Deus Ex Machina. Czlowiek, który zniknął - Kornel Mikołajczyk - ebook

Deus Ex Machina. Czlowiek, który zniknął ebook

Kornel Mikołajczyk

3,8

Opis

XXII wiek nie musi oznaczać braku zapotrzebowania na prywatnych detektywów. W cyberpunkowej Gigalopolis klasycznie błyskotliwy Valter Fingo do spółki z hologramową, zjawiskowo urodziwą asystentką Luką i półmechanicznym kotołakiem o umyśle człowieka porywają się na każde, nawet najbardziej skomplikowane zadanie; są przecież specjalistami od spraw niemożliwych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 515

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KOR­NEL MI­KO­ŁAJ­CZYK

CZŁO­WIEK, KTÓ­RY ZNIK­NĄŁDEUS EX MA­CHI­NA

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

WSTĘP: MASZ WIADOMOŚĆ!

Od: way­ma­[email protected]

Te­mat: Deus Ex Ma­chi­na – spe­cjal­nie dla Cie­bie!

Filtr spam:32,5% praw­do­po­do­bień­stwa, brak re­klam, war­te uwa­gi

Sza­co­wa­ny czas lek­tu­ry: 00:02:15

Anty-mal­wa­re: nie wy­kry­to za­gro­żeń

 

Wy­obraź so­bie nie­skoń­czo­ny oce­an in­for­ma­cji. Bez­miar bi­tów tak roz­le­gły, że na­wet ho­ry­zont wy­da­je się tyl­ko mi­ra­żem; za jed­nym mo­rzem da­nych ko­lej­ne mo­rze, treść two­rzą­ca się sama z sie­bie, fa­lu­ją­ca po­łą­cze­nia­mi, wiecz­nie w ru­chu.

To wła­śnie Pla­Net – Glo­bal­na Sieć.

Więk­szość z nas woli bez­piecz­nie ser­fo­wać na po­wierzch­ni tego two­ru, w mięk­kim bla­sku cy­fro­we­go słoń­ca, spraw­dza­jąc naj­now­sze do­nie­sie­nia ze świa­ta, Kon­tak­tu­jąc się ze zna­jo­my­mi, gra­jąc w MMORPG przez Vir­tu­ali­ty czy wy­po­ży­cza­jąc naj­now­sze holo-dra­my na wie­czór. Są to Rze­czy Nor­mal­ne i Zna­ne i nie ma w nich ab­so­lut­nie nic złe­go. W za­sa­dzie, trud­no zna­leźć ko­goś, komu nie spra­wia­ły­by przy­jem­no­ści.

Wy­star­czy jed­nak, że zbo­czysz z prze­tar­tych szla­ków in­for­ma­cyj­nych, za­pu­kasz nie­opatrz­nie do złe­go link-do­oru, a znaj­dziesz się wśród Rze­czy Dziw­nych i Nie­zna­nych – w mrocz­nych głę­bi­nach in­fo­ce­anu. To tu­taj na nie­in­dek­so­wa­nych fo­rach dys­ku­syj­nych moż­na wy­ne­go­cjo­wać kup­no za­ka­za­nych im­plan­tów. To tu­taj na za­ka­mu­flo­wa­nych au­kcjach sprze­da­je się bez­cen­ne an­ty­ki z Chin i mor­der­cze klo­ny. To tu­taj wresz­cie w czer­wo­nych kom­na­tach moż­na speł­nić każ­dą ero­tycz­ną za­chcian­kę, na jaką po­zwa­la hap­tycz­ny fe­ed­back awa­ta­ru. To kra­ina cie­ni i po­two­rów, któ­rą od­wie­dza­ją wy­łącz­nie szu­mo­wi­ny, de­spe­ra­ci i inne po­two­ry; kra­ina upar­cie do­wo­dzą­ca teo­rii, że błą­dzić jest rze­czą ludz­ką.

Ale pod ca­łym tym mo­rzem da­nych, w zim­nym mule, kry­je się jesz­cze jed­na war­stwa in­for­ma­cji. Miej­sce, w któ­rym lą­du­ją wra­ki kom­nat, cy­fro­wy pył i ob­umar­łe za­łącz­ni­ki. Do­me­na Rze­czy Nie­moż­li­wych i Za­po­mnia­nych.

Pew­ne­go dnia za­błą­dzi­łem do jed­nej z ta­kich kom­nat WWW. Na­zy­wa­ła się „Ta­jem­ni­ca trój­ką­ta mar­sjań­skie­go”. Wy­peł­nia­ły ją nie­ostre jpeg-pla­ka­ty UFO, prze­kle­jo­ne ar­ty­ku­ły o krę­gach w zbo­żu, wy­du­ma­ne teo­rie spi­sko­we i cała resz­ta po­dob­nych bred­ni, skła­da­ją­cych się na azyl czło­wie­ka wy­raź­nie owład­nię­te­go ob­se­sją. Prze­ko­py­wa­łem się przez na­tłok ma­te­ria­łów, po­szu­ku­jąc w nich sen­su – je­den zie­lo­ny lu­dzik za dru­gim zie­lo­nym lu­dzi­kiem. Ale żad­ne­go sen­su nie było. Była tyl­ko cho­ro­bli­wa mo­no­te­ma­tycz­ność, garść nie­wy­ja­śnio­nych zja­wisk i pa­ję­czy­na po­szlak. Zero wy­ja­śnień, zero opi­sów, czy­sta idée fixe.

By­łem już go­tów po­rzu­cić to miej­sce, po­sta­wić na kom­na­cie krzy­żyk. Wró­ci

z po­wro­tem na po­wierzch­nię, do zna­jo­mych wód co­dzien­no­ści.

Lecz wtem pod całą tą masą nie­do­rzecz­nych tre­ści zna­la­złem pew­ne ar­chi­wum. Po­zba­wio­ne ha­sła czy szy­fro­wa­nia, z licz­ni­kiem klik­nięć wska­zu­ją­cym na mniej niż dwa ty­sią­ce wy­świe­tleń, ar­chi­wum to wy­peł­nia­ły my­ślo­we nar­ra­cje – „men­ta­lo­gi” – nie­gdyś sza­le­nie po­pu­lar­ne, za­pi­sa­ne w prze­sta­rza­łym for­ma­cie. Hi­sto­rie skie­ro­wa­ne do wszyst­kich i do ni­ko­go, prze­myśl­nie ukry­te pod eks­a­baj­ta­mi dry­fu­ją­cych śmie­ci.

Bez za­sta­no­wie­nia od­two­rzy­łem pierw­szą z nich. A po­tem ko­lej­ną, ko­lej­ną i jesz­cze jed­ną – aż mój pod­łą­czo­ny do Sie­ci mózg za­peł­nił się po brze­gi dziw­ny­mi wi­zja­mi, ta­jem­ni­czy­mi zbrod­nia­mi, py­ta­nia­mi bez od­po­wie­dzi. I zro­zu­mia­łem, że mu­szę po­dzie­lić się z kimś tym od­kry­ciem.

Wy­bra­łem wła­śnie cie­bie.

Ni­niej­szym za­łą­czam czte­ry hi­sto­rie z ob­szer­nych ar­chi­wów Deus Ex Ma­chi­na. Je­stem prze­ko­na­ny, że ty – jak i ja – znaj­dziesz w nich coś dla sie­bie.

Wy­rwij się choć na chwi­lę z Nor­mal­no­ści i za­nurz w tym, co Nie­moż­li­we.

Osta­tecz­nie, jak dłu­go moż­na uno­sić się na po­wierzch­ni jak bez­myśl­ny plank­ton?

 

Za­łącz­ni­ki:

1886_czło­wie­k_k­tó­ry­_znik­nął.mlog (2.11 GB)

1956_chiń­ska­_po­drób­ka.mlog (1.39 GB)

2512_wy­pa­de­k_w_pra­cy.mlog (1.57 GB)

2654_a­ido­ru­_su­per­star.mlog (1.45 GB)

CZŁOWIEK, KTÓRY ZNIKNĄŁ

Men­ta­log #1886/01

09-06-2101

Biu­ro Val­ter Fin­go i Spół­ka, [lo­ka­cja utaj­nio­na]

 

Kie­dy za­czy­nasz śledz­two od po­tknię­cia się na scho­dach, mo­żesz być pew­ny, że nie tra­fi­łeś na pro­stą, ze­ro­je­dyn­ko­wą spra­wę.

Kie­dy w chwi­li po­tknię­cia go­nisz za pierz­cha­ją­cym ko­to­ła­kiem, drę­czy cię kac-mści­ciel i po­cisz się jak zdję­ty z lodu post-hib, a po ucie­ka­ją­cych ci spod nóg stop­niach wcho­dzi aku­rat trój­ka klien­tów (w tym je­den wir­tu­al­ny), roz­wią­za­nie spra­wy sta­je się kwe­stią dru­go­rzęd­ną. Za­czy­nasz się bo­wiem za­sta­na­wiać – w środ­ku lotu na łeb, na szy­ję – czy do roz­wią­za­nia w ogó­le do­ży­jesz. A je­śli tak, to w ilu ka­wał­kach.

W Gi­ga­lo­po­lis od po­cząt­ku czerw­ca pa­no­wał pie­kiel­ny upał, nie­moż­li­wy do okieł­zna­nia wy­sił­ka­mi Kon­tro­li Po­go­dy. Lata spy­cha­nia opa­dów na zauto­ma­ty­zo­wa­ne upra­wy GMO od­bi­ja­ły się na nas su­ro­wym pięt­nem. Nad całą Eu­ro­pą nie było ani jed­nej chmur­ki, ani kro­pli wil­go­ci, któ­ra mo­gła­by oca­lić oby­wa­te­li od bez­li­to­snej grzał­ki wpra­wio­nej w nie­bo. Miej­ska wy­spa cie­pła zmie­ni­ła się w me­ga­miej­ski kon­ty­nent żaru. Za okna­mi lo­ftu wi­dzia­łem prze­chod­niów wę­dru­ją­cych sznu­ra­mi przez cień. Wi­dzia­łem mi­kro­as­falt roz­ta­pia­ją­cy się w czą­stecz­ko­we ba­gno i to­ną­ce w nim po fel­gi Au­to­Au­ta. Na­wet be­to­no­we pły­ty mo­je­go bu­dyn­ku zda­wa­ły się sy­czeć i pa­ro­wać jak ścia­ny re­ak­to­ra z uszko­dzo­nym chło­dze­niem, co­raz go­ręt­sze i go­ręt­sze z każ­dą mi­ja­ją­cą se­kun­dą.

Dla­te­go gdy wle­cia­łem z im­pe­tem na dwój­kę ko­biet dźwi­ga­ją­cych ta­flę re­flek­si­gla­su, tyl­ko cu­dem nie przy­lgną­łem do nich na sta­łe, skle­jo­ny po­tem i ze­spa­wa­ny go­rą­cem. Za­to­czy­li­śmy się na scho­dy, gu­biąc po­czu­cie kie­run­ku jak GPS odłą­czo­ny od sa­te­li­ty. Szczę­śli­wie uda­ło mi się nie uszko­dzić trzy­ma­ne­go w dło­ni wy­kry­wa­cza.

Cy­bor­gicz­ny kot sko­rzy­stał z oka­zji i czmych­nął na dol­ne pię­tra, pu­ściw­szy z gło­śni­ka prze­ry­so­wa­ny, sit­co­mo­wy śmiech.

– Ech, nie­wdzięcz­na po­go­da – za­gad­ną­łem, zdej­mu­jąc z sie­bie ela­stycz­ną pły­tę szkła Ścien­ne­go, któ­ra na­kry­ła mnie pod­czas upad­ku. – Zno­wu pod­nie­sie się po­ziom wód, mo­rza po­chło­ną brze­gi. Tyl­ko tego nam po­trze­ba, co? Jesz­cze mniej lądu, jesz­cze wię­cej ści­sku, to do­pie­ro się od sie­bie nie po­od­kle­ja­my! Mi­liar­dy lu­dzi na ma­leń­kiej, kur­czą­cej się wy­spie.

Tyle do­bre­go – prze­mknę­ło mi przez myśl – że zo­sta­nie mniej miejsc, w któ­re może uciec ten prze­klę­ty sier­ściuch…

– A pa­nie co, re­mont? Prze­pro­wadz­ka? – py­ta­łem, po­ma­ga­jąc mil­czą­cym ko­bie­tom pod­nieść re­flek­si­glas do pio­nu. – Nie za go­rą­co na ta­kie… Aa!

Od­sko­czy­łem od szkła, lą­du­jąc na wyż­szym stop­niu. Z ta­fli przy­glą­dał mi się gru­by męż­czy­zna, jak dżin za­klę­ty w ma­gicz­nym zwier­cia­dle.

– Co pan nam tu… o ja­kiejś po­go­dzie, re­mon­tach! – na­sko­czył na mnie, pur­pu­ro­wie­jąc. Miał sil­ny skan­dy­naw­ski ak­cent, chy­ba szwedz­ki. – Co to za dom wa­ria­tów? Nie moż­na wpa­dać na czło­wie­ka bez par­do­nu i ot tak za­czy­nać po­ga­du­szek!

– Na czło­wie­ka? – bąk­ną­łem ogłu­pia­ły.

– Nie dość panu, że mu­sia­łem przy­je­chać oso­bi­ście w ta­kie miej­sce?!

– Oso… oso­bi­ście?

– Pro­szę wy­ba­czyć, sir. Pan La­stövlar nie lubi, gdy się go do­ty­ka – wy­ja­śni­ła ko­bie­ta z pra­wej, gdy lu­strza­na po­stać się za­po­wie­trzy­ła. – Po­win­nam była o tym wspo­mnieć.

Jej to­wa­rzysz­ka bez sło­wa wy­cią­gnę­ła hy­dro­je­dwab­ną chu­s­tecz­kę, chuch­nę­ła na szkło, po czym za­czę­ła je prze­cie­rać ener­gicz­ny­mi ru­cha­mi.

Zmarsz­czy­łem brwi, wi­dząc te za­bie­gi.

Zło­to­usta i Sil­no­rę­ka – po­my­śla­łem o nich. – Jak dwa wy­daj­ne, ze­wnętrz­ne or­ga­ny. Nie­któ­rych lu­dzi nie stać na nową wą­tro­bę czy im­plant trzust­ki, a ten czło­wiek ma dwa ko­bie­ce cia­ła, na każ­de ski­nie­nie dło­ni. Hm, i pew­nie nie tyl­ko dło­ni…

Prze­chy­li­łem gło­wę i przyj­rza­łem się uważ­niej temu oso­bli­we­mu trio.

W pro­mie­niu­ją­cym ze ścian tro­pi­kal­nym cie­ple męż­czy­zna w szkle przy­wo­dził na myśl fa­ta­mor­ga­nę. Zwa­li­stą fa­ta­mor­ga­nę peł­ną fałd i pod­bród­ków, nie do koń­ca spój­ną ato­mo­wo, go­to­wą roz­pły­nąć się w ka­łu­żę albo sub­li­mo­wać w ob­łok pary – cał­kiem jak­by fi­zycz­nie, aż do szpi­ku ko­ści, pra­gnął zna­leźć się lata świetl­ne stąd. Sie­dział tym­cza­sem w sta­now­czo za cia­snym jak na jego ga­ba­ry­ty wnę­trzu, któ­re, są­dząc po ta­pi­cer­ce, znaj­do­wa­ło się we­wnątrz auta, i krzy­wił się nie­przy­jaź­nie. Jego szy­ty na mia­rę kre­mo­wy gar­ni­tur, da­le­ko poza nor­ma­mi kro­jów auto-fit, opi­nał się nie­bez­piecz­nie na im­po­nu­ją­cym brzu­szy­sku. Z pew­no­ścią nie kar­mił się ta­nią żyw­no­ścią in­stant jak ja. Po­twier­dza­ło to zresz­tą, dla­cze­go miał na usłu­gach dwie szko­lo­ne pa­nie bo­dy­gu­ard. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, że miał dużo „cia­ła” do „strze­że­nia”. Był też bo­ga­ty aż do tłu­stej, szy­der­czej obrzy­dli­wo­ści, aż do nie­psu­ją­cych się sztucz­nych or­ga­nów, do przy­stęp­nej ce­no­wo nie­śmier­tel­no­ści. Bez wąt­pie­nia zdo­był for­tu­nę sto­sun­ko­wo nie­daw­no i te­raz nie szczę­dził kosz­tów, aby po­ka­zać świa­tu, że źró­deł­ko uni­tów na jego kon­cie da­le­kie jest od wy­czer­pa­nia.

