Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Deo gratis - taki modlitewnik - Robert Lewandowski


Czy jesteś Adolfem Hitlerem, czy emerytem z Pułtuska, Elvisem P. albo szczurem; gadasz z Nim! Gadasz z Absolutem!
I nie ma tu znaczenia, czy jest to akt strzelisty, czy akt kupna tandetnej konewki w markecie.
Prywatny detektyw, clown z wrestlingu, ciotka dewotka, pan Zenek vel Zorro; każdy przeżywa tu swój Armagedon.
Dzięki Diabłu kontakty z Bogiem mogą być ciekawe. Tak, jak te niekonwencjonalne mikro-słuchowiska
Uwaga: materiał nie dla dewotów!

E-book dostępny także w wersji audio.

Współczesny modlitewnik.


RECENZJE:


Byłam szczerze porażona treścią tej książki, jej szczerością, bezkompromisowością i oryginalnym podejściem do tematu relogijności. Sacrum miesza się tu z profanum. Sprawy wyższe z popkulturą. Zupełnie jak w życiu. Choć nie chcemy o tym pamiętać, gdy co 15 seksund wzywamy imienia Boga, zaklinamy się w Jego imię i przyrzekamy, że już nigdy więcej "jak Boga kocham"...

Na pierwszy rzut oka teksty te mogą naruszać uczucia religijne Polaków. Są to jakby podsłuchane modlitwy tak zwanych zwykłych ludzi. A więc coś intymnego. Jednak ci, co się oburzają zapominają, że w modlitwach tak naprawdę zwracamy się do Najwyższego z najbardziej błahymi sprawami, uważając, że jesteśmy w Jego oczach najważniejsi. A tymczasem...

Jest to z pewnością książka dla ludzi myślących, i na pewno... wierzących. Pozwala ujrzeć się po drugiej stronie lustra.

Zachwyciła mnie wersja audio. Teksty znakomicie czytane przez lektorów robią niesamowite wrażenie.

Anna K.

Opinie o ebooku Deo gratis - taki modlitewnik - Robert Lewandowski

Fragment ebooka Deo gratis - taki modlitewnik - Robert Lewandowski

Deo gratis

taki modlitewnik

(wybór opowiadań i partytur)

Robert Lewandowski

© Copyright by

Robert Lewandowski & e-bookowo

 

Projekt okładki:

Robert Lewandowski

Liternictwo i korekta techniczna fotografii na okładce:

Wojciech Nakenda-Trepka

 

ISBN e-book 978-83-7859-225-9

ISBN audiobook 978-83-7859-181-8

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ELVIS THE KING

(partytura audio)

Elvis Presley żyje lecz nie czuje się najlepiej. To fakt; podagrycznie bolesny, reumatycznie upierdliwy ale niezbity, jak konieczność wyjścia po zakupy. Elvis żyje, ale nie ma już marchewki i musi iść ją kupić w warzywniaku na dole. Potem utrze ją na tarce, sparzy wrzątkiem z czajnika, doda masła i zje, bo żeby żyć trzeba się odżywiać.

Elvis naciąga spodnie wierzchnie na spodnie od piżamy i myśli, że trzeba by kurtkę wyprać, bo strasznie sparszywiała od marcowej pluchy. Za oknem wciąż paskuda, a okno nieszczelne. Na zimnym piecu stoją przyprószone zamszem pleśni buty. Jeszcze poczekają, bo Elvis musi najpierw wetknąć dół spodnich spodni za skarpety, żeby ich przy wciąganiu te wierzchnie nie podwijały w górę. Nie jest łatwo być sobą, gdy ma się na sobie cudze łachy z lumpeksu, więc im niżej Presley się schyla, tym wyżej idą mankiety od kusych nogawek piżamy. Nie jest łatwo być Królem i iść na kompromisy, ale Elvis na nie idzie i odpuszcza mitręgę, a niech się podwijają, może same opadną, nim wyjdzie na ulicę.

