Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski

Dennis Rodman. Powinienem być już martwy ebook

Dennis Rodman

4.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 328 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dennis Rodman. Powinienem być już martwy - Dennis Rodman

Dennis Rodman zawsze wyróżniał się jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych osobowości w świecie sportu - niezależnie od tego, czy chodzi o udział w zdobyciu trzech tytułów mistrzowskich przez Michaela Jordana i Chicago Bulls, czy o występ na promocji książki w sukni ślubnej (i pełnym makijażu)… Ekstrawagancki gwiazdor koszykówki nieustannie wzbudza emocje i regularnie gości na pierwszych stronach gazet.

Powinienem być już martwy to kronika wzlotów i upadków Dennisa Rodmana. Od myśli samobójczych i wewnętrznej przemiany na parkingu pod halą Detroit Pistons, przez szaleństwa w San Antonio Spurs, najlepsze lata kariery w Chicago Bulls, nieudane epizody w Los Angeles Lakers i Dallas Mavericks, aż po marzenia o powrocie do NBA. Od złych relacji z matką i siostrami, przez romans z Madonną, nieudane małżeństwo z Carmen Electrą, po trudny związek z Michelle Rodman… Powinienem być już martwy to historia walki z rywalami na parkiecie i zmagań z uzależnieniem poza nim. Unikalne spojrzenie na życie jednej z najbardziej niezwykłych gwiazd sportu.

Opinie o ebooku Dennis Rodman. Powinienem być już martwy - Dennis Rodman

Fragment ebooka Dennis Rodman. Powinienem być już martwy - Dennis Rodman

Dla wszystkich moich dzieci –

Bez waszej miłości i wsparcia

nie warto byłoby żyć.

Dziękuję wam za to,

że rozumiecie Tatusia.

PODZIĘKOWANIA

Chciałbym podziękować następującym osobom:

Peter Genapolis: Dziękuję, że otworzyłeś dla mnie swój dom i swoje serce.

Phil „Mojżesz” Jackson: Cokolwiek powiesz, zawsze będę Cię słuchał.

Chuck Daly: Matka Teresa w ciele mężczyzny.

Jerry Buss: Przez całe życie spotkałem wielu wspaniałych ludzi. Ty jesteś na szczycie tej listy.

Jack Isenhour: Dzięki, że chciało Ci się tak zapierdzielać.

Thaer Mustafa: Dziękuję, że zawsze sprowadzałeś mnie na właściwą drogę, a także za miłość i wsparcie, którymi przez te wszystkie lata mnie obdarzałeś”.

Darren Prince: Nie opuściłeś mnie, kiedy brakowało kasy. A kiedy kasa była – to tylko dzięki tobie. Nigdy nie zarobię wystarczająco dużo, żeby móc Ci się odpłacić za lojalność i poświęcenie”.

Michelle Rodman: Wiele razem przeszliśmy. Potrzeba naprawdę wyjątkowej kobiety, żeby pojąć Dennisa Rodmana – a Ty rozumiałaś mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Będę Cię kochał do końca życia i dziękuję Ci za te wszystkie lata.

Michael Jordan: Jeśli Biblię sportu napisałby Michael Jordan, to nawet ja byłbym ortodoksyjnym wyznawcą tej religii.

Wendell „Wielki Will” Williams: Dzięki za to, że byłeś przy mnie zawsze, kiedy Cię potrzebowałem.

George „Gliniarz” Triantafillo: Kiedy potrzebowałem przyjaciela, pomocnej dłoni czy ramienia, na którym mógłbym się wypłakać, Ty byłeś obok. Nigdy tego nie zapomnę.

Jay Leno: Zawsze przy mnie stałeś – na dobre i na złe. Jestem tak bardzo wdzięczny tobie, Dave’owi Bergowi i całej Twojej ekipie, że trudno mi to wyrazić słowami.

Howard Stern: Jeden z najwybitniejszych umysłów – dzięki za wsparcie przez te wszystkie lata.

Pamela Anderson: Dalej wspólnie działajmy dla PETA!1

James Rich: Mój pierwszy jakby-ojciec – mnóstwo się od Ciebie nauczyłem.

Pat Rich: Dzięki, że byłeś w pobliżu zawsze wtedy, kiedy cię potrzebowałem.

Bryne Rich: Nie da się opisać słowami, jak wiele dla mnie znaczyłaś przez ostatnie dwadzieścia pięć lat.

Billy Penz: Nigdy nie spotkam drugiego takiego jak Ty, „Dziki Bill ze Wzgórza”.

Chciałbym też podziękować wszystkim, którzy mi przez te lata pomagali i byli wspaniałymi przyjaciółmi: Paulowi Meyerowi, Dave’owi Shoemakerowi, Ronowi DiNicoli, Johnowi Salleyowi, Shannonowi Barrowi, Cynthii Montgomery, Joeyowi Gamberellemu, Nicholasowi Cordasco, Stevenowi Simonowi, Danowi Mathewsowi, Williamowi Castleberry’emu, Frankowi Weimannowi, Ericowi Williamsowi, Willowi Raglandowi, Richardowi Johnsonowi, Pauli Froelich, Davidowi Lebowi i Avi’owi Levy’emu.

PROLOG

Chicago, 23 maja 2005 roku. Jest dwudziesta druga czterdzieści pięć i jestem już spóźniony – nie pierwszy raz zresztą. Przemiana z Dennisa w Dennisa Rodmana trwa jednak dłużej niż zwykle. Problem jest z górą. Czarna koszula, solidnie zawiązana pomiędzy sutkami, odsłania tatuaż z dwoma walczącymi bykami, wydziarany brzuch i zakolczykowany pępek. Ale wciąż coś jest nie tak.

Problem z górą pojawił się około piątej, zaraz po tym, kiedy w naszym apartamencie w hotelu Allegro, pojawiła się ładna biała dziewczyna, z brązową siatką pełną cekinów, guzików, wstążek i tym podobnych akcesoriów, z misją, żeby zamienić koszulkę dostarczoną przez sponsora eventu, jakiegoś producenta rumu, w jeden ze słynnych topów Dennisa Rodmana. Tyle że koszulka nie dotarła, ktoś przez telefon próbował to jakoś ogarnąć, podczas gdy ślicznotka wyjmowała z siatki kolejne kapelusze. Założyłem jeden, ale idiotycznie sterczał, niczym pączek przyczepiony do kuli od kręgli. Ślicznotka mówi, że będę potrzebował rozmiaru XL. No raczej – każdy facet o wzroście powyżej dwóch metrów potrzebowałby czegoś większego. Jakoś bym to pewnie skomentował, ale byłem zajęty gapieniem się na jej kolczyki.

Miała je wszędzie – w nosie, w wargach, w brwiach. Jej różnokolorowe włosy wyglądały jak wata cukrowa, a dżinsy, T-shirt, marynarka i seledynowe, oczojebne buty na koturnach przypominały mój psychodeliczny strój Kleopatry, który założyłem na imprezę sylwestrową w Nowym Jorku w 1997. Mówiąc w skrócie: panna wyglądałaby nieźle u mnie w ramionach – oczywiście pod warunkiem, że gustowałbym w białych laskach.

No dobra, żartuję.

