Devlin - Jennifer L. Armentrout - ebook

40 osób właśnie czyta

Opis

Nawet Rosie Herpin, która para się polowaniem na duchy, nie jest w stanie przewidzieć spotkania dwójki żałobników, przez co zbliża się do sławnego i uwodzicielskiego Devlina de Vincenta. Wszyscy w Nowym Orleanie wiedzą, że spadkobierca rodzinnej klątwy zarówno przeraża, jak i fascynuje. Dla miejscowych Devlin jest diabłem. Dla Rosie jest mężczyzną, który podsyca jej najśmielsze fantazje.
Kiedy atak na przyjaciółkę kobiety okazuje się być powiązany z rodem de Vincentów, Devlin staje się dla niej zagadką, której rozwiązanie może przypłacić życiem.
Mężczyzna wie, czego pragnie od tej seksownej, uwodzicielskiej kobiety, ale co Rosie może chcieć od niego? To pytanie, które staje się naglące – i niebezpieczne – gdy Devlin podejrzewa ją o kopanie w jego przeszłości.
W tej chwili okazuje się jednak, że legendy otaczające ród de Vincentów, mogą w ogóle nie być zmyślone. Rosie będzie musiała odkryć prawdę prowadzącą ją w ramiona mężczyzny, któremu nie zdoła się oprzeć – przystojnego diabła we własnej osobie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Ciebie, Czytelniczko i Czytelniku

Musicie wiedzieć, że uwielbiam zasłonki z koralików.

Rozdział 1

Rosie Herpin, klęcząc i ignorując ostre kamyczki wrzynające się w jej skórę, odetchnęła głęboko. Pochyliła się i przyłożyła dłoń do ciepłego, wyblakłego od słońca kamienia. Klęczenie w kopertowej sukience nie było komfortowe, ale kobieta nie zamierzała wkładać dziś jeansów czy legginsów.

Zamknęła oczy i przesuwając rękę w prawo, śledziła palcami płytkie wgłębienia wyryte w kamieniu. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że było to imię – jego imię.

Ian Samuel Herpin.

Dotykając każdej litery, wypowiadała ją bezgłośnie, a kiedy skończyła, zatrzymała się przy ostatnim znaku nazwiska. Nie potrzebowała wodzić palcem dalej, by poznać wyrzeźbione poniżej daty. Ian miał dwadzieścia trzy lata. Nie musiała też otwierać oczu, by przeczytać poniższy wers, ponieważ wyryty był również w jej umyśle:

Spoczywaj w spokoju, który nie był Ci w życiu dany.

Rosie zabrała rękę z kamienia, ale nie otworzyła oczu. Przyłożyła dłoń do piersi, tuż nad sercem. Nienawidziła tych słów. Wybrali je jej rodzice, niech ich Bóg błogosławi, a nie miała wtedy siły się o nie spierać. Teraz tego żałowała.

Nie chodziło o to, że Ianowi spokój nie był dany. Był tam, otaczał go, czekał na niego. Ian po prostu go nie odnalazł.

A to różnica.

Przynajmniej dla Rosie.

Minęła dekada, odkąd ich plany na przyszłość – plany obejmujące ukończenie studiów, zakup domu z pięknym ogrodem, dzieci i może nawet rozpieszczanie wnuków na emeryturze – zostały przekreślone przez broń jej męża, o której Rosie nawet nie wiedziała.

Dekada nieustannego wspominania spędzonego razem czasu, szukania dowodów na to, że wszystko, co mieli, a także co ich czekało, stanowiło jedynie ułudę, ponieważ tak naprawdę żyli w dwóch różnych światach. Rosie wierzyła, że układało im się idealnie. Tak, mieli problemy, jak wszyscy inni, ale nic strasznego się nie działo. Dla Iana jednak życie wcale nie było doskonałe. Walczył każdego dnia. Codziennie doświadczał czegoś innego. To, co żywiło się jego myślami i emocjami, dobrze się skrywało. Depresja to podstępny zabójca. Nikt nie spodziewał się najgorszego – ani żadna osoba z rodziny, z kręgu przyjaciół, ani nawet Rosie.

Dopiero wiele lat później, po głębokim zastanowieniu, kobieta odkryła, że ich życie nie było całkowitym kłamstwem. Zanim to zrozumiała, musiała uporać się ze wszystkimi etapami żałoby. W ich związku istniała też prawda – Ian ją kochał. Wiedziała o tym. Kochał ją całym sercem.

Byli ze sobą już w szkole średniej.

W ogóle się nie rozstawali.

Pobrali się zaraz po liceum i oboje ciężko pracowali, by do czegoś dojść. Może ta praca była jednak zbyt ciężka i to właśnie go wykańczało. Całe dnie spędzał w rafinerii cukru, podczas gdy Rosie uczęszczała na Uniwersytet Tulane, chcąc zostać nauczycielką. Snuli plany, rozmawiali o przyszłości, od której jej mąż oczekiwał czegoś więcej.

Miała dwadzieścia trzy lata, niemal skończone studia, wspólnie szukali pierwszego domu, gdy, przebywając w cukierni rodziców, dostała telefon z policji, by nie wracała do mieszkania.

Miesiąc przed tym, gdy miała ukończyć studia, Ian zadzwonił na posterunek i opowiedział, co zamierzał zrobić. Byli w trakcie stresującego procesu starania się o kredyt hipoteczny, gdy Rosie dowiedziała się, że mężczyzna, którego poślubiła pięć lat wcześniej, nie chciał, by to ona odnalazła jego ciało. Na tydzień przed urodzinami Iana ich amerykański sen zmienił się w koszmar.

Przez te wszystkie lata kobieta nie potrafiła zrozumieć, dlaczego to zrobił. Cały czas czuła złość i miała wyrzuty sumienia. Wydawało jej się, że powinna wtedy coś zrobić, że mogła go ocalić. Dopiero gdy zaczęła studiować psychologię na Uniwersytecie Alabamy, zrozumiała, że pojawiały się znaki ostrzegawcze – widać było dziwne zachowanie, które większości osób po prostu umknęło.

Na zajęciach oraz dzięki doświadczeniu, dowiedziała się, że depresja nie wyglądała tak, jak wyobrażała ją sobie większość ludzi.

Ian uśmiechał się i żył normalnie, ale robił to dla Rosie. Robił to dla rodziny i przyjaciół. Śmiał się głośno, codziennie wstawał do pracy, snuł plany i spędzał z żoną leniwe niedziele, by się o niego nie martwiła. Nie chciał, by czuła się tak, jak on.

I ciągnął to, aż dłużej nie wytrzymał.

Wyrzuty sumienia w końcu zmieniły się w żal, który stopniowo malał, aż stał się zalążkiem innych uczuć. Uczuć, które towarzyszyły jej zawsze, gdy pozwalała sobie na rozważania na temat tego, co byłoby, gdyby sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. To było, cóż, życie.

W tej chwili nie żył już dłużej niż go znała. Chociaż z każdym miesiącem i rokiem było łatwiej, to wciąż cierpiała nawet wtedy, gdy wypowiadała jego imię.

Rosie nie wierzyła, że można zapomnieć o kimś, kogo prawdziwie się kochało, kto był nie tylko przyjacielem, ale i drugą połową. Nie da się odzyskać tej cząstki siebie, którą oddało się innej osobie. Kiedy człowiek umierał, ten fragment przepadał bezpowrotnie. Rosie wierzyła jednak, że można zaakceptować brak najbliższej osoby i dalej cieszyć się życiem.

Fakt, że jej się to udało, napawał ją dumą. Nikt nie mógł zarzucić jej, że była słaba, że nie potrafiła się pozbierać, bo nikt inny nie zdołałby zrozumieć tego burzliwego, nieustannie zmieniającego się wiru emocji po utracie kogoś najukochańszego na świecie, kto sam odebrał sobie życie.

Nikt.

Rosie studiowała nie na jednym czy dwóch, ale na trzech kierunkach. Bawiła się i wyprawiała szalone rzeczy, które kończyły się wraz z pojawieniem się policji. Zainteresowanie zjawiskami paranormalnymi, które dzieliła z Ianem, przekształciła w zawód, a w pracy poznała najlepszych ludzi na świecie. Umawiała się z facetami. Często. Do diabła, na początku tego tygodnia umówiła się z mężczyzną, którego poznała, pracując w cukierni rodziców. I nigdy nie pozwalała, by cokolwiek ją powstrzymywało. Nigdy. Życie było na to w cholerę za krótkie.

Nauczyła się tego na własnej skórze.

Dziś jednak, w dziesiątą rocznicę śmierci Iana, trudno było oprzeć się wrażeniu, że odszedł zaledwie wczoraj. Nie mogła opanować dławiącego smutku.

Dotknęła szyi i złotego łańcuszka, którego z niej nie zdejmowała. Wyjęła go zza sukienki i zacisnęła palce na złotej obrączce. Należała do jej męża. Uniosła ją do ust i pocałowała.

Pewnego dnia schowa ją w bezpiecznym miejscu. Wiedziała o tym, ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.

Uniosła powieki i zamrugała, bo oczy miała pełne łez. Opuściła wzrok na spoczywające na ziemi świeże kwiaty. Piwonie. Ian nie miał ulubionych kwiatów, więc wybrała te, które sama lubiła najbardziej. Piwonie były pełne, choć nie do końca rozwinięte, śnieżnobiałe z różowymi środkami, które miały zbieleć. Podniosła je za wilgotne łodygi i zaciągnęła się ich bogatą, różaną wonią.

Rosie musiała iść. Obiecała pomóc swojej przyjaciółce Nikki w przeprowadzce, więc powinna wrócić do mieszkania, przebrać się i przez cały dzień pracować. Pochyliła się…

Ciche przekleństwo sprawiło, że uniosła głowę. Zwykle nie słychać było takich słów na cmentarzu. Przeważnie panowała tu cisza. Uśmiechnęła się lekko. Przekleństwa i cmentarze zwyczajnie do siebie nie pasowały. Spojrzała na wąską ścieżkę po prawej stronie, ale nikogo nie zauważyła. Odchyliła się, popatrzyła w lewo i znalazła to, czego szukała.

Mężczyzna klęczał na jednym kolanie, odwrócony do niej plecami. Zbierał kwiaty, które wpadły mu do powstałej po niedawnej ulewie kałuży. Nawet z odległości Rosie widziała, że jego delikatny bukiet został zniszczony.

