Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Detektyw Kefirek i pierwszy trup - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Teoś Kefirek i jego przyjaciel Dominiczek mają już za sobą jedno śledztwo w niebagatelnej sprawie, zakończone sukcesem. Tymczasem zbliżają się ferie, które wcale nie będą nudne. Ktoś włamuje się do mieszkania Kasandry, wróżki z sąsiedztwa. Potem robi się jeszcze bardziej interesująco, ale i poważniej - zamordowany zostaje właściciel zakładu pogrzebowego. Zapętlające się tropy łączą wróżkę, mafię i... psie kupy. W trakcie śledztwa chłopcy odkrywają, że znajomość gry w statki bywa pomocna, a nieistniejący pies może uratować kogoś z potrzasku. I choć niepohamowana ciekawość młodych bohaterów sprawia, że czasem nieświadomie ryzykują nawet życie, efekty ich dochodzenia naprawdę pomogą policji w ujęciu sprawców. Detektyw Kefirek i pierwszy trup to wciągająca i przezabawna powieść kryminalna, która pokazuje, że początkujący detektywi potrafią uchwycić nić, która doprowadzi ich do kłębka nawet śladami psich kup.

Opinie o ebooku Detektyw Kefirek i pierwszy trup - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Fragment ebooka Detektyw Kefirek i pierwszy trup - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Redaktor serii: Natalia Sikora

Redakcja: Małgorzata Mirońska

Korekta: Justyna Żebrowska, Elżbieta Jaroszuk

Projekt graficzny serii, I strony okładki i ilustracje we wnętrzu: Olga Reszelska

Projekt logo serii: Joanna Rusinek

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-253-8

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Małgorzata Strękowska – Zaremba

(ur. 1960)

pisarka, autorka podręczników, dziennikarka. Od 2008 roku członek zarządu Oddziału Warszawskiego

Stowarzyszenia Pisarzy Polskich; należy również do Stowarzyszenia Wolnego Słowa i Polskiej Sekcji IBBY. Laureatka m.in. Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńkiego za powieśćAbecelki i duch Bursztynowego Domu(2003). Ostatnio wydała książkiZłodzieje snów(2008) orazFilipek i rodzina(2010); ta pierwsza została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej.Detektyw Kefirek i pierwszy trupto dalszy ciąg przygód bohatera książkiDetektyw Kefirek na tropie kościotrupa(W.A.B. 2010)

w serii z kotem ukazały się m.in.

Anna Dale

Tajna agentka Dawn

Franklin W. Dixon

Bracia Hardy. Śmiertelne niebezpieczeństwo

Bracia Hardy. W oparach szaleństwa

Bracia Hardy. Śledztwo m promenadzie

Karen Karbo

Minerva Clark na tropie

Minerva Clark schodzi na psy

Minerva Clark traci ducha

Sophie de Mullenheim

FBI i dziewięć kocich żywotów

Marcin Pałasz

Dziwne przypadki Ferdynanda Szkodnika

Dariusz Rekosz

Czarny Maciek i wenecki starodruk

Christopher Russell

Szybki Jack i krwawy gabinet

w przygotowaniu:

Dariusz Rekosz

Czarny Maciek i wieża śmierci

I Niedziela

W skrócie jest tak: ja chcę zostać detektywem, mam trupa, a obok mnie mieszka podejrzany o udział w morderstwie! Obłęd w ciapki, no nie?

Jestem wybrańcem losu!

Aha, zawsze grzeczny Dominiczek mnie naśladuje, więc trup jest też jego. Ale on chce rozwiązać zagadkę morderstwa trupa, badając psie kupy, więc nie stanowi dla mnie żadnej konkurencji.

Przepraszam, tłumaczę niezbyt precyzyjnie, to z tej tam – ekscytacji! Oczywiście nie trup został zamordowany, tylko człowiek, który teraz jest trupem.

I jeszcze jedno, zamieszany w morderstwo uważa, że tylko ja mogę udowodnić jego niewinność. A wszystko dlatego, że parę razy wdepnąłem w psią kupę.

Przecież to jakiś megaobłęd!

