Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 4 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 4 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Demon w Watykanie - Franca Giansoldati

Marcial Maciel Degollado to charyzmatyczny założyciel zgromadzenia Legionistów Chrystusa, ulubieniec i bliski współpracownik najwyższych dostojników Watykanu, stawiany młodym ludziom za wzór przez samego Jana Pawła II.
Dopiero pod koniec jego życia upada otaczający go mur milczenia, a śledztwo ukazuje prawdziwe, demoniczne oblicze meksykańskiego księdza, którzy przez dziesięciolecia cynicznie oszukiwał i wykorzystywał tysiące osób, dopuszczając się najgorszych grzechów.
Giansoldati odsłania przed czytelnikiem misterną sieć kłamstw tkaną przez umysł psychopatycznego manipulatora.
Jak to możliwe, że utrzymał ją tak długo, zdobywając władzę i zaszczyty? Książka ta jest nie tylko oddaniem sprawiedliwości ofiarom Maciela, o którą woła rozmiar tego skandalu, ale także surową krytyką hierarchów współczesnego Kościoła oraz jego skostniałych instytucji.

Ujawniające wielki skandal dochodzenie Franki Giansoldati pozostawia otwarte pytanie o reformę Kościoła, zachęcając do uważnego obserwowania pracy obecnego papieża.
„IL SOLE 24 ORE”

To pierwszy taki portret tej niepokojącej postaci, ujawniający nieznane wcześniej szczegóły i niewygodne fakty.
„LA STAMPA”

Franca Giansoldati (ur. 1964) – włoska dziennikarka i pisarka. Ukończyła historię na Uniwersytecie Bolońskim. Od dziesięciu lat jest korespondentką „Il Messaggero” w Watykanie.
W 2013 roku jej reportaż na temat wyboru papieża Franciszka został
uhonorowany Międzynarodową Nagrodą Dziennikarską Ischia.
W 2014 roku jako pierwsza kobieta przeprowadziła wywiad z papieżem.

Opinie o ebooku Demon w Watykanie - Franca Giansoldati

Fragment ebooka Demon w Watykanie - Franca Giansoldati

Franca Giansoldati

Demon w Watykanie

Legioniści Chrystusa i sprawa Maciela

Przełożyła Anna Osmólska-Mętrak

Tytuł oryginału: Il demonio in Vaticano. I Legionari di Cristo e il caso Maciel

Copyright © 2014 by Edizioni Piemme Spa, Milano

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Anna Osmólska-Mętrak, MMXVIII

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.

J 8, 32

Prolog

Na zachodnich peryferiach Rzymu, przy niewyróżniającej się niczym via Aurelia, wznosi się wybudowany niedawno anonimowy kościół z czerwonej cegły i białego marmuru, ani mały, ani duży, ani brzydki, ani ładny. Ledwie go widać w gąszczu pokracznych budynków, na dodatek przesłania go nieustający nawet na chwilę ruch uliczny. Mógłby pozostać całkowicie niezauważalny, gdyby nie znajdował się przy końcu bardzo ruchliwej arterii prowadzącej ze stolicy nad morze.

Pozornie kościół ten niczym nadzwyczajnym się nie wyróżnia: może być jedną z trzystu trzydziestu rzymskich parafii, wyrosłych jak grzyby po deszczu wraz z powstaniem nowych miejskich dzielnic podczas boomu budowlanego w latach sześćdziesiątych XX wieku. Regularne zarysy, geometryczne i pozbawione stylu, żadnych architektonicznych ekstrawagancji. A jednak w swoim wnętrzu kryje tajemnicę.

Ukryte przejście prowadzi na niższy poziom do marmurowej krypty, położonej prostopadle w stosunku do ołtarza. Jest ona rozpaczliwie pusta i goła. Nie ma tam żadnych ołtarzy, posągów, obrazów, fresków ani relikwii. Z wyjątkiem proboszcza i zakrystiana prawie nikt nie może przestąpić jej progu, jakby było to miejsce, o którym należy zapomnieć, mogące wzbudzać niepokój, zakłopotanie, złe wspomnienia.

W tej krypcie miał zostać uroczyście pochowany meksykański ksiądz, bardzo bliski przyjaciel Karola Wojtyły, który jeszcze kilka lat temu był szanowany i wychwalany przez wiernych i prałatów, a potem utracił to uwielbienie i został wymazany z pamięci, aż po całkowite zapomnienie. Dzisiaj nikt nie chce o nim ani mówić, ani słyszeć, jakby jego życie było jakimś incydentem, przekleństwem, błędnym epizodem w historii Kościoła.

