Opis

Siódma książka w serii kryminalnej o komisarzu Van Veeterenie i jednostce policyjnej w Maardam.

Pijany kierowca powoduje wypadek, w wyniku którego ginie młody chłopak. Sprawca pod osłoną deszczu i ciemności ucieka z miejsca przestępstwa. W wyniku wypadku jego życie radykalnie się zmienia. Musi podejmować coraz to bardziej ryzykowne decyzje, zacierać ślady... Kłamstwa rodzą jednak kolejne kłamstwa... Wydaje się, że jego życiem powoduje jakaś perwersyjna, złowroga logika, która prędzej czy później doprowadzi go do zguby... Pytanie tylko kiedy, i jak wiele zła zdoła jeszcze wyrządzić. Komisarz Reinhart, policja Maardam i, oczywiście, detektyw Van Veeteren muszą temu zapobiec - rozwiązać kolejną skomplikowaną zagadkę, od której wyjaśnienia może zależeć życie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I

1

Chłopak, który wkrótce miał umrzeć, zaśmiał się i uwolnił się z uścisku. Strzepnął z koszuli okruchy po chipsach i wstał.

– Muszę lecieć – powiedział. – Naprawdę muszę. Ostatni autobus odchodzi za pięć minut.

– Wiem, wiem – odparła dziewczyna. – Nie mogę cię przenocować. Boję się, co by powiedziała mama. Wróci za kilka godzin. Dzisiaj ma wieczorną zmianę.

– Szkoda – odpowiedział chłopak, wciągając przez głowę gruby sweter. – Fajnie, jak bym mógł zostać. Moglibyśmy… no…

Zawahał się i nie dokończył zdania. Uśmiechnęła się i chwyciła go za rękę. Nie puszczała. Wiedziała, że tak tylko gada. Że udaje. Nigdy by się nie odważył, pomyślała. Taka sytuacja by go przerosła. Przez moment nawet się zastanawiała, czyby się nie zgodzić, żeby został.

Tylko po to, żeby zobaczyć jego reakcję. Żeby sprawdzić, czy pociągnie temat, czy też zrzuci maskę.

Chciała, żeby przez chwilę uwierzył, że zgadza się położyć się z nim nago w łóżku.

Bez wątpienia miałaby z tego niezły ubaw. Sporo by się o nim dowiedziała, ale jednak dała sobie spokój. Zaniechała tego pomysłu. To by było nie fair. Miała o nim zbyt dobre zdanie, żeby pozwolić sobie na egoizm i podobne kalkulacje. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to darzyła go ogromną, ale to przeogromną sympatią, tak więc prędzej czy później pewnie i tak do tego dojdzie. Wylądują nago pod jedną kołdrą. Przeczuwała to przez ostatnie tygodnie, nie było sensu zaprzeczać faktom.

Będzie jej pierwszym. Ale nie dziś.

– Kiedy indziej – powiedziała i puściła go. Przesunęła dłonią po włosach, które naelektryzowały się od śliskiego obicia sofy. – Cholerne samce, tylko jedno wam w głowach.

– Aha… – odparł i zrobił odpowiednio zawiedzioną minę.

Wyszedł do przedpokoju. Dziewczyna poprawiła sweter i poszła za nim.

– Moglibyśmy być cicho i udawać, że śpisz. A rano wymknąłbym się, zanim twoja mama się obudzi… – dodał, żeby zbyt szybko nie kończyć tego wątku.

– Zrobimy to następnym razem. W przyszłym miesiącu mama pracuje na nocną zmianę. Może wtedy?

Pokiwał głową. Założył buty i zaczął się rozglądać za szalikiem i rękawiczkami.

– Kurde, zostawiłem u ciebie książkę do francuskiego. Przyniesiesz ją?

Przyniosła. Kiedy zapiął budrysówkę, znów zaczęli się przytulać. Przez wszystkie warstwy ubrań czuła, że mu stanął. Przycisnął się do niej mocno i na chwilę zawirowało jej w głowie, ogarnęła ją niemoc. Przyjemne uczucie. Jakby spadała, nie musząc się martwić o lądowanie. Zrozumiała, że nić łącząca rozsądek i uczucia, mózg i serce jest faktycznie słaba, tak jak ostrzegała ją matka podczas poważnej rozmowy, którą któregoś dnia odbyły przy kuchennym stole.

Nie ma na czym polegać. Rozsądek wart jest tyle, co chusteczka, w którą się smarka, kiedy jest już po wszystkim, powiedziała mama, a wyglądała przy tym, jakby wiedziała, co mówi.

Bo i jak miałaby nie wiedzieć. Miała za sobą związki z trzema facetami, ale żaden – jeśli dobrze ją zrozumiała – nie okazał się wart tego, by z nim zostać. A już na pewno nie jej ojciec. Przygryzła wagę i odepchnęła go od siebie. Zaśmiał się nieco zawstydzony.

– Lubię cię, Wim – powiedziała. – Naprawdę. Ale musisz już lecieć, bo autobus ci ucieknie.

– Ja też cię lubię. I twoje włosy…

– Włosy?

– Są przepiękne. Gdybym był jakimś małym stworzonkiem, to chciałbym w nich mieszkać.

– Ależ… – Uśmiechnęła się. – Chcesz powiedzieć, że mam wszy?

– Skądże. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Chodzi mi tylko o to, że jeśli umrę przed tobą, to mam zamiar odrodzić się jako stworzonko, które zamieszka w twoich włosach. Tak żebyśmy już na zawsze byli razem.

Nagle spoważniała.

– Nie wolno w ten sposób mówić o śmierci – powiedziała. – Bardzo cię lubię, ale nie gadaj tak beztrosko o umieraniu, proszę.

– Przepraszam. Nie pomyślałem o…

Wzruszyła ramionami. Miesiąc wcześniej zmarła jej babcia. Trochę o tym rozmawiali.

– Nie szkodzi. I tak cię lubię. Widzimy się jutro w szkole.

– No. Dobra, naprawdę muszę już iść.

– To nie odprowadzać cię na przystanek?

Pokręcił głową i otworzył drzwi na klatkę.

– Nie wygłupiaj się. To tylko dwadzieścia metrów stąd.

– Lubię cię – powiedziała dziewczyna.

– Ja ciebie też – powiedział chłopak, który wkrótce miał umrzeć. – I to bardzo.

Przytulili się ostatni raz, po czym ruszył biegiem po schodach.

Mężczyzna, który wkrótce miał zabić, chciał już być w domu.

W łóżku albo w wannie, sam nie wiedział gdzie bardziej.

A może zaliczę i to, i to, pomyślał, ukradkiem zerkając na zegarek. Najpierw porządna, gorąca kąpiel, a potem do łóżka. Po co obstawiać albo-albo, skoro można mieć i jedno, i drugie? Mój Boże, spędził z tymi półgłówkami ponad cztery godziny… cztery godziny! Rozejrzał się wokół stołu i zaczął się zastanawiać, czy któryś z nich czuje się podobnie. Czy któryś jest równie znudzony, jak on.

Nie wyglądało na to. Na wszystkich twarzach gościły uśmiechy. Pewnie po części na skutek alkoholu, ale i tak widać było, że jego koledzy są zadowoleni z życia i z towarzystwa. Sześciu facetów w kwiecie wieku, pomyślał. Odnoszą sukcesy, nieźle im się powodzi, to znaczy o tyle o ile. Może tylko Greubner wygląda na nieco zmęczonego i nie w formie, ale to pewnie przez rozpadające się małżeństwo…. Albo przez firmę. No właśnie, a może i jedno, i drugie?

Dość już tego, postanowił i wlał w siebie ostatnie krople koniaku. Otarł serwetką kąciki ust i wyrazem twarzy dał do zrozumienia, że chce wstać od stołu.

– Chyba powinienem już… – zaczął.

– Tak szybko? – zapytał Smaage.

– Tak, jutro przecież jest zwykły dzień. Zresztą chyba nie mamy już nic więcej w planach.

– Heh – odparł Smaage. – No to jeszcze po koniaczku. Heh.

Mężczyzna, który wkrótce miał zabić, wstał.

– Chyba jednak powinienem już… – powtórzył i celowo nie dokończył zdania. – Panowie, życzę dobrej nocy. Nie zabawcie tu za długo.

– Twoje zdrowie – powiedział Kuijsmaa.

– Pokój z tobą, bracie – dodał Lippmann.

Kiedy już stał w holu, nagle poczuł, że absolutnie nie pomylił się, sądząc, że wlał już w siebie tyle, ile trzeba. Założenie kurtki sprawiało mu trudności, do tego stopnia ewidentne, że wytatuowany osiłek z szatni zadał sobie trud, by wyjść zza lady i mu pomóc. Niewątpliwie kłopotliwa sytuacja. Pospieszył więc schodami w dół, a potem na rześkie, nocne powietrze.

Czuć było nadchodzący deszcz. Zresztą połyskujący bruk na rynku świadczył o tym, że całkiem niedawno pokropiło. Niebo wyglądało na niespokojne, więc pewnie przyjdą kolejne opady. Zawiązał szalik, wetknął ręce do kieszeni i ruszył Zwille w stronę placu Grote, gdzie zaparkował. Krótki spacer dobrze mi zrobi, pomyślał. Wystarczy kilkaset metrów i człowiekowi od razu przejaśnia się w głowie. A chyba tego mi trzeba.

Kiedy mijał oświetlone wejście domu handlowego Boodwick, zegar umieszczony na budynku wskazywał dwadzieścia po jedenastej, ale plac Ruyders Plejn był już ciemny i opustoszały niczym zapomniany cmentarz. Nad Langgraacht zaczęła się zbierać mgła, a idąc przez most Eleonorabron, poślizgnął się kilka razy. Musiało było około zera stopni. Powtórzył sobie w myślach, że musi uważać z samochodem. Szklanka na drodze i promile we krwi to kiepskie połączenie. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie wziąć taksówki, ale w pobliżu żadnej nie było widać, więc dał sobie spokój. Wiedział zresztą, że jutro rano będzie potrzebował samochodu, a zostawianie go na noc na placu Grote też nie wydawało się dobrym pomysłem. Wprawdzie ostatnio zainstalował nietani alarm, ale wiadomo przecież, jak to bywa. Dla zwinnych złodziejaszków żaden wyczyn włamać się do auta, zwinąć stereo, a potem ukryć się, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Ano, nie mam wyjścia, stwierdził z rezygnacją i skręcił w Kellnerstraat.

No i, co też nie było całkiem bez znaczenia, zdarzało mu się już prowadzić na cyku. I to kilka razy, a nigdy nie miał z tego powodu nieprzyjemności. Idąc przez plac w stronę czerwonego audi, próbował podliczyć, ile wypił tego wieczoru. Miał jednak co do tego sporo wątpliwości i nie udało mu się dojść do żadnej sensownej konkluzji. Otworzył więc samochód pilotem i rozsiadł się za kierownicą. Wpakował do ust cztery pastylki na gardło, odpalił silnik i zaczął rozmyślać o kąpieli z pianą.

