Opis

KOLEJNA POWIEŚĆ O KOMISARZU VAN VEETERENIE!

Co zrobi komisarz Van Veeteren, gdy zamiast motywów zbrodni będzie musiał tropić motywy literackie? Wyjątkowa zbrodnia, wyjątkowy morderca, którego ślady zaprowadzą komisarza z bezpiecznego antykwariatu wprost na spotkanie twarzą w twarz z okrutnym dusicielem.

Co połączyło ofiary dusiciela? Zabójstwa mają wyraźne odbicie w literaturze – w dziełach Blake'a, Musila, Rilkego. Komisarz zaczyna przeczuwać, że morderca, z którym ma do czynienia jest nietuzinkowy. Kolejne śledztwo, które wystawi na ciężką próbę siły Van Veeterena i to nie tylko jego kompetencje literackie. Czy podoła tej piekielnie okrutnej zbrodni?

Kim jest oczytany morderca?

Jaskółka, kot, róża, śmierć to dziewiąta część wielokrotnie nagradzanej serii Håkana Nessera o policjantach z fikcyjnego miasta Maardam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kefalonia, sierpień 1995

1

– W przyszłym życiu chciałabym być drzewem oliwnym.

Wykonała nieokreślony gest w kierunku wzgórz, nad którymi śpiesznie zapadał zmrok.

– Słyszałam, że mogą żyć kilkaset lat. To pocieszające, nie sądzisz?

Myśl, że to były jej ostatnie słowa, wracała później do niego co jakiś czas. Drzewa oliwne i pocieszenie. Zastanawiające. Jakby mimo wszystko zabierała ze sobą na drugą stronę coś podniosłego. Jak gdyby nagle wszystko do niej dotarło, choć przecież niczego nie przeczuwała.

Jednocześnie wydało mu się dziwne, że pozwoliła sobie na tak ogólną i właściwie nic niemówiącą refleksję tuż po tych okropnych słowach, które raz na zawsze przypieczętowały jej los. Słowach, które położyły kres jej życiu i ostatecznie zadecydowały o ich związku.

„Kocham innego”.

Oczywiście aż do ostatnich sekund nie przyszło jej do głowy, że tak się to potoczy. Że nie będzie innego wyjścia. Już kiedyś zdał sobie sprawę, że to typowe zarówno dla jej prostoduszności, jak i całego ich związku. Często zdarzało się, że dostrzegała wagę rozmaitych spraw dopiero wtedy, gdy już było za późno. W momencie kiedy wszelkie próby naprawy sytuacji nie miały właściwie sensu, bo wszystkie słowa zostały wypowiedziane i pozostawały tylko nagie czyny.

– Już zdecydowałam. Wiem, że robię ci krzywdę, ale każde z nas musi pójść w swoją stronę.

Chwila ciszy.

Potem zdanie o drzewie oliwnym.

Nie odpowiedział. Czy spodziewała się, że to zrobi?

Nie zadała pytania. Po prostu stwierdziła. Et fait accompli. Co, do diabła, miałby odpowiedzieć?

Balkon był niewielki. Sześć, może osiem metrów kwadratowych. Mały biały stolik i dwa białe krzesła, wyglądające jak wszystkie inne plastikowe stoliki i krzesła wszędzie na świecie. Cały hotel też był nieduży. W dwupiętrowym budynku nie mieściła się żadna restauracja ani nawet recepcja z prawdziwego zdarzenia. Bilety na tę wycieczkę kupili w ostatniej chwili i nie wybrzydzali.

Olympos. Kilka minut spacerem od plaży. Właścicielka miała wąsik, a liczba pokoi prawdopodobnie nie przekraczała tuzina.

Ich pstrokaty ręcznik suszył się na barierce. Każde z nich miało szklankę ouzo, siedzieli w odległości niespełna pół metra od siebie. Była świeżo wykąpana, brązowa od słońca i świeża po całym dniu na plaży.

Zapach rosnącej na zboczu macierzanki zawarł nieświęte przymierze z dochodzącą od ulicy wonią niskooktanowej benzyny. To w zasadzie wszystko.

I jeszcze te słowa. I nagle w jego głowie rozlega się dźwięk.

Słaby i trudno uchwytny, ale w pewnym sensie uporczywy. Jak strumyk, który szemrze pośród cykad, grających leniwie po upalnym dniu. Brzmiących, jakby było ich kilkaset, choć są tylko dwa–trzy. Mężczyzna wstaje. Wypija swoje ouzo i bierze kilka głębokich wdechów.

Staje za kobietą, odsuwa jej włosy i kładzie ręce na gołych ramionach.

Ona sztywnieje. To prawie niewidoczne napięcie zaledwie kilku mięśni, ale mężczyzna zauważa je od razu. Koniuszki palców, którymi dotyka jej ciepłej skóry, są teraz czułe niczym małe sejsmografy. Przesuwa nimi po ostrych wypukłościach obojczyka. Czuje bijący puls. Ona się nie odzywa. Puszcza tylko stojącą na stole szklankę, którą trzymała lewą ręką. Siedzi nieruchomo. Jakby na coś czekała.

Mężczyzna przenosi ręce na jej szyję. Czuje, że ma erekcję.

Ulicą hałaśliwie przejeżdża motocykl z wyraźnie zepsutym tłumikiem. W dłoniach i poniżej pasa buzuje krew.

Teraz, myśli mężczyzna. Teraz.

Z początku jej obrona przypomina orgazm. To porównanie przychodzi mu do głowy, kiedy walka jeszcze trwa. Orgazm? – zastanawia się. A to paradoks. Jej ciało wygina się w łuk, a bose stopy dotykają podłogi. Plastikowe krzesło przewraca się, lewa dłoń potrąca kieliszek ouzo, który upada do tyłu i ląduje na jednym z jego butów do pływania. Robi kilka obrotów, ale się nie tłucze. Kobieta szczupłymi palcami chwyta go za nadgarstki, tak mocno, że bieleją kostki, ale to on jest silniejszy. Znacznie silniejszy. Motocykl jedzie dalej wąską asfaltową ścieżką między gajami oliwnymi. Prawdopodobnie skręcił tu z głównej drogi. Mężczyzna jeszcze mocniej ściska jej szyję, w głowie rozbrzmiewa mu dźwięk, erekcja nie ustępuje.

Wszystko trwa najwyżej czterdzieści–pięćdziesiąt sekund, ale ta chwila mu się dłuży. Nie myśli o niczym szczególnym, a kiedy jej ciało nagle wiotczeje, zmienia chwyt, choć nie zwalnia uścisku. Klęka i pochyla się nad nią. Kobieta ma szeroko otwarte oczy, wyraźnie widać krawędzie szkieł kontaktowych, język wystaje lekko spomiędzy równych, białych zębów. Przez głowę przebiega mu myśl o prezencie, który kupił jej na urodziny – drewnianej figurce, którą przed południem wypatrzył na targu z Argostoli. Antylopie w biegu. Może ją zachowa.

A może wyrzuci.

Powoli zwalniając uścisk i prostując plecy, zastanawia się, jak spędzi resztę dni. Krótka sukienka podjechała jej do góry, obnażając skąpe białe majtki. Mężczyzna patrzy na ciemny trójkąt, prześwitujący przez cienką bawełnę, kilkakrotnie gładzi go dłonią i dotyka członka, twardego jak kamień.

Wstaje. Wychodzi do łazienki i się onanizuje. Jeżeli po wszystkim w ogóle czuje cokolwiek, to jest to dziwne uczucie. I pustka.

W oczekiwaniu na odpowiedni moment leży w ciemności na hotelowym łóżku i pali papierosy.

Myśli o matce. O jej łagodnym usposobieniu i o szczególnej wolności, jaką po sobie zostawiła. Jego wolności. Po tym jak ostatniej zimy umarła, nie było już nikogo, kto wiedziałby, jaki naprawdę jest. Kto dzwoniłby do niego raz w tygodniu. Nagle nie czuł już na sobie jej spojrzenia.

Nie miał do kogo pisać kartek z wakacji i opowiadać, co się wydarzyło.

Gdyby żyła, nie zrobiłby tego, z całą pewnością. W każdym razie nie w taki sposób. Kiedy więzy krwi zostały zerwane, niejedno stało się łatwiejsze. Na dobre i na złe.

Łatwiejsze, ale też pozbawione większego znaczenia. Nie było w nim już treści, nie było kręgosłupa. Przez te pół roku często wracał do tego myślami. Nagle życie straciło rację bytu. Teraz zaś leży na hotelowym łóżku na greckiej wyspie bliźniaczo podobnej do wielu innych i wyobraża sobie jej łagodną i zarazem surową twarz, a zwłoki jego żony stygną na balkonie. Przysunięte do ściany i nakryte kocem. Zastanawia się, czy matka – w jakiś tajemniczy, całkowicie niewytłumaczalny sposób, wie, co się przed chwilą wydarzyło. Mimo wszystko.

Denerwuje go, że nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie ani rozstrzygnąć, jak zareagowałaby na to, co zrobił tego ciepłego wieczoru nad Morzem Śródziemnym. Po dziesiątym albo jedenastym papierosie wstaje. Jest dopiero wpół do pierwszej, nocne życie w barach i dyskotekach kwitnie w najlepsze, na razie nie ma więc mowy o pozbyciu się ciała. Do tego jeszcze daleko. Wychodzi na balkon i stoi tam przez chwilę, trzymając się poręczy. Zastanawia się, co zrobić. Trudno niepostrzeżenie wynieść ciało z hotelu, nawet małego, leżącego na uboczu i skrytego w mroku, ale on przywykł do trudnych zadań. Często nawet go pobudzają, potrafią tchnąć w jego życie trochę utraconego sensu. Prawdopodobnie właśnie dlatego udało mu się zajść tak wysoko – również i ta refleksja powraca raz na jakiś czas. Wyzwanie. Gra. Sens życia.

Wciąga przez nos woń gajów oliwnych, próbując doświadczyć jej tak, jakby to były pierwsze – albo najstarsze – drzewa oliwne na świecie, ale mu się to nie udaje. Na drodze stają mu jej ostatnie słowa i zapach papierosów, który mocno przytępił jego węch.

Wraca do pokoju po paczkę, która leży na nocnym stoliku, i zapala jeszcze jednego. Siada na białym plastikowym krześle i myśli, że mimo wszystko udało im się być małżeństwem prawie osiem lat – jedną piątą jego życia. Dłużej niż przewidywała jego matka, kiedy powiedział jej, że znalazł kobietę, z którą chciałby się związać na poważnie. O wiele dłużej.

Nawet mimo tego, że nigdy nie wyraziła swojego zdania wprost.

Po wypaleniu papierosa wstaje i przenosi martwą żonę do pokoju. Kładzie ją ukośnie na podwójnym łóżku, zdziera jej koszulkę i majtki. Natychmiast doznaje erekcji, ale nie zwraca na to uwagi.

Całe szczęście, że jest taka lekka, myśli. Prawie nic nie waży.

Podnosi ją raz jeszcze i przewiesza sobie przez ramię, jakby miał ją gdzieś przenieść. Ma jedynie mgliste pojęcie o stężeniu pośmiertnym. Kiedy rzuca ją z powrotem na łóżko, pozwala jej leżeć w wygiętej pozycji, jaką przyjęła, wisząc na jego szyi i silnych ramionach.

Na wypadek gdyby teraz właśnie zaczęła sztywnieć.

Wyjmuje z szafy lekki nylonowy namiot, który koniecznie chciał zabrać ze sobą, i owija nim ciało. Związuje wszystkie luźne linki i dochodzi do wniosku, że całość wygląda naprawdę elegancko.

Mógłby to być na przykład dywan. Albo wielki grecki gołąbek z liści winogron.

Ale to jest jego żona. Naga, martwa i elegancko zapakowana w dwuosobowy namiot marki Exploor.