Schody w starych czynszówkach są jak czułe drewniane organy; stacatto sprężystych adidasów brzmi tu brutalnym fałszem czczej apokalipsy, ale gdy stąpa po nich starzec, o, wtedy jest muzyka. Elvis chwyta się poręczy a nikły pisk luźnej tralki rozpina w dół skali schodów sekwencję chwiejnych skrzypień i trzeszczących wycichań. Pod stopami Elvisa naprężenia i powroty konstrukcji budują akord trwałości w tonacji rdzy i próchna. Krucha wytrwałość, konieczność zbędnego piękna, drzemka uschniętego pająka. Żeby to zagrać potrzeba starego mistrza i wiekowego instrumentu; żeby to usłyszeć trzeba być Królem. Elvis gra, lecz już tego nie słyszy – Król jest głuchy i idzie kupić sobie marchewkę.

Ulica Kluczborska to zły adres dla wiosny. Pogodne niebo nie spływa w ten wąwóz o ścianach postrzelanych w bitwie, której nie przyjęła historia żadnej z walczących stron. Nikt z żyjących tu teraz starców też tego nie pamięta, przyciągnęli tu później; pan Kazik spode Lwowa, pani Kobierska z Mławy, czy Elvis Presley z Memphis, Tennesee. Oni czują niekiedy jakiś ciężar w powietrzu nie świadomi, że to fasady domów wciąż walczą, napierają na siebie aż pęka tynk, paczą się ramy przeciwstawnych okien a z przyduszonych piwnic wyciska się szara butwa i mokry dym. Teraz mży z odbić chmur w kałużach a Elvis wychodzi z bramy i niepewnie patrzy, kogo przyjdzie mu minąć w drodze do warzywniaka; Przy starej, po wielekroć zgwałconej beemce stoi dwóch i się buja w rytualnej nawijce. To oni, stracone pokolenie; nie znają rockandrolla, nie wiedzą nawet, że ich dance music to taka odmiana polki. Elvis nie istniał dla nich nigdy, nie dostrzegą go i teraz, nie zaczepią, nie musi się ich bać.

Ale lęk jest. Nie chodzi o to, że mogli by go pobić, bo mogliby – tylko po co? Powodów mają za mało, ale też dość, by mogli zrobić tego bez powodu. Przechodzący obok Elvis jest dla nich tylko miękkim kawałkiem ich ulicy, dziadygą z parafii, gzymsem na drugim piętrze, brakiem drzewa, które nigdy tu nie wyrosło. Czego się zatem lęka, mijając tych dwóch młodzieńców w barokowych dresach, co kiedyś dostali wpierdol wraz z Andrew Golotą? Presley tego nie wie, ale czuje w sobie czegoś zbędność, jakąś wyrwę po mantrze: „zwyciężaj albo giń” i czczy ból nieznanej łaski.

Błogosławieni miłosierni.

BUDWAJZER

Słońce miłosiernie grzało dolinę, zmieniając ją w rozedrgany, horyzontalny staw. Porastające żwirowaty grunt ostrokrzewy tańczyły w żarze, jak przybrzeżne wodorosty, grzechotniki-mureny przywarły do ostatnich cienistych rozpęklin dna. Pokruszony asfalt drgał suchą parą już kilkanaście metrów przed zderzakiem jadącego drogą, rozklekotanego deomobila – za kierownicą siedział Bóg.

We wnętrzu d-moba było goręcej, niż na zewnątrz, bo urwana korbka nie pozwalała opuścić zamkniętej szyby drzwi kierowcy, a model był już z rocznika, w którym zrezygnowano z funkcji uchylnej szyby przedniej. Tak zatem podmuch wytwarzany jazdą omijał Boga niewidzialnym strumieniem, całkiem jak ruch na autostradzie opływał tę okolicę.

Ci, co jeszcze zostali w słonecznej dolinie wierzyli święcie, że owa nowa droga kończy się zionącą przepaścią u obu jej krańców. Wszak nikt, kto stąd wyjechał nie przysłał już tu żadnej kartki, listu, czy nawet rachunku za smród.

Aurę potwierdzenia tej tezy utrwalała mumia listonosza, oparta o słup nieczynnej trakcji telegrafu, pod którą właśnie przejeżdżał spocony Bóg.