Z płynem eukaliptusowym, postanowił. Zerknął na zegarek. Były dwie minuty po północy.

Autobus odjechał w tej samej chwili, kiedy chłopak wybiegł z domu.

Najpierw odruchowo podniósł rękę, żeby go zatrzymać. Potem puścił kierowcy porządną wiązankę, przyglądając się, jak tylne światła autobusu znikają na drodze pnącej się po wzgórzu w stronę uniwersytetu.

Niech to! Dlaczego akurat dzisiaj wieczorem musiał przyjechać zgodnie z rozkładem? Cholerny pech.

Chociaż kiedy spojrzał na zegarek, zorientował się, że autobus był pięć minut spóźniony, tak więc mógł winić tylko siebie.

Siebie i, rzecz jasna, Katrinę. Na samą myśl o niej zrobiło mu się weselej. Zdecydowanym ruchem poprawił plecak, naciągnął kaptur na głowę i ruszył przed siebie.

Pewnie zajmie mu to czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt minut, ale na pewno dotrze do domu tuż po dwunastej. Jakoś to przeżyje. Wprawdzie mama będzie czekać na niego przy kuchennym stole, tego mógł być pewien. I będzie patrzeć tym osowiałym, pełnym wyrzutów spojrzeniem, które wyćwiczyła przez lata, przydając mu tragizmu godnego niemego dramatu. No ale świat się od tego nie zawali. Każdemu może uciec autobus, zdarza się nawet w najlepszych rodzinach.

Przy cmentarzu Keymer zawahał się, czy iść na skróty, czy nie. Postanowił jednak iść dłuższą drogą. Cmentarna kaplica i groby nie wyglądały zachęcająco, a już na pewno nie o zmroku i nie w chłodnej mgle nadchodzącej znad ciemnych kanałów i rozpełzającej się po ulicach i ścieżkach. Sprawiała wrażenie, jakby wkrótce miała całkowicie spowić miasto nocnym welonem. I to raz na zawsze.

Chłopak się wzdrygnął i przyspieszył kroku. Mogłem zostać, pomyślał. Zadzwoniłbym do mamy i powiedziałbym, że przenocuję u Katriny. Trochę by zrzędziła, wiadomo, ale jaki miałaby wybór? Przecież uciekł mi ostatni autobus. Taksówka była za droga, a o tej porze i w taką pogodę nastolatki nie powinny się wypuszczać na samotne spacery.

Mama by go do tego nie zachęcała.

Było to jednak tylko gdybanie. Twardo szedł przed siebie. Skąpo oświetloną dróżkę i ścieżkę rowerową w parku pokonał niemal biegiem, tak więc na główną drogę dotarł szybciej, niż sądził. Wziął głęboki oddech i nieco zwolnił kroku. Jeszcze tylko ostatni odcinek, pomyślał. Długa, monotonna wędrówka wzdłuż głównej drogi. Cóż, gdyby ktoś był wybredny, to i ta trasa nie wydawała się zbyt przyjemna. Pobocze dla pieszych i rowerzystów było wąskie – należało się trzymać cieniutkiego pasa dzielącego ulicę od rowu, a samochody jechały szybko. Nie wprowadzono tu żadnego ograniczenia prędkości, a oświetlenie było kiepskie.

Dwudziestominutowa przechadzka ciemną drogą w listopadzie. Ledwo uszedł kilkaset metrów, a już chłodny wiatr rozgonił mgłę i się rozpadało.

Cholera, pomyślał. A mogłem teraz leżeć w łóżku Katriny. Nago z nią u boku, jej ciepłym ciałem, czułymi dłońmi, nogami i piersiami, na których prawie już mu się udało położyć ręce… Cóż, widocznie ten deszcz to znak.

Mimo to nieprzerwanie szedł przed siebie. W deszczu, wietrze i ciemnościach, rozmyślając o tej, która miała być jego pierwszą dziewczyną.

Miała, ale nie była.

Wcześniej zaparkował trochę krzywo, więc teraz musiał ostrożnie wycofać. Kiedy już sądził, że jakoś mu się to udało, prawym bokiem zahaczył ciemnego opla.

Niech to, pomyślał. Dlaczego nie wziąłem taksówki? Ostrożnie otworzył drzwi i zerknął do tyłu. Stwierdził, że to tylko niewielkie obtarcie, nic, czym należałoby się przejmować. Ot, bzdura. Zamknął drzwi. Szyby są całe zamglone, a widoczność minimalna, wytłumaczył sam sobie. To też ma swoje znaczenie.

Darował sobie jednak refleksję nad tym, jakie dokładnie może to mieć znaczenie. Szybko odjechał z placu i ruszył wzdłuż Zwille. Ruch był nieduży, wyliczył sobie, że za kwadrans, góra dwadzieścia minut powinien być w domu. Czekając na czerwonym na Alexanderlaan, zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno ma jeszcze ten eukaliptusowy płyn do kąpieli. Kiedy włączyło się zielone, zagapił się i zgasł mu silnik. Szybko odpalił na nowo i docisnął gaz… Ach, ta przeklęta wilgoć. Na skrzyżowaniu skręcił trochę zbyt gwałtownie i zahaczył o wysepkę.

Rzecz jasna tylko przednim kołem. Nic takiego się nie stało. Nic a nic. Wystarczy to zbyć uśmiechem i jechać dalej, przekonywał sam siebie, jednocześnie jednak uświadomił sobie, że jest bardziej pijany, niż mu się wydawało.

Cholera. Muszę uważać, żeby trzymać się drogi. Niedobrze by było, gdybym…

Opuścił nieco szybę i włączył nawiew na pełne obroty, żeby przynajmniej odparować wóz. Potem przez dłuższą chwilę jechał z przepisową prędkością, przemierzając Bossingen i Deijkstraa, gdzie od trzydziestu pięciu lat nie uświadczyło się drogówki, a kiedy już dotarł do głównej drogi, okazało się, że niepotrzebnie martwił się o szklankę na ulicy. Zamiast przymrozku nadszedł solidny deszcz. Włączył wycieraczki i po raz setny tej jesieni przeklął własną opieszałość i to, że jeszcze ich nie wymienił.

Jutro, pomyślał. Jutro z samego rana podjadę na stację. Przecież to szaleństwo prowadzić, kiedy się nic nie widzi…

Później nie umiał określić, czy najpierw zareagował wzrok, czy słuch. W każdym razie najbardziej utkwił mu w pamięci głuchy stuk i lekkie drgnięcie kierownicy. W pamięci, a potem w snach. Nie od razu zorientował się, że uderzenie i dygot mają coś wspólnego z tym, co przez ułamek sekundy mignęło mu z prawej strony. To znaczy nie od razu trafiło to do jego świadomości.

Nie, dopóki nie zaczął hamować.

Nie, dopóki nie było po wszystkim, to znaczy dokąd nie minęło tych pięć–sześć sekund, które musiały upłynąć, zanim udało mu się zatrzymać samochód i ruszyć biegiem po mokrej nawierzchni.

A kiedy tak biegł, na myśl przyszła mu matka. Przypomniał sobie, jak podczas choroby – to musiało być na początku szkoły – siedziała przy nim i trzymała mu chłodną dłoń na czole, a on bez przerwy wymiotował: żółtozielona breja w czerwonym plastikowym wiadrze. Tak bardzo go wtedy bolało i tak miło było czuć tę chłodną dłoń. Zastanowiło go, dlaczego, na Boga, akurat o tym teraz myśli. To wspomnienie sprzed ponad trzydziestu lat, a o ile dobrze pamiętał, chyba nigdy wcześniej go nie przywoływał. Matka nie żyła już od ponad dziesięciu lat, nie mógł więc pojąć, czemu stanęła mu przed oczami właśnie teraz. Ona i cała ta…

Omal go nie minął, zauważył dopiero w ostatniej chwili. Zanim się zatrzymał, już wiedział, że nie żyje.

Chłopak w ciemnej budrysówce. Leżał w rowie, dziwnie powyginany, z plecami na wycementowanym podłożu i z twarzą zwróconą wprost na niego. Jakby się w niego wpatrywał, próbując go zaczepić. Jakby coś chciał mu powiedzieć. Rysy częściowo zakrywał naciągnięty na głowę kaptur, ale prawa strona twarzy – ta, która, jak można się było domyślić, uderzyła o cement – była odsłonięta wręcz… obscenicznie, jak na sekcji.

Zatrzymał się, próbując opanować odruch wymiotny. Taki sam, co do tego nie miał wątpliwości, jak tamten przed trzydziestu laty. Obok przejechały dwa samochody, każdy w inną stronę, ale chyba nikt nie zwrócił na niego uwagi. Uświadomił sobie, że cały się trzęsie, wziął dwa głębokie wdechy i zszedł do rowu. Po kilku sekundach zamknął i otworzył oczy. Pochylił się i ostrożnie sprawdził chłopakowi puls, zarówno na nadgarstkach, jak i na zakrwawionej szyi.

Jednak pulsu nie było. Kurwa, pomyślał, czując, jak ogarnia go panika. Niech to szlag, muszę… muszę… muszę…

Nie udało mu się jednak sprecyzować, co musi. Ostrożnie wsunął ręce pod ciało, przykucnął i podniósł chłopaka. Załupało mu w lędźwiach, dzieciak był cięższy, niż przypuszczał, może przez te przemoczone ubrania. To znaczy o tyle, o ile cokolwiek przypuszczał. Bo i po co miałby się wdawać w takie przypuszczenia. Problemem okazał się plecak. I głowa. Wciąż opadały, jakby się zawzięły. Zauważył, że krew z kącika ust spływała chłopakowi prosto do kaptura. Mógł mieć najwyżej piętnaście–szesnaście lat. Piętnastoletni chłopak… mniej więcej w tym wieku co syn Greubnera. Zorientował się po tych nie w pełni dojrzałych rysach twarzy, które było widać mimo obrażeń. Całkiem ładny dzieciak, mógłby wyrosnąć na przystojniaka.

Ale nie wyrośnie.

Dłuższą chwilę stał w rowie z ciałem w objęciach, a w głowie kotłowały mu się myśli. Zbocze dzielące go od jezdni miało nie więcej niż metr, ale było strome, a przez deszcz także śliskie i zdradliwe. Wątpił, żeby udało mu się utrzymać na nim równowagę. Na razie nie mijały go żadne samochody, ale gdzieś w dali słychać było zbliżający się moped. A może motor. Kiedy przejechał, okazało się, że to skuter. Oślepił go reflektor, aż zmrużył oczy. Zapewne – tak przynajmniej tłumaczył to sobie później – zapewne to właśnie ten moment oślepiającej jasności sprawił, że znów zaczął działać.

