Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i tajemnica Złotego Łabędzia - Mariusz Niemycki - ebook

Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i tajemnica Złotego Łabędzia ebook

Mariusz Niemycki

4,0

Opis

Najnowsza książka z serii "Detektyw Zuzia na tropie" kryje wiele niespodzianek. Przede wszystkim Zuzia jest zakochana, ale to nie przeszkadza jej realizować pasji detektywistycznych, choć pozostaje nieco na drugim planie, bo „męskie sprawy”, jak wędrówka po zamkowych podziemiach i starcie z przestępcami bierze na siebie jej chłopak, Tomek. A wszystko przez Złotego Łabędzia i niemiecko-rosyjską (nieco wymuszoną) przyjaźń z czasów II wojny światowej. Tłem najbardziej dramatycznych wydarzeń jest pałac w Zaborze, w którego podziemiach ukryty jest… Przeczytajcie koniecznie!

„Detektyw Zuzia na tropie” to rewelacyjna seria detektywistyczna, w której przygoda i niebezpieczeństwo w mistrzowski sposób zostały połączone z faktami historycznymi oraz opisem niezwykłych zabytków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




© Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-267-4
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 [email protected]ź naszą księgarnię internetową:www.skrzat.com.pl

Prolog

Zabór (Fürsteneich1), luty 1945

Jechali przez rozległą wieś ze śpiewem na ustach, spoglądając na czmychających w popłochu mieszkańców z mieszaniną dumy i pogardy. Oto jesteśmy – zdawały się mówić ich twarze. Oto my, wasi wyzwoliciele i nowa władza w jednym. Władza radziecka, bratnia, choć lepiej powiedzieć: ojcowska. Z ręką twardą dla nieposłusznych i hojną dla uległych. Z witryn sklepowych łypały na nich portrety Adolfa Hitlera, pod oknami zaś, wydęte mroźnym wiatrem, trzepotały czerwone flagi z czarnym hakenkrojcem2 w białym polu. Na jednej z wybrukowanych uliczek, przyprószone świeżym śniegiem, walały się resztki sprzętu wojskowego, głównie rozbitych skrzyń, które najwyraźniej pospadały ze źle zabezpieczonych ciężarówek.

– Popatrz, mładszyj sierżant – zwiadowca zwrócił się do kaprala siedzącego na pace odkrytego gazika3 – konserwy leżą na ulicy. A tam, o, rower. Tak gadziny przed nami uciekały. Kostia, słyszysz mnie?

– Co?! – krzyknął jasnowłosy żołnierz, nie przestając przebierać palcami po guzikach harmoszki4. – Nie zrozumiałem, Dima, powtórz!

Bohaterski krasnoarmiejec Konstanty Wasiliewicz Iwlew od niemal godziny grał co sił, zadowolony z głośnego śpiewu kamratów. Śpiewają, znaczy dobrze im gra. A poza tym chciał zagłuszyć odgłosy wybuchów pocisków moździerzowych dudniących gdzieś niedaleko. Nasi chłopcy tłuką hitlerowską żmiję ile wlezie, uśmiechnął się w myślach. 

– Mówię, dowódco, że pozostawiły faszystowskie syny dobra wszelkiego! – gromkim głosem odpowiedział szeregowy Dymitr Pankow, dwa lata młodszy służbą od Iwlewa. Ledwie osiem dni temu stuknęła mu dziewiętnastka. – To wszystko nasze, prawda?

– Nasze, nasze – uśmiechnął się Kostia, przerwawszy wymachiwanie miechem instrumentu. – Nie oddamy nikomu, prawda, razwiedczyki5? 

– Tak toczno6, towarzyszu dowódco! – ryknęło pięciu chłopa.

Samochód zatrzymał się na niewielkim placu, za którym widniała kuta brama wiodąca na olbrzymi dziedziniec majestatycznej budowli. Konstanty Iwlew zagwizdał z podziwu.

– Toż to prawdziwy pałac, chłopaki. Kniazia7 tutaj pod kluczem trzymali, czy jak?

Zdjął okulary w drucianej oprawce, chuchnął na szkła, po czym przetarł je rąbkiem koszuli wystającej spod pikowanej kurtki. W głowie mu się nie mieściło, że w cywilizowanej Europie mogli przebywać na wolności jacyś arystokraci. Mimo przetarcia szkieł pałac nadal wyglądał okazale.

