Demiurg. Biografia Adama Michnika - Roman Graczyk - ebook

Demiurg. Biografia Adama Michnika ebook

Roman Graczyk

3,4

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Biografia Adama Michnika - jednego z najbardziej znanych architektów przemian polskiej rzeczywistości. Roman Graczyk nie pisze z pozycji ani „przeciw Michnikowi”, ani „za Michnikiem”, lecz z pozycji „o Michniku”. Nie wyklucza to jego pozytywnych ani negatywnych ocen, ale omija wszystkie założenia a priori w stosunku do opisywanej postaci. Jedni Adama Michnika kochają, inni – szczerze nie cierpią. Nie da się powiedzieć ani jednego, ani drugiego o autorze tej książki. Rzetelnie opisuje nieproste koleje życia swojego bohatera. Przedstawia wyraziste poglądy Adama Michnika i mechanizmy tworzenia ideowych biegunów sceny politycznej.

Książka ukazuje potężną i wpływową osobowość, kogoś, kto ma ambicje budowania nie tylko sceny politycznej, ale i meblowania głów polskiej inteligencji. I to mu się w poważnym stopniu udało.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
0
2
3
0
0

Popularność




Zdjęcie na pierwszej stronie okładki

© Tomasz Michalak/PAP

 

Zdjęcie na czwartej stronie okładkiPaweł Ulatowski

 

Okładka i projekt graficzny

Fahrenheit 451

 

Redakcja i korekta

Barbara Manińska

 

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

 

Autor dziękuje Barbarze Bułat z Biblioteki Jagiellońskiej oraz Annie Bernhardt, Leszkowi Czarneckiemu i Wojciechowi Sikorze z Instytutu Literackiego za pomoc w kwerendzie bibliograficznej

ISBN 9788366814059

Copyright © by Roman Graczyk

Copyright © for Zona Zero, Sp. z o.o., Warszawa 2021

Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35 faks 22 877 37 34 e-mail: [email protected]

 

KonwersjaEpubeum

Dofinansowano ze środków Ministra Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Literatury

Rozdział pierwszy .Dzieciństwo i młodość (1946–1964).Korzenie – grupa przyjaciół – natura buntownika

1.Genealogia

Każdy rodzi się w jakimś miejscu na ziemi i z jakichś rodziców. Nie wybieramy tego, ale to nas kształtuje. Początkowo określa bardzo silnie, niemal bezwyjątkowo, nasz sposób postrzegania świata. Kształtuje nasze gusta, szerokość horyzontów, stosunek do ludzi, rozumienie dziejów… Nawet jeśli później te uwarunkowania przekraczamy, czy wręcz buntujemy się przeciwko nim, pierwotny kontekst ciągle pozostaje ważny. Bo także sposób, w jaki je przekraczamy i przeciw nim się buntujemy, określa nas samych.

Dlatego żadna biografia nie może od tego abstrahować. W wypadku bohatera tej książki trudność polega na tym, że postać ta nie jest letnia – jedni go kochają, inni szczerze nie cierpią. Wielu spośród tych drugich próbuje uczynić z jego korzeni rodzinnych coś na kształt aktu oskarżenia. Dlatego w pierwszych zdaniach tej pracy chcę wobec takiego podejścia wyraźnie się zdystansować. Nie może to jednak oznaczać zignorowania genealogii. W biografii jest ona nie do ominięcia, ale też nigdy nie może być batem na opisywaną postać. Zawsze bowiem odpowiadamy tylko za własne wybory, nigdy za wybory naszych przodków.

Ojciec Adama Michnika, Ozjasz Szechter, urodził się w roku 1901 w Witkowie Nowym, w powiecie kamioneckim, w Galicji pod zaborem austriackim. Rodzina była uboga i niezasymilowana – zerwanie z żydostwem nastąpiło w pokoleniu i w osobie Ozjasza, a dokonało się poprzez jego przystąpienie do ruchu komunistycznego.

Jego rodzicami byli Klara Steinwurcel (ur. ok. 1870) i Natan Szechter (ur. ok. 1870 – zm. 1942), który był szojchetem (rzezakiem). Okolice, z których pochodził Ozjasz Szechter, po roku 1918 wróciły do Polski i stanowiły część województwa tarnopolskiego. Ozjasz od roku 1913 pobierał nauki we Lwowie, w szkole realnej. W wieku 16 lat zaczął utrzymywać się z korepetycji. Gdy miał 19 lat, stał się sympatykiem ruchu komunistycznego. Maturę zdał w czerwcu 1920. W roku 1921 wyjechał na studia do Wiednia. Przerwał je w roku 1923 (zapewne z powodów finansowych) i wrócił do Lwowa. Po odbyciu zasadniczej służby wojskowej od połowy roku 1924 pracował w biurze tartaku w Niwach, w powiecie radziechowskim. W 1925 roku powrócił do Lwowa i w grudniu tego samego roku wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU).

Ten krok trwale naznaczył jego los. Przez wiele lat wiódł życie komunisty-internacjonalisty, co w ówczesnych warunkach oznaczało los wywrotowca i człowieka marginesu. Ozjasz Szechter, tak jak jego partyjni towarzysze, chciał zburzyć stary świat, aby dopiero na jego gruzach zbudować nowy – świat bez wyzysku. To oznaczało jednak nie tyle krytykę II RP (a było za co ją krytykować), ile radykalne zerwanie z nią. Nawet więcej – zerwanie z niepodległym państwem polskim. To ten właśnie aspekt komunistycznego zaangażowania był czynnikiem najbardziej marginalizującym w Polsce po roku 1918, w kraju po ponadstuletniej niewoli narodowej, ludzi takich jak Ozjasz Szechter.

W marcu 1926 roku został – jako działacz nielegalnej partii politycznej – po raz pierwszy aresztowany i przebywał w areszcie kilka tygodni. Później miało go to spotykać jeszcze wielokrotnie. Dobrze poznał polską policję polityczną, polskie sądy, polskie areszty i polskie więzienia. Siłą rzeczy głównie przez pryzmat tych instytucji oraz – jako przekonany marksista – przez pryzmat marksistowskiej analizy stosunków społecznych, widział przedwojenną Polskę. I stosownie do tej wiedzy ją oceniał.

W lwowskim komitecie KPZU działał pod koniec lat 20. u boku wybitnego komunisty Ostapa Dłuskiego, pracując w pionie agitacji i propagandy1. Awansował w hierarchii partyjnej, zostając w 1927 roku zastępcą członka Komitetu Centralnego.

W październiku 1928 roku po raz kolejny został aresztowany, ale tym razem wydawało się, że może się to dla niego skończyć źle: w czerwcu 1929 roku stanął (wraz z 20 innymi członkami KPZU) przed sądem we Lwowie pod zarzutem zdrady głównej. Jednak ostatecznie został skazany tylko za zakłócanie spokoju publicznego na 15 miesięcy więzienia. W tym samym roku został skazany w innym procesie działaczy KPZU na siedem miesięcy pozbawienia wolności. Wyszedł na przerwę w odbywaniu kary w kwietniu 1930 roku, ale po zakończeniu przerwy nie stawił się do więzienia i przez pewien czas się ukrywał.

Wreszcie w 1933 roku został oskarżony o „próbę zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistycznym oraz oderwania od Państwa Polskiego południowo-wschodnich województw”. Był sądzony w słynnym procesie łuckim i skazany w 1934 roku na osiem lat pozbawienia wolności. W czasie rozprawy odwołał zeznania złożone w śledztwie jako wymuszone torturami. Miał wtedy powiedzieć zbyt wiele (z punktu widzenia lojalności partyjnej), co będzie miało później swoje konsekwencje. Gdy odbywał już karę więzienia, sąd partyjny skazał go na zawieszenie członkostwa w KPZU za przyznanie się w śledztwie do przynależności do organizacji, z prawem powrotu w rok po opuszczeniu więzienia. Opuścił je w 1936 roku zwolniony na mocy amnestii, po czym – w stosownym czasie – władze KPZU pozwoliły mu wrócić do partii. Po wyjściu z więzienia pracował krótko w Łodzi, potem wrócił – kolejny raz – do Lwowa i zatrudnił się w Domu Bankowym Ozjasza Grüssa. W KPZU został ponownie członkiem Komitetu Centralnego i był nim aż do momentu rozwiązania partii przez Komintern w roku 1938.

W tym mniej więcej czasie dopada go coś na kształt kryzysu powołania. Można tu użyć tego terminu, wywiedzionego z dziedziny pojęć religijnych i kościelnych, bo rodzaj identyfikacji Ozjasza Szechtera z marksizmem jako opisem świata, z komunizmem jako ideą jego radykalnej naprawy i z partią komunistyczną jako swego rodzaju Kościołem orzekającym o autentyczności marksistowskiego Objawienia, był właśnie quasi-religijny i quasi-kościelny. Jak wielu komunistów jego pokolenia, Ozjasz Szechter miał nie tylko komunistyczne przekonania, ale wyznawał swego rodzaju komunistyczne credo. Tak wyznawcza postawa sprawia, że człowiek potrafi wiele wycierpieć dla swojej Idei i dla swojej Partii – tak było także w tym wypadku. Gdy taka komunistyczna wiara dozna jednak szwanku, uraz staje się bardzo głęboki i – często – nie do naprawienia. Wydaje się, że tak właśnie było w wypadku Ozjasza Szechtera2. Jak pisze Cyril Bouyeure, autor jedynej jak dotąd biografii Adama Michnika, Szechter po wyjściu z więzienia przeżył szok ideowy3: wkrótce bowiem w Związku Radzieckim rozpoczęły się czystki w szeregach partii komunistycznej, w tym w jej polskiej przybudówce – Komunistycznej Partii Polski. W wyniku tych czystek wierchuszka KPP została stracona, a wielu działaczy niższego szczebla skazano na więzienie lub łagier. Wolno przypuszczać, że Szechtera jako przekonanego internacjonalistę uwierało nie to, że represje dotykały akurat polskiej partii (skądinąd wiadomo, że KPP w zasadzie nie wyrażała polskich interesów), lecz to, że dotykały komunistów – ludzi bezgranicznie oddanych Sprawie Rewolucji. W każdym razie odtąd Ozjasz Szechter już nigdy nie miał cieszyć się niezachwianą wiarą w komunizm. Jednak też komunizmu się wtedy nie wyrzekł: podążał, jak wielu ludzi z podobnym bagażem doświadczeń, drogą komunisty po przejściach. W tym kontekście może warto pamiętać o pewnym wyznaniu, które Ozjasz Szechter złożył swojemu synowi w latach 70. Przed laty – pisał w 1983 roku Adam Michnik – kiedy kolejny raz powróciłem do domu z więzienia (a może tylko z komisariatu po dwóch dobach?), ojciec długo w noc opowiadał mi o swoim wojennym pobycie w Rosji. Było to wyjątkowe, bowiem rzadko powracał do tych wspomnień. Z ust człowieka, który lata II Rzeczypospolitej spędził w szeregach kompartii (a osiem z tych lat przesiedział w więzieniu, gdzie policja obiła mu nerki, nauczył się angielskiego i gruntownie poznał wszystkie święte prawdy marksistowskie), usłyszałem: „Dziękuj Bogu, że nie żyjesz w Rosji. Tam nie wracałbyś z komisariatu do domu. Tam raz byś trafił do KGB i więcej nikt by o tobie nie usłyszał, nikt też nie ośmieliłby się zapytać, co się z tobą stało”.