Od­nio­słem wra­że­nie, że gdzieś go wi­dzia­łem, ale rów­nie do­brze mo­głem się my­lić. Wszy­scy kre­zu­si od Shi­Ban wy­glą­da­ją tak samo. Tyl­ko za­zwy­czaj mają bar­dziej sko­śne oczy.

Tak­że jego ob­sta­wa – co w peł­ni za­re­je­stro­wa­łem do­pie­ro te­raz – nie skła­da­ła się ze zwy­kłych ko­biet, a z gib­ko zbu­do­wa­nych fe­mi­no­idów. Mój je­dy­ny Kon­takt wy­świe­tlał spe­cy­fi­ka­cje z ofi­cjal­ne­go sa­lo­nu – mo­de­le Car­bon X2-c z na­no­ru­rek wę­glo­wych – tuż obok okien­ka z sumą tak astro­no­micz­ną, że moż­na by za nią ku­pić te­le­skop Hub­ble’a.

Cho­ler­nie dro­gie fem­ki jak na ochro­nę ka­wał­ka szkła… Nie mia­łem jed­nak wąt­pli­wo­ści, że gdy­by ze­chcia­ły, mo­gły­by mnie za­bić jed­nym cio­sem. Gdy wle­cia­łem znie­nac­ka na re­flek­si­glas, bio­me­cha­nicz­na dłoń jed­nej z nich po­mknę­ła ku mo­jej szyi jak ostrze gi­lo­ty­ny i za­trzy­ma­ła się na cen­ty­metr przed grdy­ką. Gdy­bym za­cho­wał się agre­syw­niej albo no­sił za pa­zu­chą praw­dzi­wą broń, a nie tyl­ko pa­ra­li­za­tor, i gdy­by wy­kry­ły tego gna­ta pro­gra­mem ska­nu­ją­cym, pew­nie w tej chwi­li sma­ko­wał­bym po raz pierw­szy i ostat­ni w ży­ciu wła­snej zmiaż­dżo­nej krta­ni. Zresz­tą, w swo­ich czar­nych ża­kie­tach i lu­strza­nych oku­la­rach obie bo­dy­gu­ar­dzi­ce wy­glą­da­ły, jak­by wy­bie­ra­ły się na po­grzeb.

Ze­zu­jąc z nie­po­ko­jem na te smut­ne pa­nie – nie­po­cą­ce się w upa­le, nie­od­dy­cha­ją­ce – uchy­li­łem przed tłu­ścio­chem ka­pe­lu­sza.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam. Za­pa­trzy­łem się w od­czy­ty. – Unio­słem do góry nie­wiel­ki wy­kry­wacz zmon­to­wa­ny z ekra­nu palm­to­pa, trze­pacz­ki do ja­jek i pod­ze­spo­łów sta­re­go ra­dia. – Za­zwy­czaj nie wpa­dam tak na klien­tów.

I to aku­rat była świę­ta praw­da. W na­szym biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym z całą pew­no­ścią nie po­ty­ka­my się o in­te­re­san­tów. No, chy­ba żeby wziąć pod uwa­gę nie­koń­czą­cy się stru­mień zgło­szeń o za­gi­nio­nych, któ­rych „do­rwał w ciem­nej alej­ce Li­kwi­da­tor”. Tak jak­by nikt ni­g­dy nie ucie­kał, nie ukry­wał się i nie gu­bił w na­szym wie­lo­mi­liar­do­wym mo­lo­chu – w roz­cią­gnię­tym na cały kon­ty­nent Gi­ga­lo­po­lis!

Co jesz­cze? Może po­rwa­ła ich czar­na woł­ga? Albo za­dźga­ła ko­bie­ta z roz­cię­ty­mi usta­mi?

Dla­cze­go lu­dzie nie ro­zu­mie­ją naj­prost­szych słów? Prze­cież na­pi­sa­łem wy­raź­nie, w ogło­sze­niu w Pla­Ne­cie, na wi­zy­tów­ce i na drzwiach:

 

Val­ter Fin­go i Spół­ka

Biu­ro de­tek­ty­wi­stycz­ne spraw nie­moż­li­wych

 

Wła­śnie tak – nie­moż­li­wych. Trud­nych do wy­ja­śnie­nia. Oso­bli­wych. A nie „wy­so­ce praw­do­po­dob­nych”.

– Co to ma niby być? – za­py­tał fa­cet, przy­glą­da­jąc się urzą­dze­niu. – Czym pan do nas ce­lu­je?

– Krót­ko­fa­lo­wy wy­kry­wacz by­tów bio­me­cha­nicz­nych. Znaj­du­je struk­tu­ry ko­mór­ko­we w sil­nej bli­sko­ści z me­ta­licz­ny­mi po­przez re­zo­nans: cy­bor­gi, an­dro­idy, nie­któ­re więk­sze im­plan­ty. Śle­dzi­łem nim ko­to­ła­ka, ale pań­skie uro­cze ochro­niar­ki ra­czy­ły wejść mi w pole i od­czy­ty zbzi­ko­wa­ły. Stąd na­sza mała ko­li­zja. – Ukło­ni­łem się krót­ko. – Jesz­cze raz prze­pra­szam i ży­czę mi­łe­go dnia.

Zo­sta­wi­łem ich na pół­pię­trze i zbie­głem ni­żej. Na ekra­nie po­ja­wił się nie­wy­raź­ny od­czyt, dwa pię­tra pod nami. Spryt­na be­stia – po­bie­gła tam, gdzie nikt nie miesz­kał.

– Opa­ten­to­wał pan to cac­ko, pa­nie Fin­go? – usły­sza­łem za sobą. Ru­szy­li moim śla­dem, nie­pro­sze­ni; dwie robo-ko­bie­ty i ka­wał szkła mię­dzy nimi. – Po od­po­wied­nich prze­rób­kach to urzą­dze­nie mo­gło­by się oka­zać nie­oce­nio­ną po­mo­cą przy błę­dach te­le­por­ta­cji. Bud­ka wy­sy­ła­ją­ca wy­kry­wa­ła­by obec­ność cy­bor­ga i blo­ko­wa­ła trans­fer ato­mów. Ko­niec z przy­pad­ko­wą dez­in­te­gra­cją! Kor­po­ra­cja…

– Dział ba­daw­czo-roz­wo­jo­wy Kor­po­ra­cji Shi­Ban ma ty­sią­ce lep­szych pa­ten­tów po­ukry­wa­nych w taj­nych la­bo­ra­to­riach. To ustroj­stwo skle­cił mój teść, jest kimś w ro­dza­ju wy­na­laz­cy. Jest, był – po­pra­wi­łem się, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Cho­le­ra wie, gdzie go wy­wia­ło… Ten bu­dy­nek to jego warsz­tat.

Męż­czy­zna zmarsz­czył nos, roz­glą­da­jąc się na­oko­ło.

– Ta za­tę­chła dziu­ra warsz­ta­tem? Nie­do­koń­czo­ny blok miesz­kal­ny z wi­do­kiem na zło­mo­wi­sko?

– Zło­mo­wi­sko jest tu klu­czo­we, pa­nie Jak-Mu-Tam. Teść brał z nie­go za­pa­so­we czę­ści do swo­ich kon­struk­cji. Ge­nial­nych kon­struk­cji, któ­re, mimo że skle­co­ne ze śmie­ci, na­dal wy­bie­ga­ją na dzie­siąt­ki lat przed to, co są w sta­nie wy­du­mać wa­sze kor­po­ra­cyj­ne mó­zgi.

Rzu­ci­łem mu szy­der­cze spoj­rze­nie i z sa­tys­fak­cją za­uwa­ży­łem, że zro­bił się czer­wień­szy od mar­sjań­skie­go grun­tu.

– A te­raz na­praw­dę prze­pra­szam, je­stem ździeb­ko za­ję­ty. Mu­szę zła­pać tego ko­to­ła­ka, mamy umó­wio­ną wi­zy­tę u wet-me­cha i na­praw­dę nie mam cza­su na wa­sze no­wo­bo­gac­kie pro­ble­mi­ki. Wróć­cie póź­niej.

Tłu­ścioch grzmot­nął pię­ścią w coś po dru­giej stro­nie ma­gicz­ne­go lu­stra.

– Co ta­kie­go?! Co ma zna­czyć „póź­niej”?!

– W wy­mia­rze cza­su in­nym niż „te­raz”. Za dwa-trzy dni? – za­pro­po­no­wa­łem, ce­lu­jąc z trze­pacz­ki do ścian. – Mie­sią­ce?

– Czy pan zda­je so­bie spra­wę, do kogo pan mówi, pa­nie Fin­go? – wtrą­ci­ła Zło­to­usta. – To jest pan Sumi La­stövlar, CEO spół­ki B-Link, wła­ści­ciel wszyst­kich pu­blicz­nych te­le­por­tów w Gi­ga­lo­po­lis.

To za­cie­ka­wi­ło mnie na tyle, że w koń­cu przy­sta­ną­łem.

Jak wam z pew­no­ścią wia­do­mo, spół­ka B-Link to in­te­gral­na część Kor­po­ra­cji Shin­ra­ban­shou – luź­ne­go zlep­ku biz­ne­sów mniej­szych i więk­szych, zgro­ma­dzo­nych pod wspól­ną egi­dą na­szych dża­pań­skich „przy­ja­ciół”. Każ­dy zna B-Link, bo nie­mal każ­dy choć raz w ży­ciu ko­rzy­stał z te­le­por­ta­cji. Per­spek­ty­wa jest zbyt ku­szą­ca. Wy­star­czy wsz­cze­pio­na w pa­lec in­fo­cząst­ka po­sia­da­ją­ca in­for­ma­cje na te­mat tego, jak roz­kła­dać i skła­dać cia­ło po­dróż­ni­ka i w ułam­ku se­kun­dy moż­na prze­nieść się do zu­peł­nie in­nej czę­ści glo­bu; w gra­ni­cach roz­sąd­ku, rzecz ja­sna. Wcho­dzisz do ka­bi­ny wy­sy­ła­ją­cej, wy­bie­rasz miej­sce do­ce­lo­we, roz­pa­dasz się na wstę­gę ato­mów, mru­gasz… i na­gle je­steś set­ki ki­lo­me­trów da­lej, w od­le­głej ka­bi­nie od­bior­czej, a wszyst­ko to za mar­ne kil­ka­dzie­siąt uni­tów. Nie na dar­mo wy­na­laz­ca tej me­to­dy, Fio­dor Ni­ko­ła­je­wicz Ne­mor, otrzy­mał No­bla z fi­zy­ki. To była jed­na z tych ge­nial­nych tech­no­lo­gii, któ­re na za­wsze zmie­ni­ły świat.

A te­raz jej naj­głęb­sze, pa­ten­to­wa­ne se­kre­ty spo­czy­wa­ły w pa­lu­chach męż­czy­zny przede mną. Mul­ti­mi­liar­de­ra, któ­ry z ja­kiejś przy­czy­ny po­sta­no­wił od­wie­dzić bied­ne­go de­tek­ty­wa Val­te­ra Fin­go w jego pro­wi­zo­rycz­nym biu­rze; w za­po­mnia­nej dziel­ni­cy Giga, w któ­rej uli­ce nie mają nazw, a wszyst­kie za­uł­ki są śle­pe. Od­wie­dzić nie­mal oso­bi­ście…

Drgną­łem. Coś, co od po­cząt­ku ko­ła­ta­ło mi się w gło­wie, wresz­cie prze­bi­ło się pię­ścią do świa­do­mo­ści. Mój umysł – po­zba­wio­ny sty­mu­la­cji, zmę­czo­ny upa­łem – sam roz­po­czął ciąg de­duk­cji.

– Sumi La­stövlar – po­wtó­rzy­łem jego na­zwi­sko. – Tak, te­raz już ko­ja­rzę. Pań­ska ro­dzi­na uprze­dzi­ła Ne­mo­ra w pra­wach do pa­ten­tu na te­le­por­ter, ba­zu­jąc na jego wcze­snych od­kry­ciach… Z po­cząt­ku wy­glą­dał mi pan na nu­wo­ry­sza. Ko­goś, kto musi ob­no­sić się ze swo­im bo­gac­twem, bo wciąż jest go nie­pew­ny. Ale tu cho­dzi o coś in­ne­go, praw­da? Pań­ski gar­ni­tur jest sto­sun­ko­wo nowy, nie­zno­szo­ny; ma w so­bie sztyw­ność ma­te­ria­łu, któ­ry nie zdą­żył się ule­żeć. To samo holo-kra­wat: są­dząc po logo pro­jek­tan­ta, naj­now­sza pa­ry­ska ko­lek­cja. Nowy strój dla no­we­go czło­wie­ka… No i nie mo­że­my za­po­mnieć o pa­rze naj­droż­szych fe­mi­no­idów. – Zmie­rzy­łem je obie wzro­kiem. – Zbęd­ny nad­miar. Jed­na z tych fe­mek po­ra­dzi­ła­by so­bie z tłu­mem za­ma­chow­ców i zdą­ży­ła jesz­cze, w mię­dzy­cza­sie, zbi­lan­so­wać panu kon­to. Ale dwie, jak wia­do­mo, ro­bią lep­sze wra­że­nie. A to jest tu naj­waż­niej­sze, jak mnie­mam. Wra­że­nie. Dla­te­go re­agu­je pan tak cho­le­rycz­nie. Dla­te­go pró­bu­je pan krzy­kiem usta­lić po­zy­cję, spro­wa­dzić mnie na swo­je miej­sce. To ja­sna ozna­ka nie­pew­no­ści. Czło­wiek, któ­ry wie, że ma wła­dzę nad in­nym, re­agu­je chłod­no i z opa­no­wa­niem. Kon­klu­zja: zdo­był pan po­zy­cję CEO nie­daw­no i wciąż wal­czy pan, aby zo­stać uzna­nym za ko­goś waż­ne­go, li­czą­ce­go się w świe­cie biz­ne­su. Czy nie mam ra­cji?

La­stövlar za­ci­snął usta w wą­ską li­nię, wy­raź­nie po­iry­to­wa­ny. Mimo to w jego oczach po­ja­wi­ła się na­miast­ka sza­cun­ku.

– Do­brze się pan bawi, pa­nie Fin­go? Co to mia­ło być, dar­mo­wa prób­ka pań­skich zdol­no­ści de­duk­cyj­nych? Au­to­re­kla­ma?

Uśmiech­ną­łem się krzy­wo.

