Deszcz - Marcin Ciszewski - ebook
BESTSELLER

Deszcz ebook

Marcin Ciszewski

4,6

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Air Force One ląduje na Okęciu. Prezydent Stanów Zjednoczonych przybywa do Warszawy, by podpisać traktat zmieniający geostrategiczną sytuację Polski.

 

W tym samym czasie obie Pierwsze Damy biorą udział w aukcji charytatywnej. Obrazy wybitnej malarki licytują przedstawiciele saudyjskiej rodziny królewskiej, ośmiu biznesmenów z pierwszej pięćdziesiątki najbogatszych ludzi świata oraz Ellaiah, amerykańska gwiazda muzyki pop.

 

Podinspektor Jakub Tyszkiewicz stoi na czele Biura Zwalczania Terroryzmu. Jego zadaniem jest zabezpieczenie galerii i ochrona gości.

 

W Pałacu Prezydenckim zapadają ostatnie ustalenia.

 

Wszystko jest przygotowane do podpisania umów.

 

Rozpoczyna się aukcja…

 

1. Wiatr

2. Mróz

3. Upał

4. Mgła

5. Deszcz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




MARCIN CISZEWSKI

Deszcz

 

 

© 2020 Marcin Ciszewski

© 2020 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Atelier Du Châteaux, [email protected]

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-65904-72-0

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.ul. Bładnicka 6543-450 Ustroń, www.warbook.pl

Deszcz

Lało.

Lało bez­na­dziej­nie, bez koń­ca, bez umia­ru, jak tyl­ko może lać w War­sza­wie w paź­dzier­ni­ku. Deszcz prze­sią­kał przez ścia­ny i da­chy, obez­wład­niał, od­bie­rał chęć do ży­cia, in­fe­ko­wał umy­sły i cia­ła. Zie­mia za­mie­ni­ła się w na­wil­głą bre­ję, traw­ni­ki i par­ki w nie­prze­by­te ba­gna. Ka­łu­że wiel­ko­ści je­zior gro­ma­dzi­ły się wo­kół za­pcha­nych stu­dzie­nek ka­na­li­za­cyj­nych, jak­by na­śmie­wa­jąc się z nie­mra­wych ekip na­praw­czych.

Sto­li­ca eu­ro­pej­skie­go pań­stwa za­sty­gła w bez­ru­chu w ocze­ki­wa­niu ka­ta­kli­zmu.

Niedziela

Tysz­kie­wicz stał przed lu­strem i bez po­wo­dze­nia pró­bo­wał za­wią­zać kra­wat.

– Wy­glą­dam jak idio­ta – po­wie­dział.

Wyj­ścio­wy mun­dur nie le­żał do­brze. Ja­kub od­ku­rzył go i wy­pra­so­wał – na­dal nie le­żał do­brze. Wy­po­le­ro­wał też buty, co w ża­den spo­sób nie po­pra­wi­ło mu sa­mo­po­czu­cia. Nie pa­mię­tał, kie­dy ostat­nio cho­dził w mun­du­rze, o wer­sji wyj­ścio­wej nie wspo­mi­na­jąc. Ju­tro bę­dzie mu­siał go użyć, co oczy­wi­ście ni­cze­go nie zmie­ni, a sa­mo­po­czu­cie po­gor­szy jesz­cze bar­dziej.

Po­czuł na ra­mio­nach dło­nie He­le­ny. Na kar­ku czuł jej uśmiech. Wczo­raj­szy wie­czór, noc i dzi­siej­szy po­ra­nek były peł­ne ma­gii. Mo­gły­by trwać w nie­skoń­czo­ność. I dziw­nie kon­tra­sto­wa­ły z jego na­stro­jem.

– Mun­du­rek po pro­stu nu­mer za mały, to wszyst­ko – po­wie­dzia­ła.

– Albo wła­ści­ciel o nu­mer za duży.

– Chcia­łam być uprzej­ma.

Ja­kub przyj­rzał się fa­ce­to­wi w lu­strze. No­co­wa­nie w domu i od­cię­cie się od wie­ści ze świa­ta po­słu­ży­ło mu. Spał osiem go­dzin i nic mu się nie śni­ło. Dwu­krot­nie upra­wiał seks, po któ­rym nie mógł zła­pać tchu. Wor­ki pod ocza­mi zbla­dły, zmarszcz­ki sta­ły się mniej wi­docz­ne, nie­mal znik­nę­ła cho­ro­bli­wa bla­dość po­licz­ków. Ręce prze­sta­ły drżeć. Na­wet si­wi­zna na skro­niach i czo­ło wyż­sze niż jesz­cze rok temu prze­sta­ły go draż­nić. Być może ju­tro nie bę­dzie wy­glą­dał jak pa­cjent OIOM-u.

Być może.

– We­zmę się za sie­bie – obie­cał. – Wkrót­ce będę miał nad­miar wol­ne­go cza­su. Za­cznę cho­dzić na si­łow­nię, bie­gać, może po­jeż­dżę na ro­we­rze. Tu czy w Por­tu­ga­lii, gdzie­kol­wiek.

Dło­nie He­le­ny za­ci­snę­ły się lek­ko.

– Nie rób tego – po­wie­dzia­ła.

– Cze­go? Nie jeź­dzić na ro­we­rze?

– Nie da­waj im sa­tys­fak­cji.

Zer­k­nął na nie­my te­le­wi­zyj­ny ob­raz. Eks­per­ci dys­ku­to­wa­li o ju­trzej­szym za­przy­się­że­niu no­we­go rzą­du. Ran­ne gło­so­wa­nie w sej­mie zaj­mie kwa­drans. Za­przy­się­że­nie u pre­zy­den­ta pół go­dzi­ny. Na­zwi­ska no­wych mi­ni­strów od daw­na nie były ta­jem­ni­cą. Za­rów­no we­wnętrz­na, jak i ze­wnętrz­na po­li­ty­ka mia­ły zy­skać nowy wy­miar. Fala ro­sła. I na­bie­ra­ła pędu.

– To nie ma sen­su – za­pro­te­sto­wał sła­bo. Spał do­brze, przez cały wie­czór roz­ma­wiał z He­le­ną i ba­wił się z dzieć­mi, ale my­śleć nie prze­stał.

– Niech oni cię wy­rzu­cą. Niech zro­bią pierw­szy krok. Ty nie mu­sisz ni­cze­go udo­wad­niać.

Deszcz za oknem był nie­mal nie­sły­szal­ny, nie­wi­docz­ny, nie­ma­te­rial­ny, a jed­nak był, nie dało się od nie­go uciec.

Prze­mknę­ło mu przez gło­wę, żeby jej po­wie­dzieć wszyst­ko, bez upięk­sza­nia, po­sta­wić ją oko w oko z wy­mo­wą su­ro­wych fak­tów. Zwol­nie­nie z pra­cy, na­wet w try­bie dys­cy­pli­nar­nym bę­dzie do­pie­ro po­cząt­kiem kło­po­tów, opła­ce­nie do­bre­go ad­wo­ka­ta po­chło­nie for­tu­nę; wię­zie­nia uda się unik­nąć tyl­ko przy szczę­śli­wym splo­cie oko­licz­no­ści. Nie­daw­na wi­zy­ta pro­ku­ra­to­ra Kal­ca oraz pod­in­spek­to­ra Ber­dy­cha, fa­ce­ta z wy­dzia­łu we­wnętrz­ne­go była pierw­szym, bar­dzo kon­kret­nym sy­gna­łem, co nowa wła­dza dla nie­go szy­ku­je. Za­gro­że­nie trak­to­wał po­waż­nie, choć nie przy­go­to­wał jesz­cze pre­cy­zyj­nej li­nii obro­ny. Prze­ko­na­nie o słusz­no­ści po­dej­mo­wa­nych dzia­łań było ar­gu­men­tem za­słu­gu­ją­cym tyl­ko na wzru­sze­nie ra­mion, ni­g­dy nie miał złu­dzeń. Tak, po­py­ta o cwa­ne­go me­ce­na­sa, po­ukła­da­ne­go z no­wym re­żi­mem.

Po­wi­nien był to po­wie­dzieć He­le­nie, ale nie po­wie­dział ni­cze­go.

Do­cią­gnął wę­zeł kra­wa­ta, jesz­cze raz spoj­rzał w lu­stro i od­wró­cił się. He­le­na trzy­ma­ła w ręku szklan­kę soku po­ma­rań­czo­we­go. Na ku­chen­nym bla­cie stał lap­top. Ja­kub wska­zał bro­dą ekran, na któ­rym nie­du­ży, par­te­ro­wy dom ze zgrab­nym gan­kiem i ja­sną ele­wa­cją pła­wił się w bla­sku po­łu­dnio­we­go słoń­ca. Po­bli­skie mo­rze lśni­ło czy­stym szma­rag­dem. Ofer­ta przy­szła wczo­raj. Mie­li się szyb­ko zde­cy­do­wać.

– Za­dzwo­nisz do agen­ta? – za­py­tał.

– Już dzwo­ni­łam. Je­stem z nim umó­wio­na ju­tro w po­łu­dnie.

– Le­cisz do Por­tu­ga­lii? – zdzi­wił się.

– Wró­cę póź­nym wie­czo­rem. Opie­kun­ka zaj­mie się dzieć­mi.

– Masz tę cho­ler­ną au­kcję.

– W śro­dę. Le­ster wy­trzy­ma beze mnie dwa­na­ście go­dzin.

– Służ­by się wściek­ną.

– Prze­ży­ję.

Ja­kub po­now­nie zer­k­nął na ekran. Po­czuł przy­pływ spo­ko­ju i sil­ne pra­gnie­nie, by zna­leźć się na wy­brze­żu oce­anu już te­raz. Żona, dzie­ci, woda, słoń­ce, może łód­ka. W su­mie, dla­cze­go nie? He­le­na ni­g­dy nie mia­ła pro­ble­mu z wy­da­wa­niem pie­nię­dzy. Przy­zwo­ity uży­wa­ny jacht mor­ski moż­na ku­pić za osiem­dzie­siąt ty­się­cy euro. Pod­czas ubie­gło­ty­go­dnio­wej au­kcji jego żona za­ro­bi­ła trzy razy tyle. Znik­nię­cie na ja­kimś atlan­tyc­kim za­du­piu jego spra­wie nie za­szko­dzi, a moż­li­we, że nie­któ­rym naj­bar­dziej za­ja­dłym po­mo­że za­po­mnieć o jego ist­nie­niu. Tak, bę­dzie pły­wał i uczył Lol­ka pod­staw że­glar­stwa.

Na­iw­ne. Ale był w ta­kim na­stro­ju, że chwy­tał się rów­nież na­iw­no­ści.

Po­ca­ło­wał ją.

– Nie mu­szę się zwal­niać, sami mnie wy­wa­lą. Wi­zy­ta u no­we­go mi­ni­stra po­trwa pięć mi­nut – po­wie­dział. – Od­bęb­nisz au­kcję i wy­nie­sie­my się na do­bre. Po­je­dzie­my sa­mo­cho­dem, przez całą Eu­ro­pę. I nie bę­dzie nam się ni­g­dzie spie­szy­ło.

– Na zdję­ciach wszyst­ko za­wsze ład­nie wy­glą­da – za­śmia­ła się. – Po­ja­dę, obej­rzę, za­dzwo­nię do cie­bie. Bę­dzie do­brze, ku­pię ten dom. Wte­dy po­je­dzie­my.

Po­ca­ło­wał ją po­now­nie, tym ra­zem dłu­żej. Od­wza­jem­ni­ła po­ca­łu­nek.

Za­ło­żył ga­bar­dy­no­wy płaszcz, ści­snął się w ta­lii pa­sem. He­le­na przyj­rza­ła mu się.

– Ra­so­wy pies w stro­ju ga­lo­wym – orze­kła. – Trosz­kę przy­ty­ty, ale uj­dzie.

– No, no – mruk­nął, po czym za­czął roz­pi­nać gu­zi­ki.

***

Spo­tka­nie za­pla­no­wa­ne zo­sta­ło na trzy­na­stą.

Ja­ni­na Bo­guc­ka przyj­rza­ła się zgro­ma­dzo­nym. Wszy­scy przy­by­li punk­tu­al­nie. Sze­ściu męż­czyzn i jed­na ko­bie­ta. Sze­ściu po­li­ty­ków i oso­ba, któ­ra w żad­nej mie­rze nie uwa­ża­ła się za po­li­ty­ka. Kosz­tow­ne, prze­waż­nie szy­te na mia­rę gar­ni­tu­ry kon­tra­sto­wa­ły z czar­ną gar­son­ką z ta­nie­go ma­te­ria­łu i zno­szo­ny­mi czó­łen­ka­mi, któ­rych nie za­mie­ni­ła­by na nic in­ne­go. Bo­guc­ka mia­ła sie­dem­dzie­siąt­kę na kar­ku, jed­nak czu­ła się młod­sza niż więk­szość go­ści.

– Jesz­cze wczo­raj póź­nym wie­czo­rem od­by­łam kil­ka roz­mów te­le­fo­nicz­nych – oświad­czy­ła. Za­wsze od razu prze­cho­dzi­ła do rze­czy. Nie zno­si­ła pu­sto­sło­wia. – Nie mu­szę chy­ba tłu­ma­czyć, że były bar­dzo nie­przy­jem­ne. Wy­wiad tego po­li­cjan­ta na­ro­bił dużo złe­go. Nasi ro­syj­scy przy­ja­cie­le od­wo­ła­li swo­je­go am­ba­sa­do­ra i wszyst­kich kon­su­lów. Chcą re­le­go­wać pol­ski per­so­nel z Mo­skwy. Za­po­wia­da­ją dal­sze re­stryk­cje. Mają do nas pre­ten­sje. Słusz­ne.

Paw­łow­ski, szef naj­więk­szej par­tii zwy­cię­skiej ko­ali­cji, czło­wiek ma­ją­cy w naj­bliż­szej przy­szło­ści ob­jąć tekę pre­mie­ra, po­ru­szył się. Wy­glą­dał na zmar­z­nię­te­go, choć ogrze­wa­nie w urzą­dzo­nym z wy­twor­ną dys­kre­cją sa­lo­nie dzia­ła­ło wię­cej niż po­praw­nie. Resz­ta go­ści sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo. Na po­cząt­ku spo­tka­nia po­ja­wił się kel­ner: przy­jął za­mó­wie­nia, by po­tem znik­nąć bez­sze­lest­nie.

– Ju­tro zmie­ni się rząd – po­wie­dział Paw­łow­ski. Był zmę­czo­ny cią­gną­cy­mi się od wy­bo­rów wie­lo­go­dzin­ny­mi na­ra­da­mi do­ty­czą­cy­mi po­wy­bor­czej ukła­dan­ki per­so­nal­nej. Dzia­ła­cze zgła­sza­li żą­da­nia sto­ją­ce w ro­sną­cej pro­por­cji do ich za­ostrzo­nych wie­lo­let­nim ocze­ki­wa­niem ape­ty­tów. A on nie mógł każ­de­mu z osob­na tłu­ma­czyć, że więk­szo­ści de­cy­zji nie jest wład­ny po­dej­mo­wać sa­mo­dziel­nie. – Pod­wa­ży­my bzdu­ry ujaw­nio­ne przez Tysz­kie­wi­cza, uka­rze­my win­nych, jego sa­me­go w pierw­szej ko­lej­no­ści. Po­zwo­li­my im na parę lu­kra­tyw­nych prze­jęć. Wy­mie­ni­my am­ba­sa­do­ra na bar­dziej przy­ja­zne­go.

– Do wy­na­gro­dze­nia im strat za­raz przej­dzie­my. – Bo­guc­ka skrzy­wi­ła się. Paw­łow­ski nie grze­szył ani in­te­li­gen­cją, ani do­brą orien­ta­cją w spra­wach mię­dzy­na­ro­do­wych. Dla­te­go zo­sta­nie pre­mie­rem. Zgo­dzi­ła się na jego kan­dy­da­tu­rę, to­le­ro­wa­ła go, ale cza­sem trud­no jej było ukryć, jak bar­dzo ją iry­to­wał. – Nie w tym rzecz. Uwa­ża­ją, że nie pa­nu­je­my nad sy­tu­acją. I mają ra­cję.

– No, jed­nak nie my rzą­dzi­li­śmy – wtrą­cił To­kar­ski. Jego par­tia prze­ko­nu­ją­co wy­gra­ła wy­bo­ry, a on sam już wkrót­ce zo­sta­nie mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych, czło­wie­kiem ob­da­rzo­nym naj­więk­szą wła­dzą w kra­ju. Nie po­tra­fił jed­nak wy­krze­sać z sie­bie en­tu­zja­zmu. Dzi­siej­szy po­ra­nek był na­wet gor­szy od po­przed­nich. Czas oczy­wi­ście ro­bił swo­je, po­wo­li, nie­po­strze­że­nie głos, śmiech, na­wet wy­bu­chy zło­ści cór­ki sta­wa­ły się co­raz bar­dziej od­le­głe, ma­to­we, tra­ci­ły wy­ra­zi­stość. Mi­ja­ją­ce lata za­cie­ra­ły szcze­gó­ły, ale nie po­tra­fi­ły stę­pić bólu. W ta­kie po­ran­ki jak dzi­siej­szy Olga sta­ła mu przed ocza­mi jak żywa. Nie umiał my­śleć o ni­czym in­nym. Mu­siał użyć ca­łej siły woli, by sku­pić się na te­ma­cie roz­mo­wy. – Oni mie­li jed­nak znacz­nie więk­sze moż­li­wo­ści, choć­by z ra­cji zwierzch­nic­twa nad służ­ba­mi.

