Opis

Kolejna część serii kryminałów o komisarzu Van Veeterenie i policjantach z Maardam.

Osiemnastoletnia Mikaela Lijphart postanawia spotkać się po raz pierwszy ze swoim biologicznym ojcem. Ten zdradza jej, z jakiego powodu został odizolowany w zakładzie psychiatrycznym.

Niedługo potem dziewczyna znika bez śladu.

Dla inspektor policji kryminalnej Ewy Moreno urlop z ukochanym okazuje się czymś innym, niż sądziła. Zamiast spędzać miło czas na plaży, policjantka rozpoczyna dochodzenie. Z przerażeniem odkrywa prawdę o wydarzeniach sprzed szesnastu lat...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuEWA MORENOS FALL

Redakcja Małgorzata Denys

Projekt graficzny serii Magda Kuc

Projekt okładki Magda Kuc

Zdjęcia na okładce redstone / shutterstock Dudarev Mikhail / shutterstock

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Copyright © Håkan Nesser, 2000 First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Group Agency, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018 Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8143-104-0

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa e-mail: [email protected] Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; Księgarnia: tel. (22) 616 12 72 Zapraszamy do sklepu internetowego: www.czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

I tak marnotrawimy nasze życie,

W godzinach i chwilach,

Kiedy nie przypisujemy naszym czynom

Właściwej im wagi.

Tomas Borgmann, filozof

I

1

21 lipca 1983

Winnie Maas umarła, ponieważ zmieniła zdanie.

Później znaleźli się także tacy, którzy twierdzili, że zginęła, ponieważ była ładna i głupia. Co, jak wiadomo, jest ryzykowną kombinacją.

Albo dlatego, że okazała się zbyt łatwowierna i zaufała niewłaściwym ludziom.

Bądź też z tej przyczyny, że jej ojciec to szubrawiec, który porzucił rodzinę, kiedy Winnie była jeszcze w pieluchach.

Ale dało się również słyszeć głosy, że Winnie Maas nosiła trochę za krótkie spódniczki i zbyt obcisłe bluzeczki i że właściwie sama jest sobie winna.

Żadna z tych opinii nie wydawała się całkiem bezzasadna, jednak kroplą, która przelała czarę, było to, że Winnie zmieniła zdanie.

W sekundzie, w której runęła na ziemię i bezlitosna stalowa szyna rozłupała jej czaszkę, nawet ona zdała sobie z tego sprawę.

Wytarła z ust odrobinę zbędnej szminki i przyjrzała się własnemu odbiciu w lustrze. Zastanowiła się, czy nie powinna położyć więcej kajalu. Bo ciągłe pamiętanie o tym, żeby szeroko otwierać oczy, jest bardzo męczące, o wiele prościej podkreślić je kolorem od dołu. Zrobiła zatem cienką kreskę ołówkiem, pochyliła się w stronę lustra i sprawdziła rezultat.

Całkiem nieźle, pomyślała, po czym znowu skupiła się na ustach. Odsłoniła zęby. Były równe i białe, a górne dziąsło na szczęście całe chowało się pod wargą – a nie tak jak u Lisy Paaske, która wprawdzie miała ładne skośne zielone oczy i wysokie kości policzkowe, ale musiała zawsze zachowywać poważną minę albo co najwyżej uśmiechać się półgębkiem i trochę zagadkowo właśnie z tego powodu, że jej górne dziąsło było bardzo nisko osadzone. Fuj, pomyślała Winnie Maas. Ohydztwo.

Spojrzała na zegarek. Za piętnaście dziewiąta. Chyba najwyższa pora się zbierać. Wstała, otworzyła drzwi szafy i zlustrowała się od stóp po czubek głowy. Wypróbowała kilka póz, wysuwając do przodu to biust, to biodra. W porządku, i na górze, i na dole. Wyrwała jeszcze cztery włoski, które wypełzły niebezpiecznie blisko linii bikini. Co prawda jasne, ale mimo wszystko.

Zjawiskowa, powiedział Jürgen. Cholera, ale ty masz perfekcyjne ciało, Winnie.

Apetyczna, uważał Janos. Jesteś tak diabelnie apetyczna, Winnie, że staje mi, jak tylko przechodzę koło twojego domu.

Uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie Janosa. Ze wszystkich, z którymi się zadawała, Janos był bez dwóch zdań najlepszy. Robił wszystko dokładnie jak trzeba. Okazywał uczucie i czułość mniej więcej w taki sposób, jak opisywali to we „Flash” i „GirlZone”.

Janos. No tak, chyba jednak trochę szkoda, że nie została z Janosem.

Ale co tam, pomyślała, klepiąc się po pośladkach. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wygrzebała z szuflady parę stringów, nie mogła jednak znaleźć żadnego czystego biustonosza i w końcu zrezygnowała. Właściwie nie był jej wcale potrzebny. Miała drobne i wystarczająco jędrne piersi, aby same trzymały się wysoko. Jeśli mogłaby mieć jakiekolwiek życzenie co do swojej figury, to marzył jej się właśnie trochę większy biust. Niedużo, ale jednak odrobinę. Co prawda Dick powiedział, że ma najcudowniejsze cycki na świecie, i ssał je, i miętosił z takim zapałem, że bolały ją potem jeszcze przez kilka dni, ale parę dodatkowych gramów by nie zaszkodziło.

Pewnie kiedyś się doczekam, pomyślała. Naciągnęła przez głowę T-shirt i wcisnęła się w superobcisłą spódniczkę. Tak, tak, niedługo tych gramów i dekagramów może jej przybyć cała masa, to tylko kwestia czasu. Jeśli nie będzie…

Jeśli nie będzie.

Niech to szlag, pomyślała i zapaliła papierosa. Przecież mam dopiero szesnaście lat. Mama miała wtedy siedemnaście, no i proszę, co się z nią stało.

Ostatni raz spojrzała w lustro, po czym ostrożnie zwilżyła sobie usta i wyszła.

Nabrzeże Friedera, wpół do dziesiątej, powiedział. Przyjechał pociągiem o wpół do dziewiątej, ale najpierw chciał wstąpić do domu i wziąć prysznic. Jasne, że nie miała nic przeciwko temu, lubiła facetów dbających o higienę. Czyste włosy, żadnej żałoby za paznokciami, po prostu inny standard. Spotykali się dziś pierwszy raz od trzech tygodni. Był w Saaren u swojego wuja. Pracował i trochę odpoczywał; rozmawiali kilka razy przez telefon, omawiali „sprawę”, ale nie powiedziała mu, że zmieniła zdanie. Zostawiła to sobie na dzisiejszy wieczór. Lepiej twarzą w twarz, uznała.

Wieczór był ciepły. Kiedy doszła do plaży, trochę się nawet spociła, mimo że miała za sobą zupełnie niedługi spacer. Na szczęście nad wodą było trochę chłodniej. Znad morza wiała łagodna, przyjemna bryza, ściągnęła więc z nóg tenisówki i ruszyła po piasku boso. Przyjemnie było czuć drobne ziarenka między palcami. Jak kiedyś, w dzieciństwie. Lakierowi na paznokciach nie robiło to szczególnie dobrze, ale zanim dotrze do celu, w odpowiednim momencie założy z powrotem buty. Zanim spotka się z NIM. Lubiła myśleć o nim dużymi literami. Był tego wart. A jeśli potem będzie chciał się z nią kochać – przeszło jej przez myśl – pewnie wolałby raczej, żeby miała bose stopy. Ale z drugiej strony, w takiej sytuacji paznokcie u nóg najmniej go będą interesowały.

Niby dlaczego miałby nie chcieć się z nią kochać? W końcu, do diabła, nie widzieli się całą wieczność.