O wpół do trzeciej budzi się po krótkiej drzemce. Hotel wydaje się pogrążony w głębokim śnie, ale od ulicy i deptaka przy plaży wciąż dobiegają odgłosy nocnego życia. Postanawia poczekać jeszcze godzinę.

Dokładnie sześćdziesiąt minut. Pije kawę, żeby nie zasnąć. Czuje, że noc jest po jego stronie.

Wypożyczony samochód, ford fiesta, nie należy do najmniejszych. Kobieta zgięta wpół bez trudu mieści się w bagażniku. Mężczyzna prawą ręką otwiera bagażnik i spuszcza ją z lewego barku, pochylając się lekko do przodu i w bok. Zamyka bagażnik, rozgląda się i siada za kierownicą. Żadnych problemów, myśli. Ani żywej duszy w zasięgu wzroku.

Nie widać nikogo w hotelu ani na ulicy. Uruchamia silnik i rusza. Po drodze mija trzy żywe istoty: wychudzonego kota ocierającego się o ścianę domu i zamiatacza ulic z osłem. Żadna z nich nie zwraca na niego uwagi. Łatwizna, myśli. Łatwo jest zabić człowieka.

Wiedział to od zawsze, ale teraz przekuł teorię w praktykę. Przychodzi mu na myśl, że taki właśnie jest sens życia. Albowiem czyny człowieka są myślami Boga.

Wąwóz także przyszedł mu na myśl, ale to wspomnienie jest niewyraźne. Musi więc poczekać na pierwsze różowe światło świtu, żeby znaleźć drogę. Ten wąwóz mijali dwa dni temu, jadąc przez góry z Sami, które leżało na wschodnim krańcu wyspy. Pamiętał, że chciała się tu zatrzymać i porobić zdjęcia. Spełnił jej życzenie, ale nie mogła ustawić aparatu pod odpowiednim kątem.

Teraz tu stoi. Tak naprawdę to tylko rozpadlina, a nie wąwóz. Głęboki klin wewnątrz ostrego zakrętu, trzydzieści–czterdzieści metrów niemal pionowego spadku. Dno niknie w plątaninie kolczastych krzewów i śmieci, które lekkomyślni kierowcy wyrzucają przez okna.

Mężczyzna wyłącza silnik i wysiada. Rozgląda się. Nasłuchuje. Jest dziesięć po piątej rano, nad nagim stokiem góry na południowym zachodzie wisi nieruchomo drapieżny ptak. Na samym dnie rozpadliny, spomiędzy dwóch innych kamienistych stoków, wyziera kawałek morza.

Dookoła panuje cisza. Mężczyzna wyczuwa w powietrzu zapach przyprawy, którą zna, ale nie potrafi jej nazwać. To pewnie tymianek albo oregano. A może bazylia. Otwiera bagażnik. Przez chwilę zastanawia się, czy nie rozwinąć pakunku, ale postanawia tego nie robić. Nikt nigdy nie znajdzie ciała i nie będzie go pytał, co się stało z namiotem. Samochód ma zwrócić dopiero za dwa dni, więc może sobie pozwolić na jeszcze jedną wycieczkę na drugą stronę wyspy. Pozbyć się kołków, linek i worka, wrzucając je do jakiejś innej szczeliny. Albo do morza.

Nic prostszego.

Jeszcze raz rozgląda się dookoła. Wyjmuje pakunek i przerzuca go przez niską barierkę. Pakunek odbija się kilka razy od stromych ścian, przebija się przez wyschnięte zarośla i znika. Drapieżny ptak najwyraźniej reaguje na dźwięk i ruch, bo odlatuje kawałek dalej na zachód.

Mężczyzna prostuje plecy. Trudno uwierzyć, że to ona, myśli. Trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Zapala papierosa. Tej nocy tyle wypalił, że czuje ból w klatce piersiowej, ale nie przejmuje się tym. Wsiada do samochodu i rusza w dalszą drogę.

Dwanaście godzin później – w najgorętszym momencie sjesty – otwiera szklane drzwi klimatyzowanego biura podróży nieopodal agory – dużego rynku – w Argostoli. Siada na lepkim krześle i cierpliwie czeka, aż dwie kobiety, nadmiernie opalone i otłuszczone, opowiedzą stojącej za ladą blondynce w niebieskim stroju, dlaczego nie są zadowolone ze swojego hotelu.

Kiedy w końcu zostaje sam na sam z blondynką, najbardziej niepewnym tonem, na jaki go stać, oznajmia, że coś się stało z jego żoną. Że nie wie, gdzie ona jest. Najprawdopodobniej zaginęła.

Wydarzyło się to wczoraj, późnym wieczorem. Miała pójść popływać. Możliwe, oczywiście, że nic złego się nie stało, ale i tak go to niepokoi. Żona zwykle nie zachowuje się w ten sposób.

Czy jest coś, co powinienem zrobić? – pyta. Może skontaktować się z jakimiś służbami? Zadzwonić do szpitala? A może jeszcze coś innego?

Dziewczyna proponuje mu wodę i ze współczuciem potrząsa włosami w kolorze typowym dla Skandynawek. Pochodzi z innego kraju niż on, ale i tak dobrze się rozumieją. Nie muszą nawet mówić po angielsku. Nagle dziewczyna odwraca się i sięga po telefon, mimowolnie odsłaniając pierś, aż po brodawkę. Widząc to, mężczyzna czuje dreszcz podniecenia.

Kiedy blondynka bezskutecznie próbuje się dodzwonić w najgorętszej godzinie dnia, mężczyzna myśli, kim może być ten drugi, o którym mówiła jego żona.

Człowiek, którego podobno kochała.

Maardam, sierpień–wrzesień 2000

2

Typowe, pomyślała Monica Kammerle, odkładając słuchawkę. Tak cholernie typowe. Nienawidzę jej.

Zaraz potem odezwały się wyrzuty sumienia. Jak zwykle. Kiedy tylko myślała źle o matce, dawały o sobie znać, a jej robiło się wstyd. Sumienie. Ów wewnętrzny głos, napominający z wyrzutem, że nie wolno żywić negatywnych uczuć w stosunku do matki. Że trzeba być dobrą córką, która buduje, a nie rujnuje.

Trzeba się wspierać, a nie ścierać – przeczytała wiele lat temu w jakiejś gazecie dla dziewczyn. Ta myśl wydała jej się tak mądra, że wycięła ją i powiesiła nad łóżkiem w swoim pokoju, kiedy jeszcze mieszkali na Palitzerlaan.

Potem przeprowadziły się na Moerckstraat. Wysokie, czteropokojowe mieszkanie w dzielnicy Deijkstraa, z widokiem na park Rinder, kanał i zielony, spatynowany dach kościoła Czekar, po śmierci taty stało się dla nich za drogie. Mimo to mieszkały w nim jeszcze trzy lata, choć wiadomo było, że pieniądze, które po sobie zostawił, któregoś dnia się skończą. Od początku zdawała sobie sprawę, że będą musiały się przeprowadzić. Wcześniej czy później, innej możliwości nie było. Matka tłumaczyła jej to nie raz i nie dwa, wyczerpująco i nader klarownie. Wprowadziły się tu wiosną.

Moerckstraat.

Nie podobało jej się.

Ani nazwa ulicy. Ani ponury, trzypiętrowy budynek brunatnego koloru, ani niskie sufity. Nie podobał jej się jej pokój, mieszkanie i sterylna dzielnica z prostymi, ciasnymi uliczkami, brudne samochody, sklepy, a nawet drzewa.

Mam szesnaście lat, myślała. Liceum potrwa trzy, a potem się stąd wyniosę. Będę sobie radzić sama.

Znów poczuła ukłucie sumienia. Stała przy telefonie i wyglądając przez okno nad krawędzią firanki, widziała jednakowo brudne brunatne fasady po drugiej stronie ulicy. Wąskie, ciemne okna były skryte w cieniu przez jedenaście z dwunastu godzin, nawet w tak słoneczny dzień jak dziś.

Biedni ludzie, pomyślała nagle. Nie tylko o mamie i o sobie, ale ogólnie. O każdej ludzkiej istocie. Choć sama refleksja niczego nie zmieniała.

Lubiła formułować takie krótkie myśli o życiu. Nie zapisywać, tylko przez chwilę przechowywać je w głowie i nad nimi rozmyślać. Może dlatego, że dzięki nim odczuwała coś w rodzaju wspólnoty. Ponurej solidarności z innymi ludźmi.

Dochodziła wtedy do wniosku, że może aż tak bardzo nie różni się od innych. Że tak właśnie wygląda życie.

Że jej matka jest taka sama jak matki wszystkich innych szesnastoletnich dziewczyn, a samotność doskwiera każdemu po równo.

Poza tym któregoś dnia mogła przecież wyzdrowieć, nawet jeśli ta gruba psycholog wydawała się w to nie wierzyć. Choć raczej trzeba będzie to kontrolować i trzymać pod kluczem, zażywając leki. Lepiej nie liczyć na zbyt wiele.

„Depresja maniakalna”. Tak to się nazywało. A psycholog zaleciła „dyscyplinę” w leczeniu.

Monica westchnęła. Wzruszyła ramionami i wyjęła przepis z segregatora.

Kurczak w pomarańczach z ryżem i sosem brokułowym.

Mięso było już kupione i spoczywało w lodówce. Resztę – ryż, przyprawy, pomarańcze, sałatkę – musi kupić w Rijkman’s. Na deser będzie sorbet… Wszystko zapisała, a matka zmusiła ją do powtórzenia całej listy przez telefon.

Mania, pomyślała. Najlepszy dowód na to, że matka wkracza w fazę maniakalną. Pewnie dlatego spóźniła się na pociąg. Była w Herzenhoeg uprzątnąć grób i straciła poczucie czasu. Nie po raz pierwszy.

Spóźnienie i kwestia posiłku nie były jednak problemem. Przynajmniej dla matki – w tym stadium nic nie stanowiło problemu. Ta krótka i intensywna faza rzadko trwała dłużej niż tydzień. Wtedy żadne przeszkody nie istniały.

Leki zostawiła pewnie w domu, w łazienkowej szafce. Jak zwykle. Monica nie musiała nawet sprawdzać.

– Nie lepiej przełożyć kolację? – spróbowała. On przecież przyjdzie o dwudziestej i nie będzie miał ochoty czekać na nią aż do dwudziestej trzeciej trzydzieści.

Matka odparła, że owszem, zaczeka, i dodała, że są rzeczy, których niewinna szesnastolatka nie zrozumie. – Już z nim to ustaliłam, kiedy zadzwonił do mnie na komórkę – oznajmiła. – Bądź więc dobrą córką i zrób to, o co cię proszę, dobrze?

Monica wyrwała kartkę z notesu i wzięła pieniądze z domowej kasetki. Zauważyła, że jest już wpół do szóstej, i zrozumiała, że musi się pośpieszyć, jeżeli nie chce rozczarować kochanka swojej matki.

*

Kochanka? – myślała, popychając wózek między sklepowymi półkami. Nie podobało jej się to słowo, ale matka tak go nazywała.

Mój kochanek.

Monica wyjątkowo lubiła go bardziej niż samo określenie. O wiele bardziej.

Ach, gdyby to mógł być on, rozmarzyła się. Gdyby naprawdę postanowili, że spróbują ze sobą zamieszkać.

Nie wydawało się to jednak prawdopodobne. Widzieli się chyba dopiero kilka razy, a większość z nich po trzech–czterech spotkaniach i tak znikała.

Mimo wszystko pozwoliła sobie na tę dziecinną nadzieję i spróbowała przywołać w pamięci jego wizerunek. Był dość wysoki i dobrze zbudowany. Mniej więcej czterdziestoletni. Miał przyprószone siwizną skronie i ciepłe spojrzenie, a jego oczy przypominały jej trochę oczy taty.

Poza tym miał miły głos, a to chyba najważniejsze. Tak, po zastanowieniu doszła do wniosku, że właśnie tak najczęściej ocenia ludzi.