Biała ślicznotka nawija, tłumaczy mi, że goście, którzy ją tu przysłali, uważają, że T-shirty z logo tej firmy od rumu są za duże i będą na mnie wisiały. I pomyśleć, że mówią to goście, którzy wiedzą, jak wygląda Dennis Rodman.

Chciałbym tylko, żebyście mnie dobrze zrozumieli – to jakieś pierdolone bzdury.

Jechałem kiedyś zatłoczoną windą i jakiś facet stojący obok, dziennikarz, który wszędzie za mną łaził, zaczął marudzić, że walę go tyłkiem w klatkę piersiową. I rzeczywiście, wystarczyłoby, żeby się lekko pochylił, a mógłby mnie ugryźć w dupę. Bo Dennis Rodman jest wysoki. Co więcej, od około dwudziestu lat pakowałem na siłowni, więc Dennis Rodman jest również szeroki. Na całym świecie po prostu nie ma T-shirtu w rozmiarze XL, który by mi zwisał z tyłka.

A ślicznotka nawija dalej, coś o obcisłych T-shirtach z powycinanymi dziurami, żeby było widać moje tatuaże – te z przodu, te z tyłu i te z boku, a ja wciąż liczę jej kolczyki i zastanawiam się, kto ma ich więcej: ona czy ja. Oczywiście nie mogę być niczego pewien na sto procent, bo laska jest ubrana i założyła nogę na nogę. Ale i tak wygląda na to, że to ona jest górą.

Tak czy siak, traciliśmy czas. T-shirt nie dotarł, powiedziałem ślicznotce, żeby zapomniała o obcisłej koszulce. Została mi do dyspozycji moja garderoba. W Chicago była już za dziesięć dziesiąta, byłem spóźniony, no i wciąż nie rozwiązałem swojego problemu z topem. Przeszedłem do salonu. Siedział tam Darren, Darren Prince, mój kumpel i agent, facet, który negocjował mój powrót do NBA. Pytam go, jak wyglądam. Cóż, Darren to świetny agent, ale jeśli chodzi o modę, to jest tylko jednym z tych białasów, którzy nie mają zielonego pojęcia, w czym rzecz.

Powiedział: „OK, może być”.

Nic nie kumał.

Zapytałem, czy mam założyć błyszczącą koszulę.

Był skołowany. Spoglądał tylko na zegarek. Kiedy nie prowadził rozmów na temat mojego powrotu do NBA, jego praca polegała głównie na pilnowaniu, żebym się nie spóźniał.

Kurwa. Narzuciłem błyszczącą koszulę na zawiązaną koszulkę i wyszliśmy.

Dzisiaj Dennisowi wystarcza już jazda zwyczajnym samochodem osobowym, ale Dennis Rodman to co innego – Dennis Rodman wozi się stylowo.

Dziś wieczorem nawet limuzyna może nam nie wystarczyć. Pomyślałem o nowym modelu bentleya albo rollsa. Albo może ten lśniący srebrny samochód z wielkimi reflektorami, wyglądający jak jakiś nabuzowany SUV – maybach, czy jakoś tak, mercedes wysokiej klasy, wart coś koło trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów – tak twierdzi kierowca. Sam kierowca też jest z wyższej półki: absolwent Harvardu, były koszykarz, niegdyś zawodnik CBA2. Facet, który kończył renomowaną szkołę wyższą, wozi po mieście Dennisa Rodmana – absolwenta podrzędnej uczelni Southeastern Oklahoma State. Czy to nie jest popierdolone?

W maybachu podobało mi się, że miał tyle miejsca na nogi – dla kogoś z takimi gigantycznymi girami jak moje ma to wielkie znaczenie. Ale raczej w najbliższym czasie nie kupię maybacha. Powodzi mi się dobrze, lecz dobiegły już końca dni – przynajmniej na jakiś czas – kiedy kupowałem nowego bentleya, bo stary mi się znudził.

Kierowca widzi, że ma trochę miejsca na drodze – jesteśmy na przedmieściach Chicago – postanawia się więc trochę popisać i pokazać, co potrafi maybach. Wciska gaz z całej siły, samochód przyspiesza do stówy w cztery sekundy, wgniata nas w fotel, jakbyśmy skoczyli ze spadochronem. Kurwa, niezły czad.

Chwilę później zatrzymujemy się przed klubem Reserve, mieszczącym się w ceglanym budynku, zaraz przy stacji metra. Łowcy autografów już tam są, wymachują różnymi świstkami, na których mam się podpisać. Mijamy ich, ochroniarz kieruje nas na bok. Wchodzimy od tyłu po ciemnych schodach. Mija pięć minut, w końcu drzwi się otwierają i wita nas ściana hałasu.

Miejsce jest kurewsko zatłoczone, ludzie kłębią się ramię w ramię, trącają nas, i nagle zaczynają wrzeszczeć, kiedy tylko mnie dostrzegają. Muzyka jest ogłuszająca. Kiedy zobaczyłem ten tłum, pomyślałem, że nie ma szans, abyśmy się przecisnęli, ale jak zwykle klubowi ochroniarze otoczyli mnie, moich dwóch ludzi, dziewczynę jednego z nich, jej kumpelę oraz dziennikarza i zaczęli się przepychać. Rękami torowali sobie drogę, rozpychali tłum, wciskali się w niego ramionami, trzymając nas bezpiecznie w środku. W końcu dotarliśmy pod małą scenę, gdzie didżej już doprowadzał salę do orgazmu. Nie wiadomo skąd się pojawiły cztery tancerki, ale ustawiły się w linii za mną.

Wszystkie od pasa po szyję były wymalowane farbą do ciała – w kolorze rumu – w motywy firmowe, każda w inny. Miały też zrobione henną czarne tatuaże na rękach. No i plastry na sutkach – nie wiem, z czego były zrobione, wyglądały jak plastikowe. Cóż, jeśli chcesz zobaczyć gołe sutki, to nie w Chicago.

Didżej zaczyna coś krzyczeć. Ludzie też krzyczą. Ja krzyczę. Oni krzyczą. Didżej wychodzi naprzód, ściągam koszulę – jaki tam problem z górą? – i pokazuję, co lata pakowania potrafią zrobić z ciałem chudego dziwoląga. Wszyscy wrzeszczą jeszcze głośniej.

Ludzie zawsze pytają, co robię, żeby mieć taki kaloryfer. Jaką mieszankę sterydów biorę? Żadnej. Na jakiej tajnej superdiecie jestem? Na żadnej. Wprawdzie na lunch zazwyczaj jadam sushi, ale moją jedyną stałą dietą jest ból. Ćwiczę przynajmniej przez godzinę dziennie, przez sześć dni w tygodniu, pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku. I kto powie, że Dennis Rodman nie ma pojęcia, co to dyscyplina?

Znowu jesteśmy w Reserve, odwracam się i prezentuję tatuaż dla dorosłych, który pokrywa całe moje plecy – ślicznotka w rozkroku, robiąca sobie dobrze. Ludzie krzyczą, kładę ręce na ramionach czterech tancerek, one podają mi szklaneczki z rumem. Tłum szaleje.

Witajcie w „Świecie Rodmana”, imprezowni dla dorosłych otwartej od zmierzchu do świtu.