Zatrzymała się i zapaliła kolejnego papierosa. Zeszła trochę bliżej wody, gdzie piasek był bardziej ubity i łatwiej się szło. O tej porze plaża świeciła pustkami, tylko od czasu do czasu pojawiał się jakiś jogger albo ten czy ów właściciel psa. Wiedziała jednak, że wyżej, między wydmami, jak to zwykle latem, na kocach leży sporo nastolatków i obściskuje się w zachodzącym słońcu. Ona też to robiła i może gdzieś za godzinę także się tam znajdzie dzisiejszego wieczoru.

Może tak, a może nie.

Wszystko zależało od tego, jak on zareaguje. Próbowała to sobie wyobrazić. Czy się wścieknie? Czy chwyci ją i zacznie nią potrząsać, jak wtedy w Horsens, kiedy ona na haju po haszu darła się na cały głos, że Matti Frege ma fantastyczne muskuły?

Czy ją zrozumie i przyzna jej rację?

A może będzie próbował ją przekonać? Oczywiście nie było to wykluczone. Może jego wielka miłość sprawi, że jednak go posłucha i się rozmyśli. No i pieniądze rzecz jasna. Czy to możliwe?

Nie, chyba nie. Czuła się silna i pewna swojej decyzji, niezależnie od tego, co ją do niej skłoniło. Pewnie pomógł jej w tym fakt, że przez kilka tygodni była sama i mogła spokojnie się zastanowić.

Cały czas pamiętała, że jego miłość jest wielka. Wciąż jej to powtarzał, właściwie przy każdym spotkaniu. Kiedyś zamieszkają razem, wiedzieli to od dłuższego czasu. Nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Nie potrzebowali się spieszyć.

Natomiast potrzebowali pieniędzy.

Pieniędzy na jedzenie. Na papierosy, ciuchy, no i jakiegoś mieszkanka. Niedługo będą ich bardzo potrzebować, i właśnie dlatego podjęli wcześniej taką decyzję…

Myśli krążyły jej po głowie w tę i z powrotem, czuła, że trudno jej nad nimi zapanować. Albo zaprowadzić między nimi jakiś porządek. Bo kiedy człowiek zaczyna już myśleć, to zawsze jest wiele rzeczy do uwzględnienia, a na koniec i tak nie wiadomo, co zrobić. Prawie zawsze tak się dzieje. Szkoda, że ktoś inny nie może podejmować za nas decyzji, myślała często. Postanawiać za nas w trudnych sprawach, tak żeby każdy mógł myśleć o tym, co lubi.

Może to właśnie dlatego się w nim zakochałam, przemknęło jej przez głowę. W NIM. Bo on lubił decydować w sprawach, które są trochę większego kalibru i bardziej skomplikowane. Na przykład w takich jak ta teraz. Tak, to pewnie dlatego go kochała i chciała z nim być. Tak naprawdę. Chociaż jego ostatnia decyzja nie była najlepsza i z tego powodu czuła się zmuszona zmienić zdanie. No właśnie.

Doszła już do nabrzeża i rozejrzała się wokół w gasnącym przedwieczornym świetle. Jeszcze go nie było, ale ona zjawiła się kilka minut przed czasem. Mogłaby pójść dalej brzegiem i wyjść mu naprzeciw – on szedł z tamtej strony, bo mieszka za miastem w Klimmerstoft – jednak postanowiła zaczekać. Usiadła na jednym z niskich kamiennych słupków, które sterczały po obu stronach pirsu. Zapaliła znowu papierosa, mimo że właściwie wcale nie miała na niego ochoty, i usiłowała myśleć o czymś przyjemnym.

Pojawił się po kwadransie. Trochę spóźniony, ale nie za dużo. Już z daleka widziała w mroku jego białą koszulę, nie ruszyła się jednak z miejsca, dopóki nie podszedł do niej. Wtedy zerwała się, objęła go za szyję, przyciągnęła do siebie i pocałowała.

Wyczuła od niego lekki zapach alkoholu, ale naprawdę bardzo lekki.

– Wróciłeś.

– Tak.

– Udany wyjazd?

– Super.

Na chwilę zaległa cisza. Trzymał ją mocno za przedramiona.

– Jest jedna sprawa – zaczęła.

– Tak?

Uścisk jego dłoni nieco zelżał.

– Rozmyśliłam się.

– Jak to się rozmyśliłaś?

– No tak.

– O czym, do cholery, ty opowiadasz? – rzucił. – No, mów.

Wyjaśniła. Z trudem znajdowała odpowiednie słowa, ale on stopniowo chyba zaczynał rozumieć. W pierwszej chwili nic nie powiedział, ona zaś nie była w stanie wyraźnie zobaczyć jego twarzy w zapadającej ciemności. Puścił ją już zupełnie, w ogóle jej nie dotykał. Minęło pół minuty, może nawet cała, a oni tylko stali. Stali i oddychali w takim samym rytmie jak szum morza i fal, przynajmniej ona miała takie wrażenie. Jednak dało się wyczuć coś niepokojącego.

– Może przejdziemy się kawałek – zaproponował, otaczając ją ramieniem. – I porozmawiamy o tym. Mam pewien pomysł.

2

lipiec 1999

Helmut był od samego początku przeciwny.

Kiedy myślała o tym z perspektywy czasu, musiała mu przyznać rację. „Bzdura – powiedział – kompletna bzdura”.

Opuścił gazetę i przekrzywiwszy lekko głowę, przez kilka sekund wpatrywał się w nią swoimi bezbarwnymi oczami, jednocześnie powoli poruszając szczękami.

„Nie rozumiem, czemu by to miało służyć. To zupełnie zbędne”.

To wszystko. Helmut nie należał do osób, które szastają słowami. Był raczej z kamienia, a nie z prochu, i niewątpliwie znowu zmierzał w tamtym kierunku.

Z kamienia powstałeś i w kamień się obrócisz. Pomyślała tak już nie pierwszy raz.

Miał oczywiście swoje zalety i wady. Przecież wiedziała, że kiedy go wybrała, nie szukała burzy i ognia – ani miłości, ani namiętności – tylko skały. Szarej i solidnej praskały, na której mogła stać mocno i nie musieć się obawiać, że utonie znowu w mgle zwątpienia.

Coś w tym rodzaju. Mniej więcej tak myślała przed piętnastu laty, kiedy on zapukał do drzwi i oznajmił, że ma butelkę burgunda, którą kupił na urlopie, ale jakoś nie ma ochoty wypić jej sam.

I jeśli nawet nie pomyślała tak od razu w tamtej chwili, to dosyć szybko potem. Kiedy zaczęli coraz częściej na siebie wpadać.

Na dole w pralni. Na ulicy. W sklepie.

Albo kiedy w ciepłe letnie wieczory siedziała na balkonie i próbowała ukołysać do snu Mikaelę, on zaś stał oparty na sąsiednim balkonie, trzy metry dalej, ćmił fajkę i wpatrywał się w zachód słońca rozlewający się po bezkresnym niebie ponad polderami.

Ściana w ścianę.

Bóstwo opatrzności skierowało na nią swój palec z kamienia, podczas gdy ona dryfowała w jakiejś nędznej łupinie po morzu uczuć.

Na nią i na Mikaelę. Tak to faktycznie było; po latach czasami umiała się z tego śmiać, a czasami nie.

Od tamtej pory minęło piętnaście lat. Mikaela miała wtedy trzy latka. Tego lata skończyła osiemnaście.

– Jak powiedziałem – odezwał się znowu zza gazety – szczęśliwsza od tego na pewno nie będzie.