Osłoniła oczy dłonią, gdy w ostrych promieniach słońca obserwowała, jak się podniósł. Ubrany był tak, jakby przyszedł tu prosto z pracy – w ciemne spodnie i białą elegancką, dopasowaną koszulę, której rękawy podwinął, odsłaniając przedramiona. Wrzesień dobiegał końca, a w Nowym Orleanie aura wciąż była gorąca, parna i wilgotna. Kobieta pomyślała, że skoro ona umierała z gorąca w swojej czarnej sukience, jemu zapewne niewiele brakowało, by całkowicie zdjął tę koszulę.

Stojąc do niej plecami, wpatrywał się w zniszczony bukiet. Był spięty, gdy się odwrócił. Odszedł pospiesznie w kierunku starego, pokrytego oplątwą brodaczkową dębu. Stał tam niewielki śmietnik, jeden z nielicznych na tym cmentarzu. Mężczyzna wyrzucił bukiet, obrócił się i ruszył jedną z licznych alejek.

O rany, do bani.

Rosie zrobiło się go żal, więc wkroczyła do akcji. Ostrożnie rozdzieliła swoje kwiaty na pół i część z nich włożyła do wazonu przed płytą nagrobną Herpinów. Podniosła kluczyki, a kiedy wstała, wsunęła na nos okulary przeciwsłoneczne w fioletowych oprawkach. Przemierzyła trawnik i skręciła w alejkę, którą szedł tamten mężczyzna. Dopisywało jej szczęście, ponieważ dostrzegła, że znajdował się obok grobowca w kształcie piramidy. Przystanął tam, a ona, czując się trochę jak prześladowca, ruszyła za nim.

Oczywiście mogła zawołać go i wręczyć mu połowę piwonii, ale krzyczenie do nieznajomego na cmentarzu wydawało się po prostu nieodpowiednie. Już same wrzaski na nekropolii zasługiwałyby na pogardliwe spojrzenie.

A nikt tego nie chciał.

Mężczyzna ponownie skręcił i zniknął z zasięgu jej wzroku. Trzymając w ręce kwiaty, minęła grobowiec z wielkim krzyżem i zwolniła.

Znalazła go.

Stał przed wielkim mauzoleum strzeżonym przez dwa piękne, płaczące anioły. Był nieruchomy jak posągi przed nim, sztywny, dłonie zacisnął w pięści. Stawiając krok w przód, dostrzegła nazwisko na wielkim grobowcu: de Vincent.

Wytrzeszczyła oczy i palnęła:

– Na święte małe lamy!

Mężczyzna obrócił się, a kobieta znalazła się nagle w odległości kilku metrów od Diabła.

Tak nazywały go magazyny plotkarskie.

Tak mówiła o nim większość rodziny.

Rosie lubiła tak do niego wołać w swoich najśmielszych snach.

Wszyscy w Nowym Orleanie, w stanie Luizjana i zapewne w połowie kraju, wiedzieli kim był Devlin de Vincent. Zdjęcia mężczyzny i jego narzeczonej stale zamieszczano w działach plotkarskich wielu gazet. Był najstarszym z trójki rodzeństwa, spadkobiercą fortuny tak wielkiej, że zarówno Rosie, jak i reszta ludzkości nie zdołałaby tego pojąć.

Jaki ten świat mały.

Tylko o tym mogła myśleć, wpatrując się w mężczyznę. Jej przyjaciółka Nikki pracowała dla de Vincentów, a obecnie coś działo się między nią a środkowym z braci. Cała ta sytuacja była w tym momencie mocno skomplikowana, a Gabriel de Vincent musiał się wyraźnie ogarnąć.

Ale notoryczna sława braci czy relacja jej przyjaciółki z Gabe’em nie były jedynymi powodami, dla których tak bardzo przyciągali jej uwagę.

Chodziło o ich dom – o ich ziemię.

Posiadłość de Vincentów była najbardziej nawiedzoną w całym stanie. Rosie wiedziała o tym, ponieważ miała niewielką obsesję na punkcie otaczających budynki gruntów, jak i ich historii rodzinnej, w tym klątwy. Tak. Na ród i jego ziemię rzucono klątwę. Nieźle, nie? Okej, pewnie nie dla tych, których dotyczyła, ale Rosie fascynowała cała idea.

Z badań, które przeprowadziła dawno temu, wynikało, że wszystko to działo się za sprawą terenu, na którym mieszkali. Nowy Orlean nękany był pod koniec osiemnastego i na początku dziewiętnastego wieku wieloma epidemiami. Ospa, hiszpanka, żółta febra, a nawet dżuma. Wiele tysięcy osób zmarło, jeszcze więcej poddano kwarantannie. Często zmarli i umierający byli wywożeni do tych samych miejsc, by w nich gnili. Ziemia, na której stała posiadłość de Vincentów, stanowiła właśnie jeden z tych obszarów wykorzystywanych przy pojawieniu się chorób. Nawet gdy postawiono pierwotny budynek, tereny te wciąż służyły celom epidemiologicznym. Wszystkie choroby i zgony, wymieszane z bólem i rozpaczą, musiały pozostawić po sobie złą energię.

Rety, ta ich ziemia miała ją naprawdę niekorzystną.

Budynek główny wielokrotnie stawał w płomieniach. Pożary łatwo można było wyjaśnić, ale te wszystkie dziwne zgony? Nikki opowiedziała jej co nieco. No i była jeszcze klątwa, która stanowiła zupełne szaleństwo.

Może to linie ley, które zasadniczo były prostymi liniami energii przemierzającej Ziemię. Uważano, że tworzyły połączenie ze światem duchów. Jedna z nich ciągnęła się od Stonehenge przez Ocean Atlantycki i duże miasta takie jak Nowy Jork, Waszyngton i Nowy Orlean. Według badań Rosie, biegła również przez posiadłość de Vincentów.

Zrobiłaby wszystko, by dostać się do tego domu i móc sprawdzić kilka rzeczy.

Jednak nie miało do tego dojść. Kiedy wspomniała o tym Nikki, szybko została odprawiona z kwitkiem.

Nigdy nie spotkała żadnego z braci, a już zwłaszcza Devlina, ale widziała wystarczająco wiele jego zdjęć, by mężczyzna jej się spodobał.

Było w nim coś takiego, co sprawiało, że jej hormony mruczały jak impala z sześćdziesiątego siódmego. Mężczyzna miał niemal dwa metry, szerokie ramiona i wąską talię. Jego ciemne włosy były krótko przycięte i zaczesane, a twarz niezaprzeczalnie przystojna. Temu typowi urody po prostu nie można było się oprzeć – wydatne kości policzkowe, orli nos i pełne usta z idealnym łukiem kupidyna. Miał również mocną, kwadratową żuchwę i podbródek z niewielkim zagłębieniem.

Robił oszałamiające wrażenie. Mimo to był w nim chłód, oderwanie od rzeczywistości i trochę okrucieństwa. Innym mogło się to nie podobać, ale według Rosie cechy te sprawiały, że był jeszcze piękniejszy. Boże, kobieta przypomniała sobie o czymś w tej chwili. Jakże mogła zapomnieć? Nie była pewna, ale ostatnio zmarł jego ojciec. Lawrence de Vincent umarł w taki sam sposób jak jego żona i w taki sam jak Ian.

Samobójstwo.

Lawrence nie użył broni. Powiesił się. A przynajmniej tak twierdził dział plotkarski w gazecie.

Przykro jej było w tej chwili nie tylko ze względu na niego, ale też na pozostałych braci. Doświadczyć czegoś takiego dwukrotnie… Dobry Boże…

Devlin nie odwrócił się całkiem do niej, ale spoglądał na nią, gdy ona wpatrywała się w niego. Nie tak wyobrażała sobie zakończenie dzisiejszej wycieczki na cmentarz.

– Mogę pani w czymś pomóc? – zapytał i, rety, głos miał głęboki jak ocean.

– Widziałam, że wpadły tam panu kwiaty do kałuży – odparła, zbliżając się. – Mam więcej. Pomyślałam, że się podzielę.

Słońce padło na jego kości policzkowe, gdy przechylił głowę na bok. Nie odpowiedział.

Wyciągnęła więc rękę, w której trzymała piwonie.

– Chce pan?

Wciąż milczał.

Przygryzła dolną wargę i postanowiła zaryzykować. Podeszła do Devlina. Rany, był tak wysoki, że musiała unieść głowę, by spojrzeć mu w twarz.

A te jego oczy…

Okalały je gęste rzęsy, a tęczówki miały zielononiebieską barwę wody w zatoce.

Nie nawiązał z nią jednak kontaktu wzrokowego. Nie, wydawało się, że patrzył… na jej usta.

Ciepło rozeszło się falą po jej ciele. Miał narzeczoną. A przynajmniej tak jej się zdawało. Tak sobie wmawiała, przestając przygryzać wargę i próbując nawiązać rozmowę.

– Piwonie to moje ulubione kwiaty – wyjaśniła, bo dlaczego miała tego nie zrobić? – Przynajmniej te pachnące. Wiedział pan, że nie wszystkie pachną?

Wyprostował głowę i popatrzył jej w oczy. Niemal wolała, by tego nie zrobił, ponieważ nigdy wcześniej nie widziała tak intensywnego i poważnego spojrzenia. W jego wzroku nie błyszczały iskry radości, za to był on pełen niepokoju.

Dlaczego to ją zdziwiło? Przecież niedawno zmarł jego ojciec, w gazetach rozpisywano się o dramacie ich rodziny, no i przecież był na cmentarzu przy grobie bliskich, zatem tak, miał prawo do zmartwienia.

Czyż sama nie była strapiona?

– Nie wiedziałem – odparł.

Uśmiechnęła się niepewnie.

– Cóż, teraz pan wie.

Milczał przez chwilę.

– Jak pachną?

– Właściwie jak róże, więc to je mógłby pan kupić, jeśli lubi pan ich woń, ale zawsze uważałam, że piwonie są ładniejsze.

Opuścił wzrok na kwiaty.

– Tak, są.

Rosie uśmiechnęła się szerzej.

– Proszę je wziąć, jeśli pan chce.

Minęła chwila, nim wyciągnął rękę. Musnął jej palce, zamykając swoje wokół łodyg. Spojrzała mu w twarz. Przekrzywił nieco jeden kącik ust. Było to przelotne, ale pomyślała…

Ech, Rosie wydawało się, że mężczyzna zrobił to celowo.