Działać i myśleć racjonalnie.

Ostrożnie odłożył ciało do rowu. Zastanawiał się, czy nie wytrzeć zakrwawionych rąk w trawę, ale zrezygnował. Wdrapał się z powrotem na jezdnię i szybko ruszył do samochodu.

Zauważył, że wcześniej odruchowo wyłączył silnik, ale zostawił włączone światła. I że deszcz leje z siłą rozszalałego żywiołu. Zorientował się też, że mu zimno.

Usiadł za kierownicą i zamknął drzwi. Zapiął pas i odjechał. Teraz widział lepiej, zupełnie jakby deszcz oczyścił szyby także od środka.

Nic się nie wydarzyło, pomyślał. Nic a nic.

Czuł pierwsze objawy zbliżającego się bólu głowy, ale wtedy znów na myśl przyszło mu wspomnienie chłodnej dłoni matki i nagle nabrał zupełnej pewności, że w butelce z płynem eukaliptusowym znajdzie się jeszcze kilka kropli.

2

Po przebudzeniu najpierw poczuł niewymowną ulgę.

Trwała trzy sekundy, potem zrozumiał, że to wcale nie był sen.

To zdarzyło się naprawdę.

Ulewny deszcz, nagłe drgnięcie kierownicy, śliski rów – to wszystko była rzeczywistość. Ciężar chłopaka w jego ramionach i krew skapująca do kaptura.

Przez dwadzieścia minut leżał w łóżku jak sparaliżowany. Tylko od czasu do czasu przechodził go dreszcz. Najpierw pojawiał się w stopach, potem przenosił się w górę ciała, żeby na końcu rozbłysnąć w głowie białymi ognistymi językami. Za każdym razem miał wrażenie, że błyski trafiają w którąś z kluczowych części mózgu i świadomości. Zmrażają ją lub wypalają, tak, by już nigdy nie mogła funkcjonować.

To jak lobotomia, pomyślał. Przechodzę operację lobotomii.

Kiedy zjadliwie czerwone cyfry na zegarku wskazały 07:45, podniósł słuchawkę i zadzwonił do pracy. Wyjaśnił łamiącym się głosem, że rozłożyła go grypa i że musi zostać w domu kilka dni.

Tak, tak – grypa.

Niestety, istny pech, ale tak wyszło.

Po prostu poleży w łóżku, wystarczy, że weźmie jakieś proszki i będzie dużo pił.

Tak. Tak. Nie.

Wstał pół godziny później. Stanął przy oknie i wyjrzał na posępną ulicę, typową dla przedmieść. Deszcz już ustał, ustępując miejsca ciężkiej, szarej porannej mgle. I kiedy tak stał, powoli wróciła ta myśl, która, jak pamiętał, towarzyszyła mu wczoraj wieczorem, ale też później, kiedy to zdesperowany leżał przez kilka godzin, zanim wreszcie udało mu się zasnąć.

Nic się nie wydarzyło. Nic a nic.

Przeszedł do kuchni. W składziku miał nieotwartą butelkę whisky. Glenalmond, które latem przywiózł z urlopu. Odkręcił nakrętkę i wypił dwa solidne łyki. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej robił coś takiego – by pił whisky prosto z butelki. Nie, nigdy mu się to nie zdarzyło.

Usiadł przy stole, oparł głowę na rękach i czekał, aż alkohol rozejdzie się po ciele.

Nic się nie wydarzyło, pomyślał.

Potem nastawił ekspres i zaczął analizować sytuację.

W porannych gazetach nie znalazł żadnej wzmianki. Ani w „Telegraafie”, który prenumerował, ani w „Neuwe Blatt”, po którą wyszedł do kiosku. Przez chwilę nawet udało mu się wmówić sobie, że to jednak był sen, ale kiedy tylko przypomniał sobie deszcz, rów i krew, zrozumiał, że to nie ma sensu. To się wydarzyło naprawdę. Wszystko było równie realne, jak ta butelka whisky na stole. Jak okruchy wokół tostera. Jak jego ręce, którymi bezsilnie i mechanicznie przewracał kolejne strony. Potem zrzucił gazety na podłogę i na nowo chwycił za butelkę.

Zabił młodego chłopaka.

Prowadził po pijaku i zabił piętnasto- czy szesnastoletniego chłopca. Stał w rowie, w deszczu, i trzymał w ramionach jego martwe ciało, a potem je tam zostawił i wrócił do domu.

Tak to właśnie wyglądało. I nic nie dało się już zrobić. Niczego się nie cofnie.

Dopiero kilka minut przed dziesiątą włączył radio. Wiadomości o dziesiątej rozwiały jego wątpliwości. Młody chłopak. Prawdopodobnie wracał do domu w Boorkhejm. Zwłok jeszcze nie zidentyfikowano.

Szczegółowo opisali miejsce wypadku.

Do zdarzenia doszło w nocy. Prawdopodobnie między godziną jedenastą a pierwszą. Ciało znaleziono dopiero dziś rano.

Najpewniej chłopak zginął na miejscu.

Świadków brak.

Najpewniej też przejechał go samochód. Kierowca nie mógł nie zauważyć, co się stało. Wszyscy, którzy w nocy jechali obok miejsca wypadku, oraz ci, którzy mogą mieć jakieś informacje, proszeni są o zgłaszanie się na policję. Policja chce się skontaktować ze wszystkimi, którzy…

Miejsce odgrodzono taśmami, wprawdzie deszcz utrudniał pracę, ale zabezpieczono część śladów. Poszukuje się kierowcy, który zbiegł z miejsca wypadku… Ponowny apel do wszystkich, którzy…

Wyłączył radio. Wcisnął w siebie jeszcze dwa łyki whisky i wrócił do łóżka. Leżał dłuższą chwilę, a w głowie kotłowały mu się myśli. Niech będzie, co ma być. Wystarczy podjąć decyzję.

Po pierwsze: chłopak w rowie był martwy i to on był winien jego śmierci.

Po drugie: cokolwiek by zrobił, i tak nie przywróci chłopakowi życia.

Po trzecie: nic nie zyska na tym, że się przyzna. Nic.

Wręcz przeciwnie, rozwinął ostatni wniosek. Bo po co za jedno stracone życie płacić kolejnym? Jego własnym?

Kiedy jego myśli wkroczyły na ten tor, poczuł wreszcie, że zmierza w dobrym kierunku. W końcu zaczął myśleć jak on. W końcu. Teraz wystarczy tylko być silnym. Nie dać się złamać.

I tyle.

Po południu zajął się sprawami praktycznymi.

Wyczyścił samochód. Zarówno na zewnątrz, jak i w środku. I choć uważnie przyglądał się prawej stronie maski i prawemu bokowi, to nie mógł się dopatrzyć ani śladu szkód. Przypuszczalnie trafił chłopaka dość nisko, może zderzakiem na wysokości kolan. Może to było tylko lekkie uderzenie. Wyglądało na to – stwierdził, kiedy odtworzył w pamięci scenę w rowie – wyglądało na to, że fatalne zakończenie wypadku było raczej wynikiem upadku chłopaka na cementowe podłoże, a nie samego zderzenia na jezdni. A to, w pewien perwersyjny sposób, sprawiło, że ciężar winy nieco zelżał. Takie miał wrażenie. Chciał, żeby tak było.

Jedyny niepokojący ślad znajdował się w samochodzie, na siedzeniu kierowcy. Była to ciemna, owalna plama, mniej więcej wielkości jajka, z prawej strony, na krawędzi beżowego obicia. Miał podstawy sądzić, że to krew, poświęcił więc pół godziny, próbując ją zmyć. Na darmo. Plama tkwiła na miejscu, widocznie wżarła się głęboko w materiał. Postanowił zatem nabyć w najbliższych dniach pokrowiec frotté. Byle nie za szybko… może po tygodniu, kiedy sprawa już trochę przycichnie.

Ślady krwi były też na kierownicy i na skrzyni biegów, ale ich usunięcie nie przysporzyło mu wielu problemów. Natomiast ubrania, które miał na sobie poprzedniego wieczoru, uważnie pozbierał i spalił w kominku w salonie, robiąc przy tym sporo dymu. Kiedy już skończył, nagle spanikował na myśl, że ktoś mógłby o nie zapytać. Szybko jednak się uspokoił. Przecież to niedorzeczne – zarówno to, że trafią na jego ślad, jak i to, że będą mu się kazali tłumaczyć z takich drobnostek. Para sztruksów? Stara marynarka i szaroniebieska bawełniana koszula? Przecież mógłby się ich pozbyć na sto uzasadnionych sposobów: wyrzucić, oddać na zbiórkę odzieży, cokolwiek.

Ale to i tak bez znaczenia, bo przecież nie trafią na jego ślad.

Po południu, kiedy już zaczęło zmierzchać i się rozpadało, poszedł do kościoła. Do starej bazyliki Vroon leżącej jakieś dwadzieścia minut piechotą od jego domu. Przez pół godziny siedział w bocznej nawie z zaciśniętymi dłońmi i próbował się wsłuchać w głosy dobiegające z jego wnętrza, a może też gdzieś z góry, nie usłyszał jednak żadnego wezwania, nie dojrzał żadnego znaku, który mógłby go zaniepokoić.

Wychodząc z pustego kościoła, zrozumiał, jaką wagę miała ta wizyta. Jak istotne było to, że poświęcił trochę czasu, żeby posiedzieć przed ołtarzem, tak po prostu, bez żadnych intencji i oczekiwań. Bez obłudy i fałszywych pobudek.

Za swego rodzaju potwierdzenie uznał to, że wytrwał w swoim postanowieniu.

Dziwne, ale kiedy opuszczał ciemną nawę, towarzyszyło mu poczucie siły i determinacji. Przeżył swoiste katharsis. Po drodze do domu kupił dwie gazety, w obu na pierwszej stronie było zdjęcie chłopaka. To samo, choć w dwóch innych powiększeniach. Szeroki uśmiech, dołeczki w policzkach, lekko skośne oczy i ciemne, zaczesano na czoło włosy. Bez kaptura, bez krwi. Nie poznał go.

Po powrocie do domu doczytał, że chłopak nazywał się Wim Felders. Przed zaledwie kilkoma dniami skończył szesnaście lat i uczył się w liceum Wegera.

W obu gazetach pełno było szczegółów, zarówno faktów, jak i spekulacji. Nagłówek z trzeciej strony „den Poost” dobrze podsumowywał powszechny stosunek do sprawy:

POMÓŻ POLICJI SCHWYTAĆ PIRATA

Nieco uwagi poświęcono też ewentualnym konsekwencjom, jakie czekają sprawcę, jeśli policja go wytropi. Wyglądało na to, że dwa do trzech lat to całkiem prawdopodobny wyrok.