Dobrzy ludzie z jakiejś chicagowskiej agencji reklamowej zapłacili mi pięciocyfrową sumkę za to, że pomogłem wprowadzić na rynek najnowszą odmianę ich rumu. „Praca w promocji”, tak to nazywa Darren. Polega to w skrócie na tym, że się pojawiam, pozwalam im użyć swojego nazwiska i zdjęcia w reklamach, na plakatach, na zaproszeniach na event, no i występuję w mediach. Tamtego dnia byłem gościem w dwóch telewizyjnych show i udzieliłem kilku wywiadów.

Dawniej Ameryka uważała, że jestem zbyt ekscentryczny i niewystarczająco wiarygodny do takiej roboty. Nie zbliżyliby się nawet do mojego tyłka. Teraz okazuje się, że chociaż jestem zwariowany, ekscentryczny i tak dalej, to pewnych granic nie przekraczam. Możesz liczyć na to, że przyjadę trzeźwy i zjawię się w miarę punktualnie. Jasne, pewnie nie nadaję się do następnej kampanii reklamowej Disney Worldu, ale jeśli budujesz wizerunek marki z nutką szaleństwa i buntu, Dennis Rodman to twój gość.

Weźmy na przykład GoldenPalace.com, internetowe kasyno. Podpisałem z nimi właśnie lukratywny trzyletni kontrakt, w ramach którego muszę między innymi ganiać się z bykami w Pampelunie, przejechać przez Amerykę w podrasowanym lamborghini, a w Finlandii być gospodarzem wyścigów z żoną na barana. Nazwalibyście to pracą? Kurde – przecież to ja im powinienem płacić! Trzeźwy, ale wciąż szalony Dennis ma też kontrakt z firmą The Upper Deck, największym na świecie dystrybutorem gadżetów sportowych. I choć może ciężko w to uwierzyć – z Adidasem. A pamiętam czasy, kiedy byłbym gotów całować ich w tyłki za parę darmowych butów i strój do koszykówki.

Tymczasem w Reserve wszyscy dostają to, za co zapłacili. Tłum, media, szum – amerykański skurwiel numer jeden reklamuje nowy napój dla skurwieli. Idealne połączenie. I dopóki Dennis nie dogada się z jakimś klubem NBA, żeby mnie zatrudnił, będę płacił swoje rachunki jako Dennis Rodman, amerykański „pieprzyć-ten-świat” zły chłopiec numer jeden – facet, który czyni słowo „wolność” wolnym. Jeśli komuś się to nie podoba, może mnie pocałować w dupę. Takie życie.

Kiedy się przepychaliśmy przez tłum w Reserve, jakaś pijana laska spoliczkowała jednego z ochroniarzy, bo nie spodobało jej się, że ją odepchnął. Koleś nawet nie drgnął. Przeprowadził nas na górę i posadził w ogrodzonej linami sekcji dla VIP-ów.

Siedziałem tak w kącie na sofie. Od tłumu oddzielało mnie kilku ochroniarzy i stolik pełen karafek z rumem, lodu, szklanek, cytryn, limonek, mikserów i tym podobnych dupereli. Z drugiej strony siedział inny ochroniarz. Byłem uziemiony.

Cztery laski znowu pojawiły się za mną, robiąc swoje. Po pewnym czasie zaczęło to być nudne, bo wyglądało jak jakieś falujące, wijące się tło, a ludzie zamiast na nas mogli się równie dobrze gapić przez okno na przejeżdżające pociągi. Na ekranie w kółko pokazywali reklamę rumu, wiecie z kim. Muzyka dudniła. Śliczna dziewczyna w krótkiej czarnej sukience bez ramiączek rozdawała nam podwójne shoty.

Ja, znowu w koszuli, już spokojny, zapaliłem cygaro, przyjmując kolejnych gości. Dzień jak co dzień – autografy, wspólne fotki, gadka szmatka z ludźmi, których ochroniarze i marketingowcy do nas przepuścili – znajomi, obcy, media. Wywiad dla jakiejś stacji telewizyjnej. Ja nawijam, oni nawijają. Stroboskop. Ludzie wchodzą i wychodzą. Laski. Faceci. Kobiety. Młodzi. Starzy. Żadnych leszczy. Nie każdy może podejść. Po lewej stronie jakaś niezła panna, brunetka, gapi się, kurwa, na mnie, ślini się, pożera mnie wzrokiem przez jakieś pół godziny bez przerwy – jestem pod wrażeniem koncentracji – aż w końcu się poddaje i wychodzi.

Jedna z tancerek pochyla się i krzyczy: „Dobrze się bawisz?”. „Jasne!”, ktoś przekrzykuje hałas. „Bo ja już, kurde, wymiękam”, odpowiada. To trochę, kurwa, szkoda.

Brakuje dziś w tym wszystkim jednej rzeczy. Kilka lat temu dziennikarz „New York Timesa” napisał, że był świadkiem, jak wypiłem dziewiętnaście shotów w ciągu czterech godzin, aż w końcu przestał liczyć. Wtedy starałem się traktować każdy dzień jak sylwestra albo ostatni dzień karnawału. Seks, alkohol, zabawa – tego nigdy nie było za wiele. Nie krzywdziłem nikogo poza samym sobą, więc co tam. Nie ma bólu, nie ma żalu, myślałem wtedy. Ale to już nie te czasy.

W październiku 2003 alkohol zaczął stawać na przeszkodzie rzeczom, na których zależało mi bardziej niż na balangach (nie mogę uwierzyć, że to powiedziałem). Zwierzę imprezowe zmieniło się w zwykłe stare zwierzę. Groziło mi, że stracę wszystko, jeśli nie okiełznam drzemiącej we mnie bestii.

A wszystko wydarzyło się – gdzieżby indziej – w Vegas.

ROZDZIAŁ PIERWSZYStrach i marudzenie w Las Vegas

Powinienem już nie żyć – albo przynajmniej być kaleką. Mój mózg był usmażony. Jeśli to prawda, że Bóg dba o pijaków i głupców, to powinien się bardziej postarać i zadbać jeszcze o pijanych głupców. Rzecz miała miejsce w Vegas, w bardzo złym momencie. Posłuchajcie.

Akurat wszystko zaczynało się układać. Po przygodzie z show-biznesem miałem w końcu wrócić do mojej mamuśki – do NBA. Po nieszczęsnym zakończeniu eksperymentu „Los Angeles” w 1999 roku, po gównie, które spotkało mój tyłek w Dallas w 2000, zarabiałem na życie jako aktor i artysta, bawiąc się w różnych miejscach świata za kasę albo będąc gospodarzem szalonych imprez przy produkcji DVD Stripper’s Ball. W wolnym czasie imprezowałem za darmo. Dlaczego? Bo mogłem sobie na to pozwolić. Wtedy dopasowałem starą maksymę „Ostro pracuję, ostro gram” do mojego nowego stylu. Kiedy w moim życiu zabrakło koszykówki, brzmiała ona: „Gram ostro, a potem gram jeszcze ostrzej”. Brzmi nieźle, choć po przygodzie z Dallas pozostał niesmak.