– Koniec zwiadu, towarzyszu Iwlew? – zapytał któryś z żołnierzy.

Kostia przemyślał sytuację. Z jednej strony warto spenetrować książęcą budowlę, a nuż Niemcy nie wszystko wywieźli? No i kwaterę pułkownikowi wyszykować trzeba. Lepszej niż w pałacu nie znajdą, uśmiech losu, można powiedzieć. Z drugiej strony zwiad nie zakończony, nie wiadomo, czy gdzieś nie kryją się hitlerowskie niedobitki. Jakże tak wierchuszkę8 na niebezpieczeństwo narażać? W razie czego marny jego, bohaterskiego dowódcy, los. 

– Wychodzić! – zarządził. – Ty, Grisza, też wyskakuj – zwrócił się do kierowcy. – My z Dimką pojedziemy dalej, do rogatek. Rozejrzymy się.

Dymitr Pankow uśmiechnął się szeroko na te słowa. Uwielbiał niebezpieczne zadania i cenił towarzystwo dowódcy.

– A my? Co mamy robić? – Grigorij Szulik, kierowca w randze starszego żołnierza, zmarszczył czoło.

– Wy, chłopcy, zdobądźcie dla nas pałac – Konstanty machnął ręką. – Tylko nie szabrować, nie pić pałacowego wina i zachowywać się jak na komsomolców9 przystało. Najlepszą komnatę szykujcie dla pułkownika.

– Największą, znaczy? – upewnił się Grisza.

– Najlepszą, czyli najcieplejszą. Z piecem albo kominkiem, żeby nam ojczulek Borys nie zamarzł. I znajdźcie coś do jedzenia. Pozbierajcie puszki z tuszonką, niech nie poniewierają się na ulicy, bo jeszcze miejscowi rozkradną.

Żołnierze ochoczo opuścili pojazd, zabrawszy ze sobą broń i plecaki. Kuląc się, pobiegli w stronę pałacu. Dima wskoczył na siedzenie kierowcy i uruchomił silnik. Miał nadzieję, że dorwą jakiegoś dywersanta, a może i kilku. Będzie okazja wykazać się, na medal zasłużyć, jeśli los łaskawy.

– Pruj naprzód – Kostia kiwnął głową w stronę kościoła. – Musimy się streszczać, bo chłopcy niepewni, mogą narozrabiać.

– Robi się.

Ujechali z pół kilometra, nie dostrzegłszy żadnego niebezpieczeństwa. Widocznie Niemcy nie zastawili żadnej pułapki. Kilkanaście metrów dalej drogę tarasowała rozbita, dymiąca wojskowa ciężarówka.

– Stój – mładszyj sierżant podniósł rękę. – Wrak, nie widzisz?

Gazik gwałtownie zahamował, po czym okręcił się na śliskiej nawierzchni, o mały włos nie wpadłszy do rowu.

– Wybacz, Kostia, zamyśliłem się – sapnął przestraszony żołnierz. – Na konia patrzyłem – wskazał stojącego na łące smukłego araba. W śniegu się pasie, czy jak? A może uciekł spłoszony hukiem?

Dowódca patrolu nie odpowiedział od razu. Z poważną miną przyłożył lornetkę do oczu i obejrzał teren. Skrzywił się na widok leżących ciał. Wróg to wróg, ale też człowiek, jakby nie patrzeć.

– Diabli z tym koniem, Dima, ważniejsze, co na drodze. Podjedź ostrożnie, nie wychylaj się. Ja pobiegnę bokiem.

Zdjął z pleców kałasznikowa, kiwnął Dimce, by jechał, a sam wskoczył do rowu wypełnionego przemarzniętą śniegową breją. Kiedy dobiegł na miejsce, Dymitr już tam był. Pochylał się nad jęczącym żołnierzem w ciemnozielonym mundurze. Nieco dalej, niemal dokładnie pod ciężarówką, leżał drugi, Unteroffizier10 z pewnością martwy. W zaciśniętej dłoni trzymał granat ręczny DM 5111 z wyciągniętą zawleczką. Granat nie był groźny, póki spoczywał w zesztywniałych palcach nieboszczyka. Z kabiny kierowcy zwisał głową w dół jeszcze jeden, w stopniu Gefreitera12. 

– Co jest? 

– Ot, zaraza, ciągle żyje – skrzywił się Pankow. – Dobiję, niech się nie męczy.