Dalej wzdłuż drogi stał gotycki kościół z dykty i blachy falistej scytyjsckiego pastora-jezuity, który z podziemnej studni-ambony ubliżał co dzień diabłu i wzywał go na pojedynek. Bóg, jak zawsze, gdy mijał ten kościół, pomyślał, by zajrzeć tam i się przywitać i – jak zawsze – wcisnął głębiej pedał gazu z lęku przed brakiem tematów do rozmowy.

Po kilkuset metrach zauważył, że welon żaru na asfalcie przed szybą zaczął gęstnieć i unosić się wyżej. Fatamorgana? – pomyślał, a po chwili zrozumiał, że zagotowała mu się woda w chłodnicy. Kłąb wydobywającej się spod maski pary skłonił go, by po pół mili skręcić na parking przed przydrożnym barem „U Yoyoo”.

Szmatę miał zawsze przygotowaną pod siedzeniem, więc zaraz po zatrzymaniu wozu, wysiadł, uniósł pozbawione blokady skrzydło maski i owiniętą materiałem dłonią poluzował lekko korek od chłodnicy. Buchnęło, jakby przyjechał tu parowozem, ale nie bryznęło wrzątkiem.

Ma się to wyczucie! – Bóg uśmiechnął się pod nosem, ułożył szmatę na błotniku, by przeschła, otarł czoło i ruszył ku drzwiom baru.

Wewnątrz upał był o tyle mniejszy, o ile bardziej wilgotnawy, przy barze siedział sinawy dzieciak z kokluszem, a jego brat-półbliźniak spał oparty ostatnim przednim zębem o bilardowy stół.

Barmana nie było, więc Bóg sam wziął sobie piwo z lodówki, otworzył je o klamrę pasa i rozejrzał się, gdzie by tu siąść. Upatrzywszy sobie stolik przy wejściu do kibla, podszedł jeszcze do szafy grającej, wrzucił kapsel do otworu i wcisnął wytarty klawisz z ulubionym kawałkiem pt. „Janek znów dostaje wpieprz”.

*

Wstałem z mokrego chodnika, roztarłem krew z nosa i dygocąc poszedłem w listopadową noc – to piwko było dobrze schłodzone i miało swoją moc.

POTWOREK

(partytura audio)

Drzazgę z palca wyjął jej taki pan

– zrobił się stworek – powiedziała mu Ania

i przestała płakać.

Na opuszku zranionego kciuka, dwa ciemne otworki

po drzazdze

patrzyły sobie.

Ania zgięła kciuk, stwór pochylił główkę

i był to jeden i ten sam ruch.

– Ale fajny – krzyknęła i pobiegła przed siebie.

– Jesteś Stworek Potworek – ochrzciła go,

a on pokiwał główką.

Nie miał wyboru,

był jej stworkiem.

Stali razem przy huśtawce

Jeszcze trochę bolało, ale to nic,

bo takie rzeczy przychodzą na świat przez cierpienie

Ona też rodziła się długo

sprawiła tym mamie ogromną mękę.

Ważyła cztery kilo

było w tym coś złego,

za co – czuła – powinna przepraszać.

Nie podziękowałam temu panu – pomyślała sobie,

a właściwie nie sobie, bo też stworkowi.

– Słyszysz? Zapomniałam!

Stworek pokiwał głową

było to znakiem,

że słyszy jej myśli.

Przysiadła na desce siodełka huśtawki

dłoń ze stworkiem ułożyła na podołku.

– Nawet nie wiesz, jak mnie wymęczyłeś

pomyślała do niego z uśmiechem

takim samym, jak mamy

i poczuła wyraźnie odrobinę złości.

I to nie było fajne

– Bardzo cię kocham – dodała szybko

Stworek pokiwał główką

– Naprawdę będę cię kochała – potwierdziła postanowienie,

ale stworek nie był całkiem tego pewien

Patrzył na nią tak jakoś

tymi durnymi, sączącymi jakąś ciecz oczkami

i nie mówił nic.

Taki bezbronny i głupi.