Do tego doliczył spożycie alkoholu – które przecież łatwo mógł potwierdzić trzeźwy personel restauracji – i wyszło mu jakieś sześć lat. Co najmniej. Jazda po pijanemu. Spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa ruchu drogowego i przyczynienie się do śmierci drugiej osoby. Słowem, piractwo.

Pięć–sześć lat za kratkami. I na co by się to zdało? – pomyślał. Kogo ucieszyłby taki obrót spraw?

Wyrzucił gazety do śmieci i wyciągnął butelkę whisky.

3

Chłopak śnił mu się przez trzy noce, potem zniknął.

Zresztą podobnie rzecz się miała z gazetami. Pisali o Wimie Feldersie w piątek, sobotę i niedzielę, ale kiedy zaczął się kolejny tydzień pracy, doniesienia ograniczyły się do krótkiej notki informującej, że policja wciąż nie natrafiła na żaden trop. Nie pojawili się żadni świadkowie, brakowało też potwierdzonych dowodów rzeczowych – cokolwiek takie sformułowanie mogło znaczyć. Chłopaka przejechał nieznany kierowca, który później, pod osłoną deszczu i nocy, zbiegł z miejsca zdarzenia. Czyli po czterech dniach wiedziano tyle co na początku.

W poniedziałek wrócił do pracy. Dzięki temu odczuł ulgę, ale też wdrożył się na nowo w dawny rytm. Życie znów zaczęło się toczyć swoim torem, znanym, a jednocześnie dziwnie obcym. Nieraz w czasie dnia nachodziła go refleksja nad tym, jak cienka jest granica między codzienną rutyną a grozą.

Jak cienka i łatwa do przekroczenia.

Po pracy pojechał do supermarketu w Löhr, gdzie kupił nowe pokrowce na fotele. Od razu udało mu się znaleźć zestaw w kolorze niemal identycznym jak ten, który miał wcześniej. Kiedy wieczorem z pewnym wysiłkiem udało mu się założyć elastyczną tkaninę, poczuł, że nadszedł finał, że oto postawił nawias zamykający tę sprawę. Uporał się ze środkami bezpieczeństwa, które wcześniej, po pewnym wahaniu, postanowił przedsięwziąć. Zrobił, co mógł, zatarł wszystkie ślady, a jednocześnie, nie bez zdziwienia, zorientował się, że od wypadku nie minął jeszcze tydzień.

Tymczasem nic nie zapowiadało trudności. To znaczy nic, ale to nic nie wskazywało na to, by ktoś miał go pociągnąć do odpowiedzialności za to, co zdarzyło się w tę feralną czwartkową noc. Podczas tych kilku przeraźliwych, ale też coraz mniej realnych sekund, które zdawały się szybko niknąć w mroku przeszłości.

Zatem będzie dobrze. Wziął głęboki oddech i poczuł, że na pewno będzie dobrze.

Wprawdzie w kilku gazetach oraz w wiadomościach telewizyjnych, które śledził dość nieregularnie, twierdzono, że policja ma kilka tropów, on jednak wiedział, że to tylko czcze słowa. Ot, nieporadne udawanie, że się wie i potrafi więcej niż w rzeczywistości. Jak zwykle.

Nigdzie nie wspomniano o czerwonym audi stojącym z włączonymi światłami na poboczu w pobliżu miejsca wypadku. A to właśnie przysparzało mu najwięcej zmartwień. Nie tyle to, że ktoś mógł zauważyć kolor czy model samochodu, o rejestracji nie wspominając, ile to, że ktoś mógł zwrócić uwagę, że stał tam jakiś pojazd. W końcu minęły go dwa samochody, kiedy tak tkwił w rowie… a może to było chwilę wcześniej, kiedy jeszcze stał na brzegu drogi? Nie mógł sobie przypomnieć. Dwa samochody i skuter, to pamiętał wyraźnie. Kierowca samochodu, który nadjechał z przeciwka, od strony Boorkhejm lub Linzhuisen, mógł uznać jego samochód za pojazd jadący w drugą stronę. Jednak pozostała dwójka musiała zauważyć samochód z włączonymi światłami stojący na poboczu.

A może to jeden z tych drobiazgów, które się zapomina? Jeden z tych przebłysków, które trwają kilka sekund, może pół minuty, a potem znikają na zawsze? Trudno powiedzieć, trudno cokolwiek stwierdzić, ale bez wątpienia ta niepewność, to widmo niemożliwych do wykluczenia zeznań świadków nie pozwalały mu spać po nocach.

W czwartek, tydzień po wypadku, kiedy to media już od kilku dni milczały na ten temat, opublikowano apel bliskich chłopaka: jego matki, ojca i młodszej siostry. Rodzina wypowiadała się zarówno w telewizji, jak i w radiu, pojawiła się też na zdjęciach w prasie. Ich cel był jasny – chcieli przekonać sprawcę, by posłuchał własnego sumienia i się ujawnił.

By przyznał się do popełnionego czynu i poddał się należnej karze.

Takie rozegranie sprawy, co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości, było kolejnym dowodem na to, że policja była bezradna i nie miała czego się chwycić. Żadnych poszlak, żadnych tropów. Kiedy zobaczył matkę chłopaka – ciemnowłosą, zaskakująco opanowaną kobietę lat około czterdziestu pięciu – siedzącą na sofie przed kamerą i zwracającą się wprost do niego, nagle odczuł niepokój, ale kiedy tylko jej twarz zniknęła z ekranu, odzyskał równowagę. Zrozumiał, że choć podobne uczucie będzie go dopadało od czasu do czasu, to zawsze znajdzie w sobie tyle siły, by jakoś się z nim uporać, by znaleźć sposób na pokonanie własnej słabości. Najważniejsze to zachować spokój.

Dobrze było się upewnić, że ma to, czego mu trzeba. Siłę.

A jednak chciałby móc z nią porozmawiać.

Dlaczego? – zastanawiał się.

Co by to dało, gdybym trafił do więzienia na pięć lat?

Zabiłem pani syna, z całego serca żałuję, ale to był wypadek. Nawet gdybym się przyznał, co by to zmieniło?

Zastanawiał się, co mogłaby mu odpowiedzieć. Czy rzeczywiście by go obwiniała? Przecież chodziło o wypadek, a wypadki nie mają sprawców. Nie licząc czynników wymykających się wszelkiej kontroli, nikt i nic za nimi nie stoi.

Wieczorem rozważał nawet, czy nie wysłać anonimowego listu do rodziny, ewentualnie czy nie zadzwonić i nie wyjaśnić im jego toku rozumowania. Uznał jednak, że to zbyt ryzykowne, i postanowił definitywnie zrezygnować z takich pomysłów.

Zrezygnował także z zamówienia wieńca na pogrzeb Wima Feldersa, który odbył się w wypełnionym po brzegi kościele Keymer w sobotę, dziesięć dni po wypadku.

Powód był ten sam. Ryzyko.

Poza rodziną i przyjaciółmi w ceremonii uczestniczyło wielu uczniów i nauczycieli z liceum Wegera, jak również kilkoro reprezentantów różnych organizacji związanych z ruchem drogowym. Szczegółową relację z wydarzenia przeczytał w niedzielnym „Neuwe Blatt”, było to jednak ostatnie większe doniesienie na ten temat.

W poniedziałek ze zdziwieniem zauważył, że towarzyszy mu poczucie pustki.

Jakby coś stracił.

Zupełnie jak wtedy, kiedy straciłem Marianne, pomyślał nieco później z nie mniejszym zaskoczeniem. Dziwne porównanie, ale przecież potrzebował jakiegoś punktu odniesienia. Do czegoś istotnego, co przeżył sam. Na dziesięć dni te straszne wydarzenia zdominowały jego życie. Wciskały się w każdy najmniejszy skrawek świadomości. I choć udało mu się szybko opanować panikę, to przecież i tak cały czas gdzieś tam była. Gdzieś w ukryciu, gotowa zaatakować. Dosłownie w każdej sekundzie jego myśli krążyły wokół tego przeklętego powrotu do domu, głuchego uderzenia i drgnięcia kierownicy. Wokół deszczu, martwego ciała chłopaka i śliskiego rowu. I tak dzień i noc… a teraz, gdy wreszcie zdarzały mu się okresy, kiedy się nad tym nie zastanawiał, miał wrażenie, że czegoś mu brak.

Pojawiło się wspomniane poczucie pustki.

Jak po jedenastu latach małżeństwa. Bezdzietnego małżeństwa… tak, można tu było dostrzec pewne punkty styczne.

Muszę być niezwykle samotnym człowiekiem, uświadomił sobie podczas tych dni. Odkąd Marianne mnie zostawiła, na nikim, ale to na nikim mi nie zależało. Przytrafiają mi się różne rzeczy, ale ja sam nic nie robię, nie działam. Nie żyję, tylko wegetuję.

Dlaczego kogoś sobie nie znalazłem? Dlaczego nawet nigdy nie zadawałem sobie tego pytania? A teraz nagle stałem się zupełnie innym człowiekiem.

Jakim? Kim teraz jestem?

To, że właśnie takie refleksje naszły go po przejechaniu młodego chłopaka, było dość dziwne, coś jednak powstrzymywało go przed zagłębieniem się w podobne rozmyślania. Postanowił jednak dostrzec dobre strony tej trudnej sytuacji i zrobić coś ze swoim życiem, ten jeden raz dokonać czegoś nowego. I tak oto – zanim się zorientował, zanim zdążył przemyśleć sprawę – zaprosił do siebie na kolację pewną kobietę. Spotkał ją przypadkiem w stołówce, dosiadła się do jego stolika, bo jak zwykle brakowało wolnych miejsc. Nie był pewien, czy kiedykolwiek wcześniej ją widział. Zapewne nie.

Tak czy inaczej, zgodziła się.

Nazywała się Vera Miller. Wyglądała na radosną i miała rude włosy. I tak oto w nocy z soboty na niedzielę, nieco ponad trzy tygodnie po tym, jak po raz pierwszy w życiu kogoś zabił, kochał się z kobietą. Po raz pierwszy od czterech lat.

Po południu zrobili to znowu. Potem powiedziała mu, że jest mężatką. Rozmawiali o tym przez chwilę i zauważył, że ona sama jest tym bardziej poruszona niż on.

W poniedziałek dostał list.

Minęło już trochę czasu, odkąd zabiłeś chłopca. Można było przypuszczać, że ruszy Cię sumienie, ale widzę, że jesteś słabym człowiekiem, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za własne czyny.