– Nie sądzę, by ludzie często to robili – powiedział, patrząc na piwonie i wracając do niej wzrokiem.

– Ale co? – Zabrała rękę.

– Biegali po cmentarzu za kimś, kto upuścił swoje kwiaty do kałuży – wyjaśnił. Uniósł głowę, gdy usłyszał nad sobą szum lecącego samolotu, zaraz jednak ponownie skupił na niej swój wzrok, przyglądając się jej z tą samą intensywnością. – Większość chyba w ogóle by o tym nie pomyślała.

Rosie wzruszyła ramionami.

– Mam nadzieję, że nie.

– A jednak – przyznał, jakby w ogóle w to nie wątpił. – Dziękuję.

– Nie ma za co.

Skinął głową i obrócił się w stronę grobowca. Rosie dopiero po chwili zrozumiała absurd sytuacji. Stała tu, rozmawiając z Devlinem de Vincentem i nie próbowała nakłonić go, by wpuścił ją do swojej nawiedzonej posesji.

Za oparcie się tej pokusie zasługiwała na całą tacę pączków. Udowodniła, że miała w sobie na tyle przyzwoitości, by uszanować fakt, że znajdowali się na cmentarzu, więc nie był to czas ani miejsce na takie rzeczy.

Zrozumiała, że powinna odejść, ponieważ naprawdę spieszyła się do Nikki i chciała dać mężczyźnie nieco prywatności, ale czuła również, że musiała coś powiedzieć.

– Przykro mi z powodu śmierci pana ojca.

I tylko tyle, ponieważ wiedziała, że każdy, kto stracił bliską osobę tak jak Devlin, radzi sobie z tym w różny sposób. Niektórzy chcieli – potrzebowali – rozmawiać o tym. Inni nie byli na to jeszcze gotowi, a przecież ojciec Devlina zabił się całkiem niedawno.

Mężczyzna ponownie na nią spojrzał. Przechylił głowę na bok, przybierając charakterystyczny wyraz twarzy.

– Wie pani, kim jestem?

Rosie roześmiała się cicho.

– Jestem pewna, że wszyscy to wiedzą.

– Prawda – mruknął, przez co kobieta ponownie miała ochotę parsknąć śmiechem. Nie było powodu temu zaprzeczać. – Czy wiedziała pani, kim jestem, już kiedy upuściłem kwiaty?

No i się zaśmiała.

– Nie. Stał pan tyłem i był pan za daleko. Wiedziałam jedynie, że to jakiś mężczyzna.

Sposób, w jaki jej się przyglądał, sprawił, że zaczęła się zastanawiać, czy jej uwierzył, ale i tak nic nie mogła z tym zrobić. Słońce przysłoniła chmura, a Rosie uniosła okulary. Upięła rano włosy w kok na czubku głowy. Gdyby tego nie zrobiła, wszystkie kosmyki skręciłyby się pod wpływem wilgoci.

Coś… dziwnego pojawiło się na twarzy mężczyzny, kiedy jej się przyglądał. Zakręciła kółkiem breloczka na palcu wskazującym; nie miała pojęcia, co to takiego.

– Cóż, i tak zajęłam panu już sporo czasu…

– To nie dla Lawrence’a – oznajmił. Rosie zdziwiła się, że nie powiedział: „ojca”. Przechodząc ponad niewielkim kamieniem, zbliżył się do grobowca. – Stawia mnie pani w niekorzystnej sytuacji.

– Tak? – Przyglądała się, jak ukląkł i wtedy zobaczyła imię. Marjorie de Vincent. Czy to matka?

Devlin włożył piwonie do wazonu.

– Pani zna mnie, ale ja nie znam pani.

– O. – Rosie niemal przyznała się kim była. Miała to na końcu języka, ale przypomniała sobie, jak nieświadomie umówiła Nikki ze wspólnym przyjacielem, który badał rodzinę de Vincentów dla lokalnej gazety. Nie miała pojęcia, czy Devlin coś o tym wiedział, ale nie zamierzała ryzykować. – To nie jest istotne.

Spojrzał na nią, marszcząc brwi.

– Nie?

– Nie. – Uśmiechnęła się i przeniosła wzrok na miejsce, w którym wyryte w kamieniu było imię jego ojca. – Wie pan, jestem pewna, że już pan to słyszał, ale to prawda. Być może nigdy nie zrozumie pan tego, dlaczego pana tata postąpił, jak postąpił, ale z czasem… będzie łatwiej się z tym mierzyć.

Devlin rozchylił usta, wpatrując się w nią.

Poczuła, że się rumieni, ponieważ wiedział. Doświadczył tego przy matce, więc teraz dała mu bezsensowną radę, jak jakaś idiotka.

Zbliżył się do niej, przechodząc ponad kamieniem.

– Jak pani na imię?

Zanim zdołała odpowiedzieć, zadzwonił telefon. Przez chwilę wydawało jej się, że nie odbierze, ale sięgnął do kieszeni i wyjął komórkę.

– Przepraszam – powiedział. – Muszę odebrać.

– W porządku.

Devlin odwrócił się i oparł rękę na biodrze, mówiąc do telefonu. Rosie zobaczyła w tym swoją szansę na bezproblemową ucieczkę. Przez chwilę przyglądała się linii jego żuchwy i szerokim ramionom, po czym włożyła ciemne okulary i wycofała się.

Odwróciła się z lekkim uśmiechem i odeszła od Devlina de Vincenta, wiedząc, że było mało prawdopodobne, by ponownie go jeszcze spotkała.

Rozdział 2

Księżniczka Luna to pseudonim artystyczny, ale Rosie znała ją jako Sarah LePen. Księżniczka Luna to bez wątpienia niedorzeczne imię, ale w tej branży musiała się wyróżniać, zwłaszcza w mieście, w którym rzuciwszy kamieniem, trafiało się w kogoś, kto czytał z kart czy wróżył. Nazywanie się księżniczką ściągało na tę osobę sporo uwagi.

Sarah była jednak wyjątkowa.

Była medium, które niemal zawsze polegało na przeczuciach, a ponadto mogła komunikować się z duchami. Rosie wiedziała, że Sarah opierała się nie tylko na wybitnej intuicji, wyśmienicie umiała również odczytywać język mowy ciała. Widząc przyjaciółkę w akcji tyle razy, wiedziała, że kobieta potrafiła połączyć się z kimś, udzielić niemal niemożliwych odpowiedzi i przekazać szokująco dokładne informacje tym, którzy do niej przychodzili.

Rosie kilka lat temu poznała Sarah przez swoją koleżankę Jillian, która stworzyła i była współwłaścicielką PENO – Paranormalnych Eksploracji Nowego Orleanu – jej zdaniem jednego z najlepszych zespołów do badania zjawisk nadprzyrodzonych. Jilly sprowadziła Sarah, gdy PENO badało dom w Covington. Mieli tam do czynienia z poprzednią właścicielką, która nie chciała przejść na drugą stronę i sprawiała kłopoty, tłukąc się po budynku, kradnąc rzeczy i przenosząc je w dziwne miejsca, aby straszyć dzieci. Sarah, ku uciesze mieszkającej tam rodziny, udało się przekonać staruszkę, by pogodziła się ze śmiercią. I, z tego co wiedziała Rosie, ci ludzie nadal zajmowali ten dom. Czasami jednak duchy potrafiły być uparte. Niekiedy Sarah nie mogła nakłonić ich do przejścia, więc właściciele albo próbowali usunąć je siłą, albo uczyli się z nimi koegzystować.

Jeszcze przed czterema miesiącami Sarah była zaręczona. Jednak pewnego dnia, sprowadzona przez przeczucie wcześniej do domu niż zwykle, przyłapała swojego narzeczonego z, choć to cholernie banalne, sekretarką.

Kobieta przeniosła się więc do mieszkania na Ursulines Avenue, niedaleko od Rosie, która właśnie tam prosiła teraz o wybaczenie.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała Sarah, kładąc torebkę na kanapie. – Dziś jest jakiś okropny dzień. Musiałam pomóc Nikki w przeprowadzce, a później Jilly z wycieczką śladami duchów. Wiesz, jak przy nich jest.

– Coś się stanie i wszyscy panikują? – Sarah roześmiała się, wychodząc z kuchni. Blond włosy związała w luźny kok, który wyglądał jak ze zdjęcia z Instagrama. Była piękną kobietą, która przypominała Rosie starszą wersję aktorki Jennifer Lawrence. Kiedy Sarah pracowała, nosiła zwiewne suknie i bransoletki, które dźwięczały jak wietrzne dzwonki, gdy poruszała rękami. Po pracy, jak teraz, zakładała czarne legginsy i tuniki. – W porządku, nie masz za co przepraszać. I tak nie mam na dziś innych planów. Nigdzie się nie wybieram.

– Ale to piątek…

– Co roku tego dnia mamy spotkanie, więc wszystko jest okej. – Przyniosła dwie grube świece i umieściła je na ławie.

Sarah miała rację.

Od sześciu lat, w rocznicę śmierci Iana, medium próbowała się z nim skontaktować. Podobnie jak Houdini i jego żona, Rosie i Ian mieli słowo-klucz. Hasło, które znali tylko oni. Wpadli na ten pomysł pewnego niedzielnego wieczoru, gdy wypili chyba z beczkę wina i obejrzeli maraton serialu The Dead Files. Tak samo kręciły ich zjawiska paranormalne, więc to nic dziwnego, że wymyślili słowa, które udowodniłyby medium, że naprawdę się ze sobą komunikują.

Cztery lata zajęło Rosie zrozumienie, że była gotowa na seans. Nie miała do Iana żadnych pytań. Chciała jedynie wiedzieć, że wszystko było z nim w porządku. I tyle.

Jednak przez ostatnie sześć lat Sarah nie udało się do niego dotrzeć. Rosie nie wiedziała, co to oznaczało. Sarah twierdziła, że nie znaczyło to, że go przy niej nie było. Po prostu nie przychodził w trakcie seansów. Może nie czuł się gotowy na rozmowę. Może… nie był tam, gdziekolwiek by to nie było.