Trudno jej było pozbyć się tej jakiejś złości,

no to dała mu pstryczka.

Zabolało,

a ona nie wiedziała kogo.

To było całkiem co innego, niż wtedy,

gdy rozgniatała głowę swojej Barbie

wtedy sprawa była jasna:

Lalka nic nie czuła,

cały ból był Ani.

Teraz było gorzej

jakoś

– Jesteś beznadziejny, wiesz? – powiedziała,

a stworek zrobił się taki... goły.

Patrzał tak na nią tą durnowatą buzią

poczuła, że znowu musi go uderzyć zanim... Psztyk!

zanim się tego dowie.

I było wszystko jedno,

czy to on, czy ona

pojmą to,

czego nie trzeba wiedzieć.

A potem, wieczorem odmawiała paciorek.

Musiała to teraz robić często i gorliwie,

niedługo szła do pierwszej komunii.

To taka uroczystość,

w której człowiek jednoczy się z bogiem,

co za niego cierpiał

Modliła się unosząc wzrok ku górze

a stworek patrzył gdzieś w bok.

PANANGELLUM

Nie widzę nieba, czy widzę jego brak? – Nie, to tylko noc. Wszystko jest na swoim miejscu: ja – obudzony na parkowej ławce, park w śpiącym spokojnie mieście i mżawka ze sflaczałych w ciemności chmur. Czyli się upiłem... nic więcej – uśmiecham się do mroku nade mną, a niebo też jest miękkie. I przelotne.

Wracam ponad gęstą rzeką przez wymieciony światłem Most Pokoju, patrzę w dół na blikające smugi odbijanego światła latarń i trudno mi uwierzyć, że wnikają one również w głąb tej wody, że rozświetlają płynną ciemność. A jednak tak ...

Drzwi do piwnicy stające nagle w ogniu i jaskrawy podmuch w głąb korytarza, gdzie ukrywający ludzi mrok ucieka w tył, w stężałe za ich plecami cienie! Kysz, przyszła pamięć!

Idę w stronę Ostrowa Tumskiego, mijam mur klasztoru – nie widać stąd jego okien, nie wiem, czy ktoś tam jeszcze jest. Przejeżdża rozklekotana polewaczka – nie szkodzi, to tylko element nocnego ładu miasta. Ulice są spokojne a niebo przelotne. To dzięki Tobie Panie B.

Zaraz pojawi się zgaga – zwykła kara za nadmiar piwa – chociaż może i nie; browary wróciły teraz do naturalnych sposobów ważenia. Chemii na pohybel! – mówił barman, gdy mi je lał. Nie mam nic przeciwko takiej przemocy, nie jestem akcjonariuszem żadnego koncernu, mam to gdzieś, że spadnie im rentowność. Bossowie, co dotąd każdy potencjalnie nie zaoszczędzony grosz traktowali jak stracony milion muszą teraz wrócić do starej, dobrej ekonomii dawnych szewców, czy piekarzy. Muszą, bo jak nie...

Zanim skręcę ku Szczytnickiej obejrzę się jeszcze w kierunku katedry; Znów jest iluminowana, nie doznała ostatnich zniszczeń, a jednak wygląda inaczej. Gotyk nie jest już pięknem pychy, pnie się teraz z mozolnym polotem ku jakiemuś sensowi, którego jeszcze nie zna, a już go wyraża. Gotyk znów jest młody, ciekaw samego siebie – katedra wydaje się nowsza, niż szklane biurowce, bo te mniej się zmieniły.

Wchodzę w kwartał popalonych domów, mżawka podsyca ich zimny swąd, ale już gdzieniegdzie czuć zapach cementu – znak, że powraca tu ład. Idę zatem przez miasto, które się odradza, życie znów toczy się w poziomie, choć ludzie często zadzierają głowy i patrzą w niebo, tak jak ja. To jeszcze długo nie minie; dochodząc do Ronda Regana wciąż czuję za sobą strzelisty pion hełmów katedry – pamięta je mój lęk. To trwa i będzie tak było. Będzie było, jak wówczas, w Ów Czas.