– Olku, zwierzch­nic­two for­mal­ne to jed­no, fak­tycz­na wła­dza po­zo­sta­je nie­zmien­na – za­opo­no­wa­ła Bo­guc­ka. – Przy­naj­mniej po­win­na po­zo­sta­wać. My tym­cza­sem nie za­pa­no­wa­li­śmy nad prze­bie­giem śledz­twa w spra­wie ka­ta­stro­fy sa­mo­lo­tu. Po­zwo­li­li­śmy na aresz­to­wa­nie bra­ci Pie­niąż­ków. Dmi­trij Tom­kin mu­siał po­rzu­cić in­te­re­sy i wy­jeż­dżać w po­śpie­chu. Bar­dzo wie­le osób po­czu­ło się za­gro­żo­nych. O to wła­śnie nasi przy­ja­cie­le mają pre­ten­sje. O nie­do­trzy­my­wa­nie zo­bo­wią­zań i utra­tę kon­tro­li.

To­kar­ski przy­tak­nął. Znał Bo­guc­ką bar­dzo dłu­go. Nie uzna­wał jej za po­li­tycz­ną men­tor­kę, nie­mniej dużo się od niej na­uczył.

Spo­koj­ny prag­ma­tyzm i umie­jęt­ność do­strze­że­nia, gdzie leżą praw­dzi­we in­te­re­sy. Ostroż­ność po­łą­czo­na z bru­tal­no­ścią. Zdol­ność ukry­wa­nia praw­dzi­wych za­mia­rów i ce­lów. Ano­ni­mo­wość. Sku­tecz­ność.

Po­my­ślał, że stą­pa po cien­kim lo­dzie. Jego obec­ni pro­tek­to­rzy mo­gli z po­wo­dze­niem uzna­wać się za naj­po­tęż­niej­szych na świe­cie. Ale prze­cież za­wsze coś mo­gło pójść źle. I on, pio­nek na wiel­kiej sza­chow­ni­cy, zo­sta­nie po­świę­co­ny bez chwi­li wa­ha­nia. Po raz ko­lej­ny za­sta­na­wiał się, po co to wszyst­ko robi. Nie miał wiel­kich po­trzeb ma­te­rial­nych. Był zresz­tą nie­za­leż­ny fi­nan­so­wo – i sa­mot­ny. Mógł do koń­ca ży­cia po­świę­cić się le­ni­stwu. Ale zże­ra­ją­cy du­szę rak pchał go do dzia­ła­nia – na­wet je­śli mo­ty­wy nie były do koń­ca ja­sne.

– To Holt jest wszyst­kie­mu wi­nien, na­le­ża­ło­by wy­rzu­cić go z po­sa­dy – po­wie­dział Paw­łow­ski. – Trze­ba po­ka­zać wszem i wo­bec, że sa­mo­dziel­ne ini­cja­ty­wy nie będą to­le­ro­wa­ne.

Ja­ni­na Bo­guc­ka pod­nio­sła do ust szklan­kę z her­ba­tą – wrzą­cą, moc­ną, słod­ką, w szklan­ce usa­do­wio­nej w sta­lo­wym, in­kru­sto­wa­nym ko­szycz­ku. Za­wsze taką piła. Od śmier­ci ojca ubie­ra­ła się na czar­no. To on uczy­nił ją tym, kim, mimo zmien­nych ko­niunk­tur, na­dal jesz­cze była. Choć nie żył od wie­lu lat, uwa­ża­ła, że nic nie zwal­nia jej z oka­zy­wa­nia mu sza­cun­ku.

– Po­stą­pił nie­roz­trop­nie – przy­zna­ła. Nie oglą­da­ła na żywo wy­wia­du z Tysz­kie­wi­czem, po­chło­nię­ta ra­czej ga­sze­niem po­ża­ru spo­wo­do­wa­ne­go aresz­to­wa­niem bra­ci Pie­niąż­ków. Po­tem głów­ne tezy wy­stą­pie­nia stre­ścił jej je­den ze współ­pra­cow­ni­ków. Na­dal bo­lał ją żo­łą­dek, ude­rzo­ny głu­chym cio­sem gnie­wu. – Ale nie bę­dzie­my go wy­rzu­cać. To w koń­cu for­mal­nie jego fir­ma, a on jest jed­nak lo­jal­nym part­ne­rem i wia­ry­god­nym biz­nes­me­nem.

– Niech przy­naj­mniej zwol­ni Sen­dec­ką – upie­rał się pre­mier in spe.

– Nie zro­bi tego – od­par­ła Bo­guc­ka cier­pli­wie. – Po­ka­zał­by, że nie sza­nu­je­my wol­no­ści sło­wa.

Paw­łow­ski skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Bo­guc­ka spoj­rza­ła na nie­go ostro.

– Za­cho­wa­nie po­zo­rów jest waż­ne – stwier­dzi­ła. Jej głos brzmiał su­ro­wo. – Mamy do wy­gra­nia zbyt wie­le rze­czy, by za­nie­dby­wać szcze­gó­ły. A wi­dzo­wie ją lu­bią. Nie mó­wiąc o tym, że robi po­ło­wę oglą­dal­no­ści sta­cji. Czy mu­szę przy­po­mi­nać, że to nasz głów­ny ka­nał ko­mu­ni­ka­cji z elek­to­ra­tem?

To­kar­ski za­śmiał się w du­chu. Znał tę man­trę na pa­mięć; de­mo­kra­cja, eu­ro­pej­skie war­to­ści, to­le­ran­cja wo­bec cu­dzych po­glą­dów, wol­ność wy­po­wie­dzi. Wszyst­ko oczy­wi­ście w ści­śle okre­ślo­nych ra­mach no­wo­cze­sne­go ro­zu­mie­nia tych po­jęć.

– Holt za­cho­wał się nie­od­po­wie­dzial­nie, Sen­dec­ka jest zwy­kłą pi­ra­nią łasą na słup­ki oglą­dal­no­ści, czy­li na kasę – po­wie­dział. – Co nie zmie­nia fak­tu, że mamy, co mamy. Mu­si­my za­re­ago­wać na wer­sję przed­sta­wio­ną przez tego… – za­wa­hał się przy­wo­ła­ny do po­rząd­ku spoj­rze­niem Bo­guc­kiej. Znał ją wy­star­cza­ją­co dłu­go, by wie­dzieć, że nie to­le­ru­je wul­ga­ry­zmów i pro­stac­kich sfor­mu­ło­wań. Z par­tyj­ne­go ze­bra­nia wy­szła­by po mi­nu­cie, o ile w ogó­le by się na nim zna­la­zła. – Przez Tysz­kie­wi­cza.

– Weź na sie­bie po­li­cjan­ta. – Na­dal pa­trzy­ła na nie­go uważ­nie. – My zneu­tra­li­zu­je­my jego wer­sję wy­da­rzeń.

Kiw­nął gło­wą. Słu­chał na żywo tego nie­szczę­sne­go wy­wia­du, prze­szedł do po­rząd­ku dzien­ne­go nad zło­żo­ny­mi pu­blicz­nie prze­pro­si­na­mi, po re­we­la­cjach o so­bo­wtó­rze za­ci­skał pię­ści i ma­rzył o mo­men­cie, gdy bę­dzie mógł w koń­cu ru­szyć do ak­cji. Choć przez ostat­nie lata na­uczył się cier­pli­wo­ści, ża­ło­wał, że na skut­ki przyj­dzie jesz­cze po­cze­kać.

– Tysz­kie­wicz zo­sta­nie wy­eli­mi­no­wa­ny – obie­cał. – Na do­bre. Wy ma­cie trud­niej­sze za­da­nie.

Bo­guc­ka wie­dzia­ła o tym le­piej od nie­go. Cyrk za­czął się jesz­cze wczo­raj wie­czo­rem, pół go­dzi­ny po tym nie­szczę­snym wy­wia­dzie. Ro­sja­nie za­re­ago­wa­li wście­kłym obu­rze­niem na su­ge­stię udzia­łu w za­ma­chu, głos w te­le­wi­zji za­brał oso­bi­ście pre­zy­dent Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej. Sta­now­czo od­rzu­cił tezę, że w sa­mo­lo­cie był so­bo­wtór mi­ni­stra, i za­gro­ził Pol­sce da­le­ko idą­cy­mi kon­se­kwen­cja­mi. Mimo póź­nej pory spra­wa od­bi­ła się sze­ro­kim echem w kon­ser­wa­tyw­nych me­diach na ca­łym świe­cie. Me­dia li­be­ral­ne za­rzu­ci­ły obec­ne­mu jesz­cze rzą­do­wi sto­so­wa­nie brud­nych me­tod wo­bec prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych, co da­wa­ło pew­ną osło­nę, ale fak­tów nie zmie­nia­ło. Gdy nowy rząd obej­mie wła­dzę, przyj­dzie po­pra­co­wać nad ukry­ciem czę­ści z nich, a wy­eks­po­no­wa­niem in­nych. Nie­mniej bra­cia Pie­nią­żek zo­sta­li aresz­to­wa­ni, a zgro­ma­dzo­ny prze­ciw nim ma­te­riał do­wo­do­wy wy­glą­dał na nie­moż­li­wy do pod­wa­że­nia. Za­ufa­ny ad­wo­kat prze­ka­zał, że obaj przy­się­gli za­cho­wać mil­cze­nie, ale ta­kich rze­czy czło­wiek ni­g­dy nie jest pew­ny. Rze­czą naj­pil­niej­szej wagi bę­dzie przy­dzie­le­nie do spra­wy pro­ku­ra­to­ra po­dzie­la­ją­ce­go po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści no­wej wła­dzy za kraj.

– Po wi­zy­cie ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta – od­par­ła Bo­guc­ka.

Wszy­scy pod­nie­śli gło­wy.

– Słu­cham? – za­py­tał Kor­kuć, pre­zes mniej­szej z ko­ali­cyj­nych par­tii, po­ru­sza­jąc się nie­spo­koj­nie. Był za­ja­dłym prze­ciw­ni­kiem po­ro­zu­mie­nia z Ame­ry­ka­na­mi. Chciał spo­ko­ju na wszyst­kich fron­tach, zwłasz­cza na ro­syj­skim. Za dwa dni miał ob­jąć sta­no­wi­sko wi­ce­pre­mie­ra i mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych. Od wie­lu dni cięż­ko pra­co­wał nad no­wym uło­że­niem pion­ków na we­wnętrz­nej sza­chow­ni­cy. Chciał tego, cze­go chcia­ła Bo­guc­ka i sto­ją­cy za nią lu­dzie. Dla­te­go za­szedł wy­so­ko. Na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej za­mie­rzał po pro­stu słu­chać wska­zó­wek pły­ną­cych od so­jusz­ni­ków i przy­ja­ciół i bez dys­ku­sji się do nich sto­so­wać.

– Po wi­zy­cie Ame­ry­ka­nów – po­wtó­rzy­ła cier­pli­wie.

– Prze­cież wi­zy­ta mia­ła zo­stać od­wo­ła­na – za­pro­te­sto­wał.

– Wi­zy­ta się od­bę­dzie i układ zo­sta­nie pod­pi­sa­ny.

Ci­sza była tak gę­sta, że nie­mal na­ma­cal­na. Deszcz ogło­sił chwi­lo­wą prze­rwę, wiatr za­milkł, ulicz­ka przed do­mem wy­glą­da­ła na opu­sto­sza­łą.

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dział Paw­łow­ski. Jego gar­ni­tur mie­nił się w mięk­kim świe­tle lamp. Wy­sty­li­zo­wa­na fry­zu­ra aż pro­si­ła o ka­me­rę. Miał trzy­dzie­ści osiem lat i stał u szczy­tu ka­rie­ry. Z dys­kret­ną po­mo­cą Bo­guc­kiej tak wie­lu wro­gów przy­pra­wił o po­li­tycz­ną śmierć, że więk­szo­ści nie pa­mię­tał. Ni­skie ci­śnie­nie i zła po­go­da nie ro­bi­ły na nim wra­że­nia. Na­dal ner­wo­wo za­cie­rał ręce. – Zde­cy­do­wa­na więk­szość na­szych wy­bor­ców chce szyb­kiej po­pra­wy sto­sun­ków z Bruk­se­lą, któ­ra jest prze­ciw ukła­do­wi. Niem­cy są prze­ciw ukła­do­wi. Fran­cu­zi są prze­ciw ukła­do­wi. Ży­dzi są prze­ciw ukła­do­wi. O Ro­sja­nach nie wspo­mnę.

Bo­guc­ka po­now­nie się­gnę­ła po szklan­kę. Mdłe świa­tło wcze­sne­go je­sien­ne­go po­po­łu­dnia oświe­tla­ło jej twarz, eks­po­nu­jąc sta­rość i zmę­cze­nie. Roz­draż­ni­ła ją uwa­ga o Ży­dach. Była sta­rej daty. I była Ży­dów­ką. Dzi­siej­sze pań­stwo Izra­el wzbu­dza­ło w niej nie­chęć.

– Ukła­do­wi to­wa­rzy­szyć będą kon­trak­ty na za­kup uzbro­je­nia o łącz­nej war­to­ści sie­dem­na­stu mi­liar­dów do­la­rów – po­wie­dzia­ła. – To bę­dzie naj­więk­sza trans­ak­cja w hi­sto­rii Pol­ski. Ame­ry­ka­nie zo­bo­wią­za­li się do za­war­cia trans­ak­cji of­f­se­to­wych w wy­so­ko­ści dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent tej sumy. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent od sie­dem­na­stu mi­liar­dów rów­na się pięt­na­ście trzy­sta. Oni te pie­nią­dze za­in­we­stu­ją w na­sze fa­bry­ki. Na­sze. Do­dat­ko­wo sześć mi­liar­dów zło­tych po­chło­nie bu­do­wa in­fra­struk­tu­ry. To my bę­dzie­my ją bu­do­wa­li. Bę­dzie bar­dzo dużo luź­nych pie­nię­dzy. Opła­ca nam się pod­pi­sać.

Luź­ne pie­nią­dze. Róż­ni­ca po­mię­dzy war­to­ścią kon­trak­tu a fak­tycz­ny­mi kosz­ta­mi jego re­ali­za­cji. Mi­liar­dy wpusz­cza­ne do nie­zli­czo­nych fun­da­cji, NGO-sów, sto­wa­rzy­szeń. Ty­sią­ce po­sad, prze­pły­wów i za­leż­no­ści. Wszy­scy obec­ni w tym po­miesz­cze­niu lu­dzie – z wy­jąt­kiem Bo­guc­kiej – za­sia­da­li w za­rzą­dach albo ra­dach nad­zor­czych przy­naj­mniej kil­ku ta­kich or­ga­ni­za­cji. Do­sko­na­le wie­dzie­li, jak wiel­ką rolę w ich ży­ciu gra­ją luź­ne pie­nią­dze.

– Ro­sja­nie… – bąk­nął Kor­kuć, prze­ły­ka­jąc gło­śno śli­nę.

– Ro­sja­nie dali zie­lo­ne świa­tło.

To­kar­ski po­krę­cił gło­wą z po­dzi­wem, choć wie­dział już o de­cy­zji ską­d­inąd, i to od kil­ku­na­stu go­dzin. Kor­kuć cmok­nął z nie­do­wie­rza­niem. Paw­łow­ski od­sta­wił fi­li­żan­kę z nie­do­pi­tą kawą. Po­zo­sta­li trzej męż­czyź­ni, ści­sły krąg za­ufa­nych, na­wet nie ukry­wa­li za­sko­cze­nia.

– W tej sy­tu­acji? – za­py­tał To­kar­ski.

– Wła­śnie w tej – od­par­ła Bo­guc­ka. Naj­le­piej z obec­nych wie­dzia­ła, że Ro­sja­nie ni­g­dy nie kie­ro­wa­li się stwa­rza­ny­mi przez sie­bie po­zo­ra­mi, umie­li za to do­strzec praw­dzi­we ko­rzy­ści.

– Cze­go chcą w za­mian? – za­py­tał Paw­łow­ski.

– Trzy­dzie­stu pro­cent na­sze­go udzia­łu. W efek­cie wy­ra­żą na­dzie­ję, że nowy rząd bę­dzie pro­wa­dził roz­sąd­niej­szą po­li­ty­kę, stop­nio­wo przy­wró­cą nor­mal­ne sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne i ogra­ni­czą się do for­mal­ne­go wy­ra­że­nia tro­ski o za­cho­wa­nie rów­no­wa­gi sił – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie.

– Nie wie­rzę, że cho­dzi o pie­nią­dze – za­opo­no­wał Paw­łow­ski. – Nie w tej sy­tu­acji. Po­zwa­la­jąc na układ, stra­cą twarz. Nie mó­wiąc o tym, że trzy eska­dry F-35 na­praw­dę zmie­nią układ sił.