Właściciel klubu, Mark Cuban, zatrudnił mnie po to, żebym był złym chłopcem. Rodmanem – gwiazdą, która przyciągnie kibiców do hali i sprawi, że o godnych pożałowania w tamtych czasach Mavericks zacznie się w ogóle mówić. Zgodziłem się nawet zamieszkać u Cubana, żeby jego ochroniarze mogli mieć mnie na oku przez całą dobę (nawet tyłka sobie nie mogłem spokojnie podetrzeć, bo trzech ochroniarzy pilnowało kibla). I jak mi za to odpłacił? Po dwunastu meczach, po niespełna miesiącu, wyrzucił mnie. Dlaczego?

Może poszło o zawieszenie mnie przez NBA na jeden mecz, może o to, że dwa razy wyleciałem z boiska, może o jazdę samochodem po pijaku, a może o to, że wyzwałem komisarza ligi, Davida Sterna, na pojedynek na pięści – ale przecież ktoś w końcu powinien mu skopać tę arogancką białą dupę. Nieważne. Myślicie, że Cuban pofatygował się, żeby mnie o swojej decyzji poinformować? Nie. O zwolnieniu dowiedziałem się z ESPN3. Jedno, co trzeba mu przyznać, to że potem mnie wspierał, mówiąc dziennikarzom, że zatrudnienie Dennisa Rodmana do klubu NBA niesie za sobą więcej pozytywów niż negatywów.

Po tym wszystkim byłem już sfrustrowany NBA. Spędziłem ponad rok, opierdalając się, będąc po prostu Dennisem Rodmanem i dostając kasę za to, że dobrze się bawiłem. Wiedziałem, że dam radę, jak tylko się okazało, że są ludzie skłonni płacić mi za imprezowanie. I tak uwielbiam imprezować – dlaczego więc nie brać za to kasy? Takie życie było w porządku. Ale im więcej myślałem o tym, co wydarzyło się w Dallas, tym bardziej byłem wkurwiony. Nie podobał mi się sposób, w jaki to się potoczyło. Chciałem inaczej pożegnać się z NBA. I kiedy podpisałem umowę z Darrenem, moim głównym priorytetem stał się powrót na parkiet. 18 lipca 2003 roku zorganizowałem konferencję prasową w Los Angeles. „Jesteśmy tu dlatego, że chciałbym formalnie ogłosić, iż planuję powrócić do NBA. Planuję zakończyć karierę na własnych warunkach”, powiedziałem.

Specjalnie się na tę okazję ubrałem: bejsbolówka Reeboka, szara koszula z krótkim rękawem założona na biały T-shirt i dżinsy. Wciąż miałem wielkie kolczyki w kształcie obręczy w uszach, mniejsze w nosie i w wargach. I ciemne okulary. Tak jak powiedziałem: wrócę, czy nie – jestem Dennisem Rodmanem.

Mój powrót miał przypomnieć ludziom, że Dennis Rodman to nie tylko król imprez, striptizu i wrestlingu, ale też jeden z najlepszych koszykarzy wszech czasów. Nadal nie mogę uwierzyć, że pominięto mnie, wybierając pięćdziesięciu najlepszych zawodników w historii NBA. Wiecie, o co mi chodzi? John Stockton… ja pierdzielę. Spójrzcie na moje statystyki. Pięć tytułów mistrzowskich (tylko jedenastu koszykarzy zdobyło ich więcej), siedem tytułów najlepiej zbierającego w NBA (tylko Wilt był lepszy), dwie nagrody dla Najlepszego Obrońcy, siedmiokrotnie wybierany do piątki najlepszych obrońców, dwukrotny uczestnik Meczu Gwiazd. Jeśli ja nie zasłużyłem, to kto zasłużył?

TROCHĘ REALIZMUSiedzisz i czekasz, aż ktoś cię ukoronuje, a koniec końców zostajesz tylko damą dworu, która czeka, aż ją ktoś wydyma.

Po dziesiątkach telefonów i miesiącach awantur, w październiku 2003 roku pojawiła się w końcu dobra wiadomość. Darren zadzwonił z informacją, że Denver Nuggets zamierzają mnie zatrudnić. Bez długiego kontraktu, bez dużej kasy – dziesięć tysięcy za mecz – ale udało mi się w końcu wepchnąć nogę między drzwi.

Nie wszystkim się to spodobało. Dziennikarz z Denver narzekał w ESPN, że będzie miał teraz więcej roboty. „Zaczyna się zabawa w polowanie na Rodmana. Będę musiał codziennie rano przed wyjściem do pracy sprawdzać kroniki policyjne”, powiedział.

Nieważne – byłem podjarany. Nie chodziło nawet o to, że nowy kontrakt przyhamuje moje imprezowanie. Ale myślałem sobie, że to, co działało, kiedy zdobywałem pięć tytułów mistrzowskich, tym bardziej zadziała teraz, w pieprzonych Denver Nuggets, którzy przecież nie zaliczali się do elity NBA.

Niby miałem wtedy czterdzieści dwa lata, ale czułem, że wcale nie spuściłem z tonu – ani na parkiecie, ani w klubach. I w niedzielę, 19 października, bawiłem się w mojej knajpie Josh Slocum’s (potem zmieniła nazwę na Rodman’s) w Newport Beach w Kalifornii. Było wpół do czwartej nad ranem, piłem jedną wódkę Grey Goose z sokiem porzeczkowym za drugą, na przemian z shotami jägermeistera i piwem Coors Light (niezłe lokowanie produktu, co?). Trwało to już osiem, dziewięć, może dziesięć godzin – komu by się chciało liczyć? I nagle wpadłem na szalony pomysł: jedziemy do Vegas!

Wkrótce samochód imprezowy Dennisa Rodmana – czarny pickup, Ford 350 XLT – ruszył z parkingu pod Josh Slocum’s na wschód, w kierunku autostrady numer 55. Za kółkiem kierowca Mike Diaz, z przodu jeszcze ochroniarz, a ja zaległem z tyłu, sącząc kolejne piwo Coors Light.

Kilka godzin później zatrzymaliśmy się na chwilę na tankowanie na stacji benzynowej Mobil w Barstow. Ktoś mnie tam rozpoznał (to, że samochód był powyklejany moimi zdjęciami, mogło mieć z tym coś wspólnego). Zacząłem gadać z jakimś kolesiem, wykonałem klasycznego „Dennisa” – czyli podarowałem mu buty, białe skórzane chucki taylory z Meczu Gwiazd. Zdjąłem koszulę, dałem ją komuś innemu, trochę się powygłupiałem, coś kupiłem. W końcu ruszyliśmy w dalszą drogę, w samochodzie grała moja ulubiona muza, zespół country Rascal Flatts, ta sama piosenka na okrągło. Zdaje się, że to gówno leciało bez przerwy, od kiedy ruszyliśmy z Newport Beach, ale byłem zbyt nawalony, żeby się tym przejmować. Mike i mój ochroniarz bali się cokolwiek zrobić, bo nie raz widzieli, jak reaguję, kiedy ktoś w mojej knajpie narzeka na moje country. „Nie podoba się, to spadaj” – tak zazwyczaj reaguję. I tak Rascal Flatts lecieli sobie przez jakieś trzy godziny bez przerwy.