Na podstawie głosu. I uścisku dłoni. Jednego i drugiego nie można zafałszować – z pewnością czytała o tym dawno temu w jakiejś gazecie dla dziewczyn, ale mniejsza z tym. To w każdym razie było najważniejsze. Kłamać można na wiele sposobów – ustami, spojrzeniem, gestami. Ale nie głosem i sposobem, w jaki podaje się rękę.

W jego przypadku te dwa mierniki charakteru bardzo dobrze ze sobą współgrały: spokojny, niski głos, dzięki któremu słowa nabierały odpowiedniej wagi i nigdy nie padały zbyt szybko, oraz dłoń – duża i ciepła, która ani nie ściskała zbyt mocno, ani nie sprawiała wrażenia, jakby chciała się wycofać. Ściskanie jego dłoni było wręcz rozkoszą.

Uśmiechnęła się do swoich myśli i skupiła się na liście zakupów. Ja to się znam na ludziach, pomyślała. Widziałam go w sumie dziesięć minut. Powinnam zostać psychologiem czy coś w tym stylu.

Przygotowując kolację, zaczęła jak zwykle rozmyślać o Samotności. Przez duże S, bo tak najczęściej wyobrażała sobie to słowo. Pewnie żeby nadać mu dodatkowej rangi.

Czy teraz, kiedy zaczyna nową klasę w liceum, uda się ją przełamać, czy będzie jak dotąd? Samotność, jej jedyny niezawodny towarzysz.

Zastanawiała się, czy nadal nie będzie miała odwagi zapraszać kolegów z klasy, bo mama robiła wstyd jej i sobie, jak tylko ktoś nowy przekroczył próg.

A w każdym razie stwarzała takie ryzyko. Potrafiła w środku dnia tkwić pod kocem, z nożem i pudełkiem tabletek nasennych na stoliku obok, i głośno domagać się od córki pomocy w odebraniu sobie życia.

Albo leżeć ledwo żywa w wannie, wśród własnych wymiocin, z dwiema pustymi butelkami po winie stojącymi na podłodze.

A czasem, upalona jak stodoła, zaczynała uczyć dwunastoletnie dziewczynki, jak najefektywniej się masturbować. Bo wychowanie seksualne w szkołach jest przecież beznadziejne.

O nie, pomyślała. Jeszcze trzy lata i koniec, nie mogę taka się stać.

I jeszcze mężczyźni. Faceci pojawiali się i znikali, zawsze w tych naznaczonych manią tygodniach jesienią i na wiosnę. Jeden był gorszy od drugiego, a z żadnym nie widziała się więcej niż trzy–cztery razy.

Oprócz Henry’ego Schitta, który twierdził, że jest pisarzem, i przez bite cztery tygodnie od rana do wieczora palił hasz w toalecie i na balkonie. W końcu zebrała się na odwagę i zadzwoniła do ciotki Barbary z Chadow.

Ciotka Barbara, rzecz jasna, nie wkroczyła osobiście – nigdy tego nie robiła – ale dzięki niej odwiedziło ich dwóch pracowników socjalnych, którzy wyrzucili Henry’ego. A jej siostra na kilka godzin trafiła pod opiekę lekarzy.

I dostała nową partię leków.

Było to wiosną półtora roku temu. Możliwe, że od tamtego czasu trochę się poprawiło. W każdym razie dopóty, dopóki lekarstwa nie stały nietknięte w szafce łazienkowej, tylko dlatego, że matka uważała się za zdrową na tyle, żeby ich nie potrzebować.

A teraz był jeszcze Benjamin Kerran.

Kiedy o nim myślała, uświadamiała sobie, że po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat nie słyszy krzyku. Własnego, wewnętrznego krzyku z tęsknoty za tatą.

Benjamin? Jedyne, co jej się w nim nie podobało, to imię. Był o wiele za duży, żeby nazywać się Benjamin. Zbyt postawny, ciepły i energiczny. Benjamin powinien być mały i chudy jak patyk, mieć posklejane okulary i twarz całą w krostach i zaskórnikach. I przykry oddech, jak Benjamin Kuhnpomp, który chodził z nią do piątej klasy i najwyraźniej stał się dla niej prototypem wszystkich Benjaminów na całym świecie.

A teraz stała w kuchni i przygotowywała kolację dla zupełnie innego Benjamina. Tego, który był kochankiem jej matki i mógł z nimi zostać tak długo, ile tylko chciał.

Monica w każdym razie obiecała sobie, że zrobi wszystko, żeby go nie odstraszyć. Sprawdziła temperaturę i włożyła naczynie z kurczakiem do piekarnika. Była dopiero dziewiętnasta trzydzieści. Jeżeli da sobie spokój z myciem włosów, zdąży przed jego przyjściem wziąć prysznic.

– Nie musisz tu siedzieć i zabawiać starego piernika tylko dlatego, że twoja mama się spóźniła. Na pewno masz inne plany.

Roześmiała się i zgarnęła z talerzyka ostatni, topniejący już kawałek sorbetu.

– Nie jesteś starym piernikiem, a ja nie mam żadnych planów. Najadłeś się?

Benjamin z uśmiechem poklepał się po brzuchu.

– Nie zmieściłbym już nawet rodzynki. Czy to twoja mama nauczyła cię gotować? Niebo w gębie. Przyznam ci się, że jako stary kawaler nie przywykłem do takich frykasów.

– Oj tam – odparła i poczuła, że się czerwieni.

– Resztę przykryjemy folią, żebyśmy mogli podgrzać mamie. Ja pozmywam.

– Nie, ja…

– Bez dyskusji. Usiądź, pooglądaj telewizję, a ja się tym zajmę. Albo poczytaj książkę. A właśnie, skoro mowa o książce…

Wstał i wyszedł do przedpokoju. Chwilę grzebał w reklamówce, którą zostawił na półce na kapelusze, po czym wrócił i położył przed nią na stole płaski pakunek.

– Proszę – powiedział. – Takie małe podziękowanie za posiłek.

– To dla mnie? Dlaczego?

– A dlaczego nie?

Zaczął zbierać ze stołu.

– Może ci się nie spodoba, ale czasem trzeba zaryzykować.

Monica przesunęła palcami po wymyślnych wstążkach.

– Nie otworzysz? – zapytał Benjamin. – Mam też coś dla twojej mamy, żeby nie była zazdrosna.

Zsunęła wstążkę i rozdarła bordowy papier. Wyjęła książkę i nie mogła powstrzymać zachwytu.

– Blake! – wykrzyknęła. – Skąd wiedziałeś?

Zbliżył się i stanął za jej plecami, kładąc ręce na oparciu krzesła.

– Songs of Innocence and of Experience, tak jest. Zwróciłem uwagę, że na tablicy korkowej u ciebie jest wiersz Tyger, Tyger burning bright. Wybacz najście, to mama zmusiła mnie do obejrzenia twojego pokoju, wybacz. Tak czy inaczej, pomyślałem, że to może twój ulubieniec… Poza tym to piękne wydanie. Te malowidła i w ogóle.

Zaczęła ostrożnie przeglądać książkę, a kiedy zobaczyła tajemnicze obrazy i ozdobne pismo, poczuła, jak łzy cisną jej się oczu. Chcąc je powstrzymać, wstała i go przytuliła.

Benjamin roześmiał się i odwzajemnił uścisk.

– No już, moja panno, to naprawdę nic takiego. Mogę więc prosić, żebyś zostawiła mnie samego w kuchni?

– Jesteś taki miły. Mam nadzieję…

– Że…?

– Że ułoży wam się z mamą. To byłoby dobre dla niej… dla nas.

Nie miała zamiaru tego powiedzieć, ale stało się. Benjamin trzymał Monikę za ramiona, stojąc na wyciągnięcie ręki, i przyglądał jej się z lekkim zdziwieniem.

– Pożyjemy, zobaczymy – odparł i wyprowadził ją z kuchni.

*

Kiedy przyszedł i usiadł koło niej na kanapie, była dwudziesta druga dwadzieścia. Do przyjścia matki została jeszcze ponad godzina. Zaczęła oglądać francuski film w telewizji, ale wyłączyła po piętnastu minutach. Zapaliła lampkę i przystąpiła do lektury Blake’a.

– Przeczytaj coś – poprosił.

Nagle zaschło jej w ustach.

– Mój angielski nie jest najlepszy.

– Mój też nie. A tak w ogóle wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie mówią jak rodowici Brytyjczycy. Masz jakiś ulubiony wiersz? Nie szkodzi, jeśli się zatniesz.

Zastanowiła się i cofnęła o kilka stron.

– Może ten.

– Słucham.

Monica odchrząknęła, zamknęła na chwilę oczy i zaczęła czytać.

O Rose thou art sick

The invisible worm

That flies in the night

In the howling storm

Has found out thy bed

Of crimson joy

And his dark secret love

Does thy life destroy1

Zamknęła książkę i czekała na jego reakcję.

– Piękny – powiedział. – I smutny. Tytuł brzmi The Sick Rose, prawda?

Skinęła głową.

– Choć zdaje się, że mówi o ludziach – kontynuował. – Wiem, że nie miałaś łatwo. Jeżeli chcesz o tym opowiedzieć, chętnie posłucham.

Nie miała wątpliwości, że tego chce. Ale czy tak można? – zastanawiała się. A jeśli tak, to jak dużo może powiedzieć? I od czego zacząć?

– Jeżeli nie chcesz, nic mi nie mów. Możemy posiedzieć w ciszy. Albo porozmawiać o piłce nożnej. O kiepskich programach w telewizji albo trudnej sytuacji jeży w dzisiejszym świecie.

– Przypominasz mi mojego tatę – odparła i wybuchnęła śmiechem. – Naprawdę. Często siedzieliśmy na tej kanapie i czytaliśmy sobie na głos. Byłam wtedy mała, więc czytał głównie on… ja siedziałam mu na kolanach.

Minęły trzy sekundy i wybuchnęła płaczem.

A potem siedziała mu na kolanach.

Po tym wszystkim nie mogła sobie przypomnieć, o czym rozmawiali.

Czy dużo mówili, czy głównie siedzieli w milczeniu. Pewnie to drugie.

Pamiętała jednak jego przyjemny zapach. Szorstki materiał jego koszuli i regularny, mocny oddech, który czuła na plecach. Jego ciepło i silne dłonie, którymi od czasu do czasu ostrożnie gładził ją po ramionach i włosach.

Pamiętała też, że kiedy stary zegar nad telewizorem wybił jedenastą, poczuła, że coś się w niej poruszyło. Wiedziała, że jednocześnie to samo poruszyło się w nim. I że to było absolutnie zakazane.

3

Już następnego dnia, późnym wieczorem, zadzwonił i przepraszał.

Jej matka była wtedy na jakimś spotkaniu wprowadzającym dla osób, które przez dłuższy czas nie były aktywne zawodowo i miały wrócić na rynek pracy. Może mu o tym mówiła i dlatego wiedział, kiedy zadzwonić.

– Wybacz mi, Moniko. Chociaż nie, nie musisz tego robić. To niewybaczalne.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Byliśmy w tym oboje.

– Nie – odparł Benjamin. – To tylko i wyłącznie moja wina. Nie rozumiem, jak mogłem do tego dopuścić. Jasne, byłem trochę zmęczony, a człowiek jest tylko człowiekiem, ale to nie jest wytłumaczenie. Najbezpieczniej będzie, jeżeli przestaniemy się widywać.

Umilkł, a jej wydawało się, że słyszy w słuchawce jego wyrzuty sumienia.

– To nie zaszło zbyt daleko – oznajmiła. – Poza tym też jestem po części odpowiedzialna. Mam szesnaście lat, nie jestem już dzieckiem.

– Bzdura. Jestem w związku z twoją matką. O takich historiach czyta się w kiepskich kolorowych gazetach.

– Czytujesz kiepskie kolorowe gazety? Nie przypuszczałam.

Wybuchnął śmiechem, ale szybko urwał.