Mój par­tyj­ny ko­le­ga jest jed­nak strasz­nym dur­niem, po­my­ślał To­kar­ski. Bo­guc­ka spoj­rza­ła na nie­go. Ni­ko­go nie fa­wo­ry­zo­wa­ła, ale od daw­na miał wra­że­nie, że z jego zda­niem li­czy się naj­bar­dziej.

– Prze­ciw­nie, będą mo­gli pod­trzy­my­wać le­gen­dę, że zły Za­chód chce ich na­paść – po­wie­dział, nie zwra­ca­jąc się do ni­ko­go w szcze­gól­no­ści. Był pe­łen po­dzi­wu dla prag­ma­ty­ki dzia­ła­nia Ro­sjan. – Będą mo­gli zwięk­szyć bu­dżet na zbro­je­nia. A my im ła­ska­wie do­star­czy­my pre­tek­stu i jesz­cze od­pa­li­my dolę. Za­ro­bią dwa­dzie­ścia razy tyle co my. Tak, cho­dzi przede wszyst­kim o pie­nią­dze.

Bo­guc­ka nie­znacz­nie skło­ni­ła gło­wę, jak­by w uzna­niu traf­no­ści ar­gu­men­ta­cji.

– Zy­ska­my jesz­cze jed­no – do­da­ła. – Go­dząc się na układ, na po­cząt­ku ka­den­cji unik­nie­my otwar­tej woj­ny z pre­zy­den­tem. To da nam do­dat­ko­wych parę punk­tów pre­mii.

Pre­zy­dent był z po­przed­nie­go ukła­du. Do­pie­ro za rok sta­nie do wal­ki o re­elek­cję. Son­da­że nie da­wa­ły mu wiel­kich szans. Jak cały jego obóz po­li­tycz­ny na­le­żał do za­go­rza­łych zwo­len­ni­ków trak­ta­tu z Ame­ry­ka­na­mi. Bo­guc­ka mia­ła oczy­wi­ście ra­cję: Po­la­cy ko­cha­li po­li­tycz­ną zgo­dę, na­wet je­śli była cał­ko­wi­tą fik­cją i ogra­ni­cza­ła się do gry po­zo­rów. I bali się Ro­sji.

Paw­łow­ski prze­wi­dy­wał sze­reg trud­no­ści, choć­by przy ga­sze­niu obu­rze­nia Nie­miec czy Ko­mi­sji Eu­ro­pej­skiej, ale był wy­star­cza­ją­co in­te­li­gent­ny, by za­nie­chać pro­te­stów. Gniew ubra­nej na czar­no ko­bie­ty ob­cho­dził go bar­dziej niż gniew Nie­miec czy Bruk­se­li. Miał am­bi­cję, by rzą­dzić co naj­mniej jed­ną peł­ną ka­den­cję.

– Ra­cja – mruk­nął To­kar­ski.

– No do­brze – po­wie­dzia­ła Bo­guc­ka. Wsta­ła. Męż­czyź­ni pod­nie­śli się rów­nież. – Nie za­trzy­mu­ję. Od­pocz­nij­cie, wy­śpij­cie się. Ju­tro za­cznie­my nowy roz­dział w hi­sto­rii tego kra­ju.

Go­ście wy­szli w mil­cze­niu, po­że­gnaw­szy ją uprzej­mym ski­nie­niem gło­wy.

***

Krzep­tow­ski spoj­rzał na Bar­ba­rę Ra­ko­czy, a po­tem nie­co dłu­żej za­trzy­mał wzrok na Kice. Sie­dzie­li w ma­leń­kiej knajp­ce nie­opo­dal sie­dzi­by Biu­ra. Była nie­dzie­la, ka­wiar­nia wy­peł­nio­na po brze­gi. Mó­wi­li ci­cho, nie zwra­ca­li ni­czy­jej uwa­gi, ła­god­na mu­zy­ka są­czy­ła się w tle.

– Wo­la­ła­bym go za­py­tać. – Kika wy­glą­da­ła na szcze­rze zmar­twio­ną.

– Nie od­bie­ra te­le­fo­nów, trud­no mu się dzi­wić, też bym tak zro­bił – od­parł Krzep­tow­ski, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać znie­cier­pli­wie­nia. – A my mamy ro­bo­tę.

– Kika ma ra­cję – po­wie­dzia­ła Bar­ba­ra.

– Wszy­scy mamy ra­cję. Je­stem wa­szym sze­fem. Bio­rę to na sie­bie.

Kika po­krę­ci­ła gło­wą. Do­sko­na­le ją ro­zu­miał. Była upo­rząd­ko­wa­na i lo­jal­na, nie­dłu­go wy­cho­dzi­ła za mąż, cięż­ko pra­co­wa­ła na to, żeby nie oba­wiać się zwol­nie­nia. Nie tak daw­no jesz­cze ją w tym utwier­dzał. Te­raz czuł, że musi bro­nić za­sad. Ła­mać drob­ne, by za­cho­wać te waż­niej­sze.

– Mu­si­my po­sprzą­tać – po­wtó­rzył po raz ko­lej­ny. – Mamy czas do ju­tra. Przyj­dzie nowy mi­ni­ster, mo­że­my się pa­ko­wać.

– Chcesz ukry­wać do­wo­dy?

Wes­tchnął. Tyle lat pra­cy oka­za­ło się da­rem­nych. Czuł coś w ro­dza­ju żalu. Cie­szył się, że czuł co­kol­wiek. Myśl o świe­żo usy­pa­nym gro­bie żony krą­ży­ła mu po gło­wie ni­czym ba­ra­ku­da wo­kół ofia­ry. Jesz­cze wczo­raj umó­wił się na wi­zy­tę u psy­chia­try. Czy­tał, że są far­ma­ceu­ty­ki, któ­re mogą po­móc. Dziś rano stwier­dził, że przez noc mo­ty­wa­cja mu nie osła­bła; chciał, by ży­cie nie przy­gnia­ta­ło go cię­ża­rem po­nad siły.

– Chcę usu­nąć rze­czy, któ­re mogą po­słu­żyć do sfor­mu­ło­wa­nia aktu oskar­że­nia. – Pod­niósł dłoń, wi­dząc, że Bar­ba­ra na­bie­ra po­wie­trza w płu­ca. – Wie­cie, jak jest. Fak­ty moż­na in­ter­pre­to­wać na róż­ne spo­so­by.

Kika przyj­rza­ła mu się uważ­nie. Mia­ła do czy­nie­nia z róż­nym sę­dzia­mi i róż­ny­mi pro­ku­ra­to­ra­mi. Jed­nym prze­szka­dza­ły rze­czy, któ­re dla in­nych były nie­war­ty­mi uwa­gi dro­bia­zga­mi. Pro­wa­dzi­ła kil­ka do­sko­na­le udo­ku­men­to­wa­nych śledztw, któ­re zo­sta­ły za­mie­cio­ne pod dy­wan, bo nie było po­li­tycz­ne­go za­po­trze­bo­wa­nia, by uj­rza­ły świa­tło dzien­ne, o ska­za­niu spraw­ców nie wspo­mi­na­jąc. Od­wrot­ne sy­tu­acje zda­rza­ły się rów­nie czę­sto.

– On wie, że chcesz go chro­nić? – za­py­ta­ła. Te­raz i Bar­ba­ra za­wie­si­ła spoj­rze­nie na wy­chu­dłej twa­rzy Krzep­tow­skie­go.

– Nie jego – za­prze­czył. – Nas. Za dużo osią­gnę­li­śmy, żeby ja­kieś ob­szczy­mu­ry mó­wi­ły, co jest zgod­ne z nową wy­kład­nią, a co nie.

Bar­ba­ra Ra­ko­czy po­my­śla­ła, że ma do czy­nie­nia z in­te­re­su­ją­cym ro­dza­jem lo­jal­no­ści. Ale nie za­pro­te­sto­wa­ła. Wie­rzy­ła, że Krzep­tow­ski wie, co robi. Kil­ka dni temu dzia­ła­li wspól­nie, a ona, choć naja­dła się stra­chu, nie tyl­ko prze­ży­ła, ale mia­ła wra­że­nie, że uda­ło im się ra­zem coś osią­gnąć. Uzna­ła, że może mu za­ufać jesz­cze raz.

Kika do­pi­ła kawę. Nie­daw­na ule­wa na po­wrót za­mie­ni­ła się w mżaw­kę. Chmu­ry krą­ży­ły ni­sko: nie­bo po­chy­la­ło się nad uli­ca­mi.

– Nie da się po­sprzą­tać bez śla­du – po­wie­dzia­ła. – Za­czną się jaz­dy, prze­słu­cha­nia, uczci­wi lu­dzie do­sta­ną za­rzu­ty.

– Je­śli nie po­sprzą­ta­my, na Ja­ku­bie i na mnie się nie skoń­czy. – Krzep­tow­skie­mu wy­raź­nie koń­czy­ła się cier­pli­wość.

– To jest ka­ral­ne – oznaj­mi­ła Bar­ba­ra. – Funk­cjo­na­riusz ukry­wa­ją­cy czy nisz­czą­cy do­wo­dy… Jezu – wes­tchnę­ła.

Krzep­tow­ski za­mknął oczy. Wi­dział za­cię­tą, peł­ną zło­śli­wej sa­tys­fak­cji twarz Cień­skie­go, zwol­nio­ne­go dys­cy­pli­nar­nie ope­ra­to­ra sek­cji bo­jo­wej Biu­ra. Fa­cet się mścił, me­dia ku­pi­ły jego nar­ra­cję, ri­po­sta Tysz­kie­wi­cza we wczo­raj­szym pro­gra­mie Sen­dec­kiej była cel­na i moc­na, ale po­dzie­li­ła los więk­szo­ści ri­post na świe­cie; oka­za­ła się spóź­nio­na. A prze­cież Cień­ski był ni­kim, pion­kiem, za­le­d­wie for­pocz­tą ata­ku. Sen­dec­ka, gracz nie­po­rów­na­nie cięż­sze­go ka­li­bru, też prze­cież nie była żad­ną roz­gry­wa­ją­cą.

– Słu­chaj­cie, moje pa­nie – po­wie­dział Krzep­tow­ski. Myśl wy­kla­ro­wa­ła się w koń­cu. – Nowi obej­mą wła­dzę ju­tro. Sły­sza­łem z po­waż­nych ust, że jest roz­wa­ża­na kon­cep­cja li­kwi­da­cji Biu­ra. Je­śli damy im pre­tekst, zli­kwi­du­ją je na pew­no.

– Chcą zli­kwi­do­wać Biu­ro? – Kice nie uda­ło się za­pa­no­wać nad mi­mi­ką. Ni­g­dy nie zaj­mo­wa­ła się wy­słu­chi­wa­niem czy ko­men­to­wa­niem plo­tek – zresz­tą, przez ostat­nich kil­ka ty­go­dni była tak za­ję­ta, że nie mia­ła na­wet cza­su na­pić się kawy.

– W jed­nym z wa­rian­tów, tak.

– No ale prze­cież jed­nak parę razy oka­za­li­śmy się przy­dat­ni – mruk­nę­ła Bar­ba­ra.

– Nie żar­tuj­my. – Krzep­tow­ski pod­niósł do ust ka­wa­łek szar­lot­ki. Od rana czuł głód. W koń­cu za­czął jeść. – Już sama na­zwa ich draż­ni. Pol­ska nie po­win­na ko­ja­rzyć się z ter­ro­ry­zmem.

– Bzdu­ry – żach­nę­ła się Kika.

– Ty to wiesz, ja to wiem, Bar­ba­ra to wie. Resz­ty to nie ob­cho­dzi. Po­my­śl­cie o tym. Ja wy­le­cę na pew­no. Ale wy może się ucho­wa­cie, na­wet je­śli Biu­ro mia­ło­by prze­trwać jako fa­sa­da.

– Nie chcę pra­co­wać w fa­sa­dzie – po­wie­dzia­ła Kika.

– Ale to ty zde­cy­du­jesz, nie oni.

– On ma ra­cję – ode­zwa­ła się Bar­ba­ra. Wsta­ła. – To, co jest u mnie, sko­piu­ję i prze­ka­żę ci. Zde­cy­du­jesz sam.

Krzep­tow­ski spoj­rzał na Kikę.

– Niech bę­dzie – oświad­czy­ła. – Choć uwa­żam, że ro­bi­my błąd.

***

Ko­ry­tarz był dłu­gi. Koń­czył się idą­cą w górę stud­nią, za­po­mnia­ną i wil­got­ną jak resz­ta. Po­ko­na­nie dy­stan­su za­ję­ło dwóm ubra­nym w kom­bi­ne­zo­ny miej­skie­go przed­się­bior­stwa ka­na­li­za­cyj­ne­go męż­czy­znom bli­sko kwa­drans – przej­ście w kil­ku miej­scach zwę­ża­ło się tak bar­dzo, że mu­sie­li zdej­mo­wać ple­ca­ki i prze­ci­skać się bo­kiem. Je­den z od­cin­ków oka­zał się ni­ski; tam szli na czwo­ra­kach. Na miej­sce do­tar­li po­kry­ci pa­ję­czy­na­mi i pa­sma­mi ple­śni. W świe­tle za­mon­to­wa­nych na ka­skach la­ta­rek wi­dzie­li wi­ru­ją­ce w po­wie­trzu kro­pel­ki wil­go­ci. Był to ich szó­sty i za­ra­zem ostat­ni kurs.

Pro­wa­dzą­cy pod­niósł dłoń. Ple­ca­ki wy­lą­do­wa­ły na zie­mi. Za­wie­ra­ły ostat­nią, li­czą­cą dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów par­tię ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go, zwój prze­wo­du elek­trycz­ne­go, za­pal­ni­ki, de­to­na­tor oraz od­bior­nik ra­dio­wy. Obaj męż­czyź­ni byli wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny­mi pi­ro­tech­ni­ka­mi. Roz­miesz­cze­nie i uzbro­je­nie ła­dun­ków zgro­ma­dzo­nych w sto­ją­cych pod ścia­na­mi dwu­na­stu drew­nia­nych skrzyn­kach za­ję­ło im kwa­drans. Nim ru­szy­li z po­wro­tem, ob­ser­wo­wa­ni przez zie­lo­ne świa­teł­ko dio­dy kon­tro­l­nej de­to­na­to­ra, je­den z nich przy­tknął do ust krót­ko­fa­lów­kę.

– Je­ste­śmy go­to­wi – po­wie­dział.

Znaj­du­ją­cy się dwa ki­lo­me­try da­lej męż­czy­zna, któ­re­go współ­pra­cow­ni­cy zna­li pod imie­niem Adam, po­twier­dził otrzy­ma­nie wia­do­mo­ści i roz­łą­czył się. Sie­dział przy biur­ku, pod któ­rym kar­nym sze­re­giem sta­ły kom­pu­te­ry pod­łą­czo­ne do miej­skiej sie­ci mo­ni­to­rin­gu. Na kil­ku du­żych ekra­nach wi­dział duży frag­ment śród­mie­ścia War­sza­wy. Lu­dzie prze­cho­dzi­li, mi­ga­ły sa­mo­cho­dy, cięż­ko to­czy­ły się au­to­bu­sy. Nie dzia­ło się nic od­bie­ga­ją­ce­go od co­dzien­nej sza­ro­ści, ru­ty­no­we­go po­śpie­chu wiel­kie­go mia­sta – poza tym, że pa­da­ło co­raz moc­niej. Bu­dy­nek bę­dą­cy głów­nym przed­mio­tem jego za­in­te­re­so­wa­nia stał od­dzie­lo­ny ba­rier­ka­mi, mimo krą­żą­cych wo­kół kil­ku pa­tro­li po­li­cji ci­chy, na ra­zie bez­lud­ny. Mały ro­ad­ster w ko­lo­rze ja­skra­wej zie­le­ni par­ko­wał nie­opo­dal wej­ścia, ale nie zwra­cał ni­czy­jej uwa­gi.

Męż­czy­zna za­pa­lił pa­pie­ro­sa i za­cią­gnął się głę­bo­ko. Spoj­rzał na ekran sto­ją­ce­go osob­no te­le­wi­zo­ra. Le­cia­ła ko­lej­na po­wtór­ka wczo­raj­sze­go, bi­ją­ce­go re­kor­dy oglą­dal­no­ści po­li­tycz­ne­go talk-show. Jed­na z naj­po­pu­lar­niej­szych pol­skich dzien­ni­ka­rek za­ci­ska­ła usta, wy­słu­chu­jąc re­we­la­cji ser­wo­wa­nych przez dy­rek­to­ra Biu­ra Zwal­cza­nia Ter­ro­ry­zmu CBŚ. Adam mó­wił po pol­sku sła­bo, ale spo­ro ro­zu­miał.

„Za­raz, za­raz, chwi­lecz­kę. Coś się nie zga­dza. Po­wie­dział pan, że za­mach był in­spi­ro­wa­ny przez ro­syj­ski wy­wiad woj­sko­wy…” – mó­wi­ła Be­ata Sen­dec­ka. Wy­glą­da­ła na co­raz bar­dziej skon­ster­no­wa­ną.

Tysz­kie­wicz uśmiech­nął się z ekra­nu sa­my­mi usta­mi.

„Ro­sja­nom za­le­ży, żeby po­ro­zu­mie­nie z Ame­ry­ka­na­mi nie do­szło do skut­ku” – po­wie­dział. „Spraw­stwo Mar­szu Na­ro­do­we­go było do­god­ne z kil­ku po­wo­dów. Po pierw­sze, uży­to do za­ma­chu ame­ry­kań­skich ra­kiet, któ­re Ame­ry­ka­nie do­star­cza­ją na Ukra­inę w ra­mach po­mo­cy woj­sko­wej, ła­two więc oskar­żyć USA o wspie­ra­nie ter­ro­ry­zmu. Po dru­gie, pol­skie kon­tak­ty z Ukra­iń­ca­mi zo­sta­ły przed­sta­wio­ne jako do­ga­dy­wa­nie się prze­ciw­ko Ro­sji…”.

Adam wy­łą­czył te­le­wi­zor. Wczo­raj­sze sen­sa­cje nic go nie ob­cho­dzi­ły. Miał swo­ją ro­bo­tę do wy­ko­na­nia, tu i te­raz. Wstał, ro­zej­rzał się po po­ko­ju, za­mknął drzwi na klucz, po czym opu­ścił ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­cy się bu­dy­nek zlo­ka­li­zo­wa­ny przy ci­chej, sen­nej śród­miej­skiej ulicz­ce.

Poniedziałek

Przy go­le­niu Tysz­kie­wicz na­wet pod­śpie­wy­wał pod no­sem. Daw­no nie czuł się tak zre­lak­so­wa­ny i wy­po­czę­ty, co nie po­win­no mieć miej­sca, ale mia­ło i to było do­bre. Nie za­sta­na­wiał się nad tym. Zje­dli śnia­da­nie, przy­szła opie­kun­ka, He­le­na wy­da­ła jej kil­ka po­le­ceń, oznaj­mi­ła, że wró­ci nie póź­niej niż o je­de­na­stej wie­czo­rem. Ja­kub chciał po­wie­dzieć, że on pew­nie bę­dzie w domu przed po­łu­dniem, ale za­cho­wał tę uwa­gę dla sie­bie. Ze­szli do ga­ra­żu. Mimo ule­wy dro­ga na lot­ni­sko za­ję­ła tyl­ko nie­co po­nad pół go­dzi­ny, He­le­na nie chcia­ła, by ją od­pro­wa­dzał. Gdy wy­sia­dła i po­szła w stro­nę ter­mi­na­lu od­lo­tów, szczu­pła, ru­sza­ją­cą się z gra­cją, pa­trzył za nią, aż znik­nę­ła w drzwiach. Po­czuł jed­no­cze­śnie cie­pło w ser­cu i wy­rzu­ty su­mie­nia, nie­bez­piecz­ną mie­szan­kę, na któ­rą ni­g­dy chy­ba się nie uod­por­ni.

Do spo­tka­nia z mi­ni­strem po­zo­sta­ła go­dzi­na. Gdy tuż po prze­bu­dze­niu włą­czył te­le­fon, uj­rzał dwa­dzie­ścia sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. Sześć gniew­nych ese­me­sów. Dzien­ni­ka­rze, po­li­ty­cy, dy­rek­tor CBŚ, na­wet ko­men­dant głów­ny. Więk­szość so­li­dar­nie zi­gno­ro­wał. Jed­ne­go we­zwa­nia, wy­sła­ne­go przez no­we­go sze­fa, zi­gno­ro­wać nie mógł. Na­wet się nie dzi­wił; gło­so­wa­nie nad wo­tum za­ufa­nia i za­przy­się­że­nie rzą­du po­szło eks­pre­so­wo, jak ni­g­dy do­tąd.

Je­chał na Mo­ko­tów, na­dal my­śląc o He­le­nie, w ja­kimś po­krze­pia­ją­cym sta­nie du­cha, dziw­nie spo­koj­ny. Gdy do­tarł na Ra­ko­wiec­ką, gmach mi­ni­ster­stwa, na co dzień po­nu­ry i przy­tła­cza­ją­cy, te­raz na do­da­tek za­la­ny desz­czem i owi­nię­ty w sza­rość, wy­dał mu się ni­czym mon­stru­al­ny gro­bo­wiec. Na­wet jed­nak ta po­nu­ra re­flek­sja nie wy­bi­ła Ja­ku­ba z na­stro­ju po­god­nej za­du­my.

Na ko­ry­ta­rzu uści­snął dłoń sze­fa CBŚ, Ślu­sar­skie­go. Dy­rek­tor był zmę­czo­ny i przy­gar­bio­ny, ale wyj­ścio­wy mun­dur le­żał na nim znacz­nie le­piej niż na Tysz­kie­wi­czu. Ko­men­dant głów­ny po­ja­wił się jak spod zie­mi, uda­wał, że ich nie do­strze­ga. Przez pięć mi­nut mil­cze­li, na­wet nie pa­trzy­li na sie­bie. W koń­cu se­kre­tar­ka za­pro­si­ła wszyst­kich do ga­bi­ne­tu mi­ni­stra.

W po­miesz­cze­niu nie zmie­ni­ło się nic poza tym, że znik­nę­ła sto­ją­ca na biur­ku fo­to­gra­fia wnu­ków po­przed­nie­go sze­fa. To­kar­ski był roz­wie­dzio­ny, Tysz­kie­wicz sły­szał plot­ki, że pro­wa­dzi asce­tycz­ne, sa­mot­ne ży­cie. Na żywo wi­dział go po raz ostat­ni na po­grze­bie cór­ki, kil­ka lat temu. Od tam­te­go cza­su za­przy­się­żo­ny przed dwie­ma go­dzi­na­mi mi­ni­ster schudł i po­si­wiał. Ru­mia­na nie­gdyś twarz po­kry­ła się nie­zmy­wal­nym, sza­rym na­lo­tem sta­ro­ści i smut­ku.

Po­wi­ta­nie było krót­kie i for­mal­ne.

– Pro­szę. – To­kar­ski wska­zał ręką fo­te­le usta­wio­ne wo­kół sto­łu.

Usie­dli. Kawa pach­nia­ła, to się rów­nież nie zmie­ni­ło.

– Za­nim za­cznie­my oma­wiać naj­waż­niej­sze za­da­nia, chcę wam coś po­wie­dzieć – za­czął. Głos miał wy­so­ki, chro­pa­wy, mó­wił wol­no, jak­by za­sta­na­wiał się nad każ­dym sło­wem. Ja­kub sta­rał się pa­trzeć na nie­go jak na każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka. – Za­pew­ne spo­dzie­wa­cie się zmian. Ja­sne jest, że naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w po­li­cji mu­szą zaj­mo­wać lu­dzie, któ­rym będę ufał. Ale na ra­zie ni­cze­go nie prze­są­dzam. Mu­szę wam się przyj­rzeć. Zo­ba­czyć w dzia­ła­niu. Wszy­scy mają rów­ny start.

Nie naj­go­rzej, po­my­ślał Ja­kub. Spo­dzie­wał się ra­czej pom­pa­tycz­nej mowy peł­nej wznio­słych ha­seł. Fa­cet oka­zał się za­dzi­wia­ją­co kon­kret­ny.

– Wa­szym głów­nym, wła­ści­wie wy­łącz­nym za­da­niem na naj­bliż­szych kil­ka dni jest za­bez­pie­cze­nie wi­zy­ty pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych – cią­gnął To­kar­ski. – To i tyl­ko to jest w tej chwi­li waż­ne, naj­waż­niej­sze. Wszyst­kie inne spra­wy mają dru­go­rzęd­ne zna­cze­nie.

– Tak jest – po­wie­dział ko­men­dant głów­ny. Ja­kub sta­rał się ukryć za­sko­cze­nie. Był prze­ko­na­ny, że wi­zy­ta zo­sta­nie od­wo­ła­na. Nowy rząd miał zu­peł­nie inne prio­ry­te­ty.

To­kar­ski po raz pierw­szy uważ­niej przyj­rzał się go­ściom. Sie­dzie­li sztyw­no, a on pa­trzył w oczy każ­de­mu po ko­lei. Przy Ja­ku­bie za­trzy­mał się dłu­żej. Tysz­kie­wicz wy­trzy­mał tyl­ko kil­ka se­kund, po czym opu­ścił wzrok.

Pu­ka­nie. Do ga­bi­ne­tu sztyw­nym kro­kiem we­szli puł­kow­nik Ma­sta­lerz, szef Urzę­du Za­bez­pie­cze­nia In­sty­tu­cji Pań­stwa, po­wo­ła­nej dwa lata temu agen­dy bę­dą­cej na­stęp­cą zli­kwi­do­wa­ne­go BOR-u, dy­rek­tor ABW oraz ko­men­dant Żan­dar­me­rii Woj­sko­wej. Po krót­kim po­wi­ta­niu wszy­scy na po­wrót usie­dli.

– Chciał­bym omó­wić przy­go­to­wa­nia do wi­zy­ty. Pro­szę o szcze­gó­ły – po­le­cił go­spo­darz.

Szef UZIP-u chrząk­nął. We­dle sta­rych usta­leń od­po­wia­dał za wszyst­ko. Żan­darm pa­trzył w okno, wy­glą­dał na nie­za­in­te­re­so­wa­ne­go te­ma­tem. Pod­le­gał pod in­ne­go mi­ni­stra, co nie zna­czy­ło, że za­cho­wa po­sa­dę. Dy­rek­tor ABW, pod­wład­ny pre­mie­ra, był tu z uprzej­mo­ści i po­czu­cia obo­wiąz­ku. Za pół go­dzi­ny on też od­bę­dzie spo­tka­nie z no­wym sze­fem. Ja­kub za­sta­na­wiał się, w ilu tecz­kach tkwią wnio­ski o dy­mi­sję. Był go­tów się za­ło­żyć, że we wszyst­kich.

– Air For­ce One wy­lą­du­je na Okę­ciu w śro­dę o go­dzi­nie pięt­na­stej – po­wie­dział szef Urzę­du Za­bez­pie­cze­nia In­sty­tu­cji Pań­stwa. – Lot­ni­sko zo­sta­ło spraw­dzo­ne za­rów­no przez pi­ro­tech­ni­ków Urzę­du, jak i Se­cret Se­rvi­ce. Tu jest ra­port – prze­su­nął w stro­nę mi­ni­stra tecz­kę wy­peł­nio­ną za­dru­ko­wa­ny­mi kart­ka­mi, ma­pa­mi, ta­be­la­mi, wy­kre­sa­mi, zdję­cia­mi. – Na pły­cie lot­ni­ska nie bę­dzie for­mal­ne­go po­wi­ta­nia, tyl­ko pro­to­ko­lar­ne. Ce­re­mo­nia po­trwa pięć mi­nut. Po­tem ko­lum­na po­je­dzie do Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go, tam od­bę­dzie się for­mal­ne przy­wi­ta­nie przez na­sze­go pre­zy­den­ta, na­stęp­nie prze­wi­dy­wa­ne jest dwu­go­dzin­ne spo­tka­nie ro­bo­cze obu de­le­ga­cji. Tra­sa ob­sta­wio­na przez od­dzia­ły pre­wen­cji i żan­dar­me­rii, punkt do­wo­dze­nia bę­dzie zlo­ka­li­zo­wa­ny przy…

Ja­kub po­szedł w śla­dy żan­dar­ma i wy­łą­czył się. Każ­de sło­wo znał na pa­mięć. Przy­go­to­wa­nia do wi­zy­ty cią­gnę­ły się od dwóch mie­się­cy. Na spo­tka­nia na ogół wy­sy­łał Kikę, na kil­ku na­ra­dach mu­siał sta­wić się oso­bi­ście. Ko­mór­ka w kie­sze­ni wi­bro­wa­ła. Świat cią­gle cze­goś od nie­go chciał. Od­czuł na­głą po­trze­bę, by się­gnąć do tecz­ki, wbrew ra­dom żony po­ło­żyć na lśnią­cym bla­cie trzyz­da­nio­wą proś­bę o dy­mi­sję ze skut­kiem na­tych­mia­sto­wym, wyjść bez oglą­da­nia się na od­po­wiedź, po­je­chać do domu, spa­ko­wać sie­bie i He­le­nę w kil­ka wa­li­zek, za­brać dzie­ci pod pa­chę i po­je­chać do Por­tu­ga­lii, do domu nad mo­rzem, obo­jęt­nie, czy ścia­ny będą sta­ły pro­sto i czy pie­przo­na ele­wa­cja wy­ma­ga ma­lo­wa­nia na inny ko­lor. Chrza­nić pra­cę, pro­ble­my, przy­jazd ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta, chrza­nić wy­sta­wę, obec­ność ban­kie­rów i ce­le­bry­tów oraz wszyst­kich ka­mer świa­ta. Czuł, że He­le­na te­le­fo­nicz­nie po­in­stru­owa­ła­by go, co ma za­brać, udzie­li­ła sze­re­gu rad, wska­zó­wek i po­le­ceń, umó­wi­li­by się w kon­kret­nym miej­scu, na przy­kład pod ra­tu­szo­wym ze­ga­rem w tej ma­leń­kiej ry­bac­kiej miej­sco­wo­ści, o ile tam jest ja­kiś ra­tusz z ze­ga­rem, na­wet nie miał cza­su spraw­dzić. Wy­jazd był jej po­my­słem, cóż po­ra­dzić, on tyl­ko przy­kla­snął, dom miał być po­cząt­ko­wo je­dy­nie wa­ka­cyj­nym azy­lem, kon­cep­cja szyb­ko się zmie­ni­ła, na­dal jesz­cze nie ku­pio­na nie­ru­cho­mość szyb­ko prze­ro­dzi­ła się w sta­ły punkt od­nie­sie­nia wy­zna­cza­ją­cy przy­szłość. Po­mysł spodo­bał mu się od razu, gdy wró­cił bez ży­cia po tym cho­ler­nym wy­wia­dzie, gdy mu­siał wy­łą­czyć te­le­fon, a sama idea udzie­le­nia wy­wia­du na żywo swej głów­nej me­dial­nej opo­nent­ce już w sa­mo­cho­dzie, w dro­dze po­wrot­nej do domu wy­da­ła mu się idio­tycz­na, kla­sycz­ny strzał w sto­pę, szko­dzą­cy głów­nie jemu, a spraw­com naj­mniej. Co chciał tym za­ła­twić? Sam nie wie­dział, praw­da była taka, że in­ne­go po­my­słu nie miał, bez­rad­ność przy­bra­ła kształt me­dial­ne­go sa­mo­bój­stwa. He­le­na wte­dy wła­śnie po­wie­dzia­ła mu o domu na za­chod­nim por­tu­gal­skim wy­brze­żu, po­cząt­ko­wo nie wie­dział, o czym jego żona mówi, nie umiał na­wet okre­ślić przy­bli­żo­nej lo­ka­li­za­cji tego ta­jem­ni­cze­go miej­sca. Szyb­ko zła­pał, o co cho­dzi, przej­rzał kil­ka wstęp­nych pro­po­zy­cji i za­du­mał się głę­bo­ko, wpa­trzo­ny w bez­brzeż­ny la­zur Atlan­ty­ku.

Nowe ży­cie, nowe mał­żeń­stwo.

Czy na­praw­dę po­wi­nien te­raz skła­dać dy­mi­sję?

– Pa­nie pod­in­spek­to­rze?

Ock­nął się. Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­miał, że w po­ko­ju pa­nu­je ci­sza, a py­ta­nie skie­ro­wa­ne jest do nie­go.

– Tak?

– Py­ta­łem o pań­ski za­kres za­dań.

Ja­kub me­cha­nicz­nie się­gnął do ak­tów­ki, wy­jął cien­ki plik kar­tek spię­tych zszy­wa­czem. Po­ło­żył go przed mi­ni­strem.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział. – Mój ze­spół za­pew­ni ochro­nę kontr­ter­ro­ry­stycz­ną wi­zy­ty obej­mu­ją­cą przede wszyst­kim dzia­ła­nia wy­wia­dow­cze i za­po­bie­gaw­cze. Uzgod­ni­li­śmy rów­nież, że sek­cja bo­jo­wa bę­dzie fi­zycz­nie za­bez­pie­cza­ła nie­któ­re punk­ty wi­zy­ty pre­zy­den­ta jako wspar­cie, a pod­czas au­kcji z udzia­łem Pierw­szych Dam przej­mie głów­ny cię­żar ochro­ny ga­le­rii. Na stro­nie dru­giej ma pan wy­mie­nio­ne lo­ka­li­za­cje, wraz z do­kład­nym har­mo­no­gra­mem dzia­łań, roz­lo­ko­wa­niem sek­cji, punk­ta­mi do­wo­dze­nia, umiej­sco­wie­niem od­wo­dów i tak da­lej.

– Niech mnie pan po­pra­wi, je­śli się mylę – po­wie­dział po­wo­li mi­ni­ster, na­wet nie zer­ka­jąc na do­ku­men­ty. – Au­kcja od­bę­dzie się rów­no­le­gle z ne­go­cja­cja­mi pro­wa­dzo­ny­mi przez gło­wy państw, praw­da?

– Nie­mal. Obie Pierw­sze Damy spo­tka­ją się w Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kim. Póź­niej mają dla sie­bie pół go­dzi­ny. Na­stęp­nie przej­dą do ga­le­rii, gdzie za­cznie się au­kcja. W tym cza­sie pre­zy­den­ci pew­nie będą już po roz­mo­wach i roz­pocz­ną kon­fe­ren­cję pra­so­wą.

– Po­wie­dział pan: przej­dą? Pa­nie pre­zy­den­to­we będą szły na pie­cho­tę? W tę po­go­dę?

– To po dru­giej stro­nie uli­cy, pa­nie mi­ni­strze. UZIP uznał, że tak bę­dzie naj­wy­god­niej.

To­kar­ski przyj­rzał się uważ­niej Tysz­kie­wi­czo­wi, ale tym ra­zem Ja­kub nie uciekł wzro­kiem.

– Na au­kcji będą wy­sta­wia­ne ob­ra­zy pań­skiej żony, praw­da?

– Tak.

– To duży suk­ces. Ogrom­ny. Być głów­nym uczest­ni­kiem wy­da­rze­nia me­dial­ne­go trans­mi­to­wa­ne­go na cały świat.

Ja­kub po­czuł, że się czer­wie­ni. Spo­dzie­wał się ata­ku z kil­ku moż­li­wych stron, z tej – nie. Nowy szef po­wi­nien zrów­nać go z zie­mią za przed­wczo­raj­sze wy­stą­pie­nie w te­le­wi­zji. Na ra­zie pro­wa­dził dzia­ła­nia oskrzy­dla­ją­ce.

– Moja żona peł­ni w tym przed­się­wzię­ciu tyl­ko rolę do­staw­cy przed­mio­tu sprze­da­ży – po­wie­dział, bę­dąc pew­nym, że w jego gło­sie po­brzmie­wa uspra­wie­dli­wie­nie. Czuł się jak idio­ta. – Ofe­ru­je je­den ob­raz, resz­ta po­cho­dzi od ko­lek­cjo­ne­rów, któ­rzy zgo­dzi­li się od­sprze­dać swo­je eg­zem­pla­rze.

– Pań­ska żona robi to rzecz ja­sna bez­in­te­re­sow­nie.

Spo­koj­nie, po­my­ślał Ja­kub.

– Oczy­wi­ście – przy­tak­nął. – Ca­łość do­cho­du z ofe­ro­wa­ne­go przez nią ob­ra­zu pój­dzie na fun­da­cję on­ko­lo­gicz­ną Pierw­szej Damy.

Ja­kub wi­dział ką­tem oka miny po­zo­sta­łych zgro­ma­dzo­nych. Byli wy­raź­nie za­do­wo­le­ni, że uwa­ga mi­ni­stra nie kon­cen­tru­je się na nich.

– No do­brze – wes­tchnął To­kar­ski. Spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka wa­ha­ją­ce­go się, jaką de­cy­zję pod­jąć. – Czy może mnie pan za­pew­nić, że obec­ność pań­skiej żony na ochra­nia­nej przez pra­cow­ni­ków Biu­ra Zwal­cza­nia Ter­ro­ry­zmu im­pre­zie nie wpły­nie na pań­ską oce­nę sy­tu­acji? Że w ra­zie ja­kie­goś, choć­by hi­po­te­tycz­ne­go za­gro­że­nia nie bę­dzie pan dzia­łał pod wpły­wem emo­cji?

– Oczy­wi­ście, pa­nie mi­ni­strze – od­parł, pró­bu­jąc nadać gło­so­wi neu­tral­ne brzmie­nie. – Sta­ram się przede wszyst­kim trzy­mać pro­ce­dur i do­ko­ny­wać wszech­stron­nej oce­ny sy­tu­acji. Ni­g­dy nie dzia­łam po­chop­nie.

Koń­cząc zda­nie, wie­dział, że się pod­ło­żył. Prze­cież li­nia ata­ku Kal­ca i Ber­dy­cha, z pew­no­ścią zgod­na z po­glą­da­mi no­wej wła­dzy, szła wła­śnie do­kład­nie w tę stro­nę. Prze­kra­cza­nie kom­pe­ten­cji, nie­zgod­ność dzia­łań z prze­pi­sa­mi, sa­mo­wo­la, brak współ­dzia­ła­nia z in­ny­mi służ­ba­mi. Ja­kub był pe­wien, że na­dzie­je się na ri­po­stę. Te­raz, po­my­ślał. Za­ło­żył nogę na nogę. Opa­no­wał go spo­kój, czuł, jak scho­dzi z nie­go na­pię­cie. Ska­za­niec idą­cy na sza­fot też po­dob­no czu­je ulgę, że skoń­czy­ło się ocze­ki­wa­nie.

– Nie mu­szę chy­ba ob­ja­śniać, że au­kcja, cho­ciaż jako im­pre­za to­wa­rzy­szą­ca nie ma zna­cze­nia po­li­tycz­ne­go, ma ogrom­ne zna­cze­nie pre­sti­żo­we dla na­sze­go kra­ju i jest jego pro­mo­cją – po­wie­dział mi­ni­ster, wy­raź­nie pod ad­re­sem po­zo­sta­łych. – Nie wi­dzia­łem ob­ra­zów pani Be­re­zo­wiec, sły­sza­łem, że są bar­dzo cie­ka­we. Ale to wła­ści­wie nie­istot­ne. Wszy­scy mu­si­cie pa­no­wie zro­zu­mieć, że cen­tral­ny­mi po­sta­cia­mi będą obie Pierw­sze Damy. I na ich bez­pie­czeń­stwie na­le­ży się sku­pić. Wszyst­ko ma pójść gład­ko, jak po sznur­ku.

– Oczy­wi­ście – od­parł Ja­kub, na­dal nie mo­gąc opa­no­wać za­sko­cze­nia. Fa­cet wy­gła­szał garść tru­izmów. Po co?

– Jak wspo­mnia­łem, obok obu pre­zy­denc­kich mał­żo­nek, na wy­sta­wie będą go­ścić biz­nes­me­ni oraz ta gwiazd­ka…

– El­la­iah – pod­po­wie­dział usłuż­nie Ma­sta­lerz. Gwiazd­ka. Mi­ni­ster okre­ślił w ten spo­sób oso­bę, któ­ra sprze­da­ła na ca­łym świe­cie mi­lio­ny płyt, jej ka­nał na YouTu­be miał mi­lio­ny użyt­kow­ni­ków i była w sta­nie za­grać pod rząd trzy­dzie­ści sta­dio­no­wych kon­cer­tów, wy­prze­da­nych przez jej pro­mo­to­ra w cią­gu kil­ku go­dzin.

– Tak, wła­śnie. Oso­bi­ście uwa­żam to za lek­ką pa­ra­no­ję, no, ale moi po­przed­ni­cy nie grze­szy­li roz­sąd­kiem we wszyst­kich in­nych spra­wach, dla­cze­go mie­li­by oka­zać się roz­sąd­ni w tej? – za­py­tał re­to­rycz­nie To­kar­ski. – Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, au­kcja, je­śli w ogó­le mia­ła­by się od­być, by­ła­by za­mknię­ta, li­sta go­ści ści­śle li­mi­to­wa­na. A tak na­praw­dę na­le­ża­ło z niej zre­zyg­no­wać. Żona pod­in­spek­to­ra Tysz­kie­wi­cza mo­gła­by wy­lan­so­wać się przy in­nej oka­zji, z tego, co wiem, nie na­rze­ka na brak pie­nię­dzy ani po­pu­lar­no­ści.

Ja­kub zgrzyt­nął zę­ba­mi.

Od­dzie­liw­szy zło­śli­wo­ści, roz­mo­wa mia­ła za­dzi­wia­ją­cy prze­bieg. Cał­ko­wi­cie zga­dzał się z opi­nią mi­ni­stra, od dwóch mie­się­cy wal­czył, by albo z au­kcji w ogó­le zre­zy­gno­wać, albo – je­śli już ko­niecz­nie musi mieć miej­sce – uczy­nić ją wy­da­rze­niem jak naj­bar­dziej ka­me­ral­nym, ze ści­śle li­mi­to­wa­nym do­stę­pem. Uda­ło mu się w pew­nym za­kre­sie osią­gnąć cel. W śro­dę póź­nym po­po­łu­dniem w drzwiach nie­wiel­kiej śród­miej­skiej ga­le­rii sta­nie dwóch sau­dyj­skich ksią­żąt, ośmiu biz­nes­me­nów z pierw­szej set­ki świa­to­we­go „For­be­sa”, a na do­kład­kę nie­scho­dzą­ca z okła­dek ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów gwiaz­da mu­zy­ki pop de­kla­ru­ją­ca się jako „naj­więk­sza w ko­smo­sie fan­ka ma­lar­stwa tej pol­skiej ma­lar­ki”. W su­mie je­de­na­ście osób. Niby nie­wie­le, ale Ja­kub oczy­ma du­szy wi­dział tłum fa­nów czy­ha­ją­cych wo­kół ga­le­rii, by choć z da­le­ka zo­ba­czyć swą idol­kę, rzu­ca­ją­cych się na po­li­cyj­ny kor­don i blo­ku­ją­cych sa­mo­cho­dy. Ko­lej­na rzecz: każ­dy z tych lu­dzi miał wła­sną ochro­nę – Sau­dyj­czy­cy po­kaź­ną, El­la­iah ogra­ni­czo­ną do dwóch na­pa­ko­wa­nych by­ków, eks­ma­ri­nes, ale bez któ­rych się nie ru­sza­ła – i sły­szeć nie chcia­ła, by z niej zre­zy­gno­wać. Pod­czas dłu­gich i ner­wo­wych ne­go­cja­cji, w któ­rych pierw­sze skrzyp­ce grał aro­ganc­ki i wszyst­ko wie­dzą­cy naj­le­piej du­pek z Se­cret Se­rvi­ce, Ja­kub w koń­cu za­gro­ził go­ściom wy­kre­śle­niem z li­sty, je­śli nie zgo­dzą się na wa­run­ki dyk­to­wa­ne przez pol­skie i ame­ry­kań­skie służ­by bez­pie­czeń­stwa. Sta­nę­ło na tym, że ochro­na VIP-ów mo­gła prze­by­wać – nie­uzbro­jo­na – w spe­cjal­nie ozna­ko­wa­nych sa­mo­cho­dach nie­opo­dal bu­dyn­ku miesz­czą­ce­go ga­le­rię, już po we­wnętrz­nej stro­nie ba­rier i kor­do­nu po­li­cji.

– Na­sza pani pre­zy­den­to­wa jest zda­nia, że au­kcja cha­ry­ta­tyw­na o ta­kim za­się­gu me­dial­nym przy­czy­ni się do wzro­stu za­in­te­re­so­wa­nia ba­da­nia­mi pre­wen­cyj­ny­mi – od­rzekł Ja­kub, wkła­da­jąc dużo wy­sił­ku, by za­cho­wać spo­kój. Pol­ska Pierw­sza Dama pa­tro­no­wa­ła kil­ku fun­da­cjom on­ko­lo­gicz­nym. To­kar­ski z pew­no­ścią do­brze o tym wie­dział.

Mi­ni­ster skrzy­wił się. Pani pre­zy­den­to­wa była żoną swe­go męża, prze­ciw­ni­ka po­li­tycz­ne­go, wro­ga, któ­re­go na­le­ża­ło uni­ce­stwić. Z de­fi­ni­cji obo­je nie mogą więc czy­nić ni­cze­go war­to­ścio­we­go. Po­wstrzy­mał się jed­nak od ko­men­ta­rza.

– Wró­cę do mo­je­go py­ta­nia, pa­nie pod­in­spek­to­rze: czy bę­dzie pan po­tra­fił od­dzie­lić spra­wy pry­wat­ne od za­wo­do­wych? – po­wie­dział.

– Ni­g­dy nie mie­sza­łem ży­cia pry­wat­ne­go z pra­cą – oświad­czył Ja­kub.

– Sły­sza­łem co in­ne­go.

Tysz­kie­wicz nie­co od­chy­lił się na opar­ciu fo­te­la.

– Od kogo? – za­py­tał.

– Mam swo­je źró­dła. – To­kar­ski nie ucie­kał wzro­kiem, prze­ciw­nie, jego spoj­rze­nie było nie­ru­cho­mo za­wie­szo­ne na twa­rzy roz­mów­cy.

Ja­kub wie­dział, że po­wi­nien od­pu­ścić, ale to był wła­śnie taki mo­ment, w któ­rym bieg wstecz­ny nie­odwo­łal­nie się blo­ko­wał.

– Pro­szę po­dać przy­kład.

– Mógł­bym po­dać bar­dzo wie­le przy­kła­dów. Niech pan nie prze­cią­ga stru­ny.

Te­raz był do­god­ny mo­ment. Ja­kub się­gnął od­ru­cho­wo do tecz­ki. Czuł kart­kę z dy­mi­sją pod pal­ca­mi. Ale po­tem po­my­ślał o Krzep­tow­skim, Kice, Smo­try­czu i in­nych. Po­my­ślał o cze­ka­ją­cej go ro­bo­cie – już ostat­niej. Miał spo­ro wad, ale ni­g­dy nie zhań­bił się uciecz­ką.

Dłoń wró­ci­ła na stół.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział Ja­kub.

To­kar­ski przy­glą­dał mu się przez mo­ment, jak­by oce­nia­jąc, czy prze­pro­si­ny są szcze­re.

– Do­brze – stwier­dził mi­ni­ster. – Na ra­zie do­tych­cza­so­we usta­le­nia nie ule­ga­ją zmia­nie. Do­pó­ki nie po­sta­no­wię ina­czej, sze­fem ze­spo­łu ko­or­dy­na­cyj­ne­go po­zo­sta­je puł­kow­nik Ma­sta­lerz. To na ra­zie tyle. Pro­szę o kon­ty­nu­owa­nie re­ali­za­cji za­dań.

Ja­kub pod­niósł się śla­dem in­nych, ma­jąc na­dzie­ję, że go­tu­je się tyl­ko we­wnętrz­nie.

– Pod­in­spek­to­ra Tysz­kie­wi­cza pro­szę o po­zo­sta­nie – po­le­cił mi­ni­ster.

A więc jed­nak.

Męż­czyź­ni opu­ści­li ga­bi­net. Ostat­ni wy­cho­dził Ma­sta­lerz. Na po­że­gna­nie ob­rzu­cił Ja­ku­ba spoj­rze­niem, w któ­rym było współ­czu­cie.

Zo­sta­li sami.

– Pa­nie mi­ni­strze, my­ślę, że chy­ba bę­dzie naj­pro­ściej, je­śli zre­zy­gnu­ję – stwier­dził Ja­kub, nie cze­ka­jąc na cios. – Pro­szę po­wie­rzyć moje obo­wiąz­ki ko­muś, do kogo pan nie ma tylu pre­ten­sji i nie żywi oso­bi­stych uraz.

– Już to usta­li­li­śmy. Na ra­zie zo­sta­je pan na sta­no­wi­sku – od­rzekł To­kar­ski. Nie za­pa­no­wał jed­nak nad cie­niem, któ­ry prze­biegł mu przez twarz. Cios Ja­ku­ba był cel­ny i zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie za­ogniał i tak na­pię­tą sy­tu­ację. Jego głos stał się wyż­szy. – Jed­nak my­ślę, że przy­da się panu po­moc.

– Po­moc?

Mi­ni­ster po­chy­lił się nad in­ter­ko­mem.

– Niech wej­dzie nad­ko­mi­sarz Pa­skie­wicz – po­le­cił.

Nim Tysz­kie­wicz uświa­do­mił so­bie, że zna to na­zwi­sko, że za­le­d­wie kil­ka dni temu sły­szał je od To­la­ka, któ­ry ostrze­gał przed no­szą­cą je oso­bą, do ga­bi­ne­tu we­szła ko­bie­ta. Mia­ła oko­ło czter­dziest­ki, była ni­ska, o przy­po­mi­na­ją­cej kulę bi­lar­do­wą fi­gu­rze i krót­ko ob­cię­tych wło­sach nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru. Twarz przy­wo­dzi­ła na myśl księ­życ wy­cię­ty z żół­te­go sera. Małe oczy bie­ga­ły we wszyst­kie stro­ny.

– Pa­nie mi­ni­strze – po­wie­dzia­ła, przyj­mu­jąc po­zy­cję, któ­ra wy­da­wa­ła jej się za­pew­ne po­sta­wą za­sad­ni­czą. Głos mia­ła pisk­liwy, za­ła­mu­ją­cy się w wyż­szych re­je­strach.

To­kar­ski wska­zał na Ja­ku­ba.

– To pod­in­spek­tor Tysz­kie­wicz. Dy­rek­tor Biu­ra Zwal­cza­nia Ter­ro­ry­zmu.

Kula bi­lar­do­wa ru­szy­ła do przo­du, wy­cią­gnę­ła rękę. Ja­kub wstał, uści­snął za­dzi­wia­ją­co moc­ną i dużą dłoń. Małe oczy wbi­ja­ły w nie­go spoj­rze­nie, któ­re od­czu­wał w nie­mal fi­zycz­ny spo­sób.

– Dzień do­bry – po­wie­dział.

– Je­stem nad­ko­mi­sarz Han­na Pa­skie­wicz – oznaj­mi­ła.

Tysz­kie­wicz po­czuł na­gły przy­pływ iry­ta­cji. Wszyst­ko już uło­ży­li, po­my­ślał. Lewa ręka po­now­nie, nie­mal bez udzia­łu świa­do­mo­ści po­szy­bo­wa­ła w kie­run­ku tecz­ki. Za­trzy­ma­ła się w ostat­niej chwi­li. To­kar­ski jej nie przyj­mie, za to upo­ko­rzy go przed tą ko­bie­tą.

Szczu­rzy­ca. Gry­zie wszyst­kich do­oko­ła, przy­po­mniał so­bie sło­wa To­la­ka.

Usiadł, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie. Pa­skie­wicz za­ję­ła miej­sce w fo­te­lu na­prze­ciw­ko. Sta­ła się sku­pio­na, oczy prze­sta­ły omia­tać po­miesz­cze­nie, cze­ka­ła, co da­lej.

– Nie ukry­wam, że nie mam peł­ne­go za­ufa­nia do pań­skich kom­pe­ten­cji, pod­in­spek­to­rze – oznaj­mił To­kar­ski. Su­chy głos, sło­wa ni­czym ka­mie­nie, tak to za­pew­ne mia­ło wy­glą­dać. – Jed­nak jak wspo­mnia­łem, te­raz nie jest wła­ści­wy czas na zmia­ny. Nad­ko­mi­sarz Pa­skie­wicz jest bar­dzo kom­pe­tent­ną funk­cjo­na­riusz­ką z wie­lo­let­nim do­świad­cze­niem. Do­łą­czy do pań­skie­go ze­spo­łu jako pań­ski za­stęp­ca z upraw­nie­nia­mi do­stę­pu do wszyst­kich in­for­ma­cji, ja­kich za­żą­da. Czy to ja­sne?

Na­wet nie uda­je, po­my­ślał Tysz­kie­wicz.

Gdy kil­ka dni póź­niej wra­cał do tego mo­men­tu, nie umiał so­bie przy­po­mnieć, co nim po­wo­do­wa­ło. Do­ra­biał roz­ma­ite teo­rie, wpa­dał na po­my­sły, do­bre, bo po­wzię­te post fac­tum, my­ślał o od­po­wie­dzial­no­ści za ze­spół, o dłu­gu wo­bec Krzep­tow­skie­go, o nie­do­koń­czo­nych spra­wach – żad­ne z tych ską­d­inąd słusz­nych za­strze­żeń nie tłu­ma­czy­ło mo­ty­wów. Po pro­stu nie wie­dział. Po­wi­nien się wte­dy wy­co­fać i jesz­cze tego sa­me­go po­po­łu­dnia ru­szyć śla­dem He­le­ny. Po­wi­nien na­tar­czy­wo­ścią i agre­sją wy­mu­sić na To­kar­skim zgo­dę na przy­ję­cie dy­mi­sji, osta­tecz­nie, w ra­zie na­der praw­do­po­dob­nej od­mo­wy, iść na zwol­nie­nie le­kar­skie.

Nie zro­bił tego, kiw­nął na­to­miast gło­wą, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści za­rzą­dze­nie prze­ło­żo­ne­go.

Po­tem ze­szli na dół, prze­bie­gli przez za­la­ny desz­czem par­king i on wsiadł z tą ko­bie­tą do sa­mo­cho­du. Je­cha­li w mil­cze­niu. Zbyt cia­sny mun­dur uci­skał i prze­szka­dzał, dzień i bez tego zro­bił się wy­star­cza­ją­co gów­nia­ny.

– Ja­kie ci dał za­da­nie? – za­py­tał, gdy zna­leź­li się na ostat­niej pro­stej przed sie­dzi­bą Biu­ra. – Masz pa­trzeć mi na ręce? Wy­wę­szyć to, cze­go nie wy­wę­szy­li Ber­dych z Kal­cem? Uciąć mi gło­wę i wy­słać To­kar­skie­mu pocz­tą?

– Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy byli na ty. – Pi­skli­wy gło­sik stał się jesz­cze wyż­szy. – Nic mi nie mó­wią na­zwi­ska, któ­re pan wy­mie­nił.

– U nas w Biu­rze wszy­scy je­ste­śmy jak ro­dzi­na – po­wie­dział ser­decz­nie, bo na­gle cała sy­tu­acja za­czę­ła go ba­wić. – Nie przy­wią­zu­je­my zna­cze­nia do ty­tu­łów i stop­ni.

Nie od­po­wie­dzia­ła, w koń­cu nie za­dał żad­ne­go py­ta­nia. Może był zbyt agre­syw­ny, albo uzna­ła, że jest już za­wo­do­wym tru­pem. Może na­wet nie tyl­ko za­wo­do­wym.

Za­ci­snął usta, do­dał gazu. Deszcz roz­ma­zy­wał rze­czy­wi­stość.

***

– Kur­wa mać, Ja­siu – po­wie­dzia­ła Sen­dec­ka.

– Co „kur­wa mać”. Co „kur­wa mać” – za­pe­rzył się Holt. – Mam ocho­tę po­żreć cię na su­ro­wo. Na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy ze szkód, któ­rych na­ro­bi­łaś.

– Szkód? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi Sen­dec­ka. Kłó­ci­ła się, ale też tro­chę bała, mimo wszyst­ko. Nie zda­rzy­ło jej się jesz­cze wi­dzieć Hol­ta w ta­kim sta­nie. – Ni­g­dy w hi­sto­rii sta­cji nie mia­łeś ta­kiej oglą­dal­no­ści.

– Je­zus! – krzyk­nął, po czym opadł na fo­tel. Był bla­dy, spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, z któ­re­go uszło po­wie­trze. Po­cząt­ko­wo tyl­ko wrzesz­czał, wy­krzy­ki­wał obe­lgi i oskar­że­nia, gro­ził nie tyl­ko na­tych­mia­sto­wym zwol­nie­niem z pra­cy, ale i po­da­niem do sądu, za­skar­że­niem o mi­lio­no­we od­szko­do­wa­nie; ona bro­ni­ła się wście­kle, gdzieś w głę­bi du­szy wie­dzia­ła, że oskar­że­nia o na­ru­sze­nie wia­ry­god­no­ści i stra­ty nie mają pod­staw, fir­ma ni­g­dy nie mia­ła się tak do­brze jak dziś. Dzię­ki niej, żad­nych wąt­pli­wo­ści. On ich rów­nież nie miał, stąd wście­kłość.

Było coś wię­cej: nie­lo­jal­ność. Za­ro­bi­li ru­bla, ale stra­ci­li cno­tę. Tego oskar­że­nia bała się naj­bar­dziej. Holt był mi­strzem w za­ra­bia­niu pie­nię­dzy w taki spo­sób, by cno­ty nie tra­cić.

Wsta­ła, po­de­szła, po­ło­ży­ła mu dło­nie na ra­mio­nach. Jak zwy­kle ład­nie pach­nia­ła i jak zwy­kle mu się to po­do­ba­ło, choć dziś wo­nie roz­ta­cza­ne przez jego naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ną dzien­ni­kar­kę były ostat­nią rze­czą, jaką przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści.

– Ja­siu – po­wie­dzia­ła mięk­ko. – Po­win­nam do cie­bie za­dzwo­nić, za­nim ten nie­szczę­sny wy­wiad po­szedł w po­wie­trze. To praw­da. Ale on mnie tak za­ga­dał… Nie chcę zwa­lać na in­nych, wiesz, że to nie w moim sty­lu. Ale wszyst­ko dzia­ło się szyb­ko. On gro­ził, że je­śli się nie zde­cy­du­ję, pu­ści wszyst­ko w ne­cie. Nie mo­głam prze­ga­pić ta­kiej oka­zji. Po­patrz na słup­ki. Mia­łam ra­cję.

– Je­zus! – jęk­nął bez­rad­nie. Ona na­dal nic nie ro­zu­mie, po­my­ślał. W so­bo­tę, oglą­da­jąc ten nie­szczę­sny wy­wiad, był bli­ski apo­plek­sji, ale spóź­nił się z za­blo­ko­wa­niem emi­sji, może dla­te­go, że naj­bar­dziej szko­dli­wa re­we­la­cja była ujaw­nio­na póź­no, nie­mal pod ko­niec trans­mi­sji. Po­tem roz­pę­ta­ło się pie­kło: so­bot­nia noc i nie­mal całe nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie wy­peł­nio­ne były ner­wo­wy­mi te­le­fo­na­mi. Mu­siał przy­jąć wie­le cio­sów, któ­re nie­mal go za­bi­ły. Pa­da­ły oskar­że­nia o sa­bo­taż i dzia­ła­nie na szko­dę ak­cjo­na­riu­szy. Pa­da­ły kon­kret­ne groź­by, z któ­rych wro­gie prze­ję­cie sta­cji było jed­ną z naj­ła­god­niej­szych. I był z tym sam, bo tuż po emi­sji ta pin­da znik­nę­ła i wy­łą­czy­ła te­le­fon. Ob­ja­wi­ła się do­pie­ro przed go­dzi­ną, po pro­stu sta­jąc w drzwiach jego ga­bi­ne­tu. Była cwa­na i zna­ła go do­brze, wie­dzia­ła, że musi mu mi­nąć pierw­sza fala gnie­wu. Ale zna­ła go nie dość do­brze.

– Mia­łam ra­cję – upie­ra­ła się.

– Be­ata – po­wie­dział. Czuł cie­pło jej dło­ni. Wi­dział jej twarz, sta­ran­nie uma­lo­wa­ną, za­dba­ną, mimo wie­ku na­dal atrak­cyj­ną. Wszyst­ko draż­ni­ło go nie­wy­mow­nie. Po­wi­nien kop­nąć ją w ty­łek. Bo­guc­ka jed­nak wy­raź­nie mu za­po­wie­dzia­ła, żeby jej nie zwal­niał. Tłu­ma­czy­ła dla­cze­go. Wśród to­wa­rzy­stwa, któ­re w rze­czy­wi­sto­ści rzą­dzi­ło Pol­ską, naj­wy­raź­niej ktoś sta­ran­nie prze­my­ślał spra­wy. Ale to nie zna­czy, że nie­lo­jal­ność mia­ła Sen­dec­kiej ujść pła­zem. – Spie­przy­łaś. In­for­ma­cja, że na po­kła­dzie tego sa­mo­lo­tu był so­bo­wtór ru­skie­go mi­ni­stra, ni­g­dy nie po­win­na wyjść na świa­tło dzien­ne, ro­zu­miesz? Ni­g­dy. Pod żad­nym po­zo­rem.

– Wiem – od­par­ła. – Już nie po­wtó­rzę tego błę­du.

– Nie bę­dziesz mia­ła oka­zji.

– Słu­cham? – Cof­nę­ła się.

Holt wstał. Za­czy­nał być w nie­do­cza­sie. Za chwi­lę miał brać udział w wiel­kim ze­bra­niu do­ty­czą­cym har­mo­no­gra­mu trans­mi­sji wi­zy­ty ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. Tuż po ukon­sty­tu­owa­niu się no­we­go rzą­du sta­cja do­sta­ła wy­łącz­ność na ob­słu­gę me­dial­ną wy­da­rze­nia, z bez­po­śred­nim do­stę­pem do naj­waż­niej­szych po­li­ty­ków. Nowe wy­da­rze­nia prze­ga­nia­ły sta­re. Za­wsze tak było.

– Uzie­miam cię – po­wie­dział. – Na ra­zie do koń­ca roku. Po­tem zo­ba­czę, co da­lej.

– Co to zna­czy? – wark­nę­ła. Na­strój zmie­nił jej się jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. Pa­trzy­ła na nie­go z nie­na­wi­ścią.

– Twój pro­gram zla­tu­je z an­te­ny – oświad­czył. – A ty idziesz do new­sro­omu. Po­sie­dzisz przy zwy­kłej cie­siół­ce, od­pocz­niesz, prze­my­ślisz pew­ne spra­wy.

– Zdej­mu­jesz z an­te­ny pro­gram z dwo­ma mi­lio­na­mi wi­dzów?

– Tak.

– Nie zro­bisz tego.

– Nie? – Zno­wu po­czuł przy­pływ szew­skiej pa­sji. – Ciesz się, że nie wy­la­tu­jesz z wil­czym bi­le­tem. Ciesz się, że w ogó­le ży­jesz.

– Ach tak.

– Wła­śnie tak.

Cof­nę­ła się jesz­cze bar­dziej. Sza­re świa­tło dnia pa­da­ło wprost na twarz. Ża­den ma­ki­jaż nie przy­kry­je jej wie­ku, po­my­ślał z sa­tys­fak­cją.

Przy­mknął oczy. Ocze­ki­wał wiel­kie­go, od­bi­ja­ją­ce­go się echem po ca­łym bu­dyn­ku huku, ale Sen­dec­ka za­mknę­ła drzwi znacz­nie ci­szej, niż się spo­dzie­wał.

***

He­le­na oczy­wi­ście była na lot­ni­sku za wcze­śnie i mu­sia­ła cze­kać. Od­pra­wa ba­ga­żu trwa­ła krót­ko, kon­tro­la bez­pie­czeń­stwa po­szła nad­zwy­czaj spraw­nie – i oka­za­ło się, że do od­lo­tu po­zo­sta­ła go­dzi­na. Ku­pi­ła kawę – mia­ła nie­prze­mi­ja­ją­cą sła­bość do ser­wo­wa­nej w pa­pie­ro­wym kub­ku lury z au­to­ma­tu – i wte­dy ko­mór­ka za­dzwo­ni­ła po raz pierw­szy.

– Cześć, Jo­na­than – po­wie­dzia­ła.

– Cześć – od­po­wie­dział jej agent. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Jak naj­bar­dziej. Lecę do Por­tu­ga­lii.

– O!

Ro­ze­śmia­ła się. Jo­na­than Le­ster, an­giel­ski dżen­tel­men w sta­rym sty­lu, miał dar wy­ra­ża­na wie­lu emo­cji w jed­nej sy­la­bie. Tym ra­zem da­wał do zro­zu­mie­nia, że jest lek­ko za­nie­po­ko­jo­ny.

– Bez obaw – po­wie­dzia­ła. – Dziś wie­czo­rem wra­cam.

– Ach! – usły­sza­ła, że z ulgą uśmie­cha się pod wą­sem. – To do­sko­na­le. Choć nie ukry­wam, że chciał­bym jesz­cze z tobą prze­dys­ku­to­wać kil­ka spraw.

– Mo­że­my to zro­bić przez te­le­fon – od­rze­kła. – Albo ju­tro oso­bi­ście.

– Okej, okej, mo­że­my po­ga­dać ju­tro – wy­co­fał się, co upew­ni­ło ją, że nie ma nic kon­kret­ne­go, chciał po pro­stu spraw­dzić, jak się czu­ła przed tym, co wy­da­rzy się w śro­dę. Oraz, za­pew­ne, czy do­szła już do sie­bie po tym, co dzia­ło się w cią­gu ostat­nich kil­ku dni. Gdy py­tał o wy­da­rze­nia ubie­głe­go ty­go­dnia, zby­ła go kil­ko­ma ogól­ni­ka­mi, me­dia jed­nak przez kil­ka dni nie mó­wi­ły o ni­czym in­nym i choć jej udział zo­stał za­no­to­wa­ny na głę­bo­kim mar­gi­ne­sie głów­ne­go nur­tu wy­da­rzeń, Le­ster do­my­ślał się, że jego naj­waż­niej­sza klient­ka mia­ła kło­po­ty. W koń­cu znał ją do­brze. Ich re­la­cje już daw­no wy­szły poza służ­bo­we ramy. Kie­dyś, po kil­ku szkla­necz­kach whi­sky, bąk­nął, że chciał­by, by jego cór­ka była taka jak ona. He­le­na uca­ło­wa­ła go wte­dy w oba po­licz­ki. Te­raz ofer­tę po­mo­cy od­rzu­ci­ła.

Mimo iż ubie­gły ty­dzień omal nie do­pro­wa­dził do roz­pa­du jej mał­żeń­stwa, nad­wy­rę­żył zdro­wie, za­pew­nił kil­ka bez­sen­nych nocy, była go­to­wa do jed­nej z naj­waż­niej­szych wy­staw w ży­ciu. Czu­ła się za nią oso­bi­ście od­po­wie­dzial­na. I nie cho­dzi­ło o splen­dor, o przy­szłe kon­trak­ty, o obec­ność ka­mer, tak bar­dzo po­żą­da­ną przez ce­le­bry­tów na ca­łym świe­cie. Za­le­ża­ło jej na pro­fe­sjo­nal­nym suk­ce­sie, na tym, żeby ona, jako przed­sta­wi­ciel­ka kra­ju go­spo­da­rza, wy­pa­dła do­brze – i to było wszyst­ko.

Duża w tym za­słu­ga Le­ste­ra, trzy­ma­ją­ce­go rękę na pul­sie, bez ustan­ku przyj­mu­ją­ce­go ko­ro­wo­dy roz­ma­itych lu­dzi, z roz­grza­nym do czer­wo­no­ści te­le­fo­nem w ręku, ne­go­cju­ją­ce­go, ga­szą­ce­go po­ża­ry, uśmie­rza­ją­ce­go kon­flik­ty, trzy­ma­ją­ce­go twar­dą ręką asy­sten­ta, mi­nia­tu­ro­we­go i nad­po­bu­dli­we­go Mar­ka Far­me­ra, ro­bią­ce­go wo­kół sie­bie ogrom­ne za­mie­sza­nie, któ­re­go do­no­śny głos roz­brzmie­wał ze­wsząd, jak­by wy­po­wia­da­ne przez nie­go sło­wa po­wta­rza­ły ukry­te w ścia­nach i su­fi­cie gło­śni­ki. Szczę­ściem or­ga­ni­za­tor au­kcji był jego prze­ci­wień­stwem – Fal­kow­ski, ma­ło­mów­ny i po­wścią­gli­wy czter­dzie­sto­la­tek, znał się na swo­jej pra­cy, ze sto­ic­kim spo­ko­jem od­po­wia­dał na py­ta­nia po­li­cji, UZIP-u oraz kil­ku in­nych służb spe­cjal­nych, w tym dwóch ame­ry­kań­skich. He­le­nę trak­to­wał z re­we­ren­cja­mi, dał do zro­zu­mie­nia, że bar­dzo ceni jej twór­czość, ale na tym skoń­czy­ły się jego wy­ciecz­ki poza służ­bo­we re­la­cje – był kon­kret­ny, a przy tym ela­stycz­ny w speł­nia­niu krzy­żu­ją­cych się i nie­jed­no­krot­nie wza­jem­nie sprzecz­nych ocze­ki­wań ar­tyst­ki, jej agen­ta, przed­sta­wi­cie­li pre­zy­den­ta i służb od­po­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo.

He­le­na po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su czu­ła się do­brze, my­śli nie roz­bie­ga­ły się we wszyst­kie stro­ny, nie mu­sia­ła pić pi­not noir, by za­brać się za co­kol­wiek. Gdy obu­dzi­ła się rano, po­czu­ła się wy­po­czę­ta. Stwier­dzi­ła, że mąż śpi obok niej – od­mia­na po ostat­nich kil­ku no­cach – po­cze­ka­ła, aż wsta­nie, zro­bi­ła kawy so­bie i jemu, roz­ma­wia­li jak lu­dzie, na­wet żar­to­wa­li. Gdy je­cha­ła na lot­ni­sko, War­sza­wa – mimo sza­re­go nie­ba i tłu­ką­cych o chod­ni­ki po­to­ków wody – po raz pierw­szy od daw­na nie do­pro­wa­dza­ła jej do pa­sji.

– Jadę obej­rzeć dom – oznaj­mi­ła. – Moż­li­we, że bę­dziesz od­wie­dzał mnie tam.

– Nie­zły po­mysł – stwier­dził nie­ocze­ki­wa­nie Le­ster. Był świa­dom, jak od­po­wie­dzial­ne sta­no­wi­sko zaj­mu­je Ja­kub i – przy­naj­mniej z grub­sza – jaką rolę bę­dzie peł­nił pod­czas zbli­ża­ją­cej się wi­zy­ty ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. Nie był śle­py, do­strze­gał zmę­cze­nie swej pod­opiecz­nej i ner­wo­we na­pię­cie jej męża. – Ma­lo­wać mo­żesz wszę­dzie, zresz­tą Por­tu­ga­lia to pięk­ny kraj. Po tym wszyst­kim niech Ja­kub weź­mie dłu­gi urlop, od­pocz­nie­cie, na­bie­rze­cie sił.

Usły­sza­ła w słu­chaw­ce elek­tro­nicz­ne pik­nię­cie.

– Ode­zwę się ju­tro rano – po­wie­dzia­ła.

– Cześć.

Ode­bra­ła dru­gie po­łą­cze­nie.

– Dzień do­bry, tu pod­puł­kow­nik Nie­zgo­da – usły­sza­ła w słu­chaw­ce mę­ski głos. – Je­stem za­stęp­cą sze­fa Urzę­du Za­bez­pie­cze­nia In­sty­tu­cji Pań­stwa.

– Dzień do­bry – od­par­ła, prze­kła­da­jąc apa­rat do dru­gie­go ucha. Co za idio­tycz­na na­zwa. Gdy usły­sza­ła ją po raz pierw­szy, my­śla­ła, że to żart.

– Moim za­da­niem jest za­pew­nie­nie ochro­ny Pierw­szych Dam Pol­ski i Sta­nów Zjed­no­czo­nych pod­czas or­ga­ni­zo­wa­nej przez pa­nią wy­sta­wy – oznaj­mił. – Chciał­bym się z pa­nią spo­tkać.

– Roz­ma­wia­łam kil­ku­krot­nie z jed­nym z pań­skich lu­dzi.

– Wiem. Ale chciał­bym pew­ne kwe­stie prze­dys­ku­to­wać jesz­cze raz, oso­bi­ście – od­rzekł. – Upew­nić się, że wszyst­ko gra. Ro­zu­mie pani, to im­pre­za o naj­wyż­szym sta­tu­sie bez­pie­czeń­stwa.

– Ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła. – Je­stem w tej chwi­li na lot­ni­sku. Pro­po­nu­ję ju­trzej­szy po­ra­nek. Je­śli to nie może cze­kać, na miej­scu jest mój agent, Jo­na­than Le­ster.

Nie­zgo­da nie pro­te­sto­wał. Umó­wi­li się na wtor­ko­wy po­ra­nek.

He­le­na do­pi­ła kawę. Gło­śnik za­anon­so­wał otwar­cie jej bram­ki. Wzię­ła tor­bę z lap­to­pem i za­ję­ła miej­sce w ko­lej­ce.

***

Kula bi­lar­do­wa oka­za­ła się oso­bą sta­now­czą i do­cie­kli­wą. Tuż po prze­kro­cze­niu pro­gu Biu­ra za­żą­da­ła opro­wa­dza­nia po wszyst­kich de­par­ta­men­tach. Od­ry­wa­ła lu­dzi od pra­cy, za­sy­py­wa­ła ich py­ta­nia­mi; była wścib­ska i wie­dzia­ła, cze­go do­cie­kać. Tysz­kie­wicz już po chwi­li prze­stał ją lek­ce­wa­żyć: baba naj­wy­raź­niej od­ro­bi­ła lek­cje, zna­ła spo­ro szcze­gó­łów do­ty­czą­cych funk­cjo­no­wa­nia fir­my, na­wet per­so­na­liów. Lu­dzie za­re­ago­wa­li róż­nie: Smo­trycz był na­sta­wio­ny wro­go, Ol­brycht le­d­wo jej od­po­wia­dał, Wen­der­lich wy­ka­zy­wał po­dej­rza­ną uprzej­mość, je­dy­nie Kika za­ję­ła praw­dzi­wie pro­fe­sjo­nal­ne sta­no­wi­sko. Udzie­la­ła ob­szer­nych od­po­wie­dzi, była otwar­ta, ale nie nad­ska­ku­ją­ca, sy­pa­ła fak­ta­mi i da­ny­mi. Z po­cząt­ku Ja­kub ży­wił prze­ko­na­nie, że Han­nę Pa­skie­wicz będą zaj­mo­wa­ły wy­łącz­nie spra­wy z prze­szło­ści: Euro dwa dwa­na­ście, Bor­ne Su­li­no­wo, spi­sek zi­mo­wy, losy schwy­ta­nych dżi­ha­dy­stów. Po­my­lił się po raz dru­gi: ow­szem, przez kwa­drans uwa­gę no­we­go za­stęp­cy przy­ku­ły spo­so­by ar­chi­wi­zo­wa­nia i prze­cho­wy­wa­nia da­nych z pro­wa­dzo­nych w prze­szło­ści śledztw, ale naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ły ją spra­wy bie­żą­ce, wi­zy­ta ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta i przy­go­to­wa­nia do niej, lo­ka­li­za­cja sta­no­wisk do­wo­dze­nia, roz­miesz­cze­nie za­so­bów Biu­ra, tak­ty­ka. Ja­kub gu­bił się w do­mnie­ma­niach, w koń­cu dał spo­kój. Sy­tu­acja ja­koś się roz­wi­nie; obie­cał so­bie, że bę­dzie uważ­ny i za­re­agu­je na bie­żą­co.

Bli­sko dwie go­dzi­ny póź­niej Han­na Pa­skie­wicz za­trzy­ma­ła się na­prze­ciw­ko otwar­tych drzwi do jed­ne­go z ga­bi­ne­tów. Pod pa­chą dźwi­ga­ła gru­by plik pa­pie­rów.

– Musi mnie pan gdzieś ulo­ko­wać – po­wie­dzia­ła. Zer­k­nę­ła na ścia­nę, na któ­rej tuż przy fu­try­nie wy­raź­nie od­zna­czał się ślad po zdję­tej ta­blicz­ce. – Ten po­kój wy­glą­da na nie­za­ję­ty. Chcia­ła­bym od razu przy­stą­pić do wy­ko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków.

Ja­kub za­wa­hał się. Do tej pory się nie za­sta­na­wiał, gdzie bę­dzie pra­co­wał nowy za­stęp­ca. Jego ga­bi­net był wy­star­cza­ją­co duży, by zmie­ścić do­dat­ko­we biur­ko, ale my­śli, że ostat­nie dni w fir­mie spę­dzi na­prze­ciw­ko tej ko­bie­ty, na­wet do sie­bie nie do­pusz­czał. Pro­blem w tym, że pu­sty po­kój na­le­żał jesz­cze przed sze­ścio­ma ty­go­dnia­mi do żony Krzep­tow­skie­go, Ja­dwi­gi. Po jej śmier­ci nikt na­wet nie wspo­mniał, żeby ja­koś go na nowo za­go­spo­da­ro­wać. Ja­kub uwa­żał ten stan za coś w ro­dza­ju hoł­du, głu­pio, ale tak wła­śnie my­ślał, zresz­tą nie tyl­ko on, po­dej­rze­wał, że lu­dzie ro­zu­mo­wa­li po­dob­nie. Mar­twe me­ble jako do­wód pa­mię­ci o mar­twym czło­wie­ku. Krzep­tow­ski nie wy­po­wia­dał się w tej spra­wie, ale Ja­kub za­uwa­żył, że gdy mi­jał drzwi, za­wsze zwal­niał kro­ku.

Te­raz do tego spon­ta­nicz­ne­go sank­tu­arium miał wtar­gnąć in­truz.

Wa­ha­nie trwa­ło zbyt dłu­go. Nad­ko­mi­sarz Pa­skie­wicz wzię­ła mil­cze­nie Ja­ku­ba za zgo­dę. We­szła do ga­bi­ne­tu, zwa­li­ła pa­pie­ry na za­ku­rzo­ne biur­ko, po czym od­wró­ci­ła się.

– Pro­szę przy­dzie­lić mi kom­pu­ter i wszel­kie kom­pe­ten­cje do­stę­po­we – za­pisz­cza­ła, pa­trząc gdzieś po­nad jego gło­wą. – Chcę rów­nież być in­for­mo­wa­na o każ­dej de­cy­zji, jaką pan po­dej­mu­je. Każ­dej. Przed jej pod­ję­ciem, nie po.

W ko­mu­ni­ka­cie znaj­do­wa­ło się wszyst­ko, co trze­ba: kom­pleks pro­win­cjusz­ki, na trwa­łe wmon­to­wa­na fru­stra­cja spo­wo­do­wa­na wro­dzo­ną brzy­do­tą, brak po­czu­cia hu­mo­ru, awans po­nad kom­pe­ten­cje, po­czu­cie siły wy­ni­ka­ją­ce z gro­mo­wład­ne­go pro­tek­to­ra. Ja­kub wes­tchnął.

– Jak pani so­bie to wy­obra­ża, pani nad­ko­mi­sarz? – za­py­tał uprzej­mie.

– Po pro­stu. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Za­nim wyda pan ja­kieś po­le­ce­nie, kon­sul­tu­je je pan ze mną.

Był to ja­skra­wy idio­tyzm. Biu­ro dzia­ła­ło w try­bie pod­wyż­szo­nej go­to­wo­ści, za dwa dni przej­dzie do fazy re­ali­za­cyj­nej. Uzgad­nia­nie de­cy­zji z za­stęp­cą nie tyl­ko sta­ło w sprzecz­no­ści z hie­rar­chią do­wo­dze­nia, ale rów­nież z ope­ra­cyj­ny­mi pro­ce­du­ra­mi. Trud­no o dys­ku­sje, gdy de­cy­du­ją ułam­ki se­kund.

Po­le­mi­ka ozna­cza­ła jed­nak otwar­tą woj­nę, cią­głe in­ter­wen­cje To­kar­skie­go, roz­pro­sze­nie sił.

– Zrób­my tak – po­wie­dział, sam nie wie­rząc, że to mówi. – Każę wsta­wić biur­ko do mo­je­go ga­bi­ne­tu. Bę­dzie­my dzia­ła­li wspól­nie.

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Ten po­kój jest bar­dzo do­bry – stwier­dzi­ła. – Pro­szę po pro­stu nie dzia­łać bez mo­jej ak­cep­ta­cji.

Ja­kub po­czuł w żo­łąd­ku chłód. Może to i le­piej.

Pod­szedł bli­żej.

– Pro­szę mi po­ka­zać prze­pis, któ­ry na­ka­zu­je dy­rek­to­ro­wi Biu­ra uzgad­niać swo­je de­cy­zje i roz­ka­zy z za­stęp­cą – syk­nął. – Ma pani taki prze­pis? Pro­ce­du­rę? No?

Po­czer­wie­nia­ła. Unio­sła wo­jow­ni­czo gło­wę.

– Tak pan chce po­gry­wać? – za­py­ta­ła. Jej głos stał się jesz­cze wyż­szy. – Nie sły­szał pan po­le­ceń mi­ni­stra?

– Po pierw­sze, mi­ni­ster To­kar­ski po­pro­sił, że­bym do­pu­ścił pa­nią do wszel­kich pro­ce­dur Biu­ra oraz in­for­ma­cji, co przed chwi­lą uczy­ni­łem. Tyle i tyl­ko tyle – po­wie­dział, dzi­wiąc się, że nie krzy­czy. – Po dru­gie, gdy­by na­wet mi­ni­ster To­kar­ski wy­dał mi po­le­ce­nie, że­bym py­tał pa­nią, czy mogę za­ło­żyć w ki­blu nową rol­kę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, by­ło­by to nie­god­ne z pra­wem. Ja je­stem sze­fem Biu­ra i do­pó­ki mnie nie zwol­nią, ja od­po­wia­dam za jego funk­cjo­no­wa­nie. Po­le­ce­nie mi­ni­stra nie zwal­nia mnie ze sto­so­wa­nia pra­wa, pro­ce­dur i prze­pi­sów. Czy to ja­sne?

Szkar­łat na twa­rzy Han­ny Pa­skie­wicz na­brał jesz­cze więk­szej głę­bi. Ja­kub wy­my­ślał so­bie w du­chu od ostat­nich dur­ni. Kula bi­lar­do­wa ener­gicz­nym ru­chem za­mknę­ła mu drzwi przed no­sem.

***

Pa­skie­wicz mia­ła pew­ne kło­po­ty z opa­no­wa­niem od­de­chu, ale usil­nie nad sobą pra­co­wa­ła. Gdy kil­ka mi­nut póź­niej do ga­bi­ne­tu wszedł ma­ło­mów­ny, wy­raź­nie wro­go na­sta­wio­ny mło­dy czło­wiek, któ­ry przed­sta­wił się jako Car­rie, była już cał­kiem spo­koj­na. In­for­ma­tyk po­ło­żył na biur­ku wy­słu­żo­ne­go lap­to­pa, uru­cho­mił go, za­lo­go­wał się do sys­te­mu, po­le­cił jej wpro­wa­dzić swo­je ha­sło, wy­gło­sił krót­ki wy­kład na te­mat pro­ce­dur do­stę­po­wych, po czym znik­nął tak samo szyb­ko, jak się po­ja­wił.

Gdy w koń­cu zo­sta­ła sama, ode­tchnę­ła kil­ku­krot­nie, po czym uśmiech­nę­ła się.

– Do­brze – mruk­nę­ła.

Się­gnę­ła do kla­py ma­ry­nar­ki, po­ma­ni­pu­lo­wa­ła przy niej chwi­lę, wy­pię­ła bez­prze­wo­do­wy mi­kro­fon, nie więk­szy niż głów­ka od szpil­ki. Wy­ję­ła z kie­sze­ni cy­fro­wy re­je­stra­tor dźwię­ku. Wpię­ła w nie­go słu­chaw­kę, wło­ży­ła ją do ucha. Od­szu­ka­ła ostat­ni, na­gra­ny przed chwi­lą plik, prze­wi­nę­ła nie­mal do koń­ca, wci­snę­ła przy­cisk od­twa­rza­nia.

Usły­sza­ła głos Tysz­kie­wi­cza, czy­sty i wy­raź­ny.

„Jak pani so­bie to wy­obra­ża, pani nad­ko­mi­sarz?”

A póź­niej:

„Po pierw­sze, mi­ni­ster To­kar­ski po­pro­sił, że­bym do­pu­ścił pa­nią do wszel­kich pro­ce­dur Biu­ra oraz in­for­ma­cji, co przed chwi­lą uczy­ni­łem. Tyle i tyl­ko tyle”.

Emo­cje, gniew, na­wet wście­kłość. Wy­śmie­ni­cie. Nie słu­cha­ła da­lej. Mia­ła, co chcia­ła.

Wpię­ła na po­wrót mi­kro­fon, re­je­stra­tor wło­ży­ła do kie­sze­ni, po­tem za­lo­go­wa­ła się do sys­te­mu. Rze­czy­wi­ście, cze­ka­ła ją masa pra­cy.

***

Ja­kub wszedł do se­kre­ta­ria­tu. Se­kre­tar­ka ode­rwa­ła wzrok od ekra­nu, jak­by ją czymś prze­stra­szył. Była za­wsze lo­jal­na wo­bec nie­go, ale z pew­no­ścią chcia­ła za­cho­wać po­sa­dę. Nie zro­bi ni­cze­go, co rzu­ci­ło­by na nią cień nie­sub­or­dy­na­cji wo­bec no­wych pa­nów.

– Nad­ko­mi­sarz Krzep­tow­ski jest? – za­py­tał Tysz­kie­wicz.

– Tak. Py­tał o pana.

– Pro­szę mu po­wie­dzieć, żeby przy­szedł. A za dzie­sięć mi­nut chcę wi­dzieć ko­mi­sarz Kacz­kow­ską i ko­mi­sa­rza Smo­try­cza.

– Oczy­wi­ście.

Wszedł do ga­bi­ne­tu. Kro­ple desz­czu na­tar­czy­wie stu­ka­ły w szy­by, nie­bo było sza­re, oło­wia­ną, de­pre­syj­ną sza­ro­ścią. Na ekra­nie te­le­wi­zo­ra pro­fe­sjo­nal­nie za­tro­ska­ny pre­zy­dent mia­sta od­po­wia­dał na py­ta­nia dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy chcie­li wie­dzieć, w jaki spo­sób sto­li­ca obro­ni się przed ewen­tu­al­ną po­wo­dzią. Sa­mo­rzą­do­wiec twier­dził sta­now­czo, że miej­skie służ­by mo­ni­to­ru­ją sy­tu­ację na bie­żą­co, Wi­sła, mimo wy­so­kie­go sta­nu, nie gro­zi wy­la­niem, wały prze­ciw­po­wo­dzio­we trzy­ma­ją się moc­no. Nim Ja­kub przy­ci­szył dźwięk, po­my­ślał, że po­wódź w cza­sie wi­zy­ty ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta by­ła­by in­te­re­su­ją­cym zwień­cze­niem jego po­li­cyj­nej ka­rie­ry. Ko­lej­ny kry­zys w akom­pa­nia­men­cie ko­lej­ne­go pa­rok­sy­zmu gnie­wu na­tu­ry.

Krzep­tow­ski wszedł bez pu­ka­nia.

– Cześć – po­wie­dział.

Ja­kub przyj­rzał mu się uważ­nie. Nie po­tra­fił so­bie uświa­do­mić, kie­dy wi­dzie­li się po raz ostat­ni, a już na pew­no nie pa­mię­tał, jak daw­no temu roz­ma­wia­li jak lu­dzie.

– Cześć – od­parł. – Do­brze wy­glą­dasz.

Krzep­tow­ski skrzy­wił się.

– Wza­jem­nie – mruk­nął. – Co za bab­sko po­sa­dzi­ło dupę w po­ko­ju Ja­dwi­gi?

– Pies łań­cu­cho­wy To­kar­skie­go – oświad­czył Tysz­kie­wicz. – Wci­snął mi ją bez py­ta­nia o zda­nie. Pro­po­no­wa­łem, żeby sie­dzia­ła ze mną, nie chcia­ła, nie jest taka głu­pia, jak my­śla­łem.

– Wy­wa­lam ją na zbi­ty pysk. – Krzep­tow­ski za­czął się od­wra­cać.

– Po­cze­kaj – za­opo­no­wał Ja­kub. – Sia­daj, po­ga­da­my.

Krzep­tow­ski za­wa­hał się. Tysz­kie­wicz był pe­wien, że kil­ka dni temu, na pew­no przed śmier­cią Ja­dwi­gi, ale rów­nież tuż po niej, wiel­ki gó­ral nie roz­ma­wiał­by z ni­kim, tyl­ko za po­mo­cą zło­śli­wych ko­men­ta­rzy i gróźb po­zbył­by się in­tru­za na­ru­sza­ją­ce­go prze­strzeń jesz­cze nie­daw­no na­le­żą­cą do jego żony, trak­to­wa­ną nie­mal jak pry­wat­ną. Dziś było ina­czej, dziś Krzep­tow­ski się za­wa­hał.

A na­stęp­nie usiadł w fo­te­lu.

– To­kar­ski na ra­zie zo­sta­wił mnie na po­sa­dzie – po­wie­dział Ja­kub. – My­ślę, że do za­koń­cze­nia wi­zy­ty Ame­ry­ka­nów. Po­tem po­le­cę. Ty pew­nie też, choć może się mylę.

Krzep­tow­ski wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie po­świę­cał uwa­gi swo­jej przy­szło­ści, nie za­sta­na­wiał się nad nią. Raz tyl­ko prze­mknę­ła mu przez gło­wę myśl, że zmia­na oto­cze­nia i try­bu ży­cia po­mo­gła­by mu od­zy­skać rów­no­wa­gę. Miał na­wet ja­kiś cień po­my­słu, ale brak mu było sił, by za­brać się za jego do­pre­cy­zo­wa­nie, o wy­ko­na­niu nie wspo­mi­na­jąc.

– Bar­dzo do­brze – stwier­dził. – Tak czy ina­czej prze­sta­ło mnie to ba­wić.

– Nie walcz z tą babą. To kleszcz. Wej­dzie za skó­rę i bę­dzie pić krew. Sto­ją za nią nowi pa­no­wie.

– Nie­źle.

– Prze­żyj­my do czwart­ku wie­czo­rem. Po­tem zło­ży­my dy­mi­sję.

– Brzmi jak plan.

Ja­kub wy­cią­gnął dłoń. Krzep­tow­ski uści­snął ją.

We­szła Kika. Za­raz po niej Smo­trycz, bla­dy, z trwa­le za­mo­co­wa­nym na twa­rzy gniew­nym scep­ty­cy­zmem.

– Mi­ni­ster na­rzu­cił mi tę ko­bie­tę – po­wie­dział Ja­kub bez wstę­pów. – Bę­dzie się wtrą­cać i wę­szyć, może na­wet bę­dzie chcia­ła prze­jąć kon­tro­lę. Ma­cie ro­bić swo­je, w dra­stycz­nych przy­pad­kach da­waj­cie znać, spró­bu­ję ją zneu­tra­li­zo­wać, cho­ciaż nie ukry­wam, że od dzi­siej­sze­go rana mam nie­wiel­kie moż­li­wo­ści ma­new­ru.

– Cze­go ona wła­ści­wie chce? – za­py­tał Smo­trycz.

– Mógł­bym po­wie­dzieć, że szu­ka na mnie ha­ków, ale jest coś wię­cej – od­parł Tysz­kie­wicz po na­my­śle. – Ofi­cjal­na li­nia no­wych pa­nów jest taka, że je­ste­śmy nie­po­trzeb­ni. Będą re­for­mo­wać służ­by, część lu­dzi wy­wa­lą. Sły­sza­łem, że kom­pe­ten­cje BZT ma prze­jąć abwe­ra.

– Bez jaj – mruk­nął Krzep­tow­ski.

– Po­waż­nie – po­wie­dział Ja­kub. – ABW obok kontr­wy­wia­du ma zaj­mo­wać się kontr­ter­ro­ry­zmem, w ogó­le chcą jej dać spo­ro no­wych upraw­nień. Sek­cja sztur­mo­wa przej­dzie do BOA.

– Goź­dzik się za­pła­cze – od­par­ła Kika. Nad­ko­mi­sarz Goź­dzik był sze­fem sa­mo­dziel­nej sek­cji sztur­mo­wej w struk­tu­rach Biu­ra. Cały służ­bo­wy czas – i spo­rą część pry­wat­ne­go – po­świę­cał na pod­nie­sie­nie po­zio­mu wy­szko­le­nia swo­ich lu­dzi. Zor­ga­ni­zo­wał wie­le ty­go­dnio­wych kur­sów i ćwi­czeń, na któ­rych in­struk­to­ra­mi byli do­świad­cze­ni ope­ra­to­rzy Jed­nost­ki Woj­sko­wej 2305, bar­dziej zna­nej pod na­zwą GROM. Szu­kał no­wych roz­wią­zań i bar­dzo dużo wy­ma­gał od swo­ich pod­ko­mend­nych. Wy­kłó­cał się o do­dat­ko­we środ­ki, po­sy­łał lu­dzi na za­gra­nicz­ne sta­że, nie­ustan­nie bom­bar­do­wał Tysz­kie­wi­cza żą­da­nia­mi za­ku­pu co­raz to no­wych ele­men­tów wy­po­sa­że­nia. Goź­dzik był per­fek­cjo­ni­stą, z nie­ukry­wa­nym po­czu­ciem wyż­szo­ści pa­trzą­cym na po­li­cyj­nych ko­le­gów po fa­chu pra­cu­ją­cych w Biu­rze Ope­ra­cji An­ty­ter­ro­ry­stycz­nych. Po­mysł, że bę­dzie mu­siał wraz ze swo­imi ope­ra­to­ra­mi wejść w nowe struk­tu­ry i roz­to­pić się w nich, z pew­no­ścią spo­tka się z gwał­tow­nym opo­rem.

– Zo­ba­czy­my – stwier­dził Ja­kub. Za­czy­nał do­cho­dzić do wnio­sku, że nie bę­dzie tra­cił ener­gii na wal­kę, któ­rej wy­gra­nie leży poza za­się­giem moż­li­wo­ści. – Na ra­zie sku­pia­my się na za­da­niu. Jest coś no­we­go?

– Spo­kój – od­par­ła Kika. – Żad­ne roz­pra­co­wa­nia nie przy­nio­sły kon­kret­nych re­zul­ta­tów. Nikt nie chce od­strze­lić gło­wy ani ame­ry­kań­skie­mu pre­zy­den­to­wi, ani na­wet na­sze­mu. Każ­da groź­ba oka­za­ła się fej­kiem. Aż mnie to dzi­wi.

Uśmiech­nę­li się jak na ko­men­dę, na­wet Smo­trycz.

– Jak idzie współ­pra­ca z UZIP-em? – za­py­tał Ja­kub. Urząd Za­bez­pie­cze­nia In­sty­tu­cji Pań­stwa, mimo bli­sko dwu­let­nie­go ist­nie­nia, był na­dal fir­mą w or­ga­ni­za­cji, z per­so­ne­lem po­ścią­ga­nym z naj­róż­niej­szych służb, z mo­zo­łem wy­pra­co­wu­ją­cą nowe pro­ce­du­ry, uczą­cą się współ­pra­cy z in­ny­mi. Za­li­cza­li wpad­kę za wpad­ką, mimo to Tysz­kie­wicz miał nie naj­gor­sze zda­nie o puł­kow­ni­ku Ma­sta­le­rzu. Fa­cet wcze­śniej pra­co­wał w Agen­cji Wy­wia­du i przy­naj­mniej nie miał opo­rów, by dzie­lić się in­for­ma­cja­mi.

Kika kiw­nę­ła gło­wą.

– Gład­ko – od­par­ła. – Mają urwa­nie gło­wy z za­bez­pie­cze­niem prze­jaz­du ko­lum­ny i sa­mych roz­mów w pa­ła­cu, ale Nie­zgo­da jest w po­rząd­ku. Nie uda­je ko­goś, kim nie jest.

Pod­puł­kow­nik Nie­zgo­da peł­nił funk­cję za­stęp­cy dy­rek­to­ra Urzę­du i łącz­ni­ka do współ­pra­cy ze służ­ba­mi. Ja­kub kil­ku­krot­nie brał udział w or­ga­ni­zo­wa­nych przez nie­go spo­tka­niach ko­or­dy­na­cyj­nych. Zda­rza­ło mu się spo­ty­kać gor­szych.

– Cen­ne – mruk­nął Ja­kub. – Ame­ry­ka­nie?

– Ci­sza. Nic nie mó­wią i ni­cze­go nie chcą.

Tysz­kie­wicz po­my­ślał, że to nie musi wró­żyć ni­cze­go do­bre­go, ale po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza. Spoj­rzał w okno. Chy­ba ni­g­dy nie wi­dział nie­ba o bar­wie oło­wiu na­ma­lo­wa­ne­go w se­pii. Lało nie­ustan­nie, bez chwi­li prze­rwy na od­dech. Ci­śnie­nie spa­dło do nie­spo­ty­ka­ne­go po­zio­mu, po­wo­do­wa­ło sen­ność, de­kon­cen­tro­wa­ło. Sie­dem­dzie­siąt dwie go­dzi­ny, po­my­ślał. Za czte­ry dni o tej po­rze będę je­chał sto czter­dzie­ści na go­dzi­nę albo sie­dział w ja­kiejś przy­droż­nej knaj­pie za Ber­li­nem i jadł obiad z He­le­ną i dzieć­mi.

Na te­le­fo­nie sta­cjo­nar­nym za­czę­ła mi­gać czer­wo­na lamp­ka. Ja­kub wci­snął przy­cisk in­ter­ko­mu.

– Sze­fie, pil­ne we­zwa­nie do mi­ni­stra To­kar­skie­go – usły­szał głos se­kre­tar­ki. – Te­raz. Pan i pierw­szy za­stęp­ca.

– Dzię­ku­ję.

Krzep­tow­ski za­czął się pod­no­sić.

– Zo­stań – po­wie­dział Ja­kub. – Po­ja­dę z Pa­skie­wicz. Niech po­wą­cha praw­dzi­wą ro­bo­tę.

Krzep­tow­ski nie dys­ku­to­wał.

Pa­skie­wicz rów­nież. Gdy Ja­kub oznaj­mił jej, że jadą do sze­fa, po pro­stu za­ło­ży­ła płaszcz i była go­to­wa. Przed drzwia­mi do bu­dyn­ku Ja­kub za­wa­hał się. Ścia­na desz­czu od­ci­na­ła ich od sa­mo­cho­du, choć do przej­ścia było naj­wy­żej dwa­dzie­ścia me­trów. Be­ton par­kin­gu po­kry­wa­ły wiel­kie lu­stra wody marsz­czo­nej przez wiatr. Ja­kub roz­ło­żył pa­ra­sol i ru­szył, wła­ści­wie nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Po dwóch kro­kach miał prze­mo­czo­ne nogi. Gdy do­tarł do sa­mo­cho­du, spodnie były mo­kre do ko­lan. Pa­skie­wicz wy­glą­da­ła nie le­piej, ale nie na­rze­ka­ła. Mu­sie­li od­cze­kać pięć mi­nut, nim uru­cho­mio­na na całą moc dmu­cha­wa po­ra­dzi­ła so­bie z za­pa­ro­wa­ny­mi szy­ba­mi. Wy­cie­racz­ki były o krok za ży­wio­łem. Wil­goć wci­ska­ła się w naj­mniej­szą szcze­li­nę, zda­wa­ła się nie­mal­że prze­ni­kać przez ka­ro­se­rię.

Na uli­cach pa­no­wał cha­os. War­szaw­scy kie­row­cy jeż­dżą szyb­ko pod­czas sło­necz­nej po­go­dy, deszcz wy­zwa­la w nich ostroż­ność śli­ma­ka i nie­udol­ność po­cząt­ku­ją­cych. Wszyst­ko od­by­wa się w zwol­nio­nym tem­pie, każ­da re­ak­cja zaj­mu­je wie­ki. Kor­ki za­czy­na­ją się przed siód­mą rano i nie ma­le­ją do póź­nych go­dzin wie­czor­nych. Mia­sto przy­po­mi­na zla­ny wodą gar­nek z me­la­są. Dziś przy­po­mi­na­ło gar­nek z me­la­są wrzu­co­ny do rwą­cej rze­ki.

– Jak w śro­dę pre­wen­cja wy­łą­czy z ru­chu tra­sę prze­jaz­du pre­zy­denc­kiej ko­lum­ny, War­sza­wa sta­nie i wy­buch­nie re­wo­lu­cja – mruk­nął Tysz­kie­wicz, to­cząc się z pręd­ko­ścią dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

– To jest ab­so­lut­nie nie­moż­li­we – od­par­ła kula bi­lar­do­wa. Ja­kub ob­ser­wo­wał ją ką­tem oka. Mimo wszyst­ko nie po­dej­rze­wał, żeby wzię­ła uwa­gę se­rio, zresz­tą mógł da­ro­wać so­bie ko­men­ta­rze. Po­wi­nien sku­pić się na naj­bliż­szych go­dzi­nach i tak­ty­ce prze­trwa­nia.

– Mó­wię ogól­nie. Wiesz, o co cho­dzi sze­fo­wi? – za­py­tał.

Han­na Pa­skie­wicz po­ru­szy­ła się. Zro­zu­mia­ła…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej