Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Demony Dextera - Jeff Lindsay

Dexter miał trzy lata, gdy adoptowała go rodzina policjanta Harry'ego Morgana. Teraz sam pracuje w policji – jest analitykiem śladów krwi w laboratorium kryminalistycznym w Miami. Sympatycznym, dowcipnym, lubianym przez wszystkich. Choć seks kompletnie go nie interesuje, umawia się na randki z Ritą, młodą rozwódką z dwójką dzieci. Ale to wszystko kamuflaż. W rzeczywistości Dexter jest seryjnym zabójcą, osobnikiem niezdolnym do ludzkich uczuć. Wewnętrzny głos, który nazywa Mrocznym Pasażerem, każe mu zabijać. Tę ponurą „przypadłość” dostrzegł kiedyś jego przybrany ojciec i – nie mogąc jej usunąć – wpoił synowi swoisty kodeks postępowania: swoje mordercze instynkty może kierować wyłącznie przeciw innym zabójcom, socjopatom o podobnie spaczonej psychice. Dzięki możliwościom, jakie daje mu praca w policji, Dexter bezbłędnie identyfikuje potencjalne ofiary (jak choćby zabójcę dzieci, księdza Donovana) i dokonuje ich egzekucji, zabijając nożem, ćwiartując, pakując szczątki zwłok do worków na śmieci. Kiedy w Miami pojawia się seryjny morderca prostytutek, działający według identycznego modus operandi, Dexter staje przed poważnym dylematem. Osobiście zająć się zbrodniarzem? Czy – kierując się dobrem śledztwa oraz swojej siostry Deb, policjantki uczestniczącej w dochodzeniu – postarać się, by wpadł w ręce sprawiedliwości? Spokoju nie daje mu także trzecia możliwość: nie ma żadnego drugiego zabójcy, to on sam jest sprawcą wszystkich zbrodni, które popełnia podczas snu...

Opinie o ebooku Demony Dextera - Jeff Lindsay

Fragment ebooka Demony Dextera - Jeff Lindsay

Wydanie elektroniczne

O książce

De­xter Mor­gan, se­ryj­ny mor­der­ca, który z za­sa­dy za­bi­ja tyl­ko in­nych se­ryj­nych mor­derców, to li­te­rac­ki an­ty­bo­ha­ter wy­kre­owa­ny przez ame­ry­kańskie­go pi­sa­rza Jef­fa Lind­seya w se­rii be­st­sel­le­ro­wych po­wieści pu­bli­ko­wa­nych w kil­ku­dzie­sięciu kra­jach świa­ta. De­xter jest ana­li­ty­kiem śladów krwi za­trud­nio­nym w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym po­li­cji hrab­stwa Mia­mi-Dade na Flo­ry­dzie i – przy­najm­niej z po­zo­ru – przykład­nym mężem i oj­cem, którego nikt nie po­dej­rze­wa o mor­dercze skłonności. Po­mi­mo błędów, ja­kie cza­sa­mi popełnia pod­czas ko­lej­nych zabójstw, ja­kimś cu­dem za­wsze uda­je mu się uniknąć aresz­to­wa­nia. Mor­gan jest też bo­ha­te­rem nie­zwy­kle po­pu­lar­ne­go se­ria­lu te­le­wi­zji Show­ti­me za­ty­tułowa­ne­go De­xter, wyświe­tla­ne­go w kil­ku­dzie­sięciu kra­jach i za­in­spi­ro­wa­ne­go po­wieścią De­mo­ny De­xte­ra. Se­rial był wie­lo­krot­nie na­gra­dza­ny – otrzy­mał m.in. dwa Złote Glo­by i dwie Na­gro­dy Emmy. Na małym ekra­nie w rolę De­xte­ra wcie­la się Mi­cha­el C. Hall.

De­xter miał trzy lata, gdy ad­op­to­wała go ro­dzi­na po­li­cjan­ta Har­ry’ego Mor­ga­na. Te­raz sam pra­cu­je w po­li­cji – jest ana­li­ty­kiem śladów krwi w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym w Mia­mi. Sym­pa­tycz­nym, dow­cip­nym, lu­bia­nym przez wszyst­kich. Choć seks kom­plet­nie go nie in­te­re­su­je, uma­wia się na rand­ki z Ritą, młodą rozwódką z dwójką dzie­ci. Ale to wszyst­ko ka­mu­flaż. W rze­czy­wi­stości De­xter jest se­ryj­nym zabójcą, osob­ni­kiem nie­zdol­nym do ludz­kich uczuć. Wewnętrzny głos, który na­zy­wa Mrocz­nym Pasażerem, każe mu za­bi­jać. Tę po­nurą „przy­padłość” do­strzegł kie­dyś jego przy­bra­ny oj­ciec i – nie mogąc jej usunąć – wpoił sy­no­wi swo­isty ko­deks postępo­wa­nia: swo­je mor­der­cze in­stynk­ty może kie­ro­wać wyłącznie prze­ciw in­nym zabójcom, so­cjo­pa­tom o po­dob­nie spa­czo­nej psy­chi­ce. Dzięki możliwościom, ja­kie daje mu pra­ca w po­li­cji, De­xter bezbłędnie iden­ty­fi­ku­je po­ten­cjal­ne ofia­ry (jak choćby zabójcę dzie­ci, księdza Do­no­va­na) i do­ko­nu­je ich eg­ze­ku­cji, za­bi­jając nożem, ćwiar­tując, pa­kując szczątki zwłok do worków na śmie­ci. Kie­dy w Mia­mi po­ja­wia się se­ryj­ny mor­der­ca pro­sty­tu­tek, działający według iden­tycz­ne­go mo­dus ope­ran­di, De­xter sta­je przed poważnym dy­le­ma­tem. Oso­biście zająć się zbrod­nia­rzem? Czy – kie­rując się do­brem śledz­twa oraz swo­jej sio­stry Deb, po­li­cjant­ki uczest­niczącej w do­cho­dze­niu – po­sta­rać się, by wpadł w ręce spra­wie­dli­wości? Spo­ko­ju nie daje mu także trze­cia możliwość: nie ma żad­ne­go dru­gie­go zabójcy, to on sam jest sprawcą wszyst­kich zbrod­ni, które popełnia pod­czas snu…

JEFF LIND­SAY

(Jef­fry Freun­dlich)

Współcze­sny pi­sarz ame­ry­kański, zna­ny przede wszyst­kim z cy­klu po­wieści o De­xte­rze Mor­ga­nie – ana­li­ty­ku śladów krwi, za­ra­zem se­ryj­nym zabójcy. Współau­torką kil­ku wcześniej­szych książek Lind­saya była jego żona, Hi­la­ry He­min­gway, bra­ta­ni­ca Er­ne­sta He­min­gwaya. Pierw­sza po­wieść o De­xte­rze, De­mo­ny De­xte­ra, zo­stała opu­bli­ko­wa­na w 2004 i posłużyła za kanwę sce­na­riu­sza po­pu­lar­ne­go se­ria­lu te­le­wi­zji Show­ti­me, za­ty­tułowa­ne­go De­xter. W la­tach 2005-2013 uka­zały się dal­sze tomy se­rii, m.in. De­li­rium De­xte­ra, Dzieło De­xte­ra, Cień De­xte­ra i De­xter’s Fi­nal Cut.

www.fa­ce­bo­ok.com/jef­flind­say­au­thor

Tego au­to­ra

DE­MO­NY DE­XTE­RA

DE­LI­RIUM DE­XTE­RA

CIEŃ DE­XTE­RA

OSTAT­NIE CIĘCIE DE­XTE­RA

Tytuł ory­gi­nału:DAR­KLY DRE­AMING DE­XTER

Co­py­ri­ght © Jeff Lind­say 2004All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © To­masz Wyżyński 2014

Re­dak­cja: Agniesz­ka Łodzińska

Ilu­stra­cja na okładce: Bi­czo Zsolt/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-040-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Hi­la­ry,która jest dla mnie wszyst­kim

Po­dzięko­wa­nia

Ta książka nig­dy by nie po­wstała bez po­mo­cy tech­nicz­nej i wspar­cia du­cho­we­go Ein­ste­ina oraz dia­ko­na. Ucie­leśniają oni wszyst­kie naj­lep­sze ce­chy po­li­cjantów z Mia­mi i na­uczy­li mnie, co ozna­cza wy­ko­ny­wa­nie trud­nej pra­cy gli­nia­rza w trud­nym miej­scu.

Chciałbym również po­dziękować kil­ku oso­bom, których su­ge­stie były bar­dzo po­moc­ne. W szczególności mo­jej żonie, Barc­lay­om, Ju­lio­wi S., dok­to­ro­wi i pani Freun­dli­chom, Po­okie, Bear i Tin­ky.

Ja­so­no­wi Kauf­ma­no­wi je­stem nie­zwy­kle wdzięczny za mądre i wni­kli­we uwa­gi to­wa­rzyszące po­wsta­niu tej książki.

