Wydawca: Karakter Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 30 min Lektor: Andrzej Ferenc

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 30 min Lektor: Andrzej Ferenc

Opis ebooka Depesze - Michael Herr

Arcydzieło reportażu wojennego napisane przez współtwórcę filmu Czas Apokalipsy. Nikt nie pokazał wojny w Wietnamie (i wojny w ogóle) tak jak on. Michael Herr przez dwa lata (1967–1969) pracował jako korespondent pisma „Esquire”. Towarzyszył żołnierzom na froncie, był świadkiem ich wojennego delirium. Po powrocie napisał Depesze – swoją jedyną, uważaną za majstersztyk, książkę. W literacko olśniewający sposób przedstawił w niej to, co zobaczył w Wietnamie: obłęd, szał zabijania, tłumiony narkotykami strach, roztrzaskaną ludzką psychikę. Tekst – pełen hipnotycznych wizji, poetyckich metafor i żołnierskiego slangu – oddając stan surrealnego upojenia wojną, jest równocześnie jej sugestywnym oskarżeniem. Niektóre z postaci sportretowanych w Depeszach stały się pierwowzorami bohaterów filmu Coppoli Czas Apokalipsy, którego Herr był współscenarzystą.

Reportaż, opublikowany w Stanach Zjednoczonych w 1977 roku, szybko stał się klasykiem gatunku. Po polsku ukazuje się po raz pierwszy.

Opinie o ebooku Depesze - Michael Herr

Fragment ebooka Depesze - Michael Herr

Pie­kło jest do dupy

fragment

W pierw­szych ty­go­dniach Ofen­sy­wy Tet go­dzi­na po­li­cyj­na za­czy­na­ła się wcze­śnie po po­łu­dniu i była ści­śle eg­ze­kwo­wa­na. Co­dzien­nie już o 14.30 Saj­gon wy­glą­dał jak w koń­ców­ce Ostat­nie­go brze­gu, na dłu­gich ale­jach wy­lud­nio­ne­go mia­sta zo­sta­wa­ły same śmie­ci, wa­la­ją­ce się na wie­trze ga­ze­ty, nie­wiel­kie, wi­docz­ne z da­le­ka sto­si­ki ludz­kich od­cho­dów, zwię­dłe kwia­ty i łu­ski od pe­tard po wiet­nam­skim No­wym Roku. Saj­gon był przy­gnę­bia­ją­cy, na­wet kie­dy tęt­nił ży­ciem, ale pod­czas ofen­sy­wy stał się tak po­nu­ry, że – na swój spo­sób – mia­sto zy­ska­ło nową ener­gię. Drze­wa wzdłuż głów­nych ar­te­rii wy­glą­da­ły jak ra­żo­ne pio­ru­nem, na­stał nie­ty­po­wy, prze­ni­kli­wy chłód – śle­py traf w miej­scu, gdzie pory roku ro­bi­ły, co chcia­ły. Na uli­cach i w ale­jach na­ro­sło tyle bru­du, że oba­wia­no się za­ra­zy, a je­śli ja­kieś miej­sce do­słow­nie się o nią pro­si­ło, to wła­śnie Saj­gon pod­czas sta­nu wy­jąt­ko­we­go. Ame­ry­kań­scy cy­wi­le, in­ży­nie­ro­wie i bu­dow­lań­cy, któ­rym tu­taj wio­dło się le­piej niż za oce­anem, za­czę­li się zbi­jać w ban­dy, każ­dy miał kol­ta, „roz­py­lacz” albo m/45; jesz­cze żad­na wa­ta­ha roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych mści­cie­li nie wy­glą­da­ła tak zło­wiesz­czo. O 10 rano wi­dy­wa­ło się ich na pa­tio ho­te­lu Con­ti­nen­tal, gdzie cze­ka­li, aż ru­szy bar, bo bez tego le­d­wo da­li­by radę od­pa­lić szlu­ga. Uli­cą Tu Do zda­wa­ły się cią­gnąć pro­ce­sje jak z ob­ra­zów En­so­ra, w po­wie­trzu czu­ło się zgni­li­znę i nie był to smród sko­rum­po­wa­nych ofi­cje­li. Po 19, kie­dy go­dzi­na po­li­cyj­na obej­mo­wa­ła też Ame­ry­ka­nów, na uli­cach nie ru­sza­ło się już nic prócz pa­tro­li Bia­łych My­szy i je­epów żan­dar­me­rii, i tyl­ko cza­sem wśród stert od­pad­ków ga­nia­ła się grup­ka dzie­ci, pusz­cza­jąc na lo­do­wa­tym wie­trze la­taw­ce z ga­zet.