Przeładował karabin, ale Kostia dał znak, by się wstrzymał.

– Coś mówi, zaczekaj.

Pochylił się nad rannym i nadstawił ucha.

– Rozumiesz po niemiecku? – wykrztusił tamten na płytkim oddechu. – Pomóż mi.

– Rozumiem, mów.

Żołnierz oblizał spierzchnięte wargi z bolesnym grymasem. Oberwał w brzuch odłamkiem pocisku, jego czas kończył się, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.

– Zabierz mnie do szpitala – szepnął z wysiłkiem Wachmeister13.

– Co on tam szwargoce? – zainteresował się Dima, próbując rozsznurować plandekę ciężarówki. Było to trudne, ponieważ sznury zesztywniały od mrozu.

– Chce do szpitala.

– Mogę go wyleczyć od ręki, ołowiem.

– Posłuchaj – jęknął ranny. – Powiem coś, a ty zabierz mnie do szpitala, dobrze?

– Najpierw powiedz – Kostia pokręcił głową. – Może zabiorę.

– Jest skarb… – źrenice żołnierza rozszerzyły się nagle. – Wielki skarb… 

– Gdzie ten skarb? – kapral nachylił się nad nim jeszcze bardziej, by nie uronić ani słowa.

– Szpital… obiecaj…

– Słowo komsomolca, że się tobą zaopiekuję – dowódca zwiadowców klepnął się w pierś. – Gdzie skarb?

Ranny spojrzał na niego z cierpieniem i uwagą, jakby starał się dostrzec znamiona prawdomówności. Wreszcie przemówił, powoli, coraz ciszej. A potem jego oczy zaszły mgłą.

– Na pewno tam jest? – upewnił się Kostia. – Hej, germaniec, ocknij się – poklepał leżącego po zimnym policzku. – No masz, uciekł – westchnął.

– Co, do piekła poszedł? – Dima właśnie kończył rozcinanie sznura ostrym bagnetem.

– Aha – Kostia wstał i podszedł do kolegi. – Jak idzie?

– Skończyłem.

Plandeka rozchyliła się, ukazując poukładane skrzynie, kilka z granatami, inne nieoznaczone. Dwie z nich leżały tuż przy krawędzi naczepy, pęknięte od upadku.

– Co my tu mamy? – Dima wsunął bagnet w szczelinę między deseczkami. – Jakby talerze…

W tym momencie nad ich głowami rozległ się warkot nadlatującego samolotu.

– Popatrz, dowódco, nasi – ucieszył się Dima, wskazując na nisko lecący myśliwiec. – Hej, zwiadowcy pozdrawiają lotników! – wrzasnął, machając czapką.

– Ot, głupek – uśmiechnął się Kostia. – Przecież cię nie usłyszą.

– Nie usłyszą? No to zaraz usłyszą – Dymitr chwycił w dłonie karabin i oddał kilka strzałów na wiwat.

– Oszalałeś? Do swoich strzelasz? – jęknął Iwlew. – Jeszcze się nie poznają na żartach i dopiero się narobi.

– Co się nie poznają – zachichotał strzelec. – Już się poznali, bo zawracają.

Myśliwiec obniżył lot, a kiedy był już blisko, posłał w ich kierunku długą serię pocisków dużego kalibru. Nie zdążyli się ukryć, ba, nawet nie zdążyli zauważyć, że właśnie ruszyli w długą podróż śladem niemieckiego żołnierza, który obiecał im skarby.

Minęło kilka minut, nim zza przydrożnego dębu odważył się wyjść mniej więcej dziesięcioletni chłopiec drobnej budowy, o przerażonych oczach i pobladłej twarzy. Starając się nie patrzeć na zabitych żołnierzy, wspiął się na naczepę ciężarówki, wyjął z otwartej skrzyni trzy ozdobne talerze zawinięte w tłusty pergamin i wpakował je do płóciennego wojskowego plecaka. Tego samego, który dostał od Ernsta Koschke, szefa pałacowego zaopatrzenia. Ernsta, leżącego teraz bezwładnie na oblodzonych kamieniach zaborskiej szosy.