Dziękuję również Do­ris, Da­mie Ostat­nie­go Śmie­chu.

Za­miesz­czam także spe­cjal­ne po­dzięko­wa­nia dla Nic­ka El­li­so­na, który jest wszyst­kim, czym po­win­ni być agen­ci li­te­rac­cy, lecz pra­wie nig­dy nie są.

1

Księżyc. Wspa­niały Księżyc w pełni. Ogrom­na, czer­wo­na tar­cza, w noc jasną jak dzień; światło księżyca pa­dające na zie­mię i niosące radość, radość, radość. Głośne dźwięki tro­pi­kal­nej nocy, ci­che wy­cie wia­tru mu­skającego włosy na przed­ra­mie­niu, pu­sty la­ment roz­gwieżdżone­go nie­ba, księżyco­we światło na wo­dzie jak krzyk wywołujący zgrzy­ta­nie zębów.

Wszyst­ko to wzy­wało Po­trzebę. Ach, sym­fo­nia tysiąca ukry­tych głosów, mu­zy­ka Po­trzeby, eg­zy­sten­cji, milczącego ob­ser­wa­to­ra, chłod­ne­go bytu, śmiejącego się Księżyco­we­go Tan­ce­rza. Ja, lecz nie ja; isto­ta, która szy­dzi, chi­cho­ce i woła z głodu. Po­trzeba była te­raz bar­dzo sil­na, bar­dzo ostrożna, chłodna, przy­cza­jo­na, pełznąca, napięta jak stru­na i go­to­wa, bar­dzo sil­na, bar­dzo go­to­wa – mimo to jed­nak wciąż cze­kała i ob­ser­wo­wała, każąc i mnie także cze­kać i ob­ser­wo­wać.

Cze­kałem więc i ob­ser­wo­wałem księdza już od pięciu ty­go­dni. Mu­siałem zna­leźć kogoś no­we­go, zna­leźć tego człowie­ka. Od trzech ty­go­dni wie­działem, że to on był następny, należeliśmy do Mrocz­ne­go Pasażera, on i ja. I przez trzy ty­go­dnie wal­czyłem z presją, Po­trzebą na­ra­stającą we mnie jak ogrom­na fala, która z ry­kiem ude­rza w brzeg i się nie cofa, ale sta­je się co­raz większa z każdym tyk­nięciem ze­ga­ra ja­snej nocy.

Co­dzien­nie za­cho­wy­wałem ostrożność, wszyst­ko dokład­nie spraw­dzałem. Nie do­ty­czyło to księdza, o nie – od daw­na byłem pe­wien, że to on. Poświęcałem czas na przy­go­to­wa­nia, by zro­bić wszyst­ko porządnie, czy­sto, schlud­nie, bez fu­szer­ki, per­fek­cyj­nie. Nie mogłem dać się złapać, nie te­raz. Zbyt ciężko i zbyt długo pra­co­wałem, by mu­sieć się zaj­mo­wać ochroną swo­je­go małego, szczęśli­we­go życia.

A poza tym zbyt do­brze się bawiłem.

Za­wsze je­stem ostrożny. Za­wsze sta­ran­ny. Za­wsze przy­go­to­wa­ny, by zro­bić wszyst­ko porządnie. A kie­dy już o to za­dbam, upew­niam się po raz dru­gi i trze­ci. Tak postępował Har­ry, nie­chaj go Bóg błogosławi, po­li­cjant ide­al­ny, mój oj­ciec. Za­wsze bądź pew­ny, ostrożny, dokładny, po­wta­rzał, i już od ty­go­dnia miałem pew­ność, że wszyst­ko jest w porządku. I kie­dy wy­szedłem wie­czo­rem z pra­cy, od razu wie­działem, że to ten dzień. Ta noc. Czułem, że jest inna. Wie­działem, że to się sta­nie tej nocy, musi się stać. Tak jak po­przed­nio i w przyszłości, zno­wu, zno­wu i zno­wu.

Dziś w nocy to się przy­da­rzy księdzu.

Na­zy­wał się oj­ciec Do­no­van. Uczył mu­zy­ki w sie­ro­cińcu Świętego An­to­nie­go w Ho­me­ste­ad na Flo­ry­dzie. Dzie­ci go ko­chały i na­tu­ral­nie on również ko­chał dzie­ci. Och, bar­dzo ko­chał. Poświęcił im całe życie. Na­uczył się hisz­pańskie­go i dia­lektów kre­ol­skich. Po­znał mu­zykę la­ty­noską. Wszyst­ko dla dzie­ci. Wszyst­ko, ab­so­lut­nie wszyst­ko dla dzie­ci.

Wszyst­ko…

Ob­ser­wo­wałem go tej nocy, śle­dziłem przez wie­le po­przed­nich. Wi­działem, jak sta­je w drzwiach sie­ro­cińca, by po­roz­ma­wiać z czar­noskórą dziew­czynką, która wyszła za nim z bu­dyn­ku. Miała naj­wyżej osiem lat i była mała jak na swój wiek. Oj­ciec Do­no­van usiadł na stop­niach i roz­ma­wiał z nią przez pięć mi­nut. Ona również usiadła i zaczęła się bujać. Roześmie­li się. Oparła się o ramię księdza. Pogłaskał ją po głowie. W drzwiach po­ja­wiła się za­kon­ni­ca i stanęła na pro­gu. Przez chwilę spoglądała na nich w mil­cze­niu. Później się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę. Dziew­czyn­ka trąciła księdza głową. Oj­ciec Do­no­van uści­skał ją, wstał i pocałował na do­bra­noc. Za­kon­ni­ca się roześmiała i po­wie­działa coś do du­chow­ne­go. Za­mie­nił z nią kil­ka słów.

Po­tem po­szedł w stronę sa­mo­cho­du. Sprężyłem się do sko­ku…

Jesz­cze nie. Pięć metrów od schodów stała fur­go­net­ka do­zor­cy. Kie­dy oj­ciec Do­no­van ją mijał, roz­sunęły się bocz­ne drzwi. Z wnętrza wy­chy­lił się mężczy­zna palący pa­pie­ro­sa i po­wi­tał du­chow­ne­go, który oparł się o bok sa­mo­cho­du i zaczął z nim roz­ma­wiać.

Szczęście. Zno­wu szczęście. W ta­kie noce za­wsze mam szczęście. Nie za­uważyłem tego człowie­ka, nie domyślałem się, że jest w sa­mo­cho­dzie. A on by mnie zo­ba­czył. Ale miałem szczęście.

Ode­tchnąłem głęboko. Po­wo­li i spo­koj­nie wypuściłem po­wie­trze. Zim­ne jak lód. To drob­nost­ka. Ni­cze­go in­ne­go nie prze­oczyłem. Zro­biłem wszyst­ko porządnie, tak jak zwy­kle, we właściwy sposób. Wszyst­ko będzie do­brze.

Te­raz!

Oj­ciec Do­no­van znów zaczął iść w stronę sa­mo­cho­du. Odwrócił się i zawołał. Od drzwi sie­ro­cińca po­ma­chał mu do­zor­ca, po czym roz­gniótł nie­do­pałek pa­pie­ro­sa i zniknął we wnętrzu bu­dyn­ku. Od­szedł.

Szczęście. Zno­wu szczęście.

Oj­ciec Do­no­van wyjął z kie­sze­ni klu­czy­ki, otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du i usiadł za kie­row­nicą. Usłyszałem war­kot za­pa­la­ne­go sil­ni­ka. A po­tem…

TE­RAZ!

Usiadłem na tyl­nym sie­dze­niu i za­rzu­ciłem mu pętlę na szyję. Je­den szyb­ki, zręczny ruch i pętla z żyłki wędkar­skiej o wy­trzy­małości dwu­dzie­stu pięciu ki­lo­gramów moc­no się za­cisnęła. Szarpnął się lek­ko, ogar­nięty pa­niką, i to wszyst­ko.

– Te­raz należysz do mnie – po­wie­działem, a on sie­dział w ab­so­lut­nym bez­ru­chu, jak­by wcześniej przećwi­czył taką sy­tu­ację, pra­wie jak­by słyszał inny głos, śmiech ob­ser­wa­to­ra w moim mózgu. – Rób to, co ci każę – po­le­ciłem.

Ode­tchnął chra­pli­wie i zerknął w lu­ster­ko wstecz­ne. Zo­ba­czył w nim moją twarz w je­dwab­nej ma­sce, w której widać było tyl­ko oczy.

– Ro­zu­miesz? – spy­tałem, i je­dwab po­ru­szył się na mo­ich ustach. Nie od­po­wie­dział. Spoglądał na mnie. Szarpnąłem pętlę. – Ro­zu­miesz? – powtórzyłem nie­co cich­szym głosem. Tym ra­zem skinął głową. Uniósł nie­pew­nie rękę do pętli, nie wiedząc, co by się stało, gdy­by próbował ją po­lu­zo­wać. Si­niał.

