Wydawca: Uroboros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Demon Luster - Martyna Raduchowska

Strzeżcie się, bo tym razem nawet szósty zmysł nie pomoże!

Ida powoli godzi się ze swoim przeznaczeniem. Dziewczyna jest szamanką od umarlaków, nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Ida dojrzewa do swojej roli i świata, z jakim będzie musiała się już niedługo zmierzyć. A ten zapowiada się dosyć ponuro.
W jej misji przeszkadza jej łaknący dusz Demon Luster. Tym razem jednak nie może liczyć na niczyją pomoc. Ponownie przekonuje się, że szósty zmysł nie zawsze jest błogosławieństwem…
Kontynuacja Szamanki od umarlaków jest mocniej przepełniona magią i mroczniejsza, a intryga jeszcze bardziej skomplikowana.

Opinie o ebooku Demon Luster - Martyna Raduchowska

Fragment ebooka Demon Luster - Martyna Raduchowska

Martyna Raduchowska

DEMON LUSTER

Copyright © by Martyna Raduchowska, MMXVIII

Wydanie II zmienione

Warszawa, MMXVIII

Dla Jadlika, mojej Siostry, osobistej redaktorki i pierwszej testerki każdego pomysłu, bez której Tekla nie byłaby Teklą, a niniejsza książka w ogóle by nie powstała.

Dla Beza za to, że pożyczył Kruchemu sporo powiedzonek, obdarował go własnym charakterem i nauczył elementów karate-miazgi.

A także dla rozrywkowo-fantastycznych Agu, el Browarre i Cavy, niestrudzonych łowców nielogiczności, niejasności i bzdur wszelakich oraz bezwzględnych tępicieli przymiotnikozy.

Prolog

Pokój do złudzenia przypominał prosektorium.

Światło jarzeniówek, ściany w kolorze chłodnego błękitu, na podłodze płytki, szafki z dokumentami wielkie jak komory chłodnicze, stół i krzesła ze stali nierdzewnej. Brakowało tylko trupa. Ida po raz kolejny zerknęła na swoje odbicie w lustrze weneckim, a potem na kamery, wlepiające w nią ślepia obiektywów. Rejestrowały każdy jej ruch, posykując z cicha przy dostrajaniu ostrości. Szamanka splotła dłonie, by ukryć ich drżenie. Mimowolnie przypomniała sobie fragmenty jednego z artykułów, które przeczytała, przygotowując się do składania zeznań.

Przesłuchanie należy prowadzić w warunkach jak najbardziej sprzyjających skupieniu uwagi i jak najmniej krępujących świadka. [...] Pokój przesłuchań powinien być urządzony w taki sposób, aby jego atmosfera ułatwiała nawiązanie kontaktu z przesłuchiwanym1.

Ta, jasne. Wystrój pomieszczenia sprawiał, że określenie „rozluźniona i chętna do zwierzeń” było bez wątpienia ostatnim, jakim można by ją teraz opisać. Chyba powinna pokazać im ten artykuł, przynieść kaganek oświaty do Wydziału Wewnętrznego Firmy. Choćby po to, żeby zobaczyć miny śledczych.

Szybko zrozumiała jednak, że w takiej scenerii tkwi metoda, że jest ona częścią większego planu. Siedzący naprzeciwko Idy agent nie mógł bardziej kontrastować z otoczeniem, z jego twarzy ani na chwilę nie znikał ciepły uśmiech. Mężczyzna robił, co tylko mógł, by wydać się dziewczynie wybawcą i przyjacielem, bratnią duszą, powiernikiem największych tajemnic, światełkiem w tunelu, płomykiem pośród lodowatej ciemności. Był świetnie przygotowany do swojej roli, a mimo to szamanka nie dała się zwieść. Ona także odrobiła lekcje.

Przesłuchujący powinien posiadać odpowiednie przymioty instrumentalne, takie jak umiejętność nawiązania kontaktu, prowadzenia rozmowy, formułowania pytań, wzbudzania u świadka poczucia zaufania i bezpieczeństwa. [...] Postawa przesłuchującego powinna zawsze być nacechowana życzliwością do świadka, która wzbudza reakcje pozytywne i chęć współpracy.

Zaczęli niezobowiązująco. Ot, taka tam gadka szmatka, z pozoru niemająca nic wspólnego z prawdziwym celem ich spotkania. Można by pomyśleć, że nie znajdowali się w siedzibie Firmy, tylko w kawiarni. Ida odwzajemniała uśmiech śledczego i z niejakim trudem wytrzymywała spojrzenie mężczyzny, pełne troski, zrozumienia i uprzejmego zainteresowania. Etap swobodnej rozmowy, runda pierwsza, pomyślała. Faza, w której buduje się pozytywny stosunek świadka do przesłuchania, tworzy atmosferę sprzyjającą obszerności i szczerości zeznań. Szamanka spodziewała się czegoś takiego i pozostała czujna. Wiedziała, że największe atrakcje przewidziane są na później.

Nie pomyliła się.

– Ta część przesłuchania będzie protokołowana – oznajmił facet z Wewnętrznego. Zadziwiające, ale w jego ustach zabrzmiało to tak, jakby informacja miała dodać dziewczynie otuchy.

Dobry jest, przemknęło jej przez myśl.

– Proszę podać swoje imię i nazwisko.

– Ida Brzezińska.

– Wiek?

– W lipcu skończę dwadzieścia lat.

– Czym się pani zajmuje?

– Studiuję psychologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Pierwszy rok. A poza tym jestem szamanką od umarlaków i od niedawna pracuję dla Firmy jako konsultantka do spraw pośmiertnych.

Pokiwał głową, wpatrzony w leżące przed nim papiery. Miał w nich niemal wszystko czarno na białym i na pewno z góry znał jej odpowiedzi, ale i tak zapytał:

– Na czym polega pani dar?

Ida przypuszczała, że będzie musiała doprecyzować. Zdaniem podkomisarza Konstantego Kruszyńskiego, pseudonim Kruchy, łowcy demonów i jej werbownika, była pierwszą w historii szamanką, która została współpracownikiem Wydziału Opętań i Nawiedzeń. Nikt w Firmie nie słyszał wcześniej o takiej profesji.

– Jestem kimś pomiędzy medium a banshee. Nawiedzają mnie wieszcze sny, widzę w nich śmierć konkretnych osób. Nie mam wpływu na to, czyj zgon przepowiem, ale z chwilą, w której doznaję wizji, staję się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Mam obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty.

– Jak pani tego dokonuje?

– Wychodząc z ciała i przeprowadzając ducha osoby, którą się opiekuję, na drugi brzeg Rzeki.

– Wychodzi pani z ciała? – Tym razem agent nie zdołał ukryć zdziwienia.

– Tak. Czy mam zademonstrować?

– Nie, nie, to nie będzie konieczne. – Nie była pewna, ale chyba się wzdrygnął. Opuściła głowę, nie chcąc, by dostrzegł w jej oczach błysk satysfakcji. – Proszę podać aktualny adres zamieszkania – kontynuował, znów uprzejmy i opanowany, jak gdyby nigdy nic.

– Wrocław, ulica Wittiga siedemnaście.

Popatrzył na nią z uwagą, ale nic nie powiedział. Mogła iść o zakład, że zastanawiał się, po co, mając na własność willę położoną na spokojnej i malowniczej Wielkiej Wyspie, wynajęła mieszkanie w kamienicy na Gajowej. I to dokładnie nad lokalem denata Mikołaja Kwiatkowskiego. Z Gajowej było zdecydowanie bliżej na uczelnię, ale nie sądziła, by taka odpowiedź usatysfakcjonowała śledczego. Zwłaszcza że czarodziej zginął przecież z jej ręki.

– Czy kiedykolwiek była pani karana przez instytucję magiczną bądź niemagiczną za złożenie fałszywych zeznań?

– Nie.

– Czy kiedykolwiek była pani oskarżona przez instytucję magiczną bądź niemagiczną o złożenie fałszywych zeznań?

– Nie.

– Proszę określić swoją relację z Mikołajem Kwiatkowskim.

– Byłam przyjaciółką jego żony, Karoliny, oraz ich sąsiadką – odparła. – I nadal pozostaję opiekunką duszy Mikołaja. Przepowiedziałam śmierć Kwiatkowskiego, dlatego wprowadziłam się do tej samej kamienicy, w której mieszkał. Chciałam mieć go na oku.

– Do tego jeszcze wrócimy.

O, bez wątpienia. Żeby to raz.

Gdy okazywała dowód tożsamości i podpisywała oświadczenie, że została uprzedzona o odpowiedzialności karnej za składanie nieprawdziwych zeznań lub zatajanie prawdy, dłoń już jej nie drżała. Tak oto zakończyła się runda druga, czyli protokołowane przesłuchanie wstępne, i nareszcie mogli przejść do sedna.

– Co pani wiadomo w sprawie śmierci Mikołaja Kwiatkowskiego?

Z trudem powstrzymała się, by nie palnąć: „Wszystko mi wiadomo, w końcu to ja zabiłam gościa, a pan trzymasz przed nosem moje poprzednie zeznania. Po kiego mam się powtarzać? Następne pytanie proszę”. Zamiast tego, żeby zebrać myśli i zyskać nieco na czasie, poprosiła o wodę i spróbowała rozsiąść się wygodniej. Nic z tego, krzesło było twarde jak jasne nieszczęście, a przenikający przez dżinsy chłód metalu ziębił ją coraz bardziej i Ida zaczęła godzić się z myślą, że ani chybi złapie wilka.

Przyniesiono jej plastikowy kubek niewinnie bezbarwnego i bezwonnego płynu. Zawahała się na ułamek sekundy, zanim przytknęła naczynie do ust i pociągnęła łyk. Nie poczuła smaku. Kruchy twierdził, że to mało prawdopodobne, by spróbowali ją naćpać podczas przesłuchania, ale na wszelki wypadek załatwił jej medykament neutralizujący działanie serum prawdy, który zażyła w damskiej toalecie tuż przed wejściem do pokoju przesłuchań. Zatem teoretycznie nie miała się czego bać, w praktyce zaś wolałaby najpierw napoić tą wodą funkcjonariusza z Wewnętrznego. A potem zadać mu kilka niedyskretnych pytań i zobaczyć, czy obruszy się na podobne wścibstwo i przypomni, że rozmowa jest nagrywana, czy też może bez żenady podzieli się z nią pikantnymi szczegółami ze swoich przygód w sypialni.

Nieświadom targających nią rozterek agent wciąż się uśmiechał, a jego łagodne spojrzenie zachęcało do wyznania najcięższych grzechów. Ba, przez moment Ida była gotowa uwierzyć, że nawet jeśli przyzna się teraz do całej serii mordów, śledczy nie piśnie nikomu ani słowa i dołoży wszelkich starań, by nie spotkała jej żadna kara.

W życiu nie czuła się tak osaczona jak w tej chwili.