W tę noc ojciec uświadomił mi, że najważniejsze, najistotniejsze z tego, co Polacy wyrwali komunistom z gardła, co wywalczyli twardym, zaciętym, konsekwentnym oporem, to właśnie prawo do tego, by „ginąć odświętnie”4.

Pod koniec lat 20. Ozjasz Szechter był związany z Sabiną Chatz, działaczką KPZU. Z tego związku urodził się w 1929 roku Jerzy. Jego matka umarła przy porodzie. Wkrótce (w roku 1930) Szechter wszedł w związek z Heleną Michnik, która nieco wcześniej (w 1929) urodziła syna Stefana ze związku z Samuelem Rosenbuchem, prawnikiem i działaczem komunistycznym. Rodzice Stefana szybko się rozeszli, a Samuel Rosenbuch wyjechał do ZSRR, gdzie kilka lat później (w 1937) zginie w czystkach stalinowskich. Tak więc odkąd Ozjasz Szechter i Helena Michnik stworzyli związek5, mieli od razu dwoje dzieci – dwóch chłopców, urodzonych w tym samym roku, którzy wychowywali się razem: Jerzy ze swoim ojcem, przybraną matką i przyrodnim bratem, Stefan zaś ze swoją matką, przybranym ojcem i przyrodnim bratem. Wspólnym dzieckiem Heleny Michnik i Ozjasza Szechtera będzie później Adam, ale on urodzi się dopiero po wojnie – Jerzy i Stefan, kilkanaście lat starsi, będą jego braćmi przyrodnimi.

Matka Adama Michnika, Helena (ur. w 1903) pochodziła z Krakowa, z żydowskiej rodziny – na początku XX wieku już spolonizowanej. Jej rodzicami byli Perła Grunwald i Hirsch Michnik. Według spisu ludności Krakowa z 1910 roku6 żył jeszcze wtedy ojciec Hirscha, a dziadek Heleny – Selig Michnik, który miał wykonywać zawód „talmudysty”. Pradziadek Adama Michnika był więc człowiekiem biegłym w Piśmie i zapewne pod nieobecność rabina wyjaśniał ludności problemy związane z prawem żydowskim (np. to, co jest, a co nie jest koszerne), mogły one także być związane z sądownictwem żydowskim, nauką w chederze itp. Jego syn Hirsch miał być „wyrobnikiem dziennym” – czyli robotnikiem bez stałego zatrudnienia. Oznaczałoby to raczej skromny status materialny rodziny. Mimo to jego córka, a wnuczka talmudysty Seliga, zdobyła staranne wykształcenie.

W 1921 roku rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Wydziale Filozoficznym7. W owym czasie obecność kobiet na studiach uniwersyteckich nie była zjawiskiem nagminnym. Helena (wcześniej, w domu: Hinda) Michnik musiała być wybitnie zdolna, skoro studiowała, mimo że pochodziła z niezamożnego domu. Do tego – co było już prawdziwą rzadkością – obroniła doktorat – i to wyjątkowo szybko: Od czasu złożenia podania o dopuszczenie do rygorozów [przewodu doktorskiego – R.G.] do promocji upływał zwykle okres dwóch lat – pisze historyk nauki. – Na wcześniejszą promocję należało posiadać zgodę Ministerstwa. Jeden tylko miał miejsce przypadek promocji doktorskiej w roku ukończenia studiów; dyplom, który otrzymała w 1926 r. 23-letnia H. Michnik [...]8. Praca, która była podstawą jej doktoratu, nosiła tytuł Epilog husytyzmu w Polsce (po r. 1440)9.

Helena Michnik była czynna w organizacjach studenckich na UJ. Według innego historyka nauki dotyczyło to dwóch organizacji lewicowych: Niezależnego Związku Akademickiej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” oraz Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej10.

Pod koniec tej dekady Helena Michnikówna wyjechała do Drohobycza, gdzie uzyskała posadę nauczycielki w szkole. Tam związała się najpierw z Samuelem Rosenbuchem, a później z Ozjaszem Szechterem.

Wojenne losy Heleny Michnik i Ozjasza Szechtera też były typowe dla polskich komunistów o żydowskich korzeniach. W chwili zajęcia Kresów Wschodnich przez Sowiety mieszkali we Lwowie, Ozjasz znalazł pracę w Obwodowym Banku Państwowym. Adam Michnik wspominał, że w tym czasie jego ojciec był naznaczony traumą „wielkiego strachu”11 i dlatego nie był we Lwowie lat 1939–1941 politycznie aktywny. W domyśle: ...chociaż, jako przedwojenny komunista, teoretycznie dobrze by do takiej roli pasował. Ozjasz i Helena mieli świadomość komunistów-internacjonalistów, ale jako Żydzi według ustaw norymberskich musieli w 1941 roku, po ataku Niemiec na ZSRR, uciekać na wschód. Dostali się do Uzbekistanu, tam Helena pracowała jako nauczycielka w polskiej szkole w Namanganie, Ozjasz natomiast w banku. W 1943 roku się rozdzielili: Ozjasz został wcielony do Armii Czerwonej (był od 1939 r. obywatelem sowieckim), służył na granicy z Persją, został zdemobilizowany w lecie 1945 roku. Wtedy pojechał do Moskwy, tam wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. Jesienią tego roku wrócił – ostatni już raz – do Lwowa – kierował krótko sekcją radiowo-prasową Wydziału Kulturalno-Oświatowego Zarządu Obwodowego Związku Patriotów Polskich. Wbrew nazwie była to organizacja polskich komunistów ściśle podlegająca władzom sowieckim i realizująca sowiecki plan wasalizacji Polski po wojnie. Wstąpienie Szechtera do ZPP i PPR mogłoby świadczyć o tym, że jego rozczarowanie komunizmem nie było definitywne. Mogło jednak też być tak, że – pragmatycznie – próbował jakoś zakorzenić się w powojennej rzeczywistości, mimo poważnego nadwątlenia komunistycznej wiary. Z żydostwem nie czuł – poza tradycją rodzinną – żadnych związków, dlatego nie planował, jak wielu Żydów wschodnioeuropejskich ocalałych z Holocaustu, wyjazdu do Izraela. Zdecydował się na powrót do Polski.

Nie jest jasne, jaką drogą wydostała się z ZSRR Helena z dziećmi. Jeden z  portali internetowych podaje, że stało się to dzięki Armii Andersa, a pod koniec 1945 roku Helena wraz z chłopcami powróciła z Zachodu do Polski12. Faktem jest, że mniej więcej w tym czasie Ozjasz Szechter przyjechał do Warszawy ze Lwowa. W każdym razie w 1946 roku zamieszkali wspólnie w Warszawie. Ich krewni w większości zginęli w Zagładzie.

To jest w naszej opowieści rok zero: wtedy rodzi się Adam Michnik. Naturalnie człowiek, który przychodzi dopiero na świat, nie ma żadnej świadomości okoliczności, miejsca i czasu. Mają ją jednak jego rodzice, co potem – pośrednio – rzutuje na życie nowo narodzonego.

Otóż rodzice Adama Michnika w roku 1946 próbują, jak wielu innych, znaleźć sobie miejsce w świecie po klęsce. W tym sensie są w takiej samej sytuacji, jak wtedy miliony ludzi pod tą szerokością geograficzną, którzy przeżyli wojnę, a nowy powojenny porządek jest gwarantowany przez sowieckie czołgi na wschód od Łaby. To doświadczenie wszystkich Polaków tamtej doby: 8 maja 1945 roku nie był dla nich dniem zwycięstwa. Helena Michnik i Ozjasz Szechter są jednak w innej – w pewnym sensie gorszej – sytuacji niż ogół Polaków. Dla nich, polskich komunistów pochodzenia żydowskiego, inaczej niż dla Polaków z tradycji dworkowo-niepodległościowej – nowa Europa i nowa Polska pod dominacją ZSRR to także gorzka świadomość, że Wielki Projekt, w który uwierzyli w czasach młodości, został zdradzony. Większość Polaków zapamiętała ze stosunków polsko-rosyjskich z okresu wojny sowiecki gwałt na Polsce. Oni zapamiętali gwałt na komunistach, będący wynikiem nie tyle działania sił obcych, ile będący wynikiem zdrady ideałów, w które wierzyli. Pamiętali przecież czystki w ZSRR wymierzone w swoich, pamiętali komunizm sowiecki w Rosji w czasie wojny. Z takim bagażem doświadczeń wchodzą do – szeroko pojętych – elit nowej władzy.

Helena Michnik wykłada w szkole Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego. Później jest nauczycielką historii w liceum, jeszcze później autorką popularnego podręcznika do historii, badaczem marksizmu (w roku 1971 ukazały się drukiem, pośmiertnie, rękopisy Marksa z okresu powstania styczniowego pod jej redakcją13), w końcu szefową sieci klubów prasy międzynarodowej Empik (nie mylić ze współczesną siecią sklepów o tej samej nazwie). Jako popularyzator historii Helena Michnik została przede wszystkim zapamiętana za współautorstwo – z Ludwiką Mosler – licealnego podręcznika do historii Polski. Miał on kilkanaście wydań i – jak wszystkie podręczniki w tamtych czasach – monopol w nauczaniu szkolnym. Może dlatego wielu ludziom tamtego pokolenia dobrze utkwiły w pamięci pewne sformułowania wzięte z marksistowskiej filozofii historii, które na siłę pokazywały dzieje narodowe Polaków jako przede wszystkim proces rewolucyjny, którego zwieńczeniem miał być ustrój szczęśliwości – komunizm. Gdy piszący te słowa poznał Adama Michnika, bodaj w 1987 roku, po krótkiej wymianie zdań na temat jego korzeni rodzinnych i Heleny Michnik przyszły redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” bez kompleksów zacytował z pamięci jakiś wulgarnie marksistowski fragment z tego podręcznika. Trzeba bowiem wiedzieć, że znalezienie w tej książce takich fragmentów naprawdę nie jest trudne i całe pokolenia uczniów PRL-owskiej szkoły od tej właśnie strony zapamiętały tę książkę. Na przykład taka jest tam ocena Powstania Kościuszkowskiego: Wykazało dobitnie ścisłą zależność zwycięskiej walki o wolność od przeprowadzenia głębokich reform społecznych. W rewolucyjny sposób, po jakobińsku, dały masy ludowe wyraz swojego patriotyzmu, wieszając na szubienicy zdrajców i walcząc bohatersko na polach bitewnych. Powstanie kościuszkowskie odegrało doniosłą rolę międzynarodową, pomogło w uratowaniu rewolucji francuskiej. […] Marks podkreślał, że powstanie kościuszkowskie osłabiło siły reakcji. Stwierdził, że ogólnonarodowa walka wyzwoleńcza o charakterze historycznie postępowym możliwa była w XVIII w. tylko w drodze konsekwentnej walki z feudalizmem, że obcą interwencję zwyciężyć mógłby jedynie taki ruch patriotyczny, w którym by zasadniczą rolę odegrał wolny chłop. Podkreślał, że pierwsi Polacy z narodów wschodniej Europy zrozumieli to i chcieli wcielić w życie w powstaniu kościuszkowskim14.