Roz­luźniłem pętlę.

– Bądź grzecz­ny, to pożyjesz dłużej – rzekłem.

Ode­tchnął głęboko. Słyszałem świst po­wie­trza w jego gar­dle. Za­kasłał i znów ode­tchnął. Sie­dział nie­ru­cho­mo, nie próbując ucie­kać.

Do­sko­na­le.

Ru­szy­liśmy. Oj­ciec Do­no­van posłusznie wy­ko­ny­wał moje po­le­ce­nia. Nie próbował sztu­czek, nie oka­zy­wał wa­ha­nia. Minęliśmy Flo­ri­da City i ru­szy­liśmy Card So­und Road. Za­uważyłem, że się zde­ner­wo­wał, gdy skręciliśmy w tę drogę, lecz nie pro­te­sto­wał. Nie próbował się do mnie od­zy­wać. Trzy­mał na kie­row­ni­cy obie ręce, bla­de i moc­no zaciśnięte; wi­działem zbie­lałe kost­ki. Świet­nie.

Przez następne pięć mi­nut je­cha­liśmy na południe. Słychać było tyl­ko świst opon na as­fal­cie i szum wia­tru. W górze płonął ogrom­ny księżyc, w mo­ich żyłach roz­brzmie­wała jego potężna pieśń, a czuj­ny ob­ser­wa­tor śmiał się ci­cho w pul­sującym mro­ku nocy.

– Skręć – rzu­ciłem w końcu.

Po­pa­trzył na mnie w lu­ster­ku wstecz­nym. Ogarnęła go pa­ni­ka, wypełniła oczy, wy­krzy­wiła twarz i usta. Chciał coś po­wie­dzieć, ale…

– Skręć! – powtórzyłem. Spełnił po­le­ce­nie. Zwiot­czał na fo­te­lu, jak­by przez cały czas się tego spo­dzie­wał, za­wsze na to cze­kał, i skręcił.

Wąska po­lna dro­ga była le­d­wo wi­docz­na. Należało wie­dzieć, że tu jest. Ale­ja wie­działem. Byłem tu wcześniej. Miała czte­ry ki­lo­me­try długości, trzy­krot­nie skręcała wśród łąk, między drze­wa­mi nad wąskim kanałem i koło ba­gien. Wresz­cie do­cie­rała do po­la­ny.

Pięćdzie­siąt lat temu zbu­do­wa­no tu dom. Obec­nie był ruiną i od daw­na nikt w nim nie miesz­kał, jed­nak spo­ra część bu­dyn­ku się za­cho­wała. Po­zo­stały trzy po­ko­je i połowa da­chu.

W sta­rym ogro­dzie wa­rzyw­nym znaj­dującym się w po­bliżu ktoś nie­daw­no kopał.

– Za­trzy­maj sa­mochód – po­wie­działem, gdy zruj­no­wa­ny dom uka­zał się w świe­tle re­flek­torów.

Oj­ciec Do­no­van na­tych­miast spełnił po­le­ce­nie. Był spa­ra­liżowa­ny stra­chem, miał sztyw­ne ręce i nogi, a w głowie pustkę.

– Wyłącz sil­nik – roz­ka­załem. Przekręcił klu­czyk w sta­cyj­ce i na­gle zro­biło się bar­dzo ci­cho.

Na drze­wie zaświer­go­tał ptak. Za­sze­leściła tra­wa po­ru­szo­na po­dmu­chem wia­tru. Później ci­sza stała się jesz­cze głębsza, tak głęboka, że pra­wie zagłuszyła nocną mu­zykę mo­je­go ta­jem­ne­go ja.

– Wysiądź – roz­ka­załem. Jed­nak oj­ciec Do­no­van się nie po­ru­szył. Wpa­try­wał się w ogród wa­rzyw­ny.

Widać tam było sie­dem nie­wiel­kich ziem­nych kopców, czar­nych w świe­tle księżyca. Dla nie­go mu­siały być jesz­cze czar­niej­sze. A jed­nak się nie po­ru­szył.

Szarpnąłem pętlę. Nie spo­dzie­wał się, że może przeżyć taki ból, że go to spo­tka. Wygiął ple­cy w łuk, na­brzmiały mu żyły na czo­le i myślał, że umrze.

Ale nie umarł. Jesz­cze nie. Miało to trochę po­trwać.

Otwo­rzyłem kop­nia­kiem drzwi sa­mo­cho­du i wyciągnąłem go na zewnątrz, by po­czuł moją siłę. Runął na piasz­czystą drogę i wił się jak wąż z przetrąco­nym kręgosłupem. Mrocz­ny Pasażer się śmiał i do­sko­na­le bawił, a ja od­gry­wałem swoją rolę. Po­sta­wiłem stopę na pier­si ojca Do­no­va­na i za­cisnąłem pętlę.

– Masz słuchać i robić, co każę – rzekłem. – Mu­sisz być posłuszny. – Po­chy­liłem się i de­li­kat­nie roz­luźniłem pętlę. – Po­wi­nie­neś to ro­zu­mieć. To ważne.

Moje słowa do­tarły do nie­go. Jego oczy na­biegłe krwią, pełne bólu i łez spo­tkały się z mo­imi w przypływie zro­zu­mie­nia i na­gle prze­wi­dział wszyst­ko, co mu­siało się stać. Zro­zu­miał. I zdał so­bie sprawę, ja­kie to ważne, by za­cho­wy­wał się właści­wie. Zaczął poj­mo­wać.

– Te­raz wstań – po­wie­działem.

Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li, ciągle patrząc mi w oczy, oj­ciec Do­no­van się pod­niósł. Długo sta­liśmy na­prze­ciw­ko, spoglądając na sie­bie, stając się jedną osobą. Wresz­cie za­dy­go­tał. Zaczął uno­sić rękę do twa­rzy, lecz opuścił ją bezwład­nie.

– Wejdź do domu – po­wie­działem bar­dzo ci­cho. Do domu, gdzie wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne.

Odwrócił wzrok. Po chwi­li spróbował na mnie spoj­rzeć, lecz nie po­tra­fił. Zro­bił kil­ka kroków w stronę domu, ale za­trzy­mał się na wi­dok wzgórków świeżej zie­mi w ogro­dzie wa­rzyw­nym. Chciał znów na mnie po­pa­trzeć i wciąż nie mógł, nie po zo­ba­cze­niu czar­nych kop­czyków za­la­nych księżyco­wym światłem.

Ru­szył w kie­run­ku domu, a ja trzy­małem pętlę. Szedł po­tul­nie, ze spusz­czoną głową; posłuszna, grzecz­na ofia­ra. Pięć odra­pa­nych schodków, wąska we­ran­da i za­mknięte drzwi fron­to­we. Zatrzy­mał się. Nie pod­niósł oczu. Nie spoj­rzał na mnie.

– Wejdź do środ­ka – roz­ka­załem ci­chym głosem. Zadrżał. – Wejdź do środ­ka – powtórzyłem.

Nie był w sta­nie tego zro­bić. Po­chy­liłem się i otwo­rzyłem drzwi. We­pchnąłem go stopą do wnętrza domu. Za­chwiał się, od­zy­skał równo­wagę i stał tuż za pro­giem z moc­no zaciśniętymi po­wie­ka­mi.

Za­mknąłem drzwi. Zo­sta­wiłem na podłodze lampę na ba­te­rie. Te­raz ją za­pa­liłem.

– Po­patrz! – szepnąłem. Po­wo­li, ostrożnie otwo­rzył jed­no oko i za­marł. Czas się dla nie­go za­trzy­mał.

– Nie! – wy­mam­ro­tał.

– Tak! – po­wie­działem.

– Och, nie! – jęknął.

– Właśnie że tak! – powtórzyłem.

– NIE­EEE! – wrzasnął.

Szarpnąłem pętlę. Prze­stał krzy­czeć i upadł na ko­la­na. Wydał z sie­bie wil­got­ny, mlaszczący sko­wyt i ukrył twarz w dłoniach.

– Tak – ode­zwałem się. – Strasz­ny wi­dok, praw­da?

Za­mknął oczy, marszcząc po­licz­ki i czoło. Nie był w sta­nie pa­trzeć, nie te­raz, nie w ten sposób. W grun­cie rze­czy go ro­zu­miałem: wi­dok był rze­czywiście okrop­ny. Odkąd przy­go­to­wałem dla nie­go to wi­do­wi­sko, sta­le mnie to męczyło. Ale mu­siał to zo­ba­czyć. Mu­siał. Nie tyl­ko ze względu na mnie ani Mrocz­ne­go Pasażera, lecz ze względu na sie­bie. Mu­siał zo­ba­czyć. A nie pa­trzył.

– Niech oj­ciec otwo­rzy oczy – rzekłem.