Duszkiem wypiła wodę i zgniotła plastik. Facet z Wewnętrznego wyciągnął dłoń w geście pod tytułem „daj mi to, dziecino, mamusia się tym zajmie”, po czym, nie czekając na reakcję dziewczyny, delikatnie wyjął jej kubek z palców i umieścił go w koszu. Nie wyrzucił, ale umieścił właśnie, jakby nie chciał spłoszyć przesłuchiwanej hałasem czy gwałtowniejszym ruchem. A potem na powrót zajął miejsce naprzeciwko Idy i powtórzył pytanie.

„Co panu (pani) wiadomo w sprawie...” było wręcz podręcznikowym rozpoczęciem etapu spontanicznych zeznań, mającym na celu zachęcenie świadka do przedstawienia wszystkich informacji możliwie szczegółowo i obszernie. Szamanka wiedziała, że Firma, podobnie zresztą jak niemagiczna policja, nie protokołuje tej części przesłuchania. Ale i tak czuła na sobie wzrok kamer i była więcej niż pewna, że jeśli palnie teraz jakieś głupstwo, nic nie stanie na przeszkodzie Wydziałowi Wewnętrznemu, by wykorzystać je przeciwko niej.

Nieprotokołowanie sprzyja spontaniczności i swobodzie wypowiedzi, dzięki czemu świadek staje się mniej ostrożny. W takich okolicznościach stosunkowo łatwo wymykają się mu pewne słowa, które w konsekwencji doprowadzają do ujawnienia tych faktów, o jakich przesłuchiwany wolałby nie mówić. Protokołowanie zaś wymusza wolniejszy sposób mówienia, niejako dyktowanie zeznań, co daje świadkowi zbyt wiele czasu na ostrożne formułowanie wypowiedzi i przerywanie rozpoczętego wątku, który wolałby przemilczeć.

Na typowe w takich okolicznościach zastrzeżenie przesłuchiwanej, że ta nie bardzo wie, od czego ma zacząć, śledczy udzielił równie typowej odpowiedzi, że najlepiej by było, gdyby zaczęła od początku.

Ida przez blisko godzinę snuła opowieść o swych przygodach z ostatniego roku.

Czy raczej recytowała, w końcu tyle razy powtarzali wszystko z Kruchym, że szamanka byłaby w stanie bez zająknięcia zeznawać choćby i przez sen. Filip Wroński, zastępca dyrektora Wydziału Wewnętrznego, nadal nie dostał nakazu i nie mógł zaangażować czytacza umysłów, zatem śledczy nie miał jak skonfrontować słów przesłuchiwanej z jej wspomnieniami. Ta świadomość pozwoliła dziewczynie nieco się rozluźnić, kłamać do woli i wypaść przy tym całkiem wiarygodnie.

Taką przynajmniej miała nadzieję.

Opowiedziała, jak widmo obcego mężczyzny nawiedziło ją blisko rok temu, kiedy leżała w szpitalu po ataku wyrostka robaczkowego. Umarlak nie miał oka, a krew z pustego oczodołu zalewała mu policzek i kapała na białą koszulę. Zabarwiła usta i zęby, ściekała po brodzie, nadając mu wygląd ucztującego kanibala. Nie pamiętał, kim był za życia, cierpiał na pośmiertną amnezję i Ida, nie mogąc w takiej sytuacji nic dla niego zrobić, rozkazała mu odejść. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że doznała właśnie pierwszej proroczej wizji. Nie miała pojęcia, że jest szamanką od umarlaków, i nie zdawała sobie sprawy z odpowiedzialności, z jaką wiąże się jej dar.

Dwa miesiące później uciekła z rodzinnego domu w Gdyni, by rozpocząć studia na Uniwersytecie Wrocławskim. W obcym mieście szybko przekonała się, jak kłopotliwe jest posiadanie szóstego zmysłu. Wszędzie widziała nieżywych i potępionych, choć do tej pory natykała się na nich raczej sporadycznie w szpitalach, kościołach i na cmentarzach. Tylko dzięki pomocy swojej ciotki i mentorki, Tekli Kryskiej, która odnalazła ją w akademiku i sprowadziła pod swój dach, dziewczyna zdołała zachować zdrowie psychiczne. Ździebko co prawda nadwerężone, ale nadal, powiedzmy, stabilne. Ciotka, co warto nadmienić, dokonała żywota równo dwa lata wcześniej i od tamtej pory egzystowała głównie w postaci zjawy (poza krótkimi epizodami, kiedy to wchodziła w ciało swej poprzedniej uczennicy, Alicji, której dusza utknęła po drugiej stronie lustra... ale o tym Kruchy kategorycznie zabronił Idzie wspominać). W każdym razie śmierć w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkodziła Tekli w wyszkoleniu siostrzenicy, bądź co bądź przyszłego medium. Ciotka wyjaśniła podopiecznej, na czym polega jej nadprzyrodzony talent, i nauczyła wszystkiego, co należy do obowiązków rozmawiającej z umarłymi.

Nie był to jednak koniec niespodzianek.

Jeszcze podczas szkolenia okazało się, że w Idzie drzemie dużo rzadszy potencjał. Jednooki Kanibal, którego dziewczyna widziała latem w szpitalu i którego wzięła za ducha, okazał się całym, zdrowym i bez wątpienia żywym czarodziejem Mikołajem Kwiatkowskim. Jego żona Karolina była stałą klientką Tekli i traf chciał, że na jedną z wizyt przyjechała wraz z mężem. Tym samym Ida dowiedziała się, że nie jest zwykłym medium, lecz szamanką od umarlaków, która właśnie przewidziała śmierć swego pierwszego podopiecznego. Co więcej, jej zadaniem jest zadbać o to, by dusza Mikołaja Kwiatkowskiego trafiła po śmierci w zaświaty. Za radą ciotki dziewczyna przeprowadziła się więc do tej samej kamienicy... a tam sprawy znów przybrały nieoczekiwany obrót.

Otóż świeżo upieczona szamanka odkryła – bynajmniej nie od razu, za to w dość dramatycznych okolicznościach – że Kwiatkowski parał się czarną magią. Demony opętały czarodzieja i wyrzuciły jego duszę z ciała, po czym zaatakowały Idę i o mały włos jej również nie pozbawiły cielesności. Karolina, pani Lewandowska – właścicielka kamienicy – oraz była współpracowniczka Mikołaja, Stanisława, także uległy opętaniu, a wszystkie cztery powłoki zostały uprowadzone przez czarty.

Jak się łatwo domyślić, na kolejne nieszczęścia nie trzeba było czekać zbyt długo.

Ida, przeszukując pracownię Kwiatkowskiego, znalazła zdjęcia funkcjonariuszy Wydziału Opętań i Nawiedzeń: łowcy Konstantego „Kruchego” Kruszyńskiego, zaklinacza Piotra „Mamaja” Mamrockiego, pogromcy Marka „Brutusa” Brutkowskiego oraz czarownicy Zofii „Rudej” Majcher. Dzięki fotografiom szamanka zdołała zawiadomić tę ostatnią o tym, co dzieje się w kamienicy na Gajowej, i zrobiła to w sposób nader niekonwencjonalny: wyszła z własnego ciała, po czym wpadła z impetem w cielesność komisarz Majcher. Niestety, agenci Firmy nie zdążyli zapobiec najgorszemu.

Gdy tylko dziewczyna złożyła zawiadomienie o ataku demonów i powróciła do własnej powłoki, przyszło jej zmierzyć się z trzema opętańcami: Karoliną, Lewandowską i Mikołajem. Podczas szarpaniny Ida w obronie własnej uśmierciła czarodzieja, wbijając mu śrubokręt w oko aż po rękojeść.

Tak oto dopełniła się wieszczba i Mikołaj Kwiatkowski stał się Jednookim Kanibalem.

*

Szamanka zamilkła i zerknęła na śledczego, próbując ocenić po jego minie, czy łyknął wszystko, co powiedziała, czy może jednak coś mu nie zagrało i zaraz weźmie ją w obroty. On jednak niczym się nie zdradzał. Siedział w tej samej pozycji, wciąż dobrotliwie uśmiechnięty, i przez cały ten czas kąciki ust nie drgnęły mu nawet o pół milimetra. Ida nie mogła się zdecydować, z kim kojarzył jej się bardziej: z wariatem, idiotą czy cyborgiem.

Składanie zeznań nie przysporzyło jej dotąd większych kłopotów. Nie musiała za bardzo mijać się z prawdą, zataiła tylko kilka szczegółów. Wiedziała jednak, że lada moment przesłuchanie przejdzie w fazę czwartą, a wtedy będzie musiała uważać na każde swoje słowo. Skojarzenie skojarzeniem, ale nawet przez chwilę nie sądziła, że agent może być wariatem albo idiotą. Co do cyborga nie miała już takiej pewności.

Tym gorzej dla niej.

– Teraz zadam pani kilka pytań, ale zanim zaczniemy, mam obowiązek poinformować, że od tej pory wszystko, co pani powie, trafi do protokołu.

– Rozumiem.

– Czy wiedziała pani, że Mikołaj Kwiatkowski zginie z jej ręki?

– Nie. Do ostatniej chwili nie spodziewałam się, że coś takiego się wydarzy.

Agent pokiwał głową, w końcu trudno było oczekiwać od niej innej odpowiedzi. Przez chwilę przeglądał dokumenty, a kiedy znów uniósł oczy, Ida dostrzegła w jego wzroku kolejne pytanie i znała jego treść, zanim jeszcze zdążył je zadać.

– Powiedziała pani, że nadal pozostaje opiekunką duszy Mikołaja Kwiatkowskiego. Czy może to pani wyjaśnić?

– Kiedy demony wyrzuciły go z ciała, jego duch przepadł – odparła wymijająco i nie do końca szczerze. – Do tej pory nie mogę go znaleźć ani przywołać. Dopóki błąka się gdzieś po naszej stronie, jestem za niego odpowiedzialna. Pozostaje pod moją opieką do momentu, aż przeprowadzę go na drugi brzeg Rzeki.

– Ma pani dar medium – zauważył odkrywczo śledczy. – Kto, jeśli nie pani, może przyzwać duszę zmarłego... o, przepraszam, zamordowanego człowieka? – Ani ta bynajmniej nie przypadkowa pomyłka, ani subtelna zmiana w tonie głosu mężczyzny nie uszły uwadze Idy. Etap pytań i odpowiedzi był w rzeczywistości etapem łapania za słowa, wzbudzania poczucia winy, szukania niezgodności w zeznaniach i zapędzania przesłuchiwanego w kozi róg. Dziewczyna nie miała zamiaru wdawać się ze śledczym w żadne przepychanki. Jeszcze sprowokowana chlapnęłaby coś, czego w żaden sposób nie mogłaby już cofnąć. – Proszę wyjaśnić, dlaczego nie potrafi pani tego dokonać.

– Zanim Kwiatkowski stracił cielesność, przez długi czas dzielił powłokę z demonami – wyjaśniła spokojnie. – Nie znam się na czarnej magii, ale komisarz Majcher oraz podkomisarz Kruszyński twierdzą, że dusza czarodzieja mogła przesiąknąć mocą piekieł do tego stopnia, że teraz sama zachowuje się jak czart i dlatego nie reaguje na moje wołanie.

