Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i skarby katedry - Mariusz Niemycki - ebook

Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i skarby katedry ebook

Mariusz Niemycki

3,0

Opis

Tym razem Zuzia przyjeżdża do Krakowa. Razem ze swoimi przyjaciółkami Pauliną i Natalią wpadają na trop niebezpiecznej szajki próbującej ukraść skarb Santiego Gucciego z kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.

Niesamowite odgłosy, znikające postaci, wielkie sekrety i fascynujące zagadki kryminalne. To wszystko znajdziecie w cyklu powieści opisujących zdumiewające przygody dwunastoletniej Zuzanny Nadobnej. Dziewczynka podróżuje wraz z mamą - konserwatorką dzieł sztuki - po całej Polsce. Odwiedza niezwykłe miejsca, spotyka ciekawych ludzi. Jako detektyw amator tropi nieuchwytnych przestępców. Poszukuje również swojego tajemniczego ojca, o którym mama nie chce z nią rozmawiać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 90

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
0
1
0
1
0

Popularność




© Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-266-7
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 [email protected]ź naszą księgarnię internetową:www.skrzat.com.pl

 1. 

Czas mijał nieubłaganie. Zuzia rozglądała się podenerwowana, bo Natalka zawieruszyła się na dobre, chociaż przysięgała, że przymierzy tylko jedną bluzeczkę. Dlaczego dałam się namówić na chodzenie po Galerii Krakowskiej w takiej chwili? — pomyślała, bezwiednie zaciskając usta. Wyjęła telefon. 

— Gdzie jesteś, Natala? — syknęła, z trudem powstrzymując napad złości.

— Jak to: gdzie? W Galerii — w słuchawce zadźwięczał zdumiony głos. 

— Czy ty wiesz, która godzina?!

— Nie mam pojęcia, Zuzka — zachichotała Natalka. — Ale nie musisz się wydzierać, uszy mam w porządku.

— Za to z głową coś nie tak. NATYCHMIAST WRACAJ!

— A jak nie, to co?

— To pójdę sama i… — przerwała, czując dłoń na ramieniu.

— Skąd ta panika? — Natalka schowała telefon do kieszeni dżinsów. — Byłam tuż obok, w sklepie z drobiazgami. Zobacz, jakie fajne — podsunęła Zuzi reklamówkę z pachnącymi świecami. — Wiesz, ile takie coś kosztuje?

— Wiem, że mamy niecałe pięć minut, żeby dotrzeć na peron, więc szybko przebieraj nogami — doradziła i zaczęła biec w stronę ruchomych schodów. 

Z Galerii można było dostać się bezpośrednio na dworzec, ale przejście znajdowało się na najniższej kondygnacji, a tłok w budynku panował iście wakacyjny. Po męczącym przedzieraniu się przez ludzką ciżbę, wpadły na peron, sapiąc niczym psy gończe.

— Chyba… chyba jeszcze nie przyjechał — Zuzia otarła pot z czoła. 

— Na to wygląda — Natalka zajrzała do reklamówki i odetchnęła z ulgą. Świece były całe, choć uderzyła torbą o ścianę. Oczywiście, nie zrobiła tego specjalnie. 

Chwilę wcześniej ciemno ubrany, chudy chłopak z granatowym plecakiem na stelażu minął ją w drzwiach, potrącając w biegu. Mruknął tylko: „Patrz, gdzie leziesz” i pognał, jakby przed kimś uciekał. 

W głośniku zachrobotało, a potem rozległ się dźwięczny, kobiecy głos.

— Opóźniony pociąg pospieszny „Ślązak”, z Zielonej Góry do Przemyśla, przez Tarnów, Rzeszów, wjedzie na tor pierwszy przy peronie trzecim. Podróżnych prosimy o odsunięcie się od torów. Powtarzam. Opóźniony pociąg pospieszny „Ślązak”…

— Odsuń się od torów — Natalka pociągnęła Zuzię za rękę. — Nie słyszysz, co ta pani mówi?

— Chyba nie myślisz, że tak będę stała? Zerkam tylko, czy faktycznie już jedzie.

Po peronie spacerowało dwóch młodych policjantów, przypatrując się podróżnym. Zatrzymali się przy siedzącej na ławce kobiecie z walizką na kółkach. Jeden z nich nachylił się, pytając o coś. Kobieta pokręciła głową. 

— Jedzie! Zobacz, widać przód lokomotywy! — krzyknęła rozemocjonowana Zuzia. — Zaraz będzie!

— Na razie stoi na czerwonym świetle — stwierdziła Natalka, czując niepokój. Czyżby rodziła się w niej zazdrość? Niewykluczone.