Tak czy inaczej, Rosie była zachwycona Sarah, być może nawet ją uwielbiała. Fakt, że mogła rozmawiać z tymi, którzy odeszli, całkowicie ją fascynował. Kobieta opowiadała otwarcie o swoich przeżyciach i o tym, czego doznawała będąc dzieckiem. Jednak Rosie nie pojmowała, jak to jest słyszeć głosy, których inni nie słyszą i czuć coś, czego inni nie czują.

Sarah i jej podobni, którzy mieli prawdziwy dar, byli dla Rosie bohaterami.

– A jak wycieczka? – zapytała.

– Nieźle. – Znając przebieg rytuału, Rosie poszła do kuchni i wzięła dwie pozostałe świece. Przyniosła je do salonu i ustawiła na środku ławy. – Tylko wiele osób miało pytania, co mi nie przeszkadzało, ale utknęliśmy w pobliżu domu sułtana.

Sarah przewróciła oczami i wyłączyła górne światło. Pomieszczenie spowiły rozmyte cienie. Rolety zostały uprzednio opuszczone, odcinając światła miasta. Grała muzyka. Cóż, ściśle rzecz biorąc, to nie muzyka. Był to cichy odgłos oceanicznych fal, coś jak szum w tle, który miał pomóc Sarah skoncentrować się i zagłuszyć dźwięki, dobiegające z zewnątrz.

Kobieta podeszła do Rosie i uklękła na grubej, błyszczącej niebieskiej poduszce.

– Masz na myśli dom, w którym nie ma absolutnie żadnych dowodów na obecność sułtana lub jego brata? Lub jakiegokolwiek śladu po krwawej, przerażającej masakrze?

Rosie usiadła na swojej poduszce, śmiejąc się. Również była błyszcząca, ale różowa.

– Jeden z turystów chciał wiedzieć, dlaczego nie zabieramy grupy do domu Gardette-LaPrete, więc próbowałam wyjaśnić, że nigdy nie istniały historyczne dowody potwierdzające masakrę i, choć miejsce jest piękne, nie opowiadamy historii, które nie są potwierdzone. Kłócił się, wymieniając fakty, które tak naprawdę nie są faktami, a wiedziałby to każdy, kto użyłby wyszukiwarki Google.

– Zachowywał się wobec ciebie protekcjonalnie, prawda?

– Tak. – Skrzyżowała nogi. – Powiedziałam, że nikt nie twierdzi, że dom nie jest nawiedzony, tylko że nie stwierdzono faktów potwierdzających tę legendę. Żadna gazeta nie napisała o morderstwach, a coś tak strasznego na pewno by do nich trafiło.

Sarah obróciła głową na prawo i lewo, przy czym światło świec zatańczyło na jej policzkach.

– To miejsce emanuje dziwną energią, więc nigdy nie zamieszkałabym w którymś z tamtych apartamentów, ale wiesz…

– Tak. Albo wierzysz w morderstwa w domu Gardette-LaPrete, albo nie. Nie ma nic pomiędzy. W każdym razie dyskusja sprawiła, że zakończyliśmy wycieczkę. A ty nie spędziłaś popołudnia wykłócając się o masowe zabójstwo, które być może w ogóle nie miało miejsca?

Zachichotała.

– Nie, chociaż żałuję. Miałam seans z parą, której niedawno zmarło dziecko.

– O nie. – Rosie przygarbiła się nieco. Te seanse były najgorsze, a Rosie nie wiedziała, jak Sarah udawało się je przetrwać – pogrążona w żalu rodzina i przyjaciele tak bardzo zdesperowani, by choć raz jeszcze porozmawiać z bliskimi. Bez względu na rozpacz tych ludzi, Sarah by ich nie okłamała. Nie przekazałaby im jakichś pokrzepiających bzdur, jak zrobiłoby to inne medium, tylko po to, by poprawić im nastrój. Sarah zawsze była szczera, nawet jeśli to bolało. – Dotarłaś do dziecka?

Kobieta odsunęła luźne pasma włosów z twarzy.

– Nie. Dzieci są… zawsze z nimi trudniej, zwłaszcza gdy odeszły niedawno. Próbowałam im to wytłumaczyć, ale i tak nalegali na seans. Chcieli spróbować raz jeszcze, ale udało mi się ich przekonać, by poczekali kilka miesięcy. – Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu był smutek. – A tak w ogóle, wciąż zamierzasz udać się w przyszłym tygodniu ze mną na maskaradę?

Rosie pokiwała entuzjastycznie głową.

– Pewnie, że tak! Cieszę się, że ty nadal się wybierasz i dziękuję, że mogę być twoją osobą towarzyszącą. Zawsze chciałam tam pójść.

Coroczny bal maskowy o charakterze charytatywnym był wydarzeniem, na którym spotykali się najzamożniejsi Nowego Orleanu i Bóg wie kto jeszcze, więc Rosie nigdy nie miała szans w nim uczestniczyć. Nie obracała się w elitarnych kręgach.

Sarah normalnie poszłaby ze swoim byłym, który dostawał bilety, ponieważ pracował w prokuraturze okręgowej. Z tego, co było im wiadomo, jej były teraz się nie wybierał. Rosie miała nadzieję, że się pojawi, bo kostiumy kobiet były cholernie seksowne i chciała, by Sarah pokazała mu, co stracił.

– Cieszysz się, bo budynek jest nawiedzony. – Sarah wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Przyznaję się bez bicia. – Pokój na górze, ostatni po lewej, którego okna wychodziły na tylne podwórze był najbardziej nawiedzonym miejscem w mieście. Legenda głosiła, że ukazywała się w tym pomieszczeniu kobieta, którą zazdrosny porzucony kochanek zabił w noc przed jej ślubem. Była tamtejszą zjawą, a Rosie zamierzała to sprawdzić.

Sarah pokręciła głową.

– Zobaczmy, czy uda nam się dotrzeć do Iana, okej?

Rosie przytaknęła. Czasami Sarah potrzebowała rzeczy osobistych, ale początkowo próbowała nawiązać kontakt bez nich. Rosie nie łudziła się, że dzisiejszy wieczór będzie inny niż wcześniejsze próby, ale nie zamierzała się poddawać, ponieważ obiecali sobie, że się odnajdą. I może było to głupie, a Ian nie brał tego na poważnie, ale Rosie jak najbardziej.

– Zamknij oczy i wyobraź sobie Iana – powiedziała cicho w półmroku Sarah. – Dam ci znać, jeśli przyjdzie.

Innymi słowy, Rosie musiała zamilknąć i dać się skupić medium. Spełniła polecenie, ponieważ wiedziała, że Sarah nie chciała, by się odzywała, póki nie zada swojego pytania. Mimo wszystko, Rosie mogła przypadkowo przekazać informacje, a ponieważ się przyjaźniły, Sarah sporo wiedziała o Ianie, więc było jej trudno nie powoływać się na to, czego miała już świadomość.

Zamykając oczy, Rosie wyobraziła sobie męża. A przynajmniej próbowała. Było to… Boże, do bani, coraz trudniej było jej przypomnieć sobie jego twarz. Musiała włożyć wiele wysiłku w to, by zobaczyć ją wyraźnie. Rosie wiedziała, że z czasem zawsze tak się działo, mimo to czuła, że w piersi rosła jej dziura.

Ian był przystojny. Wysoki i szczupły. Całymi dniami mógł zajadać się skrzydełkami maczanymi w każdym znanym ludzkości sosie i zagryzać je hamburgerami, a i tak nie przytyłby nawet kilo. Rosie nabrałaby ciała od samego patrzenia na kubełek skrzydełek. Ian miał krótkie ciemnobrązowe włosy. Kobieta lubiła dłuższe u mężczyzn, ale taka fryzura służyła jej mężowi, bo uwydatniała jego kości policzkowe. Po ojcu miał nieco ciemniejszą cerę, a oczy w bogatym, głębokim odcieniu brązu. Rosie wyobrażała go sobie radosnego, bo rety, miał piękny, zaraźliwy uśmiech. A jego śmiech był po prostu…

– Ktoś tu jest – oświadczyła Sarah, przez co Rosie skurczył się żołądek. – Głos jest słaby. Odległy. – Umilkła. – To kobieta.

Wyrwana z zamyślenia, otworzyła oczy. Sarah siedziała naprzeciwko niej, wciąż z opuszczonymi powiekami.

Jasne brwi miała zmarszczone, palce zaciskała na blacie ławy.

– Rosalynn…

Nikt tak się do niej nie zwracał poza rodzicami i siostrą, gdy ta chciała ją wkurzyć. Chociaż babcia zawsze tak ją nazywała.

Sarah obróciła głowę lekko w lewo.

– Zawsze… nienawidziłaś tego imienia.

Uśmiechnęła się krzywo. Wszyscy znajomi Rosie wiedzieli, że nie znosiła pełnego imienia. Zanim wyszła za mąż, nazywała się Rosalynn June Pradine. Po śmierci Iana nie wróciła do panieńskiego nazwiska, nie uważała tego za konieczne. Ale i tak imię jej siostry było gorsze. Rodzice zawsze przesadzali i nazwali biedaczkę Belladonna, na cześć wyjątkowo trującej rośliny.

Dziwne imiona były niefortunną tradycją w rodzinie po stronie matki, Juniper May Pradine. Siostra nazywała się Belladonna February Pradine. Tak, taki właśnie był trend. Środkowe imiona to miesiące, w których według rodziców córki zostały poczęte. Tę dziwaczną tradycję rozpoczęła chyba babka.

I właśnie ona dobrze wiedziała, że Rosie nie znosiła swojego pełnego imienia.

Najwyraźniej Ian nie zamierzał przyjść, ale jeśli była to jej babcia, Rosie nie zamierzała narzekać. Kobieta przychodziła już wcześniej i powiedziała, gdzie jej matka może znaleźć naszyjnik, którego dość długo szukała.

Wypuszczając powoli powietrze, Rosie przyglądała się, jak Sarah uniosła rękę do lewego ucha. Robiła to za każdym razem, gdy kogoś słuchała. Zawsze je pocierała, ciągnęła za nie lub obracała głowę w przeciwną stronę.

– Wow, chwila. – Szarpnęła się. – Słyszę kolejny głos. Jest głośniejszy. Bardzo głośny i się zbliża.

Rosie uniosła brwi. To… nigdy wcześniej nie miało miejsca. Przysunęła się, ale zamarła, gdy płomienie świec zamigotały gwałtownie. Zmarszczyła brwi i przesunęła pomiędzy nimi wzrokiem. Poruszały się jak na wietrze, ale sufitowy wentylator stał nieruchomo.