Zaczęło się ponoć od znaków, ale mało kto zauważył dziwną purpurę na niebie czy koliste ruchy gwiazd. I ja, choć często zdarzało mi się zamilknąć pośród huku miasta i zapatrzeć się w barwny zachód słońca, też nie widziałem nic. Dopiero ten huk – i pierwsza myśl: kibole, bo głośne to było, jak te ich plastikowe tuby, co z bliska rozwalają bębenki – odwróciłem się gwałtownie i nic; żadnych dzikich watah, żadnych heja wukaes, a mimo to dźwięk narastał i walił po uszach, jak monstrualny klakson wielkiej ciężarówy – ale to też nie było to. Co za cholerstwo? – pomyślałem patrząc w prawo-lewo, zerkając w przód i w tył a trąba wciąż potężniała i wciąż nie wiadomo skąd. Inni też poprzystawali, bo straszny był to ryk, aż wreszcie ktoś zadarł głowę i pierwszy wskazał to coś.

Trudno jest zasnąć w ciszy, gdy się pamięta ten dźwięk – dlatego teraz, zanim się położę muszę włączyć muzykę – ostatnio to zawsze Bach. Na płytach nie mam nagrań zrobionych po kataklizmie, choć wiem, że takie powstają. Słyszałem, że John Elliot Gardiner znów nagrał którąś z Pasji. Poprzednie były perfekcyjne. Ale były. Teraz trzeba takiej, która jest. W nas. Apokalipsa według Gardinera, według nienawiści orkiestry, według szaleństwa, słuchaczy, według pustki... Bluźnierstwo? – to słowo wciąż czeka na swój sens.

To było jasne pęknięcie w zmierzchającym niebie i ciemny kwadrat pośrodku i dwie z niego wychodzące jakby elipsy. I wisiało to tak bez ruchu, że nie wiadomo jak. – Zobacz pan, panie, co to za cholerstwo – zagadał do mnie jakiś obcy gość, a ja mu na to: – Widzę, ale co to jest? – Bo skąd miałem wtedy wiedzieć, że to niebiański tron?

Ci z innych krajów musieli mieć lepiej, bo z ich perspektywy to był widoczny fakt: Postać zasiadająca w majestacie, w jasnej poświacie i przy głosach trąb. My nie mieliśmy na to szans, bo wisiał dokładnie nad nami ten ciemny obrys, widzianego od spodu tronu i wielkie kontury podeszew jego obutych w sandały stóp. Stałem tak wtedy z innymi z napiętym karkiem i krtanią i nie wiedziałem, co myśleć; Dziwić się, czy bać? A dźwięk trąby trwał w monumentalnej sinusoidzie, lała się z góry złocista poświata a my dziwiliśmy się jak ćwoki, wdeptując w asfalt naszą ogłupiałą dreptaninę.

Jeszcze był czas na złudzenia, że to może ufo, albo jakiś projektor ukryty na dachu puszcza nam nad głowami takie czary-mary, ale już coraz więcej głosów wzywało Imienia i z coraz większą pewnością, że nie nadaremno. Jednak nie było pewności tam, gdzie wtedy stałem, dopóki jakaś kobieta nie wrzasnęła z okna, że to koniec świata i że to w telewizji jest. Pobiegłem zatem to zobaczyć do najbliższego pubu, mijając się w wejściu z tymi, co chcieli na ulicy upewnić się, czy ten program to nie jakiś pic. Bo rzeczywiście pokazywali to cudo na ekranie; Postać w białej szacie, w koronie i na tronie, a zamiast komentarza szedł tylko ten dźwięk trąb. – Stachu, co jest grane? – to Piotruś, stary bywalec złapał mnie za ramię. Też już był na ulicy a teraz wrócił po więcej, ale tu w telewizji wciąż tylko Postać i Tron.

– Nie, to jakaś przeginka! Ludzie przecież... przecież... Przecież nie wolno, kurwa robić z tego jaj! – Spojrzałem na barmana, co mówił te słowa; stał blady i wzburzony jak jakiś Izajasz. Ustała bieganina od drzwi i do drzwi i było nas w tym barze kilku i dwie kobiety, a wszyscy tak ocipieli, że mniejsza o płeć.

Pierwsi zaczęli gadać ci na sienenie, ale coś po angielsku i nie wiadomo co. Ja trzymałem pilota, bo barman nie był w stanie, i nerwowo zmieniałem kanał za kanałem; Paryż, Londyn, Moskwa, Rzym i Nowy Jork – wszędzie z grubsza to samo: Tron, Światłość i On.

– Ja pierdolę, koniec świata – powiedział Piotruś i oparł się o bar.

– Nie ma takiej opcji, bo to niemożliwe, nie ma takiej opcji – łkał tymczasem ktoś. – Niewierzący jesteś?! – zaatakował go barman, a tamten na to, że wierzy, ale, kurwa, nie żeby aż tak!

Kobiety obie padły przy stole na kolana i zaczęły zawodzić ohydnie piskliwie, że miałem ochotę podejść i zdzielić je po łbach.

Ale się nie ruszyłem, patrzyłem na Piotrusia, który wszedł za kontuar, zdjął z półki flaszkę czystej i zaczął z niej pić. – No to pozamiatane – westchnął po pierwszym łyku – no to pozamiatane, a piękny był ten świat. Barman nie reagował na tę samoobsługę – stał sztywny jak kamerdyner a z oczu szły mu łzy. Mnie pewno też by sieknęło, jakbym był barmanem, bo w końcu nie jest to zawód dobry na takie coś.

– Koniec, koniec świata – wpadało zza okien, a nam Postać z telewizora potwierdzała ten fakt. Znalazłem polski kanał – już nie pamiętam który – a tam ktoś rwanym głosem odmawiał Ojcze Nasz. Barman i kobiety podchwycili te słowa, reszta stała po cichu a Piotruś chlipał i chlał.

Wyszedłem znów na ulicę, by sprawdzić, czy coś się zmieniło a wtedy runął na ziemię ognisty deszcz.

Już widzę z daleka swój dom – ocalał, z wyjątkiem spalonej piwnicy. To częsty przypadek i chyba znamienny; W tych krytycznych dniach okazaliśmy się gatunkiem jaskiniowym – przerażonymi dziećmi mroku. A może to taka klamra łącząca katakumby pierwszych i ostatnich męczenników? Spinająca konsekwencją Obietnicę ze Spełnieniem? Cholera wie – świat teraz jest zbyt młody, by mieć świadomość samego siebie. Z tych, co ocaleli nie ma chyba nikogo, kto ocalałby we własnych poglądach. Posypało się wszystkim, a ten gruz poskładać będzie najtrudniej – już powstają z niego obłędne, rozchwiane konstrukcje...

Płonący deszcz... tak to wtedy wyglądało, zanim przybrało ostateczną postać; Sponad ciemniejącego w zenicie tronu rozwinął się jakby baldachim koliście ogniście i spłynął po horyzont rozsnuwając się w locie na miliony dążących ku ziemi smug. Wyglądało to jak jakiś popis mega–fajerwerków, dopóki jego patos nie dosięgnął bruku. Skupiłem uwagę na najbliższej z rac i wyszło mi, że upadła gdzieś tu w okolicy. Pobiegłem tam, w stronę Odry w gęstniejącym tłumie współuczestników tego widowicha i tak dotarłem przed Most Grunwaldzki, gdzie obok pylonu stał on – płonący anioł.

Nie było we mnie zachwycenia, zadziwienia ni większej bojaźni – patrzyłem na gorejącego w dziwnym poczuciu żenady. – Nie, no kurde, to jest jakiś cyrk; stoi taki... nieadekwatny w chorym majestacie, z rozpaloną wagą w dłoni, taki jakiś potężny, że aż... groteskowy. Stoi se przed mostem i płonie i co?