– Je­śli już to an­ty­re­kla­ma. Bo po­mi­mo wszyst­kie­go, co wła­śnie po­wie­dzia­łem, wciąż nie po­tra­fię wy­de­du­ko­wać, dla­cze­go za­ry­zy­ko­wał pan po­dróż tu­taj, na samo dno cy­wi­li­za­cji. Mia­łem już kil­ko­ro klien­tów z wyż­szych sfer i do­brze ro­zu­miem za­mysł. Ła­twiej wam na gó­rze ła­ska­wie zstą­pić tu­taj, na nasz ziem­ski łez pa­dół, niż nam z mo­zo­łem piąć się po ścia­nie Olim­pu do wa­szych pod­nieb­nych ga­bi­ne­tów. Ale pan? W tej nie­ugrun­to­wa­nej po­zy­cji? Wy­star­czy je­den dron pa­pa­raz­zi i me­dia zro­bią so­bie z pana po­śmie­wi­sko. Więc py­tam: co robi w moim biu­rze Sumi La­stövlar, świe­żo upie­czo­ny CEO B-Link?

Dwój­ka fe­mi­no­idów wy­mie­ni­ła szyb­kie spoj­rze­nia – na­praw­dę szyb­kie, trwa­ją­ce może ćwierć se­kun­dy.

– Wy­glą­da pan na au­ten­tycz­nie zdu­mio­ne­go na­szą obec­no­ścią, pa­nie Fin­go – po­wie­dzia­ła Zło­to­usta. – Roz­ma­wia­li­śmy prze­cież wczo­raj przez Ścia­nę, nie pa­mię­ta pan? Był pan w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, ale przy­się­gał, że rano bę­dzie, cy­tu­ję, „jak nowy czło­wiek”.

– Na­praw­dę? – Po­dra­pa­łem się po gło­wie. – Hm, to nie brzmi jak coś, co bym po­wie­dział…

– Za­rę­czam, że tak wła­śnie było, sir. Śpie­wał pan na ka­ra­oke I Want An Alien Girl.

– Nie­praw­do­po­dob­ne!

– Też tak uwa­żam – wtrą­cił La­stövlar z prych­nię­ciem.

– Prze­cież I Want An Alien Girl to duet.

Bio­lo­gicz­na masa na twa­rzy bo­dy­gu­ar­dzi­cy za­sty­gła w wy­ra­zie za­kło­po­ta­nia.

– Ależ… śpie­wał pan w du­ecie, sir. Ze swo­im bar­kiem.

– Ach. – W moim umy­śle bły­snę­ło zro­zu­mie­nie. – Oczy­wi­ście. Więc tak, by­łem pi­ja­ny.

Wczo­raj­szy wie­czór wień­czył pięć­dzie­sią­tą zar­chi­wi­zo­wa­ną spra­wę „ta­jem­ni­cze­go” znik­nię­cia; pięć­dzie­sią­tą oso­bę, któ­ra za­po­dzia­ła się gdzieś w dro­dze do pra­cy, z pra­cy, na za­ku­py, na rand­kę, na umó­wio­ną im­plan­ta­cję, na urlop, a na­wet (dość nie­sa­mo­wi­cie) do ko­lo­nii na Księ­ży­cu. Lu­dzie zni­ka­li, jak­by Cy­ber-Je­zus po­ry­wał ich do cy­fro­we­go raju. E. Mi­gu­el Stroń­ski, lat 17, pro­gra­mi­sta ad­bo­tów z Po­zna­nia. Asso Ken Ando, lat 63, pod­sta­rza­ły sa­ra­rīman z Leu­ven. La­vra O’Don­nell, lat 29, wzię­ta awa­tar­nicz­ka z Se­wil­li. Mło­dzi i sta­rzy, ar­ty­ści i urzęd­ni­cy, ko­bie­ty i męż­czyź­ni – zni­ka­li wszy­scy. Pe­łen prze­krój spo­łe­czeń­stwa, żad­ne­go po­wią­za­nia. A ja mo­głem tyl­ko pod­su­wać zle­ce­nio­daw­com sta­ty­sty­ki za­gi­nięć, chrzą­kać zna­czą­co i wzru­szać ra­mio­na­mi, przez cały czas prze­kli­na­jąc chwi­lę, w któ­rej po­sta­no­wi­łem opu­bli­ko­wać w Pla­Ne­cie re­kla­mę na­sze­go biu­ra.

„To tyl­ko ja­kiś wyż, ku­mu­la­cja. Nie, je­stem prze­ko­na­ny, że nie zjadł jej Qu­ac­ker”.

„Wi­dzi pani ten słu­pek? O, tu? Lu­dzie zni­ka­ją tak w Giga od kil­ku­na­stu lat. To na pew­no nie Li­kwi­da­tor. Prę­dzej za­bor­cza ko­chan­ka… Nie, nie, żar­to­wa­łem, pro­szę nie pła­kać!”.

Nie­wie­le wię­cej mo­głem po­ra­dzić bez tech­ni­ka, ha­ke­ra czy ana­li­ty­ka. Roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­li­śmy w biu­rze ko­goś, kto mógł­by prze­ska­no­wać miej­skie holo-ka­me­ry pod ką­tem pro­fi­lów za­gi­nio­nych. A zresz­tą, prze­cież do­kład­nie to samo ro­bi­ła Eu­ro­po­li­cja i ja­kie były tego efek­ty?

Ci­sza w ete­rze. Dzie­siąt­ki tro­pów urwa­nych w pół kro­ku…

Moja asy­stent­ka, Luka, uda­ła się spraw­dzić dro­gą an­kie­ty, czy mo­gli być w to wszyst­ko za­mie­sza­ni ko­smi­ci, ja zaś, żeby za­jąć umysł czym­kol­wiek, po­sta­no­wi­łem roz­pra­co­wać naj­bar­dziej iry­tu­ją­cy z wy­na­laz­ków mo­je­go te­ścia. Był to w peł­ni wy­po­sa­żo­ny au­to­ba­rek, zdol­ny przy­go­to­wać po­nad ty­siąc naj­po­pu­lar­niej­szych drin­ków i kok­taj­li, ob­da­rzo­ny jed­nak oso­bo­wo­ścią pru­de­ryj­ne­go abs­ty­nen­ta. Prze­ko­na­nie tego ro­bo­tycz­ne­go mo­ra­li­sty, żeby przy­go­to­wał mi zwy­kłe mar­ti­ni z lo­dem, przy­po­mi­na­ło po­je­dy­nek mi­strza sza­cho­we­go z kom­pu­te­rem Deep Blue, jesz­cze na po­cząt­kach cy­fry­za­cji. Na każ­dy ar­gu­ment miał kontr­ar­gu­ment, na każ­dą groź­bę – cię­tą ri­po­stę. Gdy już-już wy­da­wa­ło się, że za­raz weź­mie się do kru­sze­nia lodu i od­krę­ci ten swój prze­klę­ty sha­ker, od­sta­wiał na­gle słow­ną ro­sza­dę i zwie­rał sze­re­gi bu­te­lek. Po ja­kimś cza­sie nie cho­dzi­ło już na­wet o to, żeby na­pić się mar­ti­ni – czort z tym, i tak wolę szkoc­ką. Cho­dzi­ło o za­sa­dy.

Do­pie­ro po trze­ciej w nocy uda­ło mi się za­pę­dzić go w lo­gicz­ną pu­łap­kę. Wy­ja­śni­łem mu, że każ­da de­cy­zja, któ­rą po­dej­mu­je­my w ży­ciu, roz­sz­cze­pia wszech­świat na dwo­je i co naj­mniej w jed­nej wer­sji rze­czy­wi­sto­ści ba­rek wy­ko­nu­je swo­je obo­wiąz­ki, więc rów­nie do­brze w tej wer­sji mógł­by ich nie wy­ko­ny­wać i nie po­zba­wiać dru­gie­go sie­bie przy­jem­no­ści. Pro­blem w tym, że gdy tyl­ko po­lał się pierw­szy drink, sam rów­nież wpa­dłem w pu­łap­kę. Kie­li­szek za kie­lisz­kiem, pio­sen­ka za pio­sen­ką, gu­bi­łem bo­wiem co­raz wię­cej frag­men­tów wie­czo­ru – w tym to, jak do­kład­nie brzmiał mój zwy­cię­ski ar­gu­ment, tak że nad ra­nem ba­rek nie na­lał mi na­wet kli­na.

A te­raz oka­za­ło się, że w mię­dzy­cza­sie roz­ma­wia­łem jesz­cze o śledz­twie.

Na co, do li­cha, zgo­dził się Pi­ja­ny Fin­go? – roz­my­śla­łem pa­nicz­nie, po­cąc się jesz­cze ob­fi­ciej niż w trak­cie po­ści­gu. – Co na­obie­cy­wał tym szy­chom z Shi­Ban? Re­zul­ta­ty w cią­gu go­dzi­ny? Do­wóz mor­der­cy dodomu? Pew­nie jesz­cze wziął za­da­tek, pa­so­żyt je­den, żeby mieć za co sza­leć na ser­we­rach Ka­Ching Chi­na!

Nie­ste­ty, spraw­dze­nie „czar­nej skrzyn­ki” było nie­moż­li­we. Za­mon­to­wa­ny w ka­pe­lu­szu neu­ro­prze­kaź­nik, dzię­ki któ­re­mu mo­że­cie czy­tać te sło­wa, re­je­stru­je za­zwy­czaj każ­dą moją myśl – wy­star­czy for­mu­ło­wać zda­nia w od­po­wied­ni spo­sób. Ale już daw­no temu wzią­łem so­bie za punkt ho­no­ru, żeby nie pro­wa­dzić nar­ra­cji po pi­ja­ku. Za dużo wy­gma­twa­nych po­ra­żeń. Tfu! – to zna­czy: po­gma­twa­nych wy­ra­żeń.

Zle­ce­nie od sze­fa B-Link, jed­nej z naj­więk­szych spół­ek Kor­po­ra­cji… oj, to nie mo­gło być nic do­bre­go.

Od­mó­wić – po­sta­no­wi­łem. – To je­dy­ne wyj­ście. Wy­mi­gać się. Od­wró­cić kota ogo­nem.

– A za­tem wy­ko­rzy­sta­li­ście mój kru­chy stan, żeby wy­mu­sić garść obiet­nic – zmi­ty­go­wa­łem, ru­sza­jąc po­now­nie za od­czy­ta­mi wy­kry­wa­cza. – Co z tego? Jak mó­wią Ja­poń­czy­cy: w pierw­szej ko­lej­ce czło­wiek pije sake, w dru­giej sake pije sake, w trze­ciej sake pije czło­wie­ka.

– Żad­na sake nie obie­ca­ła za­jąć się na­szą spra­wą – za­uwa­ży­ła fem­ka ze sto­ic­kim spo­ko­jem – tyl­ko pan.

– Wi­dać, że dla pani al­ko­hol to tyl­ko coś, czym czy­ści się pod­ze­spo­ły. Pro­szę zro­zu­mieć, ja nie mogę przyj­mo­wać zle­ceń w ciem­no i po pi­ja­ku. Bio­rę wy­łącz­nie ta­kie spra­wy, w któ­rych jest szan­sa na in­ge­ren­cję ko­smi­tów. Ta­jem­ni­cze świa­tła i la­ta­ją­ce spodki. Spra­wy nie­moż­li­we, to mnie in­te­re­su­je. Nie jako dzi­wac­two, mam swo­je po­wo­dy.

La­stövlar prych­nął jak ze­psu­ta dy­sza ra­kie­to­wa. Te­raz, kie­dy odar­łem go już ze złu­dzeń i fa­sad, nie za­mie­rzał dać się tak ła­two zi­gno­ro­wać.

– Prze­cież wi­dać, że i tak nie ma pan nic do ro­bo­ty. Ści­ga pan koty, do dia­ska!

– Cze­go się pan na­oglą­dał? My­śli pan, że jak pry­wat­ny śled­czy nie ma żad­nej spra­wy, to cze­pia się szu­ka­nia za­gi­nio­nych zwier­zacz­ków? Psi de­tek­tyw Val­ter Fin­go?

– A nie jest tak?

– Może tro­chę – przy­zna­łem nie­chęt­nie, z ulgą skrę­ca­jąc w cień. – Ale to aku­rat kot mo­jej asy­stent­ki. Trze­ba go za­brać do wet-me­cha, całą noc skrze­czał z bólu, że spać się nie dało. Dla­te­go mu­sia­łem się na­pić. Mię­dzy in­ny­mi – do­da­łem pod no­sem.

Przy­spie­szy­łem kro­ku. Sier­ściuch był już cał­kiem bli­sko. Zie­lo­na kro­pecz­ka na ekra­nie po­więk­szy­ła się i za­mru­ga­ła in­ten­syw­niej.

– To bez zna­cze­nia, pa­nie Fin­go. Na­wet je­śli do­stał pan zle­ce­nie od sa­me­go księ­cia Mo­na­ko, że za­gi­nął jego naj­droż­szy klon bon­sai, i tak musi je pan prze­ło­żyć na póź­niej. Pod­pi­sa­li­śmy umo­wę, nie może się pan wy­krę­cić.

Sta­ną­łem jak wry­ty.

– Umo­wę?!

O nie, po­wiedz­cie mi, że tego nie…

Sil­no­rę­ka prze­ka­za­ła re­flek­si­glas w dło­nie ko­le­żan­ki, po czym wrę­czy­ła mi wy­druk, któ­ry nie wia­do­mo skąd po­ja­wił się w jej bio­me­cha­nicz­nych pal­cach.

– Tyl­ko pro­szę trzy­mać ją przy so­bie i nie zgu­bić – prze­strze­gła Zło­to­usta z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem nu­mer trzy. – Bez niej nie wy­pła­ci­my panu staw­ki.

Spoj­rza­łem wzdłuż punk­tów, wa­run­ków i pod­pa­ra­gra­fów na stop­kę la­mi­no­wa­ne­go do­ku­men­tu. Tak, zło­żo­ny przez Ścia­nę e-pod­pis bez wąt­pie­nia na­le­żał do mnie. To zna­czy, de fac­tona­le­żał do Pi­ja­ne­go Fin­go, do Wczo­raj­sze­go Val­te­ra. Jed­nak praw­nie, jak na nie­szczę­ście, on i ja by­li­śmy jed­ną i tą samą oso­bą. Opi­ty sku­ba­niec znał mnie aż za do­brze. Wie­dział, że będę pró­bo­wał wszel­kich moż­li­wych wy­bie­gów i za­blo­ko­wał mi je­dy­ną dro­gę uciecz­ki. Nie miał na­wet na tyle przy­zwo­ito­ści, żeby pod­pi­sać się zmy­ślo­nym na­zwi­skiem! Co za skoń­czo­ny du­pek.

Za­ci­sną­łem usta. Wy­obra­zi­łem so­bie, jak to mu­sia­ło wy­glą­dać. Wet-mech prze­słał mi ska­ny tego prze­klę­te­go sier­ściu­cha z za­zna­czo­ną na czer­wo­no cho­rą wą­tro­bą i umiesz­czo­ną pod spodem ceną za­bie­gu (wy­mia­na ole­ju i my­cie Na­no­Czy­ści­kiem gra­tis). Ża­li­łem się wła­śnie au­to­bar­ko­wi, jak ja za to wszyst­ko za­pła­cę i wte­dy wła­śnie za­dzwo­ni­li oni: zde­spe­ro­wa­ni, dzia­ni i w po­trze­bie. In­ny­mi sło­wy, jak­by mi z nie­ba spa­dli. Tak przy­naj­mniej mu­siał po­my­śleć Pi­ja­ny Fin­go. Róż­ni tacy z nie­ba spa­da­ją i nie za­wsze wy­ni­ka z tego coś do­bre­go.

No to się zgo­dził, cho­ler­nik je­den. Za­licz­ka jest za­licz­ką. Gdy­by ka­za­li mu zna­leźć mor­der­cę Ken­ne­dy’ego, tań­cząc przez całe śledz­two ka­dry­la, pew­nie też by przy­jął spra­wę, z po­ca­ło­wa­niem ręki i z miej­sca za­czął od­li­czać me­trum.

Z wes­tchnie­niem zło­ży­łem kon­trakt na czwo­ro i wsu­ną­łem go do kie­sze­ni płasz­cza. Mó­wi­ła, żeby tego nie zgu­bić.

– Czy­li nie od­pu­ści­cie, co? – mruk­ną­łem z re­zy­gna­cją. – Prze­klę­te pa­pier­ki… Mogę przy­naj­mniej wie­dzieć, na co się zgo­dzi­łem? Bo wąt­pię, że mia­łem wczo­raj czas na przej­rze­nie wszyst­kich wa­run­ków w środ­ku po­pi­so­we­go du­etu.

– Na­tu­ral­nie. Moje asy­stent­ki i tak mó­wi­ły wy­łącz­nie w ogól­ni­kach. Klau­zu­la po­uf­no­ści i te spra­wy. – La­stövlar ski­nął wład­czo dło­nią. – Puść­cie panu Fin­go na­gra­nie. Tyl­ko nie na moim szkle.

Przy drzwiach do cią­gną­cych się rzę­dem pu­stych miesz­kań znaj­do­wa­ły się nie­wiel­kie kwa­dra­to­we płyt­ki re­flek­si­gla­su, słu­żą­ce nie­gdyś za wi­de­odo­mo­fo­ny. Sil­no­rę­ka zbli­ży­ła się do jed­ne­go z nich. Jej pa­lec wska­zu­ją­cy wsu­nął się do gniaz­da wej­ścio­we­go jako złą­cze li­ght-spe­ed USB, prze­mie­nia­jąc ją w ludz­kiej wiel­ko­ści dysk ze­wnętrz­ny. Ekra­nik bły­snął i po­ja­wi­ła się na nim twarz.

Wzdry­gną­łem się. Przez krót­ką chwi­lę wy­glą­da­ło to tak, jak­by miesz­ka­nie nie było opusz­czo­ne, a ro­ze­źlo­ny wła­ści­ciel pod­szedł zo­ba­czyć, przy­ty­ka­jąc śle­pie do ka­me­ry, co to za de­li­kwen­ci wy­sta­ją mu pod drzwia­mi. Ale ja zna­łem praw­dę. W ca­łym bu­dyn­ku, łącz­nie ze mną, miesz­ka­ło na sta­łe może pięć-sześć osób i żad­ne z nich na tym pię­trze. A już z całą pew­no­ścią nie wi­dzia­łem tu ni­g­dy chu­de­go dzi­wa­ka o wy­łu­pia­stych ga­łach z wiel­kim, kłę­bia­stym sat-fro na gło­wie. Fa­cet był tyl­ko wid­mem. Du­chem za­klę­tym w bity i pik­se­le, przy­wo­ła­nym tu z cy­fro­wej prze­cho­wal­ni.

– Juk­ka Ka­plan Ju­nior, lat dwa­dzie­ścia dwa – oznaj­mi­ła Zło­to­usta, sczy­tu­jąc dane z fol­de­ru, któ­ry mia­ła pod czasz­ką. Męż­czy­zna na ekra­nie mó­wił coś do ka­me­ry, ale fo­nia po­zo­sta­wa­ła wy­łą­czo­na. – Roz­po­zna­ny po pro­fi­lu bio­me­trycz­nym i sko­ja­rzo­ny z kar­to­te­ką Eu­ro­po­li­cji. Za­trzy­ma­ny czte­ro­krot­nie w cią­gu ostat­nich sze­ściu lat za za­kłó­ca­nie po­rząd­ku pu­blicz­ne­go, pro­te­sty na tle po­li­tycz­nym oraz po­dej­rze­nia dzia­łal­no­ści wy­wro­to­wej skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko Shi­Ban. Za każ­dym ra­zem wy­pusz­czo­ny za kau­cją. Wczo­raj, oko­ło go­dzi­ny 09:30 cza­su Gre­en­wich, wsta­wił do Pla­Ne­tu ma­te­riał wi­deo, umiesz­cza­jąc go na głów­nej stro­nie mapy ko­mu­ni­ka­cyj­nej B-Link. Po­łą­cze­nie prze­kie­ro­wa­no przez dużą licz­bę wir­tu­al­nych ter­mi­na­li, otwar­tych je­den we­wnątrz dru­gie­go jak ma­triosz­ki, każ­dy za­szy­fro­wa­ny na inny spo­sób. Neu­ro Ka­pla­na jest za­re­je­stro­wa­ne w Na­tu­ra­li­cji, ale z przy­czyn oczy­wi­stych ni­ko­mu nie uda­ło się na­mie­rzyć jego lo­ka­cji.

Po­ki­wa­łem gło­wą. „Oczy­wi­stą przy­czy­ną” było jego sat-fro – coś w ro­dza­ju trwa­łej on­du­la­cji po­skrę­ca­nej do spół­ki z cien­ki­mi dru­ci­ka­mi, blasz­ka­mi i zwit­ka­mi alu­mi­nio­wej fo­lii, któ­re mia­ły za za­da­nie blo­ko­wać sy­gna­ły ra­dio­we do neu­ro­prze­kaź­ni­ków i chi­pów lo­ka­li­za­cyj­nych. Sat-fro no­szą za­zwy­czaj albo skoń­cze­ni neu­ro­ty­cy, albo za­twar­dzia­li kry­mi­na­li­ści, któ­rzy nie chcą, żeby or­ga­ny rzą­dzą­ce kon­tro­lo­wa­ły każ­dy ich ruch. Za­my­ka­ją się więc w pro­wi­zo­rycz­nej klat­ce Fa­ra­daya, in­sta­lu­ją neu­ro­apli­ka­cje szy­fru­ją­ce i ta­kie, któ­re roz­pra­sza­ją sy­gna­ły, a po­tem kro­czą przez świat, nie­wi­docz­ni dla sa­te­li­tów, jako lu­dzie-wid­mo, cho­ciaż dla wszyst­kich in­nych wy­glą­da­ją jak wło­cha­te kule dys­ko­te­ko­we. Quid pro quo. Nie po­łą­czysz się z Pla­Ne­tem, żeby spraw­dzić pro­gno­zy Kon­tro­li Po­go­dy czy za­mó­wić Au­to­Au­to, ale przy­naj­mniej nikt cię nie wy­śle­dzi.

W Juk­ce Ka­pla­nie do­strze­ga­łem cie­nie obu tych ka­te­go­rii: tech­no­pa­ra­no­ika i prze­stęp­cy. Ja­sne, roz­bie­ga­ne oczy zdra­dza­ły głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ną ner­wo­wość, ale kry­ła się w nich rów­nież de­ter­mi­na­cja – hart du­cha, nie­moż­li­wy do osią­gnię­cia po­przez wiecz­ny kon­for­mizm i przy­ta­ki­wa­nie Kor­po­ra­cji. Miał od­wa­gę po­wie­dzieć „Nie”, ale jed­no­cze­śnie bał się gnie­wu bo­gów, któ­rym się sprze­ci­wił; bo­gów, któ­rzy wie­dzie­li wszyst­ko o wszyst­kich i któ­rzy w każ­dej chwi­li mo­gli ci­snąć pio­ru­nem w twój naj­czul­szy punkt.

– Więc to ja­kiś ak­ty­wi­sta po­li­tycz­ny, któ­ry na­grał gniew­ny fil­mik, tak? – za­py­ta­łem, uda­jąc znu­dze­nie. – Co ta­kie­go zro­bił, na­rze­kał na ceny bi­le­tów mie­sięcz­nych? Do­ma­gał się zniż­ki dla wy­wro­tow­ców?

– Cier­pli­wo­ści, pa­nie Fin­go. Pro­szę oglą­dać.

Ka­plan skoń­czył wresz­cie mó­wić i od­su­nął się od obiek­ty­wu, sze­ro­kim ge­stem pre­zen­tu­jąc wnę­trze za nim. Wy­glą­da­ło na sta­ry ma­ga­zyn bu­dow­la­ny, nie­zau­to­ma­ty­zo­wa­ny, za­wa­lo­ny pla­sti­ko­wy­mi skrzy­nia­mi i ster­ta­mi zło­mu. Ostre słoń­ce, zdol­ne upra­żyć żwir na po­pcorn, prze­świe­ca­ło przez otwo­ry pod su­fi­tem, kła­dąc dłu­gie cie­nie bu­dyn­ków na brud­ne okna, niby pal­ce ol­brzy­ma się­ga­ją­ce do środ­ka.

A tam, gdzie koń­czy­ły się cie­nie, w plą­ta­ni­nie ka­bli rów­nie wy­myśl­nej co fry­zu­ra Ka­pla­na, sta­ło cy­lin­drycz­ne urzą­dze­nie, wyż­sze o parę dło­ni od prze­cięt­ne­go czło­wie­ka, ze­spo­lo­ne z po­je­dyn­czą kon­so­le­tą. Wy­glą­da­ło pro­wi­zo­rycz­nie, jak je­den z wy­na­laz­ków mo­je­go te­ścia, skle­co­ne z tego, co było pod ręką. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do więk­szo­ści two­rów sza­lo­ne­go wy­na­laz­cy, nie mia­łem żad­nych wąt­pli­wo­ści, do cze­go słu­ży­ło.

– Te­le­por­ter – po­wie­dzia­łem wol­no, przy­kła­da­jąc dłoń do re­flek­si­gla­su. – Naj­praw­dziw­szy te­le­por­ter, bez ozdob­ni­ków, pla­sti­ku, neo­nów, bez kor­po­ra­cyj­nych do­dat­ków. Cha­łup­ni­czy ak­ce­le­ra­tor Trans­mat…

– Na któ­ry my mamy pa­tent – do­koń­czył La­stövlar, trzę­sąc pod­bród­ka­mi. – Ta kon­struk­cja to wy­raź­ne na­ru­sze­nie wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej B-Link, nie wspo­mi­na­jąc już o za­gro­że­niu zdro­wia i ży­cia dla…

– Nie – wsze­dłem mu w sło­wo.

– Nie, pa­nie Fin­go?!

– Nie może wam o to cho­dzić. – Po­stu­ka­łem w ekran koń­ców­ką wy­kry­wa­cza. – To po­je­dyn­cza bud­ka te­le­por­ta­cyj­na. Ka­bi­na od­bior­cza. Niech mi pan z ła­ski swo­jej nie my­dli oczu, pa­nie La­stövlar. – Spoj­rza­łem mu w cy­fro­wo prze­two­rzo­ną, na­la­ną twarz. – Co ten czło­wiek może zro­bić z samą ka­bi­ną od­bior­czą? Pod­łą­czyć się pod sieć B-Link jako bocz­ni­ca? Fakt, to nie­głu­pie, gdy­by ucie­kał przed po­li­cją, mógł­by znik­nąć z ra­da­ru, nie­śle­dzo­ny żad­nym ofi­cjal­nym ka­na­łem. Wska­ku­je do ka­bi­ny i pyk! – w ułam­ku se­kun­dy jest już w bez­piecz­nej kry­jów­ce. Ale to jesz­cze nie po­wód, żeby CEO Sumi La­stövlar szu­kał po­mo­cy pry­wat­nych de­tek­ty­wów. Ile razy mam to po­wta­rzać? Musi być po­wód, dla któ­re­go nie sie­dzi pan te­raz w kli­ma­ty­zo­wa­nej sali Ko­men­dy Głów­nej Eu­ro­po­li­cji w Ha­dze, po­pi­ja­jąc stu­let­nią bran­dy z ja­kimś wy­so­ko po­sta­wio­nym su­per­gli­ną. Musi być po­wód, dla któ­re­go pu­ści­li­ście mi film bez dźwię­ku. I chciał­bym po­znać ten po­wód, za­nim przez pana wpa­ku­ję się w ja­kieś prze­raź­li­we ba­gno.

La­stövlar za­ło­żył ra­mio­na na wie­lo­ry­biej pier­si.

– Pań­ski kon­trakt, pa­nie Fin­go…

– Obej­mu­je wy­ko­na­nie bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­ne­go zle­ce­nia w ter­mi­nie do czter­dzie­stu ośmiu go­dzin. Kto wie, ile cza­su zaj­mie na­mie­rze­nie wy­wro­tow­ca z sat-fro? Ty­dzień? Mie­siąc? Mój kon­trakt był­by nie­waż­ny i nie do­stał­bym peł­nej sumy. Och, jaka szko­da…

CEO wpa­try­wał się we mnie, nie mó­wiąc nic, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji. Je­śli to­czy­ła się w nim ja­kaś wal­ka, nie dał tego po so­bie po­znać.

– No cóż. – Od­wró­ci­łem się do nie­go ple­ca­mi. – Sko­ro od­ma­wia­cie współ­pra­cy, rów­nie do­brze mogę iść i prze­ba­lo­wać za­licz­kę. Dzię­ki za for­sę i po­le­cam się na przy­szłość. Pa, pa.

Za­ci­ska­jąc ukrad­kiem kciu­ki, od­da­li­łem się od ich ma­łe­go cen­trum mul­ti­me­dial­ne­go i przy­kuc­ną­łem o czte­ry drzwi da­lej. W pły­cie za­mon­to­wa­no tu sta­ro­mod­ną klap­kę dla zwie­rząt, na któ­rej osia­dło kil­ka sztyw­nych, na­elek­try­zo­wa­nych wło­sków. Unio­słem wy­kry­wacz: od­czy­ty za­mi­go­ta­ły jak stro­bo­skop. Pod­wi­ną­łem rę­kaw, się­gną­łem do środ­ka i…

– Kirk Qu­ac­ker, pa­nie Fin­go.

… chwy­ci­łem ko­to­ła­ka za ogon!

Na­szpi­ko­wa­ny że­la­stwem sier­ściuch sza­mo­tał się i dra­pał, gdy wy­cią­ga­łem go za pęk ka­bli z po­wro­tem na ko­ry­tarz. Le­d­wie re­je­stro­wa­łem jego trza­ski, pi­ski i prze­gry­wa­ne z fil­mów ak­cji prze­kleń­stwa. Rzu­co­ne z re­zy­gna­cją sło­wa La­stövla­ra obu­dzi­ły ciąg sko­ja­rzeń w moim umy­śle:

Kirk Qu­ac­ker – aresz­to­wa­ny ak­ty­wi­sta.

Kirk Qu­ac­ker – me­ga­miej­ski pro­rok.

Kirk Qu­ac­ker – wróg pu­blicz­ny nu­mer je­den.

Każ­dy sły­szał o Kir­ku Qu­ac­ke­rze. O „czło­wie­ku, któ­ry znik­nął”. To ten fa­cet z hi­sto­ryj­ki z mo­ra­łem, któ­rym w dzie­ciń­stwie stra­szy­li was ro­dzi­ce. Zły du­szek mie­sza­ją­cy w trans­fe­rze ato­mów. „Stój pro­sto i nie wy­głu­piaj się w te­le­por­cie, bo wcią­gnie cię Qu­ac­ker!”. Cała pięć­dzie­siąt­ka za­gi­nio­nych z mo­je­go ar­chi­wum mo­gła się od nie­go uczyć, jak za­pa­dać się pod zie­mię, tak aby zo­stać za­pa­mię­ta­nym na wie­ki.