Przeszył ją dreszcz, spojrzała na Sarah, gdy włączył się jej szósty zmysł. Nie taki, jaki miała przyjaciółka, nic tak poważnego, ale to samo uczucie towarzyszyło jej przy badaniu nawiedzonych miejsc, zaraz przed tym, gdy zaczynało dziać się coś niespodziewanego.

Sarah pocierała tył małżowiny.

– To męski głos i… mówi… uważa, że to ładne imię. – Pokręciła głową. – Mówi też…

Rosie stłumiła rodzącą się w niej nadzieję. To, że pojawił się męski głos i wiedział, że nie lubiła swojego pełnego imienia, nie oznaczało, iż był to Ian. Trzy lata temu przyszedł jej dziadek, a kiedyś jej kuzyn.

Choć nigdy wcześniej nie wspominali jej imienia. Było to więc… dziwne.

Sarah zacisnęła usta i zmarszczyła nos.

– Kto… nie wiem. Ciągle słyszę słowo „piwonie”. Tak. Coś o piwoniach. – Otworzyła oczy. – O co z nimi chodzi?

Odetchnęła głęboko.

– To moje ulubione kwiaty.

Kiwając powoli głową, Sarah ponownie zamknęła oczy.

– Okej, ale mówi coś… o piwoniach, co miało miejsce dziś.

– Dziś? Nie… Czekaj. Tak. – Wytrzeszczyła oczy. Rety… – Wzięłam piwonie na cmentarz. Zawsze tak robię. Każdego roku.

Sarah przechyliła głowę na bok.

– Zrobiłaś coś z tymi kwiatami, prawda? Mówi… Zwolnij – poleciła cicho. – Tak. Okej. Dałaś komuś te kwiaty?

Rosie opadła szczęka i obsypała ją gęsia skórka. To, że często miała do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi, nie oznaczało, że nie mogła zwariować.

A teraz właśnie tak się czuła.

Nie było mowy, by Sarah o tym wiedziała. Nie wspomniała Nikki, że wpadła na cmentarzu na Devlina i z nim rozmawiała.

– Tak – powiedziała Rosie, kładąc ręce na kolanach. – Dałam komuś kwiaty…

– Połowę – poprawiła Sarah.

Serce Rosie zgubiło rytm.

– On mówi, że to miło z twojej strony – ciągnęła, otwierając oczy. Nie patrzyła na Rosie, ale w jeden z płomieni. – Jest mu przykro… Wydaje się, że jest zagubiony i połowa jego słów nie ma sensu.

W tej chwili jej serce przyspieszyło. Czy Sarah skontaktowała się w końcu z Ianem?

– Słyszy mnie, prawda? – Kiedy medium pokiwała głową, Rosie odetchnęła pospiesznie. – Jakie jest nasze słowo?

Sarah popatrzyła jej w oczy.

– To nie Ian.

– Co?

– To nie on – powtórzyła. – Nie… nie sądzę, by ten duch cię znał.

Okej. Teraz zaczynała poważnie świrować.

– Co takiego?

– Tak się czasami dzieje. – Wzdrygnęła się, ponownie skupiając się na płomieniu. Wytrzeszczyła oczy. – Widział cię na cmentarzu.

Rosie ponownie się przysunęła.

– Co mówi?

– Powtarza, że tu nie jest jego miejsce. Że nie powinien tu być. – Złapała się za ucho. – Chyba chodzi mu o to… że nie powinien być martwy.

Cóż, to nie było nic dziwnego. Wiele osób nie chciało umierać.

– Jest zły. Wściekły. – Ponownie przechyliła głowę. – Coś o piwoniach… O! – Znów popatrzyła na Rosie. – Mówi, że nie powinnaś dawać mu kwiatów.

Żołądek jej się skurczył. Okej. Kolejny szczegół, o którym Sarah nie wiedziała. Rosie nie wspominała o mężczyźnie. Czy duch mówił o Devlinie?

– Dlaczego?

Sarah milczała przez chwilę.

– Niewdzięczny – wymamrotała i zacisnęła usta. – Błąd. Popełnił błąd. Powtarza to.

– Kto?

– Nie wiem. Nie mogę sprawić, by się uspokoił. Jest… Boże. – Przeciągnęła dłonią po głowie, odsuwając kolejne pasma do tyłu. – Jest rozwścieczony. Ciągle wykrzykuje, że tu nie jest jego miejsce. – Klatka piersiowa kobiety unosiła się gwałtownie przy oddechach. – Śmierć.

Rosie szarpnęła głową w bok.

– Śmierć – powtórzyła Sarah i nagle się zakrztusiła. – Mówi… coś o jego śmierci. Nie miało do niej dojść.

– Serio? – westchnęła Rosie.

– Czekaj. – Sarah dotknęła szyi. – Mówi… O Boże. – Wytrzeszczyła oczy. – Nie. Mam dosyć. Nie mogę… Skończyłam. Zamykam tę sesję.

– Okej. – Rosie pokiwała głową. – Zamykaj. Zamykaj…

Sarah nagle odsunęła się od ławy i wyciągnęła przed siebie ręce. Patrzyła szeroko otwartymi oczami.

– Jest tu.

– Eee, nie nadążam.

– Jest tu, Rosie. – Patrzyła jej w oczy. – Nie w metafizycznym sensie. Nie…

Z góry dobiegł huk, jakby wielka ręka uderzyła w sufit. Obie się wzdrygnęły.

Świece zgasły – wszystkie.

– Cholera – szepnęła Sarah.

Rosie poderwała się z miejsca, na rękach miała gęsią skórkę, gdy spoglądała w mrok, a serce galopowało jej w piersi. Próbowała coś dostrzec lub usłyszeć, ale wiedziała jedynie, że Sarah pobiegła do drzwi. Chwilę później pokój zalało światło, a Rosie wpatrywała się w kolorowe poduchy przy kanapie przyjaciółki. Powoli obróciła się do Sarah, która na nią patrzyła.

– Rosie…

– To się naprawdę stało. – Czuła się, jakby oczy miały wyskoczyć jej z orbit. – Poważnie.

Sarah odetchnęła głęboko i pokiwała głową.

– Powtarzał…

– Co?

– Powtarzał… Boże, nie chcę nawet wypowiadać tego na głos, ale muszę to zrobić. – Wyraźnie blada, odsunęła się od ściany. – Powtarzał, że nadchodzi… diabeł.

Rozdział 3

Jedynymi diabłami, jakie znała Rosie, były doskonale przypieczone pączki winne jej okrągłych bioder i de Vincent.

Ale czy ten duch mógł mówić właśnie o tym mężczyźnie? A może był to ktoś z jego rodziny? To brzmiało niedorzecznie, ale…

Sarah usiadła obok niej na kanapie, ściskając butelkę wina. W mieszkaniu włączyła wszystkie światła i hamowała wszelkie próby Rosie, która pragnęła ponownie nawiązać połączenie z tym kimś, kto tu przyszedł. Popijając wino wprost z butelki, twierdziła, że ducha już tu nie ma. Rosie, pijąca je z kieliszka, nie była do końca tego pewna.

– Zdarzyło się to wcześniej? – zapytała Rosie, podciągając nogę.

Sarah patrzyła przed siebie. Skupiła wzrok swoich niebieskich oczu na różowo-niebieskiej, nieco cygańskiej tapecie na ścianie, na której wisiał telewizor.

– Tak. Nieczęsto, ale czasami duch tak jakby… doczepia się do innego podczas seansu. Zdarzało się, że przychodził kompletnie obcy byt i chciał pogadać. To znaczy, czasem zna osobę, a ona o tym nie wie, ale były też przypadki, gdzie pojawiała się całkiem przypadkowa zjawa. – Obróciła się do Rosie, unosząc dłoń do szyi. Zaczęła ją pocierać. – Chyba… próbował we mnie wskoczyć.

Rosie odetchnęła gwałtownie.

– Poważnie?

Sarah pokiwała głową.

– To… niedobrze.

Naprawdę. Wskakiwanie ducha w kogoś nie było tym samym, co opętanie, ale i tak mogło namieszać w ciele i umyśle tej osoby. Następowało to, gdy duch chciał wejść w czyjeś ciało, by przez nie przemówić. Ludzie wypowiadali wtedy rzeczy, których normalnie by nie powiedzieli, miewali dziwne akcenty i maniery językowe, które nie były do nich podobne. Kiedy duch wskoczył w jakąś osobę, mogła ona nawet doświadczyć tego, w jaki sposób zjawa zakończyła żywot, a to naprawdę potrafiło namącić w głowie.

Z doświadczenia badaczki zjawisk nadprzyrodzonych, Rosie wiedziała, że tylko bardzo silny duch lub bardzo zdeterminowany mógłby wskoczyć w żywego człowieka.

– Wiesz, wiele razy podczas seansów gościłam czekające na pozwolenie duchy, ale ten tutaj… nie czekał na nie. On pragnął wejść i był wściekły.

Odczuwając wyrzuty sumienia, Rosie dotknęła ręki przyjaciółki i skrzywiła się, gdy Sarah się wzdrygnęła.

– Przepraszam. Nie… – rzuciła Rosie.

– To nie twoja wina. Nie musisz przepraszać, ale ja muszę ci to powiedzieć i to nie tylko dlatego, że się przyjaźnimy. – Nadal mocno ściskając butelkę wina, opuściła rękę i spojrzała na Rosie. – Jestem pewna, że ten duch nie znał cię osobiście, ale mam przeczucie, że… trafił do ciebie nie przez pomyłkę.

Rosie uniosła brwi i przygryzła wargę. Nikt chyba nie chciał usłyszeć czegoś takiego. Nawet ona.

– Wiesz może, kto to mógł być? – zapytała Sarah, a następnie upiła spory łyk wina.

Rosie mogłaby być latarnią duchową, zwłaszcza biorąc pod uwagę lata pracy w badaniu zjawisk paranormalnych w PENO, ale nie sądziła, że duch związany był z którąkolwiek z tamtych spraw. Odwróciła wzrok, niepewna czy jej podejrzenia były słuszne.

– Czego mi nie mówisz? – zapytała Sarah.