Czy w efekcie mojego śledztwa podejrzany o udział w morderstwie zostanie uniewinniony,tego nie wiem. Chociaż ze względu na basseta Olusia wolałbym oczyścić podejrzanego z zarzutów, bo jeśli pójdzie siedzieć, to ja będę musiał się zajmować leniwym Olusiem, a wcale się do tego nie palę (rym niezamierzony). Wystarczy, że zajmuję się Młodszym. Czyli – jak być może pamiętacie – przedszkolakiem Zachariaszkiem. Hi, hi, nie mogę się powstrzymać od śmiechu, kiedy wymawiam jego imię. Gdyby je napisać dużą czcionką i postawić w pionie, byłoby wyższe od samego Zachariasza. Młodszy wolno rośnie. Mama mówi, że to chwilowy zastój i nie ma się czym przejmować, bo tata w jego wieku też był knypkiem, a teraz gra na trąbie.

– Grać gra, ale jak na faceta to dalej jest knypkiem – zauważyłem, chyba niepotrzebnie, bo nie zostałem pochwalony.

Obłęd w ciapki, rodzice są przewrażliwieni na swoim punkcie i nerwowo reagują na krytykę. Jednak to, czy tata jest knypkiem, czy nie, niczego do sprawy morderstwa nie wnosi, więc dajmy mu spokój.

Pora uporządkować wiedzę o sprawie, której nadałem kryptonim „ŚPIJ SPOKOJNIE”. Dlaczego właśnie taki? O tym później.

Z przykrością muszę stwierdzić, że wszystko, co najciekawsze, zaczęło się od śmierdzącej psiej kupy. Potem była przyczepka, a później trup.

Jednak najpierw była niedziela. A właściwie piątek. Przepraszam, że trochę gmatwam, ale nie mam wprawy w opowiadaniu o sobie.

Piątek jest ważny, bo w piątek rozpoczęły się ferie zimowe. W tym czasie zamierzałem urządzić na strychu gabinet detektywistyczny, a przynajmniej przytulne miejsce, gdzie mógłbym ukryć się przed Młodszym i uciec przed hałasem trąby, na której ćwiczy tata. W przygotowaniu gabinetu miał mi pomóc Dominik. On jest bardzo dokładny, więc nadaje się do sprzątania jak nikt inny.

Sami wiecie, że sprzątanie to nic przyjemnego. W sobotę szło jeszcze jako tako, ale w niedzielę już gorzej. Zrobiliśmy sobie przerwę i postanowiliśmy połazić po osiedlu.

Ferie zimowe bez śniegu, porażka! – pomyślałem. Zadarłem głowę, chcąc wypatrzyć choćby parę białych płatków.

– Wdepnąłeś – Dominiczek zauważył, że wlazłem w psią kupę.

No obłęd w ciapki z tymi psami! Napaskudziły pod samą bramą Kasandry (czyli pani Krysi. Tej, która jest dyplomowaną wróżką).

– To nie wina psów, tylko ich właścicieli. – Dominik jak zwykle domyślił się, o czym myślę.

– Niewiele mi to pomoże. Po psiej kupie raczej trudno poznać, czyj pies ją zostawił. Gdyby było łatwo, z miejsca pozwałbym właściciela o odszkodowanie za zniszczone buty i stres z powodu smrodu. Chyba że… – przerwałem. Pomysł z odszkodowaniem nie był niewykonalny. Gdybym dał Młodszemu brudny but do powąchania, to kto wie.

Zna wszystkie psy w okolicy i choćby ze względu na wzrost (i na zainteresowania) poznaje świat w dziwaczny sposób.

Z zadumy wyrwała mnie Kasandra.

– Znowu macie ferie – powiedziała to takim tonem, jakby miała o to do nas pretensję.

– Znowu – odparł nagle przygnębiony Dominiczek.

Jak on to robi, że potrafi dostosować się do nastroju rozmówcy? Przed chwilą promieniał radością i szast-prast przestawił się na zgnębionego. Jak kameleon!

Ja tak nie potrafię, więc zapytałem Kasandrę wprost, dlaczego ma zły humor.