Dla nas to było jed­no wiel­kie, ko­lek­tyw­ne za­ła­ma­nie ner­wo­we, bo star­cia osią­gnę­ły ta­kie na­tę­że­nie i tem­pe­ra­tu­rę, że nie było w Wiet­na­mie Ame­ry­ka­ni­na, któ­re­go by w ja­kiś spo­sób nie do­tknę­ły. Wiet­nam był jak ciem­ny po­kój pe­łen śmier­cio­no­śnych przed­mio­tów, Viet­cong cza­ił się wszę­dzie, a do tego wszę­dzie na­raz, jak rak z prze­rzu­ta­mi. To nie­praw­da, że prze­gry­wa­li­śmy tę woj­nę przez wie­le lat po tro­chu – prze­gra­li­śmy ją bar­dzo pręd­ko, do­słow­nie w kil­ka dni, a po­tem już było jak z tym go­ściem z pie­cho­ciar­skiej mi­to­lo­gii, co to umarł, ale był zbyt tępy, żeby się skap­nąć i po­ło­żyć. Speł­ni­ły się na­sze naj­strasz­niej­sze oba­wy przed „żół­tą za­ra­zą”; wi­dzie­li­śmy, jak w ca­łym kra­ju umie­ra­ją ty­sią­ca­mi, ale zu­peł­nie nie ro­bi­li wra­że­nia osła­bio­nych, a na pew­no nie wy­czer­pa­nych, jak już czwar­te­go dnia twier­dzi­li Pla­ni­ści. Te­ry­to­rium od­zy­ski­wa­li­śmy szyb­ko, ogrom­nym kosz­tem, w to­tal­nym po­pło­chu i z nie­mal mak­sy­mal­ną bru­tal­no­ścią. Na­sza ma­chi­na sia­ła spu­sto­sze­nie. Umia­ła wszyst­ko; nie umia­ła się tyl­ko za­trzy­mać. Jak po­wie­dział pe­wien ame­ry­kań­ski ma­jor, któ­ry chciał (i zdo­łał) przejść do hi­sto­rii: „Żeby oca­lić Ben Tre, mu­sie­li­śmy je znisz­czyć”. W ten spo­sób od­zy­ska­li­śmy „kon­tro­lę” nad więk­szo­ścią kra­ju, co na do­brą spra­wę ozna­cza­ło, że oku­pu­ją go Viet­cong i WAL, i tak już zo­sta­ło do dnia, w któ­rym z Wiet­na­mu znik­nął ostat­ni ame­ry­kań­ski żoł­nierz.

Pa­no­wie od Pla­nu wzię­li się pod ręce i jed­nym kro­kiem prze­szli na Dru­gą Stro­nę Lu­stra. Ry­dwan na­sze­go ge­ne­ra­ła sta­nął w ogniu, on sam ocza­dział od dymu i opo­wia­dał nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie o trium­fal­nym zwy­cię­stwie, aż wresz­cie paru wy­so­ko po­sta­wio­nych po­bra­tym­ców po­pro­si­ło go, żeby się jed­nak opa­no­wał i po­zwo­lił im mó­wić. We­dług pew­ne­go bry­tyj­skie­go ko­re­spon­den­ta, z na­szy­mi Pla­ni­sta­mi było tro­chę tak, jak gdy­by ka­pi­tan Ti­ta­ni­ca ogło­sił: „Nie ma po­wo­dów do pa­ni­ki! To tyl­ko chwi­lo­wy po­stój, mu­si­my na­brać lodu”.

Kie­dy czwar­te­go dnia wró­ci­łem do Saj­go­nu, więk­szość in­for­ma­cji z ca­łe­go kra­ju zdą­ży­ła się już ule­żeć i kiep­sko to wszyst­ko wy­glą­da­ło, na­wet po od­ce­dze­niu plo­tek: mó­wi­ło się na przy­kład, że ja­cyś „bia­li”, oczy­wi­ście Ame­ry­ka­nie, wal­czą po stro­nie VC, albo że WAL prze­pro­wa­dzi­ło w Hue ty­sią­ce eg­ze­ku­cji i że na rów­ni­nach za mia­stem jest mnó­stwo „płyt­kich gro­bów”, zresz­tą obie po­gło­ski oka­za­ły się praw­dą. Ko­re­spon­den­tów wo­jen­nych Ofen­sy­wa Tet przy­par­ła do muru tak jak żoł­nie­rzy i Wiet­nam­czy­ków, czy­li bar­dziej niż w ich naj­śmiel­szych snach. Do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łem, że na­wet je­śli zo­sta­nie we mnie coś z dziec­ka, to praw­dzi­wą mło­dość wy­ci­snę­ły ze mnie te trzy dni, kie­dy prze­je­cha­łem sto ki­lo­me­trów dzie­lą­ce Can Tho od Saj­go­nu. Wi­dzia­łem, jak ko­le­gom w Saj­go­nie to­tal­nie od­bi­ja; kil­ku wy­je­cha­ło, inni ca­ły­mi dnia­mi le­że­li w łóż­ku, w ta­kiej de­pre­sji, że nie mo­gli się pod­nieść. U mnie po­szło w dru­gą stro­nę, by­łem na­krę­co­ny, pod­eks­cy­to­wa­ny, sy­pia­łem po trzy go­dzi­ny na dobę. Kum­pel z „Ti­me­sa” po­wie­dział mi, że naj­bar­dziej prze­szka­dza­ją mu na­wet nie same kosz­ma­ry, tyl­ko od­ruch, żeby je za­raz po prze­bu­dze­niu za­pi­sać i prze­słać agen­cji. Je­den sta­ry wy­ja­dacz, któ­ry od lat trzy­dzie­stych pi­sy­wał z róż­nych fron­tów, usły­szał te na­sze jęki, że jest tak strasz­nie, i aż par­sk­nął: „Ha, no nie mogę z was, na­praw­dę. A co­ście se, kur­wa, wy­obra­ża­li?!”. Nam się wte­dy wy­da­wa­ło, że już prze­kro­czy­li­śmy tę gra­ni­cę, za któ­rą każ­da woj­na robi się po­dob­na do in­nych; gdy­by­śmy wte­dy wie­dzie­li, co tam się jesz­cze bę­dzie wy­ra­biać, może po­czu­li­by­śmy się le­piej. Po kil­ku dniach wzno­wi­li loty i za­bra­li­śmy się do Hue.