Dotarliśmy do Vegas około siódmej rano, zatrzymaliśmy się na pustym parkingu przy Treasures Gentleman’s Club and Restaurant – nowiusieńkim, zbudowanym za trzydzieści milionów dolarów klubie ze striptizem otwartym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jeden z właścicieli opisał to miejsce w „Las Vegas Sun” jako „nocny klub wyższej klasy, znajdujący się w eleganckim, gustownym otoczeniu”.

Mike mnie obudził, więc miałem czas się ogarnąć, zanim weszliśmy. Byłem ubrany w szorty Levi’sa, przyduży T-shirt z logo Josh Slocum’s, podkolanówki koszykarskie i czarne skórzane sandały plażowe – idealny zestaw w tym „eleganckim i gustownym otoczeniu”.

Podjechaliśmy od frontu. Budynek z dwiema wieżyczkami, chyba z piaskowca, wyglądał trochę jak meczet, ale w środku nie miał nic wspólnego z religią. Gołe cycki, gołe tyłki i niezła porcja kowbojskich żeberek z ziemniaczano-czosnkowym purée, warzywami i smażoną cebulką.

Wnętrze było praktycznie puste. Zero klientów, zero striptizerek, zero barmanów i kelnerek, tylko kilku facetów, którzy wyglądali na zadowolonych, że mnie widzą. Zaczęli mnie oprowadzać po budynku, tak jakbym nigdy wcześniej tam nie był. Treasures oferuje pełną gamę usług dla mężczyzn – striptizerki, alkohol i lapdance4. Jak mówi pisarz z Vegas, Al Mancini: „Gołe piersi pasują do każdej czynności związanej z czasem wolnym”.

Pojawił się barman, kelnerka, para striptizerek, a ja wróciłem do swojej diety – wódka Grey Goose z sokiem porzeczkowym, muza, dziewczyny w samych stringach tańczące na rurach. Może jakiś lapdance? Tak minęła godzina, dziewczyny były znudzone, ja też. Wymieniłem siedem banknotów studolarowych na siedemset jednodolarówek i zacząłem bawić się z dziewczynami. Wlazłem do nich na scenę i zacząłem rzucać stertami kasy w powietrze, tworząc coś, co „Las Vegas Sun” nazwał zielonym prysznicem. Dziewczynom chyba się to podobało.

Ale nawet to nie mogło przykuć mojej uwagi na długo. W normalną noc byłoby tam mnóstwo lasek i innych klientów, rozpętałoby się piekło. A tu – siedzieliśmy sobie we trzech – ja, Mike i ochroniarz, w niedzielny poranek, z kelnerką, dwiema striptizerkami i barmanem, który marzył, żeby już pójść do domu. W sumie siedmioro ludzi w wielkim, pustym pomieszczeniu mogącym pomieścić jakieś sto pięćdziesiąt osób. Nuda. Pora spadać. Następny przystanek: klub ze striptizem Cheetah’s.

Kiedy wychodziliśmy, przyszedł akurat menedżer Treasures czy może bramkarz, nie pamiętam. „Ty jesteś Dennis Rodman”, powiedział. Położył swój kask na ladzie i zaczęliśmy gadać o motocyklach. Kupił sobie właśnie nowy, za pięć kawałków. Był bardzo dumny, że zrobił dobry interes, chciał, żebym zobaczył to cacko.

Mam fioła na punkcie motocykli. Pierwszy – Kawasaki 1100 – kupiłem jakieś piętnaście lat temu. Od tego czasu zawsze jakiś mam. Nawet na okładce swojej autobiografii Zły do szpiku kości siedzę na harleyu. Ale oczywiście, ponieważ jestem na golasa, nikt nie zwrócił uwagi na maszynę.

Nieważne, uwielbiam motocykle. Dlaczego więc nie miałbym zrobić kolesiowi przyjemności? Jest zaraz po ósmej rano, wychodzimy z Mikiem, moim ochroniarzem, z menedżerem i jedną ze striptizerek na zewnątrz, żeby zobaczyć ten motocykl. Czerwono-czarne cacko z duszą – rakieta.

„Chcesz się przejechać?”, pyta właściciel. „Jasne, mogę się przejechać”, odpowiadam. „Jesteś w stanie prowadzić?” „Jestem OK”. Ale nie byłem. I tak wskoczyłem – bez kasku, bo facet zostawił go w środku, bez skóry, tylko w krótkich spodenkach, sandałach i w T-shircie. Trudno mieć żal do gościa – Dennisowi Rodmanowi się nie odmawia.

Odpaliłem silnik, zrobiłem kilka szalonych ósemek na parkingu, luzik. Należało wtedy podziękować kolesiowi i wrócić do własnych spraw. Ale tego nie zrobiłem. Nie spałem już od jakichś dwudziestu godzin, piłem bez przerwy od przynajmniej dwunastu, po drodze może przez pół godzinki się przekimałem i nic nie jadłem od wyjazdu z Newport Beach. Nie byłem właściwym facetem do kierowania ciężką maszynerią. Co więcej, nie dalej jak kilka dni wcześniej zaliczyłem ostatnią jazdę pod wpływem (na moim jachcie, Seksualnej Czekoladce).

Kiedy pierwszy raz wsiadłem na motor, jeszcze w czasach studenckich w Oklahomie, wjechałem w drzewo. Potem zaliczyłem jeszcze cztery wypadki motocyklowe – między innymi ten w 1995 roku, kiedy grałem w Spurs. Wybiłem sobie wtedy obojczyk i musiałem opuścić czternaście meczów. I chociaż byłem o kilka dni od spełnienia marzeń i powrotu do NBA, alkohol i ja wspólnie podjęliśmy decyzję, że wielki Dennis Rodman jest niezniszczalny.

Robiłem więc te durne ósemki na parkingu. Czułem się, jakbym siedział na koniu, który chce mnie powieźć. A co Dennis Rodman wie o koniach? Może i wychowałem się na ulicach Dallas, może stałem się znany w Chicago, ale kiedy studiowałem, pracowałem na farmie w Bokchito w Oklahomie i właśnie tam jeździłem na koniach. Zawsze jest pokusa, żeby popuścić wodze i pojechać tam, gdzie koń chce cię ponieść. Ju-kurwa-huuuu!

A skoro nie ma takiej pokusy (poza narkotykami), której Dennis Rodman by nie uległ, to nie tylko chciałem się dać temu motorowi powieźć – chciałem mu też pokazać, kto tu rządzi.

Przednie koło w górę, bracie, przednie koło w górę. Wielki Dennis Rodman nie będzie przecież po prostu jeździł w kółko – on będzie jeździł na jednym kole pod klubem Treasures w Las-pierdolonym-Vegas. Nieźle, co?

I tak w niedzielę, 19 października, około ósmej trzydzieści pięć rano, rozpocząłem swoją jazdę na jednym kole. Dodałem gazu, popuściłem sprzęgło. Motor mi się wyrwał. Poleciałem w lewo, na krawężnik, wpadłem w żywopłot, po czym odbiłem się w przeciwną stronę, prosto w słup. Policjanci powiedzieli potem „Las Vegas Sun”, że jechałem ponad sto kilometrów na godzinę. To bzdury. Powiedzieli, że motor mnie zrzucił, po czym pojechał dalej sam. Jeszcze większe bzdury. Dobrze by było, gdyby tak się stało. Tak naprawdę to cały czas siedziałem na tym skurwielu, aż w końcu walnął w przeciwległy krawężnik, wyleciał w powietrze i uderzył w słup. Kierownica się wyłamała, cały przód się rozwalił, a motocykl wylądował na moich nogach.