– Nie, ale może powinienem je czytać, żeby wiedzieć, czego nie robić. To się już więcej nie powtórzy, masz moje słowo. Najlepiej będzie, jeśli zakończę też znajomość z twoją mamą…

– Nie – odparła Monica. – Nie rób tego.

– Dlaczego?

– Dlatego że… jesteś dla niej dobry. Lubi cię, a ty przecież lubisz ją. Ja też cię lubię… Nie w takim sensie jak wczoraj, to był tylko wypadek.

Benjamin się zawahał.

– Dzwonię, żeby prosić o wybaczenie i… powiedzieć, że zamierzam ponieść konsekwencje i zostawić was obie w spokoju.

– Nie mówiłeś chyba mamie?

Westchnął.

– Nie, nie mówiłem. To byłoby najbardziej uczciwe, ale nie wiem, jak by to zniosła. Taki już urok bycia tchórzem. Sama widzisz, z jakim dupkiem masz do czynienia.

– Daj spokój, nie jesteś żadnym dupkiem. A ja nie jestem niepoczytalna. Na tej kanapie było nas dwoje.

– Przepraszam.

Znów przez chwilę milczeli. Myśli krążyły jej w głowie jak stado skołowanych wróbli.

– Tak czy inaczej, uważam, że zbyt lekko do tego podchodzisz – powiedział. – Może powinniśmy się spotkać i porozmawiać.

Zastanowiła się.

– Dlaczego nie? – powiedziała w końcu. – Chyba nie zaszkodzi. Gdzie i kiedy?

– Kiedy ci pasuje?

– Obojętne. Rok szkolny zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu.

Benjamin zaproponował spacer po parku Wollerims następnego dnia wieczorem, a Monika uznała, że to dobry pomysł.

Była środa, jeden z najcieplejszych dni tego lata. Po krótkim spacerze usiedli na ławce przy kanale, pod wierzbą płaczącą, i rozmawiali ponad godzinę. Potem przeszli się po mieście. Wzdłuż Langgracht, przez Landsloorn do Megsje Bojs. Głównie mówiła ona. Opowiadała o dzieciństwie, o śmierci taty, o mamie. O kłopotach w szkole i przyjaciółkach, które wciąż sprawiały jej zawód. On słuchał i zadawał pytania. Kiedy skręcili na leśną ścieżkę, wzięła go pod ramię. Gdy doszli do miejsca, gdzie nie było już latarni, położył jej dłoń na ramieniu, a tuż przed północą doszła do wniosku, że naprawdę są już parą zakochanych.

Spotykali się dalej.

Po wieczorze i nocy spędzonej w Megsje Bojs nie odzywał się prawie przez cztery doby. Zadzwonił dopiero w niedzielę, późnym wieczorem, kiedy znów była sama w domu. Po raz kolejny przepraszał, mówił, że to niewybaczalne i że muszą to przerwać, zanim stanie się katastrofa.

Rozmawiali dziesięć minut i w końcu postanowili spotkać się raz jeszcze i wszystko ostatecznie wyjaśnić. We wtorek odebrał ją po szkole, pojechali jego samochodem nad morze i po długim spacerze kochali się w niecce na wydmach.

Kiedy się rozstawali, żadne z nich nie wspomniało o zakończeniu tego, co było między nimi. W pierwszych tygodniach szkoły dwukrotnie odwiedził ich przy Moerckstraat. Ponieważ mieszkanie było akustyczne, za każdym razem słyszała, jak kocha się z matką do późnych godzin porannych.

Wiedziała jednak, że pewnego dnia do niej wróci. To nie jest zdrowe, myślała. To czyste szaleństwo.

Ale nie zrobiła absolutnie nic, żeby to zakończyć.

Jeszcze nie.

W szkole wszystko było po staremu. Jej oczekiwania, że wraz z rozpoczęciem nauki w liceum coś się zmieni, że dostanie nową szansę, szybko legły w gruzach.

W szacownym starym liceum Bungeläroverket, do którego zresztą swego czasu uczęszczał też jej ojciec, trafiła do klasy, w której dominowały nowe twarze.

Choć znalazło się też kilku znajomych, więc już po kilku dniach dotarło do niej, że tak zwani koledzy i koleżanki ze szkoły na Deijkstraas nadal widzą ją w dawnej roli – skrojonej specjalnie pod nią i przypisanej jej już na wieki wieków.

Nietrudno było też zauważyć, że nowi ludzie także wiedzą to i owo, choć od rozpoczęcia semestru minęło dopiero kilka dni. Znali na przykład jej przeboje z matką. Także historia o wymiocinach w wannie, którą kilka lat temu opowiedziała w sekrecie zaufanej przyjaciółce, nie odeszła w niepamięć wraz ze zmianą szkoły. To samo tyczyło się powszechnie znanej anegdoty o lekcji masturbacji. Plotki nie tylko nie ustały, ale wręcz zyskały nowe życie.

Innymi słowy, każdy już wiedział swoje. Że Monica Kammerle jest nieco dziwna. Trudno oczekiwać, żeby była inna, skoro ma taką matkę. Nic dziwnego, że biedaczka woli trzymać się na uboczu.

Myśląc o Benjaminie i o tym, co działo się w jej domu, mogła tylko przyznać im rację.

Jasne, że była dziwna. Różniła się od innych. Tak samo jak jej matka. A może nawet Benjamin. Kiedy kochała się z nim po raz trzeci – w domu przy Moerckstraat, gdy mama była na kursie, a u niej w szkole był dzień sportu, na który nie poszła – uderzyło ją, jak mało o nim wie.

Znała jego nazwisko. Benjamin Kerran.

Wiedziała, ile ma lat. Trzydzieści dziewięć. Tyle, ile miałby tata, gdyby żył, i o rok mniej niż mama. Odrobina siwizny na jego skroniach sprawiała, że wiele osób mogłoby go wziąć za nieco starszego. Może czterdziestoparolatka.

Zawód? Nie była pewna. Zajmował się czymś w urzędzie miasta. Nie przypominała sobie, żeby ujawnił jej więcej szczegółów.

Mieszkanie? Nie miała pojęcia. To chyba nierozsądne z jej strony, że nawet nie sprawdziła, gdzie mieszka. Nigdy nie spotykali się u niego w domu, tylko na dworze albo przy Moerckstraat pod nieobecność matki. To chyba dziwne, że ani razu nie skorzystali z jego mieszkania, skoro mieszkał sam? Postanowiła, że przy następnym spotkaniu zapyta go o adres. W książce telefonicznej go nie było – sprawdziła, jak tylko zaczęła się nad tym zastanawiać.

W zasadzie mogła też uzyskać te informacje od mamy. Miała przecież prawo interesować się jej kochankiem, niezależnie od okoliczności.

Nawet gdyby były one bardziej normalne.

A jego życie? Co wiedziała o jego życiu?

Prawie nic. Opowiadał, że kiedyś miał żonę, ale najwyraźniej było to dawno. O dzieciach nigdy nie wspominał.

Więc pewnie ich nie ma, uznała Monica Kammerle. To dziwne, pomyślała. Dziwne, że tak mało wiem o jedynym kochanku, jakiego miałam w życiu. I nadal mam.

Jednocześnie pomyślała, że w zasadzie nie jest to aż tak dziwne. Dominującym tematem ich rozmów była ona sama. Za każdym razem.

Monica Kammerle. Dzieciństwo i dorastanie Moniki Kammerle. Jej mama i tata. Jej nauczyciele, dawne fałszywe przyjaciółki, ulubione zajęcia i ulubione książki. Jej rozmyślania o wszystkim między niebem a ziemią i o tym, jak się czuła, kiedy w taki czy inny sposób ją dotykał. I kiedy był w środku.

O nim nie rozmawiali wcale. Nie była to jego wina. Lubił słuchać, a ona lubiła opowiadać. Ktoś mógłby powiedzieć, że była po prostu egocentryczną nastolatką, zapatrzoną w siebie i niedostrzegającą nic poza czubkiem własnego nosa.

Z drugiej strony, od śmierci taty nie miała prawdziwego słuchacza. Jest, jak jest, myślała, człowiek ma takie potrzeby, jakie ma, a jeśli nadarza się okazja, żeby je zaspokoić, oczywiście to robi.

Oprócz zjawiska o nazwie Monica Kammerle był tylko jeden temat, na którego zgłębianie poświęcali czas. Ich związek.

Sam zakazany fakt, że ma tego samego kochanka co jej matka. Że ona, Monica Kammerle, lat szesnaście, i on, Benjamin Kerran, lat trzydzieści dziewięć, naprawdę się ze sobą pieprzyli. Od przodu i od tyłu. Ustami, językami, rękoma i czym się tylko dało. Pieprzyli się jak szaleni. Wkrótce zauważyła, że jak tylko zaczynali o tym rozmawiać, czuła jednocześnie ekscytację i przerażenie, podniecający strach.

Jak gdyby nikt oprócz nich nie wiedział, że tak można. Jak gdyby tylko oni na to wpadli.

Czuła się tak, jakby samo ubieranie ich paskudnych czynów w słowa sprawiało, że stawały się dozwolone. Jedynie przez to, że o nich mówili. Była pewna, że on odbiera to identycznie.

– Dobrze wiemy, że robimy źle, i dlatego możemy sobie na to pozwolić – powiedział któregoś razu.

Mogli sobie na to pozwolić? Z początku wierzyła, że to prawda. Była wtedy tylko bezbronną ofiarą w jego ramionach i zdawała sobie z tego sprawę.

Lubiła to, co z nią robił. Wszystko. No, prawie.

I to, co pozwalał jej robić ze sobą. Lubiła widzieć, że i jemu się to podoba.

– W pewnych kulturach – powiedział innym razem – wprowadza się młode dziewczyny w życie miłosne, pozwalając im być z dorosłymi, doświadczonymi mężczyznami. To może wcale nie jest taki zły pomysł.

Monica Kammerle była tego samego zdania.

Któregoś dnia, po tym jak Benjamin został na noc, ale zmył się przed świtem, matka zwierzyła się jej przy śniadaniu, że jest najlepszym kochankiem, jakiego kiedykolwiek miała. Monica była skłonna się z nią zgodzić, ale nic nie odpowiedziała. Bez wątpienia Benjamin miał silny i dobry wpływ na matkę, nie dało się tego nie zauważyć. Faza maniakalna, którą przeżywała pod koniec sierpnia, minęła. O ile Monica mogła stwierdzić na podstawie obserwacji szafki w łazience, matka regularnie zażywała leki. Wydawała się zdrowsza i bardziej zrelaksowana niż kiedykolwiek od śmierci taty.

Cztery razy w tygodniu chodziła na zajęcia pomagające odnaleźć się na rynku pracy, poza tym gotowała, robiła zakupy i prała. Prawie jak zwykła mama. Nigdy wcześniej nie była tak cierpliwa i skoncentrowana. A przynajmniej Monica nie mogła sobie tego przypomnieć.

A więc, odpukać, to, co robili, może i było szalone, ale przecież, w pewnym sensie, żyli w innej kulturze.

Uśmiechnęła się w duchu i przypomniała sobie kolegów z klasy. Gdyby tylko wiedzieli, pomyślała.

Potrzeba, aby się komuś zwierzyć, opowiedzieć o tym choćby jednej osobie, pojawiła się kilka dni później, a dokładnie w dniu, kiedy Benjamin zostawił matkę w sypialni i przyszedł do niej.

Było to w środę na początku września, tuż po piątej rano. O ile dobrze zrozumiała, Benjamin i jej matka byli na wycieczce w Behrensee. Do domu wrócili późno, gdy już spała. Jak przez mgłę pamiętała, że w przedpokoju słychać było ich głosy.

Kiedy się obudziła, on gładził brodawkę jej piersi. Przytknął palec do ust, wskazując głową sypialnię. Wziął jej rękę, przyłożył do stwardniałego członka i popatrzył na nią pytająco.