– Ani komisarz Majcher, ani podkomisarz Kruszyński nie mogą orzekać, kiedy dusza odpowiada na wołanie medium, a kiedy nie. Ich opinia w tej sprawie opiera się wyłącznie na przypuszczeniach i jako taka jest bezwartościowa. Żadne z wymienionej dwójki nie jest ekspertem od życia pośmiertnego, w przeciwieństwie do pani.

– Pochlebia mi pan, ale doprawdy trudno nazwać mnie ekspertem. Mikołaj Kwiatkowski to pierwszy człowiek, którego zgon przewidziałam. Do tej pory odprowadziłam w zaświaty tylko cztery dusze: moją ciotkę Teklę Kryską, Karolinę Kwiatkowską, Janinę Lewandowską oraz Stanisławę Korcz...

– A co z... – przerwał jej i ponownie zajrzał w papiery. – Z Teodorem Cichockim, Różą Ginko i Mileną Wyrzykowską? Z dokumentów, które mam przed sobą, wynika, że te zjawy nawiedzały kamienicę przy Gajowej. Właśnie tę, do której się pani wprowadziła. Na dodatek zajęła pani lokal wynajmowany wcześniej przez ich medium, Stanisławę Korcz.

– To prawda, ale te trzy widma nie należą do nieżyjących ludzi. Ich ciała wciąż żyją. Zapadły w śpiączkę w wyniku nieudanego opętania, a Mikołaj i Stanisława próbowali je wybudzić. To był powód, dla którego Kwiatkowski zajął się czarną magią. Razem ze swoją współpracowniczką wierzyli, że śpiączkę po opętaniu można przerwać tylko dzięki demonicznej energii.

Facet z Wewnętrznego długo nic nie mówił, bawiąc się ołówkiem.

– Czyli do tej pory przeprowadziła pani cztery dusze – stwierdził wreszcie to, co już mu przecież powiedziała.

– Zgadza się. Niedawno ukończyłam szkolenie, moje doświadczenie jest niemal zerowe...

– A mimo to podkomisarz Kruszyński uznał za stosowne zwerbować panią do Firmy i powierzyć jej rolę konsultanta do spraw umarłych... – Agent zawiesił głos i uniósł brwi.

– Czy to było pytanie?

– Nie.

Gdy po dwóch minutach mężczyzna nadal się nie odzywał, Ida zaczęła się wiercić na krześle.

– Czy ma pani jakiekolwiek podejrzenia co do miejsca pobytu duszy Mikołaja Kwiatkowskiego? – podjął w końcu.

Mam więcej niż podejrzenia, pomyślała. Wiem na pewno, że utknął po drugiej stronie zwierciadła zupełnie jak Alicja, była uczennica Tekli. Z tą jednak różnicą, że czarodziej trafił w piekła Kusiciela, znanego jako Demon Luster.

Ale tego nie mogę wam powiedzieć.

– Niestety, nie.

– W jakim celu jedenastego maja wraz z komisarz Majcher złożyła pani wizytę w kostnicy, w której przechowujemy ciało denata?

– Myślałam, że kontakt z cielesnością pomoże mi odnaleźć duszę Kwiatkowskiego – skłamała gładko.

– Dlaczego tak bardzo pani na tym zależy?

O mało nie prychnęła. Mimowolnie zacisnęła wargi, by powstrzymać komentarz, który z uporem cisnął jej się na usta.

– Czy pan mnie w ogóle słuchał, kiedy mówiłam, że obowiązkiem szamanki od umarlaków...

– Słucham uważnie każdego pani słowa, nie rozumiem tylko, skąd ta determinacja. Skoro nie może pani go odnaleźć, dlaczego po prostu nie machnie nań ręką?

– Jeśli duch Mikołaja zbyt długo pozostanie po stronie żywych i nie trafi na czas w zaświaty, odejdzie w nicość. A w konsekwencji ja stracę okruch własnej duszy, będzie to kara za to, że nie zdołałam go uratować.

Miała szczerą nadzieję, że śledczy uwierzył i w to kłamstwo.

W rzeczywistości sytuacja rysowała się znacznie gorzej. Zanim Ida zabrała Karolinę na drugi brzeg, musiała obiecać kobiecie, że ocali jej męża. Posunęła się do tego, że złożyła Kwiatkowskiej nieśmiertelną przysięgę, przyrzeczenie, które jedna dusza składa drugiej i którego moc sprawia, że ten, kto je złamie, rozpływa się w niebycie. W przypadku gdy rozmawiająca z umarłymi daje słowo zjawie, krew ciała i łza duszy pieczętują więź, a ta więź nie wygasa nigdy, nawet po śmierci medium. W chwili wypowiadania nadprzyrodzonej obietnicy szamanka nie wiedziała, że czarodziej utknął w piekłach Demona Luster. Niestety, klamka zapadła i jeśli Ida chciała przeżyć, musiała znaleźć sposób, by go z nich wydobyć.

Nagle źrenice dziewczyny rozszerzyły się i chlusnęły smolistą czernią, która w jednej chwili całkowicie pochłonęła białka. Śledczy głośno nabrał powietrza na widok jej zmienionej twarzy, pierwszy raz tracąc nad sobą panowanie. Odruchowo zerknął w lustro weneckie, ciekaw, czy stojący za nim funkcjonariusze też to dostrzegli, a gdy przeniósł wzrok z powrotem na szamankę, jej tęczówki znów miały zwykły piwny kolor.

Choć wszystko to stało się bardzo szybko, Ida zauważyła reakcję agenta i bez trudu domyśliła się, co takiego zobaczył. Oczy czarne jak dwa onyksy oznaczały tylko jedno.

To niebyt wyciągał po nią ramiona.

Rozdział pierwszyBardzo dzika róża

No to niech się teraz skupi i mi łaskawie powie, z czym kojarzy jej się nazwa „dzika róża”? – zapytała gderliwie Tekla, z politowaniem obserwując, jak Ida syczy, klnie i litrami wody utlenionej obmywa krwawiące zadrapania na rękach i nogach. – Bo mnie na ten przykład z kolcami i ogólnie pojętą dzikością.

– Kolce rozumiem – odburknęła szamanka i starannie przykleiła sobie na łydkę kolejny plaster. – Ale skąd mogłam wiedzieć, że ona jest dzika zupełnie dosłownie?

Zdecydowanie nie tak miał wyglądać ten dzień. Ida chciała zająć czymś ręce i umysł, żeby choć przez chwilę nie myśleć o czekającym ją niebycie, przestać się zamartwiać duszą Mikołaja, nie rozpamiętywać jego śmierci i nie układać kolejnych niewykonalnych planów, które miałyby wydobyć czarodzieja z lustrzanych piekieł bez konieczności fatygowania się po niego osobiście. A ponieważ pogoda była piękna, dziewczyna postanowiła poszukać sobie czegoś do roboty w ogrodzie. Po skoszeniu trawy i wyplewieniu chwastów chwyciła za sekator i zabrała się do przycinania krzewów. Z porzeczkami, agrestami i żywopłotem poszło gładko, lecz Pech chciał, żeby dzika róża nie życzyła sobie żadnych upiększających zabiegów. Ba... zadbał nawet o to, by potrafiła dać temu wyraz w sposób równie krwiożerczy, co konsekwentny. Ida natomiast, nie wiedzieć czemu, nie umiała odpuścić i pchana niezrozumiałą, acz silną potrzebą zmasakrowania różanego krzewu, walczyła z kolczastymi gałązkami przez blisko pół godziny. Sama nie wiedziała, skąd wzięła się ta pełna agresji niechęć do róży i dlaczego instynkt ogrodnika mordercy doszedł do głosu właśnie tego dnia. Z niewyjaśnionych przyczyn już sam widok krzewu budził w niej mieszaninę nienawiści i strachu, a fakt, że przeklęta roślina śmiała stawiać opór, jeszcze bardziej umacniał Idową determinację w sianiu zniszczenia.

– Nie bardzo pojmuję, co ma na myśli.

– Mogłaś mnie uprzedzić, że toto jest takie agresywne, załatwiłabym sobie jakąś odzież ochronną albo coś... – mruknęła nachmurzona szamanka.

– O czym uprzedzić, przecież to tylko krzak! – Tekla zmarszczyła brwi. – Doprawdy, ostatnio zaczęła wygadywać takie dziwactwa, że zaczynam się o nią poważnie martwić.

– Zobacz, jak ja wyglądam!

– Jak siedem nieszczęść, nic nowego. Trzeba było ostrożniej z tym sekatorem. – Ciotka podpłynęła do okna i z dezaprobatą spojrzała na dziką różę, która nie była już tak bujna i rozłożysta jak jeszcze przed godziną. I to tylko dlatego, że Ida z tajemniczych powodów postanowiła ją bezlitośnie zmaltretować. Dziewczyna podążyła wzrokiem za spojrzeniem Tekli, by zobaczyć, że krzak wciąż jeszcze trzęsie się i prycha ze złości, zrzucając z siebie pojedyncze kolce i listki. – I co ją w ogóle naszło na odchwaszczanie w taki upał, nie ma ciekawszych zajęć?

– Nie ma – ucięła Ida nieco ostrzejszym tonem, niż zamierzała.

Ciotka obejrzała się na siostrzenicę i cały swój komentarz ograniczyła do wymownego uniesienia brwi.

– No co? – spytała zaczepnie szamanka. – Odchwaszczać człowiekowi nie wolno czy co?

– Ależ wolno, proszę bardzo, niech se człowiek odchwaszcza, kiedy chce. – Duch wzruszył ramionami. – Mógłby się tylko nieco przy tym rozchmurzyć.

– Nie da się. – Ida powróciła do przemywania krwawiącego przedramienia i zasyczała z bólu, gdy zadrapania zapiekły nieznośnie i zapieniły się na różowo. – Człowiek jest nie w sosie.

– To widzę. – Tekla niecierpliwie machnęła ręką. Tyle akurat sama zdołała zauważyć, znała swoją siostrzenicę wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy tej humor dopisuje, a kiedy wręcz przeciwnie. I nie miała wątpliwości, że dzisiaj zdecydowanie było wręcz przeciwnie. – No, niechże Ida przestanie zapluwać jadem otoczenie, bo jeszcze mi dziury w parkiecie wypali, lepiej niech mówi, co ją gryzie.

– Nic.

Ciotka omiotła wzrokiem sufit, westchnęła ciężko, po czym otaksowała swoją podopieczną centymetr po centymetrze, uważnie i wnikliwie niczym skaner. I znów zmuszona była stwierdzić, że Ida ostatnio zdecydowanie za dużo i za szybko chudła, skutkiem czego teraz dosłownie tonęła w zbyt luźnych spodniach i bluzie. Jej dotąd szczupła twarz zaczynała straszyć zapadniętymi policzkami, niegdyś smukłe dłonie stały się kościste i kruche, pod oczami widniały głębokie cienie, a piwne tęczówki coraz częściej stawały się tak ciemne, że prawie czarne, po czym czerń błyskawicznie rozlewała się dalej i całkowicie pochłaniała białka. Słowem, wskutek powyższych niezbyt korzystnych zmian w urodzie siostrzenica do złudzenia przypominała kostuchę spoglądającą na świat pustymi oczodołami.