– Kirk Qu­ac­ker? – po­wtó­rzy­łem z na­my­słem, wy­szu­ku­jąc przy­cisk uśpie­nia za uchem ko­to­ła­ka. Zwie­rzę sfla­cza­ło w mo­ich ra­mio­nach. – Był oj­cem sek­ty or­bi­tu­ją­cej wo­kół wa­szej tech­no­lo­gii, praw­da? Chcie­li eks­pe­ry­men­tal­nie prze­kra­czać gra­ni­ce te­le­por­ta­cji. We­dług hi­sto­ryj­ki Qu­ac­ker zo­stał „roz­ło­żo­ny na ato­my i po­chło­nię­ty przez wszech­świat”. Roz­bi­ty przez te­le­por­ter, ale ni­g­dy nie zło­żo­ny; po­noć przez awa­rię ka­bi­ny od­bior­czej. Ist­nie­je teo­ria spi­sko­wa, któ­ra gło­si, że zro­bi­li­ście to spe­cjal­nie. Pod­sta­wi­li­ście swo­je­go czło­wie­ka i usu­nę­li­ście Qu­ac­ke­ra, bo na­sta­wiał lu­dzi prze­ciw­ko wam.

La­stövlar gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze, na­dy­ma­jąc po­licz­ki.

– Pod­pi­sał pan klau­zu­lę po­uf­no­ści, pa­nie Fin­go, więc mogę zdra­dzić, że to praw­da.

– Żar­tu­je pan! – wy­krzyk­ną­łem.

– Nie­ste­ty nie. Qu­ac­ker i jego teo­rie sta­no­wi­ły po­waż­ne za­gro­że­nie. Dla bez­pie­czeń­stwa na­szych klien­tów, dla na­stro­jów spo­łecz­nych. Stał się sym­bo­lem dla mas, re­be­lian­tem. Więc…

– Więc zro­bi­li­ście z nie­go mę­czen­ni­ka w oczach wy­znaw­ców i le­gen­dę w oczach ca­łej resz­ty? – Po­krę­ci­łem gło­wą. – Gra­tu­lu­ję wy­czu­cia. Ale co to ma wspól­ne­go z pań­skim pro­ble­mem?

– Wszyst­ko, pa­nie Fin­go. Wszyst­ko. – Na­la­na twarz La­stövla­ra ze­sta­li­ła się w ma­skę de­ter­mi­na­cji. – Dwa­na­ście lat temu, pod­czas de­por­to­wa­nia do ko­lo­nii kar­nej, Kirk Qu­ac­ker roz­padł się w nie­skoń­czo­ność. Znik­nął z po­wierzch­ni zie­mi; nie zo­sta­ły po nim na­wet dwa spój­ne ato­my! A te­raz wy­znaw­ca jego ide­olo­gii, Juk­ka Ka­plan, zdo­był ja­kimś cu­dem in­fo­cząst­kę mi­strza. I pla­nu­je wskrze­sić go z nie­by­tu.

Po­czu­łem bar­dzo zna­jo­me, bar­dzo przy­jem­ne uczu­cie – mro­wie­nie roz­cho­dzą­ce się po cie­le jak od wstrzyk­nię­tej w żyłę sub­stan­cji. Od­trut­ka na sza­rą rze­czy­wi­stość.

My­li­łem się co do tej spra­wy. Pi­ja­ny Fin­go wca­le nie przy­jął jej dla pie­nię­dzy. Mu­siał wy­czuć po­ten­cjał zle­ce­nia B-Link – tę szcze­gól­ną nie­sa­mo­wi­tość, któ­ra od lat przy­cią­ga mnie do oso­bli­wych spraw. Zdez­in­te­gro­wa­ny miej­ski pro­rok zło­żo­ny na po­wrót w ludz­kie cia­ło? Po dwu­na­stu la­tach nie­ist­nie­nia?

O tak. To było to. Ab­so­lut­na, ab­sur­dal­na, nie­moż­li­wa do ob­ję­cia ro­zu­mem nie­moż­li­wość. Coś, co lu­bi­łem naj­bar­dziej na świe­cie.

Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

– Pa­nie La­stövlar, pro­szę mnie na­tych­miast pod­rzu­cić do wet-me­cha. Oba­wiam się, że Val­ter Fin­go chwi­lo­wo prze­stał ga­niać za ko­ta­mi. – Ru­szy­łem szpar­ko koło jego zdu­mio­nej, dwu­wy­mia­ro­wej twa­rzy i da­lej, ku scho­dom, ku grzesz­nym ale­jom Gi­ga­lo­po­lis. – Naj­wyż­szy czas za­po­lo­wać na grub­sze­go zwie­rza.

Men­ta­log #1886/02

09-06-2101

Eu­ro­stra­da SE/015 – Wie­deń

 

– Chcę wie­dzieć wszyst­ko – oświad­czy­łem, gdy sa­mo­chód wje­chał na eu­ro­stra­dę.

Mknę­li­śmy po roz­mię­kłym mi­kro­as­fal­cie pię­cio­pa­smo­wej SE/015, wy­prze­dza­jąc co wol­niej­szych uczest­ni­ków ru­chu. Na­le­żą­cy do La­stövla­ra po­jazd, po­dob­nie jak inne Au­to­Au­ta, pro­wa­dził się sam, bez udzia­łu kie­row­cy, na sta­łe pod­łą­czo­ny do Kon­tro­li Ru­chu. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do miej­skich au­tek – pę­ka­tych oso­bó­wek w nud­nych, nie­na­tar­czy­wych ko­lo­rach, z pa­ne­la­mi Cle­aner­gy wy­sta­wio­ny­mi do świa­tła jak krze­mo­we sło­necz­ni­ki – miał on po­stać smu­kłej, chro­mo­wa­nej li­mu­zy­ny po­cią­gnię­tej war­stwą ul­tra­czer­ni, sze­ro­kiej na pół­to­ra pasa i zbyt­kow­nie dłu­giej. Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łem ta­kie Au­to­Au­to, ale też ni­g­dy przed­tem nie spo­tka­łem ko­goś, kto tak de­spe­rac­ko pró­bo­wał­by epa­to­wać bo­gac­twem. Na ma­sce miał na­wet wiel­ką, świe­tli­stą fi­gur­kę anio­ła z sy­gi­lem zna­ne­go holo-rzeź­bia­rza.

Być może wła­śnie dla­te­go sie­dzie­li­śmy w tym wy­ło­żo­nym skó­rą, kli­ma­ty­zo­wa­nym skarb­cu na kół­kach – dla pre­sti­żu.

Nie py­ta­łem, jaki inny po­wód mógł­by mieć szef B-Link, aby nie ko­rzy­stać w po­dró­ży z wła­snych te­le­por­tów, tak samo jak nie py­tał­bym pro­du­cen­ta eko-pa­ró­wek, cze­mu krzy­wi się z nie­sma­kiem, gdy lu­dzie je­dzą przy nim hot-dogi. Może cho­dzi­ło o nie­wy­mia­ro­we ga­ba­ry­ty CEO? Może o strach przed by­ciem do­ty­ka­nym przez mi­liar­dy na­no­bo­tów? Tak czy ina­czej, nie­ca­łe pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej La­stövlar opo­wia­dał mi o czło­wie­ku, któ­re­go roz­bił na ato­my te­le­por­ter B-Link. W za­ist­nia­łej sy­tu­acji ja rów­nież wo­la­łem czte­ry koła i twar­dą na­wierzch­nię.

– Nie moż­na wie­dzieć wszyst­kie­go, pa­nie Fin­go – od­parł kwa­śno. Sie­dział na koń­cu li­mu­zy­ny, za ko­lej­nym szkłem (tym ra­zem pan­cer­nym), tak że nie mo­głem mieć pew­no­ści, czy fak­tycz­nie znaj­du­je się w au­cie. Je­śli tak, mu­sie­li go w nim umiesz­czać dźwi­giem przez szy­ber­dach. – Ja na przy­kład na­dal nie wiem, co to jest za pa­skudz­two i cze­mu wie­zie­my je moim au­tem.

– Wie pan co, może i je­stem ździeb­ko wczo­raj­szy, ale żeby od razu pa­skudz­two…

– Mó­wi­łem o tym, Fin­go!

Ser­del­ko­wa­ty pa­luch wska­zał na ko­to­ła­ka, któ­ry drze­mał w try­bie stand­by na ko­la­nach Sil­no­rę­kiej. Złą­cza Eu­ro­pla­net i neu­ro-jack wy­ła­zi­ły mu z ogo­na ca­łym pę­kiem, skrę­ca­jąc się i pod­peł­za­jąc co­raz bli­żej Ścia­ny La­stövla­ra.

– Mnie niech pan nie pyta. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Mie­sza­niec, da­cho­łaz, rasa żad­na. Evo-kot po­sła­niec prze­ro­bio­ny na cy­bor­ga. Cały na­szpi­ko­wa­ny sprzę­tem szpie­gow­skim i ha­ker­skim, pew­nie ja­kiś mąż fi­lo­wał żonę. Prze­ję­li­śmy go w spad­ku po jed­nym zle­ce­nio­daw­cy. Po­dob­no „zwie­rząt­ko oży­wia wnę­trze”.

– Cóż, przy ta­kim wnę­trzu, ja­kie pan ma…

– Asy­stent­ka mnie na­mó­wi­ła. My­śla­łem, że cały ten har­dwa­re przy­da się do tro­pie­nia, pod­słu­chi­wa­nia… Ale figa, kot cho­dzi swo­imi ścież­ka­mi. Pu­ści­li­śmy go dla te­stu, żeby śle­dził prze­chod­nia, to mało nie trzep­nę­ła go au­to­cię­ża­rów­ka. Wię­cej z nim kło­po­tów niż po­żyt­ku. – Po­pra­wi­łem się w sie­dze­niu i wró­ci­łem do te­ma­tu: – À pro­pos kło­po­tów, moje zle­ce­nie…

– Nie za­cze­ka pan na po­sił­ki?

– Po­sił­ki?

– Mam na my­śli pań­ską asy­stent­kę, o któ­rej tyle sły­szy­my. Chciał­bym, żeby po­świę­cił pan tej spra­wie mak­si­mum swo­jej uwa­gi i za­so­bów. Tak­że ludz­kich.

– Luka jest nie­zdol­na do po­dró­ży – od­par­łem wy­mi­ja­ją­co. – Ale pro­szę się nie mar­twić. Znaj­dzie mnie, gdzie­kol­wiek bym nie był. Za­wsze mnie znaj­du­je, jak na złość.

La­stövlar ski­nął gło­wą z uzna­niem.

– To do­brze ro­ku­je dla na­szej spra­wy.

Dał znak Zło­to­ustej, że może mó­wić za nie­go. Fem­ka drgnę­ła, bły­ska­jąc zza szkieł la­se­ro­wą czer­wie­nią.

– Mamy dla pana go­to­wy pa­kiet da­nych na te­mat Qu­ac­ke­ra. Skon­den­so­wa­ny brie­fing, któ­ry wpro­wa­dzi pana we wszyst­kie za­wi­ło­ści i od­sło­ni, być może, miej­sce po­by­tu Juk­ki Ka­pla­na Ju­nio­ra.

– Skon­den­so­wa­ny? – Po­czu­łem go­rycz na koń­cu ję­zy­ka. – Zna­czy się… nie­kom­plet­ny?

– Skon­den­so­wa­ny, sir – po­wtó­rzy­ła dy­plo­ma­tycz­nie. – Nie chcie­li­by­śmy prze­cież, żeby prze­ko­py­wał się pan przez set­ki eks­a­baj­tów da­nych o Qu­ac­ke­rze, ja­kie zgro­ma­dzi­li­śmy przez lata, praw­da? Na to ab­so­lut­nie nie mamy cza­su.

Nie, oczy­wi­ście, że nie – po­my­śla­łem z prze­ką­sem. – Jesz­cze przy­pad­kiem wpadł­bym na trop tego, co z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią przede mną ukry­wa­cie. Na cień wrzesz­czą­ce­go mi w twarz prze­mil­cze­nia, któ­re­go po­sta­ci wciąż nie po­tra­fię doj­rzeć.

Wes­tchną­łem, uzna­jąc, że nie ma o co kru­szyć ko­pii.

– Niech bę­dzie i brie­fing. Na neu­ro, pro­szę.

– Na­tych­miast, sir.

W sa­mo­cho­do­wym tem­pie i tak za­po­wia­da­ła się dłuż­sza po­dróż. Rów­nie do­brze mo­głem od razu za­brać się za lek­tu­rę.

Fol­de­ry, któ­re spły­nę­ły mi na Kon­takt, usta­wi­ły się w po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym. Przej­rza­łem je po­bież­nie mi­kro­ru­cha­mi ga­łek ocznych, ale nie do­strze­głem żad­nych oczy­wi­stych bra­ków. Po­dob­nie jak w praw­dzi­wym ży­ciu, wszyst­ko za­czy­na­ło się od Fio­do­ra Ni­ko­ła­je­wi­cza Ne­mo­ra, ćwierć wie­ku temu, gdzieś w sa­mot­nym la­bo­ra­to­rium Uni­wer­sy­te­tu Ło­twy w Ry­dze…

– A więc Ne­mor jako pierw­szy do­dał dwa do dwóch – po­wie­dzia­łem wol­no, prze­twa­rza­jąc cią­gi su­ro­wych da­nych i skró­tów na ję­zyk mó­wio­ny. Le­piej mi się my­śla­ło, gdy sły­sza­łem wła­sny głos. – Zo­rien­to­wał się, że przy dzi­siej­szej tech­no­lo­gii, ta­kiej jak spek­tro­sko­pia ma­gne­tycz­na z do­kład­no­ścią do struk­tur ko­mór­ko­wych czy wpły­wa­ją­cy na siły czą­stecz­ko­we re­zo­na­tor van der Wa­al­sa, za­da­nie prze­aran­żo­wa­nia sied­miu kwa­dry­liar­dów ato­mów zre­du­ko­wa­ne zo­sta­ło do wy­pro­du­ko­wa­nia tej sa­mej ilo­ści na­no­ma­szyn, z któ­rych każ­da mia­ła­by wła­dzę nad po­je­dyn­czą mo­le­ku­łą. Co wię­cej, nie wszyst­kie mu­sia­ły „wie­dzieć”, gdzie do­kład­nie pa­su­ją. Cza­sem wy­star­czy­ła pa­mięć o tym, któ­ra cząst­ka sta­ła obok; do któ­re­go są­sia­da się pod­cze­pić. Re­duk­cja in­for­ma­cji do ab­so­lut­nych pod­staw. A sko­ro pa­mię­ta­ły o swo­ich są­sia­dach, mo­gły po­dró­żo­wać ra­zem, rącz­ka w rącz­kę, nie zaś jako bez­ład­na chmu­ra ma­te­rii. Po­ja­wił się więc po­mysł, żeby roz­pleść czło­wie­ka we wstę­gę gru­bo­ści kil­ku­dzie­się­ciu ato­mów i prze­pu­ścić przez zmi­nia­tu­ry­zo­wa­ny ak­ce­le­ra­tor.

– Te­le­por­ta­cja ludz­ka me­to­dą Ne­mo­ra, 2078 – pod­su­mo­wa­ła gład­ko bo­dy­gu­ar­dzi­ca. – Pra­ca na­uko­wa, któ­ra wy­wo­ła­ła praw­dzi­wą bu­rzę. Ko­ścio­ły i kul­ty zaj­mo­wa­ły całe spek­trum sta­no­wisk, mie­sza­jąc lu­dziom w gło­wach. Na­ukow­cy wy­po­wia­da­li się na te­mat uży­tecz­no­ści wy­na­laz­ku. Na­wet Na­tu­ra­li­cję ogar­nął cha­os. Przez wszyst­kie te wy­wia­dy, dys­ku­sje, śledz­twa i ko­mi­sje, Ne­mor wziął się za pró­by na zwie­rzę­tach do­pie­ro po trzech la­tach, wio­sną 2081 roku.