A on stał i płonął skrzydlacie, a ciżba gapiów gęstniała wzdłuż niewidzialnej granicy lęku z ciekawością. Byli jednak i tacy, co czuli coś więcej: wybrańcy w duchu, odważni sumieniem – ci, pełznąc na kolanach ruszyli ku ognistemu, mamrocząc coś i płacząc zbliżali się doń. Ten pierwszy pochwycony to był cieć z budowy, suchy człowieczyna, opiekun bezpańskich psów – nieraz go widywałem jak śmigał przez podwórko objuczony siatami z niewiadomoczym. Teraz uniósł go jak kukłę apokaliptyczny anioł, co w drugiej dzierżył wagę z czarną i złotą szalą. Czy tłum zamarł, czy krzyczał, tego już nie pomnę, kiedy zagotowała się rzeka a w wstępująca para przybrała postać pałacu z kryształu i mgły. Pamiętam jednak krzyk, gdy opadła czarna szala a anioł cisnął wybrańca w odmęt płonącej rzeki.

Idę po schodach nie zapaliwszy światła, mijam drzwi Kowalików, za którymi cisza i taki sam mrok.

W ów czas mały Kowalik pobiegł na Grabiszyńską, żeby zobaczyć ojca, kiedy gruchnęła wieść: – Martwi powstają z grobów! – krzyczeli ludziska i rzeczywiście na ulicach powstał dziwny tłok. Szli nadzy i martwi w jakimś otępieniu, nieczuli na zaczepki, ciągnęli smętnym orszakiem ku najbliższemu miejscu, gdzie odbywał się sąd. Mały ponoć zobaczył ojca w takim kondukcie, ale ów nie znał już syna, czy nie chciał go znać i dążył w trupim uporze ku płonącej wadze, na której miał się dopełnić jego ziemski los.

Czy poszedł w górę czy w dół, gówno mnie obchodzi choć na początku wyroki były tematem dnia. Zanim uciekłem znad rzeki zdążyłem zobaczyć ich tyle, by wyrobić sobie pogląd, że polecę w ogień. Proporcje były mniej więcej jak jeden do stu, wyroki szły serią z kałacha a większość sądzonych leciała w dół. Widziałem matkę z dzieciakiem pięcioletnim może – jego ciśnięto w ogień, ona uniosła się w chmurę – nie słyszałem jej krzyku i cieszę się, że nie.

Spieprzałem stamtąd w tłumie znacznie gęstszym od tego, który niósł mnie poprzednio i rozumiałem ten fakt. – Kurwa, to paranoja! – ktoś krzyczał mi w ucho, gdy przystanąłem w bramie dla złapania tchu. – Panie, co się dzieje? To nie tak miało być! – facet mną potrząsał, jakbym to ja był sędzią – Panie, gdzie czterech jeźdźców i reszta tych... tych?!!

Kazałem mu się odwalić, bo co miałem powiedzieć – sam byłem oszołomiony i u kresu sił. Uciekać, uciekać, huczało mi we łbie i, z takim pomysłem nie byłem w mieście sam. Na placach sądów – a było ich bardzo wiele – tłok robili umarli, żywych coraz mniej. Facet – towarzysz niedoli skulił się tymczasem, płakał i drapał w zamknięte drzwi bramy: – Ludzie, ja nie chcę! Ludzie, ludzie co się dzieje, ludzie ja kurwa nie chcę, ja nie chcę, żeby mnie!!!!

Dochodzę do drzwi mieszkania i sięgam po klucz; naprawiłem jak mogłem wyrwaną futrynę, pamiątkę po wizycie jednego z tych mniejszych aniołów. Nazwano ich łapaczami, a pojawiły się wtedy, gdy zabrakło chętnych i szale wagi przestawały się chwiać. Porywali ludzi z mieszkań, unosili po kilku i napowietrznie nieśli ich na plac. Były ich całe roje cholernych łapaczy, aż zagęścili niebo, drapieżni i chciwi, czyścili całe budynki od piwnic po dach.

Zanim to się zaczęło znów wylądowałem w pubie, lecz zastałem tam tylko Piotrusia i mumię barmana przed telewizorem. Był wtedy jeszcze prąd, ktoś tam gdzieś pracował, albo same maszyny obsługiwały świat, grunt, że w telewizji pozostali ludzie, bo robić taki materiał to naprawdę coś. Właśnie słynny zakonnik grzmiał w eter z posłaniem, że on się tego spodziewał, wiedział, albo coś, że kraj nasz wybrany na centrum wydarzeń, że ci którzy z nim mają dziś swój tryumf. A na resztę niech spadnie sprawiedliwy bicz.