Mike Diaz opowiadał potem: „Kiedy ta maszyna na niego spadła, wyglądało to, jakby uderzyła w niego bomba. Myślałem, że zginął. Zdawało mi się, że najpierw wyrżnął głową w słup i że uderzył tak mocno i tak szybko, że nie ma szans – że nie żyje”. Jeden z dziennikarzy wspominał, że widział odciski moich kolan na baku motocykla. Rzeczywiście, mogło tak być. Motor był do kasacji. Ze mną nie było wiele lepiej.

Po wypadku Mike i ochroniarz podbiegli i ściągnęli ze mnie tego potwora. Leżałem na chodniku, w totalnym szoku, wszędzie wokół krew, ale zdołałem powiedzieć: „Nie martwcie się. Wszystko będzie spoko”.

Striptizerka podbiegła i zaczęła panikować: „O Boże! O kurwa!”. Trudno mieć do niej pretensje. Mike opowiadał, że moja prawa noga była pociachana do kości – od kolana przez całą łydkę. Mnie przypominała pokrojonego banana, nieważne. Druga łydka wyglądała jak spalona, jakby ktoś przejechał po niej brzytwą i zdarł całą skórę.

„Potrzebujesz lekarza”, powiedział właściciel motocykla. Bez jaj. Pora wykręcić 911. Ktoś z boku krzyczał: „Tylko nie wzywajcie glin!”. Taa, na pewno.

Obłożyli mi łydki T-shirtami, żeby powstrzymać krwawienie, po chwili przyjechała straż pożarna, karetka i policjant na motocyklu. Zawieźli mój smutny czarny tyłek do Uniwersyteckiego Centrum Medycznego. Mike, ochroniarz i jedna ze striptizerek pojechali za nami furgonetką. Podobnie policjant, który zbadał moją trzeźwość. To był mój pierwszy raz w Vegas, kiedy w ogóle pojawił się jakiś policjant.

I chociaż przysięgałem, że nie jestem pijany, i wszyscy moi ludzie to potwierdzali, to wystarczyłoby, żeby zapalili zapałkę i mój tyłek stanąłby w płomieniach od oparów alkoholu. Przyznałem się do tego u Jaya Leno miesiąc później. Jak bardzo byłem pijany? Tak bardzo, że zaraz potem zadzwoniłem do Darrena i poprosiłem, żeby mi przelał jeszcze dziesięć kawałków, żebym mógł zabalować zaraz po wyjściu ze szpitala.

Leżałem tak, kompletnie rozpierdolony, bolało jak skurwysyn, znieczulenie alkoholowe powoli przestawało działać, ludzie zaczęli się zbierać: „Hej, Dennis, co jest?”. Kurtyna w górę! Wszyscy robią zdjęcia, proszą o autografy, takie tam. Przedsiębiorstwo Rozrywkowe Dennis Rodman otwiera swoją działalność na noszach, w szpitalu w Las Vegas.

Kiedy w końcu mnie opatrzyli i założyli szwy – ponad siedemdziesiąt – sztab medyczny był pod wrażeniem, że nie pozwoliłem im użyć nowokainy. Żadne tam wielkie halo. Z jakiegoś powodu ból nie przeszkadza mi tak jak innym ludziom. Jakoś sobie radzę na początku, a potem moje ciało się przyzwyczaja. Siedziałem sobie więc spokojnie i gadałem z fanami, a w międzyczasie składali tę moją poszatkowaną nogę do kupy.

Mój kierowca, Mike Diaz, odbierał telefony. Najpierw od agenta Darrena Pierce’a, który kazał mu zabrać mój tyłek z Vegas. „Za dwa dni mamy trening z Denver Nuggets”, powiedział. „Znam Dennisa. Dojdzie do siebie. Będzie grał”. Mike nie chciał być tym, który powie Darrenowi, że się myli. „Musisz pogadać z Dennisem”, stwierdził.

Drugi telefon był od Thaera Mustafy z Newport Beach. Thaer, Amerykanin palestyńskiego pochodzenia, mówi o sobie „niania Dennisa”. Tak naprawdę jest moją prawą ręką w Kalifornii i właśnie ogłosił dżihad przeciwko mojemu dupsku, bo opuściłem miasto, nic mu nie mówiąc. Zakazał Mike’owi rozmowy z dziennikarzami. „Nikomu nic nie mów. Niezależnie od tego, kto się do ciebie zgłosi, milczysz jak grób. Nic nie wiesz, nic nie widziałeś. Nic nie wiesz, nic nie widziałeś”, powtarzał.

Kiedy Mike i mój ochroniarz przyszli się ze mną zobaczyć (około piętnastej), siedziałem z kilkunastoma osobami, które jakoś się dowiedziały, że jest tam Dennis Rodman. Byli strażacy, pielęgniarki, lekarze. Żartowali, jakim to jestem twardzielem, że nie wziąłem znieczulenia, śmiali się, że nie mam na sobie bielizny a kiedy pielęgniarki rozcięły mi spodenki, to zobaczyły więcej niż się spodziewały.

Nie pierwszy raz byłem główną atrakcją w szpitalu. Każda gwiazda przyciąga uwagę – zwłaszcza jeśli masz oryginalną z medycznego punktu widzenia przypadłość. Weźmy na przykład takiego „złamanego fiuta”.

Złamanie fiuta następuje, kiedy w trakcie solidnego wzwodu nagle przełamujesz małego pod odpowiednim kątem. W rezultacie dochodzi do rozerwania naczyń krwionośnych i jednego wielkiego syfu. Zdarzyło mi się to trzykrotnie. Brzmi okropnie, ale nie jest szczególnie poważne i nawet zbytnio nie boli. Ale mówię wam – wygląda źle, naprawdę źle.

Pierwszy raz złamałem fiuta w dniu święta Czwartego Lipca, nad jeziorem, przy granicy Teksasu z Oklahomą. Robiłem to z taką jedną panienką, w pewnym momencie przewróciliśmy się na bok i nagle z mojego fiuta zaczęła sikać krew niczym z jakiegoś węża z wodą. Laska krzyczała: „O mój Boże! O mój Boże! Coś się stało! Coś strasznego się stało!”. Wszyscy się zlecieli, żeby zobaczyć skąd te wrzaski. Niełatwo mnie zawstydzić, ale… ja pierdzielę… Dziewczyna próbowała zatamować krwawienie, ściskała mi fiuta ręcznikiem. A on tymczasem zaczął puchnąć i robił się cztery, pięć czy nawet dziesięć razy większy niż normalnie.

Ostatnio przytrafiło mi się to w Nowym Jorku, wylądowałem wtedy w szpitalu z fiutem na temblaku. Chyba ogłosili to publicznie, bo wszyscy – naprawdę wszyscy – którzy tam wtedy pracowali, musieli zajrzeć, żeby sprawdzić moją nietypową przypadłość. A ja oczywiście byłem przeszczęśliwy, że jestem w centrum zainteresowania, dumny, że mogę się dzielić ze wszystkimi swoim wyjątkowym z punktu widzenia rozwoju medycyny fiutem – wszystko oczywiście dla dobra nauki.