Ozjasz Szechter zaraz po zamieszkaniu w Warszawie pracuje jako kierownik Wydziału Prasowego Centralnej Rady Związków Zawodowych, potem jako zastępca redaktora naczelnego „Głosu Pracy” (organu CRZZ), później jako redaktor w wydawnictwie Książka i Wiedza15. Jest członkiem PPR, potem PZPR, ale nie robi błyskotliwej kariery partyjnej. Adam Michnik wspominał później, że ojciec od początku nie akceptował władzy komunistycznej w Polsce, uważając ją za narzuconą, sam zaś rozważał myśl o emigracji do USA, do czego nie doszło, gdyż Helena, będąc wtedy w ciąży (wkrótce urodzi Adama), była temu przeciwna. Mówił, że matka widziała wczesny PRL przez pryzmat reform socjalnych, ojciec zaś – przez pryzmat przemocy, ale że oboje mieli być, w czasach wczesnego dzieciństwa Adama, przeciwnikami realnego socjalizmu – tej wersji komunizmu, którą w Polsce zainstalowano16. Ta narracja syna trochę kłóci się z wiedzą o życiowych wyborach rodziców: ich przynależności partyjnej, ich pracy w aparacie propagandowo-ideologicznym PRL-u, a także pracy Stefana Michnika w samym sercu aparatu represji – chociaż tu należy poczynić zastrzeżenie, że Stefan, wybierając karierę komunistycznego prawnika, był już pełnoletni i mógł decydować samodzielnie, a nawet wbrew rodzicom. W każdym razie wiemy, że w 1948 roku nadarzyła się okazja do emigracji, gdy Ozjasz Szechter brał udział w delegacji rządowej na sesję Rady Ekonomicznej ONZ w Nowym Jorku, ale z okazji nie skorzystał i powrócił do Warszawy.

Prawie nic nie wiadomo o Jerzym Michniku, bracie przyrodnim Adama, synu Ozjasza i Sabiny Chatz. Według hasła „Ozjasz Szechter” w Polskim Słowniku Biograficznym jego pierworodny syn był z zawodu elektromechanikiem, po roku 1957 osiadł w Izraelu, a następnie w Stanach Zjednoczonych.

Więcej wiemy o drugim bracie przyrodnim Adama – Stefanie, synu Heleny i Samuela Rosenbucha. Tadeusz Płużański pisze, że pierworodny syn Heleny Michnik był aktywistą Związku Walki Młodych, a potem Związku Młodzieży Polskiej oraz że pracował jako laborant elektryk w elektrowni w Warszawie, w 1947 roku wstąpił do PPR, później do PZPR17. W 1949 roku rozpoczął kurs w Oficerskiej Szkole Prawniczej im. Teodora Duracza w Jeleniej Górze. Szkoła ta była kuźnią komunistycznych kadr dla wymiaru sprawiedliwości – w pierwszych latach po wojnie zasiedlonego jeszcze przez prawników z „niesłusznym” wykształceniem. Szkoła im. Duracza kształciła w ekspresowym tempie i w duchu marksistowsko-leninowsko-stalinowskim, ucząc młodych adeptów Temidy, jak orzekać szybko i surowo, by skutecznie tępić „reakcję” podnoszącą rękę na – by użyć wyrażenia z arsenału języka ówczesnej propagandy – zdobycze klasy robotniczej.

W podaniu o przyjęcie do Szkoły Duracza Stefan Michnik miał napisać: Do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce. Wyjąwszy kwestię, na czyją korzyść działał system (proletariatu, czy kasty komunistów Bieruta), młody człowiek wyraził się jasno, ujmując w krótkich słowach jądro problemu: nowego ustroju w Polsce nie byłoby bez dyktatorskich metod zdobycia i utrzymania władzy. Stefan miał też – jak podaje Płużański – być agentem Informacji Wojskowej, najpierw jako jej informator, a potem rezydent. Ten awans w strukturze agentury świadczyłby o tym, że przyszły sędzia był dobrze oceniany jako osobowe źródło informacji przez swoich mocodawców z UB. Stefan Michnik ukończył Szkołę Duracza w 1951 roku (miał wtedy 22 lata), uzyskał stopień podporucznika i został asesorem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie.

Sądownictwu wojskowemu przypadła szczególna rola w utrwalaniu władzy komunistów18. Organa władzy, powoływane w okresie zajmowania terenów Polski na zachód od Bugu przez Armię Czerwoną (i podporządkowaną jej armię polską gen. Zygmunta Berlinga), szybko zadbały o to, żeby stworzyć podstawy prawne dla nowego państwa19. Naturalnie cała ta operacja była z punktu widzenia legalności i ciągłości władzy wielką uzurpacją – ale to już inny temat. Nas tu interesuje, i to tylko w zarysie, sam kształt nowych instytucji, bo w nich właśnie w latach 1951–1953 robił błyskotliwą karierę Stefan Michnik.

Kilka cech szczególnych charakteryzowało sądownictwo wojskowe w Polsce czasów stalinowskich. Wyliczam tu trzy. Po pierwsze, wymienność kadr w składach orzekających. Stąd spektakularne przykłady (np. osławionego Juliana Polan-Harasina) sędziów, którzy specjalnie przyjeżdżali z innego terenu (zazwyczaj z innego Wojskowego Sądu Rejonowego) po to, by osądzić jakichś oskarżonych, szczególnie gdy trzeba było na zamówienie władz wydać wyrok kary śmierci. Po drugie, poddanie jurysdykcji sądów wojskowych także osób cywilnych. Dotyczyło to wielu kategorii przestępstw, ale także pewnych kategorii ludności bez związku z jakimkolwiek oskarżeniem, np. w latach 1944–1949 pracowników Polskich Kolei Państwowych jako jednostki zmilitaryzowanej. Dopiero w 1955 roku generalnie wyłączono osoby cywilne spod jurysdykcji sądów wojskowych. Po trzecie, delegowanie sędziów i prokuratorów wojskowych do orzekania w sądach powszechnych. Czyniło to granicę między sądownictwem powszechnym a wojskowym płynną – zawsze można było ją przesunąć na korzyść sądownictwa wojskowego tak, aby wypełnić zapotrzebowanie polityczne władz.

Ważnym elementem wzmacniania represyjności prawa karnego było wprowadzenie trybu doraźnego, który odtąd mógł być stosowany do dużo większej liczby przypadków niż przed wojną. Regulacja ta zawarta była w dekrecie „O postępowaniu doraźnym” z 16 listopada 1945 roku, który przewidywał m.in. wyznaczenie rozprawy sądowej w ciągu 24 godzin od otrzymania aktu oskarżenia oraz brak możliwości apelacji.

Celem, jaki przyświecał nowym regulacjom prawnokarnym, było rozprawienie się z dawną Polską i wszystkimi, którzy w jej imię sprzeciwiali się nowej władzy. Były te akty prawne, zgodnie z praktyką komunistyczną przećwiczoną już w Związku Radzieckim, ogólnikowe (a przez to dające się łatwo interpretować w zależności od politycznych potrzeb) i zarazem silnie represyjne – kara śmierci przewidziana w nich była nie jako wyjątkowe narzędzie polityki karnej, lecz niemal jako narzędzie pospolite. Tym bardziej z dużą łatwością orzekano kary długoletniego więzienia. Liczbę skazanych w procesach politycznych doby stalinowskiej w Polsce szacuje się na od 81 do 250 tysięcy20. Zresztą część procesów nagłaśniano w prasie i radiu, szeroko dopuszczano publiczność (chociaż poddaną uprzedniej selekcji) i nadawano im specjalną oprawę. Te procesy – zwane pokazowymi – były rodzajem spektaklu propagandowego obliczonego na zastraszanie społeczeństwa.

Na celowniku Wojskowych Sądów Rejonowych znaleźli się działacze polityczni i żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego. Skazywano ich często z paragrafów o współpracy z Niemcami podczas okupacji (z dekretu „O wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną, jeńcami oraz zdrajców narodu polskiego” z 31 sierpnia 1944), co było logiczną aberracją, miało jednak wywołać pożądany efekt psychologiczno-propagandowy21. W sumie WSR-y w całej Polsce wydały w latach 1946–1955 wyroki śmierci wobec 3468 osób (wobec 347 kara łączna była jednak niższa), z tego wykonano co najmniej 136322. Wszystkich wyroków śmierci (przed WSR-ami, innymi sądami wojskowymi i sądami powszechnymi) zapadło w tym czasie w Polsce ponad 8000 (większość z oskarżenia o przestępstwa polityczne), z czego wykonano około 400023.

W takiej strukturze pracował, jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, Stefan Michnik. Wśród skazanych przez niego na śmierć24 Tadeusz Płużański wymienia Andrzeja Czaykowskiego25, Zefiryna Machallę26, Karola Sęka27, Huberta Kubiaka28 i Tadeusza Jędrzejkiewicza29. Osobny przypadek stanowi Felicja Wolff30, ponieważ nawet w okresie największego nasilenia represji raczej nie zasądzano wyroków śmierci kobietom – a tu zapadł najwyższy wymiar kary wobec 58-letniej kobiety.

Stefan Michnik zakończył karierę sędziego wojskowego w 1953 roku. Przeszedł do pracy w Wojskowej Akademii Politycznej (w Katedrze Nauk Wojskowo-Prawniczych, kierowanej przez byłego sędziego WSR w Krakowie Juliana Polan-Harasina). Następnie był pracownikiem Zarządu Sądownictwa Wojskowego. W 1957 roku odszedł z wojska, krótko był adwokatem, a potem (w latach 1958–1968) redaktorem w wydawnictwie Ministerstwa Obrony Narodowej. W końcu, na przełomie 1968 i 1969 roku pracował w Państwowym Zakładzie Ubezpieczeń. W okresie antysemickiej nagonki w roku 1968 prasa przypominała jego udział w stalinowskim wymiarze sprawiedliwości. Wyemigrował z Polski w roku 1969, zamieszkał w Szwecji. W latach 70. współpracował z paryską „Kulturą”, większość tekstów na jej łamach podpisując pseudonimem Karol Szwedowicz.

Jak z powyższego wynika, najbliższa rodzina Adama Michnika była silnie uwikłana w komunizm – w wymiarze teoretycznym i praktycznym, włącznie z udziałem w aparacie terroru. Jako dziecko przyszły redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” oddychał atmosferą domu, którego mieszkańcy mieli w życiorysie epizod olśnienia komunizmem (który poświadczali czynem różnie, ale zawsze żarliwie), a potem odejścia od niego – jakiejś formy zawodu, zapewne innej w wypadku rodziców, a innej w wypadku brata.

Sam bohater tej pracy nie ukrywał swojej rodzinnej proweniencji, jej specyfiki i jej kolorytu typowego dla zaangażowania w komunizm w fazie stalinowskiej. Mówił na ten temat w 1988 roku: Jak na pewno wiecie środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydo-komuna. To jest żydo-komuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii – to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności31.

To trafne rozeznanie. Rodzice Adama Michnika byli typowymi przedstawicielami spolonizowanej żydowskiej inteligencji, silnie zaangażowanej w komunizm w latach 30. i 40. ubiegłego wieku, a potem stopniowo rozczarowanej do sposobu urzeczywistnienia ideału ich młodości, czy to w Ojczyźnie Światowego Proletariatu, czy też po 1944 roku w Polsce. Typowe jest wyjście (wyrwanie się?) ojca z kultury żydowskiej pod wpływem Marksa, marksizmu i ruchu komunistycznego, w który uwierzył, jak wierzy się w utopię – gorącą wiarą zelotów i neofitów. Podobnie gorący musiał być stosunek matki do Nowej Wiary. Typowy jest ich stosunek do komunizmu po doświadczeniach lat 30., kiedy oboje z bliska widzieli machinę stalinowskiego terroru w działaniu: czystkę dokonaną przecież nie tylko w stosunku do sił starego porządku (którym zapewne pogardzali), ale w stosunku do towarzyszy najbardziej oddanych Sprawie Rewolucji. Typowe jest ich późniejsze, już po wojnie, milczenie na temat grozy epoki Wielkiego Strachu i ich trwanie w obozie budującym komunizm w Polsce – wraz z tą wiedzą. Typowe jest ich potrójne wykorzenienie: z tradycji żydowskiej, bo wybrali komunizm; z tradycji polskiej, bo nie mogli się pogodzić z silną w niej dominantą patriotyczną i katolicką; z tradycji komunistycznej w końcu, gdy stopniowo przechodzili na pozycje dysydenckie.

Przypadek Stefana Michnika jest inny: trzeba by go zaliczyć do janczarów systemu i to tych, którzy czynnie uczestniczyli w zbrodniach komunistycznych, a potem usunęli się w cień (czego przyczyn – w jego przypadku – do końca nie znamy).

Taki jest rodzinny kontekst dzieciństwa Adama Michnika, urodzonego w Warszawie 17 października 194632 roku. Jako dziecko mieszka z rodzicami najpierw przy ulicy Jaworzyńskiej, potem przy alei Przyjaciół w Warszawie. Ulica Jaworzyńska leży w południowej części Śródmieścia, pomiędzy ulicami Polną a Mokotowską, i raczej niczym szczególnym się nie wyróżnia. Za to aleja Przyjaciół, dokąd w roku 1951 przeprowadzili się rodzice Adama, to już okolica dość specjalna. Położona w tej samej dzielnicy, pomiędzy ulicą Koszykową a Alejami Ujazdowskimi, cieszy się szczególną renomą jako miejsce zamieszkania znanych osobistości. Czy to ze świata kultury (jak śpiewaczka Stefania Woytowicz-Rudnicka i krytyk muzyczny Jerzy Waldorff) czy też ze świata komunistycznej polityki. Jak widać, zawsze można powiedzieć, że Michnik był sąsiadem Waldorffa, ale przecież mówi się raczej, że był sąsiadem Bermana. Nic się na to nie poradzi, takie są prawa mediów i zbiorowej świadomości: miejsce zamieszkania Adama Michnika jest i będzie kojarzone mniej z Woytowicz-Rudnicką i z Waldorffem, a bardziej z członkami wysokiej komunistycznej nomenklatury, których przez kilka dziesiątek lat był sąsiadem: z Jakubem Bermanem, Józefem Cyrankiewiczem czy Andrzejem Werblanem. Także z wysokimi funkcjonariuszami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego: Luną Brystygierową (szefową Departamentu V MBP), Mieczysławem Mietkowskim (wiceministrem MBP), Stefanem Antosiewiczem (dyrektorem Departamentu I MBP), Mikołajem Orechwą (szefem Wydziału Personalnego oraz Departamentu Kadr i Szkolenia MBP), Michałem Taboryskim (dyrektorem Departamentu Techniki Operacyjnej MBP), a w końcu – bagatela! – ze Stanisławem Radkiewiczem (szefem MBP)33.

Bronisław Wildstein przytacza w swoich wspomnieniach zabawną historię odwiedzin u Adama Michnika w Warszawie w sierpniu 1980 roku:

Kiedy odprowadzał nas i szliśmy przez króciutką uliczkę i za rogiem ze sto metrów Koszykową, zdążył spotkać kilku znacznie starszych znajomych.

– Witam, panie sekretarzu – kłaniał się im z ironiczną, ale ciągle akceptowalną atencją, co spotkało się z grzeczną odpowiedzią mijanych: A co pan sądzi o (tu nazwisko) jako członku biura? Cóż, każda partia ma takich przywódców, na jakich sobie zasłużyła.

Byliśmy rozbawieni, choć równocześnie zaskoczeni tą tak wyraźną komitywą. Coś mnie troszeczkę uwierało, ale nie miało to wpływu na moją ocenę Michnika. Dopiero prawie dwadzieścia lat później, już w wolnej Polsce, przyszło mi do głowy pytanie: skąd on naprawdę jest34.

To pytanie będzie wracało wielokrotnie na kartach tej pracy. Naturalnie nie chodzi tylko o filiacje rodzinne czy stosunki towarzyskie rodziców, bo na to – jako dzieci swoich rodziców – nie mamy żadnego wpływu. Te filiacje i te stosunki nie są ważne same przez się, lecz jedynie dlatego, że implikują pytanie o to, czy i jaki rodzaj lojalności wobec tradycji i wartości, które za nimi stały, zachował po latach Adam Michnik.

Co się zaś jeszcze tyczy alei Przyjaciół, ciekawe, że także elity postkomunistyczne mają predylekcję do tej ulicy. Pod numerem ósmym znajduje się tam obecnie biuro byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a także dwie fundacje: „Amicus Europae” Kwaśniewskiego oraz „Porozumienie bez Barier” jego żony Jolanty.

2.„Walterowcy”

Niewiele wiadomo o wczesnym dzieciństwie Adama Michnika. On sam mówił wiele lat później, że ojciec był silną indywidualnością i jemu – dziecku – trudno było „wykreować przy nim własną samodzielność”35. Jednak wydaje się, że stosunkowo szybko syn taką samodzielność w stosunku do ojca w sobie wykształcił. Niebagatelną rolę w tym procesie i w ogóle w jego dorastaniu mogła odegrać przynależność do „Walterowców” – drużyny harcerskiej będącej częścią Walterowskiego Hufca ZHP.

O ile w tradycji Związku Harcerstwa Polskiego nadrzędnym celem była służba tysiącletniej Polsce – tej wiodącej się od Mieszka I i Chrztu Polski, od Kresów Wschodnich i tam leżących „naszych polskich stanic”36, od Kamieńca Podolskiego i poczucia utraty dalszych Kresów (a tym bardziej bliższych ze Lwowem i Wilnem) jako utraty istotnej części polskości, przez powstania z XIX wieku, wojnę z bolszewikami, aż po Powstanie Warszawskie i świeżą jeszcze pamięć antykomunistycznej konspiracji harcerskiej po 1944 roku – o tyle „Walterowcy” od tego się odcinali. Przede wszystkim dlatego, że byli indyferentni religijnie, a więc polskość definiowana przez silne związki z katolicyzmem nie była ich ideałem. Po drugie, z niedawnej okupacji niemieckiej wynieśli nie tylko wstręt do wszelkich odmian nacjonalizmu, ale i więcej: dostrzegali w tradycyjnym polskim patriotyzmie zarodek nacjonalizmu, a wtedy w głowach od razu zapalała się im czerwona lampka z napisem „nigdy więcej Auschwitz!”. Stąd postrzegali polski ethos patriotyczny jako potencjalnie niebezpieczny.

Byli – w sumie – zwolennikami nowego ustroju w Polsce i chcieli wychować swoich harcerzy na obywateli, którzy będą ten ustrój budować, czy mówiąc ściślej: współtworzyć. Jednak – trzeba to podkreślić – mówimy o pierwszych latach po Październiku. Wtedy Jacek Kuroń, Stefan Garwacki, Stanisław Czubaty, Aleksander Musiał, Grażyna Borucka (przyszła żona Jacka Kuronia), Andrzej Kuroń (brat Jacka), Teresa Monasterska, Józef Chajn, Danuta Czubata, Wiesława Garwacka, Piotr Syrowiński i inni instruktorzy Walterowskiego Hufca ZHP wierzyli – jeszcze – w komunizm. Owszem, nie w postaci stalinowskiej, bo przecież przeciwko niej czynnie zbuntowali się w Październiku, ale w postaci jakiejś idealnej. Jaka byłaby to postać? Książkowa w sumie, wymyślona jedynie, bo – jak to dziś wiemy – nigdzie na świecie nie udało się zbudować komunizmu innego jak tylko w postaci systemu „błędów i wypaczeń”. Lub w postaci, która – mimo że odeszła od praktyki brutalnych represji – ciągle dąży do większej kontroli nad społeczeństwem. Także w Polsce, mimo odejścia w Październiku od największych nadużyć (takich jak mordy sądowe) totalitarna natura (totalitarna dążność?) tego systemu nigdy, aż do jego schyłku w 1989 roku, nie dała się usunąć. Ale Kuroń i jego „walterowscy” przyjaciele wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.

Dlatego poczynali sobie – delikatnie mówiąc – zuchwale z narodową tradycją. Adam Michnik pisał o tym w połowie lat 80.: […] ten nastrój komsomolskich idealistów, ten klimat uniwersalizmu i zbratania, tę pogardę dla niechęci na tle rasowym czy plemiennym – znam to wszystko, nałykałem się tego jako dzieciak w „walterowskim czerwonym harcerstwie” prowadzonym przez Jacka Kuronia. […] bez sentymentu nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i dziewcząt, która latem 1958 roku w czerwonych chustach, nawiedzała chłopskie zagrody, śpiewając piosenki po rosyjsku i żydowsku. Było w tym jakieś bezczelne wyzwanie rzucone potocznej mentalności, było też głębokie niezrozumienie pokaleczonej narodowej pamięci, ale była też i ta cudowna aura zbratania, dzięki której nikt z nas nie czuł się w tym gronie intruzem. Dwadzieścia pięć lat minęło od tamtych wakacji, a przecież wciąż wracam do nich pamięcią i ze smutkiem myślę, że nigdy potem nie miałem już tego poczucia bezpieczeństwa, tej pewności, że nikt nikomu nie rzuci w twarz: „ty wstrętny Żydzie!”37.