Ojciec Marcial Maciel Degollado, diaboliczny założyciel Legionistów Chrystusa, chciał właśnie tam zostać pochowany.

Sam zlecił wybudowanie tej krypty dla siebie, w nadziei, że pewnego dnia jego doczesne szczątki spoczną pośród tych marmurowych płyt i być może będzie czczony jako święty. Mogłoby tak się stać, gdyby zrządzeniem losu nie otworzyła się puszka Pandory, zmieniając bieg wydarzeń. W ten sposób triumfalny finał, który Degollado planował i roił sobie przez całe życie – oszukując nawet darzącego go przyjaźnią papieża Wojtyłę– szczęśliwie nie nastąpił, choć niewiele brakowało. Za sprawą Opatrzności pompatyczne zwieńczenie kariery, jakie zaprojektował dla siebie Maciel, ten człowiek o wyglądzie pozornie niewinnym i budzącym zaufanie, nie doszło do skutku.

Podobnie jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hyde, on też miał więcej niż jedną tożsamość i więcej niż jedno życie. Gwałciciel, kłamca, zepsute serce, czarna dusza. Chłopcy z jego seminarium mieli obowiązek nazywać go nuestro padre, kiedy spotykali go na korytarzach siedzib zgromadzenia rozsianych po całym świecie. W przeciwnym razie groziły im reprymendy i kary.

Założyciel Legionistów Chrystusa był człowiekiem potężnym, charyzmatycznym, nietykalnym. Nikt nie mógłby sobie nawet wyobrazić, że pewnego dnia ten żylasty ksiądz o lekko wytrzeszczonych oczach dla wielu z tych chłopców zamieni się w diablo, najgorszy z koszmarów. Nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń, mając pewność, że nikt nigdy nie będzie żywił co do niego żadnych wątpliwości, w ciągu swojego życia Maciel zdołał stworzyć trzy równoległe życiorysy. Był przyjacielem papieża. Był potężny, podziwiany i szanowany zarówno w Rzymie, jak i w Ameryce Łacińskiej, gdzie Legioniści Chrystusa mieli swoją kwaterę główną. Nikomu nie przyszłoby nawet do głowy, że jednocześnie założył i utrzymywał dwie rodziny, jedną w Meksyku, a drugą w Hiszpanii, a jego dwie „żony” obdarzyły go trójką dzieci, z których dwoje wykorzystywał seksualnie. Był ojcem budzącym lęk, nieuchwytnym. Łożył na utrzymanie rodziny, ale potem opuszczał dom i znikał na długi czas.

Ta fikcja rozwijała się ponad wszelkie wyobrażenie. Zarówno w życiu publicznym, jak i prywatnym plany czynienia zła postępowały. Za wszystko wystarczyłby potworny los, jaki spotkał jego nieślubne dzieci, wówczas nieświadome, dziś dorosłe osoby, zmuszone mierzyć się z upiorną przeszłością. Rozdział jego życia dotyczący wykorzystywania seksualnego jest przerażający. Potwór Maciel splamił się tą zbrodnią również w seminariach, molestując wielu chłopców przebywających w siedzibach Legionistów Chrystusa. Według zeznań świadków znęcanie się oraz przemoc fizyczna i psychiczna rozgrywały się zawsze w ciszy, strachu, milczeniu. Dopiero po śmierci Maciela w styczniu 2008 roku mur milczenia zaczął powoli pękać, ku zaskoczeniu opinii publicznej, Kościoła, osób w dobrej wierze pozostających w kręgu Legionistów Chrystusa, wywołując wstrząs i przygnębienie u wszystkich, którzy w Rzymie poznali Maciela i nieświadomie mu pomagali. Prawda sączyła się z opowieści niczym strumień, który powoli spływa do doliny, a tam staje się wezbraną rzeką. Do pierwszych doniesień dołączały kolejne, coraz liczniejsze zeznania.