– Proszę… – jęknął błagal­nie. Jego skom­le­nie na wi­dok trupów na podłodze bar­dzo mnie zde­ner­wo­wało, choć po­wi­nie­nem pa­no­wać nad sobą, za­cho­wać lo­do­wa­ty spokój. Pod­ciąłem mu nogi, szarpnąłem pętlę, złapałem prawą ręką za kark i ude­rzyłem jego twarzą w brud­ne, popękane de­ski. Po­ja­wiło się trochę krwi, co jesz­cze bar­dziej mnie rozwście­czyło.

– Otwórz oczy! – roz­ka­załem. – Otwórz oczy, na­tych­miast! Patrz! – Chwy­ciłem go za włosy i od­chy­liłem głowę do tyłu. – Rób, co ci każę! Patrz albo odetnę ci po­wie­ki!

Byłem bar­dzo prze­ko­nujący, więc wy­ko­nał roz­kaz. Zro­bił to, co kazałem. Po­pa­trzył.

Bar­dzo się sta­rałem, by wszyst­ko do­brze przy­go­to­wać, mimo że nie miałem łatwe­go za­da­nia. Na szczęście zwłoki wyschły; gdy­by nie to, nie mógłbym nic zro­bić. Były bar­dzo po­bru­dzo­ne zie­mią. W większości zdołałem ją usunąć, lecz niektóre po­cho­wa­no bar­dzo daw­no temu i nie dawało się odróżnić zie­mi od ciała. Jeśli się o tym pomyśli, jest to w ogóle nie­możliwe. Ta­kie brud­ne…

Było ich sie­dem, sie­dem małych ciał, sie­dem brud­nych sie­rot na gru­bych pla­sti­ko­wych płach­tach. Sie­dem pro­stych li­nii skie­ro­wa­nych w jedną stronę.

Wska­zy­wały ojca Do­no­va­na. Więc zro­zu­miał.

Zdał so­bie sprawę, że wkrótce do nich dołączy.

– Zdro­waś Ma­rio, łaskiś pełna… – zaczął. Szarpnąłem pętlę.

– Nic z tych rze­czy, oj­cze, nie te­raz. Te­raz cho­dzi o prawdę.

– Proszę… – wy­chry­piał.

– Tak, niech mnie ksiądz błaga. Tak jest znacz­nie le­piej. – Znów szarpnąłem. – Co oj­ciec o tym sądzi? Sied­mio­ro? Oni też błaga­li? – Nie od­po­wie­dział. – To wszyst­kie dzie­ci, oj­cze? Tyl­ko sied­mio­ro? Zna­lazłem wszyst­kie?

– O Boże… – jęknął. Ból wypełniający jego głos spra­wił mi przy­jem­ność.

– A inne mia­sta, oj­cze? A Fay­et­te­vil­le? Chciałby ksiądz po­roz­ma­wiać o Fay­et­te­vil­le? – Za­szlo­chał, ale mil­czał. – A East Oran­ge? Tro­je czy więcej? Może jed­no prze­oczyłem? Nie je­stem pew­ny… Tro­je czy czwo­ro, oj­cze?

Oj­ciec Do­no­van usiłował krzyknąć. Miał ściśnięte gardło, dla­te­go był w sta­nie wydać z sie­bie tyl­ko ci­chy dźwięk, lecz zro­bił to z praw­dzi­wym uczu­ciem, co zre­kom­pen­so­wało kiepską tech­nikę. Później upadł na twarz, a ja po­zwo­liłem mu płakać przez chwilę, nim po­sta­wiłem go na nogi. Chwiał się, jak­by utra­cił kon­trolę nad własnym ciałem. Zsi­kał się w spodnie i z ust ciekła mu ślina.

– Proszę! – jęknął. – Nie mogłem się po­wstrzy­mać, po pro­stu nie mogłem. Proszę, musi pan zro­zu­mieć…

– Ro­zu­miem, oj­cze – od­po­wie­działem i w moim głosie, głosie Mrocz­ne­go Pasażera, po­ja­wiło się coś, co spra­wiło, że za­marł. Uniósł po­wo­li głowę, po­pa­trzył mi w oczy i znie­ru­cho­miał. – Do­sko­na­le ro­zu­miem – powtórzyłem, zbliżając twarz do jego twa­rzy. Pot na jego po­licz­kach zmie­nił się w lód. – Ja też nie mogę się po­wstrzy­mać – dodałem.

Sta­liśmy te­raz bar­dzo bli­sko, pra­wie się do­ty­kając, i na­gle nie mogłem już wy­trzy­mać jego bru­du. Szarpnąłem pętlę i pod­ciąłem mu nogi. Upadł.

– Ale dzie­ci?! Nie mógłbym tego zro­bić dzie­ciom. – Po­sta­wiłem swój czy­sty but na jego po­ty­li­cy i przy­gniotłem mu twarz do podłogi. – Nie je­stem taki jak ty, oj­cze. Nig­dy nie za­bi­jam dzie­ci. Szu­kam lu­dzi po­dob­nych do cie­bie.

– Kim je­steś? – szepnął.

– Początkiem i końcem – od­po­wie­działem. – Tym, który cię znisz­czy, oj­cze.

Miałem przy­go­to­waną strzy­kawkę. Igła gładko weszła w szyję; napięte mięśnie sta­wiały lek­ki opór, lecz du­chow­ny go nie oka­zał. Na­cisnąłem tłoczek, opróżniłem strzy­kawkę i ojca Do­no­va­na szyb­ko ogarnął ab­so­lut­ny spokój. Po kil­ku se­kun­dach głowa opadła mu bezwład­nie na bok i obrócił twarz w moją stronę.

Czy rze­czy­wiście mnie te­raz wi­dział? Czy wi­dział gu­mo­we ręka­wi­ce, czy­sty kom­bi­ne­zon, je­dwabną maskę? Czy na­prawdę mnie wi­dział? A może to się zda­rzyło w in­nym po­ko­ju, należącym do Mrocz­ne­go Pasażera, w Czy­stym Po­ko­ju? Po­ma­lo­wa­nym na biało dwie noce wcześniej, za­mie­cio­nym, wy­szo­ro­wa­nym, ide­al­nie czy­stym? Czy w końcu zo­ba­czył stół stojący na środ­ku po­miesz­cze­nia o oknach zasłoniętych białymi płach­ta­mi? Czy uj­rzał światła pod su­fi­tem, pudełka białych worków na śmie­ci, bu­tel­ki che­mi­ka­liów i nie­wiel­ki rząd pił i noży? Czy wresz­cie mnie zo­ba­czył?

Czy wi­dział sie­dem brud­nych kształtów na podłodze, a może jesz­cze więcej, kto wie ile? Czy wresz­cie, nie­zdol­ny do krzy­ku, uj­rzał sa­me­go sie­bie zmie­niającego się w jedną z brył z ogro­du?

Oczy­wiście, że nie. Wy­obraźnia nie po­zwa­lała mu zo­ba­czyć sie­bie jako przed­sta­wi­cie­la tego sa­me­go ga­tun­ku.

W jakiś sposób miał rację. Nig­dy nie zmie­ni się w coś tak okrop­ne­go jak to, co zro­bił tym dzie­ciom. Wy­klu­czo­ne, nig­dy na to nie po­zwolę. Nie je­stem po­dob­ny do ojca Do­no­va­na, je­stem po­two­rem in­ne­go ro­dza­ju.

Bar­dzo czy­stym po­two­rem.

Oczy­wiście czy­stość wy­ma­ga cza­su, ale jest tego war­ta. Spra­wia, że Mrocz­ny Pasażer sta­je się szczęśliwy i milk­nie na długo. War­to pra­co­wać czy­sto i dokład­nie. Usunąć ze świa­ta jesz­cze jedną kupę bru­du. Kil­ka sta­ran­nie za­pa­ko­wa­nych worków na śmie­ci i mój mały zakątek świa­ta sta­je się czyst­szy, szczęśliw­szy. Lep­szy.

Mu­siałem tu spędzić osiem go­dzin. Po­trze­bo­wałem całego tego cza­su, by zro­bić wszyst­ko porządnie.

Przy­wiązałem du­chow­ne­go do stołu taśmą klejącą i roz­ciąłem mu ubra­nie. Szyb­ko wy­ko­nałem czyn­ności przy­go­to­waw­cze: go­le­nie, szo­ro­wa­nie, od­ci­na­nie nie­porządnie wy­stających części. Jak zwy­kle czułem cu­dow­ne, po­wo­li na­ra­stające napięcie, które miało się zmie­nić w przypływ ulgi pul­sującej w całym moim cie­le. Będzie ona trze­po­tać we mnie przez cały czas, po­ry­wając mnie ze sobą. Aż wresz­cie, na sa­mym końcu, Po­trze­ba i ksiądz odpłyną i znikną.

Kie­dy za­mie­rzałem się za­brać do poważnej pra­cy, oj­ciec Do­no­van otwo­rzył oczy i po­pa­trzył na mnie. Nie oka­zy­wał stra­chu; to się cza­sa­mi zda­rza. Spoj­rzał pro­sto na mnie i po­ru­szył usta­mi.

– Co ta­kie­go? – spy­tałem. Zbliżyłem nie­co głowę. – Nie słyszę ojca.

Od­dy­chał po­wo­li i spo­koj­nie. Powtórzył to, co po­wie­dział wcześniej, i za­mknął oczy.

– Bar­dzo mi miło – od­parłem i za­brałem się do pra­cy.

2

O czwar­tej trzy­dzieści rano ksiądz był już zupełnie czy­sty. Po­czułem się znacz­nie le­piej. Po wszyst­kim za­wsze czuję się le­piej. Zabójstwo do­sko­na­le na mnie działa. Wygładza nierówności w mrocz­nych za­ka­mar­kach psy­chi­ki dro­gie­go De­xte­ra. Wy­zwo­le­nie ener­gii ma w so­bie dziwną słodycz; przy­po­mi­na to otwar­cie za­worów hy­drau­licz­nych, by zre­du­ko­wać ciśnie­nie. Uwiel­biam swoją pracę; przy­kro mi, jeśli wytrąca was to z równo­wa­gi. Ach, bar­dzo mi przy­kro, na­prawdę. Ale tak właśnie jest. Oczy­wiście nie wszyst­kie zabójstwa lubię. Musi ono nastąpić we właściwy sposób, we właści­wym cza­sie, z właści­wym part­ne­rem – to bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne, lecz niezbędne.

I za­wsze nie­co męczące. Byłem znużony, mimo to napięcie ostat­nie­go ty­go­dnia minęło, chłodny głos Mrocz­ne­go Pasażera umilkł i znów mogłem być sobą. Dziw­nym, za­baw­nym, bez­tro­skim, mar­twym w środ­ku De­xte­rem. Już nie De­xte­rem nożowni­kiem, De­xte­rem Mści­cie­lem. Do następne­go razu.

Ułożyłem wszyst­kie ciała z po­wro­tem w ogro­dzie wraz ze zwłoka­mi księdza i uporządko­wałem zruj­no­wa­ny dom. Spa­ko­wałem swo­je rze­czy do sa­mo­cho­du du­chow­ne­go i po­je­chałem na południe w stronę wąskie­go bocz­ne­go kanału, gdzie zo­sta­wiłem mo­torówkę, pięcio­me­trową łódź wie­lo­ryb­niczą o nie­wiel­kim za­nu­rze­niu wy­po­sażoną w potężny sil­nik. Ze­pchnąłem sa­mochód księdza do wody, wszedłem na pokład i ob­ser­wo­wałem, jak auto na­bie­ra wody i zni­ka pod po­wierzch­nią. Następnie za­pa­liłem sil­nik, wypłynąłem na za­tokę i podążyłem na północ. Wscho­dziło słońce i jego pro­mie­nie od­bi­jały się od mosiężnych okuć. Przy­brałem swój najszczęśliw­szy wy­raz twa­rzy – ko­lej­ny wędkarz wra­cający wcze­snym ran­kiem do domu. Hej, jak dziś brały czer­wo­ne lu­cja­ny?

O szóstej trzy­dzieści zna­lazłem się w swo­im miesz­ka­niu w Co­co­nut Gro­ve. Wyjąłem z kie­sze­ni pre­pa­rat mi­kro­sko­po­wy, płytkę zwykłego, czy­ste­go szkła z kroplą krwi księdza pośrod­ku. Zdążyła już za­krzepnąć, stała się su­cha i nie­groźna. Kie­dy będę miał ochotę wszyst­ko so­bie przy­po­mnieć, wy­star­czy wsunąć pre­pa­rat do mi­kro­sko­pu. Umieściłem próbkę wraz z in­ny­mi – mój zbiór składał się z trzy­dziestu sześciu szkla­nych ta­fe­lek z trzy­dziestoma sześcio­ma kro­pla­mi za­krzepłej krwi.

Bar­dzo długo sie­działem pod prysz­ni­cem, a gorąca jak ukrop woda spra­wiła, że opuściły mnie reszt­ki napięcia i po­czułem, jak roz­luźniają mi się stward­niałe mięśnie.

Szo­ro­wałem całe ciało, zmy­wając za­pach księdza i ogro­du znaj­dującego się obok nie­wiel­kie­go domu na ba­gnach.

Dzie­ci. Po­wi­nie­nem go zabić dwa razy.

Co­kol­wiek spra­wiło, że je­stem taki, jaki je­stem, uczy­niło mnie pu­stym, nie­zdol­nym do uczuć. To chy­ba nic nad­zwy­czaj­ne­go. Je­stem zupełnie pe­wien, że większość lu­dzi często uda­je emo­cje w kon­tak­tach z in­ny­mi. W każdym ra­zie ja za­wsze udaję. Robię to per­fek­cyj­nie i nig­dy ni­cze­go nie czuję. Mimo to lubię dzie­ci. Nie mógłbym zo­stać oj­cem, bo myśl o sek­sie bu­dzi we mnie wstręt, trud­no mi so­bie wy­obra­zić, że robię coś tak idio­tycz­ne­go… Czy to w ogóle możliwe? Gdzie po­czu­cie god­ności? Ale dzie­ci – dzie­ci to coś szczególne­go. Oj­ciec Do­no­van zasługi­wał na śmierć. Zro­biłem to, co na­ka­zy­wał Ko­deks Har­ry’ego, i za­spo­koiłem głód Mrocz­ne­go Pasażera.

Kwa­drans po siódmej znów po­czułem się czy­sty. Wypiłem kawę, zjadłem płatki owsia­ne i po­je­chałem do la­bo­ra­to­rium.

Pra­cuję w dużym, no­wo­cze­snym bu­dyn­ku, białym, z wie­lo­ma okna­mi, położonym nie­da­le­ko lot­ni­ska. La­bo­ra­to­rium znaj­du­je się na pierw­szym piętrze, z tyłu. Przy­le­ga do nie­go mój nie­wiel­ki ga­bi­net. Właści­wie nie zasługu­je na nazwę ga­bi­netu, ale jest mój – mieści się w ni­szy od­dzie­lo­nej od głównej sali, gdzie prze­pro­wa­dza się ba­da­nia śladów krwi. W całości należy do mnie, nikt nie ma tu wstępu, nie muszę go z ni­kim dzie­lić, nikt nie ru­sza mo­ich rze­czy. Mam biur­ko, krzesło i dru­gie krzesło dla gościa, jeśli nie okaże się zbyt duży. Kom­pu­ter, półkę, se­gre­ga­tor. Te­le­fon z au­to­ma­tyczną se­kre­tarką.

Kie­dy wszedłem, na se­kre­tar­ce migała lamp­ka. Nie otrzy­muję wia­do­mości co­dzien­nie. Z ja­kie­goś po­wo­du na świe­cie jest bar­dzo nie­wie­lu lu­dzi, którzy w go­dzi­nach pra­cy mają coś do po­wie­dze­nia ana­li­ty­ko­wi śladów krwi. Je­den z nie­licz­nych wyjątków to De­bo­rah Mor­gan, moja przy­bra­na sio­stra. Po­li­cjant­ka, tak samo jak jej oj­ciec.

To ona na­grała wia­do­mość.

Na­cisnąłem gu­zik, usłyszałem me­ta­liczną mu­zykę te­ja­no, a po chwi­li roz­legł się głos De­bo­rah:

– „Proszę, De­xter, to bar­dzo pil­ne. Je­stem na miej­scu zbrod­ni koło mo­te­lu Ca­ci­que przy au­to­stra­dzie Ta­mia­mi Tra­il. – Za­padła ci­sza. Usłyszałem, jak zasłania dłonią słuchawkę i coś do kogoś mówi. Po­tem znów za­brzmiała mek­sy­kańska mu­zy­ka i Debs po­wie­działa: – Możesz na­tych­miast przy­je­chać? Proszę, Dex!”.

Rozłączyła się.

Nie mam ro­dzi­ny. To zna­czy, nic nie wiem o tym, bym jąmiał. Na pew­no gdzieś ist­nieją lu­dzie po­sia­dający po­dob­ny ma­te­riał ge­ne­tycz­ny. Współczuję im. Nig­dy ich nie spo­tkałem. Nie próbowałem ich szu­kać, a oni nie próbo­wa­li szu­kać mnie. Ad­op­to­wa­li mnie i wy­cho­wa­li Har­ry i Do­ris Mor­ga­no­wie, ro­dzi­ce Debs. Biorąc pod uwagę to, czym je­stem, spi­sa­li się zna­ko­mi­cie, praw­da?