Upcha­no nas w sześć­dzie­się­ciu w cię­ża­rów­ce GMC, osiem ta­kich je­cha­ło w kon­wo­ju z Phu Bai, wio­ząc po­nad trzy­stu świe­ża­ków, któ­rzy mie­li za­stą­pić ofia­ry pierw­szych walk na po­łu­dnie od Rze­ki Per­fu­mo­wej. Od paru dni było ciem­no, sza­la­ła bu­rza i tra­sa za­mie­ni­ła się w błot­ni­ste ko­ry­to. W cię­ża­rów­kach pa­no­wał cho­ler­ny ziąb, dro­ga była upstrzo­na li­ść­mi zdmuch­nię­ty­mi albo przez wi­cher, albo przez na­szą ar­ty­le­rię, bo cały ten od­ci­nek jesz­cze cał­kiem nie­daw­no znaj­do­wał się pod cięż­kim ostrza­łem. Wie­le do­mów się zu­peł­nie za­wa­li­ło, wszyst­kie co do jed­ne­go były zry­te przez po­ci­ski. Po­bo­czem szły set­ki uchodź­ców, mnó­stwo ran­nych. Dzie­cia­ki śmia­ły się i po­krzy­ki­wa­ły, star­cy tyl­ko pa­trzy­li, z tą ich zgo­dą na nie­szczę­ście, któ­ra tylu Ame­ry­ka­nów wpra­wia­ła w za­kło­po­ta­nie i któ­rą tak czę­sto bra­li za obo­jęt­ność. Ale szli też młod­si, męż­czyź­ni i ko­bie­ty, któ­rzy spo­glą­da­li na nas z wy­raź­ną po­gar­dą, od­cią­ga­jąc wi­wa­tu­ją­ce dzie­ci od cię­ża­ró­wek.

A my sie­dzie­li­śmy we­wnątrz, pod­trzy­mu­jąc się na­wza­jem na du­chu, szcze­rząc się do za­wie­ru­chy i nie­wy­gód. Dzie­li­li­śmy się tym pierw­szym stra­chem, za­do­wo­le­ni, że nie je­dzie­my w szpi­cy ani na ty­łach. Wie­le po­przed­nich kon­wo­jów za­wró­co­no, bo tam­ci cią­gle tra­fia­li nam cię­ża­rów­ki. Domy, któ­re tak wol­no mi­ja­li­śmy, mo­gły być ide­al­ną osło­ną dla snaj­pe­rów, a je­den po­cisk z gra­nat­ni­ka B-40 za­ła­twił­by nas wszyst­kich, ja­ke­śmy tam sie­dzie­li. Chło­pa­ki po­gwiz­dy­wa­ły, każ­dy co in­ne­go, było tro­chę jak w szat­ni przed me­czem, w któ­rym nikt nie chce grać. No, pra­wie nikt. Był je­den czar­no­skó­ry ma­ri­ne z Fi­la­del­fii, na któ­re­go mó­wi­li Fil­czur, w swo­im mie­ście był sze­fem gan­gu i po sze­ściu mie­sią­cach w dżun­gli nie mógł się do­cze­kać ulicz­nej bit­ki, miał dla tam­tych parę sztu­czek. (W Hue oka­zał się nie­sa­mo­wi­cie przy­dat­ny. Sam wi­dzia­łem, jak wy­strze­lał z trzy­dziest­ki ze sto po­ci­sków w wy­łom w mu­rze, śmie­jąc się: „Chcesz dać cza­du, daj pierw po­niu­chać”; chy­ba jako je­dy­ny z Kom­pa­nii D jesz­cze ani razu nie obe­rwał). Był też ko­re­spon­dent pie­cho­ty mor­skiej, sier­żant Dale Dye, któ­ry za pa­sek heł­mu za­tknął so­bie dłu­gi, żół­ty kwia­tek – trud­no było taki cel prze­ga­pić. A ten so­bie sie­dział, wy­wra­cał ocza­mi i mó­wił: „Oj tak, tak, nie­źle się tu na­sa­dzi­li, bę­dzie go­rą­co, oj bę­dzie!”. Cały czas się bło­go uśmie­chał; ten sam uśmiech wi­dzia­łem ty­dzień póź­niej, kie­dy kula snaj­pe­ra roz­ora­ła mur pięć cen­ty­me­trów nad jego gło­wą – tyl­ko pie­cho­ciarz mógł­by się z cze­goś ta­kie­go ucie­szyć.