– Jaka sprawiedliwość?! Co on tam pierdoli?!

– Boska! – ściął Piotrusia barman i wciąż stał jak trup. Ten chciał czymś chyba rzucić, ale się przewrócił, dopełzł do moich butów i uniósł trochę twarz

– Stachu, przecież to wszystko... to wszystko... – i zaczął łkać.

– To wszystko – wycedził barman – nie będzie już nic.

– Trzeba w to czymś pierdolnąć... jakąś tam rakietą... bo przecież kurwa wojsko... ja nie wiem... bo coś – A barman wtedy podszedł, przygiął mu stopą kark do podłogi, popatrzył na mnie trupio i wyszedł w uliczny zgiełk.

– Stachu, to trzeba odwołać – powiedział do mnie Piotruś i nagle przestał łkać. Patrzyłem, jak się unosi, otrzepuje spodnie, wciąga smarki, trzeźwieje i rusza ku drzwiom. – Koniec! Ogłaszam koniec! – słyszałem jeszcze przez chwilę jego nadspodziewanie donośny głos.

Wariatom było lepiej znosić ten cały sąd.

Zapalam na chwilę światło, by ogarnąć wzrokiem mieszkanie i zdaję sobie sprawę, że wciąż czuję ten lęk. A jak wypatrzy jasne okno jakiś zapomniany anioł?! Nie to przecież bzdura – po prostu oszczędzam prąd. Tak, teraz po ciemku jest lepiej – nie myjąc się, zdejmując tylko buty walę się na tapczan a wtedy wraca ten cholerny dźwięk.

Trąby grzmiały przez cały ów czas, choć w zgiełku wybuchłej paniki stały się tylko tłem. Krzyki i spazmy malutkich ludzików były dziwnie silniejsze, niż niebiański ton. Polowanie trwało w najgorsze, gdy wyszedłem znów na ulicę, widziałem jak anioł-łapacz unosi czyjąś twarz. Patrzyła na mnie, jakbym coś tu mógł, a ja mogłem ją tylko zapamiętać.

I widzę ją wciąż. Kunst der fuge spod palców Glenna Goulda nie zmaże tego obrazu, choć z wolna bledną we mnie intensywniejsze widoki. Dlaczego tak właśnie jest, że całe to panangelum wsiąkło w jedną twarz? Widziałem potem setki wywlekanych ludzi, widziałem dantejskie orgie, gdy kryłem się z innymi w piwnicy jak szczur. A jednak ta pierwsza twarz to jest jakieś znamię... Ta pierwsza a nie ostatnia – nie twarz wybawiciela. Bo twarzy wybawiciela nie widział przecież nikt!

Że coś się zacinało poznałem po chwianiu tonu trąb, ale zbyt wiele działo się nisko, a tamto za wysoko, aby tacy jak ja mogli zobaczyć to coś. Teraz stacje wciąż powtarzają ów obraz z satelity, ale wówczas, gdy to się stało przyczyny nie pojął nikt; Tron zaczął chwiać się wyraźnie, a potem się rozpadł! Na miriady kawałków, trylion megapikseli i zmieszał się ciemny kontur ze swym jaskrawym tłem a na niebie powstała szarość – ogień przeszedł w dym. I widzieli ludzie, jak popielały anioły, te większe i te mniejsze sypały się w proch i zrobiła się cisza na ziemi i w niebie...

Teraz, gdy próbuję już zasnąć mam własną powtórkę tego wciąż odtwarzanego w telewizji obrazu. Widzę znów, jak nadlatuje i uderza w tron, jak rozpętuje się walka, w której on zwycięża. Potem – już z innych kamer – widać jak szybuje nad pogorzeliskami i macha na goodbay.

On, człowiek – nietoperz! Zwycięski Batman!

Świat śpi spokojny i ufny, Panie B.