Obo­je już nie żyją. Z tego po­wo­du De­bo­rah jest je­dyną osobą na świe­cie, którą choć trochę ob­cho­dzi, czy je­stem żywy, czy mar­twy. Z ja­kie­goś po­wo­du, którego w ogóle nie po­tra­fię pojąć, woli, bym żył. Moim zda­niem to miło z jej stro­ny i gdy­bym po­tra­fił coś czuć, lubiłbym swoją przy­braną siostrę.

Dla­te­go spełniłem jej prośbę. Wy­je­chałem z par­kin­gu przed ko­mendą po­li­cji hrab­stwa Mia­mi-Dade i ru­szyłem na południe au­to­stradą Turn­pi­ke, po czym do­tarłem do Ta­mia­mi Tra­il w re­jo­nie, gdzie znaj­du­je się mo­tel Ca­ci­que i kil­ka­set po­dob­nych przy­bytków. W jakiś sposób to praw­dzi­wy raj, zwłasz­cza dla ka­ra­luchów. Sze­re­gi bu­dynków, które wy­dają się ele­ganc­kie, a jed­no­cześnie się roz­pa­dają. Na da­chach tych sta­rych, brud­nych, za­grzy­bio­nych domów znaj­dują się ko­lo­ro­we neo­ny, a praw­dzi­we życie to­czy się tam nocą. Jeśli ktoś od­wie­dzi to miej­sce w ciągu dnia, może zo­ba­czyć osta­teczną gra­nicę na­szej kru­chej umo­wy z życiem.

Ta­kie dziel­ni­ce są w każdym wiel­kim mieście. Jeśli trędo­wa­ty ka­rzeł bez nogi chce upra­wiać seks z kan­gu­rem przy akom­pa­nia­men­cie chóru na­sto­let­nich chłopców, wszyst­ko da się załatwić. Później może za­pro­sić uczest­ników spek­ta­klu do po­bli­skie­go lo­ka­lu na filiżankę kubańskiej kawy i ka­napkę me­dia­no­che. Nikt się nie zdzi­wi, byle tyl­ko płacił.

De­bo­rah spędzała tam ostat­nio zbyt dużo cza­su. To jej opi­nia, nie moja. Jeśli po­li­cjant chce zwiększyć swo­je szan­se schwy­ta­nia kogoś, kto robi coś na­prawdę kosz­mar­ne­go, Ta­mia­mi Tra­il wy­da­je się do­sko­nałym miej­scem.

De­bo­rah pa­trzyła na to in­a­czej. Może dla­te­go, że pra­co­wała w oby­czajówce. Przy­stoj­na młoda po­li­cjant­ka z oby­czajówki pełniąca służbę na Ta­mia­mi Tra­il zwy­kle kończy jako przynęta, stojąc półnago na uli­cy, by łapać mężczyzn, którzy chcą ku­po­wać seks. Debs nie­na­wi­dziła tego zajęcia. Pro­sty­tu­cja in­te­re­so­wała ją tyl­ko jako zja­wi­sko so­cjo­lo­gicz­ne. Uważała, że za­my­ka­nie klientów pro­sty­tu­tek nie jest praw­dziwą walką z przestępczością. A poza tym – o czym wie­działem tyl­ko ja – nie zno­siła pod­kreślać swo­jej ko­bie­cości i ob­fi­tych kształtów. Chciała być po­li­cjantką i nie po­no­siła winy za to, że wygląda jak dziew­czy­na z rozkładówki.

Kie­dy wje­chałem na par­king dzie­lo­ny przez mo­tel Ca­ci­que i Tito’s Cafe Cu­ba­no, za­uważyłem, że w tej chwi­li wyjątko­wo eks­po­nu­je swoją fi­gurę. Miała na so­bie neo­no­woróżowy top, ly­cro­we szor­ty, czar­ne ka­ba­ret­ki i szpil­ki. Jak­by nosiła ko­stium z fil­mu Hol­ly­wo­odz­kie pro­sty­tut­ki z me­cha­nicz­ny­mi piłami.

Kil­ka lat wcześniej któryś z po­li­cjantów do­stał in­for­mację, że al­fon­si śmieją się na uli­cach z prze­bra­nych funk­cjo­na­riu­szek. Stro­je dla po­li­cjantek prze­bie­rających się za pro­sty­tut­ki i próbujących łapać klientów ku­po­wa­li mężczyźni pra­cujący w oby­czajówce. Wybór ubrań mówił bar­dzo dużo o ich zamiłowa­niu do per­wer­sji, ale to, co ku­po­wa­li, nie przy­po­mi­nało ubiorów au­ten­tycz­nych dzi­wek. Dla­te­go wszy­scy na uli­cy wie­dzie­li, że nowa dziew­czy­na ma w to­reb­ce od­znakę po­li­cyjną i pi­sto­let.

Po otrzy­ma­niu tej in­for­ma­cji oby­czajówka podjęła de­cyzję, by po­li­cjant­ki same ku­po­wały so­bie od­po­wied­nie stro­je. W końcu dziew­czy­ny naj­le­piej wiedzą, w czym do­brze wyglądają, praw­da?

Większość pew­nie wie, jed­nak De­bo­rah nie należała do większości. Kom­for­to­wo czuła się tyl­ko w nie­bie­skim mun­du­rze po­li­cyj­nym. Szko­da, że nie wi­dzie­liście stro­ju, który za­mie­rzała włożyć na bal w col­le­ge’u. A te­raz… Nig­dy nie wi­działem pięknej ko­bie­ty ubra­nej w tak śmiały ko­stium i wyglądającej mniej sek­sow­nie niż Debs.

A jed­nak przy­ciągała uwagę. Przy­pięła do ob­cisłego topu od­znakę po­li­cyjną i pil­no­wała, by nikt z tłumu gapiów nie wszedł za żółtą taśmę ota­czającą miej­sce przestępstwa. Rzu­cała się w oczy znacz­nie bar­dziej niż taśma i trzy sa­mo­cho­dy po­li­cyjne z mi­gającymi nie­bie­ski­mi ko­gu­ta­mi. Różowy top ja­rzył się bar­dziej.

Zajęła miej­sce na skra­ju par­kin­gu, dbając, aby nikt nie prze­szka­dzał tech­ni­kom po­li­cyj­nym, którzy przeglądali za­war­tość kon­te­ne­ra na śmie­ci należącego do ka­wiar­ni. Byłem za­do­wo­lo­ny, że nie muszę w tym uczest­ni­czyć. Ohyd­ny fe­tor bijący z po­jem­ni­ka do­cie­rał na­wet do mo­je­go sa­mo­cho­du – mrocz­ny za­pach fusów ka­wo­wych zmie­sza­ny ze smro­dem zgniłych owoców i ze­psu­te­go mięsa.

Przy wjeździe na par­king stał po­li­cjant, którego znałem, więc mnie prze­puścił.

– Ładny strój, Debs – za­uważyłem, pod­szedłszy do sio­stry. – Świet­nie pod­kreśla twoją fi­gurę.

– Od­chrzań się! – warknęła i oblała się ru­mieńcem, bar­dzo rzad­ki wi­dok wśród po­li­cjantów. – Zna­leźli ko­lejną dziwkę – dodała. – Przy­najm­niej sądzą, że to dziw­ka. Trud­no się zo­rien­to­wać na pod­sta­wie tego, co z niej zo­stało.

– To trze­cia w ciągu ostat­nich pięciu mie­sięcy – stwier­dziłem.

– Piąta. Były jesz­cze dwie w Bro­ward. – Pokręciła głową. – Ci idio­ci twierdzą, że te zabójstwa nie mają ze sobą związku.

– Pew­nie chcą uniknąć kosz­mar­nej pa­pier­ko­wej ro­bo­ty – za­su­ge­ro­wałem.

– Po­win­ni się wziąć do nor­mal­nej pra­cy! – rzu­ciła, szczerząc groźnie zęby. – To, że te zabójstwa sąpowiązane, po­win­no być oczy­wi­ste na­wet dla ostat­nie­go kre­ty­na! – Lek­ko zadrżała.

Spoj­rzałem na nią, zdu­mio­ny. Była po­li­cjantką, córką po­li­cjan­ta. Śmierć nie robiła na niej żad­ne­go wrażenia. Kie­dy roz­poczęła służbę, star­si ko­le­dzy po­ka­zy­wa­li jej dla kawału oka­le­czo­ne zwłoki, ja­kie co­dzien­nie znaj­du­je się w Mia­mi. Mie­li na­dzieję, że za­cznie wy­mio­to­wać, jed­nak Debs za­cho­wy­wała ka­mien­ny spokój. Wi­dy­wała już ta­kie rze­czy, była uod­por­nio­na.

Ale to mor­der­stwo spra­wiło, że zadrżała.

In­te­re­sujące.

– To coś spe­cjal­ne­go, praw­da? – spy­tałem.