Dlaczego go nie posłuchała? Zadawała sobie potem to pytanie wiele razy. W dni pełne niepokoju i zwątpienia. Kiedy próbowała się przemóc i przyjrzeć się dokładnie każdemu elementowi łańcucha; znaleźć przyczynę, dlaczego zrobiła to, co zrobiła… albo po prostu pozwolić myślom biec swobodnie. Nie miała dość siły, aby mówić o tamtym czasie. O tamtych potwornych letnich dniach.

Zrobiła najzwyczajniej w świecie to, co słuszne – tak to widziała. Zrobiła to, co było dobre i właściwe. Nie sprzeniewierzyła się decyzji, na której opierały się ich wszystkie lata. Ta decyzja też była pod pewnym względem jak kamień. Ciemny, opuszczony na samo dno błotnistej studni zapomnienia, który jednak obiecała sobie wydobyć na powierzchnię, kiedy przyjdzie na to pora.

Oczywiście ostrożnie i z namaszczeniem, ale jednak na światło dzienne. Aby koniecznie zobaczyła go Mikaela. Nie może być inaczej. Bo jakkolwiek by na to patrzeć, czy z tej, czy z tamtej strony, był to rodzaj zachwianej równowagi czekającej od wielu lat na przywrócenie, i teraz musiało to nastąpić.

Osiemnaste urodziny. Choć o tym nie mówili, Helmut też to wiedział. Orientował się w sytuacji przez cały czas, tylko nie chciał tego sobie uświadomić… że przyjdzie taki dzień, w którym Mikaela usłyszy całą prawdę. Nikt nie ma prawa zatajać przed dzieckiem jego pochodzenia. Skrywać prawdziwe korzenie wśród banałów i codzienności. Sprowadzać na manowce już na starcie w życie.

Prawo? Życie? Prawda? Później nie potrafiła zrozumieć, jak mogła szermować takimi wielkimi słowami w swoich myślach. Czy to przypadkiem nie ta sama pycha zwróciła się przeciw niej? Czy to nie było tak?

No bo kim ona w końcu jest, żeby mówić o tym, co słuszne, a co niesłuszne. Kim jest, aby rozstrzygać tak lekkomyślnie i odtrącać mrukliwe uwagi Helmuta, nie poświęcając im więcej niż trzy czwarte sekundy uwagi?

Dopiero potem. Kiedy i tak wszystko wydawało się przegrane. Kiedy przyszły dni i noce, gdy dosłownie wszystko straciło resztki sensu i wartości, kiedy zamieniła się w robota i nawet nie dostrzegała tych dawnych myśli, które przeciągały w jej świadomości niczym postrzępione resztki chmur na ołowianym nocnym niebie śmierci. Po prostu pozwalała im przepływać, nie zatrzymując ich w ponurej podróży od horyzontu do horyzontu.

Od zapomnienia do zapomnienia. Od nocy do nocy. Od ciemności do ciemności.

Z kamienia powstałeś.

Z twojej ziejącej rany wznosi się ku martwemu niebu twój niemy krzyk.

Ból kamienia. Gorszy niż wszystko.

I obłęd, tak, obłęd, przyczaił się za najbliższym rogiem

Osiemnaste urodziny. Piątek. Lipiec, gorąco jak w piekle.

– Powiem jej, jak wróci z treningu – poinformowała. – Nie musisz przy tym być. A potem możemy razem zjeść kolację. Czuję, że ona przyjmie to spokojnie.

Najpierw tylko pełne wyrzutu milczenie.

– Skoro nie da się tego uniknąć – odezwał się wreszcie, kiedy już stał przy zlewie i płukał swoją filiżankę. – To ty ponosisz odpowiedzialność, nie ja.

– Muszę to zrobić – broniła się. – Nie zapominaj, że obiecałam jej to, kiedy skończyła piętnaście lat. Nie zapominaj, że istnieje luka, którą trzeba wypełnić. Przecież ona na to czeka.

– Przecież ona nigdy o tym nawet nie wspomniała – bąknął półgębkiem. Odwrócony.

To prawda. Tu też miał rację.

– Nonsens, ale rób, jak chcesz. Tylko czemu ma to służyć?

Tyle słów. Dokładnie tyle. A potem poszedł.

Nonsens?

Czy ja robię to ze względu na nią, czy wyłącznie ze względu na siebie? – zastanowiła się.

Przyczyny? Motywacje?

Nieprzeniknione jak graniczna kraina między snem a jawą.

Niezgłębione jak kamień.

Frazesy. Plaster ze słów. Teraz to wiedziała.

3

9 lipca 1999

Kiedy inspektor policji kryminalnej Ewa Moreno zatrzymała się przed drzwiami pokoju komisarza Reinharta, był kwadrans po trzeciej i marzyło się jej zimne piwo.

Gdyby pochodziła z innej klasy społecznej albo była obdarzona trochę większą fantazją, tęskniłaby być może za kieliszkiem zimnego szampana (lub nawet trzema czy czterema), jednak akurat tego dnia wszystkie wzloty myśli i wszelkie subtelne uczucia wyparowały już we wczesnych godzinach porannych. Było co najmniej trzydzieści stopni powyżej zera, i to przez cały dzień. Zarówno na dworze, jak i na komendzie. Wysokie ciśnienie paliło jak stare, rozregulowane żelazko i w gruncie rzeczy oprócz zimnych napojów możliwość przetrwania zapewniały tylko plaża i cień.

Na komendzie w Maardam odczuwało się dotkliwy brak wymienionych wyżej w pierwszej kolejności.

Ale istniały żaluzje. I w stu procentach wolne od słońca korytarze. Stojąc z dłonią na klamce, zwalczyła impuls (równie flegmatyczny, jak ruch muchy odurzonej coca-colą, w związku z czym walka była w miarę wyrównana), by jej nie nacisnąć, tylko zrejterować.

Zamiast wejść do środka i słuchać, co on ma jej dziś do powiedzenia. A miała ku temu swoje powody. Albo przynajmniej jeden: za niecałe dwie godziny zaczynała urlop.

Dwie godziny. Sto dwadzieścia koszmarnych minut. Jeśli nie zdarzy się nic nieoczekiwanego.

Intuicja podpowiadała jej, że Reinhart wezwał ją do siebie nie po to, żeby życzyć jej przyjemnych wakacji. Raczej nic na to nie wskazywało podczas rozmowy przez telefon, poza tym coś takiego nie było w jego stylu.

Jeśli nie zdarzy się…

W jakiś dziwny sposób to nieoczekiwane wcale nie wydawało się takie nieoczekiwane. Gdyby się założyła, miałaby nawet spore szanse na wygraną. Tak już po prostu bywało w tym niewdzięcznym zawodzie glin. I nie byłby to pierwszy raz.

No więc zwiać czy nie? Potem mogłaby zawsze powiedzieć, że coś jej wypadło. Że nie zdążyła już zajrzeć do niego, jak ją prosił.

„Zajrzeć”? To brzmiało całkiem niewinnie.

„Zajrzyj do mnie jakoś po lunchu. Zajmę ci tylko chwilę…”.

A niech to szlag, pomyślała. Wydał jej się równie podstępny, jak głodna kobra.

Po krótkiej wewnętrznej walce mucha się utopiła i zwyciężyło luterańsko-kalwińskie morale gliny. Westchnęła, nacisnęła klamkę i weszła do środka. Zapadła się w fotelu dla gości, podczas gdy jej obawy niczym opętane letnie motyle furkotały za skroniami. I w brzuchu.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – spytała.

Reinhart stał przy oknie i palił fajkę; jego mina nie zapowiadała raczej nic dobrego. Zauważyła, że ma na nogach plażowe klapki. Jasnoniebieskie.

– Salve – przywitał ją. – Masz ochotę się czegoś napić?

– O co chodzi? – spytała jeszcze raz, a oczami wyobraźni zobaczyła znowu zimne piwo.

– Może wody. Z bąbelkami czy bez?