– Świt no­wej ery ni­g­dy nie na­sta­je bez kil­ku ośle­pio­nych jego bla­skiem – za­uwa­ży­łem. – Za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto po­wie „Glo­bal­na Sieć nie ma żad­ne­go sen­sow­ne­go za­sto­so­wa­nia”. Albo „sil­nik pa­ro­wy ni­g­dy nie bę­dzie lep­szy od ko­nia”. Pew­nie kie­dy pierw­szy Homo ha­bi­lis zro­bił so­bie ostrze z ka­wał­ka ka­mie­nia, jego po­bra­tym­cy też pu­ka­li się w po­fał­do­wa­ne czo­ła. – Od­wró­ci­łem się w kie­run­ku CEO. – Ale roz­wój jest głu­chy na na­sze pro­te­sty, nie­praw­daż, pa­nie La­stövlar? Przez trzy lata próż­nych de­bat o wa­dach i za­le­tach ludz­kiej te­le­por­ta­cji ktoś inny nie próż­no­wał. Spół­ka B-Link, przy­szli kró­lo­wie trans­por­tu.

Gru­ba ryba za­mknię­ta w swo­im akwa­rium roz­ło­ży­ła ręce w uda­wa­nej bez­rad­no­ści. Jego wzrok błą­dził po wnę­trzu auta i od­nio­słem wra­że­nie, że te­mat Ne­mo­ra nie­szcze­gól­nie go in­te­re­su­je.

– Na­uka i biz­nes to dwa róż­ne świa­ty. Na­uka po­tra­fi być cier­pli­wą pa­nią. W biz­ne­sie dzia­ła się szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie albo koń­czy na dnie.

– I ta dy­cho­to­mia uspra­wie­dli­wia kra­dzież ży­cio­wej pra­cy czło­wie­ka? Co z mo­ral­no­ścią? Uczci­wo­ścią?

Grom­ki śmiech wpra­wił brzu­szy­sko La­stövla­ra w we­so­łe drże­nie. Prze­niósł spoj­rze­nie na mnie.

– Skąd pan się urwał, pa­nie Fin­go? Z hi­ber­na­to­ra? Dał się pan za­mro­zić na trzy­dzie­ści lat czy co? Nie ma i ni­g­dy nie było cze­goś ta­kie­go jak mo­ral­ność, a uczci­wość umar­ła daw­no temu, gdy nie uda­ło się jej prze­li­czyć na uni­wer­sal­ną wa­lu­tę. Świat to da­nie na srebr­nej tacy. I albo od­wa­ży się pan po nie się­gnąć, albo do koń­ca ży­cia pę­dzie pan zbie­rał reszt­ki z pod­ło­gi. Dla­te­go uwa­żam, że moi po­przed­ni­cy pod­ję­li słusz­ną de­cy­zję.

– Na­wet je­śli sam wy­na­laz­ca, lau­re­at Na­gro­dy No­bla i ge­niusz, któ­ry mógł jesz­cze nie raz od­mie­nić świat, zmarł w ubó­stwie? W pu­blicz­nym sa­na­to­rium na Księ­ży­cu?

– Pro­szę mi czy­tać z ust, de­tek­ty­wie – po­wie­dział wol­no i wy­raź­nie, jak do za­cię­te­go ro­bo­ta. – Ne­mor mógł so­bie być ge­niu­szem liczb i rów­nań, ale bra­ko­wa­ło mu wy­obraź­ni. Do prze­li­cza­nia tra­jek­to­rii ato­mów wy­ko­rzy­sty­wał kwan­to­wy kom­pu­ter wiel­ki jak sza­fa! Jego te­ste­rzy mu­sie­li stać nie­ru­cho­mo przez go­dzi­nę, za­nim ak­ce­le­ra­tor prze­niósł ich gdzie­kol­wiek. My wpa­dli­śmy na ele­gant­sze roz­wią­za­nie. – Uniósł do góry mały pa­lec, któ­ry w jego przy­pad­ku wca­le nie był taki mały. – In­fo­cząst­ka! Zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­na baza da­nych z in­for­ma­cja­mi o cie­le każ­de­go osob­ni­ka. Żad­ne­go żmud­ne­go ska­no­wa­nia i przy­dzie­la­nia za­dań po­je­dyn­czym na­no­ma­szy­nom. Każ­dy z nas nosi ją przy so­bie, na sta­łe. „Świat w za­się­gu ręki”. Nie uwa­ża pan, że cho­ciaż­by za to na­le­ży do­ce­nić wy­sił­ki na­szej spół­ki?

Po­tar­łem kciu­kiem wy­brzu­sze­nie na wła­snym pal­cu. In­fo­cząst­ka to fak­tycz­nie cu­dow­ny wy­na­la­zek. „Cząst­ka” cie­bie, w któ­rej za­mknię­ty je­steś cały ty łącz­nie z tą cząst­ką – frak­tal cią­gną­cy się w nie­skoń­czo­ność. Nie dzi­wi­ło mnie wca­le, że Juk­ka Ka­plan, do­rwaw­szy w łapy in­fo­cząst­kę swe­go mi­strza, był prze­ko­na­ny, że może przy­wró­cić go do ży­cia. In­fo­cząst­ka opi­su­je cia­ło, atom po ato­mie, ale znacz­nie bar­dziej przy­po­mi­na du­szę.

Wciąż nie uwa­ża­łem jed­nak, że lu­dziom, w któ­rych dło­niach spo­czy­wał ten „rząd dusz”, wol­no było ro­bić, co im się żyw­nie po­do­ba.

Z Kon­tak­tem wy­świe­tla­ją­cym zdję­cie Ne­mo­ra wyj­rza­łem przez okno. Su­nę­li­śmy es­ta­ka­dą przez cen­trum au­striac­kie­go Gra­zu, przez gwar­ne, ko­lo­ro­we sie­dli­sko ży­cia za­le­wa­ne stru­ga­mi słoń­ca. Nie­ste­ty, ochron­ne fil­try na szy­bach wy­sy­sa­ły z kra­jo­bra­zu całe świa­tło, zmie­nia­jąc lśnią­ce bu­dyn­ki w ciem­ne bry­ły, re­kla­my i bil­l­bo­ar­dy w pu­ste sło­wa, a roz­bie­ga­nych lu­dzi w bez­i­mien­ne cie­nie. Tak wła­śnie mu­siał wy­glą­dać świat z per­spek­ty­wy Wiel­kie­go, z za­mknię­cia li­mu­zy­ny. Nie­ru­cho­mo­ści do ku­pie­nia, fir­my do prze­ję­cia i peł­za­ją­ca w dole sza­ra masa.

Pro­ste, po­spo­li­te ob­li­cze Ne­mo­ra nie przy­sta­wa­ło do tej wi­zji. Zmarszcz­ki nie po­kry­wa­ły się z ar­te­ria­mi, ufne oczy ga­sły na tle wy­pra­ne­go z barw nie­ba. Nie moż­na było po­go­dzić tych dwóch świa­tów. Je­den z nich za­wsze mu­siał stać na stra­co­nej po­zy­cji, od­su­nię­ty w cień. Biz­nes i na­uka, tak jak mó­wił La­stövlar. Pie­nią­dze i ide­ały. Kor­po­ra­cja i czło­wiek.

Zwy­cięz­ca i prze­gra­ny.

Tak mi przy­kro, Fio­do­rze Ni­ko­ła­je­wi­czu – po­my­śla­łem do pół­prze­zro­czy­ste­go ob­li­cza. – Nie mia­łeś żad­nych szans…

– Może i ma pan tro­chę ra­cji, pa­nie La­stövlar – wy­chry­pia­łem, prze­cho­dząc z cięż­kim ser­cem do na­stęp­ne­go fol­de­ru. – Opa­ten­to­wa­nie tej me­to­dy przed za­plą­ta­nym w de­ba­ty Ne­mo­rem może i było prze­ja­wem ge­nial­ne­go szó­ste­go zmy­słu biz­ne­so­we­go. Ale w ni­czym nie mo­gło się rów­nać ge­niu­szo­wi na­ukow­ca, praw­da? Bo wkrót­ce wy­szły na jaw oczy­wi­ste tech­nicz­ne nie­do­cią­gnię­cia. Błę­dy trans­fe­ru. A tak­że, jak na złość, tra­gicz­ne wy­pad­ki… Na sce­nę wkro­czył Kirk Qu­ac­ker.

– Za­czę­ło się od jego sio­stry. – Zło­to­usta, za­nu­rzo­na jak i ja w mo­rzu da­nych, zręcz­nie prze­ję­ła pa­łecz­kę. – Sa­man­tha Qu­ac­ker, młod­sza sio­stra Kir­ka, była jed­ną z wcze­snych ofiar błę­dów opro­gra­mo­wa­nia, jesz­cze na dłu­go przed wpro­wa­dze­niem awa­ryj­nych ter­mi­na­li. Skrzy­żo­wa­nie się tras ak­ce­le­ra­to­rów Trans­mat, opóź­nie­nie me­cha­ni­zmu zwrot­ni­cy…

– Czter­dzie­ści dwa przy­pad­ki, pa­nie Fin­go – wtrą­cił La­stövlar. – Czter­dzie­ści dwa! By­łem jesz­cze mło­dy, ale każ­dy z nich pa­mię­tam tak żywo, jak­by zda­rzył się wczo­raj. Spół­ka wy­pła­ca­ła od­szko­do­wa­nia, pro­ce­so­wa­ła się mie­sią­ca­mi i prze­ka­zy­wa­ła in­fo­cząst­ki do po­cho­wa­nia, jako je­dy­ne, co po­zo­sta­ło po lu­dziach… Je­śli w ogó­le po­zo­sta­ło. Zszar­ga­ło nam to re­pu­ta­cję i o mało nie do­pro­wa­dzi­ło nas do ban­kruc­twa. Ale taka jest cena two­rze­nia świa­to­wej sie­ci te­le­por­ta­cyj­nej. Nie wszy­scy ro­zu­mie­ją trud­no­ści, ja­kie się z tym wią­żą.

– A już z pew­no­ścią nie Qu­ac­ker – rzu­ci­łem na za­chę­tę. A nuż, jak się roz­krę­ci, zdra­dzi coś, cze­go nie po­wi­nien.

– Qu­ac­ker… – Zmełł to na­zwi­sko w ustach jak brzyd­kie sło­wo. – Ten czło­wiek nie mógł się po­go­dzić z głu­pim błę­dem ma­szy­ny. Był prze­ko­na­ny, że jego roz­bi­ta na ato­my sio­stra złą­czy­ła się z siłą wyż­szą, z ja­kimś… ja­kimś ab­so­lu­tem miesz­ka­ją­cym mię­dzy wy­mia­ra­mi. I że gdy­by prze­dłu­żyć choć na se­kun­dę mo­ment ma­te­ria­li­za­cji, moż­na by po­sma­ko­wać tej bo­sko­ści, stać się jej czę­ścią. Nie było mu trud­no zna­leźć grup­kę po­dob­nie na­wie­dzo­nych wa­ria­tów.

Roz­ło­ży­łem ręce.

– Lu­dzie chcą wie­rzyć, że ich uko­cha­ni za­słu­gu­ją na lep­szy los niż wiecz­ne roz­bi­cie w ato­mo­we spa­ghet­ti. To na­tu­ral­na re­ak­cja, pa­nie La­stövlar.

O dzi­wo, wes­tchnął i prze­tarł zmę­czo­ne oczy. Nie by­łem pew­ny, czy zro­bił to, bo tkwi­ły w nim jesz­cze reszt­ki czło­wie­czeń­stwa, czy może po pro­stu spadł mu po­ziom cu­kru. Pew­nie to dru­gie.

– Praw­da jest taka, pa­nie Fin­go, że B-Link od po­cząt­ku ugry­zło wię­cej, niż mo­gło prze­łknąć. Ne­mor po­ja­wił się na wie­ki przed swo­im cza­sem, tech­no­lo­gicz­nie rzecz uj­mu­jąc, a my mo­gli­śmy go tyl­ko pa­pu­go­wać. To nie­uchron­ne, że błą­dzi­li­śmy jak dzie­ci we mgle. By­li­śmy na to ska­za­ni od chwi­li, w któ­rej ta za­pchlo­na ko­ci­ca znik­nę­ła w jed­nym koń­cu la­bo­ra­to­rium, a po­ja­wi­ła się w dru­gim!

Po­ki­wa­łem gło­wą. Imię kot­ki Clew, po­dob­nie jak sucz­ki Łaj­ki czy owiecz­ki Dol­ly, unie­śmier­tel­ni­ła na­uka. Pierw­szy żywy or­ga­nizm sku­tecz­nie te­le­por­to­wa­ny me­to­dą Ne­mo­ra. Gdy­by trans­fer jej ato­mów za­wiódł, gdy­by pa­dła ofia­rą tak po­pu­lar­nych te­stów na zwie­rzę­tach i wszech­świat po­chło­nął ją jak Sa­man­thę Qu­ac­ker, nasz świat wy­glą­dał­by pew­nie zu­peł­nie ina­czej. A tak, od sta­rej ko­ci­cy do Qu­ac­ke­ra i od Qu­ac­ke­ra do Ka­pla­na, zła­pa­ła mnie w si­dła kon­trak­tu ta prze­klę­ta spra­wa, z któ­rej wciąż nie ro­zu­mia­łem naj­waż­niej­sze­go.

O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

Qu­ac­ker po­stu­lo­wał moż­li­wość ob­co­wa­nia z ab­so­lu­tem, gdy­by opóź­nić mo­ment po­now­ne­go zło­że­nia ato­mów. Za­da­wał py­ta­nia. Co się dzie­je ze świa­do­mo­ścią, gdy cia­ło fi­zycz­nie nie ist­nie­je? Do­kąd ucho­dzi? Znaj­do­wał on­to­lo­gicz­ne luki w no­wej tech­no­lo­gii i roz­gła­szał swo­je teo­rie na uli­cach Gi­ga­lo­po­lis, jak ja­kiś na­wie­dzo­ny pro­rok. To jesz­cze mo­głem zro­zu­mieć. Na­stęp­nie ze­brał so­bie wy­znaw­ców, pra­gną­cych em­pi­rycz­nie spraw­dzić ten­że po­stu­lat. I prze­niósł spra­wę na inne, bar­dziej pa­lą­ce grun­ty ak­ty­wi­zmu:

– Mó­wi­cie nam, że „skok” jest moż­li­wy tyl­ko na okre­ślo­ny dy­stans, na coś, co na­zy­wa­cie „bez­piecz­ną od­le­gło­ścią” – usły­sza­łem jego wrzask w gło­wie, od­pa­liw­szy wi­deo z pro­te­stu w Mal­mö. Stał na cze­le tłu­mu za­pa­leń­ców przed bu­dyn­kiem B-Link, nie­zbyt wy­so­ki, ale dum­nie wy­pro­sto­wa­ny, z na­stro­szo­nym cien­kim wą­si­kiem i Kon­tak­ta­mi pa­ła­ją­cy­mi żół­tym ogniem. W chu­dej dło­ni ści­skał wi­sio­rek, w któ­rym kry­ła się in­fo­cząst­ka: pa­miąt­ka po zdez­in­te­gro­wa­nej sio­strze. – Mó­wi­cie, że im więk­sze za­gię­cie prze­strze­ni, bli­skość do du­że­go cen­trum masy, tym bar­dziej za­bu­rzo­na zo­sta­je struk­tu­ra ato­mów. Mó­wi­cie, że wa­sze ma­szy­ny mu­szą oszu­kać ludz­ki umysł, tak żeby my­ślał, że ni­g­dzie się nie ru­szył; że cały pro­ces musi być bły­ska­wicz­ny. Ale prze­cież mu­sie­li­ście prze­te­sto­wać moż­li­wość te­le­por­ta­cji na dal­sze dy­stan­se, by wy­zna­czyć gra­ni­cę tego bez­pie­czeń­stwa. Cze­go nam nie mó­wi­cie o tej tech­no­lo­gii? Co kry­je się w mro­kach nie­ist­nie­nia? Może to zwy­kłe kłam­stwo? Może chce­cie wy­łu­dzać od lu­dzi pie­nią­dze za krót­sze, ale od­dziel­nie płat­ne sko­ki i za­sła­niać się prze­pi­sa­mi BHP? Może cho­dzi wam tyl­ko o na­sze uni­ty?