Złośliwy powiedziałby zapewne, że będąc szamanką od umarlaków, dziewczyna po prostu stara się wyglądać profesjonalnie, jak przystało na mroczną żniwiarkę, i gdyby nie chodziło o Idę, Tekla przytaknęłaby takiemu twierdzeniu bez chwili wahania. Ale ponieważ chodziło o Idę, ciotka nie śmiała drwić z tej gwałtownej i wielce niepokojącej metamorfozy. Zamiast tego martwiła się o wychowankę, tym bardziej że nie znała przyczyn, dla których ta coraz bardziej upodabniała się do żywego trupa. Na pewno powodem przemiany nie był tylko brak snu, którym to dziewczyna próbowała tłumaczyć swój kiepski humor, przewlekłe przemęczenie i coraz upiorniejszy image. Bezsenność nie mogła stanowić jedynego wytłumaczenia, po pierwsze dlatego, że oczy zwykłych niewyspanych ludzi nie toną co rusz w czerni. A po drugie, wśród kruczych kosmyków siostrzenicy ciotka ze zgrozą dostrzegła coś, czego nie zarejestrowała wcześniej: pierwsze białe niteczki. Nawet zbliżająca się letnia sesja nie tłumaczyła przedwczesnego siwienia u niespełna dwudziestoletniej smarkuli. Nie trzeba było eksperta, by stwierdzić, że działo się coś bardzo, bardzo niedobrego. A fakt, że smarkula nie chciała zdradzić, co ją trapi, tylko potwierdzał najgorsze obawy Tekli.

Mianowicie takie, że Ida wpakowała się w kolejne poważne kłopoty.

– Nic jej nie gryzie, akurat – odezwała się wreszcie ciotka. – Przecież sama dobrze widzę. Od tygodnia chodzi zła jak osa, klnie tak, że nawet umarlakom żyć się odechciewa, i teraz na dodatek za punkt honoru obrała sobie zdemolowanie mi ogrodu...

– Ty to nazywasz ogrodem? – prychnęła szamanka zła na siebie, że mimo najszczerszych starań nie była w stanie ukryć zdenerwowania. – To puszcza dzika, dżungla nieprzebrana, do tego jeszcze o krwiożerczych zapędach!

– Gdyby Ida zachowywała się jak człowiek cywilizowany, a nie barbarzyńca uzbrojony w sekator, nie wyglądałaby teraz jak ktoś, kto przeczołgał się przez kilometr drutu kolczastego. Zrobiła się ostatnio zdecydowanie zbyt agresywna...

– A tam, od razu agresywna! – warknęła dziewczyna, po czym, przecząc własnym słowom, porwała ze stołu butelkę wody utlenionej oraz pudełko z plastrami, kopnęła stojące jej na drodze krzesło i pomaszerowała w stronę wyjścia.

– A dokąd to się wybiera?

– Na górę, do pokoju. Wykończyły mnie te niezrównoważone chwasty, teraz ty mi prawisz kazania, ja natomiast potrzebuję chwili świętego spokoju.

– Chciałam tylko zauważyć, że to ja tu jestem martwa i tym samym jako jedyna mam prawo do świętego spokoju – skomentowała cierpko ciotka głosem, który zwielokrotniony nadprzyrodzonym echem, dał się słyszeć w całej willi. Ostentacyjny wymarsz z kuchni w wykonaniu Idy nie zrobił na Tekli najmniejszego wrażenia, a już na pewno nie przeszkodził jej w prawieniu dalszych kazań. – Którym, jak również chciałam zauważyć, nie jest mi dane się cieszyć!

– A idź se i ciesz się, proszę bardzo! Dam sobie radę bez ciebie!

– Już to widzę – wycedziła ciotka. – Chodzi po domu jak bomba zegarowa, prawie tykanie słyszę, chwilami to się normalnie czuję, jak Kapitan Hak z Piotrusia Pana. I jeśli swoim, jakże rozsądnym, zachowaniem Ida stara się przekonać mnie, że wszystko jest w porządku, to radzę, by postarała się bardziej. Albo najlepiej, żeby w ogóle przestała udawać i powiedziała wreszcie, co ją tak wyprowadza z równowagi.

– Nie ma o czym mówić – burknęła szamanka, z wielce niezadowoloną miną ponownie pojawiając się w progu kuchni. Skoro efektowny wymarsz na nic się zdał, bo przy willi przemawiającej głosem Tekli marzenia o świętym spokoju nie miały najmniejszej szansy na spełnienie, dziewczyna poddała się i potulnie przyczłapała z powrotem, żeby chociaż zaparzyć sobie herbaty. Porwała kubek z blatu i włączyła czajnik. – Nie potrzebuję twojej pomocy, ile razy jeszcze mam ci to powtórzyć?

– Aż uwierzę, na ten przykład – odparowała Tekla. – A do tego to mi jeszcze nad wyraz daleko. Niezwykle dojrzałą rozmowę tu prowadzimy. Skończy wreszcie z tymi durnowatymi fochami czy nie?

– Nie!

– To nie. – Ciotka wzruszyła ramionami. – Ja poczekam.

– Nic ci nie powiem i już. Nie doczekasz się.

Kobieta z politowaniem pokręciła głową, po czym podpłynęła do siostrzenicy i z bliska zajrzała w piwne oczy.

– Przypominam, że ja, w przeciwieństwie do co poniektórych, mam do dyspozycji nieograniczone pokłady wolnego czasu – powiedziała tonem tak łagodnym, jakby przemawiała do dziecka. I choć w kącikach jej ust błąkał się cień zwykłego złośliwego uśmiechu, w głosie zabrzmiały subtelne, acz wyraźne nutki troski i niepokoju. – Małe są zatem szanse, bym miała czegokolwiek nie doczekać. Rozumie Ida, nieśmiertelność, życie po życiu, wieczność, te sprawy. Brzmi znajomo? Nigdy nie była przesadnie bystra, niemniej fakt, że palnęła aż taką bzdurę, utwierdza mnie w przekonaniu, że coś ją trapi, i to tak, że aż odbiera rozum. I ja chcę wiedzieć, co się dzieje, zanim będzie za późno, żeby jej pomóc. I dowiem się – dodała, gdy dziewczyna już otwierała usta, by zaprotestować. – Niech się buntuje i wścieka do woli, proszę bardzo, może przy okazji nieco ochłonie i zacznie wreszcie myśleć chociaż ciut logiczniej. Ale radzę jej pamiętać, że ja nie odpuszczę. Nie wrócę w zaświaty, dopóki nie dowiem się, co jest grane.

Ida przez kilka sekund bezgłośnie poruszała ustami, szukając w myślach ciętej riposty, a ponieważ żadna nie przyszła jej do głowy, zacisnęła wargi w ciasną linijkę i ciepnęła do kubka torebkę malinowej herbaty. Sama myśl o tym, że ciotka może dopiąć swego, sprawiała, że szamankę zaczynało mdlić z nerwów. Tekla nie miała pojęcia, że jej wychowanka wie, czym jest nieśmiertelna przysięga, umie ją składać i co gorsza, zdążyła już jedną równie pochopnie jak i nieodwracalnie złożyć. Ida natomiast była pewna, że prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw, a wtedy ciotka wpadnie w szał. Nad tym, co wtedy się stanie, dziewczyna wolała się nawet nie zastanawiać. Nie miała bowiem wątpliwości, że przy furii Tekli niebyt i lustrzane piekła to doprawdy małe piwo.

– Jeśli zbyt długo zostaniesz po stronie żywych, rozpłyniesz się w nicość – bąknęła wreszcie Ida i sięgnęła po parujący czajnik.

A wtedy będzie nas dwie, dodała ponuro w duchu, zalewając herbatę wrzątkiem. Jeśli szybko nie wykombinuję, jak wydobyć Jednookiego z lustrzanych piekieł, lub nie znajdę sposobu na unieważnienie nieśmiertelnej przysięgi złożonej Karolinie, mnie też czeka wieczność w niebycie. Pyk, bum, trach i zniknę bez śladu. Dusza rozpryśnie mi się w pył, ciało błyskawicznie zgnije i zamieni w proch, nie zdążą nawet zadzwonić po pogotowie albo w ogóle zauważyć, że się rozleciałam na kawałki, a nie, dajmy na to, wyszłam na chwilę, niby po chleb...

Ciekawe, jak to jest nie istnieć.

– Niebywale to odkrywcze – zakpiła Tekla gderliwie, wyrywając siostrzenicę z zadumy. – Już ja mam swoje sposoby, spokojna głowa. Sobą niech się lepiej zajmie, toż gołym okiem widać, że źle z nią.

– Nic mi nie jest.

– Ta, schudnie jeszcze trochę, to ją ludzie na ulicy zaczną z litości dokarmiać. Wzięłaby i przestała wciskać mi kit, bardzo proszę, albo sobie pójdę...

– Obiecujesz?

– ...tfu! Znaczy nie, do licha, nie pójdę! Nigdzie się nie wybieram, mówiłam już, że zostaję, dopóki się wszystkiego nie dowiem. No. Ale z tym wciskaniem kitu to ja na poważnie. Mam dość wysłuchiwania bzdur, a za każdym razem, jak Ida otwiera jadaczkę, zapala mi się czerwona lampka. Niech sobie zatem daruje, bo ja zawsze rozpoznam, kiedy kłamie.

– W porządku. – Ida wzruszyła ramionami. – Już nic nie mówię.

– I słusznie. – Ciotka z aprobatą kiwnęła głową, zaraz jednak potrząsnęła nią gwałtownie. – Chociaż nie, mam do niej jedno pytanie.

– Co tym razem?

– Dlaczego jeszcze nie przeprowadziła Kwiatkowskiego?

Ida zamarła z kubkiem herbaty przytkniętym do ust. Starając się zachować pozorny spokój, siorbnęła spory łyk, odwróciła głowę tak, by Tekla nie mogła widzieć jej miny, i możliwie jak najciszej odetchnęła głęboko, żeby uspokoić walące serce.

– A dlaczego pytasz? – mruknęła niewinnie, udając, że szuka czegoś w szafkach. Po chwili bezmyślnego szperania wyjęła wiśniową nalewkę. Znalezisko wzięła za dobry omen, bez zastanowienia odkręciła butelkę i chlapnęła z niej zdrowo do kubka, nabrawszy nagle niesamowitej ochoty na herbatę z wkładką.

Pech popatrywał na nią zazdrośnie i zgrzytał zębami. Też by się napił, gdyby tylko mógł.

– To nie ja pytam, mnie tam Kwiatkowski guzik obchodzi – odparła spokojnie ciotka. – Karolina poprosiła, żebym się czegoś dowiedziała. Niech mi Ida powie, dlaczego to tyle trwa.

– Już ci powiedziałam. Jak ten ostatni kretyn bawił się czarną magią i go w końcu opętało. Duszę ma okropnie zdiabloną, rytuały oczyszczające zabierają dużo więcej czasu, niż można się było spodziewać... – Ida zacisnęła palce na gorącym kubku, modląc się w duchu, by Tekla uwierzyła w tę zmajstrowaną naprędce bajkę i żeby nie zapaliła jej się żadna ostrzegawcza lampka. W rzeczywistości Jednooki siedział w lustrach i szamanka nadal nie miała bladego pojęcia, jak go wydobyć, mimo że od tygodnia kombinowała na różne sposoby i próbowała sklecić jakiś plan działania.