– Ofia­ra­mi są pro­sty­tut­ki, a to moja działka. – Skie­ro­wała pa­lec w moją stronę. – Ozna­cza to, że mam szansę uczest­ni­czyć w śledz­twie, wy­ka­zać się i do­stać prze­nie­sie­nie do wy­działu zabójstw.

Uśmiechnąłem się pro­mien­nie.

– Am­bi­cja, De­bo­rah?

– Tak, do cho­le­ry! – od­po­wie­działa. – Chcę się wy­rwać z oby­czajówki, bo mam dość prze­bie­ra­nia się za dziwkę. Chcę przejść do wy­działu zabójstw, De­xter, i wresz­cie nada­rza się oka­zja. Przy odro­bi­nie szczęścia… – Umilkła, a po­tem po­wie­działa coś ab­so­lut­nie zdu­mie­wającego. – Proszę, pomóż mi, Dex. Na­prawdę nie­na­widzę pra­cy w oby­czajówce.

– Nie wierzę własnym uszom. Mówisz do mnie „proszę”, De­bo­rah?! Czy wiesz, jak to mnie de­ner­wu­je?

– Prze­stań się zgry­wać, De­xter!

– Ależ, do­praw­dy, Debs.

– Prze­stań się zgry­wać, mówię. Pomożesz mi, czy nie?

Sko­ro tak to sfor­mułowała, posługując się rzad­kim, dziw­nym słowem „proszę”, cóż mogłem od­po­wie­dzieć?

– Oczy­wiście, że ci po­mogę, prze­cież wiesz.

Po­pa­trzyła na mnie twar­dym wzro­kiem, wy­co­fując się ze swo­je­go „proszę”.

– Nie wiem, Dex. Nic o to­bie nie wiem.

– Oczy­wiście, że po­mogę – powtórzyłem, sta­rając się mówić urażonym to­nem. Ode­graw­szy prze­ko­nującą ko­me­dię zra­nio­nej god­ności, podążyłem w stronę kon­te­ne­ra na śmie­ci, gdzie pra­co­wa­li tech­ni­cy po­li­cyj­ni.

Ca­mil­la Figg czołgała się w od­pad­kach, zbie­rając od­ci­ski palców. Była tęgą ko­bietą w wie­ku trzy­dzie­stu pięciu lat, która nig­dy nie re­ago­wała na moje cza­rujące, kur­tu­azyj­ne uwa­gi. Kie­dy mnie za­uważyła, uklękła, za­czer­wie­niła się i w mil­cze­niu pa­trzyła, jak od­chodzę. Za­wsze się ru­mie­niła na mój wi­dok.

Na dru­gim końcu kon­te­ne­ra zo­ba­czyłem Vin­ce’a Ma­su­okę, który sie­dział na rozpłasz­czo­nym kar­to­nie po mle­ku i grze­bał w śmie­ciach. Był półkrwi Japończy­kiem i lubił żar­to­wać, że przy­padła mu w udzia­le krótsza połowa. Uważał to za żart.

W jego pro­mien­nym, azja­tyc­kim uśmie­chu było coś sztucz­ne­go, jak­by na­uczył się go z książki z ob­raz­ka­mi. Na­wet kie­dy żar­to­wał z in­nych po­li­cjantów, robiąc świńskie dow­ci­py, nikt się na nie­go nie wście­kał. Nikt się również nie śmiał, lecz to go nie zniechęcało. Po­praw­nie wy­ko­ny­wał wszyst­kie ry­tu­al­ne ge­sty, ale za­wsze od­no­siło się wrażenie, że uda­je. Chy­ba właśnie dla­te­go go lubiłem. Ko­lej­ny gość udający człowie­ka, po­dob­nie jak ja.

– Ach, De­xter! – rzekł, nie pod­nosząc oczu. – Co cię tu spro­wa­dza?

– Przy­byłem po­pa­trzeć na praw­dzi­wych fa­chowców pra­cujących w at­mos­fe­rze ab­so­lut­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu. Wi­działeś tu kogoś ta­kie­go?

– Ha, ha, ha! – od­po­wie­dział Vin­ce. Miał to być chy­ba wy­buch śmie­chu, ale wy­padł jesz­cze sztucz­niej niż uśmiech.

– Chy­ba myślisz, że je­steś w Bo­sto­nie. – Zna­lazł coś, uniósł do światła i obej­rzał, mrużąc oczy. – Poważnie, dla­cze­go tu przy­je­chałeś?

– Cze­mu miałbym nie przy­je­chać, Vin­ce? – zdzi­wiłem się, udając obu­rze­nie. – To prze­cież miej­sce zbrod­ni, praw­da?

– Je­steś spe­cja­listą od ana­li­zy śladów krwi. – Wy­rzu­cił to, co oglądał, i znów zaczął prze­szu­ki­wać śmie­ci.

– Wiem.

Po­pa­trzył na mnie i uśmiechnął się sze­ro­ko, wyjątko­wo sztucz­nie.

– Tu nie ma krwi, Dex.

Zakręciło mi się w głowie.

– Co masz na myśli?

– Ab­so­lut­ny brak krwi, Dex. Ani kro­pli. Jesz­cze nig­dy nie wi­działem cze­goś tak nie­sa­mo­wi­te­go.

Ab­so­lut­ny brak krwi. Słyszałem te słowa w swo­im mózgu, po­wta­rza­ne co­raz głośniej i głośniej. Ani kro­pli lep­kiej, ciepłej, brud­nej, kosz­mar­nej krwi. Żad­nych plam, śladów, roz­bryzgów. ŻAD­NEJ KRWI.

Dla­cze­go o tym nie pomyślałem?

Po­czułem sięjak bra­kujący kawałek układan­ki. Wcześniej nie wie­działem, że jest nie­kom­plet­na.

Nie za­mie­rzam uda­wać, że ro­zu­miem, skąd się bie­rze mój sto­su­nek do krwi. Samo myśle­nie o krwi wpra­wia mnie w zły hu­mor – a prze­cież zaj­muję się krwią za­wo­do­wo, ona jest przed­mio­tem mo­ich ana­liz, częścią mo­jej pra­cy. Niewątpli­wie kry­je się w tym coś bar­dzo głębo­kie­go, ale moje za­in­te­re­so­wa­nie tym te­ma­tem szyb­ko słab­nie. Je­stem tym, czym je­stem – czy noc spędzo­na na wi­wi­sek­cji mor­der­cy dzie­ci nie jest fan­ta­stycz­na?

Ale to…

– Do­brze się czu­jesz? – spy­tał Vin­ce.

– Świet­nie – od­po­wie­działem. – Jak on to robi?

– Zależy.

Po­pa­trzyłem na Vin­ce’a. Spoglądał na garść fusów ka­wo­wych, grze­biąc w nich pal­cem w gu­mo­wej ręka­wicz­ce.

– Od cze­go, Vin­ce?

– Od tego, kim jest i co robi – po­wie­dział. – Ha, ha, ha!

Pokręciłem głową.

– Cza­sa­mi sta­rasz się być za bar­dzo ta­jem­ni­czy – stwier­dziłem. – Jak mor­der­ca po­zby­wa się krwi?

– W tej chwi­li trud­no po­wie­dzieć – od­parł. – Nie zna­leźliśmy jej. Zwłoki nie są w zbyt do­brym sta­nie.

Nie brzmiało to szczególnie in­te­re­sująco. Ja lubię zo­sta­wiać zwłoki w do­brym sta­nie. Żad­ne­go bałaga­nu, nie­porządku, kapiącej krwi. Jeśli zabójca był po pro­stu ko­lej­nym psem wgry­zającym się w kość, spra­wa nie miała dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Po­czułem lekką ulgę.

– Gdzie są zwłoki?

Skinął głową w stronę miej­sca sześć metrów od nas.

– Tam, koło La­Gu­er­ty.

– O rany! – wy­krzyknąłem. – Zaj­mu­je się tym La­Gu­er­ta?!

Znów ob­da­rzył mnie fałszy­wym uśmie­chem.

– Mor­der­ca to szczęściarz.

Po­pa­trzyłem na grupkę lu­dzi stojących wokół schlud­nej ster­ty worków na śmie­ci.

– Nic nie widzę – po­wie­działem.

– Zwłoki są w pla­sti­ko­wych tor­bach na śmie­ci. W każdym z nich znaj­du­je się jakaś część ciała. Pociął ofiarę na kawałki, a po­tem za­pa­ko­wał każdy z nich jak pre­zent gwiazd­ko­wy. Wi­działeś kie­dyś coś po­dob­ne­go?

Ja­sne, że wi­działem.

Robię to samo.

3

Ogląda­nie miej­sca zbrod­ni w ja­snym świe­tle słońca Mia­mi ma w so­bie coś dziw­ne­go i roz­bra­jającego. Naj­bar­dziej gro­te­sko­we zabójstwa wy­dają się asep­tycz­ne, za­in­sce­ni­zo­wa­ne. Człowiek ma wrażenie, że zna­lazł się w części Di­sney World poświęco­nej hor­ro­rom. Świat se­ryj­ne­go zabójcy Jef­freya Dah­me­ra, który zja­dał ciała swo­ich ofiar. Proszę zwra­cać lunch tyl­ko do prze­zna­czo­nych na to po­jem­ników.