Nie jest jasne, czy, a jeśli tak, to jak bardzo, żydowskie pochodzenie przyczyniało Michnikowi kłopotów już jako dziecku. Anna Bojarska, autorka kompletnie przemilczanej powieści z kluczem Czego nauczył mnie August, w postaci Gucia przedstawia Adama Michnika, który jako chłopiec miał przechodzić w szkole męki z racji swojego indyferentyzmu religijnego i z powodu żydowskiego pochodzenia38. Nie wiemy, na ile jej narracja zbiega się z rzeczywistością, wiadomo jednak, że w powieści Gucio chodzi do szkoły, w której przeważają dzieci niekomunistów, gdy w rzeczywistości było inaczej. Marek Garztecki był przez kilka miesięcy szkolnym kolegą Adama Michnika w Szkole Podstawowej nr 24 przy ulicy Polnej. Mówi, że szkoła ta była cieplarnią dzieci komunistycznych dygnitarzy39.

„Walterowcy” mieli swojego patrona. Był nim gen. Karol Świerczewski, przedwojenny komunista i agent sowiecki, po wojnie wiceminister obrony narodowej, zabity w 1947 roku przez oddział UPA w Bieszczadach. Trudno powiedzieć, co takiego ujmującego było w tej postaci, że Jacek Kuroń i jego przyjaciele pamięć o nim właśnie otaczali taką czcią. Urządzali uroczyste ślubowania walterowskie: Generale Walterze, drużyna, która nosi Twoje imię, zgłasza swoją gotowość do walki, o co ty walczyłeś i poległeś. Pierwsze z nich odbyło się w Baligrodzie – miejscu śmierci Świerczewskiego. Wyprawy do Baligrodu miały w sobie coś religijnego – choć przed użyciem tego słowa walterowcy by się wzdragali. Oto fragment wspomnień-dyskusji spisanej już po śmierci Jacka Kuronia, świadczący o tym niemal nabożnym stosunku do pamięci o gen. Świerczewskim:

Felek [Andrzej Kuroń – R.G.]: Pamiętam, że po ślubowaniu [w Baligrodzie, w 1957 roku, przy kamieniu upamiętniającym śmierć gen. Świerczewskiego – R.G.] pobiegłem z kolegą pod taką wysoką piaszczystą skarpę, z której potem zjeżdżaliśmy na tyłku. Na pewno przyroda była tam fantastyczna, nieskażona turystyką, jeszcze dzika. Wiele lat później pojechałem tam tą wybudowaną obwodnicą i w ogóle nie poznałem tego miejsca. To absolutnie nie to samo. Ten skromny kamień, który tam wtedy był, został przerobiony na nie wiadomo co.

Jacek [Stefan Garwacki – R.G.]: Na taki obelisk.

Felek: Wtedy wyglądał tak skromnie. Stał parę metrów przy drodze. I to było właśnie takie urokliwe.

Ola [Aleksandra Budzisz-Konarzewska]: Ja pamiętam, że to był bardzo ładny, pogodny dzień. Pamiętam takie prześwitujące słońce przez tę gęstwinę drzew.

Felek: Na uroczystości przy grobie wszyscy byliśmy ubrani galowo. Potem pojechaliśmy na obiad do jednostki wojskowej.

Jacek: I nie ulega wątpliwości, że wróciliśmy stamtąd już jako walterowcy40.

Przedwojenny komunista-internacjonalista, zwolennik poglądu, że prawdziwą ojczyzną proletariatu jest Związek Radziecki (mówiąc wprost: przeciwnik niepodległości Polski walczący w 1920 r. po stronie bolszewików, komisarz polityczny w Armii Czerwonej i agent sowieckiego wywiadu wojskowego) patronem polskich harcerzy i wzorem wychowawczym? Dziwne. Dlatego mamy problem z uznaniem ethosu modelu wychowania „walterowskiego”. Ale spróbujmy zrozumieć. To, co dziś jawi się nam jako dziwaczne, nie musiało tak wyglądać pod koniec lat 50. – przynajmniej w kręgach komunistycznej warszawskiej inteligencji, bo przecież ta inteligencja miała takież komunistyczno-internacjonalistyczne korzenie.

W styczniu 1957 roku powstaje Walterowska Drużyna Instruktorów – rodzaj zarodnika dla całego tego nurtu. We wrześniu 1957 roku wyrasta z niej siedem drużyn walterowskich. Natomiast 15 października 1958 roku następuje wyodrębnienie Walterowskiego Hufca w Chorągwi Warszawskiej ZHP. Komendantem hufca zostaje Jacek Kuroń. Marek Garztecki: „Walterowcy” nie działali w dowolnych szkołach, ale w wybranych, takich, do których chodziły dzieci dygnitarzy komunistycznych oraz przy dwóch domach dziecka (dziewcząt i chłopców). A to im dawało specyficzny skład osobowy: z jednej strony dzieci z komunistycznych rodzin, z drugiej strony dzieci bez żadnego zakorzenienia, a więc bardzo plastyczne41.

Kuroń uważał się przede wszystkim za pedagoga. I z pewnością na tym etapie życia był przede wszystkim – jako działacz harcerski – pedagogiem. Tak wtedy pisał o zasadach wychowania walterowskiego: [...] jeżeli chcemy w naszych drużynach naprawdę wychowywać – musimy być organizatorami zespołu. Oznacza to, że będziemy pracować z naszą gromadką tak, aby miała wspólne dążenia [podkreślenia w oryginale – R.G.], a w toku ich realizacji kształtowała w sobie poczucie dobra zespołu i wewnętrzną organizację[…]. Dowolnie zebrana gromadka dzieci staje się zespołem wówczas, gdy powstają w niej wspólne dążenia, i to nie wspólne im dążenia indywidualne, ale takie, które można realizować tylko razem42. A także: Ja pragnę wychowywać społecznika. Temu służy zaproponowany przez nas system. Chcemy, aby dziecko zapaliło się do społecznego działania, rozumiało to działanie w szerokim aspekcie43. A w innym miejscu: Chcemy wychowywać ludzi, którzy będą chcieli i umieli zmieniać świat44.

Instruktorzy Hufca Walterowskiego pisali w wydanej w 1959 roku pracy o swoim modelu wychowawczym: Nasz dorobek niewątpliwie wyrasta z Organizacji Harcerskiej45, ale jego fundamentem jest system makarenkowski.[…] każda nasza teza ma swoje źródła w dorobku Antoniego Makarenki. Niektórzy twierdzą, że pedagogika Makarenki jest zjawiskiem niepowtarzalnym. Tak chyba nie jest. Sądzimy, że w pracach Makarenki jest zawarty ogromny skarb – wskazanie na obiektywne prawidłowości rozwoju zespołu dziecięcego. Makarenko zwrócił uwagę, że każdy zespół rozwija się i w rozwoju tym podlega określonym prawidłowościom. Tego fundamentalnego zjawiska zdaje się nie doceniać nasza pedagogika46.

„Walterowcy” przyjęli za swoją pedagogikę Antona Makarenki, lekko ją modyfikując dla potrzeb pracy wychowawczej w drużynach harcerskich. Drużyna to zespół ludzki, w którym wzajemne relacje nieustannie się zmieniają – bo ludzie się zmieniają, a szczególnie dzieci, które dorastając, stają się coraz bardziej kooperujące z innymi i coraz bardziej odpowiedzialne za innych. Dla Makarenki najważniejszym czynnikiem wychowawczym w takiej strukturze był zespół. To był też fundament pedagogicznych przekonań „Walterowców”:

Rola wychowawcy – to rola świadomego organizatora takiego zespołu. W związku z tym punkt ciężkości oddziaływania wychowawczego mieści się nie w stosunku wychowawca-wychowanek, lecz w stosunku zespół-wychowanek. W początkowym okresie tworzenia się zespołu rola wychowawcy-organizatora jest decydująca. Później na czoło zespołu wysuwa się aktyw, to znaczy ta grupa młodzieży, która rozumie dążenia wychowawcy i posiada wpływ na swoich kolegów. Wreszcie w zżytym i prawidłowo rozwijającym się zespole aktyw zostaje „dogoniony” przez pozostałych członków47.

Warto zobaczyć, jak ten model wychowawczy wyglądał z perspektywy harcerzy-wychowanków. We wspomnieniach z 2008 roku Bożena Janiszewska, dawna harcerka Hufca Walterowskiego, pisze o poczuciu bezpieczeństwa doświadczanym u „Walterowców”:

Wreszcie nastąpił wyjazd [...] – zebraliśmy się na Dworcu Wschodnim, przydzielono nas do zastępów [...] wsiedliśmy do wagonów turystycznych (podobne do dzisiejszych kuszetek, tyle że półki drewniane), na noc podnosiło się oparcia podwieszane na szerokich parcianych pasach mocowanych do sufitu [...] i na takich „łóżkach” spaliśmy po dwie osoby, w sumie 12 osób w przedziale. Pamiętam, jak w nocy ktoś dorosły z kadry chodził i poprawiał, przykrywał rozespane dzieci. Ja poczułam głaskanie po głowie i usłyszałam: „śpij, mała, będzie dobrze”. I to „śpij, będzie dobrze” powtarzało się przez wiele nocy na wszystkich obozach i zimowiskach. A potem to ja szeptałam do ucha rozbudzonego dziecka: „będzie dobrze, śpij” i naciągałam skopane koce na skulone, zziębnięte, rozkopane dzieci (byłam już „kadrą”). Ten szept i dotyk dawał nam poczucie bezpieczeństwa – przynależeliśmy do kogoś, nie byliśmy samotni, znikały lęki i obawy48.

Ta sama autorka zwraca uwagę na inne cechy charakterystyczne tego harcerstwa: wyrabianie poczucia odpowiedzialności za innych członków grupy, partnerski stosunek dorosłych (instruktorów) do dzieci (harcerzy), wyrabianie umiejętności współpracy w grupie, a także – i to już jest differentia specifica „Walterowców” – swego rodzaju demokrację wewnętrzną, rzecz niespotykaną w harcerstwie Baden Powella, które wszak stoi na dyscyplinie i hierarchii: Na początku każdego obozu, gdy było dużo nowych uczestników, byliśmy informowani o tym, co wolno, a czego nie; byliśmy także informowani o tym, że z Kadrą można dyskutować na temat poleceń, zakazów lub nakazów, z wyjątkiem tych, które dotyczą naszego wspólnego bezpieczeństwa. Zdarzało się niejednokrotnie, że Kadrę można przekonać, by zmieniła zdanie używając argumentów merytorycznych – czuliśmy się poważnie traktowani, a przez to wzrastało poczucie odpowiedzialności za siebie i innych49.