Doniesienia o diabolicznych tożsamościach Maciela sprowokowały oskarżenia przeciwko całemu watykańskiemu systemowi, obryzgując błotem nawet pamięć Jana Pawła II – dziś już świętego Kościoła katolickiego – który zawsze Maciela wspierał i z pełnym zaangażowaniem bronił. Osobisty sekretarz papieża – dziś kardynał – Stanisław Dziwisz, który dobrze znał Maciela, bierze Wojtyłę w obronę: „Kiedy Ojciec Święty go poznał, nic nie wiedział. Absolutnie nic. Dla niego był on założycielem wielkiego zgromadzenia religijnego. Nikt mu o niczym nie powiedział. Nawet o krążących pogłoskach”. W Watykanie wszyscy to potwierdzają: papież Wojtyła nigdy nie został poinformowany o zbrodniach Maciela. A przecież trudno uwierzyć, że żaden ze współpracowników papieża, poczynając od kardynała Angela Sodana, nie uznał za konieczne, by powiadomić go, co się mówi o życiu w zgromadzeniu, o powracających uporczywie plotkach, o groźbie kolejnego skandalu, o doniesieniach, które dotarły do Kongregacji Nauki Wiary i trafiły na biurko Josepha Ratzingera.

Historia Maciela jest i pozostaje największym skandalem związanym z wykorzystywaniem seksualnym, demoralizacją i dwulicowością, jaki wyszedł na jaw w ciągu ostatnich wieków historii Kościoła. Na oczach Jana Pawła II dokonała się niewyobrażalnych rozmiarów tragedia moralna, nad którą dzisiaj – jak się zdaje – znów zapadła kurtyna milczenia. A przecież pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi: kim był w rzeczywistości założyciel Legionistów Chrystusa? Chorym umysłowo, zwyrodniałym zbrodniarzem, demoniczną postacią? Przez lata opisywany był chóralnie jako błyskotliwy, niezwykle inteligentny światowiec. On sam uważał się za wybrańca, człowieka wyjątkowego, naznaczonego ręką Boga i właśnie w taki sposób o sobie mówił. Ta fasada doskonałości i sukcesu zachwycała tysiące chłopców, którzy – nieświadomi, że żyją w jaskini lwa – wyrastali w kulcie jego osoby. Jeszcze na kilka lat przed śmiercią Maciel jawił się – nawet w oczach papieża Wojtyły – jako wzór wiary, nadziei i miłosierdzia, w którym skupiły się wszelkie teologiczne cnoty, jako źródło inspiracji i siły.

Była to jednak tylko tragiczna gra luster i pozorów, Maciel bowiem skrywał swą diaboliczną naturę seryjnego gwałciciela, człowieka zdemoralizowanego, a jednocześnie deprawatora. Osoby pozbawionej skrupułów w stosowaniu w Watykanie praktyki mordidy, będącej mniej więcej odpowiednikiem „łapówki”, by zapewnić sobie przywileje i nietykalność.

Aby dopiąć swoich celów, nie patrzył nikomu w twarz. Był niebywale sprawny w zdobywaniu ogromnych kwot, otaczał się bogatymi darczyńcami i dzięki zebranym pieniądzom, apelując do ludzkiej łaskawości, finansował tworzoną przez siebie wielopiętrową, niemal filmową fikcję. Nieustannie mieszał dobro ze złem.

Jan Paweł II może zostać uznany za jedną z licznych ofiar Maciela. Jak wielu innych wpadł w pajęczynę jego kłamstw, uwiedziony nieprzeniknioną i dominującą osobowością tego człowieka. Maciel pozostaje niewiadomą. Joseph Ratzinger, w książce wywiadzie Światłość świata, określił go jako „tajemniczą postać”, której życie, „jak teraz już wiemy, sytuuje się poza moralnością – życie awanturnicze, dziwaczne, przegrane”1. Dokumenty zebrane podczas watykańskiego śledztwa nie pozostawiają miejsca na wybaczenie – „dziwaczność” to za mało. Zarzuty podniesione przez Kongregację Nauki Wiary są bardzo ciężkie. Rekapitulując: zgwałcił wielu seminarzystów, „ożenił się” z dwiema kobietami, przyjmując za każdym razem fałszywą tożsamość inżyniera, agenta CIA, menedżera, w zależności od potrzeb; wykorzystywał dwoje ze swoich nieślubnych dzieci; jako menedżer zarządzał zawrotnymi kwotami, oszukując wielu dobroczyńców i dopuszczając się korupcji; zażywał narkotyki.

Pytań bez odpowiedzi jest dużo i są niepokojące: jak to możliwe, że nikt spośród osób z jego bliskiego otoczenia w Watykanie, jak i w zgromadzeniu Legionistów Chrystusa niczego nie zauważył? Jak to możliwe, że w obliczu oskarżeń o wykorzystywanie seksualne przez ponad dekadę Watykan pozostał niewzruszony i milczący, uznając za pewnik, że chodzi o jakiś nieokreślony spisek mający na celu skompromitowanie Kościoła? Czy taka ślepota jest dopuszczalna? Sam Ratzinger we wspomnianym wywiadzie, przeprowadzonym przez niemieckiego dziennikarza Petera Seewalda, zmuszony był przyznać, że system kurialny okazał się w tym przypadku zdecydowanie niewydolny: „Niestety, docieraliśmy do tych spraw bardzo powoli i zbyt późno. Były dobrze ukryte i dopiero około 2000 roku zyskaliśmy konkretne punkty zaczepienia. Trzeba było jednoznacznych świadectw, aby rzeczywiście mieć pewność, że zarzuty są słuszne”2. Pewne jest natomiast, że nawet Jan Paweł II był zaślepiony do tego stopnia, iż nie potrafił zrozumieć, kim naprawdę jest Maciel, dostrzec tego, co kryło się za pozorami. Mówi się, że to właśnie kardynał Joseph Ratzinger poinformował go o nikczemnych uczynkach, jakich dopuścił się ten człowiek, dostarczając papieżowi dowody na krótko przed jego śmiercią. Było już jednak za późno.

Historia ta opowiada o upadku zbrodniarza przebranego za świętego. Mamy tu jednocześnie czystość i dwuznaczność, ludzkie uczucia i nikczemną kalkulację. Ta skomplikowana rozgrywka zakończyła się dopiero w 2005 roku spóźnionym śledztwem kanonicznym, dotyczącym karygodnych postępków założyciela Legionistów Chrystusa, w czasie kiedy ten był już osiemdziesięciolatkiem. Śledztwo okazało się wstrząsające i również z tego powodu zostało utajnione. Przesłuchano setki świadków. Legionistów i byłych legionistów, ofiary i ich rodziny; sporządzono niepodważalny raport, zdolny zedrzeć zasłonę kłamstwa skrywającą cały łańcuch zbrodni. Drogę, jaką przeszedł mroczny umysł.

Podwójne życie: „żony” i dzieci

Ksiądz, inżynier, menedżer, tajny agent i nie wiadomo kto jeszcze. Fantazji nigdy Macielowi nie brakowało. Miał co najmniej trzy znane tożsamości, ale mógł też zbudować inne, o których nie wiemy, biorąc pod uwagę, że nikt nie miał możliwości go kontrolować, ani w samym zgromadzeniu Legionistów Chrystusa, ani poza nim. Dlatego nie da się ustalić, w ile postaci się wcielił. Jako leader maximo był absolutnym przywódcą, który podejmował decyzje i wydawał rozkazy; posłuszeństwo było dla każdego czymś oczywistym i nikt nie ośmieliłby się mu przeciwstawić: „Nie pozwalał nam mieć wglądu w swoje życie”, mówią świadkowie. W tej silnie zhierarchizowanej organizacji wszyscy podwładni bez wahania dostosowywali się do tego klimatu.

W chwili jego śmierci paszporty, dowody osobiste i wszystkie używane przez niego fałszywe dokumenty zostały zniszczone, by nie zostawić kompromitujących śladów. Dokumenty te gwarantowały mu możliwość zmieniania tożsamości zależnie od potrzeby. W ten sposób działał pod przykryciem, przemieszczając się bez problemów z Meksyku do Włoch, z Hiszpanii do Stanów Zjednoczonych, z jednego krańca świata na drugi. Jak w filmach szpiegowskich, wychodził z jednej roli, żeby zagrać inną. Był zręczny i sprytny. Poruszał się między światami, zaprojektowanymi i zbudowanymi niczym szczelne przedziały tak, żeby żadna z równoległych rzeczywistości, w których funkcjonował, w Hiszpanii czy w Meksyku, nigdy się ze sobą nie stykała. W ten sposób swobodnie zmieniał tożsamość wpływowego, bliskiego papieżowi duchownego i wcielał się w don José Rivasa, specjalistę działającego w sektorze energetycznym. Żadnej z jego „żon” nie przeszłoby nawet przez myśl, że ma do czynienia z księdzem. Wytrawny aktor, niezwykle inteligentny, obdarzony legendarną wręcz pamięcią, zdolny gromadzić i wykorzystywać dla swoich diabolicznych celów niesłychaną masę danych, nigdy nie popadając przy tym w sprzeczność. By uniknąć ryzyka, gdy mówił o sobie, nawet udzielając wywiadów, nie zagłębiał się za bardzo w szczegóły. Był ostrożny i podejrzliwy. Aby uwiarygodnić skomplikowane zarządzanie równoległym życiem, ze wszystkich możliwych zawodów, jakie miał do wyboru, przypisał sobie takie, które mogły mu dać największe pole manewru i najlepsze preteksty, pozwalające uzasadnić, bez wzbudzania podejrzeń, długie okresy nieobecności, kiedy wcielał się w charyzmatycznego założyciela Legionistów Chrystusa. Na przykład dzieciom i żonie w Meksyku opowiadał o rzekomej pracy na platformach wiertniczych albo o misjach powierzanych mu przez klientów. Dzięki bardzo precyzyjnemu systemowi sztuczek, kłamstw, żelaznych alibi, ojciec Maciel zdołał prowadzić równoległe życie rodzinne w Hiszpanii i Meksyku, sprytnie unikając wszelkich zagrożeń, sytuacji, w których po jednej albo po drugiej stronie mógłby się pojawić choćby cień podejrzenia.

Mogło się oczywiście zdarzyć (i zdarzyło się), że dzieci meksykańskie zostały przywiezione z wizytą do „cioci” Normy do Hiszpanii, choć nie wiedziały naturalnie, że ta kobieta jest w rzeczywistości drugą żoną ich ojca. Zawsze zresztą znajdował jakieś wyjście, i niemal wszystko mu wybaczano. Wyróżniającą cechą życia rodzinnego Maciela była bez wątpienia jego troska, przynajmniej w kwestiach finansowych: szczodrze zaspokajał potrzeby dzieci i „żon”, zapewniając im poczucie bezpieczeństwa, opiekę i uprzedzając wszelkie możliwe podejrzenia. Ksiądz z Cotija de la Paz, małego meksykańskiego miasteczka, gdzie przyszedł na świat, troszczył się o właściwy dobór kobiet, których serca miał zdobyć, zazwyczaj młodych, prostych, naiwnych. Liczył na swój urok osobisty i wytworne maniery. Miał dużo pieniędzy, mógł sobie pozwolić na pięciogwiazdkowe hotele, luksusowe restauracje, kosztowne prezenty. Poświęcał im uwagę, uwodził je, aż się w końcu zakochiwały.

Pierwsza „żona”, jego towarzyszka przez ponad dwadzieścia lat, nazywa się Blanca Estela González. To kobieta o smutnym spojrzeniu. Jedyna, która publicznie mówiła o swoim doświadczeniu, wyjawiając w wywiadzie dla meksykańskiej telewizji oszustwo, jakiego padła ofiarą. Krętactwa, kłamstwa, cierpienie. „Nie wiedziałam, z kim żyję, ale potem prawda wyszła na jaw”.

Do spotkania z tajemniczym mężczyzną doszło przypadkiem w Tijuanie, w Meksyku. On miał pięćdziesiąt sześć lat, robił wrażenie pewnego siebie, stanowczego, doświadczonego życiowo: było mu bardzo łatwo zdobyć dziewczynę ledwie dziewiętnastoletnią, mającą już za sobą nieudane małżeństwo, tak krótkie, że nie zostawiło śladu, poza malutkim synkiem, którego musiała wychować. W telewizji Blanca zaprezentowała się jako kobieta bardzo zdeterminowana, z uśmiechem na ustach. Zadbana pięćdziesięciolatka, ciemne włosy do ramion, głębokie spojrzenie. Nie spuszczając ani razu oczu, opowiedziała historię miłości, którą zapoczątkowały romantyczne obietnice. „Powiedział, że szuka kobiety, by stworzyć dom i wreszcie założyć rodzinę. W taki sposób go poznałam; nie wiem, czy na szczęście, czy na nieszczęście”. W tamtym czasie Blanca mieszkała z małym Omarem. Chłopiec, nieświadomy tego, co go spotka, zobaczył w Macielu figurę ojcowską, człowieka dającego poczucie bezpieczeństwa, dobrotliwego. Ich relacja umocniła się wraz z narodzinami kolejnych dzieci, a w następnych latach Omar został usynowiony pod nazwiskiem ojczyma, Rivas, oczywiście fałszywym. Ojciec Maciel, alias José Rivas, mówił Blance, że pracuje w Shell International. Udawał, że jest jednym z inżynierów specjalizujących się w dziedzinie energii, zatrudnionych na platformach wiertniczych w Zatoce Meksykańskiej, gdzie największe koncerny paliwowe wydobywają ropę. To praca bardzo intratna, ale wymagająca wielkich poświęceń, opowiadał, a także długich okresów nieobecności w domu. Do swoich kłamstw rzekomy José Rivas lubił dodawać całkowicie zmyślone szczegóły. Blance „wyznawał”, że jest tajnym agentem, zmuszonym występować czasem pod przykryciem.

Blanca, uspokojona zapewnieniami „męża”, jakoś sobie radziła, wychowywała dzieci prawie cały czas samotnie, i nie zastanawiała się nad pewnymi dziwnymi sprawami, jak choćby długimi nieobecnościami „męża” w domu. Maciel mieszkał z nimi nawet dwa tygodnie z rzędu, po czym znikał i znów się pojawiał.

Natomiast Legionistom Chrystusa opowiadał, że jego podróże wynikały z konieczności kontrolowania różnych domów zakonnych. „Kiedy był nieobecny, wiele do siebie pisaliśmy, a on przysyłał do domu dużo pocztówek”, mówiła Blanca. Ta jego przerywana obecność stała się w końcu regułą i nikt już nie zwracał na to uwagi. Jako mąż był zresztą bez zarzutu: nigdy nie zapominał zatelefonować i zapytać, co słychać u chłopców, szczęśliwych, że wychowują się teraz razem i chodzą do najlepszych szkół. Maciel zachowywał się jak każdy ojciec.

Pewne wątpliwości pojawiły się tak naprawdę, kiedy urodził się pierwszy syn i trzeba go było zarejestrować w urzędzie stanu cywilnego. Czas mijał, a ojciec dziecka wciąż znajdował wymówki, żeby to odwlec, twierdząc, że ma problemy związane z dokumentami. Mówił, że musi poszukać potrzebnych papierów. Rozwiązał problem jak zwykle za pomocą sztuczek. Syn, podobnie jak następne dzieci, został w końcu zarejestrowany na podstawie fałszywego paszportu. Prawdziwa tożsamość tego dziwnego ojca wyszła na jaw dopiero wiele lat później, w 1997 roku, kiedy „The Hartford Courant” opublikował w Stanach Zjednoczonych sensacyjny materiał na temat przestępstw seksualnych dokonanych przez ojca Maciela w latach pięćdziesiątych. To właśnie wtedy na łamach meksykańskich gazet oraz popularnego czasopisma „Siempre” Blanca zobaczyła zdjęcie mężczyzny podobnego jak dwie krople wody do jej męża, tyle że ubranego w sutannę. Kobietę ogarnęło oczywiście niedowierzanie i zdumienie, pogrążyła się w rozpaczy. Jej partner, ojciec jej dzieci okazał się kimś zupełnie innym i wszystkich bezwstydnie okłamał. To nie inżynier José Rivas, lecz seryjny pedofil, przestępca, oszust, a na dodatek kapłan. Jakie tam platformy wiertnicze i tajne misje na rzecz CIA! Dostawała od tego wszystkiego zawrotów głowy, nie mogła się z tym pogodzić.

W dniu, gdy zderzyła się z twardą rzeczywistością, Blanca postanowiła zmierzyć się bezpośrednio z José. On przez telefon wszystkiemu zaprzeczył. „Oskarżają cię o straszne rzeczy, o gwałty na nieletnich”. Maciel przysięgał i zaklinał się, że wszystko, o czym napisano w gazetach, to tylko kaczki dziennikarskie, od pierwszej do ostatniej linijki. Aż do tej chwili również w samej kongregacji Legionistów Chrystusa ojciec Maciel nie dawał podstaw do żadnych podejrzeń, choć miał w zwyczaju znikać na całe tygodnie i jeździć od jednej siedziby Legionu do drugiej, przesiadając się z samolotu do samolotu. Meksyk, Francja, Stany Zjednoczone, Brazylia, Włochy, Chile, Hiszpania, Polska. Usprawiedliwiał się, utrzymując, że jego nieobecność wynika z prowadzenia tajnych misji w krajach Wschodu w imieniu papieża Wojtyły. Był to top secret i nie mógł o tym absolutnie z nikim rozmawiać. Znając związki łączące ojca Maciela z Janem Pawłem II, legioniści rezygnowali z dalszych pytań, a wręcz patrzyli na niego z jeszcze większym podziwem. Wszystkie ich wątpliwości pierzchły. Przywykli, że pojawiał się i znikał, kiedy chciał, bez żadnych wyjaśnień, i nie dziwiły ich już żadne jego ekstrawagancje, nawet gdy kazał kierowcy zawozić się do luksusowego hotelu, gdzie zamierzał nocować. Choć w domach Legionu miał do dyspozycji wygodny apartament zaopatrzony we wszystko, co niezbędne, Maciel niemal zawsze spędzał noc gdzie indziej, pod pretekstem, że w hotelu, z dala od zamieszania, lepiej wypocznie. W życiu religijnym ten dziwny zwyczaj stanowił trudne do zaakceptowania odstępstwo, a jednak nikt nie ośmielał się poruszać tej kwestii. Lepiej siedzieć cicho i być posłusznym.

Aż do tamtej chwili, mimo ważnej pozycji, jaką zajmował w Kościele, w mediach nie ukazywało się zbyt wiele zdjęć i materiałów z udziałem założyciela Legionistów Chrystusa. Mówi się, że Maciel był bardzo ostrożny, aż do granic paranoi, nie chciał, by o nim mówiono, zarządzał swoim wizerunkiem z wielką przezornością: nie udzielał wywiadów, nie występował w telewizji, odmawiał udziału w debatach, dziennikarzy trzymał na dystans, jak zarazy unikał kamer telewizyjnych. Nie pozwalał się fotografować i stronił od wystąpień publicznych, co potwierdzili byli współpracownicy duchownego. Jego oblicze było prawie nieznane szerszej publiczności. Jedynie w domach Legionu wisiało na ścianach kilka oprawionych fotografii, które dziś zostały zdjęte. Damnatio memoriae.

Druga „żona”

O istnieniu drugiej rodziny Maciela dowiedziano się dopiero po jego pogrzebie. Po śmierci ojca Degollado, 30 stycznia 2008 roku, dla Legionistów Chrystusa zaczęły się prawdziwe kłopoty prawne. Poza Blancą była jeszcze jedna kobieta, która mogła dopominać się swoich praw. Mieszkała w Hiszpanii i ona też twierdziła, że jest „żoną” ojca Degollado. Macielowi przez lata udało się trzymać ją w ukryciu jako tę drugą, chociaż chodziło o trwały związek, z którego urodziła się nawet córka, Normita. Wiadomość zaczęła krążyć w sieci niemal natychmiast, wzbudzając wśród wiernych niedowierzanie i zdumienie. Potem informacja została potwierdzona. „W czerwcu 2006 roku pojawiła się u nas kobieta, z którą ojciec Maciel miał córkę”, opowiadał ojciec Luis Garza, jeden z przełożonych legionistów. „Postanowiłem wszcząć własne śledztwo. We wrześniu tamtego roku zyskałem pewność, że rzeczywiście jest on ojcem tej dziewczyny”. Następne rewelacje wzbogacały ten nowy rozdział o kolejne szczegóły, aż do publikacji w sieci fotografii ojca Maciela z córką, piękną dziewczyną o długich ciemnych włosach.

Dokładnie tak samo, jak się to zdarzyło w przypadku Blanki, również Norma Hilda Baños spotkała ojca Maciela przypadkowo i udającego kogoś innego. Mężczyzna zastosował podobny scenariusz: tym razem też był José Rivasem, majętnym biznesmenem, zmuszonym podróżować dużo w interesach, pragnącym właśnie teraz założyć rodzinę. W tamtym czasie Norma pracowała jako kelnerka w Acapulco i miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Wytworne i ujmujące maniery tego pewnego siebie mężczyzny wywarły na niej korzystne wrażenie. Mimo różnicy wieku okazało się, że ich para jest dobrana, i postanowili osiąść w Hiszpanii. Podwójne życie Degollada w nowej rodzinie, która zamieszkała w Madrycie, w dużym apartamencie w reprezentacyjnej dzielnicy, było bardzo podobne do tego, jakie wciąż wiódł w Meksyku. W owym czasie ojciec Maciel bez trudu zarządzał trzema różnymi tożsamościami, trzema różnymi osobami, sposobami myślenia i działania: w Hiszpanii był partnerem Normy, w Rzymie założycielem zgromadzenia Legionistów Chrystusa, a w Meksyku „mężem” Blanki. Poruszał się w tym z pełną naturalnością. Znikał okresowo z Legionu albo z jednego bądź drugiego domu, żeby po pewnym czasie jak gdyby nigdy nic tam wrócić. Również w przypadku Normy korzystał z tej samej wymówki, czyli konieczności wyjazdów w interesach. Ten człowiek był kłamcą, oszustem, transformistą, bigamistą, był wszystkim, tylko nie tym, za kogo chciał uchodzić, a do tego był duchownym. Po odkryciu prawdy Norma próbowała przystosować się pragmatycznie do nowych okoliczności, starając się nie utrudniać zbytnio równoległego życia założyciela Legionistów Chrystusa, ponieważ chciała uchronić przed konsekwencjami i wychować w jak najspokojniejszych warunkach córkę urodzoną w 1987 roku.

Mała Norma Hilda Rivas, nazywana przez ojca czule Normitą, to najmłodsze dziecko Maciela. Była też jego ulubienicą, jak to się często zdarza w przypadku późnych dzieci. Zajmowała zawsze u ojca uprzywilejowaną pozycję. Bywało, że zabierał ją ze sobą w długie podróże, a nawet wprowadzał na papieskie audiencje. Zachowały się jej zdjęcia z braćmi i gwardią szwajcarską w Auli Pawła VI. Również ksiądz z Cotija de la Paz, podobnie jak uczyniłby każdy rozwiedziony ojciec, który musi dbać o potomstwo z różnych związków, starał się sprzyjać spotkaniom rodzeństwa, organizując nawet podróże do Rzymu ze wszystkimi swoimi dziećmi. Dzisiaj Normita jest dorosła i, tak jak wiele jej rówieśnic, studiuje. Wyszła za mąż za chłopaka poznanego w hiszpańskim uniwersytecie legionistów. Zdobywała wykształcenie w najlepszych szkołach Legionu.

Czasem „głowa rodziny” zabierała mamę Normę i małą Normitę na wakacje do Włoch. Wszyscy razem odwiedzali Capri, Wybrzeże Amalfitańskie, Sorrento, Neapol. Ojciec Maciel okazywał im serdeczność i troskę. Dziewczynce niczego nie brakowało: chciał, żeby jej dzieciństwo i dojrzewanie przebiegało możliwie najszczęśliwiej. Na jednym z nielicznych zdjęć krążących w sieci Normita jest z ojcem w jakimś budynku o charakterze religijnym. Ma na sobie długą białą spódnicę, wygląda na beztroską. Po jej lewej stronie stoi sędziwy już mężczyzna, żylasty, w jasnej koszuli i spodniach. Obok nich dwie kobiety, z których jedna to Norma Hilda, ubrana w jaskrawe błękitne spodnie. Norma i Normita są jedynymi kobietami, które towarzyszyły ojcu Macielowi aż do końca jego dni. Jedynymi, które zostały uznane przez Legionistów Chrystusa i dopuszczone do wezgłowia umierającego na raka trzustki Maciela, leżącego w amerykańskiej klinice; jedynymi, którym pozwolono uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych w Cotija de la Paz w lutym 2008 roku, dwa lata po tym, jak Maciel, ukarany przez Benedykta XVI, musiał poddać się niemal całkowitej klauzurze. Rytuał pogrzebowy, w którym wzięli udział tylko nieliczni najbliżsi, został odprawiony w ciszy, bez żadnego rozgłosu, podczas gdy echo wiadomości o jego śmierci rozbrzmiewało na całym świecie. Meksykańscy biskupi skierowali serdeczne posłanie do najwyższych dostojników Legionistów Chrystusa. „W tak bolesnej chwili łączymy się z wami w bólu, wznosząc żarliwe modlitwy do Pana, by przyjął ojca Maciela”. Był to mały smutny kondukt, w którym mama i córka kroczyły przytulone jedna do drugiej.

Po powrocie do Hiszpanii Norma Hilda Baños wybrała milczenie, unikając kontaktów z prasą, odmawiając udzielania wywiadów, komentowania, podgrzewania skandalu. Wciąż mieszka z dala od zgiełku w reprezentacyjnej dzielnicy Madrytu, w luksusowym trzystumetrowym apartamencie, który ojciec Maciel zostawił jej w spadku. Wydaje się, że podpisała pozasądową umowę z kongregacją – być może jeszcze przed śmiercią męża – która gwarantuje jej dożywotnią rentę i użytkowanie kilku posiadłości. W ten sposób Norma zapewniła przyszłość sobie i córce.

Finansowe