– Chyba ci podziękuję – odpowiedziała Moreno. – Jeśli się nie obrazisz, oczywiście. No więc?

Reinhart podrapał się po zaroście i położył fajkę obok doniczki na parapecie.

– Dopadliśmy Lampe-Leermanna – poinformował.

– Lampe-Leermanna? – powtórzyła Moreno.

– Tak – potwierdził.

– My?

– Nasi koledzy. W Lejnice. A właściwie w Behrensee, ale zabrali go do Lejnice. Było najbliżej.

– Świetnie. Najwyższa pora. Jakieś problemy?

– Jeden – odparł Reinhart.

– Naprawdę? – spytała.

Usiadł naprzeciwko niej za biurkiem i obrzucił ją spojrzeniem, które prawdopodobnie miało wyglądać na niewinne. Moreno dobrze je znała, toteż wysłała przez okno ku niebu coś na kształt modlitwy. Nie, tylko nie to, nie znowu! – brzmiało jej przesłanie.

– Jeden problem – powtórzył Reinhart.

– Ciekawe jaki – rzuciła Moreno.

– On nie chce za bardzo współpracować.

Moreno nic nie powiedziała. Reinhart zaś zaczął grzebać w papierach na biurku, chyba nie do końca wiedząc, co ma dalej powiedzieć.

– A mówiąc dokładnie, jest gotowy współpracować, ale pod warunkiem, że będzie mógł porozmawiać z tobą.

– Co takiego?! – wykrzyknęła Moreno.

– Pod warunkiem, że będzie mógł…

– Słyszałam, co powiedziałeś – przerwała mu. – Dlaczego, do wszystkich diabłów, on chce rozmawiać ze mną?

– Jeden Bóg wie – odrzekł Reinhart. – Tak to w każdym razie wygląda, ale nie miej do mnie pretensji. Lampe-Leermann jest skłonny złożyć pełne zeznania, jeśli będzie je mógł złożyć u twoich stóp. Wyłącznie. Mówi, że nie znosi glin facetów. Dziwne, prawda?

Moreno przez chwilę zatrzymała spojrzenie na obrazie nad głową Reinharta. Przedstawiał ubraną w garnitur świnię, która stała na ambonie i rzucała telewizorami w ekstatyczne zgromadzenie owczych głów. A może to byli sędziowie w perukach, nie miała pewności. Wiedziała, że komendant policji kilkakrotnie próbował skłonić Reinharta do zdjęcia tego malowidła, ale na próżno. Rooth twierdził, że to jest symbol wolności poglądów i ogólnie poziomu świadomości policji, Moreno zaś miała wrażenie, że owa interpretacja nie jest prawdopodobnie wcale taka głupia. Mimo że nigdy nie pytała o to Reinharta. Ani komendanta.

– Za dwie godziny zaczynam urlop – oznajmiła i odważyła się na łagodny uśmiech.

– On siedzi w Lejnice – kontynuował Reinhart niewzruszenie. – To całkiem ładne miejsce. Wystarczy jeden dzień. Góra dwa. Hmm.

Moreno wstała z fotela i podeszła do okna.

– Ale jeśli wolisz przesłuchać go tutaj, to oczywiście nie widzę żadnych przeszkód – uzupełnił Reinhart za jej plecami.

Popatrzyła na miasto. Zdaje się, że wysokie ciśnienie utrzyma się dłużej. Tak mówiła pani Bachman z pierwszego piętra i tak twierdzili meteorolodzy w telewizji. Postanowiła, że nie udzieli mu odpowiedzi. Na pewno nie bez dobrego adwokata albo jaśniejszej oferty. Minęło dziesięć sekund; wciąż słyszała tylko szum miasta w dole i cichy szelest jego plastikowych klapek, kiedy otarł jedną stopę o drugą.

Plażowe klapki? – pomyślała. Mógłby sobie sprawić chociaż parę sandałów. Komisarz policji kryminalnej w błękitnych plastikowych klapkach…

Może podczas lunchu poszedł popływać i zapomniał ich zmienić? Albo był na odprawie u komendanta i specjalnie je włożył na znak jakiegoś absurdalnego protestu. Z Reinhartem nigdy nie wiadomo, on lubował się w takich symbolicznych gestach.

Wreszcie się poddał.

– Do cholery – rzucił. – Niech się pani weźmie w garść, pani inspektor. Polujemy na tego przeklętego gościa od wielu miesięcy. A teraz Vrommel wreszcie go dopadł…

– Vrommel? Kto to jest Vrommel?

– Szef policji w Lejnice.

Moreno z niechęcią zaczęła się zastanawiać. Nadal stała odwrócona plecami do Reinharta, podczas gdy przed jej oczami ukazała się postać Lampego-Leermanna… Nie był to nikt szczególnie ważny w podziemnym światku, ale to prawda, że od pewnego czasu go poszukiwano. Był podejrzany o udział w kilku napadach rabunkowych z bronią w ręku w marcu i kwietniu, jednak nie o to chodziło. A przynajmniej nie przede wszystkim.

Zasadniczo chodziło o jego kontakty z pewnymi innymi panami znacznie większego kalibru niż on sam. Szefami tak zwanej przestępczości zorganizowanej, by użyć tego wyświechtanego określenia. Jego powiązania z nimi nie ulegały wątpliwości, a Lampe-Leermann znany był z tego, że lubił mówić. A także z tego, że – przynajmniej w pewnych określonych sytuacjach – wolał myśleć o własnej skórze niż o innych i chętnie dzielił się z policją informacjami o swoich podejrzanych znajomościach. Jeśli tylko służyło to jego własnym interesom i odbywało się przy zachowaniu odpowiedniej dyskrecji.

A w tym przypadku było to jak najbardziej możliwe. Przynajmniej istniała podstawa, by w to wierzyć. Tak uważał Reinhart, a Moreno była skłonna z nim się zgodzić. Zasadniczo. I właśnie z tego powodu nieco intensywniej niż zwykle deptano mu po piętach. I dlatego go znaleziono. I to akurat dzisiaj.

Ale że chciał się wyspowiadać koniecznie przed inspektor Moreno – to było dosyć niespodziewane. Tego aspektu nie uwzględniali w swoich rachubach. Ani ona, ani nikt inny. To musiała być sprawka jakiejś złośliwej istoty z zaświatów… tak, do diabła…

– Lubi cię – Reinhart wyrwał ją z zamyślenia. – Nie ma się czego wstydzić. Wydaje mi się, że on chyba pamięta, jak parę lat temu bawiliśmy się z nim w dobrego i złego policjanta. Tak czy siak, chce rozmawiać jedynie z tobą i z nikim innym. Ale ty przecież masz urlop, jasne.

– No właśnie – powiedziała Moreno i wróciła na swój fotel.

– Do Lejnice nie jest znów wcale tak daleko – nie poddawał się Reinhart. – Jakieś dwanaście, trzynaście kilometrów…?

Moreno nie odpowiedziała. Przymknęła oczy, wachlując się dzisiejszą „Gazett”, którą wzięła ze stosu dzienników na stole.

– … przypomniało mi się, że dom, do którego się wybierasz, leży chyba w Port Hagen, tak?

A niech to diabli! – pomyślała Moreno. Zapamiętał. Naprawdę się postarał.

– Tak – potwierdziła. – W Port Hagen, zgadza się.

Reinhart znowu próbował zrobić niewinną minę. Mógłby grać wilka w Czerwonym Kapturku.

– O ile się nie mylę, to zupełnie niedaleko – dodał. – Najwyżej dziesięć kilometrów od Lejnice. Byłem tam parę razy w dzieciństwie. Mogłabyś po prostu…

Moreno zmęczonym gestem rzuciła gazetę z powrotem na stół.