Spau­zo­wa­łem od­twa­rza­nie. Tu rów­nież nie kry­ła się żad­na za­gad­ka. Qu­ac­ker ude­rzył B-Link tam, gdzie mo­gło ich to za­bo­leć naj­moc­niej – w ich port­fe­le (tu­dzież chi­py płat­ni­cze i kon­ta). Za­su­ge­ro­wał, że spół­ka trans­por­to­wa oma­mia tłu­my, ka­żąc im pła­cić za każ­dy skok, wy­ku­py­wać mie­sięcz­ne prze­pust­ki i atrak­cyj­ne pa­kie­ty, ła­du­jąc do ka­bin re­kla­my nie­moż­li­we do obej­ścia ad­blo­ke­rem, tak żeby w koń­cu uza­leż­nie­ni fi­nan­so­wo i ostem­plo­wa­ni in­fo­cząst­ką pa­sa­że­ro­wie sta­li się wła­sno­ścią Shi­Ban. A że lu­dzie – a przy­naj­mniej więk­szość lu­dzi – nie lu­bią, gdy trak­tu­je się ich jak by­dło, wy­le­ga­li tłum­nie na uli­ce i wie­lo­gło­sem po­wta­rza­li jego py­ta­nia.

Czy wa­sze te­le­por­te­ry na pew­no są bez­piecz­ne?

Czy roz­bi­ci na ato­my pa­sa­że­ro­wie złą­czy­li się z ab­so­lu­tem?

Czy w nie­by­cie te­le­por­ta­cji fak­tycz­nie prze­by­wa Bóg?

Może się wy­da­wać, że była to nie­czy­sta za­gryw­ka, może na­wet że­ro­wa­nie na na­iw­no­ści in­nych. Ale Kirk Qu­ac­ker zro­bił tak na­praw­dę je­dy­ną rzecz, jaką może zro­bić sza­ry czło­wiek w star­ciu z kor­po­ra­cyj­ną po­tę­gą: wziął to wszyst­ko do sie­bie. Nie po­drep­tał grzecz­nie do try­bu­na­łu i nie zło­żył po­zwu prze­ciw­ko B-Link. Nie wy­wal­czył­by wte­dy nic poza śmiesz­nym od­szko­do­wa­niem. Za­miast tego po­zbył się wszel­kich skru­pu­łów i na fo­rum pu­blicz­nym po­przy­siągł wen­det­tę. Oso­bi­ste po­dej­ście wy­wyż­sza­ło go po­nad tłum. Ro­bi­ło z nie­go czło­wie­ka nie­bez­piecz­ne­go; ta­kie­go, któ­ry ma do stra­ce­nia nie­wie­le, je­śli nie nic. A tyl­ko ta­kich praw­dzi­wie boją się Wiel­cy. Tyl­ko tacy li­czą się w ich Wiel­kich roz­gryw­kach. Spra­wa oso­bi­sta jest jak ka­mień cel­nie ci­śnię­ty w szy­by biu­row­ca, któ­ry wpa­da do ga­bi­ne­tu pre­ze­sa, wprost na biur­ko. Niby nic wiel­kie­go. Ni­ko­mu nie dzie­je się krzyw­da. Głu­pi, chu­li­gań­ski wy­bryk – przyj­dzie szklarz i po kło­po­cie. Ale i tak wszy­scy w bu­dyn­ku za­gry­za­ją war­gi i zer­ka­ją ner­wo­wo w okna, ocze­ku­jąc ko­lej­nych po­ci­sków.

Qu­ac­ker przez krót­ki mo­ment roz­da­wał kar­ty i zna­lazł się bli­sko – naj­bli­żej ze wszyst­kich lu­dzi, o któ­rych sły­sza­łem – do wy­gra­nia par­tii i zgar­nię­cia puli. Do odar­cia Wiel­kich CEO z pro­fe­sjo­nal­nych po­ke­ro­wych twa­rzy i spro­wa­dze­nia ich do po­zio­mu roz­gnie­wa­ne­go tłu­mu.

Lecz wte­dy oni, jak na ra­so­wych gra­czy przy­sta­ło, wy­cią­gnę­li z rę­ka­wów asy. Dwa­dzie­ścia dwa, tak do­kład­niej. Dwa­dzie­ścia dwa cięż­kie za­rzu­ty, w tym o pu­blicz­ne znie­sła­wie­nie, crac­king fir­mo­wych ser­we­rów, znisz­cze­nie ro­bo­tów po­rząd­ko­wych Eu­ro­po­li­cji, po­bi­cie, pod­że­ga­nie do prze­stęp­stwa, za­kłó­ca­nie po­rząd­ku i zor­ga­ni­zo­wa­ną dzia­łal­ność wy­wro­to­wą. Wię­cej niż po­trze­ba, by za­pra­co­wać so­bie na ko­lo­nię kar­ną na Mar­sie; bez żad­nych prze­bą­ki­wań o re­so­cja­li­za­cji w Vir­tu­ali­ty czy o im­plan­tach tłu­mią­cych ad­re­na­li­nę. Pro­ces Qu­ac­ke­ra, we­dług skró­to­wych da­nych w moim Kon­tak­cie, nie trwał na­wet go­dzi­ny.

– Więc po co dez­in­te­gra­cja?

– Co ta­kie­go? – za­py­tał La­stövlar, marsz­cząc brwi.

Otrzą­sną­łem się z my­śli. No tak, oczy­wi­ście. Za­to­pi­łem się w cią­gu da­nych i za­po­mnia­łem, że roz­mo­wa urwa­ła się w in­nym punk­cie. Ja­kieś pół go­dzi­ny temu.

– Mó­wię o Qu­ac­ke­rze – wy­ja­śni­łem. – Po co go dez­in­te­gro­wać? Po co ta iro­nicz­na wręcz zło­śli­wość, nie­bez­piecz­na z me­dial­ne­go punk­tu wi­dze­nia? Kor­po­ra­cja mia­ła wszyst­ko pod kon­tro­lą i… – Zmar­twia­łem, gdy zro­zu­mia­łem, skąd brał się mój pier­wot­ny nie­po­kój. – W za­sa­dzie, Kor­po­ra­cja ma wszyst­ko pod kon­tro­lą, ko­niec krop­ka. Tak­że spra­wy do­ty­czą­ce hak­ty­wi­zmu, jak ta te­raz, z Juk­ką Ka­pla­nem. Shi­Ban sto­ją za wami mu­rem od po­cząt­ku afe­ry, zdu­si­li w za­rod­ku za­rze­wia kon­flik­tów, wy­ci­szy­li, co trze­ba. Cze­mu więc przy­szli­ście z tym do mnie?

La­stövlar wier­cił się za swo­ją pan­cer­ną szy­bą. Po­pra­wił man­kie­ty, koł­nie­rzyk, holo-kra­wat, jak­by nie mógł so­bie zna­leźć wy­god­nej po­zy­cji. Mu­sia­łem do­tknąć ja­kie­goś draż­li­we­go ner­wu. Za­ha­czyć o coś, co nie mie­ści­ło się w wy­god­nej kon­den­sa­cji jego „brie­fin­gu”.

– De­cy­zja o li­kwi­da­cji Kir­ka Qu­ac­ke­ra na­le­ża­ła do ów­cze­sne­go CEO – wy­rzu­cił z sie­bie w koń­cu gło­sem za­re­zer­wo­wa­nym dla su­chych, ofi­cjal­nych wy­stą­pień. – Lo­gicz­nym więc było, że za­gro­że­nie ze stro­ny jego po­plecz­ni­ków rów­nież na­le­ży po­trak­to­wać w ca­ło­ści jako spra­wę B-Link. Dla­te­go pana za­trud­ni­łem, pa­nie Fin­go; w tym cały szko­puł. Nikt nie może się o tym do­wie­dzieć. Ro­zu­mie pan? Nikt. Zwłasz­cza pre­zes eu­ro­pej­skie­go od­dzia­łu Shi­Ban i jego sze­fo­wie w Za­rzą­dzie Głów­nym w To­kio.

Za­czą­łem krę­cić gło­wą, jesz­cze za­nim skoń­czył mó­wić.

– Nikt nie bie­rze na sie­bie tyle od­po­wie­dzial­no­ści za czy­ny ob­cych lu­dzi, a tym bar­dziej za de­cy­zje rady nad­zor­czej. To w oczy­wi­sty spo­sób coś oso­bi­ste­go. – Wy­chy­li­łem się z sie­dze­nia i spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. – Ktoś z pana ro­dzi­ny pro­wa­dził spół­kę przed pa­nem, praw­da? Pań­ski oj­ciec? Wu­jek?

– Mat­ka – od­po­wie­dział nie­chęt­nie.

Ach, oczy­wi­ście. Więc stąd ta po­trze­ba udo­wod­nie­nia, że na­da­je się na sze­fa.

– I to mat­ka ewa­po­ro­wa­ła Qu­ac­ke­ra? Uro­cza ko­bie­ta, jak mnie­mam.

– Moja mat­ka zmar­ła przed czte­re­ma mie­sią­ca­mi – wark­nął, pry­ska­jąc śli­ną – więc okaż z ła­ski swo­jej nie­co sza­cun­ku, Fin­go!

– Przy­kro mi, ale nie. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, przez co po­czer­wie­niał o parę od­cie­ni. – Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, to nie kwe­stia roz­myśl­nej zło­śli­wo­ści. Po pro­stu nie mam zbyt wie­le sza­cun­ku dla lu­dzi, któ­rzy roz­bi­ja­ją in­nych na ato­my tyl­ko dla­te­go, że mają taką moc, wła­dzę nad ży­wio­ła­mi; któ­rzy uwa­ża­ją się za pa­nów tego świa­ta. Wi­dzi pan tego kota?

Wska­za­łem na pu­pil­ka Luki, gła­ska­ne­go od­ru­cho­wo przez Sil­no­rę­ką.

– Wi­dzę i co z tego? – od­burk­nął.

– Wet-mech prze­słał mi wczo­raj jego ska­ny. Przy uży­ciu bliź­nia­czej tech­no­lo­gii mają roz­bić część jego cho­rej wą­tro­by na ato­my i zło­żyć z tego nowy, zdro­wy or­gan, war­stwa za war­stwą, tkan­ka za tkan­ką. Aż mnie skrę­ca na myśl o tym, że ktoś miał­by grze­bać zwie­rzę­ciu w ato­mach, prze­sta­wiać mu wnętrz­no­ści na swo­ją mo­dłę… A co do­pie­ro całe ludz­kie cia­ło, wy­ma­za­ne z ist­nie­nia dla zwy­kłe­go ka­pry­su! Więc nie, nie mogę oka­zać sza­cun­ku pań­skiej zmar­łej mat­ce. Ani tro­chę. Mogę tyl­ko zło­żyć moje ser­decz­ne kon­do­len­cje i mieć na­dzie­ję, że jej syn ma w so­bie choć iskier­kę mo­ral­no­ści. Że na jej miej­scu nie zruj­no­wał­by ge­niu­sza te­le­por­ta­cji, nie­waż­ne ile mógł­by na tym za­ro­bić. Że nie uni­ce­stwił­by czło­wie­ka za za­da­wa­nie py­tań i wal­cze­nie o swo­je. Ina­czej kon­trakt, któ­ry pod­pi­sa­łem, może się oka­zać naj­gor­szym błę­dem w moim ży­ciu. A to by do­pie­ro było coś.

La­stövlar spo­glą­dał na mnie wil­kiem. In­te­li­gent­ny, „od­dy­cha­ją­cy” ma­te­riał jego gar­ni­tu­ru zda­wał się wpa­dać w za­dysz­kę.

Nie mia­łem spe­cjal­nej ocho­ty wy­gła­szać mo­ra­li­za­tor­skich ga­dek, ale po­czu­łem się le­piej, wy­ło­żyw­szy kawę na ławę. Nie je­stem może za­pa­leń­cem po­kro­ju Qu­ac­ke­ra, ale ja rów­nież nie prze­pa­dam za Kor­po­ra­cją i za Wiel­ki­mi. I chcia­łem, żeby mój zle­ce­nio­daw­ca miał tego świa­do­mość. Val­ter Fin­go to nie po­słusz­ny pies po­ści­go­wy. Val­ter Fin­go to śled­czy oso­bli­wo­ści, wol­ny strze­lec. Moż­na ku­pić jego czas, jego de­duk­cyj­ny umysł, ale z całą pew­no­ścią nie du­szę.

Nie był to jed­nak je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go po­zwo­li­łem so­bie na tę małą prze­mo­wę. Po ci­chu mia­łem rów­nież na­dzie­ję, że po­ru­szę ja­kąś ludz­ką stru­nę w ukry­tym pod zwa­ła­mi tłusz­czu ser­cu CEO. Po­trze­bo­wa­łem tego – dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa. Bo­wiem sta­ra hi­sto­ryj­ka, jak się oka­za­ło, mia­ła w so­bie ziar­no praw­dy. To nie ma­szy­na po­chło­nę­ła Qu­ac­ke­ra. Nie zło­śli­wy te­le­por­ter, wa­dli­we opro­gra­mo­wa­nie. Tyl­ko czło­wiek z krwi i ko­ści. Stą­pa­my na pa­lusz­kach wo­kół kom­pu­te­rów i sztucz­nej in­te­li­gen­cji, bo w każ­dej chwi­li spo­dzie­wa­my się za­wo­ła­nia do „bun­tu ma­szyn”. Ubez­pie­cza­my się od tego, wy­pa­tru­je­my w Pla­Ne­cie ar­ty­ku­łów za­ty­tu­ło­wa­nych „Do­mo­wy sys­tem HOB za­du­sił go we wła­snej ła­zien­ce!” albo „Ro­bo­ty sprzą­ta­ją­ce znów straj­ku­ją pod Eu­ro­par­la­men­tem”. A tym­cza­sem je­dy­ny­mi isto­ta­mi, któ­re wciąż mor­du­ją bliź­nich i urzą­dza­ją zbroj­ne pro­te­sty na uli­cach, je­ste­śmy my.

Przy­po­mnia­łem so­bie to skrę­ca­ją­ce żo­łą­dek uczu­cie, któ­re to­wa­rzy­szy te­le­por­ta­cji: skok w dół chłod­nej stud­ni bez­cza­su. Na coś ta­kie­go, roz­cią­gnię­te­go od mi­nus nie­skoń­czo­ność do plus nie­skoń­czo­ność, ska­za­ła Qu­ac­ke­ra ro­dzi­ciel­ka La­stövla­ra. A te­raz jej syn wpa­try­wał się we mnie z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy, chłod­no kal­ku­lu­jąc, czy aby nie spra­wiam mu wię­cej kło­po­tów niż to ko­niecz­ne. Mo­głem więc albo li­czyć na jego li­tość, albo przez ja­kiś czas trzy­mać się z dala od te­le­por­tów. Je­śli dało radę, wo­la­łem się za­bez­pie­czyć na obu fron­tach.