Dysponuję niezbitymi dowodami i jeśli tylko przekażę je policji, natychmiast trafisz za kratki. Ceną za moje milczenie jest dziesięć tysięcy guldenów, dla kogoś o takich dochodach jak twoje, taka suma to pestka. Mimo wszystko daję Ci tydzień (dokładnie siedem dni) na jej zdobycie. Przygotuj się.

Jeszcze się odezwę.

Przyjaciel

List był napisany odręcznie. Niedużymi, pochylonymi pod tym samym kątem literami nakreślonymi czarnym tuszem.

Przeczytał go pięć razy.

4

– Czy coś się dręczy? – zapytała Vera Miller, kiedy jedli kolację. – Wydajesz się przybity.

– Nie.

– Na pewno?

– To nic takiego – wyjaśnił. – Po prostu jestem trochę nie w formie, chyba mam lekką gorączkę.

Zakołysała kieliszkiem i spojrzała na niego z powagą.

– Ależ na Boga…

Spróbował się zaśmiać, ale zabrzmiało to jak zgrzyt. Wypił więc łyk wina.

– Wydaje mi się, że mieliśmy całkiem dobry początek. Chciałabym, żeby był z tego drugi i trzeci rozdział.

– Oczywiście. Wybacz, jestem trochę zmęczony, ale to nie ma z twoją osobą nic wspólnego. Zgadzam się z tobą… Przysięgam.

Uśmiechnęła się i pogładziła go po ręce.

– Dobrze. Już prawie zapomniałam, że tak cudownie jest kochać. Niewiarygodne, że poszedłeś w odstawkę na cztery lata. Jak do tego doszło?

– Czekałem na ciebie – odparł. – Idziemy do łóżka?

Zaczął za nią tęsknić niemal w tej samej chwili, kiedy w niedzielę zamknęły się za nią drzwi. Kochali się do późna w nocy, a jej wcześniejsze słowa okazały się w pełni trafne: fakt, że dostarczało im to takich odczuć, był wręcz niepojęty. Rzucił się na łóżko i zanurzył głowę w poduszce. Gwałtownie wciągał powietrze, delektując się zapachem, który po niej został, i próbował zasnąć. Na darmo. Poczucie pustki było zbyt dojmujące. Cholernie dziwne, czyż nie?

Co za niewyobrażalna różnica, pomyślał. Wciąż mieć kobietę leżącą obok, a nie mieć jej, bo już sobie poszła. Ukochaną kobietę. Nową kobietę?

Po chwili się poddał. Poszedł po gazetę, zjadł śniadanie, a potem kolejny raz wyciągnął list.

Oczywiście zupełnie niepotrzebnie. Znał go przecież na pamięć. Każdą frazę, każde słowo, każdą literę. A jednak przeczytał go jeszcze dwa razy. Przesunął po nim palcami, sprawdzając jakość papieru. Bez wątpienia była wysoka. Koperta i arkusz w środku stanowiły komplet. Gruby, tłoczony papier, pewnie kupiony w jednej z księgarń w centrum, gdzie sprzedają takie artykuły luzem.

Odcień też był wyszukany. Bladoniebieski. Do tego znaczek ze sportowym motywem: kobietą biorącą zamach do rzutu dyskiem. Naklejony równo w prawym górnym rogu. Jego imię i adres napisano identycznymi lekko pochyłymi i ostrymi literami, jak treść listu. Nazwa miasta była podkreślona.

I tyle dało się powiedzieć o liście. Innymi słowy, nic. Czy też prawie nic. Nawet płeć nadawcy trudno było określić. Skłaniał się wprawdzie w stronę mężczyzny, ale po prostu zgadywał. Bo mógł to być każdy.

Dziesięć tysięcy? – pomyślał po raz kolejny późnym poniedziałkowym popołudniem. Dlaczego tylko dziesięć tysięcy?

Wprawdzie była to znaczna suma, ale mimo wszystko – jak to zauważył sam nadawca – nie stanowiło to żądania ponad miarę. Na koncie w banku miał przecież z górą dwa razy więcej, był właścicielem domu oraz innych nieruchomości wartych dziesięć razy tyle. Szantażysta użył sformułowania „człowiek o takich dochodach jak twoje”, co znaczyło, że był zorientowany w jego sytuacji finansowej.

Dlaczego więc zadowalał się dziesięcioma tysiącami? Może wypłacenie takiej sumy to nie jakaś pestka, ale mimo wszystko nie była to wysoka cena. Wręcz przeciwnie, całkiem niewygórowana, wziąwszy pod uwagę, o co chodziło.

Nadawca listu był też chyba przyzwoicie wykształcony. Charakter pisma miał równy i schludny, nie zrobił żadnych błędów, krótko i dobitnie sformułował treść. Bez wątpienia ten ktoś powinien był wiedzieć, że mógłby dostać więcej, że jego cena za milczenie jest niska.

Kilkakrotnie doszedł do tego samego wniosku. Zdziwiło go nawet, że był w stanie prowadzić całkiem dorzeczne rozumowanie. Wprawdzie pojawienie się listu spadło na niego jak grom z jasnego nieba, kiedy jednak oswoił się już z tą myślą, zajął się logicznymi i istotnymi kwestiach.

Zajmował się nimi przez cały tydzień i teraz, w niedzielne popołudnie.

Zatem dlaczego zaledwie dziesięć tysięcy?

Co to oznaczało? Czy miała to być jedynie pierwsza rata?

No i kto? Kto go wtedy widział i kto postanowił teraz wzbogacić się na jego nieszczęściu? Jego i chłopaka.

Kierowca skutera lub któryś z dwóch kierowców, którzy przejeżdżali obok, kiedy stał w rowie z martwym ciałem w objęciach, a potem na drodze?

Bo czy była inna możliwość? Nie sądził.

W każdym razie to samochód, jego czerwone audi, musiał go zdradzić. Właśnie od tego wniosku wyszedł. Najwidoczniej ktoś zauważył, że stoi w tym nietypowym miejscu, zapamiętał numer rejestracyjny i po nim zidentyfikował właściciela.

Tak musiało się wszystko rozegrać, był o tym przekonany. Coraz bardziej przekonany. Po chwili wykluczył wszelkie inne możliwości. To znaczy wykluczał je do momentu, kiedy to uderzyła go przeraźliwa myśl.

Przecież tamtego wieczoru chłopak mógł być z kimś. Może towarzyszył mu jakiś rówieśnik, może razem szli wzdłuż drogi, ale tylko ten chłopak zginął, uderzając głową o cement.

Nieco dalej, może kilka metrów, po drugiej stronie rowu mogła leżeć jego na wpół przytomna dziewczyna… Chociaż nie, nie dziewczyna, ona mieszkała w mieście, czytał o tym w gazecie. Ale może kolega albo raczej przypadkowy kompan… leżał tam omdlały i skryty w ciemności. A może był w szoku, może wystraszył się śmiertelnie widoku zabitego chłopaka, mężczyzny trzymającego go w objęciach i krwi skapującej do kaptura.

Makabryczna wizja, nie ma co. I choć po chwili udało mu się sobie wmówić, że to mało prawdopodobne, to jednak ta scena z uporem do niego wracała. Po chłodnej kalkulacji postanowił jednak zapomnieć o tym przerażającym wariancie, o tej niedorzecznej ewentualności, ponieważ bez względu na wszystko nie miało to teraz znaczenia. Bo przecież co to za różnica, kto zauważył go tamtej nocy czy też jakim cudem ten ktoś się dowiedział, co się wydarzyło. Teraz musiał się skupić na pozostałych kwestiach.

Musiał podjąć decyzję.

Czy mógł zatem uznać, że na tym się skończy?

Na dziesięciu tysiącach guldenów. Czy wystarczy, że zapłaci raz, a potem już nie będzie się musiał niepokoić?

W tym właśnie tkwił szkopuł. Bo jaką gwarancję miał mu zamiar dać nadawca listu, że – kiedy już zainkasuje i wyda pieniądze – nie będzie chciał (chciała?) więcej, dajmy na to za miesiąc czy dwa? Albo za rok?

Albo że szantażysta po prostu nie pójdzie na policję i nie wyda go i tak?

Czy mógł mieć pewność? Niby jaką gwarancję mógłby dostać?

Albo też – i to właśnie było najważniejsze pytanie – czy to nie pora, by zrozumieć, że tak dalej być nie może? Czy nie powinien uznać, że gra skończona i że czas już iść na posterunek albo zadzwonić na policję?

Czy nie powinien się poddać?

Do niedzielnego wieczora nie udało mu się odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Bo fakt, że w piątek zaszedł do banku i wyciągnął z konta jedenaście tysięcy, nie musiał wcale oznaczać, że klamka zapadła.

Mógł jedynie sugerować, że żadna z możliwości nie została jeszcze wykluczona.

Po głowie wciąż chodziła mu też rozmowa, którą odbyli w sobotę.

– A twój mąż? – zapytał ją, kiedy po spacerze na plaży wracali do samochodu. – Mówiłaś mu?

– Nie – odparła, rozpuszczając włosy, które wcześniej wcisnęła pod wełnianą czapkę. Przeczesała je dłonią i potrząsnęła głową. Wydawało mu się, że jej gesty są nieco przesadzone, jakby chciała mieć chwilę do namysłu. – Nie wiedziałam, na ile poważny okaże się związek z tobą. To znaczy na początku nie wiedziałam, teraz już wiem. Ale jeszcze nie trafiła mi się dobra okazja do rozmowy z nim. Na to potrzeba odpowiedniego czasu i miejsca.

– Jesteś pewna?

– Tak.

– Pewna, że chcesz się z nim rozwieść?

– Tak.

– Dlaczego nie macie dzieci?

– Bo ja nie chciałam.

– Ale z nim czy w ogóle?

Lekko poruszyła głową. Zrozumiał, że nie chce o tym mówić. Przez chwilę stali w milczeniu, spoglądając na wzburzone morze.

– Jesteśmy małżeństwem dopiero od trzech lat. To było nieporozumienie od samego początku. Idiotyczne nieporozumienie.

Przytaknął.

– Czym on się zajmuje?

– Teraz nie ma pracy. Pracował w Zindersie, ale zamknęli firmę.

– Przykra sprawa.

– A czy ja mówiłam, że sytuacja jest wspaniała?

Zaśmiała się. Objął ją za ramiona i przytulił do siebie.

– Ale przypadkiem nie jest tak, że gryzą cię wątpliwości?

– Nie – odparła. – Nie chcę z nim być. Od zawsze to wiedziałam.

– To po co za niego wyszłaś?

– Nie wiem.

– Lepiej wyjdź za mnie.

Wyrwało mu się bez zastanowienia, ale natychmiast zrozumiał, że właśnie tego chciał.

– Wow – odpowiedziała ze śmiechem. – Spotkaliśmy się parę razy, a ty już chcesz, żebyśmy wzięli ślub. Może najpierw pojedziemy do ciebie i zjemy coś, tak jak zaplanowaliśmy?

