaciel” sprytnie to rozegrał. Musiałem odpowiedzieć na to z wielką ostrożnością.

– Panie Fletcher, jesteśmy ludźmi rozsądnymi, prawda? – Z lekka pomachałem liścikiem. – Przecież musi pan wiedzieć, że to tylko złośliwa plotka! Nie chcę powiedzieć złego słowa o pańskiej dobrej żonie, ale…

Moll zakaszlała za moimi plecami.

– …ale wolałbym obracać własną siostrę.

Łańcuchy ciążyły mi na piersi, kiedy Jakes prowadził mnie przez Covent Garden w stronę rzeki. Szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię, kajdany ściskały mi nadgarstki, dłonie miałem złożone jak do modlitwy. Teraz na nią za późno. Wątpię, żeby było ze mnie szczególne widowisko. Widziałem mnóstwo ludzi prowadzonych przez Soho do Fleet, Marshalsea albo jakiegoś innego śmierdzącego lochu i nie myślałem o nich dłużej niż przez chwilę. Przynajmniej nie miałem żony i dzieci, które szłyby za mną, opłakując swój nieszczęsny los. I to, zdałem sobie sprawę, było najlepsze, co mogłem powiedzieć o sobie w tej chwili.

Przepychaliśmy się przez zatłoczony rynek, obok kramów obładowanych jaskrawymi bukietami kwiatów i dojrzałymi owocami. Wdychałem słodki zapach ziół, pylisty, bogaty aromat korzeni i żałowałem, że nie mogę zostać dłużej, zniknąć w skłębionym tłumie – handlarzy zachwalających krzykiem swoje towary; młodych dziewcząt sprzedających bukieciki, chusteczki, cokolwiek, byle nie trafić do burdelu. Bydło beczało, ryczało, parskało i śmierdziało pod niebiosa; aktorzy i żonglerzy, piesi i ci w lektykach; plotkujące paniusie i twardziele o kamiennych twarzach – tylko pozwólcie mi do was dołączyć, pozwólcie mi wślizgnąć się w tę masę ciał i zniknąć…

Jakes szedł za mną, rękę trzymał mocno na moim ramieniu i kierował się w stronę Southampton Street, do Tamizy.

– Ładny dzień – zauważył i tak ścisnął mnie po przyjacielsku za ramię, że omal nie upadłem. – Szkoda.

Kiedy dotarliśmy do rzeki, tłum przewoźników, ubranych w czerwone albo zielone kubraki, zaczął wrzeszczeć do nas na schodach Worcester. Krzyczeli „wiosła! wiosła” i „łódki!”. Ich łodzie uderzały twardo jedna o drugą, kiedy walczyli ze sobą, żeby nas zabrać. Jakes wskazał na jednego, ubranego na zielono z herbem lorda burmistrza Londynu, wyszywanym srebrem. Podpłynął w naszą stronę, a reszta buczała i przeklinała jego szczęście. Kiedy dotarł do schodów, zerknął na moje łańcuchy.

– Borough?

– Tak. – Jakes kiwnął głową. – Schody Tulley. Tylko trzy pensy, ani pensa więcej.

– To podwójna jazda pod mostem, panie Jakes – zawołał wioślarz, ale uśmiechnął się. Schody Tooley były tylko kilka stóp za mostem.

– Biorę was za trzy, sir! – krzyknął ktoś inny ze swojej łodzi.

Nasz wioślarz odwrócił się do niego.

– Ned, tanio się sprzedajesz… nauczyłeś się tego od swojej matki? – Znowu odwrócił się do nas.

– Cztery pensy.

– Trzy – odpowiedział z uporem Jakes. Wskazał gestem jakieś piętnaście innych łodzi, które mogliśmy wybrać. Nasz człowiek westchnął i machnięciem wezwał nas na pokład. Nieprzekonująco mruczał o biednej, głodującej żonie i dzieciach.

Jakes popchnął mnie kuksańcem i usadowił swój imponujący kadłub po drugiej stronie łódki, twarzą w stronę południowego brzegu. Grube kolana mocno przycisnął do burt łodzi, ale wyglądał na zadowolonego, przekrzywiał głowę, żeby złapać słońce. Przewoźnik siedzący między nami z wzniesionymi wiosłami patrzył z niepokojem, jak łódź chwieje się pod naszą wagą – ale moje łańcuchy zrównoważyły ciężar Jakesa i wkrótce łódź się uspokoiła. Kiedy wypłynęliśmy na rzekę, patrzyłem, jak miasto odsuwa się powoli ode mnie, jak niestała kochanka, która już o mnie zapomniała i zwracała uwagę na jakąś nową, słodką atrakcję.

Jakes pochylił się do przodu i łódź znów zaczęła się chwiać w przód i w tył, woda chlapała wysoko, wlewała się przez burtę.

– Ma pan dużo monet? – zawołał nad ramieniem wioślarza.

Podniosłem skute dłonie zamiast odpowiedzi.

Przejechał po bliźnie przecinającej mu lewą brew, zastanawiając się nad tym niefortunnym położeniem.

– Hm, lepiej, żeby pan jakieś znalazł, i to szybko, panie Hawkins. Nie ma pan przyjaciół? Rodziny?