Rosie odetchnęła głęboko, przysunęła się i odstawiła kieliszek na stoliczek. Nie zastanawiała się wcześniej nad przelotnym spotkaniem z Devlinem, ponieważ naprawdę nie widziała powodu, ale teraz wydawało jej się, że była to istotna chwila. Że nawiązali niezdefiniowane połączenie, które może powstać w tak krótkim czasie nawet pomiędzy obcymi sobie ludźmi.

– Okej, zabrzmi to jeszcze dziwniej niż to co się właśnie wydarzyło, ale kiedy byłam dziś na cmentarzu, zobaczyłam faceta, który upuścił bukiet do kałuży – powiedziała. – Kwiaty się zniszczyły, więc je wyrzucił, ale ja miałam całkiem sporo swoich. Podzieliłam piwonie i poszłam za nim, by mu je dać, bo zrobiło mi się go żal, wiesz?

Sarah pokiwała powoli głową, upijając kolejny łyk.

– Przyrzekam, że nie miałam pojęcia, kim był, aż zastałam go stojącego przed wielkim grobowcem de Vincentów. To był Devlin.

– Diabeł. – Sarah parsknęła ostrym śmiechem. – Czuję ulgę, że duch mógł mieć na myśli przezwisko, a nie prawdziwego diabła.

Rosie zachichotała.

– Wiesz, chyba dosłownie wszyscy wiedzą, jak się go nazywa, ale nikt nie ma pojęcia, skąd to się wzięło ani kiedy się zaczęło.

Wzruszyła ramionami.

– Ja też nie wiem. Chyba wszystkim braciom nadano ksywki, gdy wyjechali na studia na północ, ale z chęcią dowiedziałabym się, dlaczego tak go nazywają.

– Ja też – mruknęła Sarah. – Co się stało, gdy dałaś mu te kwiaty?

– Rozmawialiśmy przez chwilę, a potem odeszłam. Myślałam, że przyszedł odwiedzić grób ojca. No wiesz, bo niedawno umarł.

Przyjaciółka zbladła i opuściła wzrok.

– Czy on…

– Tak, popełnił samobójstwo. Powiedziałam, że bardzo przykro słyszeć mi o śmierci jego ojca, a on mnie poprawił, mówiąc, że kwiaty były dla matki – ciągnęła Rosie. – Pomyślałam, że nie był nawet gotowy, aby zaakceptować śmierć ojca, co całkowicie rozumiem. Tak czy inaczej, właśnie stąd wzięły się te piwonie. Nie powiedziałam o nich nawet Nikki, gdy się dziś widziałyśmy, a wiesz przecież, że pracuje w domu de Vincentów. Myślisz, że tym duchem był Lawrence de Vincent?

– Boże. – Sarah oparła się i opuściła butelkę do brzucha. – To możliwe. Mógł przebywać przy Devlinie lub na cmentarzu, zobaczyć ciebie i się przyczepić.

– Ale dlaczego? Nie znałam ani jego, ani Devlina. To był pierwszy raz, gdy go spotkałam.

– Czasami nie wiadomo, dlaczego duch się do kogoś przyczepi.

Rosie zacisnęła na chwilę usta.

– Niefajnie.

Sarah popatrzyła na nią pustym wzrokiem.

– Większość osób byłaby przerażona.

– Ale większość nie jest łowcami duchów. – Rosie wzruszyła ramionami, ale była lekko zaniepokojona. Nie podobało jej się to, zwłaszcza, kiedy duch był wściekły. – To znaczy, hej, jeśli ma mnie nawiedzać duch, to de Vincent byłby chyba całkiem spoko.

Sarah zachichotała, po czym zakryła ręką usta.

– To nie jest śmieszne.

– No tak. – Rosie uśmiechała się. – Ale trochę jest.

Sarah oparła głowę na kanapie.

– Chociaż poważnie, nie wiem, czy to był Lawrence czy ktoś inny, ale mam świadomość, że był zły i chyba… chyba powiedział coś jeszcze, zaraz zanim zamknęłam połączenie. – Odetchnęła ciężko. – Nie mam pojęcia, czy go dobrze usłyszałam. Próbował we mnie wskoczyć, a tego nie chciałam, więc go wyrzuciłam, ale jeśli to był Lawrence…

– Co? Co według ciebie powiedział?

Sarah skierowała głowę w kierunku Rosie.

– Chyba stwierdził, że został zamordowany.

***

Nic dziwnego, że Rosie nie mogła zasnąć tej nocy.

Wróciła do swojego mieszkania, poszła do łóżka, ale wpatrywała się w blask gwiazdek utkwionych na suficie. Błyszczały delikatnym białym światłem, ale wciąż były tandetne.

Rosie je uwielbiała.

Przypominały jej o nieskończonej przestrzeni i może było to dziwne, ale uspokajało ją to, że w tak wielkim wszechświecie była malutką istotą z krwi i kości, żyjącą na wielkiej krążącej wokół Słońca skale.

Gwiazdki pomagały jej też zasypiać. Zazwyczaj. Ale nie dziś. Dziś mogła myśleć tylko o seansie z Sarah i pytaniu, jakie zadała jej przyjaciółka tuż przed wyjściem: „Powiesz coś?”.

Rosie parsknęła śmiechem w ciemnej sypialni. Miała coś powiedzieć? Komu? Devlinowi? Nie, nie zamierzała. Niechęci nie wywołała jednak niewiara. Rosie ufała Sarah, że ta skontaktowała się z jakimś rozwścieczonym duchem, który najprawdopodobniej został zamordowany, ale – i to było całkiem spore „ale” – kto by jej uwierzył, gdyby wyjawiła coś takiego?

Przekonanie o prawdziwości słów Sarah to jedno, szczególnie że Rosie widziała już w życiu wiele przedziwnych rzeczy, a czymś innym było oczekiwanie, by ktoś postronny uwierzył w zjawiska paranormalne, nawet jeśli jego dom zdawał się nawiedzony. Zapewne taka osoba nie byłaby zachwycona, gdyby przyszedł do niego nieznajomy i obwieścił coś w tym stylu.

Brzmiałoby to, jakby kobieta zupełnie oszalała.

Jęcząc, Rosie obróciła się na bok i omiotła wzrokiem pokój aż do ciężkich zasłon przy oknie. Było to jedyne okno w tym pokoju. Cieszyła się, że kupiła taki gruby materiał, ponieważ jasne światło neonów z Dzielnicy Francuskiej wpadałoby jej do mieszkania.

Westchnęła.

Nie było mowy, by zdołała wyjawić wydarzenia dzisiejszego dnia. Nie znała de Vincentów wystarczająco, by do nich iść, ale mogła powiedzieć Nikki. Nawet jeśli jej przyjaciółka wierzyła w świat paranormalny, nie sądziła, by przekazała któremuś z braci to, co słyszała Rosie, ponieważ byłoby to szalone.

To starczało Rosie by trzymać swój język za zębami. A poza tym Sarah i Rosie nie były pewne, czy spotkały Lawrence’a. Przecież duch nie miał plakietki z imieniem. Tak, wydawało się, że to on. Mimo wszystko, miało to sens. Rosie była na cmentarzu i dała Devlinowi piwonie. Choć brzmiało to przerażająco, Lawrence mógł towarzyszyć synowi lub przebywać przy grobie i, z jakiegoś dziwacznego powodu, uczepić się Rosie.

Ponownie obracając się na plecy, zamknęła oczy i wypuściła nierówno powietrze.

Wszystko było możliwe, co oznaczało, że duchem naprawdę mógł być Lawrence albo też ktoś zupełnie niepowiązany z de Vincentami, i zaszedł tylko dziwaczny zbieg okoliczności. Przez dekady w tej rodzinie dochodziło do dramatów i nieoczekiwanych śmierci. Była przeklęta! Wielu jej członków zginęło w bardzo tajemniczych okolicznościach.

Ale co… jeśli to był jednak Lawrence? Co, jeśli przybył na seans i chciał, by dowiedziano się, że nie popełnił samobójstwa? Że został zamordowany? To poważna sprawa. Czyż jego potomkowie nie pragnęliby o tym wiedzieć?

Gdyby role się odwróciły, chciałaby mieć tę świadomość. Posiadała wyjątkowe podejście do pewnych spraw, ale nie chodziło tu przecież o nią.

– Ech – jęknęła, obracając się na brzuch i wciskając twarz w poduszkę.

Nadchodzi diabeł.

Umysł nie chciał się wyłączyć, ale w końcu, gdy upłynęła chyba cała wieczność i kobieta zrzuciła z siebie koc, zasnęła. Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, nim ze snu o sorbecie cytrynowym wyrwał ją ostry dzwonek telefonu.

Jęcząc, pomacała stolik, na ślepo szukając komórki. Trafiła ręką w pusty plastikowy kubek, który spadł na podłogę.

– Cholera – mruknęła, unosząc twarz z poduszki. Zdmuchując gruby lok z twarzy, wyciągnęła się i sięgnęła po telefon. Mrużąc oczy, spostrzegła na jego ekranie roześmianą twarz Nikki. Było okropnie wcześnie, według Rosie nie był nawet ranek.

Odebrała, opuszczając głowę na poduszkę.

– Halo? – wychrypiała i się skrzywiła. Brzmiała, jakby wypaliła wcześniej z pięćdziesiąt paczek papierosów.

– Rosie? Tu Nikki. Wiem… że jest bardzo wcześnie i przepraszam – powiedziała, lecz nawet na wpół obudzona Rosie wiedziała, że w jej głosie brzmiało coś niepokojącego, jakby jej słowa były niespójne. – Ale potrzebuję twojej pomocy. Jestem w szpitalu.

***

Nigdy wcześniej Rosie tak szybko się nie obudziła. Kiedy się rozłączyła, poderwała się z łóżka. Żołądek skurczył jej się ze strachu, gdy szukała czystych czarnych legginsów. Włożyła je wraz z za dużą na nią koszulką z napisem: Mam Duchy! Włosy miała za bardzo zmierzwione, by w ogóle zacząć je układać, więc złapała apaszkę i zawiązała ją wokół głowy, zbierając loki z twarzy.

Dzięki Bogu i każdemu innemu bóstwu, miała w toyocie zapas jednorazowych szczoteczek do zębów. Wyczyściła więc zęby w drodze do szpitala. Kiedy po raz pierwszy spojrzała na poobijaną i posiniaczoną twarz przyjaciółki, czekając przed szpitalem w aucie, w którym słońce smażyło ją niemiłosiernie, Rosie pękło serce.

Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła, aż Nikki wsiadła. Nie chciało jej się zmieścić w głowie to, co usłyszała. Dopiero gdy położyła przyjaciółkę w swojej sypialni, usiadła i naprawdę spróbowała pojąć, co się właśnie wydarzyło.

Nikt nie powinien doświadczyć czegoś takiego, przez co musiała przejść Nikki Besson.

– Boże – szepnęła, wpatrując się w kubek nietkniętej kawy. Otarła dłońmi twarz i odetchnęła głęboko.

Nikki mogła umrzeć – niemal została zamordowana.

Opuściła trzęsące się ręce na kolana i spojrzała przez ramię na zasłonkę z koralików, która oddzielała sypialnię od salonu. Wczorajszego wieczora, gdy Rosie oprowadzała turystów po Dzielnicy Francuskiej, jedna z jej najbliższych i najmilszych przyjaciółek walczyła o życie.

I aby przetrwać, musiała zabić napastnika.

Rosie przeszył dreszcz.

Jej wzrok powoli powędrował w kierunku otwartego laptopa leżącego na ławie, która niegdyś była stolikiem do gry w szachy. Wczorajsze wydarzenia trafiły już do mediów. Na szczęście nie wymieniono nazwiska Nikki, choć wkrótce mogło to się zmienić.

– Parker Harrington… – Rosie pokręciła z niedowierzaniem głową. Nie znała go osobiście, ale słyszała o nim. Harringtonowie byli jak de Vincentowie. Bardzo bogaci, z dawnego rodu mającego korzenie w Nowym Orleanie w stanie Luizjana. Rodziny były tak zżyte, że starsza siostra Parkera zaręczyła się z Devlinem.

Mężczyzną, którego spotkała, mniej niż dobę temu, na cmentarzu.

Mężczyzną, którego ojciec mógł przyjść na seans Sarah i wyznać, że został zabity.

A teraz, brat jego narzeczonej próbował zamordować Nikki, będącą najsłodszą i najukochańszą osobą na świecie, która w weekendy pomagała bezinteresownie w lokalnym schronisku dla zwierząt.

Nikki obroniła się… dłutem do drewna.

Ponowna fala dreszczy przeszła przez Rosie, kiedy pochyliła się, by wziąć kubek. Nikki nie będzie mogła wrócić do swojego mieszkania przez dłuższy czas. Było to miejsce popełnienia przestępstwa, a Rosie wiedziała, że policjanci po prostu stamtąd wyjdą. Usuną ciało, ale nie posprzątają. Nikki będzie musiała to zrobić. Zupełnie jak Rosie musiała posprzątać, gdy jej mąż odebrał sobie życie.

Nie było mowy, by Nikki sobie z tym poradziła. Poważnie.

Odczuwała wyrzuty sumienia, wpatrując się w jasnobrązowy kubek z kawą. Uwielbiała ją ze sporą ilością cukru i śmietanki. Właściwie był to cukier z odrobiną kawy. W tej chwili jednak napój wciąż był gorzki. Rosie odwiedziła wcześniej przyjaciółkę w mieszkaniu, a z tego, co od niej usłyszała, Parker pojawił się jakąś godzinę po jej wyjściu. Gdyby nie wyszła…

Takie zastanawianie się: „co by było, gdyby” wydawało się gorsze niż każdy duch.

Upiła łyk kawy i już miała odstawić kubek, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Gwałtownie wciągnęła powietrze.

Szósty zmysł czy nie, Rosie podejrzewała, kto stał na progu.

Gabriel de Vincent.

Nikki powiedziała, że był w szpitalu, ale mu się wymknęła. Rosie doszła do wniosku, że Gabe w każdej chwili odgadnie, u kogo mogła przebywać dziewczyna i gdzie Rosie mieszkała. Wstała, obeszła ławę i zbliżyła się do drzwi. Przekręciła zamek i uchyliła je.

I miała rację.

W całej swojej chwale na jej progu stał Gabe. Spojrzała ponad jego ramieniem i serce podeszło jej do gardła, a jednocześnie żołądek się ścisnął. Gabe nie przyszedł sam.

Był z nim Devlin.

Rozdział 4

O Boże. Spodziewała się Gabe’a, ale nie go, nie jego brata. Przez chwilę była w takim szoku, że mogła jedynie na nich patrzeć. Otworzyła usta, ale Devlin zdjął lustrzane okulary, pociągnął za kołnierzyk koszulki i popatrzył na nią tymi oszałamiającymi niebieskozielonymi oczami.

Miał zadać jej tyle pytań, ale jak mogła na nie odpowiedzieć? Z pewnością zamierzał dociekać, dlaczego nie powiedziała mu wczoraj kim jest, kiedy stało się oczywiste, że istniały powiązania między nią a jego rodziną. Czy uwierzy, że szczerze wierzyła, iż nigdy więcej go nie spotka? Jej rzeczywiście się tak wydawało.

Devlin wpatrywał się w nią zza Gabe’a i… patrzył na nią, ale na jego uderzająco przystojnej twarzy nie malowały się ani żadne emocje, ani to, że ją poznał. Musiał ją zapamiętać. Przecież spotkali się wczoraj, mniej niż dobę temu i wydawało się, że coś wtedy między nimi zaistniało.

– Domyślałam się, że tu trafisz, Gabe – powiedziała, po czym ponownie popatrzyła na Devlina, pragnąc, by coś powiedział. Cisza. Spoglądał na nią beznamiętnie. – Ale tego tu się nie spodziewałam.

Devlin przesunął się na bok.

– Słucham?

Zrozumiała, naprawdę do niej dotarło, że jej nie poznał. Wow. Dostała dość brutalny sygnał, że tak naprawdę nie wywarła żadnego wrażenia na mężczyźnie.

Porażona tym faktem bardziej niż być powinna, skupiła się na Gabie.

– Przyszedłeś do Nikki?

– Tak – odparł. – Wpuścisz mnie?

Zablokowała wejście. Częściowo chciała go wpuścić, ale wiedziała również, że jego relacja z jej przyjaciółką była ostatnio dość napięta. Według niej niemal każdy zasługiwał na drugą szansę, ale była pewna, że Gabe próbował już po raz trzeci.

– No nie wiem – odparła w końcu. – Zamierzasz w końcu postąpić, jak należy?

– Kim jest ta kobieta? – zażądał odpowiedzi Devlin.

Rosie wciągnęła gwałtownie powietrze i spiorunowała go wzrokiem. Na Boga, on jej naprawdę nie pamiętał! Może nie poznał jej dlatego, że się nie wyspała. Może dlatego, że jej przyjaciółka wczoraj niemal zginęła i została dotkliwie pobita. Może wszystko to miało wpływ na fakt, że mężczyzna, z którym rozmawiała niecałą dobę temu, w ogóle jej nie poznawał. Rosie nie była złośliwa. Przeważnie myślała, że była wyluzowana. Jasne, potrafiła przemienić się w szaloną zdzirę, jeśli chodziło o ochronę tych, na których jej zależało, ale wiedziała również, że życie było za krótkie, by zachowywać się po chamsku i brać wszystko zbyt poważnie.

W tej jednak chwili zmieniła się w podłą jędzę.

– Na imię mi Nie, a nazywam się Twój-Interes – warknęła, nie odrywając wzroku od twarzy Gabe’a, którego kąciki ust drgnęły, jakby próbował zapanować nad uśmiechem.

– Postaram się – odparł Gabe.

– Starają się nieudacznicy, koleżko. Dosyć tego – odpyskowała, a w oczach, identycznych jak Devlina, zauważyła zdziwienie. – Próbujesz to zrobić mniej więcej tak, jak ja próbuję nie zjeść ostatniej babeczki, którą mam w lodówce. Nie na tym polega prawdziwy sukces.

– Okej – rzucił. – Zamierzam postąpić właściwie. Właśnie dlatego przyjechałem. Wpuścisz mnie?

Mając nadzieję, że nie popełnia błędu, odsunęła się i otworzyła szerzej drzwi.

– Jest w sypialni.

Gabe wszedł, kiwając jej głową.

– Dziękuję.

– Obym tego nie żałowała – oznajmiła cichym głosem. – Bo nie spodoba ci się to, co mogłoby ci się przytrafić.

Gabe uśmiechnął się, a Rosie musiała przyznać, że był to całkiem ładny uśmiech.

– Okej.

– Dobrze.

Ominął ją, a za nim do mieszkania wszedł Devlin. Rosie przypuszczała, że i on miał ładny uśmiech. Mężczyzna niedawno rozmawiał z nią dobre dziesięć minut, a teraz nawet na nią nie spojrzał.

Wszedł prosto za bratem.

– To naprawdę zasłonka z koralików?

Jego ton sprawił, że zmarszczyła brwi. Brzmiał, jakby… jakby spostrzegł nagiego starca potrząsającego klejnotami. Dzień wcześniej się tak do niej nie odzywał. Jasne, nie odbyli nie wiadomo jak długiej rozmowy, ale to… ten chłód wczoraj nie istniał.

Zaskoczona jego głosem i zirytowana pozorną niepamięcią, odwarknęła:

– Masz z tym jakiś problem? Nie pasuje do twojego gustu czy klasy?

– Jestem pewien, że większość osób, które ukończyły dwanaście lat, uzna, że to ohydne.

– Zachowuj się – skarcił go brat, rozsuwając koraliki, by wejść do sypialni.

Rosie przełknęła z trudem ślinę i obróciła się do Devlina. Jeśli myślał, że zasłonki z koralików były dziecinne, dobrze, że nie widział błyszczących nocą gwiazdek na suficie jej sypialni. Otworzyła usta, ale nie miała zielonego pojęcia, co powiedzieć.

Stał w jej niewielkim mieszkaniu sztywny jak kołek. Jakby nie mógł się zmusić, by wejść dalej. Wciąż wpatrywał się w koraliki.

Przez moment Rosie była oszołomiona jego chamstwem – zahipnotyzowana kimś, kto był atrakcyjny, a przy okazji zachowywał się jak fiut, ponieważ jego piękno przyćmiewało żenujące cechy charakteru. Właśnie tak się czuła. Pozwoliła sobie przez chwilę na ignorowanie jego złośliwości, tego, że mężczyzna w ogóle jej nie pamiętał, a teraz wpatrywał się w jej zasłonkę z koralików, jakby była ona zbrodnią przeciwko ludzkości.