Zawahał się.

– Może – odparł. – Albo dobrze, jedźmy, jestem głodny jak wilk.

Później, wieczorem, nie powtarzał już oświadczyn, ale też ich nie wycofał. Podobało mu się nawet to, że ta deklaracja może przez jakiś czas trwać w zawieszeniu, a żadne z nich nie będzie musiało się do niej konkretnie odnosić czy też jej komentować. Będzie jak nić między nimi, nić, której nie trzeba wiązać, a która mimo to bez wątpienia łączy. Wydawało mu się, że Vera nie ma nic przeciwko temu, że myśli podobnie.

To taka jakby ich tajemnica. Więź.

A kiedy później się kochali, czuł się zupełnie, jakby pili ze zdroju miłości.

Nie do pojęcia. To po prostu było nie do pojęcia.

Jak to możliwe, że znienacka, bez żadnego uprzedzenia, życie zaczyna się toczyć zupełnie innymi torami. I to takimi, które wywracają do góry nogami wszystko, co znajome, przecząc zdrowemu rozsądkowi. Jakim cudem tak się dzieje?

I to zaledwie w parę tygodni. Najpierw okropna czwartkowa noc, potem Vera Miller i miłość. Nie pojmował tego, ale czy coś takiego da się pojąć?

Resztę niedzielnego wieczoru spędził, leżąc na sofie. W pokoju paliła się tylko świeczka, a on czuł, jak popada ze skrajności w skrajność. W jednej chwili miał zupełny mętlik w głowie, wszystko zdawało się wirować, a w następnej mógł spokojnie i z namysłem rozważać całą sytuację. Zupełnie jakby zdrowy rozsądek i emocje nie były ze sobą połączone, ale komunikowały się przez synapsy.

Po pewnym czasie uznał jednak, że mimo wszystko nie chodzi tu o popadanie w skrajności. Rzeczywistość jest przecież tylko jedna i trwa bez przerwy; jego odczucia oraz próby ogarnięcia jej są w zasadzie stałe, zmienia się tylko punkt widzenia. Perspektywa.

Przeskakiwała to w tę, to w drugą stronę. Niczym pstryczek. Raz włączała się codzienność, a raz to, co niepojęte. Raz życie, raz śmierć? A wszystko oddzielone cieniutką granicą.

Niesamowite.

Po wysłuchaniu radiowych wiadomości o jedenastej po raz kolejny wyciągnął list. Przeczytał go, a potem usiadł przy biurku. Przez dłuższą chwilę siedział w ciemności, pozwalając myślom snuć się po głowie. I tak oto zaczęła mu się rysować kolejna opcja, choć wcześniej sądził, że stoi przed alternatywą.

Trzecie wyjście. Całkiem przekonujące. Długo siedział przy biurku, rozważając za i przeciw.

Okazało się jednak, że jeszcze za wcześnie, by wybrać tę opcję. Zdecydowanie za wcześnie. Wiedział, że dopóki nie dostanie kolejnych wytycznych od „Przyjaciela”, chcąc nie chcąc, może tylko czekać.

Czekać na poniedziałkową pocztę.

5

Był na miejscu dwadzieścia minut za wcześnie. Siedząc w samochodzie zaparkowanym na opustoszałym parkingu, po raz kolejny przeczytał instrukcje. Nie żeby ich nie znał, przyglądał się im przecież cały dzień. Zrobił to tylko dla zabicia czasu.

Pieniądze: banknoty pięćdziesięcio- i stuguldenowe zapakowane podwójnie w foliowe torebki. Całość spakowana do torby z domu towarowego Boodwick.

Miejsce: Trattoria Commedia przy polu golfowym na Dikken.

Czas: Wtorek, punkt 18.00.

Przebieg: Zająć miejsce w lokalu. Zamówić piwo, wypić kilka łyków, po jakichś pięciu minutach iść do toalety. Wziąć ze sobą torbę z pieniędzmi, zostawić ją w koszu na śmieci, dokładnie przykrytą papierowymi ręcznikami. Jeśli w toalecie będzie ktoś jeszcze, zaczekać, aż zrobi się pusto. Wyjść, ruszyć prosto na parking i odjechać.

To wszystko.

Napisane na tym samym papierze, co ostatnio. Ten sam charakter pisma, chyba nawet ten sam długopis.

I ten sam podpis: Przyjaciel.

Żadnych pogróżek. Żadnych uwag co do jego słabości.

Tylko niezbędne wytyczne. Prościej się nie dało.

O 17.58 podkręcił szyby w samochodzie i wysiadł. Zaparkował przy samym wyjeździe, tak daleko od restauracji, jak tylko mógł. Od wejścia dzieliło go pięćdziesiąt metrów. Przemierzył wietrzny parking żwawym, ale niezbyt szybkim krokiem. Budynek był niski, miał spadzisty dach. Ciemna fasada, okna jak u Gaudiego, wykończone czarnymi żelaznymi okuciami. Pchnął drzwi zrobione z imitacji drzewa jakarandowego i wszedł.

Stwierdził, że w środku jest pusto, ale wnętrze i tak wygląda zachęcająco. Nigdy wcześniej tu nie zachodził. Zawsze mu się wydawało, że to raczej lokal dla golfistów, a przy tej okrutnej jesiennej pogodzie pewnie nie przyszło ich tu wielu. Bar był na lewo od wejścia. Jakaś babka około czterdziestki siedziała samotnie z papierosem, gazetą i zielonym drinkiem. Kiedy wszedł, podniosła wzrok, ale widać uznała, że gazeta jest ciekawsza niż on.

Zanim usiadł, zerknął w głąb lokalu. Część stolików stała za rogiem, ale z tych, które widział, większość była wolna. Jakiś facet siedział pochylony nad porcją makaronu. W kominku trzaskały płomienie. W wystroju dominowały ciemny brąz, czerwień i zieleń. Z ukrytych głośników sączyła się cicho sonata fortepianowa. Postawił torbę między nogami i zamówił piwo u barmana – młodego chłopaka w kucyku i z kolczykiem w uchu.

– Wieje, co nie? – zapytał barman.

– Ano – odparł. – Trochę tu pusto, co?

– Nie da się ukryć.

Dostał piwo w babskiej wysokiej szklance na nóżce. Zapłacił, wypił połowę i zapytał o toaletę. Barman wskazał w stronę kominka. Podziękował, wziął torbę i ruszył.

W toalecie nie było nikogo. Pachniało sosną i było czysto. Kosz na śmieci stał pomiędzy dwoma umywalkami, papierowe ręczniki wypełniały go tylko w jednej trzeciej. Wcisnął do środka torbę z Boodwicka i zakrył ją kolejnymi ręcznikami, które po wyciągnięciu z podajnika nieco zgniótł. Zgodnie z instrukcją. Wszystko zajęło mu dziesięć sekund. Przez kolejne dziesięć stał i z lekkim zdziwieniem wpatrywał się w swoje odbicie w porysowanym lustrze nad umywalką. Potem wyszedł. Przechodząc koło baru, skinął barmanowi i poszedł dalej do samochodu. W powietrzu czuć było zapach zmarzniętego żelaza.

Gładko poszło, pomyślał, kiedy już siedział za kierownicą. Zbyt gładko.

Potem otworzył schowek i wyciągnął rurę.

Minęło dokładnie sześć i pół minuty.

Mężczyzna, który wyszedł z restauracji, wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Był wysoki i chudy. Torbę trzymał w prawej ręce, w lewej natomiast niósł kluczyki, którymi beztrosko machał. Najwyraźniej zmierzał w stronę starego peugeota zaparkowanego jakieś dwadzieścia metrów od jego audi. Poza tym na parkingu stały jeszcze tylko cztery samochody.

Zanim mężczyzna otworzył drzwiczki, pomyślał jeszcze, z jakim amatorem ma do czynienia. Odczekać tylko chwilę, a potem beztrosko przemaszerować, wymachując torbą? To chyba świadczyło o kiepskim rozeznaniu w sytuacji. Zrozumiał, że mimo wszystko nie ma do czynienia z poważnym przeciwnikiem oraz, co istotniejsze, że ten przeciwnik nie docenił jego możliwości.

Doszedł do niego, akurat kiedy mężczyzna miał włożyć kluczyki do zamka.

– Przepraszam – powiedział. – Chyba coś panu upadło.

Uniósł zaciśniętą prawą rękę na pół metra od twarzy mężczyzny.

– Niby co?

Rzucił szybkie spojrzenie na parking i okolicę. Z każdą sekundą robiło się coraz ciemniej. Wokół nie było żywego ducha. Z całej siły uderzył rurą w głowę mężczyzny. Trafił nieco pod kątem, powyżej lewego ucha. Mężczyzna bezgłośnie padł na ziemię. Na brzuch, z rękami schowanymi pod ciałem. Wymierzył jeszcze w kark, a potem uderzył równie bezwzględnie. Kiedy coś zgrzytnęło, wiedział, że mężczyzna nie żyje, może zresztą zabił go już pierwszy cios. Z głowy obficie sączyła się krew. Ostrożnie wyjął zmarłemu z rąk torbę i kluczyki, po czym się wyprostował i rozejrzał.

Wokół wciąż nie było nikogo. Ciemno i pusto. Po chwili namysłu chwycił mężczyznę za nogi i zaciągnął za nieprzystrzyżony żywopłot otaczający parking. Na żwirowej ścieżce został ślad, ale uznał, że deszcz i tak go zmyje. Cofnął się o kilka kroków i stwierdził, że z odległości kilku metrów nic nie widać. Przynajmniej jeśli nie wiadomo, czego się szuka, albo też nie ma się pojęcia, że czegoś w ogóle trzeba szukać.

Z zadowoleniem pokiwał głową i wrócił do samochodu. Rzecz jasna nie zawadziłoby, żeby zwłoki znaleziono dopiero za kilka dni. Im później, tym lepiej. Zawinął rurę w gazetę i wetknął do torby z pieniędzmi.

Odpalił silnik i odjechał.

Dopiero kiedy minął feralny, wykończony cementowym poboczem odcinek na trasie do Boorkhejm, zdjął ciemną, krzaczastą perukę, sztuczną brodę i okulary przeciwsłoneczne o niebieskawym odcieniu. Zaś kiedy pół godziny później we własnej kuchni nalewał sobie glenalmond – do zwykłej szklanki, na dwa palce – z wdzięcznością pomyślał o cudownych tabletkach sobron, połyskujących na niebiesko, które przez całe popołudnie pomogły mu utrzymać całkiem przyzwoity stan świadomości. Zresztą, przez wszystkie poprzednie dni też. Zawsze lepiej wiedzieć, co człowiekowi gra w duszy, i umieć wesprzeć się środkami psychofarmakologicznymi.

Wypił whisky.

Potem wziął długą, relaksującą kąpiel z pianą.

A później zadzwonił do Very Miller.

II

6

Ciało znalazł niejaki Andreas Fische.

Było to w czwartek po południu. Fische wracał z wizyty u siostry mieszkającej na Windemeerstraat na Dikken (wprawdzie siostra była prawdziwą jędzą, ale wiadomo, rodzina to rodzina, no i udało jej się wydać za całkiem zamożnego adwokata). Kiedy szedł na skróty przez parking przed Trattoria Commedia i zatrzymał się, żeby się załatwić, zauważył, że coś leży w krzakach.

Fische się wysikał, a potem rozejrzał się i ostrożnie przeszedł pod kolczastymi gałęziami, żeby zajrzeć w krzaki. Ktoś tam leżał. Czyjeś ciało. Zwłoki.

Jako że Fische był człowiekiem o bujnej przeszłości, widywał już martwe ciała, i to nie raz. Kiedy więc zwalczył pierwszy odruch, żeby natychmiast zwiać, górę wzięła lepsza, to znaczy praktyczniejsza część jego natury. Sprawdził, czy nikt się nie kręci po ciemnym, opustoszałym parkingu, a potem ostrożnie przeszedł pod kolejnymi gałęziami, starając się przy tym nie zostawić śladów w miękkiej ziemi – w końcu wiedział to i owo o życiu – i zerknął na umarlaka.

Dość młody, wysoki facet. Leżał na brzuchu z rękoma wyciągniętymi za głową. Miał na sobie ciemnozieloną kurtkę i niebieskie dżinsy. Część twarzy zwrócona do góry pokryta była zaschniętymi strupami. Fische domyślił się, że ktoś pozbawił go życia, dając mu czymś ciężkim w głowę. Ot tak. I takie przypadki już widywał, choć od tamtej pory minęło trochę lat.

Upewniwszy się kolejny raz, że nikogo w pobliżu nie ma, schylił się i zaczął przeszukiwać kieszenie.

Zajęło mu to kilka sekund, ale łup okazał się raczej marny. Udało mu się to stwierdzić, kiedy już odszedł jakieś dwieście metrów od zwłok. Podniszczony portfel, żadnych kart kredytowych, ledwo czterdzieści guldenów w banknotach. Do tego garść drobniaków. Prawie pusta paczka po szlugach i zapalniczka. Cztery klucze na breloczku i ulotka jakiejś firmy farmaceutycznej. I tyle. Wszystko z wyjątkiem gotówki wrzucił do kosza, szybko podsumował, ile zarobił, i stwierdził, że mimo wszystko nie stoi najgorzej z kasą. Razem ze stówą, którą pożyczył od siostry, miał dość gotówki, żeby spędzić wieczór w pubie. Z pewnym, choć raczej umiarkowanym zadowoleniem wsiadł do tramwaju w stronę centrum. Rzecz jasna bez biletu. W końcu Andreas Fische jeździł na gapę już od trzydziestu lat.

Pub Klejne Hans położony na północnym brzegu Maar był jednym z jego ulubionych. Właśnie tu spędzał większość z tych wieczorów, kiedy to stać go było na wyjście do baru. Tu też skierował swoje kroki tego deszczowego listopadowego dnia. Kiedy wszedł, lokal świecił pustkami. Nie było jeszcze szóstej, przez jakiś czas siedział więc sam przy długim stole z kuflem piwa i szklaneczką ginu jenever. Starał się przy tym pić na tyle oszczędnie, na ile się dało, i popalał papierosy zmarłego, rozważając przy tym, czy może nie lepiej było zawiadomić policję od razu. W końcu obowiązek obywatelski to obowiązek obywatelski. Po chwili jednak pojawiło się czterech jego dobrych kompanów i swoim zwyczajem Fische odłożył sprawę na później. Nie ma pośpiechu, pomyślał. Bo wiadomo, co nagle, to po diable, a trup nie zając.

Kiedy około pierwszej w nocy Fische zwalił się na swoje rozklekotane łóżko w noclegowni przy Armastenstraat, po głowie kołatały mu się różne myśli, ale na pewno żadna nie dotyczyła zwłok przy opustoszałym parkingu, nie dopadły go też wyrzuty – w jego przypadku nieco przytępionego – sumienia.

Następny dzień, czyli piątek, był deszczowy i ponury. Andreas Fische przez większość czasu leżał w pokoju, bo miał kaca i był nie w formie, dlatego też dopiero w sobotę przed południem zadzwonił na policję z jednego z telefonów na dworcu i zapytał, czy interesuje ich zgłoszenie.

Owszem, interesowało jak najbardziej. Nie omieszkali jednak od razu zaznaczyć, że nie zapłacą za nie ani centa.

Fische szybko przeanalizował sytuację. W końcu jego obywatelska postawa wzięła górę i poinformował policję zupełnie za darmo o tym, że na Dikken leżą zwłoki. Na parkingu w pobliżu pola golfowego przy tej restauracji, jak jej tam…

Tego kogoś zamordowano, o ile się nie mylił.

Kiedy zaczęli dopytywać o jego nazwisko i adres, i tym podobne, odłożył słuchawkę.

– Jak długo? – zapytał komisarz Reinhart.

– Trudno powiedzieć – odparł Meusse. – Teraz nie mogę powiedzieć nic pewnego.

– To strzelaj.

– Hm. – Meusse zerknął na ciało leżące na dużym, marmurowym stole. – Trzy–cztery dni.

Reinhart obliczył w pamięci.

– Czyli we wtorek czy w środę?

– Wtorek – odpowiedział Meusse. – Jeśli zadowalają cię spekulacje.

– Facet wygląda na sfatygowanego.

– Bo nie żyje. No i padało.

– Jasne.

– Chociaż pan komisarz pewnie nie wytyka nosa za drzwi?

– O ile to możliwe. Zatem tylko dwa ciosy, mówisz?

– Wystarczy jeden. – Meusse przejechał dłonią po łysinie. – Jeśli tylko wiadomo, gdzie celować.

– A sprawca wiedział?

– Może. To całkiem naturalne, że uderza się właśnie w to miejsce. Trochę obok ciemienia, bliżej skroni. Drugi cios, ten w kark, wydaje się ciekawszy. Trochę bardziej profesjonalny. Naruszył kręgi szyjne. W ten sposób można zabić konia.

– Rozumiem – odparł Reinhart.

Meusse podszedł do umywalki w rogu i umył ręce. Reinhart nadal stał przy stole i przyglądał się zwłokom. Wszystko wskazywało na to, że facet był około trzydziestki. Może trochę młodszy. Dość szczupły i wysoki, miał metr osiemdziesiąt sześć, powiedział mu wcześniej Meusse. Ubrania były rozłożone na innym stole i wyglądały na całkiem zwyczajne: niebieskie dżinsy, zielona, półdługa kurtka, cienki, dość znoszony wełniany sweter, wcześniej jasnoszary, ale kolor zachował się tylko w kilku miejscach. Do tego proste, brązowe buty żeglarskie.

Żadnych dokumentów. Żadnego portfela czy kluczy. Żadnych przedmiotów osobistych. Nie było wątpliwości co do tego, że ktoś opróżnił mu kieszenie.

Równie oczywiste było, że ktoś go zabił, uderzając w głowę i w kark tępym narzędziem.

No proszę, pomyślał Reinhart, to jesteśmy w domu.

Meusse odchrząknął i Reinhart zrozumiał, że czas już zostawić go w spokoju. Zanim wyszedł, spojrzał jeszcze raz na twarz zmarłego.

Już cię gdzieś widziałem, pomyślał.

Potem wyszedł z Zakładu Medycyny Sądowej i wrócił na komendę.

Inspektor Ewa Moreno wetknęła zdjęcia z powrotem do teczki i, sięgając przez stół, podała ją Reinhartowi.

– Nic z tego – powiedziała. – Nie ma go na liście. Zresztą w minionym tygodniu zgłoszono tylko trzy zaginięcia. Jakaś zniedołężniała babcia z domu starców w Löhr i piętnastolatek, który uciekł z domu.

Rooth przestał żuć ciastko.

– Ale mówiłaś o trzech.

– Owszem – przytaknęła – trzecie zgłoszenie dotyczyło węża. Myślę, że je też możemy wykluczyć.

– Węża? – zapytał Jung.

– Zielonej mamby – sprecyzowała Ewa Moreno. – Wygląda na to, że uciekła z mieszkania na Kellnerstraat w nocy z poniedziałku na wtorek. Stanowi zagrożenie dla życia, tak twierdzi właściciel. Ale jest przyjazna. Może zabić człowieka w dwie sekundy. Reaguje na imię Betsy.

– Betsy? – zapytał Rooth. – Kiedyś miałem dziewczynę o tym imieniu. Wcale nie była przyjazna, ale i ona zniknęła.

– Dziękujemy, że nam o tym opowiedziałeś – odparł Reinhart i postukał fajką w stół. – Chyba już wystarczy. Przy takiej pogodzie tropikalny wąż i tak nie ma szans przetrwać dłużej niż kilka dni. A co do naszego zabitego delikwenta, to chyba wkrótce ktoś powinien zauważyć jego zniknięcie. Jeśli Meusse się nie myli…

– Meusse nigdy się nie myli – wtrącił Rooth.

– Nie przerywaj mi. Jeśli Meusse się nie myli, to facet leżał w krzakach już od wtorku. Zazwyczaj ludzie nie czekają ze zgłoszeniem zaginięcia dłużej niż dobę–dwie. Oczywiście mówię o bliskich.

– O ile on takich miał – powiedziała Ewa Moreno. – W sensie bliskich.

– Starsi samotni faceci mogą sobie leżeć martwi nawet pół roku – dodał Jung.

– Owszem, to swoisty znak czasów – westchnął Reinhart. – Zresztą nie tylko faceci. Czytałem o jakiejś kobiecie z Gösslingen, której wysyłali emeryturę jeszcze przez dwa i pół roku po śmierci. Leżała w piwnicy na ziemniaki, a pieniądze szły bezpośrednio na jej konto. Hmm, w pięknym świecie żyjemy, nie ma co. Jung, a co powiedzieli w restauracji?

Jung wyciągnął notatnik.

– Właśnie rozmawiałem z kilkoma osobami z personelu – wyjaśnił Jung. – Nikt nie rozpoznał mężczyzny ze zdjęcia, ale jutro po południu mamy się spotkać z dwójką pracowników, którzy mieli zmianę we wtorek. O ile to wtedy doszło do zabójstwa, niewykluczone, że go rozpoznają. Albo przynajmniej powiedzą, czy był w knajpie i coś jadł.

– Coś jeszcze? – zapytał Reinhart i zapalił fajkę.