Zdjęty rosnącym przerażeniem zagwizdał głośno i przenikliwie. Baron, dwuletni arab czystej krwi z pałacowej stajni, przybiegł lekkim kłusem, parskając i wyrzucając w powietrze kłęby pary. Chłopiec imieniem Eryk chwycił końską grzywę, a potem zręcznie wskoczył na szeroki grzbiet. Trząsł się okropnie i szczękał zębami, ale był szczęśliwy, bo czuł, że jego życie ulega całkowitej odmianie.

1.

Zielona Góra, czasy obecne, tydzień wcześniej

Dwupiętrowa kamienica przy zapomnianej uliczce na obrzeżach miasta nadal czekała na solidny remont. Czekała, choć wyburzenie jej byłoby łatwiejsze i bardziej litościwe. Tynk odpadł ze zmęczonych, spękanych murów jeszcze w zamierzchłych czasach, gdy władze żałowały pieniędzy na naprawę kamienic przy zapomnianych uliczkach. Obecna władza najzwyczajniej w świecie nie chciała dopłacać do cudzej własności, bo kamienicę sprzedano lokatorom za śmiesznie niską cenę. Lata mijały, a kamienica ciągle trwała, wbrew logice i ekonomii.

– Że też to jeszcze stoi? – zastanawiał się wątłej budowy, pryszczaty policjant, bębniąc palcami w pusty jednorazowy kubek po kawie. – Ten dom, co nie, Jasiu? – spojrzał na ziewającego kierowcę służbowego forda, rocznik 1998.

Aspirant Jan Zięba wzruszył ramionami, potem zmrużył oczy, usiłując ocenić stan murów skąpanych w blasku wschodzącego słońca. W pajęczynie pęknięć zielenił się mech, może nawet jakiś grzyb, bo brakowało połowy rynien i mury nasiąkały wilgocią po każdym deszczu.

– Nie obchodzi mnie to, Młody. Mnie obchodzi, czy Złoty pojawi się dzisiaj na kwaterze. Jasne, posterunkowy?

– Jasne – pokiwał głową Michał Rzońca, posterunkowy z półrocznym stażem w Wydziale Kryminalnym zielonogórskiej policji. – Ale siedzimy tu – zerknął na zegar w telefonie – prawie dziesięć godzin. Oszaleć można. 

– Dziesięć godzin temu nasz drogi Złoty był uprzejmy wyjść na wolność po dwóch latach odsiadki. Według mnie o dziesięć lat za wcześnie.

– Niewiele udało mu się udowodnić, jest sprytny.

– No i ma dobrego papugę14 – posterunkowy uśmiechnął się ze smutkiem. – O, pies! – ożywił się na widok brudnobiałego, długowłosego kundla przemykającego między rosnącymi na poboczu drogi zaniedbanymi klonami. – E, już go nie ma – westchnął zawiedziony i powąchał wnętrze kubka. Przydałaby się jeszcze jedna porcja kawy, bo powieki same opadają, pomyślał sennie.

– Pies nie podlega obserwacji – mruknął Zięba. – Złotego mamy przypilnować, nakryć na przestępstwie i oddać wymiarowi sprawiedliwości.

– Nigdy nie odpuszczamy?

– Nie MY, Młody. Nie my. Prawo nie odpuszcza. 

– I sprawiedliwość też – mruknął Michał. – Swoją drogą ciekawe, gdzie on się podział. Mam na myśli Złotego.

Aspirant nie odpowiedział, wyjął więc z kieszeni służbowy długopis i zaczął dorysowywać wąsy i brodę dziewczynie z okładki wymiętego egzemplarza Rodzinnej Krzyżówki. Po chwili poczuł szturchnięcie w ramię.

– Co jest?

– Idzie – Zięba skulił się w fotelu. – Nie sam.

Wojciech Żółciak, zwany Złotym, szedł chodnikiem w towarzystwie dwóch mężczyzn. W odróżnieniu od nich był świeżo ogolony i przyzwoicie ubrany. O dobrym guście świadczyły markowe, brązowe półbuty, świetnie skrojone, beżowe spodnie i brązowa włoska marynarka, spod której wystawał rozpięty biały kołnierzyk. Niedawno przekroczył czterdziestkę, lecz muskularna budowa ciała, sprężysty krok i krótkie, pozbawione siwizny, czarne włosy, nadawały jego wyglądowi miłą dla oka młodzieńczość. 