Jego spojrzenie było wygłodniałe, a jednocześnie proszące, jak u psa.

Choć miała dopiero szesnaście lat, a dziewictwo straciła zaledwie osiemnaście dni wcześniej, z jego błyszczących oczu w tej krótkiej chwili wyczytała też ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami, jakie kryją się w akcie miłości fizycznej. Wyrwał ją ze snu, a mimo to była w stanie wejrzeć w bezdenną czeluść, ziejącą za najbardziej nawet delikatnymi pieszczotami i nieśmiałymi spojrzeniami. Zrozumiała, jak niewiele trzeba, żeby coś poszło nie tak.

Zawahała się na chwilę. Sprawdziła, czy przynajmniej dokładnie zamknął drzwi. Skinęła głową i pozwoliła mu wejść w siebie od tyłu.

Tym razem było inaczej. Bolało. Nie była na to przygotowana, czuła ból, a on zachowywał się znacznie brutalniej. Wydawał się skoncentrowany tylko na własnych potrzebach i po jakiejś minucie obficie wytrysnął jej na plecy, choć nawet nie zbliżyła się do orgazmu.

Choć nie miała nawet cienia przyjemności.

Wymamrotał przeprosiny i wrócił do sypialni. Tak, tym razem naprawdę było inaczej i po raz pierwszy czuła w środku gwałtownie narastające obrzydzenie.

Pewnie gdyby matka akurat się obudziła, powiedziałby jej, że był w kibelku. Niech to szlag.

Wstała z łóżka. Na chwiejnych nogach wyszła do toalety i wymiotowała, dopóki nie poczuła się zupełnie pusta w środku. Długo, bardzo długo stała pod prysznicem.

His dark secret love, does thy life destroy, chodziło jej po głowie. Nie, tak dłużej być nie może, pomyślała. Muszę z kimś porozmawiać.

4

– Może mi pan powiedzieć, co to jest?

Młody sprzedawca uśmiechnął się nerwowo, bawiąc się wąsem. Van Veeteren wytarł ladę rękawem marynarki i położył przedmiot na błyszczącej powierzchni. Młodzieniec pochylił się do przodu, a kiedy zobaczył, co to takiego, wyprostował plecy, a jego uśmiech przygasł.

– Oczywiście. Pestka oliwki.

Van Veeteren uniósł brew.

– Naprawdę? Jest pan tego absolutnie pewien?

– Oczywiście.

Ostrożnie podniósł przedmiot, trzymając go między kciukiem a palcem wskazującym, i uważnie mu się przyjrzał.

– Na pewno. Pestka oliwki.

– Dobrze – odparł Van Veeteren. – Jak na razie się zgadzamy.

Ostrożnie wyciągnął z kieszeni chusteczkę do nosa i pieczołowicie ją rozwinął.

– A to?

Zanosiło się na to, że młodzieniec znowu przeprowadzi dokładne oględziny, ale zmienił zamiar. Zastygł lekko pochylony do przodu z głupkowatym wyrazem na piegowatej twarzy.

– Wygląda jak plomba.

– Zgadza się! – wykrzyknął Van Veeteren i przysunął pestkę oliwki do małego kawałka metalu, tak że leżały na ladzie w odległości około centymetra od siebie. – A teraz, czy mogę zapytać, kim jest człowiek, z którym ma pan zaszczyt rozmawiać w tak piękne wrześniowe popołudnie?

Sprzedawca po raz kolejny spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to sztucznie. Kilka razy przeniósł wzrok z okna wystawowego na drzwi i z powrotem, jakby w nadziei, że pojawi się bardziej normalny klient, który rozluźni napiętą atmosferę w sklepie. Żaden wybawca jednak nie nadszedł, więc młodzieniec włożył ręce do kieszeni białego fartucha, starając się wyglądać na bardziej pewnego siebie.

– Jasna sprawa. Pan komisarz Van Veeteren. W czym rzecz?

– W czym rzecz? – odparł Van Veeteren. – Już panu mówię. Chcę polecieć do Rzymu i niech mnie szlag, jeżeli mi się to nie uda. Mówiąc ściśle, wylatuję jutro rano z Sechshafen, mam już zarezerwowany lot. Jednocześnie pragnę nadmienić, że miałem zamiar odbyć tę podróż w sposób najlepszy z możliwych, czyli ze wszystkimi zębami.

– Zębami?

– Tak, zębami. I zgadza się, moje nazwisko brzmi Van Veeteren, ale co się tyczy mojego zawodu, to chciałbym zwrócić pańską uwagę, że od kilku lat nie pracuję już w policji.

– Naturalnie. – Młodzieniec pokiwał zrezygnowany głową. – Ale mówi się, że co jakiś czas pan wkracza.

Wkraczam? – pomyślał Van Veeteren, tracąc na chwilę koncentrację. Mówi się, że wkraczam? Co, do cholery?

Próbował naprędce podsumować w głowie te cztery lata, które upłynęły od czasu, kiedy złożył rezygnację na ręce komendanta Hillera, a Hiller na własną rękę zamienił ją w coś w rodzaju permanentnego urlopu, którego próżno by szukać w regulaminie. Czy ten smarkacz miał rację? Czy naprawdę wkraczał? Nie potrafił trzymać się z dala?

Zdarzyło się to może trzy lub cztery razy. Maksymalnie pięć–sześć. Zależy, jak liczyć.

Tylko tyle. Raz czy dwa razy do roku. Nie ma za bardzo o czym mówić, a poza tym to nigdy nie była jego inicjatywa. No, może raz. Najczęściej to Münster albo Reinhart proponowali coś przy piwie u Adenaara albo Krausa. Zadawali podchwytliwe pytanie albo prosili o radę, kiedy czuli, że stoją w miejscu.

Po prostu chcieli, żeby im pomógł. Czasem odmawiał, a czasami wyrażał zainteresowanie. Ale żeby wkraczał? Nie, to za dużo powiedziane. Gruba przesada. Odkąd został księgarzem, nie zajmował się policyjną robotą z prawdziwego zdarzenia – w tym punkcie jego sumienie było nieskazitelnie białe. Jak śnieg lub arszenik.

Wlepił wzrok w sprzedawcę, który niespokojnie przebierał nogami, jakby zachowanie ciszy przychodziło mu z trudem. Van Veeteren nigdy nie miał z tym problemu. Przeciwnie, cisza była jego dobrą znajomą, a czasem nawet bronią.

– Brednie – powiedział w końcu. – Pracuję przy starych książkach w antykwariacie Krantzego. Koniec kropka. Teraz zaś nie chodzi o moje prywatne poczynania, lecz o tę oto pestkę oliwki.

– Rozumiem – odparł sprzedawca.

– I o tę plombę.

– Rozumiem.

– Utrzymuje pan, że mnie zna?

– Ech… oczywiście.

– Czy utrzymuje pan również, że wczoraj rano sprzedał mi pan kanapkę?

Sprzedawca wziął głęboki oddech, jakby chciał zebrać siły.

– Tak samo jak każdego ranka mniej więcej od roku.

– Nie każdego – sprostował Van Veeteren. – Z pewnością nie każdego. Powiedzmy trzy razy w tygodniu i na pewno nie od roku, bo aż do stycznia robiłem zakupy u Semmelmanna. Potem się zwinęli. Nawiasem mówiąc, wątpię, czy u nich spotkałoby mnie to samo.

Młodzieniec pokiwał zrezygnowany głową.

– Ale o co do diabła… o co właściwie panu chodzi? – wycedził, a na jego twarzy znów wykwitł rumieniec.

– O zawartość kanapki, rzecz jasna.

– Zawartość?

– Otóż to. Zgodnie z podaną przez was informacją, jak również moimi oczekiwaniami, kanapka miała być z mozzarellą… oczywiście z bawolego mleka… ogórkiem, suszonymi pomidorami, świeżą bazylią, cebulą, radicchio i drylowanymi greckimi oliwkami.

Rumieniec na twarzy sprzedawcy miał kolor wschodzącego słońca.

– Drylowanymi oliwkami! – powtórzył z naciskiem Van Veeteren, po czym oszczędnym gestem wskazał drobne przedmioty leżące na ladzie. Młodzieniec odchrząknął i splótł ręce.

– Rozumiem. Bardzo nam przykro, jeśli rzeczywiście…

– Rzeczywiście – odparł Van Veeteren. – Rzeczywiście musiałem umówić się na wizytę z doktorem Schenkiem, dentystą z Meijkstraat. Co przykre, jednym z najdroższych w mieście, ale ponieważ jutro wyjeżdżam, nie miałem wyboru. Chcę tylko poinformować, jak sprawy stoją, żeby nie był pan zdziwiony, kiedy pojawi się rachunek.

– Oczywiście. Mój ojciec…

– Jestem pewien, że będzie pan potrafił przekonująco wytłumaczyć to pańskiemu ojcu, ale teraz proszę mi wybaczyć, nie mam już czasu na dalsze dyskusje. Może pan zatrzymać pestkę i plombę. Na pamiątkę. Ja już ich nie potrzebuję. Dziękuję i żegnam.

– Dziękuję, dziękuję – wyjąkał sprzedawca. – Mam nadzieję, że do zobaczenia?

– Zastanowię się – odparł Van Veeteren i wyszedł na słoneczną ulicę.

Przez resztę popołudnia siedział w wewnętrznym pokoju w antykwariacie i pracował. Odpowiedział na jedenaście zapytań z księgarni i bibliotek – na osiem negatywnie, na trzy pozytywnie. Skatalogował kolekcję map, którą Krantze znalazł na starówce w Pradze, zastanawiając się przy okazji, jak udało mu się odbyć taką podróż i zejść do piwnicy, skoro doskwierały mu reumatyzm, rwa kulszowa, dusznica bolesna i przewlekłe zapalenie oskrzeli. Następnie zaczął porządkować zawartość czterech siatek, przyniesionych rano przez krewnych jakiegoś zmarłego mężczyzny i kupionych za bezcen.

Nielicznym klientom, którzy pojawiali się w antykwariacie, pozwalał swobodnie krążyć między regałami, a jedyną transakcją była sprzedaż sześciu starych kryminałów, które po dobrej cenie kupił niemiecki turysta. O siedemnastej piętnaście zadzwoniła Ulrike Fremdli z pytaniem, kiedy wróci do domu. Opowiedział historię o pestce i plombie. Spodobała jej się chyba bardziej niż powinna, pomyślał. Ustalili, że spotkają się u Adenaara koło siódmej. Albo wcześniej, zależnie od tego, kiedy wstanie z fotela u dentysty. Żadne z nich nie miało szczególnej ochoty gotować przed wyjazdem, a poza tym Ulrike pomyślała, że nie jest pewne, czy w ogóle będzie mógł coś jeść w tak krótkim czasie po założeniu nowej sztucznej szczęki.

– Nie chodzi o nową szczękę – sprostował Van Veeteren. – To tylko wypełnienie.

– U Adenaara mają zwykle dobrą zupę – przypomniała sobie Ulrike.

– Piwo zwykle da się pić – odparł Van Veeteren. – Na temat zupy nic mi nie wiadomo.

Kiedy się rozłączyli, siedział przez chwilę z dłońmi splecionymi na karku. Nagle poczuł w środku wibrujące ciepło. Ledwo zauważalne, ale jednak obecne, czymkolwiek było.

Szczęście?

Słowo pękło pod ciężarem własnej pompatyczności, a w głowie zaczęły się pojawiać coraz to nowe myśli. Nie, poprawił się, to nie szczęście. Boże uchowaj! Chociaż mogło być gorzej. Są ludzie, których życie jest jeszcze większą porażką.

Następnie zaczął rozmyślać o relatywizmie. O tym, czy nieszczęście innych zwiększa, czy zmniejsza jego własne i czy świat naprawdę został tak skąpo urządzony, że ów relatywizm jest jedynym sposobem, by odróżnić dobro od zła. Nagle zorientował się, że ktoś próbuje przyciągnąć jego uwagę.