I w innym miejscu: Każdego dnia, gdy nie mieliśmy dyżuru, zbieraliśmy się po kolacji w namiocie na podsumowaniu – omawialiśmy przebieg dnia, ocenialiśmy, co było dobre, a co nie bardzo, szukaliśmy przyczyn niedociągnięć, wyciągaliśmy wnioski […]. Na podsumowaniu mieliśmy prawo zgłaszać pretensje i żale do kolegów, mieliśmy prawo mówić, co nam się u kolegów nie podobało, omawialiśmy przebieg dyżuru, postępowanie dowódcy dyżurnego itp. Na początku było to bardzo trudne – jak na forum wyciągać żale do kolegów, być skarżypytą, nie zachować lojalności wobec przyjaciela? Ale i tu pomogła Kadra. […] Uczyliśmy się powoli empatii i rozumienia różnych motywów postępowania, stawaliśmy się sobie coraz bardziej bliscy, stawaliśmy się przyjaciółmi50.

Relacje ludzi, którzy zostali ukształtowani przez Jacka Kuronia, a jako dorośli akceptowali to i byli z tego dumni, są takie. Podobnie entuzjastyczne, jak relacje starych skautów o tradycyjnym harcerstwie z czasów ich młodości. Ale niektóre „dzieci Jacka Kuronia” mają żal – szczególnie te, które z czasem odpadły od tego środowiska.

Antoni Libera: Słyszałem to od pewnego „prominentnego” swego czasu „Walterowca”, który obecnie jest profesorem historii. Przychodził wtedy – bodaj w 1959 r. – do mojej mamy na lekcje łaciny. I po jednej z takich lekcji został na kolacji i opowiadał, jak stopniowo odchodził od „Walterowców”, jak nie mógł znieść tego pionierskiego terroru i kultu przywódcy.

Podobno punktem zwrotnym dla niego było takie zdarzenie: na obozie dwóch chłopców poszło po prowiant do miasteczka. Kupili co trzeba, załadowali do plecaków, a przy okazji jeden z nich kupił jeszcze miętowe dropsy. I jedli te dropsy po drodze, żeby się orzeźwić. Wieczorem, na tak zwanym podsumowaniu dnia, jeden z nich wstaje i mówi, że gryzie go sumienie, bo nie wszystko zostało powiedziane: -Po drodze jedliśmy dropsy, a reszta w obozie nie. To nie w porządku-. Na to ten drugi się oburzył i mówi: -Dropsy kupiłem za swoje, o co ci chodzi?-. Na co ten pierwszy: -Nie chodzi o to, za czyje. Chodzi o to, żeśmy skorzystali-. -Może ty, bo cię poczęstowałem, ale ja? Targaliśmy jedzenie dla wszystkich, dziesięć kilometrów! Miałem swoje kieszonkowe, to kupiłem!-.

Wybuchła straszliwa awantura – i to nie tylko między nimi, ale w całej drużynie. Ale skończyło się na tym, że potępiono tego, który kupił te nieszczęsne dropsy, a nie tego, który na niego doniósł. Kapusia uniewinniono, a nawet uznano jego „bezkompromisową postawę” za wzorową. Wtedy ten pierwszy nie wytrzymał, spakował manatki i chciał natychmiast wyjechać z obozu. Oczywiście nie pozwolono mu na to jako małoletniemu, tylko wezwano rodziców, żeby go odebrali jako… „relegowanego z obozu”.

Nie dziwię się, że ów młodzieniec, który to opowiadał, rozstał się z „Walterowcami”. A zwierzał się z tego wszystkiego mojej matce, bo wiedział, że ona swego czasu – będąc wicedyrektorką słynnej Jedynki na Żoliborzu (laickiej szkoły im. Limanowskiego, opisanej nota bene przez innego jej ucznia, Wilhelma Dichtera, w „Szkole bezbożników”) – nie zgodziła się, aby Kuroń z „Walterowcami” działał na jej terenie, bo zdawała sobie sprawę, czym pachnie „czerwone harcerstwo”51.

Paweł Bąkowski: Należałem do „Walterowców” działających przy szkole TPD 1 przy ul. Felińskiego. Byłem przybocznym zuchowym Gośki Dehnel. Nie byliśmy ortodoksyjni, bo np. nasza metodyka pracy z zuchami czerpała z dorobku Aleksandra Kamińskiego, który np. dla mnie był absolutnym guru zuchowym. Ale – w sumie – przecież byliśmy walterowcami. Zimą 1960/61 zostałem wysłany na obóz instruktorów zuchowych w Cieplicach. Było nas tam troje walterowców na kilkudziesięciu kursantów: Ola Bożyk, Edek Goszczycki i ja. Jako jedyni nie mieliśmy mundurów tylko czerwone chusty. Mieliśmy ogromne poczucie wyższości nad pozostałymi uczestnikami obozu. Zresztą w naszym języku byli to „skauci” – ta pogardliwa nazwa obejmowała przypisywany im nacjonalizm, klerykalizm, antysemityzm i ogólną tępotę. Sytuacja była nieco napięta, bo starsi instruktorzy z Cieplic żywo jeszcze mieli w pamięci Zjazd ZHP w grudniu 1956 w Łodzi, na którym Kuroń odniósł swojego rodzaju zwycięstwo nad „reakcyjnymi” instruktorami próbującymi powrócić do ZHP. W zbiorowej sypialni – przy zaciekawieniu, a nawet współudziale innych młodszych druhów, „skautów” – zakładałem „komunę”, dzielenie się paczkami i innym dobrem ze wszystkimi, ale też miałem ostre dyskusje ze starszymi, w wyniku jednej nawet dostałem po mordzie i spadłem z piętrowego łóżka. Za to Ola, której ojciec był działaczem partyjnym na tyle wysokiego szczebla, że wysłał ją na wakacje na Krym na obóz pionierski, śpiewała wyuczone tam czastuszki: „Na gorie stoit bierioza / Pri niejo wysokij dub / My udarniki kołchoza / Sobirajem czto dień w kup” (kiepski ten mój rosyjski, ale tak to spamiętałem). Pomijając naszą zarozumiałość, rzeczywiście istniała dość duża przepaść intelektualna – walterowcy czytali na okrągło, wszystko, a na zbiórkach, biwakach i obozach odbywała się nieustanna dyskusja. Ale oto, nieoczekiwanie, znaleźliśmy partnera. Nieco starszy od nas, po maturze, niebywale oczytany instruktor zuchowy z Łodzi, Bronek Pułaski, który deklarował się jako zwolennik hitleryzmu. Ola chyba się w nim zakochała, bo po kursie podjęła z nim korespondencję. Ta korespondencja stała się jednym z pretekstów do rozwiązania „Walterowców”. Pułaski rzeczywiście był nazistą52 – później miał proces i jakiś czas siedział. Co dla mnie dziś jest intrygujące, to – przy wszystkich różnicach, które są oczywiste – fakt, że nam się dobrze dyskutowało, bo byliśmy podobnie oczytani, a do tego rozumowaliśmy podobnymi kategoriami. To był podobny stan ducha i posiadanie rewolucyjnego „programu”53.

Marek Garztecki: Były u „Walterowców” rzeczy dobre: budowanie wspólnoty, koedukacja, więzy przyjaźni. Ale była też silna indoktrynacja, komunizowanie świadomości. Moja siostra przyrodnia przyjaźniła się z Nelly Norton, a ja jej okropnie nie lubiłem. Bez przerwy kłóciliśmy się. Kiedyś chcąc jej dopiec, powiedziałem: -A ty w ogóle nie jesteś żadna Nelly, tylko Eleonora-. Ona się zaparła, że nieprawda. Wkroczyła w ten spór kadra »Walterowców«, Kuroń zażądał, by dała słowo »walterowca«, że ma na imię Nelly, ona dała słowo. Wtedy Kuroń mnie zmusił, żebym złożył samokrytykę. Nie złożyłem. Ukarano mnie. Ta kara nie okazała się dotkliwa, chociaż miała taka być: pozostawiono mnie samego w lesie, gdy zapadała już noc, sądząc zapewne, że się tego przestraszę. Ale tę sesję samokrytyki zapamiętałem na całe życie54.

Paweł Bąkowski, który jest szperaczem ciekawostek historycznych, przypomniał sobie te – śpiewane wtedy po rosyjsku – piosenki i odszukał ich teksty: Najbardziej charakterystyczna dla wychowania „walterowskiego” wydaje mi się „Piosenka Konarmii” („Konarmiejskaja”), na cześć armii Budionnego. Musiała być napisana na gorąco, w czasie lub tuż po wojnie 1920 roku55. W ostatniej zwrotce jest odniesienie do „Żelaznego Narkoma”, czyli do Trockiego, za którym, jeśli będzie trzeba, „znanym szlakiem powiedziemy nasze bojowe konie”. Ale z polskiego wychowawczego punktu widzenia ważniejsza jest ta zwrotka: „Nad Donem i w Zamojszczyźnie/ Schną białe kości/ Nad kośćmi szumią wiatry/ Zapamiętają psy – atamany/ Zapamiętają polscy panowie/ Klingi szabel naszej Konarmii”56.

Dzisiaj, w dobie YouTube’a, można łatwo dotrzeć do oryginalnego, sowieckiego wykonania tej pieśni. Oto cały utwór po rosyjsku:

По военной дороге Шел в борьбе и тревоге Боевой восемнадцатый год. Были сборы недолги, От Кубани до Волги Мы коней поднимали в поход. Среди зноя и пыли Мы с Буденным ходили На рысях на большие дела. По курганам горбатым, По речным перекатам Наша громкая слава прошла. На Дону и в Замостье Тлеют белые кости, Над костями шумят ветерки. Помнят псы-атаманы, Помнят польские паны Конармейские наши клинки. Если в край наш спокойный Хлынут новые войны Проливным пулеметным дождем, – По дорогам знакомым За любимым наркомом Мы коней боевых поведем!57.

Naturalnie polska dusza wzdraga się na słowa o „psach-atamanach, polskich panach”. Mało kto z polskich rodziców powierzyłby swoje dzieci ludziom, którzy by je wychowywali w takim duchu. Marek Garztecki: Przypominam sobie, że gdy na obozach pojawiały się próby śpiewania polskich tradycyjnych piosenek, zabraniano nam tego. Rok po awanturze z Nelką moim zastępowym na obozie był Sewek58. Ja trochę od nich odstawałem, np. nie nosiłem czerwonej chusty. Kolejni przełożeni mieli ze mną kłopoty, no i tym razem padło na Sewka. Któregoś dnia po apelu porannym Sewek i Adam wzięli mnie na stronę i podsumowując moje całe zachowanie, mówią: -Nie jesteś godzien złożyć ślubowania „walterowca”. A to obniża rangę całego zespołu. Jak się tak dalej będziesz zachowywał, nigdy nie zostaniesz prawdziwym komunistą-. Odtąd Sewek i Adam kojarzą mi się instynktownie z tą rozmową. A w obu tych incydentach widzę pewien ton, jaki później poznałem w czasie przesłuchań na SB59.