– Gdyż nic dobrego mnie nie czeka, młody sąsiedzie. Nigdy nie wróż samemu sobie, to żelazna zasada. Ja ją złamałam i teraz wiem, że zostanę wplątana w cuchnącą sprawę. Niestety nie wiem w jaką, ale cuchnącą na odległość…

Pociągnęła nosem, a ja machinalnie zrobiłem to samo i aż mnie zatkało od smrodu.

– Co tak śmierdzi? – spytała z wyraźnym niepokojem.

– Bez paniki, to tylko Teoś wdepnął w cuchnącą sprawę – wyjaśnił zawsze grzeczny Dominiczek.

Kasandra, widząc mój upaprany but, pokiwała głową i oświadczyła z nutą zazdrości w głosie:

– Nie każdy ma szczęście wdepnąć jedynie w psie łajno. – Zarzuciła na ramię długi szal w obłędne ciapki i zapatrzyła się w puste niebo.

Nagle obok mnie pojawił się Młodszy.

– Śmierdzisz! – powiedział i pognał do domu, krzycząc na całą ulicę: – Mamo! Teoś wlazł w gówno!

No obłęd w ciapki! Rodzina to straszna rzecz, nigdy nie wiadomo, kiedy przyniesie człowiekowi wstyd. Mnie przyniosła od razu. A to dlatego, że na ulicy pojawiła się Karolina (ta prymuska z naszej klasy, co to chce zostać prokuratorką).

– Śmierdzący przypadek – powiedziała. Zadarła nos i przeszła obok.

Poczerwieniałem jak piwonia, nie dlatego że Karolinę lubię, ale dlatego że jej nie lubię. Nie powinna dysponować wiedzą, która może mnie ośmieszyć. O to chodzi, rozumiecie.

– Każdemu się zdarza – pocieszył mnie Dominiczek.

Kiedy weszliśmy do domu, z pokoju dobiegł nas głos mamy. Tłumaczyła Młodszemu, żeby nie używał brzydkich wyrazów.

– Teoś wszedł w kupę! Powtórz.

– Teoś wszedł w kupę powtórz. Wielgachną! -Młodszy zobaczył mnie i dopadł do buta. – Daj powąchać!

– Wiesz czyja? – spytałem.

– Wiem, ale nie powiem. – Skrzyżował ręce i odszedł.

Zapomniałem, że jest na mnie obrażony, bo wczoraj przegnałem go sprzed komputera.

Kiedy myłem podeszwę, usłyszałem, że dzwoni do swojego kolegi Bartusia.

– A Teoś wlazł w kupę Cebrera, ha! ha! ha!

Który to Cebrer? – przemknęło mi przez głowę. Eee, nieważne.

Młodszy i Bartuś interesują się psami. Mnie to specjalnie nie zajmuje. Pies nie ukrywa żadnej tajemnicy, która byłaby wyzwaniem dla rasowego detektywa. Co prawda czytałemPsa Baskerville'ów,ale Polska to nie Anglia, więc nie ma porównania.

Do łazienki zajrzała mama. Z pretensjami. Podobno namawiam Młodszego do złego (to mama zrymowała), czyli do wąchania śmierdzących butów.

– Dlaczego nie zainteresujesz go czymś pożytecznym? Na przykład… o, techniką! Albo choćby piłką nożną. Wymyśl coś! Książkę mu przeczytaj, może być ta, którą dostał od Mikołaja.

„Wymyśl coś!” – nie jestem niańką, nikt mnie nie uczył opieki nad przedszkolakiem!

II NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

Młodszemu odbijało na maksa. Muszę o tym wspomnieć, choć gdybym nie miał takiej szurniętej rodziny, pewnie nie musiałbym.

– On chce mieć swojego psa! – krzyknęła rozpaczliwie mama po całym dniu z Młodszym (jak powiedziała, Pan Bóg ją pokarał wolnym weekendem), chociaż tata dopiero co wszedł i na bank był zmęczony, bo właśnie wrócił z trasy koncertowej. W dodatku krzyczała do trąby, a przecież dobrze wie, że zawsze najpierw wchodzi trąba, a potem tata.

– Wiem. Będziemy się nad tym zastanawiać. Zachariaszku, Oluś ci nie wystarczy? – Tata sądził, że łagodnością ugra coś u Młodszego, jednak przecenił swoje siły.

– Oluś jest Kasardy! Wszyscy w przeszkolu mają swojego psa!

– Nieprawda, twój najlepszy kolega Bartuś nie ma psa.

– Nie ma psa, ale ma dziewczynę! – Młodszy objął się rękami i pomaszerował do swojego pokoju.

Rodzice długo stali w korytarzu, zastanawiając się, jakie cechy sprawiają, że dziewczyny i psy można traktować zamiennie. Przestałem się interesować psią tematyką. W końcu to ich zmartwienie.

III PONIEDZIAŁEK

W poniedziałek rano otworzyłem najpierw jedno oko, a potem drugie. Ferie! Mogę dalej spać, ucieszyłem się w duchu i zamknąłem najpierw drugie oko, a potem pierwsze. „Szkoda, że nie ma śniegu”, pomyślałem sennie. I usłyszałem głosy. Nie w głowie, przecież nie jestem dyplomowaną wróżką. Dobiegały zza okna od strony podwórka Kasandry.

Wyjrzałem przez okno (teraz mam pokój na piętrze, parter zajął Młodszy).

Obłęd w ciapki, policja! Prawdziwy policyjny wóz stał na ulicy. A na podwórku Kasandry, wśród tłumu sąsiadów, dzielnicowy spisywał zeznania dyplomowanej wróżki.

Wybiegłem z domu jak strzała. Na dworze dopadłem Jaśka. W odróżnieniu od Bartusia (to jego starszy brat, pamiętacie?) nie gada zbyt wiele, ale tym razem się nie oszczędzał. Dowiedziałem się, że w nocy włamano się do Kasandry.

Niemożliwe! – pomyślałem. Co u niej kraść? Złodziej się tam nie pożywi. Najcenniejszy jest pies Oluś i kilka zestawów kart tarota.

– Ukradli Olusia?

Jasiek splunął (gra w kosza, więc jak każdy sportowiec spluwa na poczekaniu).

– Przeszukali cały dom, wszystko, bracie, wywalili na podłogę, a Oluś spał w budzie, hy, hy! Kasandra miała szczęście, że wróciła dopiero nad ranem z jakiegoś Światowego Zjazdu Czarownic, hy, hy…

Fakt, że tuż pod moim oknem grasowali rabusie, totalnie mną wstrząsnął. Podszedłem jak najbliżej stróża prawa, żeby nie uronić ani słowa.

– Znaki szczególne? – spytał dzielnicowy.

Popatrzyłem na dyplomowaną wróżkę. Znaków szczególnych to ona ma wyjątkowo dużo: długie i kręcone rude włosy, nastroszone tak, jakby zawsze siedziała tyłem do kierunku jazdy w odkrytym samochodzie, no i całe mnóstwo talizmanów na szyi. Najbardziej podobają mi się zęby niedźwiedzia. W dzieciństwie pożyczyłem je bez wiedzy Kasandry, bo Dominiczek chciał się bawić w Indian. Mówiłem mu, że w Indian bawiono się przed wojną, ale on nie potrafi dać za wygraną… Skończyło się awanturą. Dyplomowana wróżka stwierdziła chłodno, że widzi mnie w gronie kryminalistów. Dominiczek się rozryczał, bo wróżka nie umieściła go tam ze mną. Jedyny pożytek z tego był taki, że najadłem się cukierków (Dominik dostał je od Kasandry, ale mu zabrałem, żeby szybciej zszedł na złą drogę i się nie mazał).

– I miała zielone kołpaki – Jasiek wymieniał znaki szczególne… Kasandry?

No nie, oczywiście, że nie. Chodziło o starą przyczepkę, która od wieków stała w garażu i nadawała się tylko na złom. Ostatnio leżały na niej dwa nowe okna dachowe kupione jeszcze jesienią. Kasandra od lat planuje remont poddasza, jednak na razie skończyło się na zakupie okien.

– Wartość skradzionych rzeczy? – dopytywał się dzielnicowy.

– Wartość? Okna ma pan na rachunku, a przyczepkę kupił nieboszczyk mąż, więc wartość sentymentalna i magiczna, gdyż, jak panu wiadomo lub nie, zieleń jest kolorem…

Dzielnicowy westchnął.

– W złotych polskich, pani Krysiu, w złotych polskich.

– W złotych polskich? – Kasandra wzniosła oczy ku ponuremu niebu na znak, że nie zajmuje się tak przyziemnymi sprawami. – Proszę spytać Olusia, on jej pilnował. I proszę dopisać, że od niedzieli prześladuje mnie wewnętrzne przekonanie, iż zostanę wplątana w jakąś cuchnącą sprawę! – zażądała kategorycznie.

– A? – Dzielnicowy wyglądał, delikatnie mówiąc, niezbyt inteligentnie.

– W śmierdzącą sprawę. Jestem świadkiem, że to prawda. Od niedzieli chodzi za panią Kasandrą śmierdząca sprawa – wtrąciłem się do rozmowy.

Policjant spojrzał na mnie nieprzyjaźnie i zwrócił się do Kasandry.

– Rozejrzę się tu i tam – obiecał – ale radzę wyrejestrować przyczepę, bo z doświadczenia wiem, że jak nic pójdzie na złom. A co do okien, to wielka lekkomyślność zostawiać nowe w niezamkniętym garażu. Czy są jakieś inne straty?

Na szczęście były. Złodzieje ukradli nie tylko przyczepkę i dwa nowe okna, ale i sto złotych z toaletki.

Czekałem z niecierpliwością na dalszy ciąg śledztwa, ale policjant tylko energicznie skinął głową, wsiadł do radiowozu i odjechał w stronę komendy.

Też mi śledztwo! Nawet śladów na ziemi nie sprawdził. Przecież przyczepę można odnaleźć choćby po rysunku bieżnika opon.

Zadzwoniłem po Dominiczka.

– Przychodź, mamy sprawę! Okradli Kasandrę! Zrobimy odlew!

– Kasandry?

Obłęd w ciapki! A mama uważa, że Dominik chwyta wszystko w lot!

Przybiegł, gdy oglądałem kłódkę na drzwiach garażu. Była tak zardzewiała, że nawet gdyby Kasandra chciała ją zamknąć, to nie przekręciłaby klucza, który zresztą tkwił w dziurce, bo nie można go było wyjąc.

– Zdjęli odciski palców?! – Dominiczek oparł ręce o kolana, żeby odsapnąć.

– Coś ty, nawet im to do głowy nie przyszło.

– Głupi nie są. Okien nie znajdą, sto złotych niepodpisane, a przyczepa nic niewarta – stwierdził Jasiek.

Warta, niewarta, ale sprawa jest – pomyślałem.

Zrobiliśmy zdjęcia drzwi i śladów na ziemi. Pozostawało jeszcze przygotować odlew bieżnika. Mieliśmy szczęście, od garażu aż do bramy biegł wyraźny ślad obciążonej oknami przyczepki. Za bramą, na asfaltowej jezdni ślad się urywał. Moje biuro detektywistyczne nie dysponowało odpowiednimi materiałami, więc musieliśmy kupić gips do sporządzenia odlewu. Pobiegłem do domu po kasę. Pech chciał, że w drzwiach natknąłem się na mamę. Jak zwykle śpieszyła się do pracy, a jeszcze musiała odwieźć Młodszego do przedszkola.

– Wiesz co? – Z jej miny wywnioskowałem, że wpadła na genialny pomysł. – Weź Młodszego, niech wybierze smycz. Potem odprowadź go do przedszkola, to po drodze. Lepiej, żeby on spóźnił się do przedszkola, niż ja do pracy.

– Mam kupić mu smycz? – Nie mogłem uwierzyć, że rodzice zdecydowali się podarować Młodszemu psa. Kiedy ja o coś proszę, zawsze znajdują tyle przeszkód, że można by z nich usypać Kilimandżaro, a Młodszy chce i dostaje.

– I obrożę? – spytałem, żeby nie biegać do sklepu dwa razy.

– Nie! – Mama pomachała mi ręką i odjechała.

Na podwórku został rozpromieniony Młodszy. Wziąłem go za rękę i dołączyłem do Dominika.

Najpierw kupiliśmy gips, potem poszliśmy do sklepu „Pod Leniwym Kotem”.

– Są psy?! – spytał Młodszy, ledwie przekroczyliśmy próg.

– Poproszę obrożę, dla niego – wskazałem Młodszego.

Zdziwienie w oczach sprzedawcy zmusiło mnie do przerwania detektywistycznego wątku (myślałem o kradzieży) i skierowania uwagi na sprawy rodzinne.

– To znaczy, chodzi o smycz – uśmiechnąłem się słabo.

– Tak? Dla jakiego pieska? – spytał sprzedawca.

– Eeee… – uświadomiłem sobie naraz, że nie wiem. Pomyślałem jednak, że pies nie może być duży, jeśli takie chuchro jak Młodszy ma go prowadzać na smyczy. – Malutki, jak ratlerek albo chihu…

– Nie rajtelek! Owczarek, wielgachny jak miś! Czarny i kudłaty! – Młodszy stanął na palcach, żeby pokazać jak wielgachny ma być pies.

Sklepikarz zrozumiał, że lepiej nie ustalać wielkości psa. Podał smycz pasującą do ręki Młodszego. Długość smyczy regulował przycisk na uchwycie. Młodszy był wniebowzięty.

Wyszliśmy ze sklepu.

– Nie wydaje ci się to dziwne? – spytał Dominiczek.

– Co takiego? Że basset Oluś nie szczekał? Może znał złodzieja albo spał na obu uszach.

– Że kazali ci kupić smycz bez obroży, i w dodatku nie wiadomo dla jakiego psa.

Obłęd w ciapki, ten zawsze szuka dziury w całym!

– Okradli moją sąsiadkę! Co mi tam pies Młodszego! Niech się rodzice martwią, że nie są agresywni!

– Asertywni.

– Asertywni to oni są, ale tylko w stosunku do mnie!

– Moim zdaniem ta smycz jest podejrzana. Twoi rodzice planują jakiś przekręt.

– I-tam, rodzice nie mają czasu na takie rzeczy. Mama nawet w weekendy jeździ w teren na pomiary działek albo siedzi w biurze i rysuje mapki. A tata trąbi albo myśli o trąbieniu.

Odprowadziliśmy zadowolonego Młodszego do przedszkola i wróciliśmy na podwórko Kasandry zrobić odlew (bieżnika, nie Kasandry). Łatwo nie było, bo żadnej praktyki nie mamy. Nawet jakzastygło, to się rozpadało (rymy mnie prześladują, a to dlatego, że w przedszkolu katowano nas rymowankami).

Wreszcie się udało. Mieliśmy odlew! Ostrożnie zaniosłem go do biura, czyli na strych.

Założyłem w komputerze dokument o roboczym tytule „Zielona przy czepka”. Spisałem całą wiedzę, jaką mieliśmy na ten temat, a potem poszliśmy rozejrzeć się po okolicy.

IV WTOREK

I wykrakał! Dominik! Obłęd w ciapki! Chce zostać dyplomowaną wróżką czy co?!

Następnego dnia śpię sobie spokojnie i twardo, bo przez całą noc obserwowałem podwórko Kasandry, więc zasnąłem nad ranem, a tu:

– Tratata-ta-tu-ru!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Tata! Znów obudził mnie graniem na trąbie!

– Wstawaj. Weź Młodszego na spacer z psem. A potem odprowadź go do przedszkola.

Myślałem, że śnię. Ale nie, widzę: trąba… tata… W drzwiach mama… wkłada kurtkę. – Daj mu w kość, zróbcie parę kółek dokoła osiedla, żeby mu ten pies wywietrzał z głowy – mówi konspiracyjnym szeptem i wybiega z domu.

– Co jest?

Ubrałem się z przymkniętymi powiekami i dopiero w korytarzu przejrzałem na oczy. Pod drzwiami wyjściowymi stał Młodszy, ubrany w ciepłą kurtkę, zimowe buty, czapkę z pomponem i grube rękawiczki. W obu dłoniach ściskał rączkę smyczy. Zapierał się nogami, jakby na końcu smyczy było wielkie bydlę i ciągnęło go z całych sił.

– Szybko, on chce wyjść!

– Kto?

– Superbryś!

Obłęd. Co jest grane?

Tata musiał przerwać wprawki na trąbie i przedstawić mi zawiły proces myślenia, który przeprowadzili rodzice.

– Młodszy dostał od Mikołaja książkę o psie i chłopczyku, pamiętasz?

Skinąłem głową.

– W tym rzecz, że chłopczyk, ten z książki, zamiast psa dostał smycz. A to nam bardzo na rękę.

– Na rękę wam, że dzieciak z książki Młodszego dostał smycz? – nadal nie rozumiałem.

– Przeczytaliśmy książkę i nas olśniło. Nikt tu nie ma czasu dla prawdziwego psa. Toteż, synu drogi, zrobimy kropka w kropkę tak, jak w tej książce. Młodszy będzie wyprowadzał na spacer smycz. Jeśli przejdzie dwutygodniową próbę, wtedy dostanie psa. A jeśli nie, to da nam święty spokój.

– To znaczy, że Młodszy będzie wyprowadzał smycz, a ja Młodszego???

Istny obłęd! Masakra! Nawet Kasandra nie wywróżyłaby czegoś tak megaidiotycznego! To się w głowie nie mieści! Dominik znowu miał rację! Rodzice zaplanowali przekręt stulecia!

– Chodź już, piesek chce siku! Nie utrzymam go! – nalegał Młodszy.

Tata mrugnął do mnie.

– Zrozum, to jest najlepszy sposób, żeby zniechęcić Młodszego. Przecież Oluś w zupełności wystarczy, więcej czasu spędza u nas w kuchni niż u pani Kasandry. Młodszy szybko się znudzi. Tylko pamiętaj, daj mu w kość, niech się porządnie zasapie.

Jeśli ktoś ze znajomych nas spotka, zapadnę się pod ziemię – pomyślałem.

I wyszliśmy.

– Dzień dobry! Idę z moim psem na spacer! To wielki owczarek! Cały czarny, tylko na uchu,o tu, ma białą łatkę. Wawi się Superbryś! – Młodszy zaczepił pierwszą napotkaną osobę. Na szczęście była nią Kasandra, tak samo pokręcona jak on.

– Fajny ten Superbryś. Ładnie się wabi i jest świetny na złodziei, nie to co Oluś. Muszę założyć alarm, żeby mi i jego nie ukradli – powiedziałai pogłaskała nieistniejącego psa po grzbiecie.

– Chodź, Superbrysiu. – Młodszy pociągnął za smycz.

Musiałem coś zrobić, żeby pozbyć się tego pajaca. Zaproponowałem wizytę u Bartusia. Jednak nie dał się namówić. Stwierdził, że Superbryś musi się wybiegać, wysiusiać i wrócić do domu na śniadanie, bo tak kazali rodzice, a on musi się ich słuchać, żeby wreszcie kupili mu Superbrysia.

Ja nie mogę! Wyprowadza Superbrysia, żeby dostać Superbrysia!

Poszliśmy w kierunku cmentarza. Postanowiłem jak najszybciej zejść ludziom z oczu, a obok cmentarza rośnie las, więc to chyba niezłe miejsce, żeby zniknąć na jakiś czas (i żeby „pies” mógł się wybiegać).

Młodszy pajacował. Ściskał kurczowo smycz, wydłużał ją i skracał, na dodatek przystawał przy każdym drzewie. Obłęd w ciapki, miałem dość. Odwróciłem się i ruszyłem z powrotem.

– Teoś! Superbryś znalazł złodzieja! – usłyszałem nagle rozradowany głos mojego stukniętego braciszka.

Wcisnąłem się między drzewa. Dobrze, że nie zrobiłem jeszcze jednego kroku, bo poleciałbym w dół. Leśny jar zamieniony w cmentarzysko rupieci był bardzo głęboki, mimo że z daleka wyglądał jak maleńkie zagłębienie.

– Mogę wziąć światełko dla Kasardy? – Młodszy pociągnął mnie za rękę.

– Jeszcze tego brakuje, żebyś zbierał śmieci! – obruszyłem się. Ale już po chwili sam w nich grzebałem. Człowiek bywa niekonsekwentny (to powiedzenie mojego taty). Ja miałem powód, żeby się tak zachować. I to jaki!

Pod zwałami śmieci i zeschłych choinek bożonarodzeniowych coś się zieleniło. Jak się pewnie domyślacie, była to przyczepka mojej sąsiadki Kasandry, wgnieciona, pęknięta i z urwanym kołem. Nic już z niej nie będzię… – pomyślałem. Zszedłem w głąb jaru. Odrzuciłem kilka suchych choinek i zobaczyłem puste ramy okien dachowych. Złodzieje pozbyli się starej przyczepki – to mnie nie dziwiło, ale nowe okna teoretycznie powinni ukraść?… Spojrzałem w prawo, w lewo. Może i sto złotych wyrzucili? – zażartowałem w duchu, ale kto wie…

Pomogłem Młodszemu odkręcić światełko odblaskowe dla Kasandry, na pamiątkę po przyczepie „nieboszczyka męża”, i pobiegliśmy do Dominika. Zapomniałem telefonu, a musiałem przecież zawiadomić go o znalezisku.

Dominik w pięć minut zjadł śniadanie i pognaliśmy do lasu. Młodszy ledwie za nami nadążył.

– Superbrysia bolą nóżki! – jęczał.

– Dlaczego on ciągnie smycz? – Dominiczek zaciekawił się tym, czym nie powinien.

– I-tam… – Nie miałem ochoty wtajemniczać go w idiotyczne pomysły rodziców.

– Trzeba poszukać śladów. Tu jest błoto, może odnajdziemy jakiś trop.

Obejrzeliśmy metr po metrze, odnaleźliśmy ślady psów i ich właścicieli.

– Uważaj, znowu wdepniesz! – Dominik ostrzegł mnie przed psią kupą, którą z zainteresowaniem obwąchiwał Młodszy. – On nie idzie dziś do przedszkola? – Mój dokładny kolega przypomniał mi o tym, o czym na śmierć zapomniałem.

Obłęd w ciapki, przedszkole!

– Sam odprowadzę Superbrysia do domu – szepnąłem Młodszemu do ucha.

Niestety, tego pajaca nic nie mogło przekonać. Ryczał, a ja ciągnąłem go za rękę w stronę przedszkola. Aż zatrzymał się obok nas radiowóz.

Kiedy nie są potrzebni, to są, a jak komuś zginie przyczepka z oknami, to nawet nie sprawdzą okolicy!

– Nic nie mów o psie, jest bez kagańca! Ukarzą nas mandatem! – rzuciłem Młodszemu.

Dominiczek zrobił zdziwioną minę, za to Młodszy chwycił w lot. Schował smycz za plecami i przestał wyć jak syrena strażacka.

– Nie chce iść do przedszkola – uprzedziłem pytanie policjantki. – To mój młodszy brat, a to kolega, Dominik Taborek. Ja jestem Teodor Amadeusz Kefirek.

– Hi, hi, hi – usłyszałem stłumiony śmiech policjanta, który siedział za kierownicą.

Co mnie napadło, żeby podawać oba imiona?! (Z dwojga złego wolę „Teodor”, po dziadku, niż „Amadeusz” po zwariowanym kompozytorze.)

Młodszy, połknąwszy ostatnią łzę, niespodziewanie minął policjantkę i stanął w otwartych drzwiach radiowozu.

– Ty się nie śmiej z mojego brata! – Wziął się pod boki, a minę miał tak bojową, że byłbym się pewnie roześmiał, gdyby mi było do śmiechu. Ale nie było.

Policjant z trudem spoważniał.

– Dlaczego nie chcesz iść do przedszkola? – zapytał.

– Bo zapomniałem kadzańca dla Superbrysia, ale tata kupi…

Obłęd w ciapki! Dominik robił coraz większe oczy.