Jego kompani prezentowali się znacznie gorzej. Jeden, mocno zgarbiony, z siwą, wiechciowatą czupryną i orlim nosem, odziany był w pamiętający lepsze czasy zielony prochowiec i wytarte dżinsy. Cały czas coś mówił, gwałtownie gestykulując. Drugi, znacznie młodszy, stanowił wzór kibica piłkarskiego w najgorszym wydaniu. Dresowe spodnie z szarego, błyszczącego materiału, do kompletu bluza z kapturem zasłaniającym twarz oraz sportowe buty i zawinięty na szyi szalik Lechii Zielona Góra dopełniały obrazu milczącego, ponurego osobnika.

– To Złoty – sapnął podekscytowany Michał, podsunąwszy aspirantowi zdjęcie Wojciecha Żółciaka. – Popatrz, Jasiu. Złoty jak żywy.

– Przecież widzę – starszy policjant odsunął rękę kolegi, nie patrząc na zdjęcie. – Tamci kolesie to też starzy znajomi. Ten pochylony to Józef Manieczko zwany Krzywym Ziutkiem, najlepszy na zachód od Wisły szmugler antyków. Dresiarz to niejaki Futerko, czyli Andrzej Szerstak. Tygrys wśród kieszonkowców, tych nowoczesnych.

– Nowoczesny kieszonkowiec? – posterunkowy z niesłabnącą fascynacją śledził wzrokiem idących mężczyzn. – Nie rozumiem. 

– To nowa, brutalna szkoła złodziejstwa. Wyrywają torebki, rozcinają kieszenie, tłuką cegłówkami szyby wystawowe. Imają się wszystkiego, zero finezji czy pomyślunku.

– Co wspólnego ma genialny kasiarz15, myślę o Złotym, z przemytnikiem i tępym kieszonkowcem?

– Włącz maszynkę, to się dowiemy – zarządził aspirant, wskazując na wyposażone w małe głośniczki urządzenie podsłuchowe. – Mam nadzieję, że nie zauważą naszej pluskwy16. Dobrze schowałeś? 

– Jasne, stary – Michał wyszczerzył zęby. – Jest pod stolikiem w pokoju, jak w podręczniku.

– Złoty dobrze zna ten podręcznik – burknął Zięba, blednąc z niepokoju. – Mogłeś postarać się lepiej, synku. Jeśli ją odkryje…

– Spoko, Jasiu, żartowałem – posterunkowy poklepał kolegę po ramieniu. – Jest w telewizorze, znaczy się, pod obudową. Chyba nie będą wszystkiego rozkręcać, co?

Aspirant westchnął, a potem włączył odbiornik, ponieważ przestępcza trójka właśnie przekroczyła próg obserwowanej kamienicy. Pozostało pilnie słuchać i modlić się o konkrety. 

2.

Złoty, zanim wszedł, dokładnie się rozejrzał. Kawalerka była wykrojona z większego mieszkania, wchodziło się bezpośrednio do dużego pokoju wyposażonego w meble kupione okazyjnie na wyprzedaży. Nieduża, ciemnobrązowa szafa, wąski regał z książkami, kanapa i stolik ze szklanym blatem, na zielonej ścianie kilka reprodukcji Jacka Malczewskiego17. Wszystko wyglądało tak jak przed aresztowaniem. Pokiwał głową na widok kilku odciśniętych w kurzu śladów wiodących od progu przez turecki dywan do szafki z telewizorem. Pokazał je kompanom, a potem położył palec na ustach. Zrozumieli.

– I jak tam, panie Wojciechu, wszystko dobrze? – zapytał Krzywy Ziutek, zbliżając się do telewizora. Na obudowie widniały świeże odciski palców. Uśmiechnął się. – Zdrówko nie szwankuje?

– Po państwowej diecie, panie Józefie, nie ma mowy o nadmiarze cholesterolu – Złoty poklepał się po brzuchu idealnie wyrzeźbionym w więziennej siłowni.

– Co to ten chorester? – zainteresował się Futerko, obserwując jednocześnie Krzywego zdejmującego tylną ściankę wielkiego telewizora.

– To takie „cóś”, panie Andrzeju. Takie małe wredne „cóś”.

– Mały policjant?

– Na przykład – zgodził się Krzywy, który właśnie wydobył z ukrycia niewielki płaski nadajnik.

Zarechotali zgodnie. Częściowo z powodu udanego żartu, częściowo zaś z przechytrzenia gliniarskiego technika. Musiał to być jakiś młokos, sądząc po zostawionych śladach. Pluskwa, model z lat 90-tych ubiegłego wieku, odpłynęła w ostatnią podróż rurami kanalizacyjnymi, a oni usiedli do rozmowy.