Pokręciłem głową. Jakes i wioślarz wymienili spojrzenia. Żadnych przyjaciół. Żadnych pieniędzy. Mógłbym, na dobrą sprawę, rzucić się przez burtę i zaoszczędzić wszystkim kłopotów. Hm, niech ich obu licho porwie – może nie mam wiele, ale rozum mnie nie opuścił i nie jestem takim niewiniątkiem, na jakie wyglądam.

Przepłynęliśmy obok Somerset House; był prawie w ruinie, złote dni maskarad i dworskich intryg dawno minęły. Poczułem mocny, ostry zapach końskiego nawozu. Gwardia Konna zajęła przed paru laty stare stajnie. Tam mieszkaliśmy, póki nie pękła bańka Kompanii Mórz Południowych: domy do połowy zbudowane albo do połowy zrujnowane; pieniądze płynące od ludzi i do ludzi, trudniejsze do powstrzymania niż rtęć.

Przewoźnik wiosłował dalej; pogwizdywał cicho, wiosła gładko wchodziły w wodę. Jakes sięgnął obok niego i poklepał mnie po kolanie, aż podskoczyłem.

– Mogę poszukać innego sposobu, kiedy dotrzemy do Southwark – powiedział, pocierając kciukiem o palec wskazujący niedwuznacznym gestem. – Z zasady tego nie robię.

Zamajaczył nad nami most, okna stojących na nim domów lśniły w porannym słońcu. Kolejka łodzi czekała, żeby ujeździć zmącone wody pod spodem.

– Panie Jakes, dlaczego che mi pan pomóc?

Smutek pojawił się w jego osłoniętych ciężkimi powiekami oczach koloru morskiej wody.

– Jesteś podobny do mojego dawnego kapitana.

Rzeka płynęła teraz szybciej, zbliżaliśmy się do wąskich łuków mostu. Musiałem krzyczeć, żeby przebić się przez ryk wody.

– Służył pan w wojsku? – Powinienem to wywnioskować z jego zniszczonej wiatrem i słotą twarzy.

– Dziewięć lat – odkrzyknął i zamilkł, zatopiony we wspomnieniach, potem pokręcił głową. – Kapitan Roberts był dokładnie taki jak pan. Nicpoń i hazardzista. I pijak.

Otworzyłem usta, żeby zaprotestować, ale znów je zamknąłem.

– I wygląda pan też dokładnie jak on. Dziwne. Moglibyście być braćmi.

– Naprawdę? – Edmund, syn mojej macochy, był dla mnie prawie bratem – i obaj byliśmy zadowoleni, że w niczym siebie nie przypominamy.

– Johna trudno było nazwać godnym szacunku – powiedział Jakes, ściągając brwi na to wspomnienie. – Nie zawsze był uczciwy. Ale dla mnie był dobrym przyjacielem. Raz uratował mi życie.

Ze sposobu, w jaki to mówił, poznałem, że Roberts nie żyje.

– Co się z nim stało?

Jakes odwrócił wzrok, spojrzał w dół, na skłębione wody.

– Zabiło go Marshalsea.

Przewoźnik skierował łódź w stronę łuku najbliższego wybrzeża, mocno trzymając wiosła. Przy brzegu ruch był ożywiony, łodzie uderzały o siebie, w powietrzu krążyły krzyki i przekleństwa. A nad tym wszystkim słychać było Tamizę, rwącą pod mostem. Rzeka mogła tu być niebezpieczna, ściśnięta między wąskimi łukami; przewoźnik musiał użyć całej siły, żeby utrzymać łódkę w równowadze. Jedno poślizgnięcie i rozbije się na kawałki. Nie myślałem nawet o tym, jakie miałbym szanse w wodzie – z dwudziestoma funtami żelaznego łańcucha owiniętego wokół ciała.

– Koroner nazwał to samobójstwem – mówił dalej Jakes, nieświadom dramatu, który rozgrywał się za jego plecami. – Ale to było morderstwo, nie ma co do tego wątpliwości. Na polu walki widziałem lepiej zachowane trupy. W Borough krąży plotka, że jego duch nawiedza więzienie, błaga o sprawiedliwość. – Łódź uniosła się i zawróciła na zbełtanych wodach, kiedy dotarliśmy do przęsła. – Cholernie marne szanse – parsknął, potem nachylił się bliżej. – Wiesz, panie, są tacy, którzy mówią, że w Marshalsea mieszka diabeł. I wybacz mi, sir, nie jestem pewien, czy jesteś gotów na spotkanie z nim.

Chciałem zapytać, o co mu chodzi, ale właśnie wtedy wioślarz skierował nas w prąd wody i z całą mocą runęliśmy pod przęsło, gnając jak kula wystrzelona z pistoletu. Jakes złapał się za burty, a ja mocno przywarłem do ławki. Ryk rzeki odbijał się echem od kamieni, biała woda pieniła się wokół nas, pryskała nam na twarze. A potem było po wszystkim; wpłynęliśmy w spokojniejszy nurt.

Odchyliłem się, serce łomotało mi w piersi, uśmiechałem się z ulgą. Teraz, kiedy przepłynęliśmy w bezpieczne miejsce, jak zawsze ogarnęła mnie ochota, żeby zrobić to jeszcze raz, ale przewoźnik zatrzymał się już przy schodach Tooley. Kiedy wysiadłem z łodzi i wspiąłem po zielonych, śliskich stopniach, uderzyło mnie, że być może Jakes opowiadał tę historię o swoim starym kapitanie wszystkim konwojowanym z nadzieją, że mu zapłacą. Duchy i diabły, myślałby kto.