Pora pożegnać się z moimi nowymi przyjaciółmi z Uniwersyteckiego Centrum Medycznego w Vegas. Moje spodenki i T-shirt były już przeszłością, więc pielęgniarki dały mi przyciasny zielony fartuch szpitalny. Mike wziął recepty na leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, a ja wykuśtykałem na zewnątrz. Wkrótce byliśmy już w czwórkę – ja, Mike, ochroniarz i striptizerka – z powrotem w furgonetce i zamierzaliśmy się stamtąd urwać. Thaer ciągle wrzeszczał przez telefon na Mike’a: „Skoro już jesteście w samochodzie, to wynoście się z Vegas jak najszybciej”. Spokojnie, Mike pracuje dla mnie, to ja decyduję, więc pora na Cheetah’s. Po dwudziestu minutach znowu byłem w klubie striptizowym, imprezując i popijając wódkę Grey Goose z sokiem porzeczkowym.

Większość ludzi po takim wypadku – nieważne czy na trzeźwo, czy po pijaku – powiedziałaby: „Kurwa, pora wrócić do domu i trochę odpocząć”.

Ale ja, pozbawiony codziennej gry w koszykówkę, niekończących się treningów, spotkań, lotów samolotem, meczów – imprezowałem nieprzerwanie od kilku lat, moje ciało było jakby napędzane pilotem automatycznym, a ja nie mogłem się zatrzymać. Konsekwentnie wmawiałem sobie, że jadę dalej i dalej, i dalej, i dalej… Więc jechaliśmy dalej. Cały ja, do samego końca na pełnej pycie.

Byliśmy więc w klubie ze striptizem Cheetah’s, no i dziewczyny chciały robić to, co do nich należy. Myślały sobie: „Oto Dennis Rodman, król klubów go-go, wiemy, czego chce. Taniec na kanapie!”. Nie tym razem. Myślicie, że zauważyły, że coś jest nie tak, skoro ledwo tam doczłapałem, ubrany w szpitalne ciuchy? Nic z tych rzeczy, było ciemno, a poza tym pewnie uznały, że to nowy supermodny strój Dennisa Rodmana. Nieważne. Mike i mój ochroniarz robili co mogli, żeby mnie przed nimi ochronić. Tłumaczyli: „Dajcie mu spokój, nie dotykajcie go, jest kompletnie rozpierdolony”.

W międzyczasie ta zajebista striptizerka, która towarzyszyła nam przez cały czas – najpierw w Treasures, potem podczas wypadku i w szpitalu a teraz w Cheetah’s – weszła na scenę i sama zaczęła swój balet. Widać było, że jej na mnie zależy – zanim sobie poszła, kilka razy sprawdzała, czy na pewno wszystko ze mną OK. Można ją nazwać striptizerką o złotym sercu. Cholera wie, może innej nocy wszystko potoczyłoby się inaczej i skończyłoby się na standardowym bzykanku. W zasadzie to prawie z każdą spotkaną przeze mnie kobietą tak się kończy. Sława i kasa. Nieważne, mam to w dupie.

Wydaje mi się, że większość poznanych ludzi mnie lubi. Uważają, że jestem niezłym skurwielem, uczciwym, konkretnym ziomem. Inni po prostu chcą załapać się na przejażdżkę. Dla nich liczy się przede wszystkim to, że jestem sławny i bogaty, i kiedy to do mnie wreszcie dociera, myślę sobie: kurwa! Ale niezależnie od tego, jakie są twoje motywacje – daję radę.

Dawno temu nauczyłem się olewać takie detale – bo im więcej się nad czymś zastanawiasz, tym mniej masz czasu na zabawę. Nieważne, czy ktoś jest szczery, czy po prostu cię wykorzystuje. Nie ten kompan, to inny. Albo jeszcze inny. Ale cokolwiek się zdarzy, musisz sobie pozostawić jakąś furtkę.

TROCHĘ REALIZMU Najpierw zaufaj, potem zadawaj pytania.

Po kilku godzinach w Cheetah’s alkohol znowu zaczął uderzać mi do głowy i byłem gotów do zmiany lokalu. Przenieśliśmy się do Hard Rocka, wzięliśmy kilka pokoi, pożegnaliśmy się ze striptizerką, Mike i mój ochroniarz myśleli, że to wreszcie koniec. Nic z tych rzeczy. Kolejnym przystankiem był bar nad kasynem w Hard Rocku, gdzie postawiłem wszystkim po drinku. Ludzie pękali ze śmiechu na mój widok. Ledwo byłem w stanie chodzić, nadal miałem na sobie te śmieszne zielone szpitalne ciuchy i nadal świetnie się bawiłem. Mike wciąż dopytywał, jak ja to robię. Przyzwyczaiłem się, dla mnie to normalka. Była dwudziesta trzecia, postanowiłem się przenieść do klubu ze striptizem po drugiej stronie ulicy i więcej już niczego nie pamiętam.

Balowałem bez przerwy już od czterdziestu ośmiu godzin – wynik niczego sobie, ale jakże daleki od mojego trzydniowego rekordu. Pijaństwo zakończyłem, tracąc przytomność w Steakhousie u Ruth w Vegas. Kolejny powód do dumy.

Kiedy następnego dnia zacząłem trzeźwieć, zdałem sobie sprawę, że mam przejebane na jakiś milion sposobów. Po pierwsze: nawet Dennis Rodman nie był w stanie grać w koszykówkę ze zmiażdżonymi łydkami i rozbitymi kolanami. Po drugie: słynne hasło What happens in Vegas, stays in Vegas5 najwyraźniej nie odnosiło się do mnie. Kiedy jesteś Dennisem Rodmanem, to niezależnie od tego, co się dzieje tu czy tam, koniec końców lądujesz na żółtym pasku w wiadomościach, w każdej pierdolonej gazecie w kraju i za granicą. W Denver również.

TROCHĘ REALIZMU Kiedy jesteś sławny, jesteś w wiadomościach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Zwłaszcza jeśli wiadomości nie są dobre.

Jakby mało mi było normalnych mediów, przypadkiem się zdarzyło, że ESPN nagrywało akurat reality showRodman on the Rebound. Pomysł polegał na tym, żeby zrobić dokumentalny program o moim powrocie do NBA (wyszło śmiesznie, co?). Darren Prince zadzwonił do tych skurwieli z ESPN i kazał im przyjeżdżać do Vegas, żeby nagrali jedną z najbardziej upokarzających chwil w moim życiu. Nie było miło. Potem wytłumaczył mi, iż miał nadzieję, że jak zobaczę to nagranie, to z szoku wytrzeźwieję na dobre. Ale nieważne, że miałem zmasakrowane nogi – miał szczęście, że jego chuda biała dupa została wtedy w New Jersey.

Od dziecka byłem dumny z tego, że jeśli chodzi o rzeczy naprawdę ważne, to potrafię zachować dyscyplinę. W szatni, na parkiecie (no dobra, nie mówię o sędziach), jeśli chodzi o samą grę – w obronie i na tablicy. To, co robię poza parkietem, to moja sprawa. Ale nagle to wszystko się zmieniło.