– No i z czego rżysz? – aspirant zmierzył kolegę złym spojrzeniem.

– Z tego żartu o małym policjancie – wyjaśnił Michał, z trudem opanowując wesołość. – Muszę przyznać, że chłopaki mają poczucie humoru…

Przerwał, ponieważ w głośniczkach najpierw huknęło grzmiącym wodospadem, a zaraz potem wydobył się z nich raniący uszy pisk. Nie zdążył ściszyć urządzenia, gdy pisk umilkł zastąpiony cichym szumem.

– Chyba się zepsuło, co Jasiu?

– Nie wiem! – Zięba z wściekłością manipulował pokrętłami, niemal je urywając. Nie przyniosło to oczekiwanego efektu, sygnał przepadł i nic nie wskazywało na to, że wróci. – Co za rupieć! – grzmotnął pięścią w odbiornik. – Mówiłem, żeby kupili mikrofon laserowy18, ale głąby szukają oszczędności nie tam, gdzie powinni.

– A może znaleźli pluskwę?

– Lepiej dla ciebie, żeby nie znaleźli, bo to znaczyłoby, że położyłeś akcję, Młody. Rozumiemy się?

Posterunkowy przełknął ślinę i pokiwał głową. 

– Rozumiemy się, Jasiu. Doskonale się rozumiemy. Co teraz?

– Teraz możemy pojechać do gniazda19 i zameldować awarię sprzętu albo posiedzieć tutaj z godzinkę. Może coś się wydarzy.

– A co się może wydarzyć? Dziesiąta minęła.

– No i?

– Parę ulic stąd jest fajna cukiernia – posterunkowy potarł czoło. – Mają tam dobrą kawę i pączki z marmoladą. Klasyka, panie aspirancie.

– Skoro klasyka, to co my tu jeszcze robimy? – Zięba przekręcił kluczyk w stacyjce. Niedawno wyremontowany silnik zaskoczył od razu. Dobre i to.

Andrzej Szerstak, zanim odszedł od okna, starannie zaciągnął pożółkłą firankę.

– Odjechał ten szmelc. Jak myślicie, psiarnia?

– Psiarnia – potwierdził Krzywy Ziutek, leniwym gestem przywołując kieszonkowca do stolika. – Myśleli, ofermy, że przechytrzą starych garusów20. Wywęszę ich na kilometr – wciągnął powietrze ze świstem. Miał chore zatoki, więc nieco go zabolało.

Futerko usiadł obok milczącego Złotego, wyjął z kieszeni bluzy dresowej garść pestek słonecznika, wysypał je na stolik i zaczął skubać.

– Co robisz? – Złoty popatrzył na niego chmurnym wzrokiem.

– Jem siemki, a co?

– Śmiecisz.

– I tak brudno.

Gospodarz bez słowa zgarnął pestki do popielniczki, którą zaraz potem postawił na podłodze poza zasięgiem młodego kompana.

– Co robisz? – dla odmiany zapytał tamten.

– Nie będziesz mi tu syfił, dresiarzu.

– I tak brudno.

– Dobra, panowie – Ziutek podniósł ręce w iście kaznodziejskim geście. – Chyba nie przyszliśmy spierać się o pestki?

– Siemki.

– Niech ci będzie, siemki. Złoty ma do nas jakiś biznes, niech wykłada.

Wymuskany kryminalista uśmiechnął się krzywo. Wstał, otworzył szafę i przez chwilę szukał czegoś na półce. Po omacku, bo jak na dobrego gospodarza przystało, nie spuszczał z oczu swoich gości. Wreszcie odetchnął z ulgą.

– Jest – sapnął, kładąc na stoliku kremowej barwy pudełko z napisem Cohiba. 

– Diamenty? – Szerstak chciwie oblizał wargi. – Te od Ruben & Bogucki?

– Coś lepszego – Złoty otworzył pudełko. – Prawdziwe kubańskie – wskazał na leżące wewnątrz cygara. – Częstujcie się.

– Co klasa to klasa – Krzywy Ziutek wyprostował się nieco. – Pozazdrościć. 

Drżącymi palcami wyjął cygaro, a potem powąchał je, głęboko wciągając powietrze. Chore zatoki zareagowały bólem w okolicy skroni. Futerko skwapliwie zrobił to samo.