– To już trwa tydzień – skomentowała krótko ciotka takim tonem, jakby czytała Idzie w myślach i świetnie wiedziała, że siostrzenica po raz kolejny próbuje ją zrobić w balona. – Coś za długo, nawet jak na bardzo zdiabloną duszę.

– A od kiedy to jesteś specem od demonów i opętania? – Dziewczyna łypnęła na Teklę spode łba. – Nie ja go oddiablam, więc nic ode mnie nie zależy i nie znam szczegółów. Wydział Opętań i Nawiedzeń ma własny protokół, jakieś rytuały przygotowawcze, jakieś kwarantanny i mnóstwo papierologii, nie zdziwiłabym się zatem, gdyby to jeszcze trochę zajęło.

– Ile?

– Ile, ile – zdenerwowała się Ida. – Mówię przecież, że nie wiem ile. Długo.

Tekla milczała kilka minut, badawczo przyglądając się siostrzenicy. Właściwie to od kilku dni nie robiła nic innego, tylko badawczo przyglądała się siostrzenicy.

– I to oddiablaniem Kwiatkowskiego tak bardzo się stresuje? – spytała wreszcie.

Nie, pomyślała szamanka. Tym, że będę musiała wleźć w piekła i targować się z Demonem Luster.

– Tak – odparła na głos. – Oddiablaniem. – Rzuciła ciotce szybkie spojrzenie i znowu siorbnęła herbaty. – Karolina mówiła ci coś jeszcze?

– Nie bardzo. Oprócz tego, że się martwi i ma nadzieję, że Ida niedługo przeprowadzi duszę jej męża na drugi brzeg.

– Robimy, co możemy, przekaż jej to, proszę. – Dziewczyna przymknęła oczy i przetarła twarz dłonią. Poczuła się nagle bardzo zmęczona. Co akurat ostatnio nie było dla niej niczym nowym. – Szybciej się zwyczajnie nie da.

Tekla kiwnęła głową i powoli wypłynęła z kuchni. Nie chciało jej się wierzyć, że Ida coraz bardziej przypomina zombiaka tylko dlatego, że zbyt zajęta zamartwianiem się o los Kwiatkowskiego, notorycznie zapomina o jedzeniu i spaniu. Mimo to ciotka miała zamiar zakończyć przesłuchanie na dziś i sprezentować dziewczynie chwilę samotności. Kiedy jednak zaraz za progiem stanęła oko w oko, czy raczej oko w liście, z krzakiem dzikiej róży, który nieoczekiwanie wyrósł na samym środku korytarza, natychmiast zapomniała, że przecież miała być wspaniałomyślna.

– No czy Ida serca nie ma?! Jak tak można, toż to świństwo!

– Co znowu? – spytała dziewczyna, wychodząc z kuchni w ślad za ciotką.

– Jeszcze pyta? To! Próbuje zabić biednego Gryzaka? Jak on wygląda?! Ile ostatnio żre, toż to niehumanitarne, to podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami!

– Nie moja wina, że mam aż tyle snów – próbowała się bronić szamanka.

– Ale jej wina, że nie pozwala łapaczowi ich sobie pokazać. Przecież on ma ograniczoną pojemność. Jak Ida myśli, ile się tego w nim jeszcze zmieści, co?

– To sny mogą się w ogóle gdzieś nie zmieścić? – Dziewczyna rzuciła Tekli sceptyczne spojrzenie.

– Nawet gdyby posiadały jakąkolwiek objętość, to i tak niewiele by to zmieniło, bo przy wielkości jej mózgu Ida ma we łbie od cholery wolnego miejsca, mogłaby zatem śnić do woli. Ale Gryzakowi, który jest utkany ze snów, grozi...

– Niech no zgadnę: pęknięcie z przejedzenia?

– I co, nie tak trudno było dojść do podobnego wniosku, prawda? – żachnęła się ciotka. – Patrzcie państwo, taka bystra, a nie wygląda. Ja wiedziałam, że coś tu śmierdzi, że mi tu Ida bezczelnie kręci z tą bezsennością. Czemu zmyśla, że nie może spać? Przecież gdyby nie sypiała, toby nie śniła i Gryzak nie wyglądałby teraz jak ogromniasta, zmutowana szypszyna! Ida to łgarz przebrzydły, jędza kłamliwa, paskudna oszustka, ot co!

– Jak już uda mi się przymknąć oczy, to raptem na dziesięć minut w ciągu doby. No, góra dwadzieścia – wyjaśniła Ida, starając się, by jej głos zabrzmiał łagodnie i potulnie. – I zaraz się zrywam, bo mnie te koszmary atakują ze wszystkich stron...

– Skoro tyle ich się zebrało, mimo że Ida tak krótko sypia, a na dodatek docierają do jej umysłu, mimo że ma łapacza snów, to znaczy, że są niezwykle ważne i nie wolno ich lekceważyć! – sarknęła gniewnie Tekla. – A tymczasem, zamiast wziąć się do roboty i sprawdzić, dlaczego śni o dzikiej róży, postanowiła złapać za sekator i z zapałem godnym lepszej sprawy siać spustoszenie w moim ogrodzie, jakby to w czymkolwiek miało pomóc! Głupia jest, jak stąd do „nie widać”!

– Mówiłaś to już – przypomniała cicho dziewczyna.

– I zdania nie zmieniam. – Tekla, jak to Tekla, nie dała się zbić z pantałyku. – A Ida z przerażającą konsekwencją utwierdza mnie w tym przekonaniu. W tej chwili bierze Gryzaka na górę i każe mu sobie pokazać sny. Wszystkie. A potem będzie je przeglądać co rano, regularnie, łapaczowi przyda się dieta.

– A czy on nie może ich pokazać tobie albo w ogóle odtworzyć gdzieś w eter? Znowu zobaczę jakichś umierających postrzeleńców, a naprawdę nie mam ochoty tego oglądać...

– Jest szamanką od umarlaków – fuknęła kobieta. – Jej ochota, czy też brak takowej, nie ma doprawdy najmniejszego znaczenia. Na Idzie spoczywają obowiązki, z których musi się wywiązywać, inaczej...

– Tak, wiem, stracę duszę okruch po okruchu i odejdę w niebyt... – dokończyła za ciotkę dziewczyna. – Powoli zaczynam oswajać się z tą myślą.

Ruchem głowy rozkazała Gryzakowi podążyć na górę, po czym wbiegła po drewnianych stopniach. Ciotka obserwowała ponuro, jak krzak dzikiej róży ulega gwałtownej transformacji. Zmienił kolor na granatowy i zaczął porastać futrem. Gałęzie pozwijały się w jeden duży kłębek, z którego po chwili wyrosła lisia kita, dwoje żółtych ślepi i para ogromnych uszu. Ociężały z przejedzenia łapacz zapiszczał żałośnie i zaczął wspinać się po schodach, niezdarnie stawiając łapki.

Ciotka już otwierała usta, gotowa uraczyć siostrzenicę kolejnym kazaniem, w głębi duszy wiedziała jednak, że ani karczemna awantura, ani łagodna perswazja nie przyniosą żadnych rezultatów. Dlatego też zrezygnowana machnęła ręką i ruszyła przez kuchnię, żeby jeszcze raz rzucić okiem na opłakany stan okaleczonego przez Idę krzewu.

Ledwo przepłynęła do ogrodu, usłyszała trzask samochodowych drzwi przed domem. Zaciekawiona przeniknęła przez rozłożysty agrest, który zasłaniał jej widok, i ku swemu zdziwieniu ujrzała czarnowłosego faceta w skórzanej kurtce, dżinsach i wysokich, masywnych buciorach. Nieznajomy wyciągnął plecak z zachlapanej błotem terenówki, po czym wlazł przez furtkę jak do siebie i wbiegł po stopniach prowadzących do frontowych drzwi willi.

Tekla skrzywiła się z niesmakiem.

Ani chybi członek gangu motocyklowego... tylko tak jakby bez motocykla. No dobra, to może, co gorsza, rockowiec. Albo metal czy tam inny... satanista, o! W każdym razie ktoś, kto na pewno nie zarabia na chleb niczym przyzwoitym, a tfu!

Ciotka momentalnie zrezygnowała z oceniania szkód w ogrodzie, wróciła do domu, wpłynęła na piętro i wpakowała głowę do pokoju siostrzenicy. Ida, która właśnie próbowała udobruchać obrażonego na cały świat Gryzaka, na dźwięk dzwonka najpierw skoczyła do okna, a potem zbiegła na parter. I tak się przy tym śpieszyła, że nawet nie zauważyła tkwiącej w ścianie ciotki.

– O i ło, proszę bardzo, niech sobie jeszcze nogi dla faceta połamie na tych schodach... – Tekla pokręciła głową. – Głupia dziewucha.

Wyskoczyła z powrotem na korytarz i podpłynęła do balustrady, żeby podsłuchać, o czym Ida i rockowiec gadają w przedpokoju.

– Tak tęsknisz za swoimi kotami, że postanowiłaś przygarnąć dzikie? – zapytał czarnowłosy na powitanie, z uwagą przyglądając się zadrapaniom na ramionach i twarzy dziewczyny. – Kto cię tak załatwił?

– Robiłam porządek w ogrodzie.

– No i jak widzę, miał przewagę liczebną i nie dał ci żadnych szans.

– Ażebyś wiedział – rzuciła bojowo. – Jak cię tam zaprowadzę, to się, chłopie, zdziwisz. Chcesz?

– Głodny jestem.

– Matko, a ten znowu swoje. – Ida prychnęła i obdarzyła gościa nieprzychylnym spojrzeniem. – Nic z tego, lodówka świeci pustkami, a zresztą dobrze wiesz, że masz zakaz wstępu do mojej kuchni.

– Przewidziałem, że to powiesz, dlatego wstąpiłem do indyjskiej knajpki i wziąłem żarcie na wynos – uśmiechnął się czarnowłosy. – Się składa, że kupiłem dwie porcje, co też było dobrym pomysłem – dodał, taksując dziewczynę od góry do dołu dokładnie tak, jak to przed chwilą zrobiła Tekla. – Nie no, serio, powinnaś coś zjeść, to przestaje być śmieszne, nawet te twoje umarlaki wyglądają zdrowiej niż ty. – Ściągnął plecak z ramion i wyjął pękatą papierową torbę. – No nie patrz tak na mnie, tylko leć po talerze i widelce, póki mój kurczak tikka masala jest jeszcze gorący. A, i po szklaneczki, mam też whisky.

Ida przewróciła oczami.

– No słuchaj, aniele, poszedłbym sam, ale przecież mam zakaz, si?

Gdy po paru minutach oboje ruszyli na piętro uzbrojeni w miski wyładowane kurczakiem z ryżem i szklanki wypełnione lodem, Tekla przezornie skuliła się w cieniu. Nie przypuszczała, że jako duchowi przyjdzie jej kiedykolwiek kryć się przed kimkolwiek i że dzięki Idzie przypomni sobie, jak to było za życia kogoś podsłuchiwać...

– Daruj sobie, i tak wiem, że tu jesteś – burknęła dziewczyna, przechodząc obok ciotki.

– Mówisz do Tekli? – zapytał facet, a kobieta zaklęła z cicha. – Jest tutaj?

Szamanka lekceważąco wzruszyła ramionami.

– Nie wolisz zatem porozmawiać gdzieś indziej? – zasugerował czarnowłosy, rozglądając się odruchowo i bez sensu. Doskonale wiedział, że Tekli nikt poza Idą nie miał prawa dostrzec, a jednak trudno mu było nie zerkać na boki.

– Nie. – Dziewczyna weszła do pokoju, zamknęła okno i zaciągnęła zasłony. Nie chciała, by harpia Joanna, która zadomowiła się na pobliskiej jabłoni i co chwilę stawała w płomieniach niczym feniks, rozpraszała ją podczas rozmowy swoimi regularnymi wybuchami ognia czy przeraźliwym darciem dzioba. Po chwili Ida obejrzała się na gościa. – No co tak sterczysz w progu, chodźże tu z tą whisky, ciotka i tak nas nie usłyszy.

– Jak to? – zapytali chórem Tekla i czarnowłosy. Czarnowłosy z zainteresowaniem, a Tekla podejrzliwie.

– Naumiałam się takiej jednej fajnej sztuczki, zaraz zresztą sami zobaczycie. Kruchy, przyniosłeś colę?

– Przyniosłeś.

– To dawaj. Whisky też, muszę się napić. A ty się, Tekla, zdecyduj, wchodzisz czy nie?

– Kim jest ten facet? – spytała sucho ciotka, przenikając przez ścianę do pokoju. – Skąd Ida zna takich... osobników?

– Z WON-u. To podkomisarz Konstanty Kruszyński. Czego się czepiasz, co ci znowu nie pasuje? Chyba dobrze, że mam znajomości, co? Na wypadek gdybym przewidziała śmierć kolejnego opętanego palanta?

– Znajomości dobra rzecz – orzekła Tekla, niechętnie łypiąc na czarnowłosego. – Ale on mi się nie podoba.

– Nie od tego jest, żeby się podobał – prychnęła szamanka.

– To nadal o mnie? – zainteresował się Kruchy, unosząc oczy znad pełnego widelca. – Jeśli tak, to pozwolę sobie zaprotestować.

Tekla i Ida zgromiły go spojrzeniami. Niestety, łowca nie mógł widzieć wzroku ciotki, a ponieważ dziewczyna miała dużo mniejsze doświadczenie w gromieniu, nie przejął się specjalnie i ani na chwilę nie przestał uśmiechać.

– Nie podoba mi się – powtórzyła Tekla, wolno cedząc słowa. – I wolałabym, żeby sobie poszedł.

– No to zupełnie odwrotnie niż ja – skwitowała Ida i z zadowoleniem otworzyła butelkę whisky. – Kruchy, no gdzie ta cola? I zanim zaczniemy gadać o konkretach, daj mi chwilę. Fajowska sztuczka wymaga doszlifowania, a to może zająć z minutkę.

– Spoko. – Łowca kiwnął głową i napełnił szklanki. – Postaram się znaleźć jakiś mało ważny temat... O, na przykład: jak ci idą przygotowania do sesji?

– Mało ważny temat, akurat – mruknęła niechętnie szamanka. – Rozejrzyj się – poleciła i szerokim gestem potoczyła po pokoju. – I powiedz, co widzisz.

Kruchy i Tekla rozejrzeli się posłusznie. Po chwili czarnowłosy wzruszył ramionami, ciotka natomiast zmarszczyła brwi.

– Dookoła mnie panuje przerażająco idealny porządek – stwierdził wreszcie, przełknąwszy kawałek kurczaka. – I zmuszony jestem przyznać, iż czuję się z tym nader niekomfortowo.

Tekla w zamyśleniu kiwnęła głową, przyznając mu rację.

– Właśnie – zgodziła się Ida. – A zwykle gdy zakuwam, moje otoczenie zamienia się w wysypisko notatek, książek, kserówek i rysunków. Teraz zupełnie nie mam do tego głowy. W ostatnich dniach byłam w stanie jedynie posprzątać pokój i dla równowagi zdemolować ogród.

– Brawo – pochwalił ją łowca z wyrazem śmiertelnej powagi na twarzy. Tylko w stalowych oczach zajaśniało rozbawienie. Gdy dziewczyna znów spróbowała zgromić go wzrokiem, natychmiast udał, że znalazł coś niezwykle fascynującego między ziarenkami ryżu.

Tekla tymczasem klęła pod nosem w żywy kamień, zła na siebie, że przeoczyła kilka istotnych faktów. Nienaturalny porządek w Idowym pokoju nie dał jej nic do myślenia, a powinna się była przecież zorientować, że coś nie gra. Zwłaszcza że podczas zimowej sesji siostrzenica faktycznie co rusz potykała się o książki i notatki, a sterty papierów sięgały jej niemal do kolan. Ciotka nie zauważyła też, że dziewczyna nie dramatyzowała z powodu egzaminów, choć do tej pory byle zaliczenie stawało się powodem do paniki. Czujność Tekli uśpił widok szamanki od kilku dni wertującej zawzięcie jakieś grube tomiszcza. Kobieta zbyt pochopnie wzięła je za podręczniki akademickie, ale teraz, kiedy do tego idealnego porządku doszły rewelacje o sztuczce, dzięki której duchy nie mogą usłyszeć rozmowy żywych, ciotkę nareszcie olśniło.

Ida na pewno nie nauczyła się tego triku podczas szkolenia. Nie, zamiast przygotowywać się do egzaminów, przez cały ten czas siedziała nad księgami z Teklowej biblioteczki. Zwojami i woluminami o duchach, upiorach, zjawach, banshee, marach, poltergeistach, widmach, potępionych duszach i całej reszcie mniej lub bardziej problematycznych umarlaków. W innych okolicznościach ciotka zapewne pękałaby z dumy, jednak zbyt dobrze znała swoją wychowankę, chwilowo była zatem zmuszona powstrzymać się od pęknięcia. Sęk w tym, że dziewczyna zgłębiała tajniki zawodu szamanki od umarlaków tylko dlatego, że nie miała innego wyjścia. Nigdy z własnej i nieprzymuszonej woli nie poświęciłaby nawet chwili na podobną lekturę, a już zwłaszcza tuż przed sesją. Jedyną rzeczą, jaka mogła ją do tego zmusić, było bezpośrednie zagrożenie życia. To natomiast prowadziło do kolejnego niewesołego wniosku: jej aktualne zaangażowanie oznaczało, że sytuacja jest dużo poważniejsza, niż można było przypuszczać.

A fakt, że chciała rozmawiać z czarnowłosym w cztery oczy nie wiadomo o czym, tylko pogarszał obawy Tekli.

– Żeby cię pocieszyć – odezwał się Kruchy, zanim ciotka zdążyła skonfrontować siostrzenicę ze swoimi podejrzeniami – śpieszę poinformować, że załatwiłem dla ciebie następny specyfik.

– I co, znowu chcecie mnie upić? – Ida popatrzyła na łowcę bez przekonania. – To ma mi pomóc w zaliczeniu sesji?

– Ta ostatnia libacja to był wypadek przy pracy. Mamaj zarzekał się, że pomylił buteleczki i wykradł z pracowni alchemicznej niewłaściwy eliksir. Miał szczery zamiar przynieść ten na pamięć i koncentrację, a nie ten na misję na Marsa. Podobno nasz alchemik dorwał kolejną księgę, a w niej przepis na nową recepturę, więc poprosiłem Mamaja, żeby ci wieczorem podrzucił flaszeczkę. No, chyba że zmienisz zdanie i zgodzisz się na modyfikację wspomnień, to ci wgramy to i owo...

– Mowy nie ma, to byłoby już totalne oszustwo. A ile ten nowy wynalazek ma procent?

– Dużo. – Na widok jej miny łowca wzruszył ramionami. – Mamy piątek, pierwszy egzamin czeka cię w poniedziałek, a skoro i tak nie jesteś się w stanie skupić, to co ci zależy? Najwyżej dzisiaj się upijesz, jutro będziesz na kacu, w niedzielę dla odmiany w panice, a w poniedziałek spokojnie pójdziesz i oblejesz. Student bez poprawki jest jak szamanka bez umarlaków, powiadam ci.

– Fantastyczny plan – skomentowała kwaśno Ida. Usiadła na łóżku naprzeciwko Kruchego i jednym haustem opróżniła pół szklanki whisky z colą. Skrzywiła się lekko. Drinki łowcy, choć bywały rozmaitych smaków i kolorów, miały jedną wspólną cechę: były diabelnie mocne. – A ty co, colę oszczędzasz czy jak? Tego się nie da pić!

– To nie pij, tylko sącz. Pić będziesz z Mamajem, a my tymczasem mamy do pogadania. Co z tą twoją fajowską sztuczką, gotowa?

– Prawie. Bądź przez chwilę cicho, zaraz skończę...

– Najpierw zjedz.

– Już się najadłam, dziękuję.

– Nie ściemniaj – uciął Kruchy. – Długo masz zamiar pociągnąć na tych pięciu ziarenkach ryżu? Strach z tobą iść na spacer do parku, bo cię jeszcze kaczki zaczną okruszkami częstować. Jedz.

Ida parsknęła pod nosem, usiadła wygodniej i niechętnie sięgnęła po miskę. Ani Tekla, ani łowca nie byli świadomi, że gapią się na dziewczynę z identycznymi minami. Po chwili Kruchy nie wytrzymał i wyartykułował to, co ciotka miała na końcu języka.

– Dawaj mi tę michę, bo nie mogę na to patrzeć. Lepiej kończ już te szamańskie wyczyny i przejdźmy wreszcie do rzeczy.

To mówiąc, zajął się drinkiem i Idową porcją kurczaka tikka masala, a Tekla tymczasem nadal przyglądała się poczynaniom siostrzenicy.

Dziewczyna zakolebała butelką, patrząc, jak oleista whisky obmywa szklane ścianki. Kruchy jadł i czekał cierpliwie bez żadnych protestów, ale gdy po chwili włosy i brwi szamanki zamigotały od szronu, a każdy jej oddech zamieniał się w obłoczek pary, łowca przewrócił oczami i zaklął pod nosem. Nie znosił, gdy Ida wychodziła z ciała w jego obecności, czuł się wtedy, jakby siedział obok trupa, i w rezultacie zawsze tracił apetyt. Z ciężkim westchnieniem i ogromnym żalem odłożył widelec.

– Nie zamierza chyba zrobić tego, o czym myślę – odezwała się tymczasem Tekla, podpływając do ducha siostrzenicy.

– A o czym myślisz?

– Umie tkać widmową mgłę?

Szamanka uśmiechnęła się chytrze.

– Teoria nie jest specjalnie skomplikowana, a przez to, że ostatnio prawie w ogóle nie sypiam, na praktykę miałam od groma czasu.

Ciotka sceptycznie uniosła brew. Jednak w jej ciemnobrązowych oczach zalśniło zaciekawienie, a nawet cień zadowolenia.

– No to zobaczmy, na co ją stać.