Nie mogę po­wie­dzieć, że wi­dok oka­le­czo­nych ciał nig­dy nie spra­wia mi przy­krości, o nie, wręcz prze­ciw­nie. Nie znoszę wy­dzie­lin fi­zjo­lo­gicz­nych – wyglądają wyjątko­wo nie­ape­tycz­nie. Ale poza tym mogę pa­trzeć na zwłoki jak na por­cje żebe­rek w su­per­mar­ke­cie. No­wi­cju­sze od­wie­dzający miej­sca zbrod­ni często wy­mio­tują – lecz z ja­kichś po­wodów w Mia­mi zda­rza się to znacz­nie rza­dziej niż na północy.

Słońce od­bie­ra ob­ra­zom ostrość. Oczysz­cza je i spra­wia, że stają się schlud­niej­sze. Może właśnie dla­te­go uwiel­biam Mia­mi. To ta­kie czy­ste mia­sto.

Był piękny, gorący dzień. Każdy, kto nosił ma­ry­narkę, za­sta­na­wiał się, gdzie ją po­wie­sić. Nie­ste­ty, na małym, brud­nym par­kin­gu nie było od­po­wied­nie­go miej­sca. Za­uważyłem pięć lub sześć sa­mo­chodów po­li­cyj­nych, a w rogu, pod różowym mu­rem ozdo­bio­nym sztu­ka­te­rią i zwieńczo­nym dru­tem kol­cza­stym, stał duży kon­te­ner na śmie­ci. Obok znaj­do­wało się tyl­ne wejście do ka­wiar­ni. Po par­kin­gu krążyła po­nu­ra młoda kel­ner­ka, która sprze­da­wała po­li­cjan­tom oraz tech­ni­kom cafe cu­ba­no i pa­ste­les, szyb­ko do­bi­jając tar­gu. Kil­ku urzędników w gar­ni­tu­rach, za­wsze po­ja­wiających się na miej­scu przestępstwa, by zwrócić na sie­bie uwagę, wy­wie­rać na­ci­ski lub cze­goś się do­wie­dzieć, miało czym się zaj­mo­wać. Kawą, ciast­ka­mi, ma­ry­nar­ka­mi.

Tech­ni­cy la­bo­ra­to­ryj­ni nie no­si­li gar­ni­turów, tyl­ko ko­szul­ki spor­to­we ze sztucz­ne­go je­dwa­biu z kie­sze­nia­mi na pier­si. Ja również byłem tak ubra­ny. Na zie­lo­nym ma­te­ria­le znaj­do­wał się deseń przed­sta­wiający pal­my i cza­row­ników vo­odoo z bębna­mi. Mod­ne i jed­no­cześnie prak­tycz­ne.

Podążyłem w kie­run­ku naj­bliższe­go mężczy­zny w po­dob­nej ko­szul­ce stojącego w grup­ce lu­dzi ota­czającej zwłoki. Był to An­gel Ba­ti­sta Nie-Z-Ro­dzi­ny-Dyk­ta­to­ra, jak się za­zwy­czaj przed­sta­wiał. Cześć, je­stem An­gel Ba­ti­sta, nie z ro­dzi­ny dyk­ta­to­ra. Pra­co­wał w biu­rze pa­to­lo­ga sądo­we­go. W tej chwi­li kucał nad jed­nym z worków na śmie­ci i zaglądał do środ­ka.

Zbliżyłem się do nie­go. Miałem wielką ochotę zaj­rzeć do wor­ka. War­to było spraw­dzić, co zro­biło ta­kie wrażenie na Debs.

– Wi­taj, An­gel! – rzekłem. – Zna­lazłeś coś cie­ka­we­go?

– Nie dla cie­bie, grin­go – od­po­wie­dział. – Brak krwi. Nie masz tu nic do ro­bo­ty.

– Słyszałem. – Ukucnąłem obok An­ge­la. – Zabójca za­mor­do­wał ofiarę w tej oko­li­cy, czy po pro­stu tu wy­rzu­cił zwłoki?

Pokręcił głową.

– Trud­no po­wie­dzieć. Opróżniają kon­te­ner dwa razy w ty­go­dniu. Szczątki leżały tu ja­kieś dwa dni.

Po­pa­trzyłem na par­king, a później na odra­paną fa­sadę mo­te­lu Ca­ci­que.

– Co z mo­te­lem?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ciągle go prze­szu­kują, ale moim zda­niem ni­cze­go nie znajdą. Po­przed­nim ra­zem wy­rzu­cał zwłoki do pierw­szych lep­szych kon­te­nerów. Aha! – rzu­cił na­gle.

– Co ta­kie­go?

Roz­chy­lił ołówkiem pla­sti­ko­wy wo­rek.

– Zer­k­nij na to cięcie.

Z wor­ka wy­sta­wała noga, bla­da i mar­twa w ja­skra­wym świe­tle słońca. Kończyła się na ko­st­ce, stopę schlud­nie odcięto. Po­zo­stał nie­wiel­ki ta­tuaż przed­sta­wiający mo­ty­la, z jed­nym skrzydłem odciętym wraz ze stopą.

Gwizdnąłem. Ude­rzyła mnie nie­mal chi­rur­gicz­na pre­cy­zja. Mor­der­ca świet­nie posługi­wał się nożem, równie do­brze jak ja.

– Bar­dzo ładna ro­bo­ta – rzekłem. Była to praw­da i nie cho­dziło tyl­ko o urodę cięcia. Jesz­cze nig­dy nie wi­działem mar­twe­go ciała, które byłoby ta­kie czy­ste, su­che i schlud­ne. Wspa­niałe.

– Me cago en diez ładna ro­bo­ta – ode­zwał się An­gel.

– To nie ko­niec.

Zaj­rzałem głębiej do wor­ka. Nic się w nim nie po­ru­szało.

– Dla mnie ma to w so­bie coś osta­tecz­ne­go, An­gel.

– Po­patrz tu­taj. – Otwo­rzył je­den z po­zo­stałych worków. – Tę nogę prze­ciął na czte­ry części. Dokład­nie, jak od li­nij­ki, praw­da? A tę tyl­ko na dwie części. – Wska­zał nogę, którą tak bar­dzo po­dzi­wiałem. – O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

– Nie wiem – od­parłem. – Może in­spek­tor La­Gu­er­ta to wyjaśni?

An­gel pa­trzył na mnie przez chwilę. Obaj usiłowa­liśmy się nie roześmiać.

– Może – rzekł i wrócił do pra­cy. – Dla­cze­go jej nie spy­tasz?

– Ha­sta lu­ego, An­gel – ode­zwałem się.

– Pra­wie na pew­no – od­po­wie­dział z głową po­chy­loną nad pla­sti­ko­wym wor­kiem.

Przed kil­ku laty krążyły pogłoski, że in­spek­tor Mig­dia La­Gu­er­ta do­stała się do wy­działu zabójstw, bo się z kimś prze­spała. Ktoś, kto wi­dział ją tyl­ko raz, łatwo mógłby to kupić. Była bar­dzo atrak­cyj­na fi­zycz­nie, w poważny, ary­sto­kra­tycz­ny sposób. Za­wsze miała świet­ny ma­ki­jaż i bar­dzo do­brze się ubie­rała, ku­pując stro­je w ele­ganc­kich do­mach to­wa­ro­wych sie­ci Blo­oming­da­le. Jed­nak plot­ka ta nie mogła być praw­dzi­wa. Przede wszyst­kim dla­te­go, że cho­ciaż La­Gu­er­ta z po­zo­ru wyglądała bar­dzo ko­bie­co, nig­dy wcześniej nie spo­tkałem ko­bie­ty o tak męskich ce­chach. Była twar­da, am­bit­na i ego­istycz­na, a jej je­dyną słabością było upodo­ba­nie do przy­stoj­nych mężczyzn kil­ka lat od niej młod­szych. Je­stem zupełnie pe­wien, że nie do­stała się do wy­działu zabójstw, wy­ko­rzy­stując seks. Do­stała się tam, bo jest Ku­banką, zręcznym po­li­ty­kiem i li­zu­sem. W Mia­mi ta kom­bi­na­cja jest znacz­nie sku­tecz­niej­sza niż łóżko.

La­Gu­er­ta jest też świa­to­wej kla­sy mi­strzy­niąpo­chleb­stwa. Zro­biła dzięki temu ka­rierę i zo­stała in­spek­to­rem wy­działu zabójstw. Nie­ste­ty, w cza­sie śledz­twa li­zu­so­stwo na nic się nie przy­da­je, toteż pani in­spek­tor jest kosz­mar­nym de­tek­ty­wem.