– W porządku – powiedziała. – Wystarczy. Zrobię to. Żeby cię szlag! Wiesz równie dobrze jak ja, że ten Lampe-Leermann to najbardziej odrażający typ, jakiego można sobie wyobrazić – w butach szytych na miarę i z sygnetem na palcu. A poza wszystkim innym zawsze zalatuje od niego starym czosnkiem… zwróć uwagę, że mówię „starym”, przeciwko świeżemu nic nie mam. Ale okej, zajmę się tym, już nie musisz się wysilać. Niech to diabli wezmą! Kiedy?

Reinhart podszedł do parapetu i zaczął czyścić nad doniczką swoją fajkę.

– Powiedziałem Vrommlowi, że zjawisz się prawdopodobnie jutro.

Moreno wbiła w niego wzrok.

– Ustaliłeś to za moimi plecami?

– Prawdopodobnie. Powiedziałem mu, że prawdopodobnie będziesz jutro. Co, u diabła, jest z tobą? Gramy jeszcze w tej samej drużynie czy o co chodzi?

Moreno westchnęła.

– W porządku – powiedziała. – Przepraszam. I tak chciałam wyjechać jutro dosyć wcześnie, więc nie będzie większego problemu.

– To dobrze – odezwał się Reinhart. – Zadzwonię do Vrommla i mu potwierdzę. To o której godzinie?

Zastanowiła się.

– O pierwszej. Uprzedź go, że będę około pierwszej i żeby Lampe-Leermann w żadnym wypadku nie dostał na obiad niczego z czosnkiem.

– Nawet świeżym? – spytał Reinhart.

Darowała sobie odpowiedź. Kiedy stała już w drzwiach, przypomniał jej jeszcze o wadze sytuacji.

– I postaraj się wyciągnąć z tej kreatury każde nazwisko, które siedzi w tej jego pustej makówce. I ty, i on dostaniecie bonus za każdego łobuza, którego uda nam się przymknąć.

– Jasne – odparła Moreno. – Pan komisarz trochę za bardzo się unosi. Ale masz buty w ładnym kolorze… taki kolor wyjątkowo odmładza.

Zanim Reinhart zdążył coś powiedzieć, już jej nie było.

4

Kiedy wróciła do domu i stała pod prysznicem, doszła do wniosku, że to musi być jakiś omen.

No bo co innego? Jak to inaczej wytłumaczyć? Nagle pojawia się Franz Lampe-Leermann i psuje jej urlop na dwie godziny przed jego rozpoczęciem. To po prostu nieprawdopodobne. Albo bardzo jednoznaczne, zależy od punktu widzenia. Udawało mu się unikać policji mniej więcej od połowy kwietnia – po dosyć kretyńskim napadzie na bank w Wielki Czwartek zintensyfikowano za nim pościg – a akurat teraz ten kompletny debil musiał wpaść w pułapkę! I to na dodatek w Lejnice!

Lejnice. Małe niepozorne miasteczko nadmorskie z dwudziestoma–dwudziestoma pięcioma tysiącami mieszkańców. Plus kilka tysięcy latem. Położone, jak słusznie zauważył Reinhart, nie więcej niż dziesięć kilometrów od miejsca, gdzie zamierzała spędzić dwa pierwsze tygodnie swoich wakacji.

Port Hagen. Jeszcze mniejsza dziura, ale czasami takie dziury mają swoje dobre strony, a akurat w tej znajdował się letni domek Mikaela Baua.

Mikael Bau, pomyślała. Mój sąsiad i przypadkowy partner.

Przypadkowy? – zadała sobie w duchu pytanie. Partner? To brzmiało dosyć idiotycznie. Ale wszystko inne jeszcze gorzej. Albo przynajmniej fałszywie.

Narzeczony? Kochanek? Chłopak?

Czy mając trzydzieści dwa lata, można jeszcze mieć chłopaka?

Może to po prostu mój facet, zastanawiała się dalej. Zamknęła oczy i wtarła sobie we włosy szampon z olejkiem jojoba. Po rozstaniu z Clausem Badherem żyła bez faceta przez ponad dwa lata i nie był to szczególnie udany czas. Ani dla niej, ani dla jej otoczenia. Nie mogła temu zaprzeczyć.

Do tych lat na pewno nie chciałaby wrócić, chociaż sporo się wtedy nauczyła. I może tak należało na to patrzeć. Lat spędzonych z Clausem też by nie powtórzyła. O nie, nigdy w życiu.

W sumie siedem zmarnowanych lat, podsumowała. Pięć z Clausem, dwa w samotności. Czyżby była na dobrej drodze, żeby uzbierać sobie na całkiem przegrane życie? Czy na to się zanosiło?

Who knows – pomyślała. Life is what happens when we’re busy making other plans. Jeszcze przez chwilę wcierała szampon we włosy, po czym go dokładnie spłukała.

Co wyniknie z jej znajomości z Mikaelem Bauem, na razie trudno powiedzieć. Nie miała ochoty o tym myśleć, w każdym razie nie teraz. Zaczęła się z nim spotykać ostatniej zimy; zaprosił ją na obiad tego samego dnia, kiedy zerwała z nim jego dziewczyna – to było w połowie grudnia, akurat podczas tych potwornych tygodni, kiedy szukali zabójcy Ericha Van Veeterena – ale minął cały miesiąc, zanim zdecydowała się na rewanż. A potem jeszcze półtora, aż zrobiła decydujący krok i poszła z nim do łóżka. Albo oboje zrobili decydujący krok. Mówiąc dokładnie, zdarzyło się to na początku marca. Czwartego, przypomniała sobie, bo to był dzień urodzin jej siostry.

I później jakoś potoczyło się dalej. Mimo że ona jest inspektorem policji, a on jedynie pracownikiem socjalnym, ale przecież oboje są tylko ludźmi.

Właśnie tak zazwyczaj mówił. Miej to wszystko w nosie, Ewa! Jesteśmy tylko ludźmi.

Podobało jej się. Ich relacja była zwyczajna i zdrowa, ani trochę nie przypominała znajomości z Clausem Badherem, a im mniej Mikael Bau się z nim kojarzył, tym lepiej. To proste, ale niezawodne kryterium. Od czasu do czasu trzeba sięgnąć po najprostsze wartości w tak zwanym życiu duchowym. Ewa była już na tyle dojrzała, aby to wiedzieć. A może powinno się tak robić przez cały czas, rozważała niekiedy. Trzymać psychologię na dystans i zamiast tego kierować się instynktem. Przyjemnie jest być pożądaną, nie da się zaprzeczyć. Czyli carpe diem?

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, pomyślała, wychodząc spod prysznica. I jak na zamówienie przerwała swoje rozważania na ten temat. Tak czy owak, Mikael Bau miał w Port Hagen ten stary dom. Jeśli dobrze zrozumiała, dzielił się nim z czwórką swojego rodzeństwa; było to coś w rodzaju schedy rodzinnej, a w tym roku jemu w udziale przypadł lipiec.

Jest duży i zrujnowany, opowiadał. Ale urokliwy i osłonięty od ludzkich spojrzeń. Bieżąca woda, przynajmniej od czasu do czasu. Sto metrów do plaży.

Dla kiepsko opłacanej inspektor policji brzmiało to aż za pięknie, toteż bez większego wahania przyjęła jego propozycję, aby spędzić tam dwa tygodnie urlopu. Mówiąc szczerze, nie wahała się ani chwili. To było w niedzielne majowe przedpołudnie; kochali się, a potem jedli śniadanie w łóżku. Przykładnie i po kolei; nad niektórymi dniami udaje nam się lepiej zapanować niż nad innymi, to żadna nowina.

Zatem dwa tygodnie w połowie lipca. Ze swoim facetem nad morzem.

A teraz ten Lampe-Leermann!