Każdy, kto po śmierci nie trafił na czas w zaświaty i rozpłynął się w niebycie, zostawia po sobie ślad w świecie żywych, ulotny strzępek własnej duszy. Niektóre z nich są mniejsze od pyłu i wirują w powietrzu zmieszane z drobinkami kurzu. Inne, nieco większe, przywodzą na myśl niteczki babiego lata. Takie strzępki dusz, umiejętnie splecione ze sobą w widmową mgłę, zaczynają krążyć wokół tej, która je przywołała, skutecznie odgradzając ją od nieżywych. Dzięki temu zjawy nie są w stanie dostrzec medium ani go podsłuchać.

Ida skończyła tkać mgłę już poprzedniej nocy, teraz wystarczyło tylko, że przywołała Wiatr Zaświatów, by delikatne kłębki oderwały się od ziemi i rozpoczęły zwiewny taniec wokół niej i Kruchego.

Już po minucie oboje zniknęli Tekli z oczu.

Tymczasem łowca psioczył i marudził, co rusz dolewając sobie coraz mniej coli, a coraz więcej whisky. Zamilkł dopiero, gdy usta szamanki stały się nieco mniej sine, a twarz zaczęła nabierać żywszych kolorów.

– No – powiedziała Ida z zadowoleniem, a głos drżał jej z zimna. Zeskoczyła z łóżka, przemaszerowała przez pokój i zaczęła szperać w szufladzie wiekowej komody. – Gotowe – oświadczyła, wciągając przez głowę gruby sweter.

– Co ty właściwie zrobiłaś? – spytał Kruchy.

– Uprzędłam widmową mgłę.

– Aha. A co to jest? Albo nie, nie mów mi, ja nic nie chcę wiedzieć – rozmyślił się, gdy dziewczyna już nabierała powietrza, by mu odpowiedzieć. – Znowu zaczniesz gadać o jakichś resztkach dusz, pieśniach umarłych, cieniach wspomnień czy innych nawiedzonych dyrdymałach, a na to nie mamy czasu. Tekla sobie poszła?

Ida zerknęła w bok. Ciotka nadal tkwiła w tym samym miejscu z taką miną, jakby nie była pewna, czy bardziej jest dumna z siostrzenicy, której udało się utkać widmową mgłę, oburzona, że została w taki sposób wyproszona z rozmowy, czy raczej zmartwiona tym, że kłopoty szamanki były na tyle poważne, że ta z konieczności zaczęła zgłębiać tajniki swego znienawidzonego zawodu.

Dziewczyna jeszcze nieoswojona z tym, że jest dla Tekli niewidzialna, uśmiechnęła się do niej przepraszająco, usiadła z powrotem na łóżku i sięgnęła po swojego drinka.

– Nie, nie poszła, nadal tu jest, ale nie widzi nas i nie słyszy ani słowa – zapewniła Kruchego, ścierając z twarzy topniejący szron. – No to mów. Udało ci się coś ustalić?

Łowca rozsiadł się wygodniej z nogami na biurku i zerknął na szamankę.

– Przejrzałem wszystkie akta dotyczące Kwiatkowskiego – odezwał się po krótkiej ciszy – ale nie znalazłem nawet wzmianki o Demonie Luster. Przeszukałem bazę danych Firmy od dechy do dechy, a im głębiej szperałem, tym częściej system blokował mi dostęp i częstował komunikatem, że nie mam uprawnień do przeglądania ściśle tajnych dokumentów. A zatem Firma coś o Kusicielu wie, ale informacjami na jego temat dzieli się tylko z nielicznymi wybrańcami. W każdym razie muszę jeszcze pogrzebać, zanim się dowiem, co to za gościu i jak go dorwać.

– No to dupa blada. To pewnie zajmie całe tygodnie.

– Niekoniecznie – uspokoił ją. – Znam w Warszawie jednego takiego wybrańca, który może sobie myszkować w poufnych danych do woli. Jutro jadę do stolicy, a ty nie daj się zabić, kiedy mnie nie będzie, dobra?

Ha, żeby to było takie proste, pomyślał zasępiony Pech i ani na moment nie odrywał oczu od butelki whisky.

Ida smętnie pokiwała głową. Milczała, przygryzając dolną wargę i nerwowo skubiąc rękaw swetra.

– Wiesz, co przyszło mi do głowy? – zapytała wreszcie.

– Nie wiem, ale poznaję ten ton i już się boję. Głos ci się zmienia zawsze, gdy wpadniesz na jakiś szalony pomysł.

– W księgach Tekli wyczytałam, że nawet wiele lat po śmierci ciało nadal przechowuje wspomnienia – powiedziała, nie zważając na jego słowa. – Pomyślałam więc, że gdyby tak zbadać Jednookiego...

– Ruda z Mamajem już mu prześwietlili umysł – przerwał jej szybko łowca. – Nic nie znaleźli.

– A czy któreś z nich pofatygowało się do środka?

– Jak to: do środka?

– No zwyczajnie. – Dziewczyna niecierpliwie zastukała paznokciami w szklankę. – Której części „do środka” nie łapiesz? Jako szamanka od umarlaków powinnam dać radę.

– Nie wydaje ci się, że to trochę niebezpieczne? Ten człowiek był opętany...

– No i go odpętaliście – wpadła mu w słowo. – No co to za mina, przecież mówiłeś, że Jednooki jest po wszystkich egzorcyzmach i że ciało nie stanowi już żadnego zagrożenia.

– Mówiłeś, mówiłeś – przytaknął ponuro. – Ale gdybym wiedział, że takie rzeczy zaczną przychodzić ci do głowy, to nic bym nie mówił. A poza tym sama powtarzałaś, że cudze ciało to co innego, dlatego nie zdecydowałaś się iść na spotkanie z notariuszem przyodziana w powłokę Lewandowskiej, pamiętasz? Z własnego możesz wyłazić i włazić z powrotem, ile ci się żywnie podoba, ale w przypadku cudzego...

– Z Rudą mi się udało – przypomniała Ida. – I to na odległość. Teraz będzie łatwiej, Kwiatkowski nie dość, że jest do naszej dyspozycji w dowolnej chwili, to na dodatek nie żyje, więc nie będzie stawiał oporu.

– Nie podoba mi się ten plan – oświadczył Kruchy niemal obrażonym tonem. – To jest bardzo głupi plan. Nie możesz poczekać, aż wrócę z Warszawy? Może zdobędę jakieś informacje i zwiedzanie Mikołajowych flaków w ogóle nie będzie konieczne...

– Oj, przestań marudzić! – Ida nie wytrzymała i rzuciła w niego poduszką. – Muszę zacząć działać, bo inaczej zwariuję, a wycieczka w Mikołajowe flaki to jak na razie jedyna rzecz, jaką mogę zrobić. W notatkach Stanisławy nie ma ani słowa o tym, jak unieważnić nieśmiertelną przysięgę, w księgach Tekli też nie znalazłam choćby wzmianki na ten temat. A dopóki ciotka wisi mi nad głową, nie mogę wywołać Staśki z zaświatów, żeby nauczyła mnie przechodzić na drugą stronę lustra, bo jak wyjdzie na jaw, co kombinuję, to dopiero będzie afera. Tekla wie, jak się przechodzi, ale już dawno zapowiedziała, że będzie ostatnią duszą na Ziemi, która mnie w tym przeszkoli. Dlatego pozwól mi poszukać informacji o Kusicielu we wspomnieniach Jednookiego, przecież niczym nie ryzykujemy.

– Stanisława była współpracowniczką Kwiatkowskiego – nie ustępował Kruchy. – A niewiele jest nam w stanie o Kusicielu powiedzieć, dlaczego więc Jednooki miałby...

– Przecież ona, w przeciwieństwie do Jednookiego, nie podpisała paktu z Demonem Luster, tylko uciekła, więc nic dziwnego, że niewiele wie. Możesz z łaski swojej nie szukać dziury w całym?

– A rób, co chcesz – poddał się wreszcie. – Pogadam z Rudą, zabierze cię do kostnicy.

Ida skinęła głową i opróżniła szklankę jednym haustem. Kaszlnęła w pięść.

– A właśnie, byłbym zapomniał – mruknął łowca, przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu papierosów i zapalniczki. – Nasza ekipa zwija się z twojej kamienicy pod koniec tego tygodnia. W weekend skończą modyfikować pamięć ostatniej rodzinie, która dopiero wróciła z urlopu. Oczyszczą też mieszkanie Kwiatkowskich jeszcze raz, dla pewności. Od poniedziałku możesz z powrotem się wprowadzić i wynająć komuś puste lokale. Albo ewentualnie sprzedać wszystko w cholerę, jeśli to miejsce źle ci się kojarzy...

– Czekaj, czekaj... – Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Jakie wynająć, jakie sprzedać, o czym ty gadasz?

– A to ty nic nie wiesz? Lewandowska cały majątek zapisała tobie, Ruda ci o tym nie wspominała?

Ida wybałuszyła oczy i wolno pokręciła głową.

– No masz... – Kruchy wyciągnął do niej paczkę lucky strike’ów, ale ponieważ szamanka była zbyt oszołomiona wieściami, by w ogóle to zauważyć, bez zbędnych ceregieli wsunął jej papierosa do lekko rozchylonych ust. – Zapisała ci kamienicę i wszystkie swoje oszczędności, no i muszę przyznać, że trochę tego jest.

– Przecież to mi dyktowała swoją ostatnią wolę – zaprotestowała dziewczyna. – Na pewno bym zapamiętała, gdyby wymieniła mnie jako spadkobierczynię...

– Najwidoczniej w ostatniej chwili zmieniła zdanie, bo kazała notariuszowi sporządzić nowy dokument.

– Jak nic wezmą mnie teraz za łowczynię spadków – zawyrokowała i nachyliła się, by odpalić papierosa od wyciągniętej ku niej zapalniczki. – To już drugi w ciągu kilku miesięcy, najpierw Tekla, teraz Lewandowska...

– Se znalazła powód do narzekań – parsknął Kruchy. – Podziel się ze mną, jeśli masz za dużo, zdajesz sobie sprawę, jak w WON-ie kiepsko płacą?

– Wyjaśnij mi, proszę, bo coś nie mogę zakumać – wymamrotała, przeczesując palcami splątane włosy. – Co jej w ogóle przyszło do głowy, żeby mi cokolwiek zapisywać?

– A bo ja wiem? Może stwierdziła, że nikt z wcześniej wskazanych przez nią spadkobierców nie zasługuje na przejęcie majątku, i postanowiła ci się odwdzięczyć za przeprowadzenie w zaświaty.

Szamance jakoś trudno było uwierzyć, by wścibska i wredna Lewandowska wiedziała, co to wdzięczność. O bezinteresowności nie wspominając. Ida była gotowa iść o zakład, że prędzej czy później widmo kobiety złoży jej wizytę, żeby zażądać czegoś w zamian za niespodziewany spadek. Dziewczyna nie zdążyła jednak podzielić się z łowcą swoimi wątpliwościami. Gryzak, który do tej pory leżał zwinięty w kłębek w nogach łóżka, z trudem dźwignął się na łapki, przyczłapał do swojej pani i delikatnie pociągnął ją ząbkami za rękaw swetra.