Starzy skauci jeszcze dzisiaj, po 60 latach, gdy słyszą słowo „Walterowcy”, zgrzytają zębami. Mają po temu powody, bo ten nurt harcerstwa był po Październiku wykorzystywany przez komunistów jako odtrutka na wpływy narodowe i katolickie w Związku Harcerstwa Polskiego. Mówiąc wprost: był narzędziem niszczenia tradycyjnego harcerstwa. Zarazem jednak trudno odmówić twórcom „walterowskiego” harcerstwa przemyślanej i spójnej koncepcji wychowawczej. Był to wzorzec wychowania ukuty celowo w oderwaniu od tradycyjnego polskiego modelu heroiczno-powstańczo-religijnego, ale jednak wzorzec odwołujący się do pewnych wartości. W każdym razie jego twórcy – z Jackiem Kuroniem na czele – byli społecznikami i idealistami, marzyli o wychowaniu młodych ludzi tak, by ci stawali się twórczy, samodzielni, odpowiedzialni za grupę, do której przynależą. Owszem, był też nadrzędny cel i to on głównie drażnił starych skautów.

Mówi dh Zbigniew Sabiński, harcerz od 1949 roku, potem komendant szczepu 15. KDH „Wierchy” w Krakowie, później komendant hufca Kraków-Zwierzyniec i Kraków-Krowodrza: Nie był dla mnie wzorcem Jacek Kuroń ani jego czerwone harcerstwo. To była Warszawa, daleko od nas. Ale z drugiej strony w późniejszych czasach dla mnie nie do wytrzymania był Macierewicz jako instruktor „Czarnej Jedynki”. Moi harcerze jeździli do niego, ale to był dryl, którego nie potrafiłem zaakceptować. Gdybym miał wskazać jakiś wzorzec do naśladowania, to byłby druh Andrzej Majewski, w czasie okupacji AK-owiec, potem więzień. Wracając do Kuronia, moje środowisko zwierzyniecko-krowoderskie tym się nie interesowało. Oczywiście bardziej przychylaliśmy się do tradycyjnego modelu. „Walterowcy” to z pewnością była próba „uczerwienienia” harcerstwa, nawiązania do Organizacji Harcerskiej, trudno było z tym sympatyzować. Pamiętam, jak w czasach OH, w 1951 r., jako młodemu harcerzowi odebrano mi prawie siłą krzyż, gdy szedłem w mundurze ulicą Karmelicką. Kiedy więc rozwiązano „Walterowców”, było nam to obojętne60.

Mówi dh Bolesław Leonhard, harcerz od 1945 roku w 15. KDH „Wierchy” w Krakowie, potem teoretyk harcerstwa: W listopadzie 1956 roku tu w Krakowie naradzano się w gronie starych instruktorów, m.in. z Aleksandrem Kamińskim, nad reaktywowaniem ZHP. Wkrótce do tego doszło podczas Ogólnopolskiej Narady Działaczy Harcerskich w Łodzi, w grudniu tego roku. O ile pamiętam, ZMP już się rozwiązywał, a OH dogorywała. Myśmy chcieli przywrócenia tego, co znaliśmy z pierwszych lat powojennych, a co było kontynuacją przedwojennego ZHP i Szarych Szeregów. Równolegle do nas w Gdańsku reaktywował ZHP Józef Grzesiak „Czarny”61, który miał za sobą AK, udział w walkach o Wilno i łagry, więc był przez władze postrzegany jako osoba nieodpowiednia62. A Jacek Kuroń przyjechał na naszą naradę do Krakowa, wysłuchał i wrócił do Warszawy, gdzie wszczął alarm u swoich,że nie można do czegoś takiego dopuścić. Mimo to w reaktywowanym ZHP przewodniczącym Naczelnej Rady Harcerskiej został Aleksander Kamiński. Po półtora roku usunięto go wskutek nacisków m.in. Zofii Zakrzewskiej63 i Jacka Kuronia. W związku z tym, kiedy powstało harcerstwo „walterowskie”, miałem do niego wielki dystans. Tym bardziej czytając teksty „Walterowców” np. w „Drużynie”, widziałem, że to był język PZPR, a całe to towarzystwo było wychowane w ZMP. Nie wierzyłem w metodę wychowawczą Jacka Kuronia, wzorowaną na Makarence, bo zanadto mi ona przypominała to, co pamiętałem z lat, kiedy ZMP-owcy niszczyli nasze harcerstwo. Pamiętałem, jak pod koniec lat 40. nam kazano zdjąć nasze tradycyjne chusty i założyć czerwone. Kiedy więc Kuroń, na przełomie lat 50. i 60., na łamach „Drużyny” nawoływał do tego, żeby znieść bezwzględny zakaz picia alkoholu przez instruktorów, bo – jak pisał – trzeba ich wychowywać do odpowiedzialnego picia, to było dla mnie nie do zaakceptowania. Z tych powodów nie wierzyłem Jackowi Kuroniowi jako instruktorowi harcerskiemu. Kiedy zlikwidowano Hufiec Walterowski, uznaliśmy, że to są wewnętrzne walki komunistów, nic więcej64.

Tak to widzą starzy skauci. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w drugiej połowie lat 50., w środowiskach warszawskiej komunistycznej inteligencji, dzieci garnęły się do „Walterowców”. Chyba nie był to najgorszy model wychowawczy, skoro tak wielu podopiecznych Jacka Kuronia później, w dorosłym życiu, zaznaczyło się jako silne osobowości. Wśród jego wychowanków z harcerstwa można wymienić: Pawła Bąkowskiego, Seweryna Blumsztajna, Jana Grossa, Anatola Lawinę, Irenę Lasotę, Roberta Mroziewicza, Martę Petrusewicz, Aleksandra Perskiego, Mirosława Sawickiego, Andrzeja Seweryna, Andrzeja Topińskiego, Andrzeja Titkowa. A także – Adama Michnika.

Michnik napisał po latach: Wtedy, w 1957, w 1958 roku, byłem jednym z dzieci Jacka, chłopcem, który przypadkiem [??? – R.G.] trafił do harcerstwa walterowskiego. Jak zapamiętałem tamten czas? Oprócz przygód fascynujących 12-latka, jak rozbijanie namiotów i zdobywanie sprawności, zapamiętałem jakieś ideowe przesłanie tego harcerstwa. Nosiliśmy czerwone chusty, co spotykało się z krytyką i przekąsem naszych kolegów, którzy należeli do harcerstwa zielonego, nawiązującego do tradycji Szarych Szeregów. Jacek z całą świadomością wybierał inną tradycję, choć Aleksandra Kamińskiego, autora „Kamieni na szaniec”, ogromnie szanował. Jacek świadomie sięgał po tradycję lewicy. Wpajał nam: ważny jest zespół, a w tym zespole ważny jest drugi człowiek. Każdy ma prawo do własnej opinii i każda opinia musi być wysłuchana. Taki jest warunek istnienia zespołu. Ten zespół powinien zmieniać świat, poznając go jednocześnie w ten sposób – i na odwrót – powinien poznawać świat, zmieniając go jednocześnie65. To słowa napisane po śmierci Jacka Kuronia. Ale już w 1963 roku, czyli raptem kilka lat po doświadczeniu „Walterowców”, Michnik miał napisać: Tam zobaczyłem, że jedyną sensowną postawą jest postawa wiecznie aktywna, postawa ciągłego zmieniania, zaangażowania w pewien cel i konsekwentna realizacja66.

Co mogło być najważniejsze z doświadczenia „Walterowców” dla Adama Michnika – wyrostka? Dwie rzeczy: poczucie przynależności oraz nabranie wiary we własne siły.

Bożena Janiszewska o tym pierwszym napisała: [...] było i jest nadal takie wewnętrzne, niewzruszone przekonanie, że zawsze i w każdej sytuacji mogę oczekiwać pomocy od przyjaciół walterowców, mimo że niektórych nie widziałam od kilkudziesięciu lat – takie niesłychanie ważne w życiu poczucie bezpieczeństwa67. Odnosi się to także do Adama Michnika, który na długie lata zachował przyjaźnie z harcerstwa Jacka Kuronia i tę pewność, że można liczyć na pomoc byłych harcerzy i harcerek w czerwonych chustach.

Co się tyczy tego drugiego, problem da się streścić w pytaniu: jak mały jąkała został wkrótce liderem grupki rozdyskutowanej młodzieży? Pytanie jest jak najbardziej poważne. Trzeba bowiem wiedzieć, że ta dysfunkcja mowy (nawet drobna, jak u Michnika) niekiedy bywa przyczyną poważnej blokady psychicznej u osób, które na nią cierpią. Tymczasem wszyscy wiedzą, że Adam Michnik „od zawsze” jest królem towarzystwa, a ów defekt przerabia nieledwie na atut. Ludzie życzliwi mu niekiedy nazywali go „złotoustym jąkałą” – i nie bez racji. Ale tak nie musiało być od urodzenia. Jest dość prawdopodobne, że właśnie u „Walterowców” mały jąkała nabrał tej wiary we własne siły. W cytowanym tu już opracowaniu z 1959 roku instruktorzy „walterowscy” pisali: Wśród dzieci zdarzają się typy tzw. oferm. Są to chłopcy lub dziewczęta, którzy z różnych powodów czują się źle wśród rówieśników. Najczęściej wynika to z tego, że są w jakiejś dziedzinie gorsze od innych (zły stan zdrowia, nadmierna nerwowość itp.). Otóż takie dzieci powinny wiedzieć, że w naszych harcerskich zastępach nie są one gorsze od innych. I to nie tylko dlatego, że nikt ich tu nie krzywdzi, lecz również dlatego, że w zgodnej rodzinie zastępu wszyscy są równoprawni. To jest właśnie to, co nazywamy poczuciem bezpieczeństwa68.

3.Klub Poszukiwaczy Sprzeczności

Michnik licealista jest typem ucznia zarazem niesfornego i nadzdolnego. Wtedy już musiał być lubiany przez kolegów, skoro wkrótce stanie się liderem grupy rówieśniczej. Mimo że niesforny, jest w pewien sposób akceptowany przez nauczycieli, bo ma swój wdzięk. Jednak jako jednostka niezbyt pasuje do systemu szkolnego, stąd jego zmiany warszawskich zakładów edukacyjnych: najpierw liceum Batorego, potem Reja, a potem jeszcze Słowackiego. Jego postępy w nauce są nierówne. W dziedzinie nauk ścisłych nie jest orłem, za to celuje w dziedzinach humanistycznych.