– A wracając do interesów – Złoty obciął końcówkę cygara za pomocą małej, srebrnej gilotynki – jest do wzięcia kupa kasy z zabytków i różnych precjozów. Szczegóły za chwilę, bo potrzebny mi dzieciak. Taki z piętnaście, siedemnaście lat. Bystry, umiejący dobrze udawać i otwarty na wyzwania.

– Po co ci on? – zdziwił się Futerko. – Jeszcze jeden do podziału?

– Żeby było co dzielić, potrzebny nam chłopak. Macie kogoś takiego?

– Moje dzieciaki za małe, do przedszkola tylko co poszły. A Ziutek bezdzietny przecież, co nie, Ziutek?

Józef Manieczko spojrzał na niego ze smutkiem, jako że temat mocno go drażnił. Zmarszczył czoło.

– Zdaje się, że mam kogoś takiego. Syn kuzyna spod Poznania. Mądry, bo szkołę u nas robi, w Zielonej. No i lat ma akurat, ile trzeba. Da się namówić.

– To świetnie – Złoty zapalił cygaro długą zapałką. – Zatem do rzeczy, panowie…

3. 

Zielona Góra, teraz

Winobranie, jak co roku, przyciągnęło do miasta tłumy gości. Wrzesień był ciepły i pogodny, więc w sobotnie popołudnie trudno było swobodnie iść deptakiem, a jeszcze trudniej rozmawiać. Szły zatem krokiem spacerowym, wręcz dostojnym, przysługującym raczej damom dworu niż gimnazjalistkom. Prawdę mówiąc, czuły się jak damy dworu, choć ubrane były zwyczajnie, w odróżnieniu od studentów wyglądających niczym kolorowe owady w stylizowanych na średniowieczne strojach, od których roiło się dookoła. 

Mama Zuzi, Magdalena Nadobna, jakiś czas temu znikła im z oczu pośród ustawionych na chodniku drewnianych domków udekorowanych zielenią i banerami reklamującymi sponsorów imprezy oraz lokalnych przedsiębiorców. Zatrzymała się na chwilę przy budce z ciastami, a dziewczęta powędrowały dalej wraz z tłumem spacerowiczów. Zuzia nie miała pięciu lat, by przejmować się tym zanadto, w razie czego jakoś się zdzwonią. Gorsza sprawa, że Tomek też gdzieś się zawieruszył i nie odbierał telefonu.

– Pewnie nie słyszy – pocieszyła ją Paulina Kozik, przyjaciółka od serca i powierniczka tajemnic. – Ta obciachowa niby-muza tak dudni, że zgłupieć można.

„Obciachowa niby-muza” w rozumieniu Pauliny oznaczała radosne disco polo. Pod tę kategorię podpadało jeszcze techno i muzyka klasyczna. Całej reszty dało się słuchać.

Zuzia oderwała wzrok od przepięknych kamieniczek Starego Miasta, w których elewacjach co jakiś czas odkrywała niedostrzeżone wcześniej cudowne elementy. Czyżby budziło się w niej zamiłowanie do zabytków? Nie chciała pójść w ślady matki, konserwatorki dzieł sztuki. Wolała łapać przestępców, odkrywać tajemnice i znajdować skarby. Trochę jak tato, ale bardziej jak Adela Blanc21, młoda reporterka i poszukiwaczka przygód w jednym.

– Może nie słyszy, może nie chce słyszeć – burknęła. – Ostatnio jest jakiś dziwny.

– Dziwny?

– No, dziwny. Jakby błądził myślami nie wiadomo gdzie.

– Zupełnie jak ty.

– Słucham?

– Nieważne. Chodź, popatrzymy na starocie – Paulina pociągnęła Zuzię za rękę w stronę straganów ze starzyzną. 

Handlarze starociami zajmowali kilka straganów, niektórzy sprzedawali towar wprost z rozłożonego na chodniku kartonu lub maty. Dziewczęta uśmiechnęły się na widok podniszczonych książek w grubych, tłoczonych bądź zdobionych złoceniami oprawach i pisanych łaciną lub gotykiem22 tytułów. W rozmaitych pudełkach z przegródkami leżały monety, niektóre poczerniałe albo zielone od śniedzi, inne zaś podejrzanie błyszczące, jakby wybito je zaledwie wczoraj. Między naczyniami ze szkła, porcelany i metalu piętrzyły się stosy sztućców z grawerunkami herbów albo po prostu skomplikowanych zawijasów. Tu i ówdzie można było nabyć ordery i medale tak urozmaiconego sortu, że wystarczyłoby do obwieszenia niejednego generalskiego munduru. 

Stanęły naprzeciw ponurego mężczyzny łypiącego podejrzliwie na potencjalnych klientów. Jeśli istnieje stereotyp handlarza starzyzną, on w niczym nie przypominał sympatycznego starszego pana czarującego kupujących sztucznym uśmiechem, miękkimi ruchami rąk i śpiewnym głosem. Ten człowiek w trudnym do oszacowania wieku wyglądał na kogoś, kto boi się, że to, co robi, nie jest zgodne z prawem. Kogoś niepasującego do tego miejsca i atmosfery winobrania. Co wywoływało takie wrażenie? Być może czarny, niemodny garnitur, niestosowny w tak ciepłym dniu. A może biała koszula zapięta pod szyją, bez krawata czy choćby aksamitki. Mogła to być czarna przylizana grzywka, ewentualnie czerwone dłonie pełne blizn i świeżych strupów, trudno orzec.

– Kupujecie coś czy nie? – warknął, a jego grdyka nerwowo podskoczyła pod nieogoloną pomarszczoną skórą. – Chcecie się gapić, to wynocha do cyrku.

– Ależ pan nieuprzejmy – oburzyła się Paulina. – Z wilkami pan się wychowywał?

– No właśnie – przytaknęła Zuzia, przyglądając się z uwagą trzem porcelanowym talerzom, tak kunsztownie wykonanym, że aż magicznym. – Po ile one? – wskazała palcem.

– Które po ile?

– Te talerze z łabędziami. Dwa płaskie, jeden głęboki. Chyba są bardzo stare, prawda?

– Stare, nie stać cię – burknął handlarz. – Spadajcie, odstraszacie mi klientów.

– A może mnie stać, skąd pan wie – nie ustępowała Zuzia. – Mogę obejrzeć któryś?

– Nie.

– Zuzka, przestań rozmawiać z tym typem. To gbur i prostak – Paulina powiedziała to na tyle głośno, że kilka osób spojrzało w ich kierunku z rysującym się na twarzach zainteresowaniem.

Zuzia poczuła niepokój. Co szkodzi gościowi pokazać talerz? Przecież go nie zje ani nie rozbije, nie jest dzieckiem.

– Pan tu sprzedaje, ja jestem klientką, więc domagam się pokazania towaru – wycedziła najbardziej wrednym głosem, jaki potrafiła z siebie wydobyć.

– Odmawiam – handlarz przysunął talerze do siebie. – Klientki się znalazły, zasmarkane. Jedna ruda, druga blond. Idźcie stąd, dziewuszyska. No, sio, sio!

– Pan pokaże te talerze – za nimi rozległ się stanowczy kobiecy głos. – Odsuńcie się, dziewczyny, muszę dobrze się przyjrzeć.

Zuzia odetchnęła z ulgą. Mama, nie dość, że się odnalazła, to od razu przejęła inicjatywę. Pani Magdalena podała córce papierową torbę z ciastem ciepłym i słodko pachnącym, sama zaś przykucnęła, by sięgnąć po głęboki talerz z wytłoczonym na dnie łabędziem o złoconych skrzydłach. 

Ponury mężczyzna drgnął, jakby chciał wyrwać jej naczynie z dłoni, ale po chwili przełknął ślinę i wyprostował się, udając obojętność.

– Pani ogląda, czemu nie – mruknął.

Magdalena Nadobna obejrzała talerz ze wszystkich stron, zmarszczyła czoło, a potem sięgnęła do torebki po szkło powiększające.

– Skąd pan to ma? – zapytała po chwili zduszonym głosem. – To ewenement na skalę… hm, europejską.

– Jaki tam ewenement, zwykła podróbka.

– Przecież widzę, że oryginał. Skąd ma pan te talerze? 

– Nie pani interes.

– To się jeszcze okaże – wstała, rozglądając się wokół. W oddali dostrzegła przeciskających się przez ludzkie mrowie strażników miejskich. – Proszę tu zaczekać, zaraz wrócę – sapnęła. – Musimy wyjaśnić parę spraw.