Wyjątkowo durny omen z wyjątkowo kiepskim wyczuciem czasu.

Zastanawiała się, co by to miało znaczyć. Ale może poszukiwanie sensu we wszystkim nie ma wcale sensu.

Jak zwykł niekiedy mawiać komisarz?

Po kąpieli spakowała swoje rzeczy, a potem zadzwoniła do Mikaela Baua. Nie wdając się w szczegóły, oznajmiła, że dotrze na miejsce nie w południe, jak planowali, ale raczej późnym popołudniem, ponieważ wyłoniła się pewna przeszkoda.

– Praca? – spytał.

– Praca – potwierdziła.

Roześmiał się i powiedział, że ją kocha. Ostatnio zaczął jej to mówić, a ona w obliczu tego faktu zachowywała osobliwą powściągliwość.

Kocham cię.

Jej samej te słowa nie przeszły na razie przez usta. I prawdopodobnie nie przejdą, dopóki nie poczuje się pewna. Rozmawiali o tym. Oczywiście rozumiał ją i nie miał pretensji, bo w końcu co innego mógł zrobić? Powiedział, że z nim jest podobnie. Z tą różnicą, że on jest pewny. Już teraz.

Jak to możliwe? – chciała wiedzieć.

– Jestem trochę mniej ostrożny i poparzony niż ty – odparł. – Mam odwagę zrobić krok w nieznane trochę wcześniej.

Cholera wie, pomyślała Ewa Moreno. Każdy z nas ma inny osobisty stosunek do języka i słów, a zwłaszcza do języka miłości. I to nie ma nic wspólnego z naszymi złymi doświadczeniami.

Ale jednocześnie zadała sobie pytanie – nie po raz pierwszy – co też właściwie stało się z Leilą, jego poprzednią dziewczyną. Opowiadał, że byli ze sobą przez ponad trzy lata i któregoś wieczoru ona po prostu go zostawiła, więc popędził piętro wyżej i zapukał do drzwi Ewy. Zaprosił ją na kolację, na kolację, którą przygotował dla Leili. Po prostu. Ale czy to nie było dosyć dziwne?

Kiedy spytała go o to, właśnie podał do stołu. Przecież ugotował dla dwojga. Ostatecznie nie po to stoi się dwie i pół godziny w kuchni, stwierdził, aby później połknąć wszystko w samotności w ciągu dziesięciu minut. Nie ma mowy.

Teraz też poruszyli temat jedzenia.

– Jeśli weźmiesz ze sobą dobre białe wino, postaram się znaleźć dla ciebie pyszną rybę. Na targu stoi zawsze taki staruszek, który co rano przywozi świeże ryby z własnego połowu. Ma drewnianą nogę i turyści każdego lata pstrykają mu ze dwa tysiące zdjęć… w każdym razie spróbuję.

– To jesteśmy umówieni – powiedziała Moreno. – Liczę na ciebie. Przecież dałam ci trzy godziny ekstra. Poza tym…

– Tak?

– Nie, już nieważne.

– Nieprawda.

– No dobrze. Jaki kolor mają twoje plażowe klapki?

– Plażowe klapki?

– Tak.

– Po co ci to? W domu leży ich z dziesięć par… albo i ze dwadzieścia, ale prawa własności nie są do końca jasne.

– To dobrze – powiedziała Moreno. – Uważam to za dobry znak.

Mikael Bau odparł, że nie rozumie nic a nic i że powinna sobie sprawić jakiś kapelusz od słońca. Obiecała, że się zastanowi, po czym skończyli rozmowę. Nigdy nie mówił dwa razy, że ją kocha, i była mu za to wdzięczna.

Choć trochę w rozterce.

Tego samego wieczoru zadzwonił jeszcze Reinhart i przez pół godziny omawiali, jak powinno przebiegać przesłuchanie Lampego-Leermanna. W gruncie rzeczy nie zanosiło się na nic wyjątkowo skomplikowanego, ale z drugiej strony dobrze by było wyciągnąć z niego jak najwięcej najszybciej jak to możliwe. Dużo nazwisk, i to ważnych.

Należało też pamiętać o wartości dowodowej, żeby przeciwko tym wielce zasłużonym panom rzeczywiście dało się wnieść oskarżenie. Do rozważenia była także oczywiście kwestia ewentualnych ustępstw wobec Lampego-Leermanna, ale i Moreno, i Reinhart nie pierwszy raz mieli z czymś takim do czynienia. Na koniec komisarz wyraził zadowolenie z ich wspólnych ustaleń.

Skoro ten bandzior wybrał sobie specjalnie jako spowiednika inspektor Ewę Moreno, to chyba się jej wyspowiada, pomyślał komisarz.

I oby miał coś do powiedzenia.

– Jeszcze tylko dwie ważne zasady – podkreślił Reinhart na zakończenie. – Po pierwsze, nagrywać. Po drugie, żadnych wyraźnych obietnic. Nie na tym wstępnym etapie, to musi być jasne także dla niego.

– Wiem – odparła Moreno. – Nie urodziłam się wczoraj. A ten Vrommel to jaki właściwie jest?

– Nie mam pojęcia – rzucił Reinhart. – Przez telefon brzmi jak kapral. I przypuszczam, że jest rudy. Ale może chodzi o innego Vrommla.

– W jakim wieku?

– Za stary dla ciebie. Mógłby być twoim dziadkiem czy kimś takim.

– Dziękuję, komisarzu.

Reinhart życzył jej na koniec udanych łowów i oświadczył, że spodziewa się od niej raportu za dwa dni, maksimum trzy.

– Raportu? – zareagowała gwałtownie Moreno. – Dostaniesz przecież protokół z przesłuchania, a ja nie zamierzam w tej kwestii nawet ruszyć palcem. Nie jestem na służbie.

– Hm – mruknął Reinhart. – Za grosz idealizmu w tym zespole. Co będzie z naszym społeczeństwem?

– Porozmawiamy o tym w sierpniu – odpowiedziała Moreno.

– O ile ono będzie jeszcze istnieć – podsumował Reinhart.

5

10 lipca 1999

Dopiero po jakimś czasie się zorientowała, że siedząca naprzeciw niej dziewczyna rzeczywiście płacze.

Nie był to rozpaczliwy płacz, tylko taki cichy, w pewien sposób naturalny. Twarz miała szczerą i czystą; skórę jasną, a kasztanowe włosy zaczesane do tyłu i zebrane zwykłą gumką. Wygląda na szesnaście, siedemnaście lat, oszacowała Moreno, choć wiedziała, że z młodymi dziewczynami nigdy nie wiadomo – mogła się pomylić o dwa lata w górę albo w dół.

Oczy duże, jasnobrązowe i chyba zupełnie nieumalowane. Bo na policzkach, po których spływały łzy równomiernymi, ale niezbyt obfitymi strużkami, nie dawało się zauważyć żadnych ciemnych smug. Dziewczyna płakała cicho i zwyczajnie. Moreno zerknęła ostrożnie znad krawędzi książki i zauważyła, że jej współpasażerka z naprzeciwka trzyma zgniecioną chusteczkę w dłoniach, które spoczywają splecione na jej kolanach, i nie próbuje wykonać żadnego gestu, aby zatrzymać potok łez.

Najmniejszego gestu. Dziewczyna po prostu płakała. Pozwalała swobodnie lać się łzom, podczas gdy patrzyła przez okno na płaski, rozświetlony słońcem krajobraz umykający za szybą. Siedziała tyłem do kierunku jazdy, Moreno – przodem.

To z żalu po kimś, pomyślała Moreno. To mi wygląda na żal po kimś.