– A co z Juk­ką Ka­pla­nem? – za­py­ta­łem, od­chrząk­nąw­szy. – Jak on pa­su­je do tego ob­raz­ka? Za­kła­dam, że nie mon­to­wał­by so­bie sat-fro, gdy­by nie miał nic do ukry­cia.

La­stövlar na­dal mil­czał, od­dy­cha­jąc cięż­ko przez nos. Od­po­wie­dzia­ła mi Zło­to­usta:

– Ka­plan na­le­ży do gru­py hak­ty­wi­stów zło­żo­nej z nie­do­bit­ków po wy­wro­tow­cach Qu­ac­ke­ra. Czę­ścio­wo zwo­len­ni­cy ru­chów open so­ur­ce i ma­ker­sów, czę­ścio­wo wiel­bi­cie­le teo­rii spi­sko­wych, w ca­ło­ści an­ty­kor­po. Two­rzą wła­sne, al­ter­na­tyw­ne opro­gra­mo­wa­nie i udo­stęp­nia­ją je za dar­mo, a tak­że pro­pa­gu­ją „dru­gie ży­cie” har­dwa­re’u, gdzie za­miast wy­rzu­cać sta­ry sprzęt, skła­da się go w nowe ma­szy­ny w sty­lu „zrób to sam”. Dzia­ła­ją ak­tyw­nie od po­nad sied­miu lat i parę razy za­leź­li już Kor­po­ra­cji za skó­rę. Na­zy­wa­ją się Vox Po­pu­li.

– Jak­że ory­gi­nal­nie – za­uwa­ży­łem.

– Ale traf­nie, pa­nie Fin­go, bio­rąc pod uwa­gę ich ide­olo­gię. Szcze­ry głos ludu kon­tra kłam­stwa Shi­Ban, otwar­te opro­gra­mo­wa­nie bez fir­mo­wych blo­kad i „pięt­na big data”, wła­sne wy­na­laz­ki prze­ciw­ko ma­so­wej pro­duk­cji i tak da­lej. Dzie­cia­ki ba­wią­ce się we współ­cze­snych Ro­bin Ho­odów, nie­zna­ją­ce kon­se­kwen­cji swo­ich czy­nów. Mo­ni­to­ru­je­my kil­ka z ich fo­rów w Pla­Ne­cie przez cy­fro­wych agen­tów i boty. Ja­kiś czas temu wśród dys­ku­sji po­ja­wi­ły się su­ge­stie, że Qu­ac­ker wkrót­ce po­wró­ci. Że po dwu­na­stu la­tach w nie­by­cie osią­gnął oświe­ce­nie i gdy spro­wa­dzą go z po­wro­tem, bo­ha­ter­sko po­wie­dzie lud na ba­ry­ka­dy. Dziś wie­my, że sen­ty­men­ty te wy­gła­szał Ka­plan. Po­dob­ny wy­dźwięk ma jego wi­deo, któ­re może pan obej­rzeć w ca­ło­ści, kie­dy to panu od­po­wia­da. Za­mie­ści­li­śmy je w pa­kie­cie.

– I to na­gra­nie to je­dy­na wska­zów­ka co do miej­sca jego po­by­tu?

– Jak na ra­zie je­dy­na. Pro­szę go tyl­ko w ża­den spo­sób nie udo­stęp­niać, cu­dem zdję­li­śmy je z Sie­ci. Kom­plet­na dys­kre­cja, niech pan o tym pa­mię­ta.

– Więc tego wła­śnie chce­cie? – upew­ni­łem się. – Żeby spra­wa przy­ci­chła? Żeby ani Ka­plan, ani cu­dem wskrze­szo­ny Qu­ac­ker nie pi­snę­li ani słów­kiem o dez­in­te­gra­cji i nie do­pro­wa­dzi­li do ko­lej­nych pro­te­stów? Ma to na za­wsze po­zo­stać se­kre­tem B-Link, tak?

Ana­li­zo­wa­ła to py­ta­nie przez pół mi­nu­ty, rów­no co do mi­li­se­kun­dy, przy­pa­tru­jąc mi się zza lu­strza­nych szkieł.

– Na­sze mo­ty­wa­cje nie po­win­ny mieć wpły­wu na pań­ską pra­cę, pa­nie Fin­go. Je­dy­ne, czym pan musi się mar­twić, to zlo­ka­li­zo­wa­nie Juk­ki Ka­pla­na Ju­nio­ra i opa­no­wa­nie zwią­za­nej z nim sy­tu­acji, za­nim… hm, doj­dzie do naj­gor­sze­go. Resz­tą zaj­mie­my się my.

Za­ci­sną­łem zęby, po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rza. W wy­ja­śnie­niach fem­ki kry­ło się mniej wię­cej tyle od­po­wie­dzi, co war­to­ści od­żyw­czych w bry­le gru­zu. Cze­mu tak waż­nym było, że­bym od­szu­kał wy­wro­tow­ca w mniej niż czter­dzie­ści osiem go­dzin? Skąd pew­ność, że in­fo­cząst­ka w ogó­le jest au­ten­tycz­na? Na moje oko, Ka­plan nie mu­siał na­wet zmon­to­wać dzia­ła­ją­ce­go te­le­por­te­ra. Wy­star­czy­ło, że skom­pi­lu­je śred­nio in­te­li­gent­ne AI z od­po­wied­nią na­kład­ką oso­bo­wo­ści, urzą­dzi show z bły­ska­wi­ca­mi jak w la­bo­ra­to­rium sza­lo­ne­go na­ukow­ca, a po­tem zgra swo­je­go „Kir­ka Qu­ac­ke­ra” do od­po­wied­nio ludz­kie­go an­dro­ida, ogła­sza­jąc świa­tu wiel­ki po­wrót mi­strza. W po­wie­trzu wi­sia­ła ko­lej­na fala pro­te­stów, na­pę­dza­na mo­to­rem le­gen­dar­ne­go wskrze­sze­nia. A co tym­cza­sem ro­bi­ło kie­row­nic­two spół­ki, by za­po­biec tej tra­ge­dii? Wy­sy­ła­ło jed­ne­go ska­co­wa­ne­go de­tek­ty­wa, by od­szu­kał ak­ty­wi­stę-pu­stel­ni­ka w bez­mia­rze be­to­nu i sta­li. Nie, coś tu ewi­dent­nie do sie­bie nie przy­sta­wa­ło, jak dwa puz­zle za­klesz­czo­ne na siłę przez zi­ry­to­wa­ne dziec­ko.

Nie mo­głem zi­gno­ro­wać tej roz­bież­no­ści. Mu­sia­łe—

Li­mu­zy­na za­ha­mo­wa­ła, prze­ry­wa­jąc mój tok my­śle­nia. Ze zdu­mie­niem za­uwa­ży­łem, że czas na wy­ja­śnie­nia się skoń­czył. Ogrom­ny neon lecz­ni­cy pu­blicz­nej „Van Ness” wy­peł­nił szy­by po pra­wej ilu­mi­na­cją ga­nia­ją­cych się zwie­rzą­tek: pies bie­gnie za ko­tem, kot za mysz­ką… Coś prze­wró­ci­ło mi się w żo­łąd­ku, gdy w elek­trycz­nym ob­li­czu blo­odho­un­da zo­ba­czy­łem za­cię­tą minę mo­je­go zle­ce­nio­daw­cy.

Wła­do­wa­łeś się w sam śro­dek ja­kiejś śle­pej go­ni­twy, Fin­go – po­my­śla­łem, od­bie­ra­jąc od Sil­no­rę­kiej uśpio­ne­go ko­to­ła­ka. – I na­wet je­śli zła­piesz tę mysz­kę-roz­ra­biacz­kę, i tak nie wy­grasz, bo za tobą goni już głod­ny krwi pies Kor­po­ra­cji.

Krót­ko mó­wiąc, prze­sra­ne po ca­ło­ści.

Wy­sia­dłem na pa­ru­ją­cy chod­nik, z gło­wą wi­ru­ją­cą od na­tło­ku da­nych. Li­mu­zy­na za mną ci­cho za­dźwię­cza­ła. Obej­rza­łem się i zo­ba­czy­łem twarz La­stövla­ra, roz­cią­gnię­tą w pa­skud­nym uśmie­chu. Wy­świe­tlił się na po­la­ry­zo­wa­nej ta­fli, bez­piecz­ny w kró­le­stwie lu­ster.

– Eee… dzię­ki za pod­wóz­kę – bąk­ną­łem, marsz­cząc brwi. – Coś jesz­cze?

– Może pan so­bie mó­wić, co chce, pa­nie Fin­go, ale nie­któ­rzy lu­dzie ist­nie­ją tyl­ko po to, żeby było kogo usu­wać. Tak po­wie­dzia­ła moja mat­ka.

– Ach tak?

Przy­mknął oczy i wol­no po­ki­wał gło­wą. Licz­ne pod­bród­ki ści­snę­ły mu się i roz­prę­ży­ły jak akor­de­on.

– Od­kąd tyl­ko pa­mię­tam, nur­to­wa­ła mnie spra­wa Qu­ac­ke­ra. Od­wa­ży­łem się o nią za­py­tać do­pie­ro, kie­dy mat­ka była na łożu śmier­ci. Dla­cze­go pod­ję­ła taką de­cy­zję? Co nią kie­ro­wa­ło? I to była jej od­po­wiedź, sło­wo w sło­wo. „Nie­któ­rzy lu­dzie ist­nie­ją tyl­ko po to, żeby było kogo usu­wać, Sumi”. I wie pan co?

Po­krę­ci­łem gło­wą.

– To świę­ta praw­da. Nie­któ­rzy są po to, żeby było kogo usu­wać, eli­mi­no­wać z puli. Inni są od śle­dze­nia nie­uchwyt­nych wa­ria­tów. A jesz­cze inni od de­cy­do­wa­nia, kto ma ska­kać i jak wy­so­ko. Taki jest po­rzą­dek tego świa­ta. I chciał­bym, żeby pan o tym pa­mię­tał, kie­dy znaj­dzie pan Ka­pla­na.

Au­to­Au­to bez­sze­lest­nie włą­czy­ło się do ru­chu, czar­ne i dłu­gie jak ka­ra­wan. Sta­łem tak w go­rą­cu, z cięż­kim ko­to­ła­kiem w ra­mio­nach, po­cąc się ob­fi­cie na po­bo­cze i za­sta­na­wia­jąc, cze­mu La­stövlar wy­po­wie­dział te sło­wa. Cze­mu po raz ko­lej­ny pró­bo­wał sprze­dać mi tę swo­ją ide­olo­gię, sko­ro obaj wie­dzie­li­śmy, że na­sze po­glą­dy ni­g­dy nie będą zbież­ne?

A po­tem, pod wpły­wem im­pul­su, się­gną­łem do kie­sze­ni. Moje pal­ce za­nu­rzy­ły się w pre­kam­bryj­skiej war­stwie pa­pier­ków i gra­tów zgro­ma­dzo­nych w cią­gu ostat­nich ty­go­dni. Na wierz­chu le­żał zło­żo­ny na czwo­ro kon­trakt od B-Link – la­mi­no­wa­ny i gład­ki. Ale wy­kry­wacz by­tów bio­me­cha­nicz­nych – po­kracz­ne urzą­dzon­ko, o któ­rym Wiel­ki CEO wspo­mi­nał, że przy­da­ło­by się jego spół­ce – znik­nął bez śla­du.

Wspo­mnia­łem, jak dwie fem­ki prze­szu­ka­ły do­kład­nie moją oso­bę, za­nim do­pu­ści­ły mnie w po­bli­że li­mu­zy­ny. Ka­za­ły mi sta­nąć w roz­kro­ku i się nie ru­szać. Sil­no­rę­ka wy­rwa­ła mi ko­to­ła­ka, jak­by bała się, że wmon­to­wa­łem mu bom­bę w pod­ze­spo­ły. W tym sa­mym cza­sie smu­kłe pal­ce jej bliź­niacz­ki wsu­nę­ły się w moją kie­szeń…

AI są tyl­ko na tyle do­bre, co lu­dzie, któ­rzy je pro­gra­mu­ją – po­my­śla­łem gorz­ko. I zro­zu­mia­łem wresz­cie, ja­kim czło­wie­kiem jest Sumi La­stövlar. Ja­kim na­iw­nym głup­cem by­łem, usi­łu­jąc roz­bu­dzić w nim mo­ral­ność.

„Świat to da­nie na srebr­nej tacy”.

Żo­łą­dek wy­wi­nął mi ho­łub­ca. Zgię­ty wpół, do­pa­dłem do naj­bliż­sze­go uty­li­za­to­ra i zwy­mio­to­wa­łem reszt­ki nie­stra­wio­ne­go al­ko­ho­lu do jed­ne­go z otwo­rów.

Kie­dy wy­pro­sto­wa­łem się, ocie­ra­jąc usta rę­ka­wem, za­pa­sku­dzo­ny po brze­gi me­ta­lo­wy cy­lin­der bły­snął holo-od­zna­ką Eu­ro­po­li­cji.

– To bę­dzie dwie­ście uni­tów, oby­wa­te­lu – oznaj­mił ze spo­ko­jem.

Z wes­tchnie­niem wy­cią­gną­łem dłoń z chi­pem płat­ni­czym i po­zwo­li­łem ro­bo­to­wi-kra­węż­ni­ko­wi po­zba­wić się po­ło­wy fun­du­szy.

Mie­nie, pie­nią­dze, god­ność oso­bi­sta… Mo­głem się tyl­ko do­my­ślać, co jesz­cze zo­sta­nie mi ode­bra­ne, nim ta prze­klę­ta po sto­kroć spra­wa do­bie­gnie koń­ca.

IN­FOR­MA­CJE POD­STA­WO­WE

 

Kor­nel Mi­ko­łaj­czyk

ur. 20-11-1991, Głow­no(Stre­fa Agro PL-8)Pi­sarz, tłu­macz, re­dak­tor

 

IN­FOR­MA­CJE DO­DAT­KO­WE

 

Wy­kształ­ce­nie: Uni­wer­sy­tet Łódz­ki – fi­lo­lo­gia an­giel­ska

Pu­bli­ka­cje:Ho­ry­zon­ty Wy­obraź­ni (2011), Toy­sto­ries (2014), Hard­bo­iled. An­to­lo­gia no­wel neo-noir (2015), Wol­sung 2 (2015), Bi­zar­ro dla za­awan­so­wa­nych (2015), City 3 (2016), Ostat­ni dzień pary II (2017), Ma­szy­na. An­to­lo­gia hor­ro­ru in­du­strial­ne­go (2017), Zwie­rzo­zwierz (2017), City 4 (2018), Umie­ra­nie to par­szy­wa ro­bo­ta (2019)

Za­in­te­re­so­wa­nia: Le­wis Car­roll, Phi­lip K. Dick, Bran­don San­der­son, Carl­ton Mel­lick III, Hen­ry Kut­t­ner, epic fan­ta­sy, cy­ber­punk, bi­zar­ro fic­tion, za­gad­ki za­mknię­te­go po­ko­ju, sla­she­ry, zie­lo­na her­ba­ta, ani­ma­cje, dża­pańsz­czy­zna, sta­re przy­go­dów­ki, post-rock, post-punk, sho­ega­ze, dre­am pop, po­wer me­tal, at­mo­sphe­ric black me­tal

 

Za­hi­ber­no­wa­ny: 08-12-2070

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.© Co­py­ri­ght by Kor­nel Mi­ko­łaj­czykWro­cław 2020

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAKA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Okład­ka:PRZE­MY­SŁAW RYBA

Fragment książki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­[email protected]

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: