Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 871 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Desperacja - Stephen King

Górnicze miasteczko Desperacja, położone w odludnej części środkowej Newady, staje się miejscem niezwykłych, przerażających wydarzeń. Niegdyś kipiące życiem, od pewnego czasu sprawia wrażenie opuszczonego przez mieszkańców. Zostały tylko kojoty, skorpiony i myszołowy... oraz miejscowy policjant Collie Entragian, mianujący się jedynym przedstawicielem prawa na zachód od Pecos, który patroluje przebiegającą obok drogę nr 50. Podróżni, jacy trafili tu zrządzeniem losu, a wśród nich rodzina Carverów i jadący 700-funtowym harleyem sławny pisarz Johnny Marinville, nigdy nie dotrą do celu swojej podróży, a ich przeznaczeniem będzie poznać prawdziwy sens słowa "Desperacja".

Opinie o ebooku Desperacja - Stephen King

Fragment ebooka Desperacja - Stephen King

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Motto

Część I

Rozdział 1

Rozdział 2

O książce

Powieść z Johnnym Marinville’em – bohaterem Regulatorów

Najgorsze miejsce do życia…

Jeszcze gorsze do umierania…

Zło mieszka właśnie tutaj…

Desperacja - niegdyś kipiące życiem górnicze miasteczko w Nevadzie. Teraz zostały w nim tylko kojoty, skorpiony i węże… I policjant, Collie Entragian, który jako jedyny przedstawiciel prawa w tej okolicy patroluje przebiegającą przez nią szosę.

Nikt nie obiera sobie tego miejsca za cel podróży, a jeśli ktoś tu trafia, to tylko przypadkowo - tak jak rodzina Carverów czy jadący harleyem zadufany w sobie, sławny pisarz John Edward Marinville.

A może to nie przypadek, tylko przeznaczenie. Może trafiają tu po to, żeby poznać pełne znaczenie słowa DESPERACJA.

W 2006 roku powstała telewizyjna ekranizacja powieści (scenariusz napisał sam King), w roli szeryfa wystąpił Ron Perlman, czyli niezapomniany Hellboy.

Stephen King

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiada­nia i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Dolores Claiborne, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, na podstawie którego powstał film z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych. W 2017 r. na ekrany kin weszła także długo oczekiwana ekranizacja jednej z kultowych powieści Kinga, To.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Stephen King wciąż szuka nowych wyzwań – w ostatnich latach napisał trylogię kryminalną z detektywem Billem Hodgesem, do której należą książki: Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty.

stephenking.com

Tego autora

ROSE MADDER

DOLORES CLAIBORNE

GRA GERALDA

DESPERACJA

REGULATORZY

SKLEPIK Z MARZENIAMI

BEZSENNOŚĆ

ZIELONA MILA

MARZENIA I KOSZMARY

KOMÓRKA

CZTERY PO PÓŁNOCY

CHUDSZY

TO

BASTION

OCZY SMOKA

PO ZACHODZIE SŁOŃCA

CZTERY PORY ROKU

UCIEKINIER

CZARNA BEZGWIEZDNA NOC

CUJO

PODPALACZKA

ROK WILKOŁAKA

MROCZNA POŁOWA

WOREK KOŚCI

DZIEWCZYNA, KTÓRA

KOCHAŁA TOMA GORDONA

NOCNA ZMIANA

ŁOWCA SNÓW

OSTATNI BASTION BARTA

DAWESA

BLAZE

Trylogia PAN MERCEDES

PAN MERCEDES

ZNALEZIONE NIE KRADZIONE

KONIEC WARTY

SagaMROCZNA WIEŻA

ROLAND

(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)

POWOŁANIE TRÓJKI

ZIEMIE JAŁOWE

CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ

WIATR PRZEZ DZIURKĘ

OD KLUCZA

WILKI Z CALLA

PIEŚŃ SUSANNAH

MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzneMROCZNA WIEŻA

NARODZINY

REWOLWEROWCA

DŁUGA DROGA DO DOMU

ZDRADA

UPADEK GILEAD

BITWA O JERICHO HILL

POCZĄTEK PODRÓŻY

SIOSTRZYCZKI Z ELURII

BITWA O TULL

Stephen King, Richard Chizmar

PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill

W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan

TWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:

DESPERATION

Copyright © Stephen King 1996

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Krzysztof Sokołowski 1997

Redakcja: Anna Calikowska

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-194-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Cartera Witheya

Podziękowania

Podziękowania należą się przede wszystkim czterem osobom: Richowi Hastlerowi z Magma Mining Corporation, duchownemu episkopalnemu Williamowi Winstonowi, memu długoletniemu (i, pragnę dodać, od wielu lat cierpiącemu) redaktorowi Chuckowi Verrillowi, Tabicie King, żonie i najostrzejszemu krytykowi. A teraz… resztę formuły znasz, mój Wierny Czytelniku, więc wypowiemy ją chórem, zgoda?

Za to, co dobre, dziękuj im, za to, co złe, obwiniaj mnie.

S. K.

Pejzażem jego poezji pozostaje pustynia

Salman Rushdie: Szatańskie wersety

Część ISZOSA NUMER PIĘĆDZIESIĄT:W DOMU WILKA, W DOMU SKORPIONA

Rozdział 1

1

– O Boże! Jezu przenajświętszy, co za obrzydlistwo!

– Mary? Co się stało… Mary?

– Nie widziałeś?

– Niby czego?

Obrzuciła go spojrzeniem. W ostrym słońcu pustyni jej twarz była bardzo blada, cała oprócz czerwonych plam opalenizny na policzkach i na czole, gdzie skóry nie zdołał obronić jej krem z najmocniejszym protektorem. Cerę miała jasną, bardzo delikatną.

– Tego znaku. Ograniczenie prędkości.

– No i co?

– Ktoś powiesił na nim martwego kota, Peter. Przybił go, przykleił, wszystko jedno!

Peter mocno wcisnął hamulec, ona jednak natychmiast złapała go za rękę.

– Nie waż się zawracać, słyszysz!

– Ale…

– Co „ale”? Chcesz mu zrobić zdjęcie? Nic z tych rzeczy, skarbie. Jeśli znów go zobaczę, zwymiotuję.

– To był biały kot?

We wstecznym lusterku widział ciemny znak, pewnie to ograniczenie prędkości, o które jej chodziło… i nic więcej. Gdy je mijali, patrzył akurat w przeciwnym kierunku, na jakieś ptaki lecące w stronę najbliższego pasma gór. Tu kierowca nie musiał poświęcać przesadnej uwagi drodze; stan Nevada nazwał ten odcinek szosy numer pięćdziesiąt „najmniej uczęszczaną z dróg Ameryki” i – zdaniem Petera Jacksona – była to nazwa w pełni słuszna. Oczywiście, Peter był nowojorczykiem z krwi i kości, a poza tym podejrzewał, że w tej chwili doświadcza kumulatywnego efektu strachu. Agorafobia Pustynna, Syndrom Sali Balowej, coś w tym rodzaju.

– Nie, pręgowany. O co ci chodzi?

– Myślałem o satanistach na pustyni. Podobno mieszka tu kupa wariatów, czy nie to przypadkiem próbowała nam wmówić Marielle?

– Ludzi o niezwykłych poglądach. Tak to, zdaje się, określiła. Cytuję: „W środkowej Nevadzie mieszka mnóstwo ludzi o niezwykłych poglądach”. Koniec cytatu. Gary był bardzo podobnego zdania. Tylko, że od czasu przekroczenia granicy z Kalifornią nie spotkaliśmy jeszcze nikogo i…

– A Fallon?

– Stacje benzynowe się nie liczą. Zresztą nawet tam, ci ludzie… – spojrzała na niego jakoś dziwnie, beznadziejnie; ostatnimi czasy nieczęsto widział na jej twarzy ten szczególny wyraz, choć poznał go doskonale przez kilka miesięcy po poronieniu. – Co tu robią ludzie, Peter? Vegas i Reno rozumiem, rozumiem nawet Winnemucca i Wendover…

– Ludzie, którzy przyjeżdżają tu z Utah, żeby sobie pograć, nazywają Wendover „Wężowe” – powiedział z uśmiechem Peter. – Wiem od Gary’ego.

Zignorowała jego żart.

– …ale reszta stanu? Przecież mieszkają tu ludzie… po co przyjechali, dlaczego nie wyjeżdżają? Wiem, urodziłam się i wychowałam w Nowym Jorku, więc chyba nic nie rozumiem, ale…

– Jesteś pewna, że to nie był biały kot? Albo czarny?

Zerknął w lusterko, ale ciągnął równe sto dziesięć i przy tej prędkości znak wtopił się już w plamiste tło piachu, kaktusów i bladobrązowych wzgórz. No, ale nareszcie pojawił się za nimi jakiś samochód – dostrzegł oślepiający błysk słońca odbitego w przedniej szybie. Samochód jechał o jakieś dwa kilometry z tyłu. Może trzy.

– Nie. Pręgowany, przecież ci mówiłam. I może odpowiedziałbyś mi wreszcie na pytanie. Kim są podatnicy ze środkowej Nevady i dlaczego nie opuszczą środkowej Nevady przy pierwszej sprzyjającej okazji?

Wzruszył ramionami.

– No, nie mieszka tu aż tak wielu podatników. Największym miastem przy pięćdziesiątej jest Fallon, poza tym są tu przeważnie farmy. W przewodniku napisali, że tama na jeziorze umożliwiła irygację. Uprawiają głównie melony. I zdaje się, że w pobliżu jest baza wojskowa. Fallon było stacją na trasie Pony Expressu1, wiesz o tym?

– Mam to w nosie – stwierdziła. – Mam to w nosie razem z melonami.

Prawą rękę położył na moment na jej lewej piersi.

– Bardzo fajne ma pani melony.

– Dziękuję. I nie chodzi mi o Fallon. Mam w nosie każdy stan, w którym z drogi nie widać ani jednego domu, ani jednego drzewa i gdzie do znaków ograniczeń prędkości przybija się koty.

– No, wiesz, jest to kwestia zakresu percepcji – powiedział, uważnie dobierając słowa. Z Mary było czasami tak, że człowiek nie wiedział, kiedy mówi poważnie, a kiedy się po prostu nakręca. – Komuś przyzwyczajonemu do wielkiego miasta Wielka Niecka nie mieści się w zakresie percepcji. To wszystko. Nie chodzi tylko o ciebie. O mnie też. Samego nieba jest tu tyle, że mam pietra. Od rana, kiedy ruszyliśmy w drogę, czuję, jak przydusza mnie do ziemi.

– Ja też. Po prostu jest go za wiele.

– Żałujesz, że wybraliśmy tę drogę?

Zerknął w lusterko. Jadący za nimi samochód wyraźnie się zbliżył. To nie ciężarówka, których kilka widzieli już od chwili wyjazdu z Fallon (wszystkie jechały zresztą w przeciwnym kierunku, na zachód), tylko samochód osobowy. Gnał na złamanie karku.

Myślała przez chwilę, a potem potrząsnęła głową.

– Nie. Miło było zobaczyć Gary’ego i Marielle, a Lake Tahoe…

– Piękne, prawda?

– Nieprawdopodobnie piękne. Nawet to… – Mary wyjrzała przez okno. – …nawet to jest przecież bardzo piękne, nie mówię „nie”. Pewnie zostanie mi w pamięci do końca życia. Piękne, ale…

– …przerażające – dokończył za nią. – Przynajmniej dla nowojorczyka.

– Słusznie. Miejski zakres percepcji. Zresztą, gdybyśmy pojechali osiemdziesiątą, to tam też jest tylko pustynia.

– Racja. I chwasty po asfalcie się toczą…

Zerknął w lusterko. Szkła okularów, które wkładał, siadając za kierownicą, błysnęły w słońcu. Doganiał go policyjny radiowóz. Miał co najmniej sto pięćdziesiąt na liczniku. Peter odbił w prawo, aż prawymi kołami zjechał na betonowe pobocze, wzniecając chmurę kurzu.

– Pete, co ty wyprawiasz?!

Kolejny rzut oka w lusterko. Wielka chromowana atrapa niemal dotykała ich zderzaka. Promienie słońca odbijały się od niej z dziką wściekłością, musiał zmrużyć oczy, ale mimo to był przekonany, że samochód jest biały – więc to nie radiowóz policji stanowej.

– Znikam z pola widzenia. My, małe, zwinne chytruski, uważamy, żeby nikomu nie rzucać się w oczy. Mamy na tyłku gliniarza, który cholernie się gdzieś spieszy. Pewnie ściga…

Radiowóz wyprzedził ich błyskawicznie. Acura, własność siostry Petera, zakołysała się na resorach od podmuchu. Był biały, a właściwie szary od kurzu, przynajmniej od klamek w dół. Na drzwiczkach miał znak, ale wyprzedził ich tak szybko, że Peter zdołał odczytać wyłącznie DES…. Pewnie od Destry. Dobra nazwa dla zagubionego w środku niczego miasteczka w Nevadzie.

– …tego kogoś, kto przybił do znaku kota – dokończył Peter.

– Dlaczego jedzie tak szybko bez świateł i syreny?

– A po co mu tu światła i syrena?

– No… – zawahała się i znów spojrzała na niego jakoś dziwnie. – …przecież właśnie nas wyprzedził.

Już miał powiedzieć coś mądrego, otworzył nawet usta… lecz zamknął je, nie wypowiedziawszy ani słowa. Miała rację. Gliniarz musiał ich widzieć co najmniej od chwili, kiedy oni dostrzegli jego, pewnie zauważył ich znacznie wcześniej, więc dlaczego nie włączył świateł i syreny, choćby dla świętego spokoju? Och, oczywiście Peter prowadził wystarczająco dobrze, by z własnej inicjatywy zjechać na bok, zostawić mu tyle miejsca, ile to tylko możliwe na tej drodze, ale…

Światła stopu radiowozu nagle błysnęły. Peter odruchowo, instynktownie kopnął hamulec, chociaż zwolnił już do dziewięćdziesiątki, a policjant znajdował się wystarczająco daleko, więc nie było nawet mowy o zderzeniu. W chwilę potem radiowóz zjechał na lewy pas.

– Co on robi? – spytała Mary.

– Właściwie to… no, właściwie nie wiem.

Lecz, oczywiście, wiedział. Jadący przed nimi samochód zwalniał. Z „a niech was wszyscy diabli” przyzwoitej stopięćdziesiątki do osiemdziesiątki. Marszcząc czoło, bo wcale nie chciał się do niego zbliżać, choć nie wiedział dlaczego, Peter także zwolnił. Igła prędkościomierza należącej do Deirdre acury zatrzymała się na siedemdziesiątce.

– Peter? – W głosie Mary brzmiał niepokój. – Peter, to mi się wcale nie podoba.

– Nic się nie dzieje – uspokoił ją, ale czy rzeczywiście nic się nie działo?

Wpatrywał się w policyjny wóz toczący się teraz powoli lewym pasem i myślał. Bardzo chciał zobaczyć siedzącego za kierownicą człowieka, lecz nie mógł. Tylna szyba radiowozu była niemal czarna od kurzu.

Światła stopu, zakurzone tak samo jak tylna szyba, rozbłysły znowu. Teraz radiowóz jechał nie więcej niż pięćdziesiąt. Na szosie pojawił się skoczek stepowy – wielkie radialne opony radiowozu spłaszczyły go na placek. Pod acurą znalazł się, gdy przypominał już wyłącznie siatkę z połamanych palców. Petera przeraziło to nagle, nagle niemal odchodził od zmysłów z przerażenia, nie mając przy tym najmniejszego pojęcia, czego się boi.

Bo Nevada pełna jest ludzi o zdecydowanych poglądach. Przynajmniej według Marielle, a Gary się z nią zgodził. Ludzie o zdecydowanych poglądach zachowują się w pewien szczególny sposób. Mówiąc po prostu, zachowują się dziwnie.

Bzdura, oczywista bzdura, nic dziwnego się tu nie dzieje, nic a nic, chociaż…

Błysk stopu. Peter nacisnął hamulec. Ani przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, co robi. Zerknął na prędkościomierz. Jechał nędzne czterdzieści kilometrów na godzinę.

– Czego on od nas chce, Peter?

Odpowiedź na to pytanie nie nastręczała najmniejszych kłopotów.

– Chce znów znaleźć się za nami.

– Dlaczego?

– Skąd mam wiedzieć?

– Dlaczego po prostu nie stanie na poboczu?

– Nie wiem.

– Co masz zamiar…?

– Wyprzedzę go, dobra? – I, nie wiedząc, skąd mu się wzięły te słowa, Peter dodał: – W końcu to nie my przybiliśmy tego kota, prawda?

Przycisnął gaz. Niemal natychmiast zrównali się z brudnym radiowozem, jadącym teraz nie więcej niż trzydzieści na godzinę. Mary złapała męża za rękaw niebieskiej flanelowej koszuli wystarczająco mocno, by poczuł przez materiał nacisk jej krótkich paznokci.

– Nie. Nie wyprzedzaj go.

– Mary, a to jakim cudem!

Dalsza rozmowa na temat gliniarza i radiowozu nie miała po prostu sensu. Już go wyprzedzili. Prawie. Acura zrównała się z białym caprice i prawie natychmiast znalazła się przed nim. Przez dwie brudne szyby Peter prawie nic nie widział. Dostrzegł sylwetkę, sylwetkę wielkiego faceta, i tyle. Miał także wrażenie, że policjant patrzył w jego kierunku. Przy okazji odczytał znak na drzwiach: „Komisariat Policji w Desperacji” i herb miasteczka – górnik i jeździec ściskający sobie dłonie.

Desperacja – pomyślał. – To lepsze od Destry. O wiele lepsze.

Gdy tylko acura znalazła się przed nim, radiowóz przyspieszył, zjechał na właściwy pas i uczepił się jej zderzaka. Jechali tak w tandemie przez pół minuty, może czterdzieści sekund, choć dla Petera trwało to znacznie dłużej. Niebieski kogut na dachu caprice przebudził się wreszcie do życia. Peter poczuł, jak żołądek kurczy mu się, ale nie ze zdziwienia. Niczemu się nie dziwił. Niczemu.

2

Mary nie zdjęła dłoni z rękawa jego koszuli i teraz, gdy Peter zjechał na pobocze, kurczowo ścisnęła go za ramię.

– Peter, co ty wyprawiasz? Co ty wyprawiasz!?

– Muszę się zatrzymać. Włączył koguta, więc muszę się zatrzymać.

– Nie podoba mi się to. – Rozejrzała się nerwowo. Niewiele tu było do oglądania: pustynia, wzgórza i mnóstwo błękitnego nieba. – Przeskrobaliśmy coś.

– Prawdopodobnie przekroczyliśmy dozwoloną prędkość.

Spojrzał w boczne lusterko. Nad napisem UWAGA! MOGĘ BYĆ BLIŻEJ, NIŻ SĄDZISZ! dostrzegł otwierające się, zakurzone białe drzwiczki. A potem wielką nogę w spodniach khaki. W ślad za gigantyczną nogą objawił się powoli cały kierowca, wkładający właśnie na głowę szerokoskrzydły, typowy policyjny kapelusz (zdaniem Petera nie był w stanie prowadzić w kapeluszu, bo i bez niego głową dotykał podsufitki). Mary odwróciła się tymczasem. Obserwowała policjanta z szeroko otwartymi ustami.

– Jezu Chryste, facet jest wielki jak zawodowy futbolista!

– Większy – poprawił ją Peter.

Używając dachu samochodu jako punktu odniesienia (mniej więcej metr pięćdziesiąt) wyliczył szybko, że idący niespiesznie w stronę acury facet ma co najmniej dwa metry wzrostu. Ważył najmarniej ponad sto dwadzieścia kilogramów, a może nawet ponad sto pięćdziesiąt.

Mary puściła ramię męża i wtuliła się w drzwiczki, by jak najdalej odsunąć się od wielkoluda. Policjant miał na biodrze kaburę z rewolwerem pasującym do niego wymiarami, ale jego ręce były puste. Nie trzymał w nich ani notesu, ani książeczki mandatowej. Peterowi mocno się to nie podobało. Nie wiedział, o co chodzi, ale i tak mocno mu się to nie podobało. W całej swej karierze kierowcy, podczas której otrzymał między innymi cztery mandaty za złe parkowanie i ostrzeżenie za prowadzenie po alkoholu (trzy lata temu, po wydziałowej Wigilii), policjant nigdy nie podszedł do niego z pustymi rękami. Puste ręce tego policjanta strasznie mu się nie podobały. Serce, już pracujące bardzo szybko, przyspieszyło mu jeszcze odrobinę. Nie waliło w piersiach, przynajmniej jeszcze nie, ale próbowało dać do zrozumienia, że może zacząć walić. Że bez problemu może zacząć walić bardzo mocno.

Jesteś durniem i doskonale o tym wiesz – powiedział sobie. – Chodzi o przekroczenie dozwolonej prędkości, o nic więcej tylko o przekroczenie dozwolonej prędkości. Nawet na tej drodze obowiązuje pewnie ograniczenie do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę i chociaż to żart, wszyscy wiedzą, że to żart, ten facet ma przecież normę do wykonania. A jeśli chodzi o przekroczenie prędkości, najlepiej wlepić mandat komuś spoza stanu. Przecież wiesz. Więc… jak brzmiał tytuł tego starego albumu Van Halen? „Żryj i uśmiechaj się”?

Gliniarz zatrzymał się przy oknie od strony kierowcy. Sprzączka pasa à la Sam Browne2 znajdowała się mniej więcej na wysokości oczu Petera. Gliniarz nie zadał sobie trudu, by się pochylić; po prostu zwinął dłoń w pięść – wielkości sporego bochna chleba – i zakręcił nią w powietrzu.

Peter zdjął okrągłe okulary bez oprawki, wsadził je do kieszeni i powoli opuścił szybę. Doskonale świadom był dobiegającego go z głębokiego pasażerskiego siedzenia sportowego samochodu ciężkiego oddechu Mary. Oddychała tak, jakby właśnie skakała na skakance albo kochała się.

Gliniarz ugiął kolana, równiutko i gładko. W okienku pojawiła się jego wielka, poważna twarz. Czoło przecinała linia cienia rzucanego przez szerokie rondo kapelusza. Skórę miał niezdrowo zaróżowioną. Zapewne – pomyślał Peter – mimo swych imponujących rozmiarów podobnie jak Mary nie najlepiej znosi słońce pustyni. Jasnoszarych oczu nie odwracał wprawdzie, ale nie było też w nich żadnych uczuć, w każdym razie żadnych, które Peter potrafiłby odczytać. Czuł tylko jakiś zapach. Prawdopodobnie old spice.

Gliniarz zaledwie na niego zerknął, po czym powiódł wzrokiem po wnętrzu samochodu. Najpierw z klinicznym zainteresowaniem obejrzał sobie Mary (typ: Amerykańska Żona, ładna buźka, dobra figura, niewielki przebieg, żadnych widocznych blizn), a potem zlustrował leżące na tylnym siedzeniu aparaty fotograficzne, kamerę wideo i torby. Nie zdążyli zaśmiecić wnętrza; z Oregonu wyjechali zaledwie trzy dni temu, a półtora dnia spędzili z Garym i Marielle Sodersonami, słuchając starych płyt i rozmawiając o dawnych czasach.

Nieco dłuższej inspekcji poddana została wysunięta popielniczka. Zdaniem Petera policjant szukał w niej niedopałków skrętów, pewnie też próbował wywęszyć zapach haszu lub marihuany. Poczuł przejmującą ulgę; nie palił trawki od piętnastu lat, nigdy nawet nie spróbował kokainy, a po ostrzeżeniu za prowadzenie po alkoholu właściwie przestał pić. Zapach marychy czuł ostatnio na jakimś koncercie rockowym – oto zasięg jego współczesnych narkotykowych doświadczeń. Mary w ogóle nie zażywała – czasami mówiła o sobie „narkotykowa dziewica”. Całą zawartość popielniczki stanowiło kilka zgniecionych sreberek po gumie do żucia, na tylnym siedzeniu nie walały się puszki po piwie lub butelki wina.

– Wiem, jechałem trochę za szybko.

– Gaz do dechy, prawda, panie kierowco? – odparł gigant wyjątkowo sympatycznym głosem. – Gaz do dechy! Mogę prosić pana o prawo jazdy i dowód rejestracyjny?

– Oczywiście! – Peter wyjął portfel z tylnej kieszeni spodni. – Ale to nie mój samochód – uprzedził. – Należy do mojej siostry. Odwozimy go do Nowego Jorku. Z Oregonu. Studiowała w Reed. W Reed College, w Portland.

Zdawał sobie sprawę z tego, że plecie od rzeczy, nie był jednak całkiem pewien, czy potrafi przestać. Dziwne, że przy gliniarzu człowiek zawsze bredzi, jakby w bagażniku wiózł poćwiartowane zwłoki albo porwane dzieci. Pamiętał, iż podobnie bredził, kiedy zatrzymano go na przelotówce Long Island, po tym wigilijnym spotkaniu. Gadał i gadał, słowa po prostu się z niego wylewały, policjant natomiast milczał jak zaklęty, zajmował się swoimi sprawami, najpierw sprawdzał papiery, a potem wynik testu alkoholomierzem.

– Mare? Mogłabyś wyjąć dowód rejestracyjny? Jest w skrytce. W małej plastikowej kopercie, razem z ubezpieczeniem.

Mary nawet nie drgnęła. Widział ją kątem oka; siedziała nieruchomo, on zaś otworzył portfel i rozpoczął poszukiwanie prawa jazdy. Powinno być tu, za plastikową wkładką, tuż obok przegródki na banknoty, powinno od razu rzucić mu się w oczy, ale jakoś nie chciało.

– Mare? – powtórzył nieco ostrzej, lekko zniecierpliwiony i znów mocno przestraszony.

A co, jeśli to cholerne prawo gdzieś mu się zapodziało? Wypadło na podłogę u Gary’ego, na przykład, podczas gdy przekładał wszystkie te śmieci (w czasie podróży w kieszeniach gromadzi się tyle śmieci) z jednej pary dżinsów do drugiej. Nie wypadło, oczywiście, ale gdyby wypadło, jakie byłoby to typowe…

– Mary, mogłabyś mi pomóc? Wyciągnij ze skrytki ten cholerny dowód rejestracyjny! Proszę.

– Och, dowód! Tak, już.

Pochyliła się; przypominała przy tym jakąś starą, zardzewiałą maszynę, pobudzoną do życia przez prąd pod sporym napięciem. Otworzyła skrytkę. Zaczęła się przekopywać przez jej zawartość, której część musiała wyjąć – na pół pełną torebkę prażynek, taśmę Bonnie Raitt, która zniknęła w radiomagnetofonie acury, mapę drogową Kalifornii – żeby dogrzebać się do dalszych skarbów. Na jej lewej skroni Peter dostrzegł krople potu. Pasma krótkich, ciemnych włosów były wręcz mokre od potu, choć klimatyzacja dmuchała jej wprost w twarz.

– Nie wiem… – I nagle z wielką ulgą w głosie: – …o, jest!

W tym samym momencie Peter znalazł wreszcie prawo jazdy, ukryte wśród wizytówek. Nie pamiętał, by je tam chował – po co, na litość boską, miałby to robić? – ale przynajmniej wreszcie się znalazło. Na zdjęciu nie wyglądał wcale na adiunkta na wydziale anglistyki Nowojorskiego Uniwersytetu Miejskiego, lecz raczej na bezrobotnego robotnika rolnego (a także, być może, seryjnego mordercę). Przypominał jednak na nim siebie samego, to był on, niewątpliwie on i na duszy zrobiło mu się wyraźnie lżej. Mieli konieczne papiery, istniał Bóg na niebie, a świat nadal był w porządku.

Poza tym – pomyślał, wręczając gliniarzowi prawo jazdy – przecież to nie Albania, prawda? Być może Nevada nie mieści się w sferze pojmowania normalnego człowieka, ale bez najmniejszych wątpliwości nie jest Albanią.

– Peter?

Odwrócił się, wziął plastikową kopertę i przy okazji puścił oczko do Mary. Próbowała docenić ten żart uśmiechem, ale nie wyszło to najlepiej. Powiał wiatr, niesione nim drobinki piasku użądliły Petera w policzek. Zmrużył oczy. Nagle zapragnął znaleźć się trzy tysiące kilometrów od Nevady. Obojętne w jakim kierunku.

Wziął dowód rejestracyjny i próbował oddać go gliniarzowi. Gliniarz nadal jednak wpatrywał się w prawo jazdy.

– Widzę, że zarejestrował się pan jako dawca – zauważył, nie podnosząc wzroku. – To mądre posunięcie, tak pan uważa?

Petera to pytanie straszliwie zaskoczyło.

– No cóż, przecież…

– Czy to dowód rejestracyjny? – przerwał mu raźnym głosem wielki glina.

Patrzył na świstek kanarkowożółtego papieru.

– Tak.

– Poproszę.

Peter podał mu dowód przez okno. Gliniarz, kucając w słońcu niczym Indianin, miał teraz zajęte obie dłonie. Przyglądał się to jednej, to drugiej; trwało to, przynajmniej pozornie, bardzo długo, za długo. Peter poczuł delikatny nacisk na udzie; aż podskoczył, lecz zaraz zorientował się, że to ręka Mary. Ujął ją i poczuł, jak jej palce zaciskają się kurczowo.

– Pańska siostra? – spytał w końcu policjant, podnosząc głowę i przeszywając ich spojrzeniem szarych oczu.

– Tak, bo…

– Jej nazwisko brzmi Finney. Pańskie, Jackson.

– Deirdre przez rok była mężatką, przez rok między szkołą średnią a studiami – wtrąciła Mary pewnym, spokojnym, lecz miłym głosem, w którym nie było ani śladu strachu. Wyłącznie po głosie Peter bez zastrzeżeń uwierzyłby, że się nie boi… gdyby nie te wbijające mu się w ciało palce. – Pozostała przy nazwisku męża. To wszystko.

– Rok, co? Między szkołą średnią a studiami? Mężatka. Tak!

Pochylił się nad dokumentami. Peter widział, jak kiwa się rondo jego szerokoskrzydłego kapelusza.

Nie czuł już ulgi.

– Między szkołą średnią a studiami – powtórzył gliniarz.

Głowę trzymał pochyloną, nie widzieli jego twarzy. Peter usłyszał w głowie inne jego słowa. „Jest pan dawcą? To mądre posunięcie, tak pan uważa? Tak!”.

Gliniarz podniósł głowę.

– Czy byłby pan uprzejmy wysiąść z samochodu, panie Jackson?

Mary ścisnęła go jeszcze mocniej, wbiła paznokcie w jego ciało, ale spowodowany jej uściskiem ból prawie do Petera nie docierał. Nagle skurczyły mu się jądra i znów poczuł się jak dziecko, dziecko, które niczego nie jest pewne, wie tylko, że coś przeskrobało… ale co?

– Co…

Gliniarz z miasteczka Desperacja powoli wstał. Oboje mieli wrażenie, że patrzą na wznoszącą się windę. Najpierw zniknęła głowa, potem kołnierzyk rozpiętej pod szyją koszuli i lśniący znaczek, potem skośna linia paska. I znów Peter patrzył na klamrę, na kaburę tudzież wszywkę spodni khaki, w której mieścił się rozporek.

Tym razem znad dachu acury doleciał go głos, w którym nie było ani śladu prośby.

– Proszę wysiąść z samochodu, panie Jackson.

3

Peter ujął klamkę. Gliniarz cofnął się o krok, by umożliwić mu otwarcie drzwiczek. Nie widzieli jego twarzy ukrytej za samochodowym dachem. Mary ścisnęła dłoń męża tak mocno jak nigdy przedtem, więc Peter odwrócił się do niej. Czerwone plamy na policzkach i czole odznaczały się wyraźniej niż przed chwilą. Zbladła. Aż tak.

– Nie wysiadaj – zasygnalizowała poruszeniem warg.

– Muszę – odparł w ten sam sposób i postawił nogę na asfalcie szosy numer pięćdziesiąt.

Przez moment Mary czepiała się go jeszcze, jeszcze zaciskała dłoń, ale wyrwał się i do jednej nogi dostawił drugą. Kiedy się wyprostował, zdał sobie sprawę, że czuje je tak, jakby były bardzo daleko.

Gliniarz patrzył na niego z góry. Przynajmniej dwa pięć – pomyślał sobie. – Przynajmniej. I nagle oczami wyobraźni dostrzegł niczym na przyspieszonym filmie: policjant wyciąga broń, naciska spust, uczony mózg Petera Jacksona rozpryskuje się cienką warstwą na dachu acury, facet wyciąga Mary z samochodu, rzuca ją twarzą na bagażnik, przechyla i gwałci tu, na drodze, w palących promieniach słońca, nie zdejmując nawet szerokoskrzydłego kapelusza, kiwa się przy tym i wrzeszczy: „Chcesz dawcy? Masz dawcę! Masz dawcę!”.

– O co chodzi, panie władzo? – spytał. Wargi i gardło zrobiły mu się nagle bardzo, bardzo suche. – Sądzę, że mam prawo wiedzieć…

– Proszę podejść do samochodu od strony bagażnika, panie Jackson.

Gliniarz odwrócił się i ruszył wokół samochodu, nie sprawdziwszy nawet, czy Peter usłuchał jego polecenia. Peter go oczywiście usłuchał. Szedł sztywno, pewny, że nogi przyjmują polecenia mózgu wyłącznie dzięki jakiejś formie telekomunikacji.

Policjant już czekał. Kiedy Peter do niego dołączył, wskazał mu coś wielgachnym, grubym paluchem. Z tyłu samochodu Deirdre nie było tabliczki z numerem rejestracyjnym – pozostał po nim wyłącznie nieco mniej zakurzony prostokątny ślad.

– A, cholera! – zaklął Peter.

Zdenerwował się naprawdę i naprawdę wkurzył, ale też naprawdę poczuł wielką ulgę. A więc tylko o to chodziło? Dzięki Bogu! Spojrzał wzdłuż boku samochodu. Nie zaskoczyło go, że drzwi, przez które wysiadł, są zamknięte. Mary je zamknęła. Tak głęboko przejął się tym… zdarzeniem… łańcuchem zdarzeń… obojętne… że nie usłyszał nawet, jak się zamykają.

– Mare! Hej, Mare!

Wychyliła się przez okno, zwracając ku niemu czerwoną od słońca, napiętą twarz.

– Odpadł nam ten cholerny numer rejestracyjny!

– Co?

– Nie, nie odpadł – powiedział spokojnie gliniarz z miasteczka Desperacja.

Przysiadł jak przed oknem acury – miękkim, swobodnym, lekkim ruchem i sięgnął pod zderzak. Przez kilka krótkich chwil gmerał za nie istniejącą już tablicą, szarymi oczami wpatrując się w linię horyzontu. W tym spojrzeniu było coś, co Pete’owi wydało się przeraźliwie znajome – oto zatrzymał ich na drodze facet z reklamy Marlboro.

– Ach! – westchnął gliniarz, podnosząc się.

Dłoń, przedtem gmerającą pod zderzakiem, zwiniętą miał w pięść. Wyciągnął ją ku Peterowi i wyprostował palce. Na wielkiej łapie leżał, sprawiając wrażenie maleńkiego, kawałek ubłoconej, zakurzonej śruby. Czysty był tylko jej zerwany koniec.

Peter spojrzał mu w twarz.

– Nie rozumiem – powiedział.

– Zatrzymywał się pan w Fallon?

– Nie…

Drzwi od strony pasażera otworzyły się ze skrzypnięciem. Mary wysiadła, zatrzasnęła je za sobą; słyszał szuranie butów po zasypanym piaskiem poboczu. Szła w ich kierunku.

– Przecież się zatrzymywaliśmy – sprostowała, patrząc na leżący na wielkim łapsku kawałek śruby (dowód rejestracyjny i prawo jazdy zajmowały drugą rękę gliniarza). Podniosła wzrok na jego twarz. Nie sprawiała wrażenia przerażonej – w każdym razie nie aż tak przerażonej – co Petera ucieszyło. On sam już wymyślał sobie od paranoicznych idiotów i nie tylko, musiał jednak przyznać, że bliskie spotkanie trzeciego stopnia z tym facetem miało swoje

(sądzi pan, że to mądre posunięcie)

szczególne aspekty.

– Stacja benzynowa, Peter. Nie pamiętasz? „Nie potrzebujemy benzyny”, powiedziałeś, „ale sporo wypiliśmy, więc weźmiemy benzynę, bo to głupio tylko skorzystać z toalety”.

Spojrzała na gliniarza, usiłując się uśmiechnąć. Musiała mocno zadzierać głowę. Na Peterze sprawiała wrażenie małej dziewczynki próbującej skłonić do uśmiechu tatę, który właśnie wrócił do domu po parszywym dniu w pracy.

– Łazienka była bardzo czysta – pochwaliła.

Glina skinął głową.

– Zatrzymali się państwo w „Fill More Fast” czy w „Berk’s Conoco”, u Alfiego? – spytał.

Niepewnie spojrzała na Petera. Peter szeroko rozłożył ręce.

– Nie pamiętam. Chryste, przecież zapomniałem, żeśmy się tam w ogóle zatrzymali!

Policjant niedbałym gestem wyrzucił resztkę śruby przez ramię, w pustynię. Miała tam leżeć przez kolejny milion lat – chyba że zainteresowałby się nią jakiś bystry ptak.

– Założę się, że pamiętają państwo kręcące się tam dzieciaki. Przeważnie starsze dzieciaki. Kilka z nich może za starych, by w ogóle nazywać je dzieciakami. Młodsze miały rolki i deskorolki.

Peter skinął głową. Przypomniał sobie, że Mary pytała go, co tu robią ludzie, skąd się wzięli, po co zostają?

– „Fill More Fast” – stwierdził gliniarz. Peter zerknął, by sprawdzić, czy wielkolud nie ma czasem blachy z imieniem i nazwiskiem na kieszonce koszuli. Nie miał. Na jakiś czas będzie więc musiał pozostać po prostu gliniarzem. Gliniarzem wyglądającym jak facet z reklamy Marlboro. – Alfie Berk postanowił się ich pozbyć. Nakopał im po tyłkach. Skubane szczeniaki.

Mary przechyliła głowę. Przez chwilę na jej ustach gościł leciuteńki uśmiech.

– To jakiś gang? – Peter nadal nie wiedział, do czego to wszystko zmierza.

– Prawie. Taki gang, na jaki może sobie pozwolić mieścina wielkości Fallon. – Gliniarz podniósł do twarzy prawo jazdy Petera, przyjrzał się mu, przyjrzał się samemu Peterowi i opuścił rękę. Nie oddał mu jednak dokumentu. – Przeważnie wywalono ich ze szkoły. Jedną z ich rozrywek jest zrywanie tablic rejestracyjnych z samochodów spoza stanu. W ten sposób udowadniają sobie, jacy to są odważni. Rozumiem, że pańską zerwali, kiedy kupowaliście napoje albo korzystaliście z łazienki.

– Pan o tym wie, a oni nadal to robią? – zdziwiła się Mary.

– Fallon to nie moje miasto. Nigdy tam nie jeżdżę. Ich drogi nie są moimi drogami.

– To co mamy teraz zrobić? – spytał Peter. – Boże, co za cholerny bałagan! Samochód zarejestrowany jest w Oregonie, ale moja siostra przeniosła się do Nowego Jorku. Nienawidziła Reed…

– Doprawdy? – spytał gliniarz. – Jejku jej!

Peter dostrzegł, jak Mary patrzy na niego, prawdopodobnie spodziewając się, że będzie rozbawiony do łez. Jemu jednak uśmiech nie wydał się najlepszym pomysłem. W rzeczywistości wydał mu się bardzo złym pomysłem.

– Twierdziła, że uczyć tam to jak uczyć w środku koncertu Grateful Dead – wyjaśnił. – W każdym razie postanowiła wrócić do Nowego Jorku. Samolotem. Pomyśleliśmy z żoną, że przyjemnie byłoby przywieźć jej samochód. Deirdre zapakowała bagażnik swoimi rzeczami, przede wszystkim ciuchami…

Czuł, że znów zaczyna ględzić. Sporo wysiłku musiał włożyć w to, żeby przestać.

– Więc co mamy teraz zrobić? Nie bardzo możemy jechać przez cały kraj bez tablicy rejestracyjnej, prawda?

Gliniarz okrążył samochód powolnym krokiem. Stanął przed jego maską. W dłoni nadal trzymał prawo jazdy i kanarkowożółty dowód rejestracyjny. Pas przecinający jego pierś zaskrzypiał. Policjant założył ręce na plecy, pochylił się i długo badał coś w skupieniu. Przypominał Peterowi wielbiciela sztuki studiującego w galerii interesujące dzieło i zastanawiającego się, czy go przypadkiem nie kupić. Skubane – pomyślał. – Skubane dzieciaki. Miał wrażenie, że nie słyszał tego określenia od wieków.

Gigant wracał. Mary przysunęła się do męża, lecz nie ze strachu – jej strach zniknął gdzieś, jakby go nigdy nie było. Przyglądała się wielkoludowi z zainteresowaniem.

– Przednia tablica jest w porządku – oznajmił wielkolud. – Trzeba ją przenieść na tył. W ten sposób nie powinni mieć państwo kłopotów z dostaniem się do Nowego Jorku.

– Ach! Jakie to proste! Świetny pomysł – ucieszył się Peter.

– Ma pan klucz i śrubokręt? Moje narzędzia leżą, zdaje się, na półce w miejskim garażu.

Policjant uśmiechnął się. Uśmiech rozjaśnił jego twarz, wypełnił humorem szare oczy, zmienił go w innego człowieka.

– Ach, przecież to należy do państwa – powiedział, oddając im prawo jazdy i dowód.

– Narzędzia powinny być w bagażniku. – Głos Mary drżał. Brzmiał słabo, Peter zaś czuł się słabo. Ulga potrafi wstrząsnąć człowiekiem. – Widziałam je tam, kiedy wkładałam kosmetyczkę na miejsce. Między kołem zapasowym a ścianką wnęki.

– Pragnę bardzo panu podziękować – stwierdził Peter.

Gliniarz grzecznie skinął głową, nie patrzył jednak na niego, lecz nieco w bok, na góry.

– Taką mam pracę – odparł.

Peter podszedł tymczasem do drzwi od strony kierowcy, dziwiąc się, czego właściwie tak strasznie się bali.

Co za nonsens – ofuknął się w duchu, wyjmując kluczyki ze stacyjki. Kluczyki wisiały na breloczku ukazującym uśmiechniętą twarz, która całkowicie zaspokajała zainteresowania Deirdre. Pan Uśmiechnięta-Buźka (siostra tak go nazywała) w formie Pani Uśmiechnięta-Buźka znacznie lepiej by do niej pasował. Żółte nalepki z uśmiechniętą buźką nalepiała nawet na listy, a kiedy miała akurat zły dzień, nalepiała na list naklejkę zieloną, smutną buźkę z wysuniętym językiem. Tak naprawdę wcale się nie bałem. I Mary też się nie bała.

Biiip – cholerne kłamstwo. Bał się. Mary zaś… Mary była wręcz przerażona!

Dobra, dobra, trochę się baliśmy. I co z tego? Jak chcecie, możecie nas zaskarżyć! – myślał, wracając do Mary i gliniarza z kluczykiem do bagażnika. Kiedy na nich patrzył, miał wrażenie, że doświadcza złudzenia optycznego – czubek jej głowy zaledwie sięgał początku mostka faceta.

Otworzył bagażnik. Po lewej, porządnie spakowane i przykryte plastikowymi torbami, by nie zakurzyły się po drodze, leżały ubrania Deirdre. Pośrodku kosmetyczka Mary i dwie walizki – jego i jej – opierające się o zapasowe koło. Słowo „koło” nie pasowało zresztą do rzeczywistości. Zamiast koła acura miała kawał nadmuchanej cienkiej gumy, w sam raz, by w przypadku złapania kapcia dojechać do najbliższej stacji benzynowej. Jeśli szczęście dopisze.

Zerknął między owo koło a ściankę wnęki.

– Mare, nie widzę…

– O tam. – Pokazała palcem. – To szare pudełko. To narzędzia. Wsunęły się za koło.

Mógłby je wygrzebać, mógłby, ale miejsca nie było za wiele, łatwiej już wyjąć nie napompowane „koło”. Opierał je o tylny zderzak, kiedy usłyszał sapnięcie Mary. Brzmiało tak, jakby ktoś ją szturchnął. Albo uszczypnął.

– Oho? – powiedział spokojnie gliniarz. – A co my tu mamy?

Oboje patrzyli w głąb bagażnika. Gliniarz sprawiał wrażenie niezbyt zaciekawionego i może z lekka zmieszanego, Mary wytrzeszczała oczy ze strachu. Usta jej drżały. Peter podążył wzrokiem za ich spojrzeniem. We wgłębieniu, ukryte pod kołem zapasowym, coś leżało. Przez moment nie uświadamiał sobie – a może nie chciał sobie uświadomić – co to takiego, a potem poczuł, jak ściska mu się żołądek. Jednocześnie mięśnie odbytu nie tyle się rozluźniły, co przestały istnieć, jakby postanowiły właśnie teraz uciąć sobie drzemkę. Świadom był, że rozpaczliwie zaciska pośladki, ale i to wrażenie dobiegało z daleka, jakby z innej strefy czasowej. Przez chwilę, bardzo krótką chwilę, był całkowicie pewien, że to sen, to musi być sen…

Wielkolud spojrzał na niego; szare oczy znów miał tak dziwnie puste, po czym wyciągnął rękę i z wgłębienia wyjął plastikową torbę, dużą, trzylitrową, wypchaną jakimiś zielonobrązowymi ziołami. Zaklejono ją taśmą, a z przodu przylepiono żółty okrągły znaczek – uśmiechniętą buźkę. Doskonały symbol takich głupków jak jego siostra, której życiowe przygody dałoby się opublikować w książce pod tytułem: „Przez najciemniejszą Amerykę ze skrętem i zapasem marychy”. Deirdre zaszła w ciążę naćpana, z całą pewnością naćpana zdecydowała się poślubić Rogera Finneya, Peter wiedział też, że rzuciła Reed (z oceną o nędzny punkt większą od minimalnej), ponieważ za dużo było tam zielska, a ona po prostu nie umiała odmawiać. Sama mu to powiedziała, pod tym względem przynajmniej była szczera, a on przed wyjazdem z Portland przetrząsnął acurę – spodziewając się raczej, że o czymś zapomniała, nie, że coś próbowała rzeczywiście przemycić. Zajrzał pod torby, w które spakowała ubrania, a Mary obmacała ciuchy. (Nie przyznawali się przed sobą do tego, co robią, nie zamienili ani słowa, ale przecież wiedzieli bez słów.) Nie przyszło im jednak do głowy zaglądać pod koło.

Cholerna guma!

Gliniarz nacisnął torbę wielkim kciukiem, jakby sprawdzał świeżość pomidora. Z kieszeni wyjął scyzoryk. Otworzył najmniejsze ostrze.

– Panie władzo – powiedział Peter słabym głosem. – Panie władzo, nie wiem jak…

– Ciii… – I pan policjant zrobił na torbie maleńkie nacięcie.

Peter poczuł, że Mary ciągnie go za rękaw. Tym razem to on ścisnął jej dłoń. Oczami wyobraźni dostrzegł bladą, ładną twarz Deirdre, dostrzegł jej jasne włosy, opadające na ramiona w naturalnych lokach upodabniających ją do Stevie Nicks, dostrzegł jej zawsze lekko nieprzytomne oczy.

Ty durna mała suko – pomyślał. – Bądź szczęśliwa, że nie jestem w stanie dostać cię w swoje łapy.

– Panie władzo… – spróbowała Mary.

Pan władza uniósł dłoń, by ją uciszyć. Podniósł torbę do nosa i powąchał zawartość przez rozcięcie. Zamknął oczy. Po chwili otworzył je powoli i wyciągnął ku Peterowi wielkie łapsko.

– Będzie pan uprzejmy oddać mi kluczyki – powiedział.

– Panie oficerze, mogę to wszystko wytłumaczyć…

– Poproszę kluczyki.

– Jeśli tylko…

– Głuchyś pan! Kluczyki!

Gliniarz właściwie nawet nie podniósł głosu, ale Mary i tak zaczęła płakać. Czując się jak ktoś, kogo dusza przemocą wyrwała się z ciała, Peter wrzucił kluczyki w ręce giganta. Objął drżące plecy żony.

– Obawiam się, że muszą państwo pojechać ze mną – oznajmił gliniarz.

Spojrzał na Petera, potem na Mary, a potem znowu na Petera; Peter nagle zdał sobie sprawę, co go niepokoiło w oczach tego człowieka. Błyszczały wprawdzie jak krople wody przed wschodem słońca w mglisty ranek, były jednak w jakiś sposób martwe.

– Proszę, błagam… – wybąkała Mary przez łzy. – Przecież to pomyłka. Jego siostra…

– Proszę do środka – gliniarz skinieniem głowy wskazał im radiowóz. Kogut błyskał niezmordowanie, jasny nawet w jaskrawych promieniach słońca. – W tej chwili, państwo Jackson.

4

Siedząc na tylnym siedzeniu, nie mieli praktycznie miejsca na nogi. Oczywiście – pomyślał Peter mimochodem – taki wielki facet musi odsuwać fotel do końca. Podłoga za siedzeniem kierowcy zasłana była papierami, podobnie jak półka pod tylną szybą. Peter wziął którąś kartkę – pozostał na niej brązowy krąg rozlanej kawy. Była to ulotka DARE. Na górze przedstawiono dziecko siedzące w drzwiach domu i patrzące przed siebie nieprzytomnym wzrokiem… wyglądało, prawdę mówiąc, dokładnie tak, jak Peter się czuł. BIORĄC, TRACISZ – głosił podpis pod rysunkiem.

Tylne siedzenie odgradzała od przedniego siatka, w drzwiach nie było ani klamek, ani korbek do otworzenia okna. Peter już przedtem czuł się jak bohater filmu (do głowy przyszedł mu przede wszystkim Midnight Express) i te szczegóły wzmogły tylko owe wrażenia. Zdrowy rozsądek podpowiedział mu, że gadał za wiele, że wraz z Mary najlepiej zrobią, po prostu siedząc cicho przynajmniej dopóty, dopóki nie dojadą tam, dokąd zawiezieni zostaną przez własnego, prywatnego Przyjaznego Policjanta; był to prawdopodobnie rozsądny pomysł, z trudem jednak przyszło mu dostosować się do pomysłów podsuwanych przez zdrowy rozsądek. Czuł, że musi, po prostu musi wyjaśnić ich prywatnemu Przyjaznemu Policjantowi, iż zdarzyła się straszna pomyłka, iż jest przecież profesorem filologii angielskiej specjalizującym się w powojennej prozie amerykańskiej, że właśnie opublikował uczoną rozprawę pod tytułem „James Dickey i nowa rzeczywistość Południa” – rozprawę, która głośnym echem odbiła się od niektórych obrośniętych bluszczem murów, no i że od lat nie palił trawki. Bardzo pragnął powiedzieć panu gliniarzowi, że może jest trochę zbyt uczony jak na standardy środkowej Nevady, ale przecież w głębi duszy pozostał fajnym facetem.

Spojrzał na Mary. W jej oczach dostrzegł łzy i nagle zawstydził się swych myśli – ja, ja, ja, nic tylko ja. Żona wpadła w to bagno razem z nim, nie powinien ani na chwilę o tym zapominać.

– Peter, tak bardzo się boję – wyszeptała.

Jej szept był jak jęk.

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Skórę miała lodowato zimną.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze – wyszeptał w odpowiedzi.

– Słowo honoru?

– Słowo honoru.

Ulokowawszy ich w radiowozie, gliniarz powrócił do acury. Już jakieś dwie minuty wpatrywał się w bagażnik. Nie przeszukiwał go, niczego nawet nie dotknął, po prostu stał jak zaczarowany, z rękami założonymi na plecy. Nagle drgnął, jak ktoś gwałtownie przebudzony z drzemki, zamknął klapę, wyjął kluczyki, schował je do kieszeni i wrócił do radiowozu. Samochód przechylił się w lewo pod jego ciężarem, amortyzatory jęknęły, nieszczęśliwe, lecz najwyraźniej zrezygnowane. Siedzenie kierowcy wybrzuszyło się, Peter syknął, czując nacisk na kolana.

Po tej stronie powinna usiąść Mary – pomyślał, za późno już jednak było na to, by zamieniać się miejscami. Za późno było także na parę innych rzeczy.

Silnik radiowozu pracował od kilku chwil. Gliniarz wrzucił bieg i wyjechał na drogę. Mary odwróciła głowę, obserwując ich oddalający się samochód, a kiedy znów spojrzała przed siebie, Peter dostrzegł, że przepełniające jej oczy łzy pociekły po policzkach.

– Proszę, niech pan mnie wysłucha – powiedziała do krótkich jasnych włosów porastających tył gigantycznej czaszki. Gliniarz zdjął szerokoskrzydły kapelusz; Peter miał wrażenie, że między czubkiem jego głowy a dachem caprice pozostało najwyżej pół centymetra. – Proszę, dobrze? Niech pan spróbuje zrozumieć, że to nie nasz samochód! Sam pan przecież wie, widział pan dowód rejestracyjny. Samochód należy do mojej szwagierki. Głupiej szwagierki… już prawie zupełnie odmóżdżonej.

– Mare… – Peter położył jej dłoń na ramieniu.

Strząsnęła ją.

– Nie! Nie mam zamiaru siedzieć w komisariacie w jakiejś dziurze i cały dzień odpowiadać na pytania, nie mam zamiaru siedzieć w celi, bo twoja siostra jest samolubna, głupia i cała… cała… popieprzona!

Peter wyprostował się na siedzeniu. Nadal czuł nacisk na kolana, niemal bolesny, ale przecież musi z tym żyć. Wyjrzał przez zakurzone boczne okno. Od acury dzieliły ich już jakieś dwa– trzy kilometry, przed nimi zaś, na poboczu prowadzącego na zachód pasa stał jakiś samochód. Duży samochód. Być może nawet ciężarówka.

Mary przeniosła wzrok z tyłu głowy policjanta na wsteczne lusterko; prawdopodobnie próbowała złapać w nim jego wzrok.

– Połowa komórek mózgowych Deirdre zmarła śmiercią tragiczną – mówiła – a druga połowa wybrała się na permanentne wakacje w Szmaragdowym Grodzie. Termin kliniczny brzmi „wypalenie”, przecież musiał pan widzieć ludzi takich jak ona nawet tu, na pustyni. Pod zapasowym kołem w jej samochodzie prawdopodobnie rzeczywiście znalazł pan trawkę, ale to nie jest nasza trawka! Czyżby nie potrafił pan tego pojąć?

Stojący na poboczu samochód, przydymioną szybą wskazujący kierunek na Fallon, Carson City i Lake Tahoe, nie okazał się jednak ciężarówką, lecz kamperem. Nie tym z gatunku dinozaurów, ale nadal całkiem sporym. Na bokach kremowej karoserii widniał zielony pas, na masce zaś, tą samą zieloną farbą, wypisano słowa „Czwórka Szczęśliwych Włóczęgów”. Samochód pokryty był kurzem i stał dziwnie, jakby krzywo. Kiedy się do niego zbliżyli, Peter dostrzegł osobliwą rzecz – kamper miał kapcie we wszystkich kołach, które znajdowały się w zasięgu jego wzroku. Zdawało mu się też, że powietrza nie ma w oponach podwójnych tylnych kół po stronie pasażera. Tyle kapci – oczywiste, że stoi tak dziwnie pochylony, ale jakim cudem komuś udało się przedziurawić naraz prawie wszystkie opony? Gwoździe na drodze? Odłamki szkła?

Spojrzał na żonę, Mary nadal jednak intensywnie wpatrywała się we wsteczne lusterko radiowozu.

– Gdybyśmy to my wsadzili torbę do bagażnika – tłumaczyła – gdyby ta torba była nasza, dlaczegóż, na Boga, Peter miałby wyjmować zapasowe koło, żeby sięgnąć po narzędzia? Przecież mógł to zrobić i bez tego. Nie byłoby to najwygodniejsze, ale miejsca by mu wystarczyło.

Minęli stojący na poboczu wóz. Boczne drzwi miał zamknięte, lecz nie na kluczyk, stopnie opuszczone. Pod nimi, na ziemi leżała lalka. Jej sukienka powiewała na wietrze.

Peterowi opadły powieki. Nie był pewien, czy zrobiły to na jego życzenie, czy też samodzielnie podjęły decyzję, i nie bardzo go to obchodziło. Obchodziło go jednak to, że Przyjacielski Policjant przemknął obok, nie zwalniając, jakby nie widział kampera albo wiedział o nim wszystko. Przez głowę przeleciały mu słowa starej piosenki: „Coś się tu dzieje… nikt nie wie co…”.

– Czy sprawiamy na panu wrażenie idiotów? – spytała retorycznie Mary. Kamper oddalał się, niknął… podobnie jak przedtem oddalała się, niknęła acura. – A może narkomanów? Czy sądzi pan, że…

– Zamknij się – warknął gliniarz, cicho, ale nie sposób było nie zauważyć jadu w jego głosie.

Mary siedziała pochylona, z rękami wczepionymi w siatkę między przednim a tylnym siedzeniem. Ręce jej opadły, zdumiona, zszokowana, spojrzała na Petera nic nie rozumiejącym wzrokiem. Była żoną naukowca, była poetką, która od momentu, gdy – przerażona – zadebiutowała przed ośmioma laty, zdążyła opublikować swe wiersze w dwudziestu magazynach, dwa razy w tygodniu uczestniczyła w spotkaniach kobiecych grup dyskusyjnych i na serio rozważała, czy nie włożyć sobie kolczyka w nos. Kiedy po raz ostatni w życiu kazano się jej zamknąć? – pomyślał Peter. – Czy w ogóle ktoś kiedyś kazał jej się zamknąć?

– Co? – spytała. Może chciała, by zabrzmiało to agresywnie, może pragnęła, by w jej głosie pojawiła się nawet nutka groźby, ale tak naprawdę kryło się w nim wyłącznie zdumienie. – Co pan powiedział?

– Jesteście z mężem aresztowani pod zarzutem posiadania marihuany w celach handlowych – oznajmił gliniarz.

Mówił głosem monotonnym, spokojnym – głosem robota. Peter patrzył przed siebie. Dopiero teraz dostrzegł, że na desce rozdzielczej, za kompasem, obok czegoś, co prawdopodobnie było cyfrowym licznikiem radaru, siedzi niedźwiadek. Mały niedźwiadek jak zabawka z automatu. Łebek miał na sprężynie, wpatrywał się w niego martwymi oczkami.

To jakiś koszmarny sen – pomyślał Peter, wiedząc doskonale, że to nie jest koszmarny sen. – Przecież to musi być koszmarny sen. Wiem, wiem, bardzo rzeczywisty, ale to przecież musi być koszmarny sen.

– Pan nie mówi poważnie. – Głos Mary był cienki, pełen zdumienia; wiedziała, że rzeczywistość zadaje kłam jej słowom. W oczach znów miała łzy. – Przecież nie może pan mówić poważnie!

– Macie prawo zachować milczenie – recytował gliniarz tym samym mechanicznym głosem. – Jeśli zdecydujecie się zeznawać, wszystko, co powiecie, może być użyte przeciwko wam. Macie prawo do pomocy adwokata. Zabiję was. Jeśli nie stać was na adwokata, zostanie wam przyznany z urzędu. Czy rozumiecie wasze prawa tak, jak zostały wam przedstawione?

Mary patrzyła na Petera wielkimi, przerażonymi oczami, pytając go wzrokiem, czy usłyszał to jedno zdanie wplecione w formułę recytowaną równym głosem robota. Peter skinął głową. Usłyszał je, jasne, że je usłyszał. Przyłożył dłoń do krocza, pewny, że pod palcami poczuje wilgoć, ale nie zsikał się, no przynajmniej jeszcze nie. Objął Mary; czuł, jak jego żona drży. Nie potrafił przestać myśleć o stojącym na poboczu kamperze. Nie zamknięte na zamek drzwi, laleczka leżąca na szosie buzią w dół, zbyt wiele złapanych gum. I jeszcze ten kot, którego Mary widziała przybitego do znaku ograniczenia prędkości.

– Czy rozumiecie wasze prawa?

Zachowuj się normalnie. On chyba nie ma najmniejszego pojęcia, co powiedział, więc zachowuj się normalnie.

Co to znaczy „normalnie”, kiedy siedzi się na tylnym siedzeniu radiowozu prowadzonego przez policjanta, który najoczywiściej w świecie jest szalony jak marcowy zając, przez policjanta, który właśnie zapowiedział, że ma zamiar cię zabić?

– Czy rozumiecie wasze prawa? – spytał ich mechaniczny głos robota.

Peter otworzył usta. Nie potrafił wykrztusić słowa, jęknął tylko.

I gliniarz wreszcie odwrócił głowę. Jego twarz, zaróżowiona od słońca, kiedy ich zatrzymał, była teraz śmiertelnie blada. Oczy miał wielkie, wręcz ogromne. Przygryzł wargę, jakby powstrzymywał wybuch wściekłego, niepohamowanego gniewu; krew cienkim strumykiem ciekła mu po brodzie.

– Czy rozumiecie wasze prawa?! – wrzasnął. Z głową zwróconą do tyłu pędził pustą szosą przeszło sto dwadzieścia na godzinę. – Czy rozumiecie wasze prawa, czy ich nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie? Odpowiedz mi, ty cwany nowojorski Żydku!

– Rozumiem! – wrzasnął Peter. – Rozumiem, rozumiemy, niech pan patrzy na drogę, na litość boską, niech pan patrzy na drogę!

– O mnie się nie martwcie – powiedział gliniarz głosem, który znów był spokojny, łagodny. – Jejku jej! Mam oczy naokoło głowy. Naokoło calutkiej głowy, możecie mi wierzyć. Lepiej, żebyście to sobie zapamiętali.

Odwrócił się nagle, znów patrzył przed siebie. Zwolnił; jechali spokojnie, dziewięćdziesiątką. A jego fotel znów boleśnie uciskał kolana Petera. Nie mógł się ruszyć.

Ujął w dłonie rękę Mary. Przycisnęła twarz do jego piersi, czuł, jak wstrząsa nią z trudem powstrzymywany szloch. Drżała niczym liść na wietrze. Nad jej ramieniem spojrzał przed siebie, przez siatkę. Siedzący na desce rozdzielczej miś ruszał łebkiem.

– Widzę dziury niczym oczy – ostrzegł gliniarz. – Mam ich pełną głowę.

Przez resztę drogi do miasta milczał.

5

Następne dziesięć minut wydawało się Peterowi Jacksonowi bardzo długie. Ciężar cielska na fotelu kierowcy i nacisk na kolana rósł najwyraźniej z każdym ruchem sekundowej wskazówki zegarka – wkrótce Peter stracił czucie w łydkach. Stóp właściwie nie miał; nie był pewien, czy – gdy wreszcie dojadą na miejsce – będzie w stanie o własnych siłach wysiąść z samochodu. Pęcherz mu pękał, głowa bolała. Wiedział, że wraz z Mary znaleźli się w najgorszych kłopotach, jakie im się w życiu przytrafiły, ale w żaden sposób nie pojmował, co za skutki praktyczne mogą mieć te kłopoty, a gdy tylko zbliżał się do zrozumienia, w jego mózgu następowało krótkie spięcie. Wracali do Nowego Jorku. Spodziewano się przecież, że wkrótce tam wrócą. Ktoś podlewał im kwiatki. Dzieje się coś, co się nie może dziać, absolutnie nie może się dziać.

Mary trąciła go łokciem. Wskazała za okno, na drogowskaz, na którym wypisane było jedno słowo: DESPERACJA, a pod nim widniała wskazująca w prawo strzałka.

Caprice zwolnił, ale niewiele. Przechylił się mocno; Peter dostrzegł, że Mary wzięła głęboki oddech, jakby zaraz miała wrzasnąć. Przykrył jej usta dłonią i szepnął do ucha:

– Uda mu się, zobaczysz, że mu się uda, nie będziemy dachować.

Sam nie był jednak całkiem tego pewien, radiowóz wpadł w poślizg, ale tylne koła szczęśliwie złapały przyczepność i już gnali wąską drogą, na której nie pofatygowano się nawet wymalować białej środkowej linii.

Przejechali z półtora kilometra, nim po prawej pojawiła się tablica: KOŚCIOŁY I ORGANIZACJE SPOŁECZNE DESPERACJI WITAJĄ. Słowa KOŚCIOŁY I ORGANIZACJE SPOŁECZNE były czytelne, choć ktoś pokrył je warstwą żółtej farby w sprayu. Nieco wyżej, tą samą farbą, nierównymi wielkimi literami ktoś wypisał ZDECHŁE PSY. Na tablicy zmieściła się nawet lista kościołów i organizacji społecznych, ale Peter nie miał zamiaru jej przeczytać. Przeszkadzał mu powieszony wilczur. Tylne łapy psa kołysały się zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, ciemną i rozmiękłą od krwi.

Mary ściskała mu rękę jak imadło. Cieszył go uścisk jej palców. Pochylił się, wdychając słodki zapach perfum i kwaśną woń potu. Dotknął wargami jej ucha.

– Nic nie mów, nie waż się odezwać – szepnął. – Skiń głową, jeśli rozumiesz, co powiedziałem.

Skinęła głową. Peter wyprostował się.

Mijali osiedle przyczep kempingowych, stojących za ogrodzeniem z siatki. Większość przyczep była mała i najwyraźniej widziała lepsze dni mniej więcej wtedy, gdy w telewizji pojawiły się pierwsze odcinki Cheers. Na gorącym pustynnym wietrze między kilkoma przyczepami powiewało nędzne pranie. Na jednej wisiał napis:

KOCHAM BROŃ I W GARDŁO LEJĘ.

CZYTAM BIBLIĘ I CLINTONA LEJĘ.

JESTEM SUKINSYNEM.

PIES TO NIC, STRZEŻ SIĘ WŁAŚCICIELA.

Na starej airstreem, zaparkowanej blisko drogi, ustawiono czarną antenę satelitarną, na niej zaś, na arkuszu pomalowanej na biało, lecz mimo to przeżartej rdzą blachy wypisano:

WŁASNOŚĆ TELEKOMUNIKACJI.

PARKING GRZECHOTNIKA.

NIE CHODZIĆ! POLICJA CZUWA!

Za parkingiem stał długi barak z blachy falistej, również mocno zardzewiały, ozdobiony oznaczeniem: KORPORACJA GÓRNICZA DESPERACJI. Z boku, na popękanym asfalcie parkingu stało kilkanaście samochodów, w tym kilka półciężarówek.

W chwilę później minęli „Desert Rose Café” i znaleźli się w mieście. Na Desperację w Nevadzie składały się dwie ulice, przecinające się pod kątem prostym. Ze wszystkich czterech stron umieszczonej nad skrzyżowaniem sygnalizacji mrugało żółte światło. Budynki użyteczności publicznej wypełniały przestrzeń między dwiema przecznicami. Większość z nich najoczywiściej miała fałszywe frontony. Była tu kawiarnia i kasyno „Owl’s Club”, sklep samoobsługowy, automatyczna pralnia, bar, zapraszający gości wywieszonym w oknie napisem: CIESZ SIĘ NASZĄ ALKOHOLOWOŚCIĄ, sklep przemysłowy i sklep spożywczy oraz kino „The American West” plus kilka innych domów. Żaden biznes nie sprawiał wrażenia kwitnącego, kino zaś wyglądało, jakby nikt nie otworzył jego podwojów od bardzo, bardzo dawna. Z brudnej, porwanej markizy zwisało krzywe O.

Na osi wschód-zachód stało kilka domów i jeszcze trochę przyczep. Poruszał się tu tylko radiowóz i zabłąkany biegacz stepowy, podskakujący leniwie główną ulicą.

Ja też zszedłbym z drogi, gdybym wiedział, że zbliża się ten facet. Możecie roztrąbić światu, że zwiałbym, gdzie pieprz rośnie – pomyślał Peter.

Tuż za miastem znajdował się ogromny wał ziemny, na który dwoma ostrymi zakrętami wspinała się ubita gruntowa droga, najmarniej czteropasmówka. Reszta nasypu, co najmniej stumetrowej wysokości, pocięta była głębokimi wyjeżdżonymi koleinami, kojarzącymi się Peterowi ze zmarszczkami na skórze starca. U stóp znajdującego się za wałem krateru, prawdopodobnie pozostałości po kopalni odkrywkowej, przy budynku z blachy falistej, z którego w obie strony biegły taśmociągi, stały zaparkowane ciężarówki. Przy tej nieprawdopodobnej ścianie ziemi wyglądały jak zabawki.

– Grzechotnik Numer Dwa, znany też pod nazwą Chińskiej Jamy. – Policjant przemówił po raz pierwszy, odkąd oznajmił im, że głowę ma pełną dziur czy coś takiego. Powiedział to tonem przewodnika, któremu praca jeszcze się nie znudziła. – Stary Numer Dwa zaczęto eksploatować w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku. Mniej więcej od sześćdziesiątego drugiego do końca lat siedemdziesiątych była to największa kopalnia odkrywkowa miedzi w Stanach Zjednoczonych, jeśli nie na świecie. Złoże zostało wybrane i kopalnię zamknięto tylko po to, by otworzyć ją dwa lata temu. Dzięki nowym technikom opłacało się nawet wydobywanie resztek. Ach, ta nauka. Jejku, jej.

Kopalnia z pewnością jednak tego dnia nie pracowała, choć przecież nie była to ani sobota, ani niedziela. Na górze nie widać było żywej duszy. Ciężarówki stały sobie po prostu wokół czegoś, co mogło być sortownią. Ktoś zostawił pick-upa zaparkowanego na poboczu szerokiej, prowadzącej na sam szczyt żwirowej drogi. Oba taśmociągi stały.

Radiowóz przejechał przez centrum miasteczka. Gdy mijali skrzyżowanie, Mary dwukrotnie ścisnęła dłoń Petera. Powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Pośrodku uliczki krzyżującej się z główną ulicą stały trzy rowery, nieco oddalone od skrzyżowania, ustawione na kierownicach i siodełkach, ze sterczącymi do góry kołami. Koła obracały się na pustynnym wietrze jak wiatraki.

Mary spojrzała na niego; oczy miała wielkie, większe niż dotychczas. Peter uścisnął jej dłoń.

– Ciii…

Wielki policjant włączył migacz, sygnalizując skręt w lewo – w tych okolicznościach było to nawet zabawne – i wjechał na mały, niedawno wyasfaltowany parking, odgrodzony z trzech stron ceglanym murem. Na asfalcie wymalowano błyszczącą białą farbą miejsca na samochody. Na ścianie z tyłu wypisano ostrzeżenie: TYLKO DLA SAMOCHODÓW URZĘDU MIEJSKIEGO LUB JEGO GOŚCI. PROSIMY, ZOSTAW WOLNE MIEJSCE.

Tylko w Nevadzie nadal proszą, żeby zostawić wolne miejsce do parkowania – stwierdził w duchu Peter. – W Nowym Jorku podobny napis głosiłby zapewne: SAMOCHODY OSÓB NIE UPOWAŻNIONYCH ZOSTANĄ SKRADZIONE, A WŁAŚCICIELE RZUCENI LWOM NA POŻARCIE.

Na parkingu stały może ze cztery wozy. Jeden z nich, stary, zardzewiały ford kombi ozdobiony był na drzwiach napisem: DOWÓDCA ODDZIAŁU STRAŻY POŻARNEJ. Obok niego stał inny policyjny radiowóz, w nieco lepszym stanie, starszy jednak od caprice, którym przyjechali. Tylko jedno miejsce zarezerwowano dla osób niepełnosprawnych i na nim właśnie stanęli. Przyjacielski Policjant wyłączył silnik i przez chwilę siedział nieruchomo. Głowę miał opuszczoną, palcami wystukiwał na kierownicy jakąś melodię, nucąc ją jednocześnie martwym głosem. Peterowi zdawało się, że to Last Train to Clarkesville.

– Niech pan nas nie zabija – powiedziała nagle Mary zduszonym od łez, drżącym głosem. – Zrobimy, co pan chce, tylko niech pan nas nie zabija!

– Zamknij tę swoją żydowską kłapaczkę – odparł gliniarz.

Nie uniósł nawet głowy. Palcami wielkości parówek nadal wybijał na kierownicy rytm piosenki.

– Nie jesteśmy Żydami – odezwał się ku swemu wielkiemu zdumieniu Peter. W jego głosie nie było strachu, już raczej brzmiał zaczepnie, gniewnie. – Tylko… no… chyba prezbiterianami. O co tu w ogóle chodzi?

Przerażona Mary zerknęła na męża i przez siatkę wpatrzyła się w policjanta niepewna, jak przyjmie tę uwagę. Policjant nie zareagował, siedział ze zwieszoną głową, stukając w kierownicę. Po chwili przestał, zabrał kapelusz z fotela pasażera i wyszedł z samochodu. Peter pochylił się, by móc obserwować, jak wkłada ten kapelusz. Cień wielkiego stojącego mężczyzny nadal był krótki, lecz nie otaczał już wyłącznie jego stóp. Peter zerknął na zegarek – prawie wpół do trzeciej. I pomyśleć, że przed niespełna godziną jego największym zmartwieniem było, gdzie się tej nocy prześpią, a jedyną troską to, że nie ma już gumy do żucia.

Gliniarz pochylił się i otworzył lewe tylne drzwiczki radiowozu.

– Proszę wysiąść z samochodu – powiedział uprzejmie.

Wysiedli, Peter pierwszy. Stali na parkingu w gorących promieniach słońca, niepewnie przyglądając się gigantowi w mundurze, przecinającym pierś pasie i szerokoskrzydłym kapeluszu.

– Przejdziemy teraz do frontowego wejścia do budynku Urzędu Miejskiego – oznajmił im wielkolud. – Chodnikiem na lewo. Oboje wyglądacie mi na Żydów. Macie te charakterystyczne wielkie nosy.

– Panie władzo… – spróbowała Mary.

– Nie. Ruszajcie i na chodniku skręćcie w lewo. Nie nadużywajcie mojej cierpliwości.

Ruszyli. Szli po świeżo wyasfaltowanym parkingu, mając wrażenie, że ich kroki rozlegają się bardzo głośnym echem. Peter nie mógł przestać myśleć o misiu siedzącym na desce rozdzielczej. O jego kołyszącym się łebku, jego malowanych ślepkach. Kto dał go temu człowiekowi? Ulubiona siostrzenica? Córka? Przyjacielski Policjant nie nosił obrączki, co łatwo było dostrzec, kiedy stukał palcami w kierownicę, ale nie oznaczało to przecież, że nigdy nie był żonaty. Fakt, że żona tego szczególnego mężczyzny mogła w którymś momencie zapragnąć rozwodu, nie wydał się Peterowi dziwny. O, nie.

Gdzieś z góry dobiegał ich monotonny zgrzyt. Peter spojrzał wzdłuż ulicy. Nad barem „Bud’s Suds” kręcił się kurek przedstawiający gnoma, który trzymał pod pachą dzban złota i uśmiechał się wszystkowiedzącym uśmiechem. To on zgrzytał tak przeraźliwie.

– W lewo, ośle – burknął gliniarz głosem nie tyle gniewnym, co zrezygnowanym. – Nie wiesz, która to lewa strona? Nie uczą was znaku krzyża, wy cholerni nowojorscy homoprezbiterianie?

Peter skręcił w lewo. Szedł ramię przy ramieniu z Mary, trzymając ją za rękę. Dotarli tak do wejścia – trzech stopni prowadzących wprost w nowoczesne podwójne drzwi z przydymionego szkła. Sam budynek był znacznie mniej nowoczesny. Biała tablica na wyblakłej cegle oznajmiała: URZĄD MIEJSKI DESPERACJI. Poniżej, na drzwiach, wyliczono wszystkie dostępne chętnemu wydziały: Biuro Burmistrza, Komitet Szkolny, Policja, Wydział Oczyszczania Miasta, Urząd Pracy, Wydział Kopalin i Minerałów. U dołu na prawym skrzydle zainteresowanych poinformowano jeszcze: PODANIA O ZASIŁKI PRZYJMOWANE SĄ W PIĄTKI OD 13.00 PO UPRZEDNIM ZGŁOSZENIU.

Gliniarz zatrzymał się u stóp schodów i z wielkim zdumieniem przyjrzał się Jacksonom. Choć upał był nieznośny, dobrze ponad trzydzieści pięć stopni, najwyraźniej wcale się nie pocił. Zza jego szerokich ramion dobiegał monotonny, przeraźliwy w panującej ciszy zgrzyt kurka.

– Ty jesteś Peter? – spytał.

– Tak, Peter Jackson. – Peter oblizał wargi.

Gliniarz spojrzał na Mary.

– A ty Mary, tak?

– Tak.

– A gdzie się podział Paul? – zainteresował się, patrząc na nich łagodnym, pogodnym spojrzeniem.

Kurek nad barem ze zgrzytem obracał się na wietrze.

– Jak to? – zdumiał się Peter. – Nie rozumiem?

– Przecież nie możecie śpiewać Five Hundred Miles i Leavin on a Jet Plane – stwierdził rozsądnie wielkolud, otwierając prawe skrzydło drzwi.

Owiało ich chłodne powietrze z klimatyzowanego wnętrza. Peter poczuł na twarzy jego powiew, zdążył jeszcze pomyśleć, jakie jest przyjemne, miłe, chłodne… i w tym momencie Mary wrzasnęła przeraźliwie.

Jego oczy ułamek sekundy dłużej przyzwyczajały się do mroku panującego wewnątrz urzędu miejskiego, ale przecież przyzwyczaiły się i dostrzegł to, co wcześniej zobaczyła Mary. Dostrzegł leżącą u stóp schodów dziewczynkę – miała może sześć lat i była rozciągnięta na czterech najniższych stopniach. Jedną rączkę zarzuconą miała nad głowę, dłonią do góry, jasne włosy związane w kucyki. Jej głowa przechylona była na bok pod nienaturalnym kątem, oczy szeroko otwarte. Peter nie miał już najmniejszych wątpliwości, do kogo należała lalka, leżąca na ziemi obok kampera. CZWÓRKA SZCZĘŚLIWYCH WŁÓCZĘGÓW – głosił wypisany na jego masce napis, ale w swym optymizmie zdecydowanie nie pasował do współczesnych czasów. Co do tego Peter też nie miał najmniejszych wątpliwości.

– Jejku jej! – krzyknął wesoło wielki glina. – Zupełnie o niej zapomniałem! No, ale przecież nie da się pamiętać o wszystkim, prawda? Choćby człowiek nie wiem jak próbował!

Mary znów wrzasnęła. Zaciśnięte w pięści dłonie podniosła do ust. Próbowała się cofnąć.

– Ależ nie, skąd, co za kiepski pomysł – skrzywił się gliniarz.

Złapał ją za ramię i pchnął. Mary przeleciała przez cały krótki korytarz, wymachując ramionami w rozpaczliwym wysiłku, by utrzymać się na nogach i nie wpaść na dziewczynkę w dżinsach i koszulce MotoGlin 2200.

Peter skoczył, by podtrzymać żonę. Gliniarz złapał go w niedźwiedzim uścisku, pośladkami przytrzymując zamykające się drzwi. Przytulił go do piersi. Twarz miał szczerą, przyjacielską, a przede wszystkim, co za szczęście, wyglądał teraz zupełnie zwyczajnie – sprawiał wrażenie całkiem normalnego, jakby przeszedł na stronę dobrych facetów, przynajmniej chwilowo. Peter poczuł przypływ nadziei i nie od razu skojarzył nagły ucisk na brzuchu z monstrualnym rewolwerem gliniarza. Nie; pomyślał o ojcu, który czasami szturchał go palcem, zwłaszcza gdy udzielał mu dobrych rad. Szturchnięcia dodawały siły sentencjom w rodzaju: „Żadna dziewczyna nie zajdzie w ciążę, jeśli chłopaki jak ty zapną spodnie na wszystkie guziki, Petie”.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że policjant szturcha go lufą, nie paluchem, póki Mary nie krzyknęła:

– Nie! Boże, nie!

– Nie… – zdążył się jeszcze zdziwić.

– Nie obchodzi mnie, czy jesteś Żydem czy Hindusem – stwierdził gliniarz, tuląc go do piersi. Lewą ręką otoczył mu ramiona, prawą odwiódł kurek czterdziestkipiątki. – My tu, w Desperacji, nie przejmujemy się takimi drobiazgami.

Nacisnął spust co najmniej trzykrotnie. Co najmniej, bo dalszych strzałów Peter Jackson nie zdołałby już usłyszeć. Mimo iż stłumione przez jego żołądek i tak rozległy się przeraźliwie głośno. Fala nieprawdopodobnego gorąca sięgnęła mu jednocześnie do stóp i piersi, usłyszał, jak coś mokrego rozpryskuje mu się na butach. Słyszał też krzyk Mary, ale Mary krzyczała już z bardzo, bardzo daleka.

A teraz obudzę się w łóżku – zdążył jeszcze pomyśleć. Kolana ugięły się pod nim, świat zaczął się oddalać, świat jaskrawy, rażący oczy jak odbicie popołudniowego słońca na chromowej powierzchni wagonu ruszającego ze stacji pociągu. – Teraz obudzę się i…

Przestał myśleć. Zapadał się w ciemność w towarzystwie nie myśli, lecz obrazu – obrazu misia siedzącego obok kompasu na desce rozdzielczej policyjnego radiowozu. Misia kiwającego łebkiem, wpatrzonego w niego nieruchomymi, malowanymi ślepkami. Ślepka zmieniły się w dziury, z dziur trysnęła ciemność i Peter Jackson przestał być.