Cała resz­ta w cię­ża­rów­ce mia­ła dzi­kie miny na­wie­dzo­nych ame­ry­kań­skich pio­nie­rów, któ­re mó­wi­ły ja­sno: tak, po­wi­nie­neś być wła­śnie tu, gdzie będą naj­cięż­sze wal­ki, gdzie bę­dzie ci bra­ko­wać po­ło­wy naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy i gdzie cho­ler­nie piź­dzi, na­wet jak na Wiet­nam. Na heł­mach i ka­mi­zel­kach mie­li po­wy­pi­sy­wa­ne ope­ra­cje, w któ­rych bra­li udział, imio­na dziew­czyn, wo­jen­ne ksyw­ki (USTRA­SZO­NY, MAŁ­PA MIC­KY’EGO, MŚCI­CIEL V, LEK­KI SPUST), fan­ta­zje (URO­DZO­NY HU­LI­GAN, URO­DZO­NY ZA­BÓJ­CA, URO­DZO­NY BY PRZE­GRAĆ, URO­DZO­NY BY UMRZEĆ) i ak­tu­al­no­ści (PIE­KŁO JEST DO DUPY, CZAS MI SPRZY­JA, TYL­KO TY I JA, BOŻE – PRAW­DA?). Któ­ryś za­wo­łał, „Hej, go­ściu! Szu­kasz te­ma­tu? No to pisz: je­stem na wzgó­rzu 881, to w maju było, idę se grzbie­tem jak gwiaz­da fil­mo­wa i na­gle ja­kiś żół­tek mi wy­ska­ku­je przed no­sem, i mnie dźga tym swo­im ka­ła­chem, ale ja mam taki luz, że ko­leś nor­mal­nie wy­trzesz­cza gały, wła­do­wa­łem w nie­go cały ma­ga­zy­nek, to mi na­wet nie zdą­żył po­dzię­ko­wać. Je­den–zero, kur­wa”. I tak ze dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów, aż przez ko­tłu­ją­cą się przed nami czerń doj­rze­li­śmy za rze­ką dym z cy­ta­de­li Hue.

Most, któ­ry wcze­śniej spi­nał brze­gi ka­na­łu mię­dzy wio­ską An Cuu i po­łu­dnio­wą czę­ścią Hue, był zwa­lo­ny, wy­sa­dził go ze­szłej nocy Viet­cong, a te­re­ny po dru­giej stro­nie rze­ki uwa­ża­no za nie­za­bez­pie­czo­ne, więc no­co­wać trze­ba było w wio­sce. Była kom­plet­nie wy­lud­nio­na, roz­go­ści­li­śmy się w pu­stych cha­łu­pach, kła­dąc pa­łat­ki na po­tłu­czo­nym szkle i odłam­kach ce­gieł. O zmro­ku, kie­dy le­że­li­śmy so­bie na brze­gu ka­na­łu, wci­na­jąc ko­la­cję, nad­le­cia­ły dwa śmi­głow­ce sztur­mo­we pie­cho­ty mor­skiej i za­czę­ły nas ostrze­li­wać, nad ka­na­łem furk­nę­ły smu­ga­cze, więc trze­ba było szu­kać kry­jów­ki, w su­mie bar­dziej za­sko­cze­nie niż co­kol­wiek in­ne­go. „No eks­tra, po­je­by jed­ne! Uda­ło wam się, kur­wa, przy­szpi­lić wro­ga!”, rzu­cił któ­ryś z chło­pa­ków i roz­sta­wił so­bie M60 na wy­pa­dek, gdy­by wró­ci­li. „Nie będą nam tu ro­bić ta­kich nu­me­rów”, po­wie­dział. Wy­szły pa­tro­le, roz­sta­wio­no war­tow­ni­ków, a my po­szli­śmy do cha­łup spać. I ja­koś tak się sta­ło, że na­wet nas tej nocy nie ostrze­la­li z moź­dzie­rzy.