Devlin ubrany był jak wczoraj – w białą elegancką koszulę wsadzoną do szarych spodni. Buty miał tak wypolerowane, że Rosie mogłaby się w nich przejrzeć. De Vincentowie mieli dobre geny, co wyraźnie było widać w przypadku Devlina. Miał taką twarz – od wyraźnych kości policzkowych do mocnej żuchwy – iż żałowała, że nie potrafiła rysować, aby uchwycić te kąty i płaszczyzny.

Jego włosy były idealnie uczesane, a Rosie odczuwała dziką pokusę, by wsunąć w nie palce i je zmierzwić. Niestety, nawet pomimo jego atrakcyjności i tego, co zdawało się jednostronnym połączeniem, Devlin okazał się draniem najwyższych lotów – takich zarezerwowanych dla bogatych, uprzywilejowanych fiutów, którzy zachowywali się, jakby świat należał tylko do nich.

Skrzyżowała ręce na piersi.

– Naprawdę masz problem z tą zasłonką, co?

Odparł, nawet na nią nie patrząc:

– A kto by nie miał? To przecież zasłonka z koralików.

Nigdy w swoim trzydziestotrzyletnim życiu na tej planecie Rosie nie spotkała kogoś, kto czułby się tym urażony. A przecież widywała wiele dziwactw. Raz była świadkiem, jak książka sama wyleciała z półki. Widziała, jak nieboszczyk podniósł rękę – był to pośmiertny skurcz, ale mimo wszystko było to przerażające i trochę traumatyzujące. Dwa razy ujrzała całego ducha, co do dziś znajdowało się na szczycie listy pięciu najwspanialszych rzeczy, których była świadkiem. Zaledwie wczoraj wieczorem do jej przyjaciółki przyszedł nieznajomy duch, który mógł być ojcem tego faceta. Na co dzień widywała też wiele dziwacznych rzeczy na wąskich, zatłoczonych uliczkach Dzielnicy Francuskiej.

Ale to, by kogoś obrażały zasłonki z koralików?

To widziała po raz pierwszy.

Rety, ten ranek i cała ostatnia doba – wcale nie były normalne.

– Czy te koraliki zrobiono w ogóle z drewna? – zapytał.

Westchnęła, unosząc brwi.

– Tak. Z płyty wiórowej i tak, kupiłam je w lokalnym Walmarcie.

Devlin nie obrócił ku niej głowy, ale zerknął na nią z ukosa.

– Płyta wiórowa to nie prawdziwe drewno.

– Ale powstaje z wiórów drewnianych, a kiedy ostatnio sprawdzałam, wióry drewniane są zrobione z drewna.

– Jak również z pyłu i syntetycznej żywicy – dodał.

– No i?

– To nie jest prawdziwe drewno.

– Nieważne.

– Nieważne?

– Tak, nieważne – powtórzyła.

Obrócił się do niej.

– Nie możesz zbywać faktu, że płyta wiórowa to nie jest prawdziwe drewno.

Rosie prychnęła śmiechem.

– Nie wierzę, że wciąż o tym mówisz.

Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.

– A ja nie wierzę, że uważasz płytę wiórową za prawdziwe drewno.

Znów zachichotała, gdy się obróciła i podeszła do kanapy.

– A ty wciąż mówisz o płycie wiórowej.

– Wcale nie.

– A właśnie, że tak. – Usiadła na miękkiej sofie, zapewne jedynej wartościowej rzeczy w jej mieszkaniu. Wzięła kubek, mając nadzieję, że kawa całkowicie jej nie wystygła. – A te zasłonki z koralików są fantastyczne, bez względu na to, czy zrobione są z płyty wiórowej, czy też nie. Nie mów więc już o mojej zajefajnej kurtynce.

– Ale ona jest z koralików – odparł, mówiąc, jakby informował o ogromnym karaluchu na ścianie.

Mężczyzna, jak nikt inny, był wyzwaniem dla jej dobroci i cierpliwości.

– Kiedy byłeś mały, taka zasłonka zrobiła ci krzywdę? – Położyła nogi na ławie, krzyżując je w kostkach. – Nie chciała się z tobą przyjaźnić, czy co?

Spojrzał ostrzej. Do diabła, wydawało się, że wyostrzyła się cała jego twarz.

– Poza tym, że zasłonki z koralików są przedmiotami nieożywionymi i nie mogą kogoś skrzywdzić lub się z kimś przyjaźnić, tutaj sprawdziłyby się drzwi, prawda?

Uśmiechnęła się i upiła łyk kawy.

– Sprawdziłyby się, co? Spoko.

Poruszyły się jego nozdrza.

– Słuchaj, to nie mnie uraża zasłonka z koralików, więc wybacz, że zadałam to szczere pytanie. To znaczy uderzyłeś się o taką kurtynkę? Wbiegnięcie na te koraliki potrafi zaboleć.

– Jestem pewien, że było szczere – odrzekł.

– Całkowicie – mruknęła.

Podszedł do niej powolnym, miarowym krokiem.

– Jak często oberwało ci się od takich koralików?

Prychnęła.

– Zbyt często, bym chciała o tym mówić.

W niebieskozielonych oczach pojawił się dziwny błysk, jakby to go zainteresowało.

– Dlaczego nie zamontowałaś drzwi? Zapewniłoby to więcej prywatności.

– Dlaczego nie wyjdziesz tymi za tobą? – odparła.

Dziwny wyraz jego oczu nasilił się.

– Czy właśnie powiedziałaś, żebym się wyniósł?

– No chyba tak to brzmiało.

Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.

– Wiesz, większość osób zaproponowałoby gościowi coś do picia.

Zacisnęła palce na kubku.

– Wydawało mi się, że nie jesteś moim gościem.

– Skąd ten wniosek?

– Głównie stąd, że jestem cholernie pewna, że nie zapraszałam cię do siebie, byś obrażał moją zasłonkę.

– Jeśli dobrze pamiętam, a tak właśnie jest, zrobiłaś to, otwierając drzwi i wpuszczając mnie do środka.

Patrzyła mu w oczy.

– Pamięć cię jednak zawodzi. Wpuściłam twojego brata. Sam tu za nim wlazłeś i zacząłeś obrażać wystrój mojego mieszkania.

Devlin parsknął głębokim, ochrypłym śmiechem, który zdawał się go zaskoczyć, ponieważ natychmiast zamknął usta. Rosie jednak nie zszokował. Wywołał irytujący trzepot w jej podbrzuszu. Spodobał jej się jego śmiech, nawet jeśli był drwiący.

– Wystrój mieszkania? – prychnął, a Rosie zesztywniała. – Wygląda, jakby projektowała to wnętrze dwunastolatka ze świrem na punkcie Archiwum X i horrorów klasy B.

– Okej, obrażając Scully i Muldera przekraczasz granicę. – Odstawiła kubek na ławę. – Poważnie.

A co złego było w horrorach klasy B? Spędzanie leniwych niedzielnych popołudni na oglądaniu kiepskich produkcji o zombie było jej ulubioną czynnością.

Obrócił się, przeglądając regał z książkami, ustawiony naprzeciwko telewizora.

– Czy to Encyklopedia duchów?

– A tytuł jest niewyraźny?

Patrząc przez ramię, przewrócił oczami.

– Jak może istnieć coś takiego jak Encyklopedia duchów?

Przez chwilę kobieta nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na jego pytanie. Częściowo chciała wyjaśnić fakt, jak to dokładnie możliwe. Oparła się jednak tej bezsensownej potrzebie.

– Jesteś de Vincentem.

– Tak. – Ponownie się do niej obrócił. – Dziękuję, że mi przypomniałaś.

Zignorowała ten komentarz.

– Mieszkasz w domu, który według plotek…

– Jest nawiedzony, a ziemia i rodzina przeklęte – przerwał jej. – Tak, wiem. Mieszkam tam i jestem de Vincentem.

– A twój dom jest nawiedzony? – zapytała, znając już odpowiedź na to pytanie.

Devlin zacisnął usta.

Nie mogąc się powstrzymać, klasnęła.

– Wiesz, należę do grupy badającej zjawiska paranormalne.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? – odparł oschle, okrążając ławę. Znajdował się w tej chwili przy drugim końcu kanapy. – Jak się nazywa ta grupa? Badania Świrów?

Teraz to ona zaczęła zaciskać usta w wąską linię.

– Dobrze kombinujesz, ale nie. Nazywamy się Paranormalne Eksploracje Nowego Orleanu.

– Paranormalne Eksploracje… – Uniósł ciemne brwi. – Czekaj, to się skraca do PENO?

– Tak. Chwytliwy skrót, nie?

Wyraz jego twarzy podpowiedział jej, że sądził, iż było to głupie i nie musiał nawet otwierać ust.

– Żartujesz, prawda?

– Nie.

– Naprawdę należysz do jednej z tych śmiesznych grup?

Rosie poczuła, że jej wewnętrzna twardzielka znów zaczyna się stawiać. Okej, teraz to naprawdę przesadził.

– W tym, co robimy, nie ma absolutnie nic śmiesznego. Bądź niewierzący, jeśli chcesz. Dobrze. Ale nie stój w moim domu i nie obrażaj mnie prosto w twarz.

– Niewierzący? – mruknął.

Zdenerwowała się i spiorunowała go wzrokiem. Jeśli wcześniej miała wątpliwości, czy powinna mu powiedzieć, co stało się wczoraj u Sarah, zostały one całkowicie rozwiane. Jeżeli ktoś mieszkał w domu takim jak jego, i wciąż nie wierzył, nie zaufałby jej, gdyby wyznała, że rozmawiała z jego ojcem. I to było do bani, ponieważ jeśli ten duch to Lawrence i jeśli mówił prawdę, Devlin powinien wiedzieć.

Ale nie zamierzała go o tym informować.

– Dlaczego w ogóle tu jesteś? Gabe potrzebował przyzwoitki?

W końcu ponownie się poruszył, stawiając kolejny cichy krok w jej stronę, gdzie siedziała.

– Nie twoja sprawa, dlaczego tu jestem.

Rosie wyrzuciła ręce w górę.

– Jesteś w moim domu, więc tak, to moja sprawa.

– Ale to nie twój dom.

– Co?

– To mieszkanie.