Przez moje imprezowanie Darren wyszedł na kłamcę. Miesiącami przekonywał wszystkich menedżerów NBA, że Dennis Rodman zmądrzał. Bazując na tej półprawdzie, prawie ustalił warunki kontraktu z Denver. A gdyby nic z tego nie wyszło, był też w kontakcie z Philem Jacksonem, który został właśnie trenerem w LA. Problem w tym, że nie dało się utrzymać mnie w ryzach. Dwa lata pracy Darrena poszły na marne. Pomyślałem, że może powinienem trochę odpuścić i nawet obiecałem Thaerowi, że to zrobię, ale dopiero po wręczeniu nagród Radio Music Awards.

Po wypadku motocyklowym Darren tak się martwił o moje balangowanie, że wezwał posiłki – mojego dawnego ochroniarza Wendella „Wielkiego Willa” Williamsa, blisko dwumetrowego i dwustukilowego czarnoskórego gościa. Kiedy Wendell coś mówi, wszyscy słuchają. Nawet Dennis Rodman. Wendell przerwał na chwilę swoją ochroniarską emeryturę, aby upewnić się, że nie narozrabiam podczas imprezy Radio Music Awards. To było dokładnie tydzień po moim wypadku w Treasures.

Pomimo protestów („Nie chcę tego robić, to bzdury, to zaszkodzi mojej karierze”) Wendellowi udało się tamtej nocy oprowadzić mnie po wszystkich pierdolonych stacjach radiowych w Ameryce.

„Dennis, powiedz, jak to było z Madonną?”

„Dennis, opowiedz, jaki tak naprawdę jest Michael Jordan”.

„Dennis, gdzie twoja sukienka?”

Spędziliśmy tak wiele godzin przed rozpoczęciem ceremonii, a Wendell nie pozwalał mi pić. Pod koniec czułem się, jakbym przebiegł maraton. Poszedłem na basen, żeby w końcu coś łyknąć, a Wendell pobiegł na chwilę na górę, wziąć prysznic. Kiedy wrócił, byłem już napruty. Nie spodziewał się tego. W ciągu ostatnich trzech lat, odkąd się rozstaliśmy, zacząłem spędzać znacznie więcej czasu z moim nowym przyjacielem, Herr Jägermeisterem, więc Wendell mógł po raz pierwszy zobaczyć Dennisa Rodmana nawalonego przez całą dobę.

Wróciła stara śpiewka – że nie idę na żadną imprezę, że to bzdury, i że to zaszkodzi mojej karierze – ale przypomniał, że zapłacili mi niezłą sumkę za to, żebym stawił się na miejscu. I że już tę kasę wydałem. No i zaciągnął mnie tam.

Wiele z tego nie pamiętam, ale Wendell opowiadał, że zachowywałem się jak menel z jakiejś szemranej dzielnicy. Przytrzymywał mnie, ja coś próbowałem mówić, ale tak bełkotałem, że nikt nie rozumiał, co takiego pierdolę. Producenci show zorientowali się, że jestem nawalony, odwołali moją prezentację, nie wpuścili mnie nawet za kulisy. I tak tam poszedłem, kompletnie napruty. Jeszcze kilka lat wcześniej zabiegały o moje względy największe gwiazdy, jak Al Pacino czy Meryl Streep. Teraz nawet podrzędni aktorzy klasy B nie chcieli ze mną gadać, unikali mnie. Zobaczyłem, że wywiadu udziela P. Diddy, więc zacząłem szczypać go w tyłek. Odepchnął mnie, a jego ludzie zaczęli krzyczeć: „Wypierdalaj!”. Wendell odciągnął mnie na bok. W końcu pojawili się ochroniarze i wyprowadzili mnie stamtąd, bo przecież nie miałem przepustki. „Pierdolić to miejsce! – wrzasnąłem do Wendella. – Pierdolić! Chodźmy stąd! Chodźmy!”. Ale dokąd mieliśmy pójść? Oczywiście do klubu ze striptizem.

Po Radio Music Awards wszyscy mieli do mnie pretensje. Darren był wściekły. I Wendell też. I Thaer. Nawet moja żona Michelle się wściekała. Po wypadku motocyklowym i po menelskim występie na Radio Music Awards ESPN przeprowadził z Michelle wywiad. „Mam już dość. Jestem gotowa się rozwieść”, powiedziała wtedy. Oto kobieta, która kiedyś wytatuowała sobie nad pośladkami wielki napis „Pani Rodman”. „On nie przejmuje się sobą, nie przejmuje się dziećmi ani mną. Nie ma za grosz szacunku dla samego siebie”, mówiła. Potem było jeszcze gorzej: „To koniec, odchodzę. Odchodzę razem z jego dziećmi, jego kariera też jest skończona. Stracił wszystko”. A potem padło najlepsze: „Nie chciałby, żeby pamiętano go tylko jako jakiegoś pijaczynę. Na pewno by tego nie chciał”.

Tak oto pod koniec października 2003 roku miałem totalnie przejebane. Opuściła mnie żona, dzieci, Darren i Will, Thaer też już się zbierał do odlotu, a moje marzenia o powrocie do NBA dobiegły końca. Ba, nawet przemysł rozrywkowy o nazwie „Dennis Rodman” wydawał się zagrożony.

TROCHĘ REALIZMU Po dziesięciu latach ostrego balangowania doszliśmy do momentu, w którym to nie ja się bawiłem, tylko coś bawiło się mną. I to zajebiście.

Ale była i dobra wiadomość.

Skoro przeżyłem ten koszmarny wypadek w Treasures, to mogę patrzeć na świat i siebie spoza perspektywy swojego ciała. I rzeczywiście – niedługo potem siedziałem sobie w pokoju, patrzyłem na to, co zostało z Dennisa Rodmana, i zacząłem się zastanawiać: jak to się stało? Jak do tego doszło? Czy da się to jakoś odkręcić?

[1] PETA: People for the Ethical Treatment of Animals (Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt; z ang. pet – „zwierzę domowe”). Międzynarodowa organizacja non-profit, zajmująca się prawami zwierząt. Rodman i Pamela Anderson brali udział w kampanii społecznej na jej rzecz – przyp. tłum.

[2] CBA: Continental Basketball Association, liga koszykarska, dawne zaplecze dla NBA – przyp. tłum.

[3] ESPN: Entertainment and Sports Programming Network – amerykańska stacja telewizyjna poświęcona tematyce sportowej – przyp. red.

[4] Taniec topless wykonywany na kolanach klienta – przyp. tłum.

[5] Co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas – przyp. red.

Tytuł oryginału:

I should be dead by now

Copyright © Dennis Rodman and Jack Isenhour 2012

Copyright © for the Polish edition by

Wydawnictwo Sine Qua Non 2013

Copyright © for the translation

by Michał Rutkowski 2013

Redakcja

Joanna Mika-Orządała

Korekta

Joanna Mika-Orządała, Kamil Misiek

Opieka redakcyjna

Michał Rędziak, Przemek Romański

Skład

Agnieszka Szatkowska

Projekt okładki

Paweł Szczepanik

Cover photographs:Eric Williams

Photographs inside the book: Getty Images / Flash Press Media

This edition published by arrangement with Skyhorse Publishing.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.