Rano sfor­so­wa­li­śmy ka­nał je­epem i za­czę­ło się wcho­dze­nie na te­ren, obok pierw­szych z se­tek ciał cy­wi­li, ja­kie mie­li­śmy zo­ba­czyć w cią­gu tych paru ty­go­dni: był tam sta­rzec wy­gię­ty w łuk nad swo­im słom­ko­wym ka­pe­lu­szem i dziew­czyn­ka, któ­rą po­cisk tra­fił, kie­dy je­cha­ła na ro­wer­ku, a te­raz le­ża­ła z jed­ną ręką wy­cią­gnię­tą na­przód, jak­by z wy­rzu­tem. Byli tam już ty­dzień, a my po raz pierw­szy dzię­ko­wa­li­śmy Bogu, że jest tak zim­no.

Wzdłuż po­łu­dnio­we­go brze­gu Rze­ki Per­fu­mo­wej roz­cią­ga się uro­kli­wy park, a za nim już jest Le Loi, naj­sym­pa­tycz­niej­sza ale­ja w Hue. Lu­dzie opo­wia­da­ją, jak przy­cho­dzi­li do tego par­ku się opa­lać, pa­trzeć na pły­ną­ce rze­ką sam­pa­ny, albo na dziew­czę­ta, któ­re jeź­dzi­ły ro­we­ra­mi w górę Le Loi, obok urzęd­ni­czych wil­li i bu­dyn­ków uczel­ni, za­pro­jek­to­wa­nych przez fran­cu­skich ar­chi­tek­tów. Z wil­li czę­sto nie zo­sta­ło nic prócz ruin, duża część kam­pu­su była nie do od­bu­do­wa­nia. Na środ­ku uli­cy le­ża­ły szkie­le­ty wy­sa­dzo­nych ka­re­tek Mi­sji Nie­miec­kiej, ścia­ny fran­cu­skie­go klu­bu Cerc­le Spor­tif świe­ci­ły dziu­ra­mi od kul i odłam­ków. Zie­leń wez­bra­ła od desz­czu i po­śród bia­łej, gę­stej mgły roz­prze­strze­ni­ła się na wszyst­kie stro­ny. W sa­mym par­ku czte­ry gru­be, zie­lo­ne cia­ła le­ża­ły w krę­gu wo­kół wy­so­kiej, zdo­bio­nej klat­ki, w któ­rej ku­li­ła się z zim­na nie­du­ża małp­ka. Je­den z ko­re­spon­den­tów, któ­ry przy­je­chał z nami, prze­stą­pił przez tru­py, żeby dać jej owo­ców. (Parę dni póź­niej znów by­łem w tym sa­mym miej­scu. Ani po cia­łach, ani po małp­ce nie było śla­du. Tylu tam wte­dy było uchodź­ców i tak mało je­dze­nia, ktoś ją mu­siał zjeść). Ma­ri­nes z 2. Ba­ta­lio­nu 5. Puł­ku za­bez­pie­czy­li pra­wie cały śro­dek po­łu­dnio­we­go brze­gu i te­raz szli pół­ko­lem na za­chód, pod­trzy­mu­jąc wal­kę i udraż­nia­jąc je­den z głów­nych ka­na­łów. Cze­ka­li­śmy na de­cy­zję, czy mają wejść do sa­mej cy­ta­de­li, ale i tak wszy­scy wie­dzie­li, jak bę­dzie. Sie­dzie­li­śmy tam, sta­ra­jąc się ob­jąć ro­zu­mem tę całą gro­zę, pa­trząc na słu­py dymu po dru­giej stro­nie rze­ki; raz na ja­kiś czas snaj­pe­rzy na mu­rach ostrze­la­li z ka­ra­bi­nów na­sze bar­ki de­san­to­we. Sie­dzą­cy obok ma­ri­ne mó­wił, że to cho­ler­na szko­da, ci wszy­scy bied­ni lu­dzie, te od­pi­co­wa­ne domy i w ogó­le, na­wet sta­cję Shel­la tu­taj mie­li! Pa­trzył na czar­ne kłę­by na­pal­mu i gru­zo­wi­ska pod mu­rem. – Chy­ba się Ce­sar­skie Mia­sto sfaj­czy­ło – po­wie­dział.

*