Z zewnętrznego pokoju dobiegło kilka udawanych kaszlnięć i ostrożne „halo”. Van Veeteren zastanowił się naprędce, czy zawiadomić o swoim istnieniu, po czym wstał z krzesła.

Sześć miesięcy później nadal nie mógł rozstrzygnąć, czy była to dobra decyzja.

Mężczyzna miał jakieś trzydzieści lat. Był wysoki i chudy, a jego twarz robiła co mogła, żeby schować się za długą grzywką, czarną brodą i okularami. Delikatna nerwowość unosiła się wokół niego jak nieprzyjemny odór ciała. Van Veeterenowi w pierwszej chwili skojarzył się z podejrzanym, który stara się wziąć w garść przed decydującym przesłuchaniem.

– Słucham? – powiedział Van Veeteren. – Czy mogę panu w czymś pomóc?

– Mam taką nadzieję – odparł mężczyzna i wyciągnął rękę. – O ile rozmawiam z panem Van Veeterenem. Ja nazywam się Gassel. Tomas Gassel.

Van Veeteren uścisnął mu dłoń i potwierdził, że jest tym, kim jest.

– Proszę mi wybaczyć, że kontaktuję się w ten sposób. Zwracam się z delikatną sprawą. Czy ma pan chwilę?

Van Veeteren spojrzał na zegarek.

– Właściwie to nie. Za pół godziny mam wizytę u dentysty. Właśnie chciałem zamykać.

– Rozumiem. Może więc jutro bardziej by panu pasowało?

Van Veeteren pokręcił głową.

– Niestety nie. Jutro wyjeżdżam. A o co chodzi?

Gassel się zawahał.

– Muszę z panem pomówić. Nie wystarczy jednak kilka minut. Chodzi o to, że znalazłem się w sytuacji, z którą nie potrafię się uporać. Ani zawodowo, ani prywatnie.

– Co pan ma na myśli, mówiąc „zawodowo”?

Gassel przez chwilę spoglądał zdziwiony, po czym wyprostował szyję i odsunął brodę. Van Veeteren dostrzegł białą koloratkę.

– Aha, już rozumiem.

– Proszę mi wybaczyć. Zapominam, że nie mam tego wypisanego na twarzy. Jestem wikariuszem parafii w Leimaar.

– Ach tak? – odparł Van Veeteren, czekając na dalszy ciąg.

Gassel wygładził brodę i odchrząknął.

– Otóż potrzebuję kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. Skonsultować się, jeśli pan woli. Jestem w sytuacji, w której… moje śluby milczenia kłócą się z tym, co nakazuje sumienie. Mówiąc wprost: upłynęło już trochę czasu i obawiam się, że jeśli nie powezmę pewnych kroków, stanie się coś złego. Coś bardzo nieprzyjemnego, coś… zbrodniczego.

Van Veeteren włożył rękę do kieszeni na piersi w poszukiwaniu wykałaczki, ale przypomniał sobie, że skończył z nimi półtora roku temu.

– A dlaczego zwraca się ksiądz do mnie? Przecież w Leimaar jest chyba proboszcz, który powinien pomóc w takiej sprawie?

Gassel pokręcił głową.

– Mogłoby się tak wydawać. Ale w tego rodzaju kwestiach pastor Brunner i ja niezupełnie się zgadzamy. Niestety. Oczywiście rozważyłem to wszystko i… nie, nie można tego załatwić w ten sposób. Niech mi pan wierzy na słowo.

– A dlaczego ja miałbym załatwić to lepiej? Z tego co wiem, nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

– Proszę mi wybaczyć – powtórzył zawstydzony Gassel. – Zaraz wyjaśnię, jak się o panu dowiedziałem. Wiem, że nie pracuje już pan w policji, to ma decydujące znaczenie. Solennie jej obiecałem, że nie pójdę z tym na policję. W przeciwnym razie nigdy bym się niczego nie dowiedział, nawet jeśli podejrzewałbym, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku… Pańskie nazwisko znam od siostry Marianne z Groenstadt, nie wiem, czy pan ją sobie przypomina. Spotkaliście się tylko raz, ale dobrze pana pamiętała i radziła, żebym spróbował porozmawiać… Marianne to moja ciotka. Starsza siostra mamy.

Van Veeteren zmarszczył czoło. Cofnął się w wyobraźni o sześć lat i zobaczył przed sobą spartańsko urządzony, pobielony pokój, w którym przez godzinę rozmawiał ze starszą kobietą. Siostrą Marianne. Katolicka siostra miłosierdzia i komisarz tuż po operacji wspólnie, bardzo powoli i w atmosferze wzajemnego szacunku wyjaśniali ostatnie aspekty sprawy Leopolda Verhavena. Dwukrotnego mordercy, który wcale nim nie był. Który niesprawiedliwie skazany spędził dwadzieścia cztery lata w więzieniu. Tak, pamiętał siostrę Marianne. Pamiętał też ostatni akt sprawy Verhavena. Bez względu na to, jak bardzo chciałby o nim zapomnieć.

Wiedziałem, że nie da mi to spokoju, pomyślał. Wiedziałem, że któregoś dnia wróci. Ale żeby w ten sposób? Czy naprawdę mam spłacić swój dług za pośrednictwem tego niespokojnego młodego pastora?

To absurd, pomyślał. Niedorzeczność. Wyciągam zbyt daleko idące wnioski. Istnieją również zbiegi okoliczności i nie wszystko, do cholery, musi mieć głębszy sens.

– Pamięta ją pan? – zapytał Gassel.

Van Veeteren westchnął i spojrzał na zegarek.

– Tak, tak. Oczywiście. Pamiętam pańską ciotkę bardzo dobrze. Niesamowita kobieta, bez dwóch zdań. Ale boję się, że czas ucieka. I naprawdę nie mam pewności, czy będę mógł wam pomóc. Od wielu lat jestem cokolwiek przeceniany.

– Nie wydaje mi się – odparł Gassel.

– Hmm – wymamrotał Van Veeteren. – Niech i tak będzie. W każdym razie dziś nie mam czasu, a jutro wyjeżdżam na trzy tygodnie do Rzymu. Jeżeli jednak może ksiądz tyle poczekać, służę swoją uwagą po powrocie do Maardam. Proszę jednak nie obiecywać sobie, że na coś się przydam.

Gassel powiódł wzrokiem po półkach. Wyglądał na pogrążonego w myślach. Następnie, wyraźnie niepocieszony, wzruszył ramionami.

– W porządku. Nie widzę innej możliwości. Kiedy pan wraca?

– Siódmego października – odparł Van Veeteren. – W sobotę.

Gassel wyjął z wewnętrznej kieszeni mały notatnik i zapisał.

– W każdym razie dziękuję, że mnie pan wysłuchał. Mam nadzieję, że w międzyczasie nie wydarzy się nic strasznego.

Uścisnęli sobie dłonie i Gassel wyszedł z antykwariatu. Van Veeteren stał w miejscu, obserwując wysoką, przygarbioną postać przechodzącą pod oknem i kierującą się w stronę uliczki.

Młody pastor w rozterce, pomyślał. Szukający pomocy u agnostyka, byłego komisarza policji. Niezbadane są ścieżki Pana.

Wyszedł ze sklepu, zamknął za sobą drzwi i szybkim krokiem ruszył na Meijkstraat, gdzie już czekał na niego fotel dentystyczny.

5

Monica Kammerle siedziała pod drzwiami gabinetu szkolnej pedagog i czekała.

Jednocześnie zastanawiała się, dlaczego właściwie się tu znalazła. Wprawdzie były dwa powody, ale jeden nie łączył się z drugim. A w każdym razie niebezpośrednio.

Otóż po pierwsze, obiecała temu księdzu, że pójdzie do tej pedagog i z nią porozmawia. Na przemian zrzędził i prosił, aż w końcu się zgodziła. Nie zamierzała jej wyjawić wszystkiego, choć na to oczywiście liczył pastor Gassel. Powinien jednak wiedzieć, że gdyby naprawdę chciała to zrobić, nie skręcałaby do kościoła. Poza tym od dawna wiedziała, że są różne rodzaje tajemnicy zawodowej.

Widziała, że był tym głęboko poruszony. Próbowała tłumaczyć, że wiele spraw wygląda gorzej z zewnątrz niż od środka, ale on nie przyjął tego do wiadomości.

– Dziewczyno, rozumiesz chyba, że to nie może trwać dłużej – powiedział, kiedy spotkała się z nim po raz drugi. – To, co mi wyznałaś, łamie wszelkie zasady etyczne i moralne i źle się skończy. Jesteś za młoda, żeby wyjść z tego bez szwanku. Nie poradzisz sobie!

A ty masz zbyt małe doświadczenie, żeby to zrozumieć, odparła w myślach.

W końcu obiecała mu, że tu przyjdzie, ale zanim umówiła się na konkretny termin, wymyśliła bardziej przyzwoity powód. Nie było to szczególnie trudne – jej układy z kolegami z klasy same w sobie były wystarczająco niepokojące, by stanowić temat do rozmowy. Każdy powinien się z tym zgodzić, jeżeli przekonująco wszystko opisze.

Skoro już dotarła tak daleko, postanowiła pójść jeszcze o krok dalej.

Zmiana szkoły. Dobrze jest przyjść z jakimś konkretem. Zamierzała odwiedzić tę wyblakłą pięćdziesięciolatkę mieniącą się pedagogiem, która nie wzbudziła jej zaufania od razu, kiedy na początku roku przedstawiono ją w auli, i wyjaśnić pewne sprawy tak szczegółowo, jak tylko się da, przekonując ją, że zmiana szkoły to jedyne rozwiązanie dla uczennicy „o takim profilu”.

Tak to się nazywało.

Mogłaby na przykład przenieść się do liceum Joannis w Löhr.

Udało jej się dowiedzieć, że w Maardam było jedenaście liceów i jeżeli w którymkolwiek z nich miała szansę zacząć od nowa, to właśnie tam. Jeśli gdziekolwiek mogła być anonimowa, jak czysta karta pośród nowych, pozbawionych uprzedzeń kolegów, to tylko w Joannis. Żaden uczeń szkoły w Deijkstraa nie kontynuował nauki w Löhr. Sprawdziła to na przerwie, przeglądając rejestry z ostatnich czterech lat, przechowywane w dużych czarnych segregatorach w szkolnej bibliotece. Czuła, że uda jej się przekonać tę pedagog, że to rozwiązanie jest rozsądne i konieczne. Co się zaś tyczy biletów autobusowych, wyboru przedmiotów i innych praktycznych szczegółów… jeżeli rzeczywiście jest pedagogiem, powinna umieć to załatwić.

Zaśmiała się na myśl o tym i o swojej nagłej energii do działania. Może mimo wszystko ten pastor jej pomógł. Coś jednak wydarzyło się także po ostatnich uściskach z Benjaminem. Niejako samo z siebie.

Uściskach? Nie bardzo wiedziała, jak to nazwać, ale po uporaniu się z obrzydzeniem i odkryciem, jak wręcz szokująco przeceniała ich związek, poczuła, że zaczyna wzbierać w niej siła. Zauważyła to, jeszcze zanim się po raz pierwszy wyspowiadała. Oczywiście nie miała pewności, że ten stan się utrzyma, już wcześniej zdarzały jej się kryzysy, a wiele osób twierdziło, że depresja maniakalna jest dziedziczna, ale dlaczego nie spróbować działania, skoro ten jeden jedyny raz poczuła przypływ energii?

No właśnie, dlaczego nie? Spojrzała na zegar i stwierdziła, że pedagog spóźnia się już dziesięć minut. Albo też przeciąga się poprzednia wizyta. Czerwona lampka przy drzwiach paliła się uparcie. Monica poczuła coś w rodzaju zadowolenia na myśl, że także inni uczniowie mają problemy. Nie tylko ona. Że w środku był pewnie inny zagubiony, samotny nastolatek, który nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nastolatek albo nastolatka.

A może to babsko tylko siedziało i gadało przez telefon, popijając kawę?

Monica Kammerle westchnęła, wyprostowała plecy i zaczęła dla odmiany myśleć o Benjaminie Kerranie.

Minęło dziesięć dni, a on się nie odezwał.

Nie mogła się zdecydować, czy ją to dziwi, czy nie. Nie wiedziała też, czy matka nadal się z nim widuje, ale była raczej pewna, że nie spotykają się na Moerckstraat.

Chociaż matka o nim mówiła. W taki sposób i używając takich słów, że Monica przypuszczała, iż matka zaczyna się od niego uzależniać. Od niego i od ich związku. Prawdopodobnie liczyła, że będzie z tego coś poważniejszego.

Monica raczej nie miała co do tego wątpliwości – matka nie należała do osób, które ukrywałyby, co czują i myślą. Zwłaszcza przed własną córką. Nigdy nawet nie próbowała, choć czasami wyszłoby to im obu na dobre.

Pewnie chciała się dalej spotykać z Benjaminem Kerranem. Monica zaczęła dostrzegać u matki pierwsze oznaki utraty stabilności, jednak im bardziej dystansowała się od tego, co się stało w niedzielny poranek, tym większe było jej przekonanie, że to wszystko się jednak jakoś ułoży.

Że między jej matką i Benjaminem Kerranem może być jeszcze całkiem normalnie, a haniebny trójkąt z początku ich znajomości wkrótce odejdzie w zapomnienie.

Dlaczego nie? – pomyślała znowu. Zastanawiała się, czy tak właśnie czuje się człowiek, który nie patrzy na swoje problemy przez pryzmat lekkiej manii.

Nie była pewna, jak by się zachowała, gdyby znów spotkała Benjamina Kerrana. Nie miała też ochoty nad tym rozmyślać. Jak to się mówi: będzie, co ma być. A jak on by się zachował?

Krzesło uwierało ją w plecy, miała już dosyć czekania. Zaświeć się w końcu na zielono, ty cholerna lampko! – pomyślała z irytacją, a wtedy, jakby dzięki cudowi telepatii, lampka nagle zrobiła, co jej kazano.

– Wow – wyszeptała Monica Kammerle. Podniosła się z krzesła i weszła do gabinetu.

Poszło łatwiej, niż sobie wyobrażała.

O wiele łatwiej. Pedagog wysłuchała jej opowieści o problemach w szkole i o tym, co ma zamiar teraz zrobić. Kiwała zachęcająco głową i obiecała, że jeszcze tego samego dnia po południu zadzwoni do Joannis i dowie się, czy mają wolne miejsca.

– Zajrzyj tu jutro o tej samej porze, a dam ci znać, co i jak – powiedziała.

Tak jakby chciała się mnie pozbyć, pomyślała Monica po powrocie do klasy, ale odpędziła tę myśl.

Następnego ranka siedziała na przyjaznej, zielonej sofie, a pedagog mówiła jej, że wszystko już załatwione.

– Możesz w zasadzie odwiedzić Joannis już w piątek. Mają tam klasę o profilu biologicznym z zaledwie dwudziestoma trzema uczniami. Jeżeli uważasz, że będziesz się tam dobrze czuła, wystarczy po prostu się przenieść.

Dostała nazwisko pedagog z nowej szkoły, do której miała się zwrócić po pomoc. Weekend mogła poświęcić na przemyślenie tej kwestii i podjęcie decyzji.

Takie to proste, pomyślała Monica Kammerle. Choć może właśnie o to chodziło, wystarczyło tylko wziąć sprawy w swoje ręce.

O Benjaminie Kerranie nie wspomniała ani słowem.

Tego samego wieczoru, w czwartek 21 września, dostrzegła sygnały niezbicie świadczące o tym, że matka znajduje się na równi pochyłej. Kiedy wróciła ze szkoły, matka leżała w łóżku i drzemała. Monica obudziła ją i powiedziała, że zastanawia się nad zmianą szkoły i nazajutrz pojedzie do Löhr, ale matka tylko pokiwała głową i wymamrotała, że to dobrze.

Twierdziła, że rozbolało ją gardło i dlatego nie poszła na kurs. Zresztą i tak był gówniany, więc nie miało to większego znaczenia.

Nie zrobiła zakupów. Monica, jeżeli chce, może iść do sklepu albo zajrzeć do lodówki. Ona nie ma ochoty na jedzenie.

W domu nie było pieniędzy, znalazła tylko marne trzy guldeny, więc zrobiła omlet i kanapkę. Kiedy zjadła i pozmywała, zadzwonił telefon. Czekała, aż matka odbierze, ale najprawdopodobniej wyciągnęła wtyczkę w sypialni. Pobiegła więc do dużego pokoju i podniosła słuchawkę.

Dzwonił Benjamin.

Powiedział, że siedzi w samochodzie przed domem. Zapytał, czy Monica ma coś przeciwko temu, żeby się z nim spotkać i chwilę porozmawiać.

– Może dobrze by było, gdybyśmy omówili to i owo – powiedział.

Przez chwilę się wahała. Szybko policzyła w pamięci i wyszło jej, że od czasu, kiedy wymknął się z jej sypialni, minęło jedenaście dni.

W końcu powiedziała „tak”.

– Pod warunkiem że to nie potrwa długo – dodała. Miała trochę własnych spraw.

Benjamin Kerran się zgodził i pięć minut później siedziała koło niego w samochodzie. Zauważyła, że ma na sobie tę samą koszulę co owego pierwszego wieczoru na kanapie.

6

– Byłem trochę zajęty – powiedział. – To dlatego się nie odzywałem, wybacz.

Zastanawiała się, ile razy w czasie ich krótkiej znajomości prosił ją o wybaczenie. Wydawało się, że to dla niego naturalny sposób na rozpoczęcie rozmowy przy każdym spotkaniu: przeprosić, przekreślić wszystko to, co było, i zacząć od początku. Wygodne.

Choć na dłuższą metę raczej nieskuteczne.

– Ja też – odparła. – Dużo szkolnych spraw. Chyba ją zmienię.

– Co zmienisz?

– Szkołę.

– Aha.

Nie wydawał się szczególnie zainteresowany. Może jego głos także go zdradzał? Z początku się nim zachwyciła, ale może było tak dlatego, że sam się o to postarał. Że używał go jako narzędzia.

Delikatnie pogładził ją wierzchem dłoni po przedramieniu i uruchomił silnik. Próbowała ocenić tę lekką pieszczotę – rozstrzygnąć, co tak naprawdę poczuła. Bezskutecznie. Dotyk był zbyt powierzchowny i nieznaczący.

– Dokąd chcesz jechać?

Odpowiedziała wzruszeniem ramion. Zwróciła uwagę, że to on chciał porozmawiać, a nie ona. Dla niej było bez znaczenia, gdzie się to odbędzie.

– Jadłaś już?

Przyznała, że tylko omlet i kanapkę, bo mama jest chora.

– Chora? – zapytał i zaczął zjeżdżać w kierunku Zwille. – Nic mi nie mówiła.

– Rozchorowała się dzisiaj. Kiedy ostatnio rozmawialiście?

– Wczoraj. Przez telefon.

– Ale nie widziałeś się z nią już od jakiegoś czasu?

– Od tygodnia. Mówiłem przecież, że byłem zajęty.

W jego głosie kryła się zaledwie nutka irytacji, ale Monica i tak ją zauważyła. Było to łagodne przypomnienie… No właśnie, czego? Tego, że wina leżała po obu stronach? Nawet jeśli jedno z nich miało trzydzieści dziewięć lat, a drugie szesnaście?

– A ze mną masz czas się spotkać?

Skręcił na most Czwartego Września, odwrócił głowę i przyglądał jej się tak długo, że już miała go upomnieć, żeby patrzył na drogę. Wtedy odchrząknął, opuścił szybę i zapalił papierosa. Nigdy wcześniej nie widziała go palącego i nie zauważyła, żeby pachniał albo smakował tytoniem.

– Palisz?

Wybuchnął śmiechem.

– Rzuciłem. Chociaż kupuję sobie paczkę, kiedy w pracy robi się zbyt stresująco. Chcesz?

Poczęstował ją papierosem. Pokręciła głową.

– Najważniejsze, żeby mieć kontrolę. Mogę z tym skończyć w każdej chwili.

– No to skończ – odparła. – Teraz. Niedobrze mi od dymu w samochodzie.

– Wybacz – powiedział po raz kolejny i wyrzucił papierosa przez okno. – Nie wiedziałem. Jesteś na mnie wściekła?

– Dlaczego o to pytasz?

– Bo mam wrażenie, że trzymasz dystans. Bardzo wyraźny dystans. Czy bez względu na wszystko mogę cię zaprosić na kolację?

Zdziwiła się, że chce ją zaprosić na wspólny posiłek, skoro uważa, że jest wściekła i trzyma dystans. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nagle poczuła się paskudnie – jeżeli nie chciała z nim rozmawiać, mogła przecież powiedzieć to przez telefon. Nie wsiadać do samochodu; to byłoby bardziej uczciwe. Tymczasem zdecydowała się na półśrodek, jak by powiedziała matka. Typowy, beznadziejny półśrodek.

Poza tym, jakkolwiek by było, nie zasłużył na tak dziecinne traktowanie. Tkwili w tym oboje.

Przynajmniej do tej pory.

– Okej – powiedziała. – Możemy coś przekąsić.

Skinął głową.

– Nie chcę trzymać dystansu, po prostu uważam, że powinniśmy to zakończyć – oznajmiła. – Już po poprzednim razie czułam, że to jest złe, a gdyby mama się dowiedziała, byłaby katastrofa.

– Możemy o tym pogadać. Co powiesz na Młyn Czerpinskiego?

Słyszała o tej restauracji przy Maar w Bossingen, ale nigdy tam nie była. O ile wiedziała – i jak wskazywała nazwa – był to stary, przebudowany i odnowiony młyn. Prawdopodobnie dość eleganckie miejsce. Białe obrusy i takie tam. Szybko zerknęła na swoje ubranie – ciemne sztruksowe spodnie i bordową tunikę – i doszła do wniosku, że mimo wszystko się nada. Nastolatki to w końcu tylko nastolatki.

– Chętnie. Tylko nie siedźmy zbyt długo, powinnam być w domu przed dziesiątą.

– Nie musisz się martwić – zapewnił Benjamin.

Kiedy siedzieli, czekając na jedzenie, przez głowę przemknęła jej szalona myśl.

Mogłaby wstać od ich stolika, stojącego w rogu kawałek od innych. Stanąć na środku i poprosić o uwagę pozostałych gości, siedzących wzdłuż ścian w niskiej, podłużnej sali z dużymi dębowymi stołami i odsłoniętymi belkami stropowymi.

„Pewnie myślicie, że przy tamtym stoliku siedzą ojciec i córka – powiedziałaby. – Na pewno tłumaczycie sobie, że on jest miłym tatusiem, który zaprasza córkę na dobre jedzenie z okazji urodzin czy czegoś takiego. Nic z tych rzeczy. Jeżeli chcecie wiedzieć, ten człowiek jest moim kochankiem i zarazem kochankiem mojej matki. Dziękuję za uwagę, możecie dalej jeść”.

Wszystko po to, żeby zobaczyć reakcję. Zarówno jego, jak i pozostałych gości tej wykwintnej restauracji, w której nie było co prawda białych obrusów, ale o jej klasie świadczyły inne subtelności, jak na przykład ciężar sztućców, gruby tłoczony papier, na którym wydrukowano menu, wykrochmalone lniane serwetki i jeszcze bardziej wykrochmaleni kelnerzy.

„Często uprawiamy też francuza – mogłaby dodać. – Seks oralny. Jeżeli was to interesuje”.

– O czym tak myślisz? – zapytał Benjamin.

Zorientowała się, że ma rozgrzane policzki. Spróbowała ochłodzić je łykiem coli.

– Idzie jedzenie – powiedziała.

– Nie daje ci to spokoju? To między tobą a mną?

Zastanawiała się przez chwilę.

– Tak bym tego nie określiła. Ale to się musi skończyć. Myślałam, że zrozumiałeś?

Zauważyła, że zesztywniał. Przez chwilę siedział nieruchomo, po czym spokojnie odłożył sztućce na talerz.

– Myślałem, że oboje ponosimy odpowiedzialność. Chyba sama tak mówiłaś.

Nie odpowiadała i nie patrzyła na niego.

– Jeżeli mam widzieć w tobie prawdziwą kobietę, a tego chyba chciałaś, musisz spróbować zachowywać się jak prawdziwa kobieta. I pogodzić się z tym, że jestem mężczyzną. Rozumiesz, o czym mówię?

Prawdziwa kobieta? – pomyślała. Nie, nie rozumiem, o czym mówisz.

Nic jednak nie powiedziała.

– Doskonale zdaję sobie sprawę, że ostatnim razem nie było ci za dobrze – ciągnął Benjamin. – Ale takie rzeczy się zdarzają, nie można się poddawać tylko dlatego, że doznania nie zawsze są jednakowo silne. Trzeba się nauczyć puszczać to w niepamięć i iść dalej.

– Chyba nie do końca rozumiem, o czym mówisz – odparła. – Uważasz, że powinniśmy to kontynuować?

Skinął głową.

– Oczywiście. Dlaczego nie?

– Choćby dlatego, że ja tego nie chcę.

Uśmiechnął się i położył dłoń na jej dłoni.

– Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz, czy nie, jeżeli nie spróbujesz?

Zastanawiała się. Próbowała znaleźć słowa, które w jakiś sposób mogłyby przekłuć jego upartą pewność siebie.

– Nie chodzi tylko o ostatni raz. Chodzi o całokształt. Nie radzę sobie. Lubię cię, ale nie jako kochanka. Po prostu tego nie ogarniam… Przez krótki czas było dobrze, ale to nie może trwać dłużej. Masz przeszło dwa razy tyle lat co ja i jesteś w związku z moją matką.

Nie cofnął dłoni. Przez chwilę milczał i wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. Jego spojrzenie wędrowało pomiędzy różnymi częściami jej twarzy. Patrzył na usta, nasadę włosów, oczy.

– Jesteś tego pewna?

– Bardziej pewna już być nie mogę.

– W porządku – powiedział i odchylił się do tyłu. – Może tak będzie najlepiej. Płacimy i jedziemy stąd?

Skinęła głową, przeprosiła i wyszła do toalety.

Kiedy wracali do centrum Maardam, spadł deszcz. Zamiast skręcić w prawo przy stadionie Richter, Benjamin pojechał prosto, koło browaru Pixner i kościoła Keymer.

– Co u mamy? – zapytał.

– Mówiłam przecież, że dzisiaj jest chora. Dlaczego jedziemy tą drogą? Nie podwieziesz mnie do domu?

– Nie pytam, jak się czuje dzisiaj. Pytam ogólnie.

Wzruszyła ramionami.

– Tak sobie. Znasz przecież jej problemy. Dlaczego tędy jedziemy?

– Chciałem tylko pokazać ci, gdzie mieszkam. Chyba nie masz nic przeciwko temu?

Spojrzała na zegarek i się zawahała. Była dwudziesta pierwsza piętnaście. Przez chwilę siedziała bez słowa, wpatrując się w deszcz.

– Chcę być w domu przed dziesiątą.

Poklepał ją po ramieniu.

– Nie martw się. Nie moglibyśmy przynajmniej porozmawiać o tym, jak się czujesz? Niedobrze ot tak zrywać więzi. Zawsze trzeba dopilnować, by nie zostały żadne niezaleczone rany.

– Myślę, że wystarczająco nagadałam się na ten temat – powiedziała. Zaczynała się denerwować.

Benjamin położył rękę z powrotem na kierownicy.

– Nagadałaś? Co masz na myśli?

– To, co powiedziałam. Wszystko już przedyskutowałam i wystarczy.

– Nie rozumiem. Z kim przedyskutowałaś?

Znów usłyszała ten ton w jego głosie. Ten sam, na który zwróciła uwagę, kiedy wsiadła do samochodu. Był jak szczypta przyprawy, która nie pasuje do reszty. Gorzki. Po raz pierwszy pomyślała „niebezpieczny”.

– Z pastorem.

– Z pastorem?

– Tak.

– Dlaczego rozmawiałaś z pastorem?

– Musiałam o tym komuś powiedzieć.

– Nie wiedziałem, że wśród twoich znajomych jest pastor.

– To nie mój znajomy. Był w naszej szkole i opowiadał o kościelnych programach dla młodzieży. Skontaktowałam się z nim później.

– Z którego jest kościoła?

Próbowała naprędce rozstrzygnąć, czy chce zdradzać mu szczegóły, i w końcu uznała, że tak. Przynajmniej nie uzna, że sobie to wymyśliłam, pomyślała. Jednocześnie poczuła się pewniej na myśl, że jeszcze jeden człowiek o wszystkim wie. Nawet jeśli to tylko pastor związany tajemnicą spowiedzi.

Nad tym, dlaczego miałaby potrzebować takiego zabezpieczenia, nie zdążyła się zastanowić.

– Z którego kościoła? – powtórzył.

– W Leimaar. Pastor Gassel. Spotkałam się z nim dwa razy. Wysłuchiwanie ludzi i trzymanie tego w tajemnicy należy do ich obowiązków. To coś w rodzaju spowiedzi, chociaż nie są katolikami.

Kiwnął lekko głową i podrapał się w szyję.

– Ale mamie nie mówiłaś?

– Oczywiście, że nie.

Skręcił w lewo za uniwersytetem przy Geldenerstraat i zaparkował w jednej z uliczek prowadzących na cmentarz Keymer. Deszcz przybrał na sile, a w ciemnej alejce nie widać było żywego ducha. Benjamin wyłączył silnik i wyjął kluczyk ze stacyjki, ale nie wysiadał. Siedział na swoim miejscu, bębniąc palcami o kierownicę.

– Jak myślisz, co by było, gdyby się o tym dowiedziała? Gdyby ktoś jej powiedział, co między nami było?

– Co masz na myśli? O niczym się nie dowie.

– Jasne, że nie. Ale jak myślisz, jak by to przyjęła? Czysto hipotetycznie.

– Nie rozumiem, dlaczego pytasz. To przecież oczywiste, byłaby w szoku, rozmawialiśmy już na ten temat.

Benjamin jeszcze przez chwilę bębnił palcami.

– Więc uważasz, że gdybym jej o wszystkim powiedział, nie byłby to dobry pomysł?

Monica wlepiła wzrok w jego profil.

– Dlaczego miałbyś…

– Ponieważ też czuję pewną potrzebę szczerości. Najwyraźniej większą niż ty i ona.

Sens jego słów dotarł do niej w ułamku sekundy. Równie szybko zrozumiała, jakie mogą być konsekwencje. To nie winowajcy, czyli on i ona, najbardziej ucierpią, jeśli sprawa wyjdzie na jaw. Najbardziej dotknie to jej matkę. Nie było co do tego wątpliwości. Podwójna zdrada – ze strony kochanka i jedynej córki, przy jej niestabilności i wrażliwości… Nie, pomyślała mimo woli Monica, wszystko, tylko nie to. Zwłaszcza w jej obecnym stanie…

Przypomniała sobie, jak wypłowiałą miała twarz, kiedy dziś po południu leżała w łóżku, i poczuła, że zbiera jej się na płacz. Przełknęła ślinę i spróbowała wziąć się w garść.

– Nie wolno ci, słyszysz? Pod żadnym pozorem nie wolno ci tego zrobić!

Benjamin wziął głęboki oddech i puścił kierownicę.

– Tak – powiedział. – Wiem. Ale czy nie możemy chociaż wejść na chwilę i to przedyskutować?

Wyjrzała przez zalaną deszczem szybę samochodu. Jej skołowane spojrzenie spoczęło na ciemnej fasadzie domu.

– Tu mieszkasz?

– Tak jest. Wejdziemy?

Monica znów spojrzała na zegarek, ale uznała, że nie ma już znaczenia, czy wróci o dziesiątej, jedenastej, czy jeszcze później. Otworzyła drzwi i stanęła na chodniku.

Benjamin okrążył samochód, objął ją ramieniem i szybko poprowadził w stronę cmentarza, do bramy znajdującej się jakieś dziesięć metrów dalej. Kamienny budynek był stary, zdążyła zauważyć, że ma trzy lub cztery piętra i prawdopodobnie rozciąga się na całą dzielnicę. Weszli na dziedziniec, na którym znajdowały się stojaki na rowery, wiata ze śmietnikiem i ławki pod wielkim drzewem, które na jej oko mogło być wiązem. Wszystko to przypominało trochę Palitzerlaan. Poczuła w piersi lekkie ukłucie tęsknoty.

– Jaki ładny budynek – powiedziała.

– Secesja – odparł. – Wzniesiony dokładnie sto lat temu. To prawda, jest ładny.

Mieszkanie też było ładne. Delikatnie rzecz ujmując. O ile dobrze policzyła, miało cztery pokoje z kuchnią. Deski podłogowe były szerokie i wykonane z jasnego drewna z imitacją słojów, a w wielkim salonie znajdował się kominek. Na skąpe umeblowanie składały się ciężkie, ciemne meble, a prawie każdą ścianę zajmowały regały wypełnione książkami. Do tego dwie duże, niskie kanapy i puszyste dywany. Spróbowała porównać to z Moerckstraat i poczuła inne ukłucie.

Musi być bogaty, pomyślała. Dlaczego zadaje się z takimi jak my?

– Dlaczego na drzwiach jest inne nazwisko? – zapytała.

– Co mówisz?! – zawołał Benjamin z kuchni.

– Na drzwiach nie jest napisane Kerran.

Wrócił do dużego pokoju.

– Ach, to… Wiosną miałem lokatora. Studenta. Kazał mi umieścić tam jego nazwisko, żeby każdy do niego trafił. Po prostu zapomniałem to zdjąć. Napijesz się czegoś?

Pokręciła głową.

– Porozmawiajmy i miejmy to już z głowy, dobrze?

Usiadła na jednej z sof. Benjamin po chwili wahania usiadł obok niej.

– Nie zakładałem, że będziemy tylko rozmawiać – stwierdził.

Zanim zdążyła opowiedzieć, wstał i wyszedł do kuchni. Po chwili wrócił ze świecznikiem, w którym tkwiła pojedyncza świeca. Przyciskiem koło drzwi zgasił górne światło, zapalił świecę zapalniczką i postawił na stole. Usiadł z powrotem koło Moniki.

Zaczęła rozumieć, na co się zanosi. Nie chcę, pomyślała. Tylko nie kolejny raz.

– Nie byłoby za dobrze, gdyby mama się o nas dowiedziała, co? – zaczął.

– Nie…

– Jeśli będziesz dla mnie miła jeszcze ten jeden raz, obiecuję, że nie puszczę pary z ust.

Nigdy by nie przypuszczała, że w tak wyrafinowany sposób da się połączyć żarliwe błaganie i lodowatą groźbę, ale widocznie to było możliwe. Spróbowała przełknąć ślinę, ale tak zaschło jej w gardle, że wyszedł z tego tylko skurcz. Benjamin chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Nie chcę – powiedziała.

Minęło kilka sekund, podczas których było słychać tylko jego spokojny, regularny oddech i deszcz bębniący o parapet. Kiedy się w końcu odezwał, przez chwilę miała wrażenie, że głos należy do kogoś innego.

– W dupie mam, czy chcesz, czy nie, ty pieprzona mała kurwo. Bądź tak dobra i pierdol się ze mną, bo inaczej dopilnuję, żeby twoja jebana matka resztę życia spędziła w szpitalu.