Próbowała sobie przypomnieć, na której stacji dziewczyna się dosiadła. Chyba w Moorhuijs albo w Klampendikk. W każdym razie jeden albo dwa przystanki za Maardam Kolstraat, gdzie ona rozpoczęła swoją podróż. Ten lokalny pociąg zatrzymywał się mniej więcej co trzy minuty. Moreno zaczęła już żałować, że nie zdecydowała się na pospieszny. Prawdopodobnie ten jedzie dwa razy wolniej i pewnie dlatego jest w nim tak pusto. Oprócz starszej pary, która kilka rzędów dalej popijała kawę z termosu, w całym kołyszącym się wagonie siedziała tylko ona i ta płacząca… Swoją drogą to dziwne, że dziewczyna usiadła akurat naprzeciw niej, podczas gdy miała tyle wolnych miejsc do wyboru. Dziwne.

– Ty płaczesz.

Powiedziała to bez zastanowienia. Tak jakoś się jej wymknęło, zanim zdążyła się powstrzymać. I w tej samej chwili pomyślała, czy Michael Bau nie miał przypadkiem racji, radząc jej, aby sprawiła sobie kapelusz. Taki z szerokim rondem przeciw słońcu, bo strefa wysokiego ciśnienia dzisiaj też nie przesunęła się dalej.

Dziewczyna spojrzała na nią. Potem wytarła sobie nos. Ewa Moreno zmieniła pozycję i czekała.

– No tak, trochę popłakuję.

– Zdarza się – rzekła Moreno.

Boże drogi, pomyślała. Co ja wyprawiam? Teraz jeszcze zawracam sobie głowę jakąś beczącą nastolatką… siksą ze złamanym sercem uciekającą przed swoim chłopakiem. Albo przed rodzicami. Ale uciekającą bez dwóch zdań… Lepiej zacznę znowu czytać, jakbym nigdy do niej nie zagadała. Zerknę na nią znowu, dopiero jak dojedziemy do Lejnice, Lampe-Leermann powinien mi raczej w zupełności wystarczyć. Dlaczego, u diabła, nie potrafię utrzymać języka za zębami?

– Płaczę, bo się boję – odezwała się dziewczyna i znowu spojrzała na słońce za oknem. – Jadę do swojego taty.

– Rozumiem – powiedziała obojętnie Moreno i porzuciła teorię o ucieczce.

– Nigdy go nie widziałam.

Moreno opuściła książkę.

– Jak to?

– Nigdy nie widziałam swojego taty.

– Nigdy nie widziałaś swojego taty? Dlaczego?

– Bo moja mama uważała, że tak będzie lepiej.

Moreno zastanowiła się przez chwilę. Wypiła łyk wody mineralnej z butelki. Podsunęła ją dziewczynie z pytającym spojrzeniem. Nastolatka podziękowała.

– A dlaczego uważała, że będzie lepiej, jeśli nie będziesz miała z nim kontaktu?

Tamta wzruszyła ramionami.

– Nie wiem.

– Jak się nazywasz?

– Mikaela Lijphart.

– Ile masz lat? Szesnaście, siedemnaście…?

Przecież ja zaczynam ją przesłuchiwać, odkryła nagle Moreno i spróbowała to zatuszować, podsuwając współpasażerce opakowanie gumy do żucia. Mikaela Lijphart wzięła dwie pastylki i uśmiechnęła się nieznacznie.

– Osiemnaście – poprawiła ją. – Tak naprawdę to osiemnaście. Właśnie wczoraj skończyłam.

– To wszystkiego najlepszego – powiedziała Moreno.

– Przepraszam, przeszkodziłam pani w czytaniu.

– Nie szkodzi. I tak zupełnie nie potrafię się skupić w pociągu. Po kilka razy czytam to samo zdanie. Jeśli chcesz opowiedzieć o swoim tacie, chętnie posłucham.

Mikaela Lijphart westchnęła głęboko i sprawiała wrażenie, jakby sama ze sobą się naradzała. Zajęło jej to trzy sekundy.

– Dziękuję – odezwała się w końcu. – No więc nigdy się z nim nie spotkałam. To znaczy tylko wtedy, kiedy byłam bardzo mała. Jeszcze do przedwczoraj nie wiedziałam, kim on jest. Nazywa się Arnold Maager. Mama mi powiedziała, bo skończyłam osiemnaście lat. Ładny prezent na urodziny, prawda? Tata.

Moreno uniosła jedną brew, ale nie skomentowała. Pociąg zaczął głośno hamować przed kolejną stacją.

– Siedzi w psychiatryku. Kiedy miałam dwa latka, coś się wydarzyło. I to dlatego moja mama nic mi o nim aż do teraz nie mówiła.

Boże drogi, pomyślała Moreno. Co ta mała mi tu opowiada? Przez krótką chwilę przemknęło jej przez głowę, że ma przed sobą młodą mitomankę – lekko neurotyczną nastolatkę, która lubi wzbudzać zainteresowanie swoją osobą u kompletnie obcych ludzi. Skłonność do odgrywania takiego przedstawienia jest dosyć typowa dla zagubionych dziewczyn, wiedziała to z doświadczenia. Nauczyła się tego, pracując w policji zajmującej się sprawami młodzieży. Dokładnie licząc, dwa i pół roku, które nie były złe, ale wolałaby do nich nie wracać. Podobnie jak do wszystkich pozostałych, które niedawno podsumowała…

Jednak z drugiej strony nie mogła uwierzyć, że Mikaela Lijphart serwuje jej kłamstwa. Bo przypominała raczej otwartą książkę, stwierdziła Moreno – z tymi swoimi dużymi, jasnymi oczami i szczerą twarzą. Oczywiście mogła się mylić, ale żeby aż tak?

– A teraz jedziesz, żeby się z nim zobaczyć? – spytała ostrożnie. – Z twoim tatą. Gdzie on mieszka?

– W Lejnice – odrzekła dziewczyna. – Jest w zakładzie dla psychicznie chorych za miastem. Zadzwoniłam tam i rozmawiałam z nimi, więc wiedzą, że przyjadę. Mają go przygotować… tak powiedzieli. Przygotować. Rany boskie, strasznie się denerwuję, ale wiem, że powinnam się z nim zobaczyć.

Ewa Moreno nerwowo szukała jakichś słów pocieszenia.

– Jak trzeba, to trzeba – rzuciła. – Naprawdę dowiedziałaś się dopiero przedwczoraj, że masz tatę?

Mikaela Lijphart znowu nieznacznie się uśmiechnęła.

– Tak. Dobrze wiem, że dzieci, których ojciec jest nieznany, zdarzają się teraz raczej rzadko. Kiedy miałam trzy lata, pojawił się mój ojczym, a kiedy skończyłam piętnaście, usłyszałam, że on nie jest moim prawdziwym ojcem. A potem… potem musiałam czekać trzy lata, żeby mama mi powiedziała, kto nim jest. Arnold Maager… nawet nie wiem, czy podoba mi się jego nazwisko, czy nie.

– Ale dlaczego? – Moreno nie potrafiła powstrzymać się przed zadaniem tego pytania. – Oczywiście to nie moja sprawa, jednak…

– Nie wiem – powiedziała Mikaela Lijphart.

– Nie wiesz?

– Nie. Nie wiem, dlaczego ona nie mogła mi powiedzieć. Albo nie chciała. Plotła mi różne rzeczy o odpowiedzialności i dojrzałości, ale… żadnych szczegółów. Coś się stało, jak byłam mała. Wiem tylko tyle.

Moreno spojrzała przez okno i stwierdziła, że są już w Boodendijk. Czyli do Lejnice nie jest już chyba daleko. Prawdopodobnie dwie albo trzy stacje. Za niezbyt szeroką linią zabudowań zaczynał się wydmowy krajobraz. Niebo było wręcz histerycznie lazurowe.