— Przepraszam — przed dziewczynkami pojawili się policjanci. — Czy któraś z was widziała szczupłego mężczyznę, lat około dwudziestu, ubranego w czarną koszulę? Miał duży granatowy plecak… — resztę słów zagłuszył łoskot wjeżdżającego pociągu. Zapiszczały hamulce.

— Co? — Zuzia przyłożyła dłoń do uszu. — Duży plecak? Nie widziałyśmy.

— A mnie się zdaje… — zaczęła Natalka.

— Chodź! — Zuzia podskoczyła radośnie. — Mówiła, że będzie w przedostatnim wagonie!

— Ale…

— No chodź! Jeszcze nam się zgubi!

— Nikogo nie widziałyśmy! — krzyknęła Natalka do grzebiącego w raportówce policjanta.

— Na pewno? — odkrzyknął tamten. — Mam tu zdjęcie, można by…

— My się bardzo spieszymy — Zuzia wyręczyła przyjaciółkę w odpowiedzi. — TAM! Tam jest! — machnęła ręką w kierunku ciągnącej dużą torbę trzynastolatki o jasnych, związanych w kitkę włosach, po czym podbiegła do niej z wrzaskiem radości. 

— Paulina, tutaj! Tutaj!

— Zuzka! — przyjezdna rozłożyła ręce, chwytając Zuzię w ramiona. — Jak ja się za tobą stęskniłam!

Natalka westchnęła, spoglądając złym okiem na ubraną w błękitną sukienkę dziewczynę. Jednak jestem zazdrosna, psia kostka.

Chłopak odczekał, aż peron się wyludnił. Ostrożnie otworzył drzwi nieczynnego, peronowego kiosku i wyjrzał na zewnątrz, wstrzymując oddech. Pusto. Zarzucił na ramię plecak, a potem pomknął schodami w górę, ku parkingowi. Drugi rząd, czerwony opel corsa, gdzieś w środku. 

— Długo cię nie było, Grzesiu — siedzący za kierownicą starszy mężczyzna pogroził mu palcem.

— Wszędzie węszą — usprawiedliwił się, szarpiąc za klamkę od strony pasażera. — Chyba coś wiedzą.

— Gdzie? — mężczyzna zdjął okulary przeciwsłoneczne. Lewą połowę twarzy miał sparaliżowaną po drobnym wylewie. 

— Co: „gdzie”?

— Gdzie się wpychasz? — kierowca sięgnął do przycisku otwierającego bagażnik. — Wrzuć to z tyłu i spadaj.

— A jak mnie namierzą? Jak przyjdą do schroniska? Tam jest taki ruch, że jak się pojawi gliniarz po cywilu, to nawet nie zauważę — chłopak położył plecak na stercie rupieci. — Musi mnie pan gdzieś schować, chyba powinienem przeczekać.

— Pomyślałem o tym. Tu masz adres — przez okno wychyliła się dłoń z karteczką. — Uważaj na siebie, Grzesiu, bo jak coś będzie nie tak, znajdziemy cię, chłopcze i pięknie podziękujemy. No, a teraz zjeżdżaj, bo się spieszę — powiedział, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Chwilę potem, przy wyjeździe z parkingu, zderzył się z manewrującym radiowozem. Dobrze ci tak, ucieszył się czarnowłosy młodzieniec, zwany Grzesiem i wrócił na peron. 

2.

Wyszły z budynku dworca, mrużąc oczy przed słonecznym blaskiem. Zuzia westchnęła rozanielona:

— Jak mi było bez ciebie smutno, to sobie, Paula, nawet nie wyobrażasz.

— Bez przesady — mruknęła Natalka.

— Słucham? 

— Usiłuję sobie przypomnieć ten twój niewyobrażalny smutek, ale chyba jem za dużo masła.

— Nie rozumiem — Zuzia uniosła brwi.

— Podobno od masła dostaje się sklerozy — uśmiechnęła się Paulina, przystając przy ławce. — Przepraszam was, dziewczyny, ale muszę dźwięknąć do mamy, że już jestem w Krakowie.

Włączyła telefon, po czym odeszła parę kroków. 

— Dźwięknąć? — skrzywiła się Natalka. — Co to za słowo? Skąd wy, ludzie, jesteście?

— Z Zielonej Góry i wiesz o tym doskonale. Co cię ugryzło?

— Sama się domyśl — syknęła. — Nawet mnie nie przedstawiłaś i jęczysz do niej, jakbyś zapomniała, co razem przeszłyśmy — dodała, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

— Och! — Zuzia klepnęła się w czoło. — Ale jestem rozkojarzona! Zaraz wszystko naprawię, a ty postaraj się być miła.

— Niby z jakiego powodu?

— Niby z takiego, że jesteś moją przyjaciółką od serca, Paulina również. Czyli, że obie jesteście… — zawahała się, szukając odpowiedniego określenia — bardzo mi bliskie. Obie tak samo, czy to jasne? Tyle, że z nią nie widziałam się parę miesięcy, a z tobą niedawno zjadłam śniadanie i łaziłam po Galerii. Nie ma o co się boczyć, zazdrośnico.

— Ja… — Natalka poczerwieniała. — To tak widać?

— Widać, widać.

Paulina podeszła do nich z telefonem przy uchu.

— Dobrze, mamo, na pewno codziennie. Ja też, pa! — uśmiechnęła się, kończąc rozmowę. — O czym tak dyskutujecie?

— O tym, że… O tym, że was sobie nie przedstawiłam. Moja wina — Zuzia westchnęła. — To jest Paulina Kozik z Zielonej Góry, kumpela z klasy — machnęła ręką. — A to Natalka Dereń z Niepołomic, też kumpela z klasy. Fajnie zabrzmiało, prawda? — parsknęła śmiechem. 

— My się znamy — Paulina podsunęła Zuzi rączkę brezentowej torby. Ta chwyciła ją skwapliwie i zaczęły iść w równym rytmie.

— Doprawdy? — Natalka zmarszczyła czoło. — Nie przypominam sobie.

— Zuzia dużo mi o tobie opowiadała, więc czuję, jakbym cię znała prawie osobiście. Mówiła, że takiej, jak ty, to ze świecą szukać. O lepszej przyjaciółce trudno marzyć. Muszę się przyznać, że, hm… poczułam lekką zazdrość.

Przez chwilę żadna się nie odzywała. Natalka odkryła na własny użytek, że przyjaźnią można i trzeba się dzielić. Zuzia była dumna z tego, co powiedziała Paulina. Paulina zaś po prostu chłonęła klimat wielkiego miasta.

— Może chcecie loda? — Zuzia przerwała milczenie, pokazując na budkę w podziemnym przejściu.

— Może i chcemy — Natalka uśmiechnęła się pierwszy raz od przyjazdu z Niepołomic.

— No nie wiem. Chyba powinnam dbać o linię, co? — Paulina poklepała się po brzuchu.

— Ależ skąd! — zaprzeczyły zgodnie. 

— Podobno lody wcale nie tuczą. Gdzieś o tym czytałam — dodała Natalka.

— A dokąd właściwie idziemy, Zuzka?

— Na Wawel, Paula. Do mojej mamy, przecież ci mówiłam.

— No tak — jasna kitka podskoczyła twierdząco. — To chyba daleko?

— Możemy wziąć taksówkę, jeśli ci ciężko chodzić z torbą. Ale wtedy nie starczy mi na lody. No i nie zobaczysz Starego Miasta.

— W takim razie wolę lody. A ewentualne kalorie spalą się po drodze — zadecydowała Paulina. Co prawda przyjechała tu na dwa tygodnie, więc na zwiedzanie czasu było sporo, jednak Kraków oglądany zza szyby taksówki zdecydowanie tracił na uroku.

Policjant długo przyglądał się rozbitemu reflektorowi. Nieznośnie długo. Dotykał wgnieceń w blasze, stukał palcami w pęknięcia, kucał, wstawał, znowu kucał.

— Ale masz pan pecha, panie kierowco — mruknął w końcu. — Trochę będzie kosztowało.

— Zdejmie się z ubezpieczenia — mężczyzna zerknął na zegarek. Dawno powinien być w domu. — Żaden problem.

— Pił pan coś? — zagaił drugi mundurowy.

— JA? No co pan, panie kochany — żachnął się zapytany. — Jestem trzeźwy jak noworodek.

— Z tym ostatnio różnie bywa — policjant sięgnął do schowka w radiowozie, wyjmując stamtąd elektroniczny alkomat. — Niech pan dmuchnie na wszelki wypadek. Będzie dobrze, to skończy się na mandacie za spowodowanie kolizji przez nieostrożną jazdę.

— A jeśli nie?

— Ma pan jakieś wątpliwości? — policjant uniósł brwi.

— Skądże znowu — kierowca poczerwieniał. — Tak tylko pytam, z ciekawości. Ja, proszę pana, jestem szanowanym obywatelem, naukowcem — oświadczył, obracając w dłoni alkomat. — Pracuję na uniwersytecie. 

— Naukowiec też człowiek. A w dowodzie tylko nazwisko Wyder Hieronim napisali, żadnych tytułów — policjant powachlował się czapką. — Zresztą nie święci garnki lepią, prawda Jurek?

— Prawda — potwierdził kolega. — Niechże pan dmucha, z łaski swojej, bo się od tego gorąca ugotujemy.