– A jemu co się stało? – Kruchy uniósł brwi. – Wzdęty jakiś taki...

– Obżarł się snami. Przez ostatnie dni sporo ich się nazbierało, muszę mu wreszcie ulżyć i zobaczyć, co za koszmary mnie ostatnio nawiedzają. – Ida skrzywiła się z niechęcią. – Pewnie znowu zobaczę jakiegoś cudaka, któremu pisany jest rychły zgon, i będę musiała zaopiekować się jego duszą, a przecież nie mam na to czasu! Kwiatkowski to teraz mój priorytet...

– Życzę zatem udanego seansu. – Łowca zerknął na zegarek i wstał z fotela. – Wyjeżdżam jutro z samego rana, a muszę jeszcze załatwić parę spraw. – Szybko opróżnił swoją szklankę i z trzaskiem odstawił na biurko.

– A ty czasem nie przyjechałeś samochodem? – spytała podejrzliwie. – Zamierzasz prowadzić pod wpływem, mój ty bezkompromisowy stróżu Praw?

– Niewykonalne – westchnął z udawanym żalem. – Miałem już kiedyś pewne... incydenty...

– Incydenty?

– Incydenty. I teraz podczas służby muszę nosić to. – Kruchy podciągnął rękaw skórzanej kurtki, odsłaniając nadgarstek, i zaprezentował Idzie nabijaną ćwiekami bransoletę z czarnej skóry.

– Toż to zwykła pieszczocha.

– A figę, bo amulet. Całkowicie neutralizuje działanie alkoholu i wszelkich używek. Znaczy oprócz fajek. No i kawy. Ale poza tym wszelkich.

– I możesz żłopać wódę w godzinach pracy?

– Nie mogę, ale nawet gdy złamię regulamin, to i tak z tym na ręku nie zdołam się choćby odrobinę wstawić, a zbyt lubię smak alkoholu, by nie próbować. Nie mam obowiązku zakładać go po służbie, ale jak sama widzisz, nawet wtedy potrafi się przydać. No. To idę. – Zarzucił plecak na ramię i wyjął coś z tylnej kieszeni spodni. – Jak znajdziesz coś we wspomnieniach Kwiatkowskiego, dzwoń. – Rzucił dziewczynie komórkę. – Skoro grzebiemy przy tajemnicach Firmy, lepiej mieć się na baczności. Dlatego kazałem zabezpieczyć telefon magią i teraz jest praktycznie nie do namierzenia. Mój numer znasz. Stay frosty, szamanko.

Tekla kręciła się w tę i z powrotem po pokoju. Była do granic rozdrażniona tym, że nie mogła niczego podpatrzeć ani co gorsza, podsłuchać rozmowy Idy i tego podejrzanego młodego człowieka. Krążyła w powietrzu pogrążona w jak najgorszych myślach, gdy nagle ów podejrzany młody człowiek zmaterializował się tuż przed jej nosem, po czym bezczelnie przelazł jej przez duszę i z potwornym dudnieniem zbiegł po schodach.

Ciotka niechybnie dostałaby zawału.

Na szczęście była już martwa.

Otrząsnęła się z szoku i świętego oburzenia, poczekała parę sekund i przełamując odrętwienie, jakie ogarnia duszę po nagłym kontakcie z żywym ciałem, rozejrzała się po pokoju. Tak samo pustym i cichym jak przed chwilą. Czym prędzej dopadła okna i gdy upewniła się, że Ida nie opuściła willi w towarzystwie czarnowłosego, znów zaczęła snuć się w powietrzu między łóżkiem a regałem, zachodząc w głowę, co takiego chciała przed nią ukryć ta niepoprawna pannica, skoro wciąż nie ściągała zasłony...

Kto jak kto, ale Tekla miała szósty zmysł.

A nawet siódmy, jeśli liczyć kobiecą intuicję. I teraz ta intuicja darła się w niej wniebogłosy i co sił biła na alarm.

Duma z siostrzenicy, która włożyła tyle wysiłku, by nauczyć się pleść widmową mgłę, zniknęła bez śladu pod lawiną domysłów, obaw i ogromnych znaków zapytania. Ciotka nadal nie miała pojęcia, w co tym razem wpakowała się jej podopieczna, ale dałaby sobie duszę rozproszyć, że w coś bardzo, bardzo niebezpiecznego. Przez chwilę łudziła się, że Ida zwyczajnie i po szczeniacku się wzięła i zakochała, stąd te wahania nastroju, stres, nieprzespane noce, siwe włosy... Nie, no nie, bez sensu, przecież to nie wygląda jak objawy zakochania, raczej depresji, jeśli już! No... no chyba że zakochała się nieszczęśliwie. Tekla w zamyśleniu pokiwała głową. To by nawet pasowało, nieodwzajemniona miłość wyniszcza skuteczniej niż niejedna zaraza. A i ten czarnowłosy wygląda na takiego, co to lubi rozkochać, skrzywdzić i zostawić, oj tak, ciotka poczuła to przez duszę, gdy tylko go zobaczyła. I teraz jeszcze wybiegł tak nagle, jakby go sam diabeł gonił, a Ida wciąż nie ściągnęła widmowej zasłony...

Matko, zabił ją!

Ależ gdzie tam, co za idiotyzm, przecież gościu jest z WON-u, na cholerę miałby ją zabijać?! No to może zerwał z nią i ona się zabiła...

Kobieta nerwowo poprawiła włosy i przygryzła dolną wargę, bezskutecznie próbując się uspokoić i przegnać z umysłu krwawe wizje.

Dobra, po co zaraz tak drastycznie. Może Ida ryczała właśnie w poduszkę, jak to porzucone baby mają w niechlubnym zwyczaju. I nie rozpraszała mgły, by zapewnić sobie chwilę prywatności, uniknąć niewygodnych, bolesnych pytań. Ale jeśli Tekla miała rację, jeśli dziewczynę i tego... no, Łamliwego czy jak mu tam było... Jeśli coś ich łączyło, to oboje musieli być urodzonymi aktorami, bo nic nie dali po sobie poznać, nie zdradzili się choćby jednym spojrzeniem. Ciotka jako wróżka nigdy co prawda nie specjalizowała się w horoskopach miłosnych, ale przecież od razu by wyczuła, gdyby próbowali coś przed nią ukryć. Ale nie wyczuła, a zatem nie udawali, a zatem nie mieli nic do ukrycia, a zatem niczego między nimi nie było, a zatem...

Ano właśnie: a zatem co?

Tekla powróciła w swych rozważaniach do punktu zero i tak ją to zirytowało, że porwała z parapetu doniczkę z kaktusem i cisnęła nią przez pokój, prosto w ścianę. Huk uderzenia natychmiast wyrwał ciotkę z rozmyślań. Zdumiona do granic gapiła się na rozbitą ceramikę i rozsypaną ziemię.

Pierwszy raz od ponad dwóch lat udało jej się dotknąć materialnego przedmiotu, nie mówiąc już o rozwaleniu go w drobny mak. Pierwszy raz od ponad dwóch lat została tak wyprowadzona z równowagi.

I kiedy tak patrzyła na biednego kaktusa, doszła do wniosku, że jeszcze nigdy, ani za życia, ani po śmierci, o nikogo nie bała się tak bardzo jak teraz o Idę.

Tymczasem nieszczęśliwy i pełen żalu łapacz snów zaczął z mozołem wdrapywać się na kolana swojej pani, popiskując przy tym tak, że serce się krajało. Dziewczyna musiała go przytrzymać, gdy stracił równowagę i o mało nie zarył nosem w materac.

– No już, już – zamruczała łagodnie. Upewniła się, że widmowa mgła nie zaczęła się pruć i przerzedzać, po czym podrapała Gryzaka za uszami. – Chodź tutaj. – Z trudem dźwignęła z łóżka pękatą, futrzaną baryłkę i delikatnie odczepiła pazurki od wełnianej narzuty. Wzięła koszmarka na kolana, posadziła go pyszczkiem do siebie i popatrzyła głęboko w żółte ślepia. – Pokaż no, co za atrakcje dla mnie połknąłeś.

Ledwo to powiedziała, oczyska stworka rozszerzyły się, tęczówki straciły kolor, upodabniając się do dwóch gigantycznych płatków śniegu, wreszcie zaszły mgłą. Ida usiadła wygodniej i zaczęła z uwagą obserwować, jak mleczne tumany wydymają się w coraz dziwaczniejsze kształty. Gryzak pomrukiwał, zwinięty w wibrujący, ciepły kłębek, a szamanka czekała, aż coś się wreszcie wyłoni z oparów. Gdy po trzech minutach obraz się nie zmienił, zaczęła się wiercić i niecierpliwie bębnić palcami o blat nocnego stolika. Po siedmiu próbowała skupić uwagę na projekcji widniejącej w ogromnych ślepiach, lecz zamiast tego co chwilę zerkała na wskazówki budzika. Po dwunastu doszła do wniosku, że łapacz niechybnie się zawiesił i już go miała zresetować i wybudzić z transu, gdy wreszcie coś ciemnego zamajaczyło nieśmiało wśród białych tumanów. Szamanka pochyliła się nad Gryzakiem, obserwując pęczniejącą, coraz ciemniejszą plamę o nieokreślonym kształcie. A kiedy po sekundzie dotarło do niej, na co patrzy, szarpnęła się do tyłu tak gwałtownie, że koszmarek o mało nie spadł jej z kolan.

We mgle nie było nic, nikt się z niej nie wyłaniał.

To mgła zmieniała kolor.

Widok głębokiej czerwieni, którą opary zaczęły błyskawicznie nasiąkać, sparaliżował dziewczynę, a jednocześnie było w nim coś tak hipnotycznego, że nie potrafiła odwrócić wzroku. Skulona na łóżku patrzyła, jak wiśniowe wstęgi wypływają ze ślepi łapacza, suną jej po brzuchu, zalewają łóżko i ściekają na podłogę tylko po to, by zaraz odbić się od niej i wzlecieć z powrotem. Nieśpiesznie wpełzały na meble i ściany, aż całkiem przysłoniły sufit. Świat zarumienił się i przygasł. Parne powietrze lepiło się do skóry, coraz trudniej było nim oddychać. Ida z gorąca i braku tlenu dostała wypieków i mroczków przed oczami, powieki opadały uparcie, mimo że z całych sił starała się zachować przytomność. I kiedy jej umysł tonął powoli w błogiej nieświadomości, poczuła nagle ostry zapach pieprzu i imbiru.

Zanim zdążyła na dobre spanikować, usnęła w objęciach miękkiego szkarłatu.

Pośrodku zalanego księżycowym blaskiem ogrodu stoi kobieta o długich śnieżnobiałych włosach i oczach, w których mieści się cały wszechświat. Fiołkowe tęczówki raz po raz błyskają w mroku tysiącem migoczących światełek, a każdy taki rozbłysk do złudzenia przypomina wybuch supernowej. Białowłosa nuci pod nosem kołysankę, ostrożnie, niemal z namaszczeniem przycinając krzak dzikiej róży. Najeżone ostrymi kolcami gałązki gładzą ją delikatnie po dłoniach i włosach.