Co, u diabła, mam jej powiedzieć? – deliberowała. Ta biedaczka musi czuć się kompletnie opuszczona.

– A nie zastanawiałaś się nad tym, żeby zabrać kogoś ze sobą? – spróbowała. – Jeśli czujesz się niepewnie. Na przykład koleżankę… czy mamę…

– Chcę się spotkać z nim sama – oświadczyła dziewczyna. – Mama była w ogóle przeciwna, żebym do niego jechała, ale w końcu mam już osiemnaście lat.

– Niewątpliwie – przyznała Moreno.

Minęło kilka sekund. Pociąg znowu powoli ruszał.

– Nie mam pojęcia, dlaczego opowiadam to wszystko zupełnie obcej osobie – odezwała się Mikaela Lijphart, próbując robić dobrą minę do złej gry. – Pewnie myśli pani, że jestem nieźle stuknięta… nie mówiąc już o mojej mamie i ojcu. Rodzina czubków. Może i tak, ale ja naprawdę jeszcze nigdy…

– Czasami dobrze jest porozmawiać z kimś obcym – przerwała jej Moreno. – Można powiedzieć, co się chce, i niczym się nie przejmować. Ja też czasami zaczynam rozmowę w ten sposób.

W tym momencie twarz Mikaeli rozjaśnił prawdziwy uśmiech, a Moreno stwierdziła, że dziewczyna wzbudza jeszcze większą sympatię, kiedy tylko na chwilę zapomni o swoich smutkach.

– No właśnie. I może tak samo będzie z moim ojcem. Chodzi mi o nasze spotkanie. Przecież my też jesteśmy dla siebie całkiem obcy. Ale nie chcę mieć nikogo przy sobie, kiedy będę pierwszy raz w życiu z nim rozmawiać. To nie byłoby… nie byłoby właściwe. Rozumie pani? Właściwe wobec niego.

Moreno skinęła głową.

– Czyli wysiadasz w Lejnice? – spytała.

– Tak. A pani?

– Także w Lejnice. Zobaczysz, że wszystko dobrze się ułoży. To znaczy z twoim tatą. Czuję to.

– Ja też – oświadczyła Mikaela Lijphart z optymizmem i trochę się wyprostowała. – Zdaje się, że zaraz będziemy na miejscu. Może pójdę jeszcze do toalety i umyję sobie twarz. Rozmowa z panią dobrze mi zrobiła.

Ewa Moreno poczuła nagle, że w kąciku oka zakręciła jej się łza. Poklepała dziewczynę lekko po udzie i odchrząknęła.

– Słusznie. Poczekam na ciebie. Pójdziemy razem na stację.

Mikaela Lijphart wstała i zniknęła w toalecie na samym końcu wagonu. Moreno głęboko westchnęła. Włożyła swoją książkę do walizki i odkryła nagle, że przez okno widać już morze.

Spojrzała na zegarek. Za trzy minuty będą na miejscu.

Pożegnała się z Mikaelą Lijphart na placu przed dworcem, gdzie dziewczyna wsiadła do żółtego autobusu, który miał ją zawieźć do zakładu Sidonis, leżącego kilka kilometrów na północ w głębi lądu.

Moreno zaś wsiadła do taksówki, ponieważ nie wiedziała, gdzie w Lejnice znajduje się komisariat policji.

Odległość do rynku, przy którym, jak się okazało, leżał komisariat, wynosiła niecałe dwieście metrów, dlatego młody taksówkarz spytał, czy nie może pojechać z nią jeszcze do kościoła i z powrotem, żeby chociaż zdążył uruchomić taksometr.

Moreno roześmiała się i oznajmiła, że za kilka godzin będzie wybierać się do Port Hagen, na co otrzymała wizytówkę z prywatnym numerem kierowcy.

Komisariat policji w Lejnice mieścił się w dwupiętrowym budynku z ciemnej klinkierowej cegły z dziwnymi kwadratowymi oknami, do których nie dało się zajrzeć. Został zbudowany pewnie tuż po wojnie i leżał między rzeźnikiem a zakładem pogrzebowym. Nad niezbyt imponującym wejściem widniał mikroskopijny balkon z żelazną balustradą i jeszcze mniejszą flagą, która powiewała na słabym wietrze zatknięta na czymś w rodzaju kija od szczotki. Widok budynku obudził w Moreno skojarzenie z pewną dekadencką francuską kolonią z dziewiętnastego wieku – albo z filmem o niej – a kiedy ujrzała komisarza Vrommla, domyśliła się, że tamto minione stulecie przypuszczalnie o wiele bardziej by mu odpowiadało niż to, które właśnie stało u drzwi.

Zresztą u drzwi stał także on sam. Wysoki, chudy, ubrany w coś w rodzaju miękkiego munduru khaki, jaki Moreno znała też tylko z filmów. Miał około sześćdziesiątki, jak oszacowała, może nawet skończył sześćdziesiąt pięć. Przypuszczenie Reinharta, jakoby był rudowłosy, mogło być nawet trafne, ale spóźnione o kilkadziesiąt lat. Dzisiaj bowiem głowa Vrommla wydawała się skąpo porośnięta włosami, by nie powiedzieć – łysa.

Do tego wszystkiego okrągłe szkła bez oprawek, potężny czerwonobrązowy nos i wąsy, które były tak rzadkie i jasne, że dostrzegła je dopiero, kiedy podali sobie ręce.

– Domyślam się, że inspektor Moreno. Miło mi. Podróż przyjemna?

– Owszem, dziękuję. Trochę gorąco.

Nie podjął zaproszenia do rozmowy o pogodzie. Odchrząknął i wyprostował plecy.

– Witam w Lejnice. Oto siedziba władzy. – Wyciągnął rękę w geście, który prawdopodobnie – ale tylko prawdopodobnie – należało odebrać jako ironiczny. – Może wejdziemy do środka? Ten drań Lampe już siedzi i czeka.

Otworzył drzwi. Moreno weszła do w miarę chłodnego wnętrza komisariatu w Lejnice.

Pokój przesłuchań miał około dziesięciu metrów kwadratowych powierzchni i wyglądał tak, jak powinien wyglądać pokój przesłuchań.

I jak powinny wyglądać pokoje przesłuchań na całym świecie. Stół z dwoma krzesłami. Lampa pod sufitem. Żadnych okien. Na stole magnetofon, karafka z wodą i dwa białe plastikowe kubki. Gołe ściany i niepomalowana betonowa posadzka. Dwoje drzwi z judaszami. Franz Lampe-Leermann był już na miejscu, gdy Moreno weszła do środka przez jedne z nich. Prawdopodobnie siedział tu już od jakiegoś czasu; wyglądał na dosyć wymęczonego, a uśmiech, jakim ją obdarzył, wydał się wymuszony. Duże plamy potu zaczęły rozlewać się pod pachami jego żółtej koszuli, a z nóg miał ściągnięte i buty, i skarpety. Oddychał ciężko. System klimatyzacji, który działał w całym budynku, najwyraźniej nie obejmował tego miejsca kaźni.

Albo Vrommel go wyłączył.

Trzydzieści pięć stopni, oceniła Moreno. Co najmniej. Świetnie.

– Potrzebuję przerwy na papierosa – oznajmił Franz Lampe-Leermann, wycierając sobie czoło grzbietem dłoni. – Ta kanalia nie pozwala mi nawet zapalić.

– Przerwy? – powtórzyła Moreno. – Przecież jeszcze nawet nie zaczęliśmy. Najwcześniej za pół godziny. Pod warunkiem że będzie pan rozmowny. Jasne?

Lampe-Leermann zaklął znowu i wzruszył ramionami.

– No to jedziemy – rzuciła Moreno i przycisnęła klawisz magnetofonu. – Co ma mi pan do powiedzenia?