– Owszem, jest jeszcze kwestia tego samochodu. Od wtorku lub środy na parkingu stoi stary peugeot. Sprawdziliśmy to, wóz należy do niejakiego Elmera Kodowsky’ego. Niestety, jak dotąd nie udało nam się go namierzyć. Dozorca domu, w którym mieszka, twierdzi, że Kodowsky pracuje na platformie wiertniczej na Morzu Północnym…

– Świetnie – odparł Reinhart. – O tej porze roku na pewno dopisuje tam pogoda. Ktoś się zgłasza na ochotnika?

– …chociaż dozorca też dodał, że może jednak chodzić o jakieś mniej odległe miejsce – dodał Jung. – W każdym razie to nie Kodowsky leżał w krzakach.

– Jak to? – nie rozumiał Reinhart. – Mów po ludzku.

– Więzienie – wyjaśnił Jung. – Z Kodowsky’ego żaden aniołek, jak twierdził dozorca, tak więc niewykluczone, że ta platforma wiertnicza to tylko eufemizm. Może facet po prostu gdzieś siedzi. Widocznie już mu się to zdarzało.

– Hm. To już brzmi lepiej – odparł Reinhart. – Sprawdź wszystkie zakłady… albo niech Krause się tym zajmie. Chociaż jeśli ten cały Kodowsky jest za kratkami, to chyba nie mógł zaparkować wozu na Dikken?

– Przepustka – powiedział Jung. – Albo może pożyczył komuś ten samochód. Albo mu go ukradli.

– Niewykluczone – przyznał Reinhart, wydychając chmurę dymu. – Chociaż jeśli to stary wóz, to mało prawdopodobne, że ktoś go zwinął. Dzisiejsi złodzieje są dość wybredni. Niestety, obawiam się, że na razie już dalej nie zajdziemy. Czy może komuś coś jeszcze leży na sercu?

Nikomu nic nie leżało. Była sobota, kwadrans po piątej po południu, więc pora nie najlepsza na pogaduszki i spekulacje.

– W takim razie spotkamy się na kilka godzin jutro przed południem – przypomniał im Reinhart. – Przynajmniej mamy zbadane odciski palców. Nie żeby miały się nam do czegoś przydać, ale zawsze. Ale możemy mieć nadzieję, że Meusse i laboratorium kryminalistyczne coś dorzucą. A tak na marginesie…

Reinhart wyjął z żółtej teczki zdjęcia i przez chwilę im się przyglądał.

– …czy nikt z was go nie rozpoznaje?

Jung i Rooth popatrzyli na zdjęcia i pokręcili głowami. Moreno na kilka sekund zmarszczyła czoło, a potem westchnęła i wzruszyła ramionami.

– Może – powiedziała. – Może z kimś mi się kojarzy, ale teraz sobie nie przypominam.

– Aha – odparł Reinhart. – Zatem miejmy nadzieję, że coś ci się przypomni. Bez wątpienia lepiej jest, jeśli uda się zidentyfikować ofiarę. To się tyczy wszelkiego rodzaju dochodzeń. Życzę wszystkim udanego sobotniego wieczoru.

– Dziękujemy, nawzajem – odpowiedziała Ewa Moreno.

– Kolejnego z rzędu – dodał Rooth.

– Czy mogę cię zaprosić na piwo? – zapytał Rooth kwadrans później. – Obiecuję, że nie będę się narzucał ani oświadczał.

Ewa Moreno się uśmiechnęła. Właśnie wyszli z komendy, czuć było chłód, jakby wiało z zamrażarki.

– Brzmi zachęcająco – odparła. – Ale umówiłam się na randkę z wanną i kiepską powieścią. Obawiam się, że to dość poważne zobowiązanie.

– Ależ nie szkodzi – odpowiedział Rooth. – Ja i moja wanna też nieźle się dogadujemy. Tańczy tango równie kiepsko jak ja, tak więc podejrzewam, że i tak skończymy jako para. Warto troszczyć się o to, co już się ma.

– Mądre słowa. To mój autobus.

Pomachała mu na pożegnanie i ruszyła szybko przez parking. Rooth zerknął na zegarek. Stwierdził, że równie dobrze mógłby wrócić do biura i tam przespać do jutra. Po cholerę się w ogóle przemieszczać po dworze o tej porze roku? Toż to czysta głupota.

Mimo wszystko jednak ruszył w stronę placu Grote i tramwaju, po drodze rozmyślając, kiedy to ostatni raz zrobił sobie porządną kąpiel.

Cóż, o ile pamiętał, na pewno nie było to wczoraj.

7

Zgłoszenie przyszło w niedzielę rano o godzinie 7.15, telefon odebrał aspirant Krause. Z początku uznał, że to dziwna pora, żeby dzwonić na policję. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, w jakiej sprawie dzwoniła ta kobieta, jak i to, że czekała z tym zgłoszeniem co najmniej cztery dni. Jednak słysząc jej głos, szybko się zorientował, że miała za sobą wiele nieprzespanych godzin. Prawdopodobnie w ogóle nie zmrużyła oka.

Może więc nie było to aż tak dziwne.

– Nazywam się Marlene Frey – zaczęła. – Mieszkam na Ockfener Plejn i chcę zgłosić zaginięcie.

– Proszę mówić.

– To było we wtorek wieczorem – wyjaśniła Marlene Frey. – Miał tylko załatwić jakąś sprawę. Obiecał, że wróci wieczorem, ale potem się nie odezwał, a zazwyczaj… to do niego niepodobne…

– Chwileczkę – przerwał jej Krause. – Gdyby była pani tak miła i powiedziała, o kogo chodzi. Imię, nazwisko, wygląd… Jak był ubrany i tak dalej.

Zrobiła krótką pauzę, chyba próbowała wziąć się w garść. Potem westchnęła ciężko, słychać było, że się denerwuje.

– Oczywiście, proszę wybaczyć. Jestem trochę zmęczona, oka nie zmrużyłam. I to przez kilka nocy.

– Rozumiem – odparł aspirant Krause. Po chwili przekazała mu wszystkie dane, o jakie prosił. Zajęło to najwyżej dwie minuty, ale kiedy rozmowa już się skończyła, Krause spędził przy biurku kolejnych dziesięć, wpatrując się w informacje, które spisał. Próbował jakoś okiełznać myśli.

Kiedy uświadomił sobie, że i tak mu się nie uda, chwycił za słuchawkę i wykręcił numer komisarza Reinharta.

Synn przez chwilę trzymała słuchawkę w dłoni, zanim podała ją Münsterowi. Ruchem warg próbowała mu przekazać nazwisko dzwoniącego, ale nie załapał. Uniósł się na łóżku i odebrał.

– Tu Reinhart. Co tam?

– Dzięki za troskę. Dawnośmy się nie słyszeli.

– Jesteś jeszcze w łóżku? – zapytał Reinhart.

– Jest niedziela i nie ma jeszcze dziewiątej. O czym chciałbyś pogadać?

– Stało się coś okropnego i potrzebuję twojej pomocy.

Münster zastanawiał się przez dwie sekundy.

– Aż tak brakuje wam ludzi? – zapytał. – Wciąż zajmuję się tym śledztwem, zapomniałeś? Wracam najwcześniej w lutym.

– Wiem.

– A o co chodzi?

Na chwilę w słuchawce zapadła cisza. Potem Reinhart odchrząknął i wyjaśnił.

– O cholera – odparł Münster. – Oczywiście, że przyjadę. Za kwadrans będę gotowy.

– Najpierw zrobimy sobie rundę wokół miasta – powiedział Reinhart. – Potrzebuję trochę czasu.

– Ja też – odparł Münster. – Jak to się stało?

– Oberwał mocno w głowę. Zabójstwo albo nieumyślne spowodowanie śmierci. Raczej to pierwsze.

– Kiedy?

– Prawdopodobnie we wtorek.

– Wtorek? Przecież dziś niedziela.

– Znaleźli go dopiero wczoraj. Nie miał przy sobie dokumentów. Wydawało mi się, że go kojarzę, ale przecież wcześniej widziałem go raz czy dwa. No i dziś rano zadzwoniła ta kobieta, zgłaszając zaginięcie. Już go zidentyfikowała. Niestety, nie ma żadnych wątpliwości.

Münster przez chwilę siedział w milczeniu, wpatrując się w wycieraczki przesuwające się po szybie.

Niech to szlag, pomyślał. Dlaczego coś takiego musiało się zdarzyć? Czy to ma jakiś sens?

Wiedział, że na takie pytania i tak nie ma odpowiedzi, ale może już sam fakt, że za każdym razem się pojawiały, miał jakieś znaczenie. Może był w pewnym sensie wyrazem nadziei i pozytywistycznych przekonań? Może oznaczał, że człowiek nie poddaje się siłom ciemności? Może jednak trzeba spojrzeć na to w ten sposób, tak zinterpretować to odwieczne dlaczego?

– Często się do niego odzywałeś ostatnimi czasy? – zapytał Reinhart, kiedy już przejechali na drugą stronę rzeki i zaczęli się zbliżać do bloków na Leimaar.

Münster wzruszył ramionami.

– Średnio. Może raz na miesiąc. Od czasu do czasu chodzimy na piwo.

– A w badmintona nie gracie?

– Dwa razy do roku.

Reinhart westchnął ciężko.

– I co u niego?

– Nie najgorzej, jak sądzę. Przynajmniej tak było. Nawet kogoś teraz ma.

Reinhart pokiwał głową.

– Jestem wdzięczny, że zgodziłeś się mi towarzyszyć.

Münster nie odpowiedział.

– Cholernie wdzięczny. Nie wiem, czy dałbym radę sam.

Münster wziął głęboki oddech.

– Dobra, jedź na miejsce. Nie ma co dłużej zwlekać. Dzwoniłeś, żeby sprawdzić, czy jest w domu?

Reinhart pokręcił głową.

– Nie, ale na pewno jest. Czuję to. Nie ominie nas to.

– Nie – odparł Munster. – Ani nas, ani jego.

W okolicy Klagenburga trudno było znaleźć wolne miejsce parkingowe. Po zrobieniu kilku kółek po okolicy Reinhart znalazł kawałek wolnej przestrzeni na rogu Morgenstraat i Ruyder Allé. Musieli przejść dwieście metrów w deszczu, zanim dotarli i zadzwonili do bramy domu numer cztery.

Z początku ze środka nic nie było słychać, dopiero po kolejnym bezlitośnie głośnym sygnale usłyszeli, że ktoś schodzi po schodach. Zanim drzwi się otworzyły, Munster zauważył, że mimo panującej wokół pluchy zupełnie zaschło mu w ustach. Nagle zwątpił, że będzie w stanie wydobyć z siebie choćby słowo. Drzwi się uchyliły.

– Dzień dobry – powiedział Reinhart. – Możemy wejść?