Jan Lityński poznał Adama Michnika około roku 1958–1959 na… zawodach ligi lekkoatletycznej, obaj byli tam widzami: Obaj bardzo się tym interesowaliśmy. Wymienialiśmy informacje o lekkoatletach, chodziliśmy na wszystkie mecze i tam się zaprzyjaźniliśmy. Adam nie trenował żadnej dyscypliny, ale był dość wysportowany, na przykład szybko biegał69. Jednak nie zainteresowania sportem określą jego przyszłość, raczej zainteresowania słowem pisanym. Bo już kilka lat po okresie fascynacji lekką atletyką dużo czyta, a właściwie żarłocznie pochłania książki. Początkowo trochę bez ładu i składu – jak każdy w tym wieku – potem w sposób bardziej systematyczny. Zaczyna od obszernej biblioteki rodziców, w której jest obfitość lektur i to lektur różnorodnych – naturalnie, są klasycy marksizmu i marksistowscy odstępcy od głównego nurtu. Są jednak także autorzy zgoła niemarksistowscy.

W połowie lat 90. Adam Michnik, wspominając rodzicielski księgozbiór mówił, że tam poznał Kołakowskiego, częściowo Miłosza: U ojca w szafie znalazłem „Rodzinną Europę”. Niewiele z tego zrozumiałem, bo miałem może piętnaście czy szesnaście lat, ale ta książka mnie zafascynowała. Marksizm, katolicyzm, pogranicza. Inny język, inny wymiar. To było mi bliskie. Pamiętam, jak przeczytałem najsłabszą książkę Miłosza – „Zdobycie władzy”. Dla szesnastoletniego chłopaka taka lektura o pierwszych latach PRL była fascynująca. Wszystko było tam inaczej, niż dotąd czytałem70.

Ten księgozbiór wkrótce przestał mu wystarczać: W ósmej klasie zacząłem chodzić na wagary do czytelni Biblioteki Narodowej i tam z wypiekami czytałem kolejne numery „Kultury”, książki „Instytutu Literackiego”, jakieś wydawnictwa londyńskie. Przypadkiem dowiedziałem się, że wprawdzie nie wolno ich było wypożyczać do domu, ale bez żadnych ceregieli wydawano je do czytelni. Czytałem książki Miłosza, „Obóz wszystkich świętych” Tadeusza Nowakowskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, „Moje życie” Lwa Trockiego, „Nową klasę” Milovana Dżilasa, zapomnianą i niedocenioną monografię radzieckiej klasy rządzącej pióra Zygmunta Zaremby, wydaną przez Ciołkosza w paryskiej „Kulturze” książkę Róży Luksemburg o rosyjskiej rewolucji, wyjątkowo przenikliwie ukazującą mechanizm łamania wolności w obrębie bolszewizmu. Wreszcie trafiłem na – wydane także w „Kulturze” – pisma Andrzeja Stawara. Wszystkie te książki łączy krytyczna analiza komunizmu prowadzona z pozycji prawdziwie lewicowych. Róża Luksemburg pisała, że wolność dla zwolenników jednej tylko partii czy jednego poglądu – choćby najszerzej reprezentowanego – nigdy nie jest wolnością. Bo wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego71.

Jan Lityński: On był w naszym kręgu zawsze pierwszy w lekturze. Pamiętam, że to od niego pożyczyłem „Chamy i Żydy” Witolda Jedlickiego72, 73. Młody człowiek trafia, także poza domową biblioteką, na autorów katolickich, na teksty z „Tygodnika Powszechnego” i z „Więzi”. Zaczyna interesować się tą myślą. Sam nie jest katolikiem, nie jest w ogóle człowiekiem religijnym. Do tego stopnia, że kiedy wybuchają zamieszki w obronie krzyża w Nowej Hucie w 1960 roku, niemal ich nie spostrzega. -Uważałem, że to chodzi o mięso – powie później-. Jacek Kuroń wierzył wtedy w „Matkę Boską Mięsną”. Jak przystało na marksistę, był przekonany, że tam, gdzie nie ma mięsa, wybuchają rozruchy o krzyż. Uważał, że ludziom zawsze chodzi o mięso, bo nie umiał wyobrazić sobie, że może im chodzić o krzyż. To był także mój horyzont74.

Tak więc młodzieniec jest areligijny, ale świat religii, a może bardziej świat myśli i etyki wywodzących się z katolicyzmu, jest dla niego intrygujący. Stąd zafrapowanie Rodzinną Europą Miłosza jako przykładem ideowego pogranicza. Rodzice, którzy są do gruntu laiccy i w takim duchu wychowywali Adama, nie rozumieją tego zainteresowania ich syna katolicyzmem.

W roku 1961 Andrzej Berkowicz, którego ojciec był przed wojną kolegą Ozjasza Szechtera (obaj byli działaczami KPZU), były dziennikarz „Po prostu” (zlikwidowanego w 1957 r.) zabiera młodego Michnika na spotkanie Klubu Krzywego Koła. Marek Garztecki: KKK stworzyli moi rodzice. Rodzice traktowali Adama jako nad-zdolnego. Z tego, co wiem, on tam robił wrażenie, gdy zabierał głos. Już wtedy żonglował marksistowską frazeologią. Przygotowywał się do tych spotkań, wiedział, co komu powiedzieć, żeby się przypodobać75.

Tam chłopak poznaje ludzi o pokolenie lub dwa starszych od siebie, m.in. Jana Józefa Lipskiego. Zauważa u nich pewną cechę, która jest mu bliska: oni także dyskutują o tekstach autorów, z którymi niekoniecznie się utożsamiają, ale uważają ich za ciekawych. Wkrótce (w 1962 r.) Klub zostanie zlikwidowany, ale znajomości z tego kręgu pozostaną, niektóre przekształcą się w przyjaźnie.

Jeszcze przed likwidacją Klubu Krzywego Koła w Warszawie wydarza się pewna dramatyczna historia, która wstrząsa środowiskiem rodziców Adama – a po trosze i jego rodzącym się środowiskiem: nagła śmierć Henryka Hollanda. Holland był przed wojną działaczem komunistycznym, w czasie wojny – oficerem politycznym Ludowego Wojska Polskiego, po wojnie czynnym stalinistą. To m.in. on przyczynił się do usunięcia z Uniwersytetu Warszawskiego prof. Władysława Tatarkiewicza jako przedstawiciela filozofii „burżuazyjnej”. Od 1956 roku był zwolennikiem destalinizacji. W grudniu 1961 roku został aresztowany, gdyż SB podejrzewała go o przekazanie korespondentowi „Le Monde” informacji o okolicznościach śmierci Berii w 1953 roku76. W czasie rewizji w mieszkaniu Holland wyskoczył z szóstego piętra. Było to samobójstwo, ale wtedy okoliczności tej śmierci pozostawały niejasne, podejrzewano udział osób trzecich, tym bardziej że od kilku lat Holland był niewygodny dla kierownictwa Partii. Jego pogrzeb 29 grudnia 1961 roku stał się milczącą manifestacją rewizjonistów.

Bierze w nim udział także 15-letni Adam Michnik. Poszedłem tam przeciw władzy i przeciw władzy śpiewałem „Międzynarodówkę”77 – powie Michnik po latach. Tam poznaje starszego o 13 lat Jerzego Urbana – w przeszłości także dziennikarza „Po prostu”, a wtedy już piszącego dla „Polityki”. Urban jest w tym czasie niepokornym dziennikarzem, mającym kłopoty z cenzurą. Ta znajomość z czasem przekształci się w przyjaźń.

Uczeń Michnik próbuje założyć gazetkę szkolną, co się nie udaje z braku zgody dyrekcji. Wtedy wraz z kolegami – Janem Grossem, Włodzimierzem Kofmanem i Aleksandrem Perskim – zakłada klub dyskusyjny. Młodzi ludzie mają ambitny plan, żeby dyskutować o wszystkim, co wyda się im ważne i wiedzą już – choćby po doświadczeniach z gazetką, że to się może nie spodobać. Stąd pomysł, żeby znaleźć dla klubu jakieś solidniejsze oparcie, takie, które będzie się wymykało kontroli dyrekcji szkoły. Jan Lityński: Ja dowiedziałem się o tym pomyśle od Adama. Sądzę, że on to wymyślił78.

Klub zostaje afiliowany przy Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Udaje się to dzięki protekcji profesora Adama Schaffa. Michnik idzie do niego za radą Jana Józefa Lipskiego, Schaff akceptuje pomysł i odsyła Michnika do uczelnianego ZMS-u, tam chłopak rozmawia z Aleksandrem Smolarem. Ten ostatni tak zapamiętał wizytę Michnika: – No i przyszedł: młody, pewny siebie, bezczelny nawet, ale bardzo inteligentny i z masą uroku. Poklepał mnie protekcjonalnie po plecach i powiedział: „Tylko nie myśl, że mnie zapiszesz do tej twojej organizacji”79. Mimo takiej deklaracji petenta rzecz zostaje załatwiona pozytywnie.

Uniwersytet jest wtedy buzującym kotłem myśli – także tej nie całkiem ortodoksyjnej, chociaż dominacja intelektualna marksizmu jest poza dyskusją. Mniej więcej w tym samym czasie na Uniwersytecie działa inny klub dyskusyjny, którego inicjatorami są: Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Andrzej Krzysztof Wróblewski, Teresa Monasterska, Andrzej Jarecki i Andrzej Drawicz. Jeszcze inny klub dyskusyjny skupia ludzi z Uniwersytetu i z innych uczelni, a spotyka się najpierw w mieszkaniu Stanisława Gómułki, potem w mieszkaniu Bernarda Tejkowskiego – w nim czynni są m.in. Karol Głogowski i Antoni Zambrowski. Ta inicjatywa ma charakter bardziej pluralistyczny, mają tam prawo głosu także niemarksiści, a nawet zdeklarowani katolicy. Z tej racji uczestnicy klubu Kuronia i Modzelewskiego nazywają tych od Zambrowskiego „kółkiem bogo-ojczyźnianym”80.

Pierwsze spotkania klubu Michnikowców odbywają się na Uniwersytecie. Ale z jakichś powodów młodzi ludzie chcą mieć lokal w Staromiejskim Domu Kultury. Zwracają się o pomoc do Jacka Kuronia. Ten rozmawia ze Stanisławem Manturzewskim. To także jest były dziennikarz „Po prostu”, socjolog, potem uczestnik spotkań w Klubie Krzywego Koła, przyjaciel Jana Józefa Lipskiego. Manturzewski spotyka się z Michnikiem, deklaruje pomoc w załatwieniu lokalu dla klubu i finansową dotację z ZMS-u. Następnie inspiruje Łukasza Szymańskiego, który jest zastępcą kierownika Wydziału Propagandy KC ZMS. Szymański 16 października 1962 roku wysyła oficjalne pismo do kierownika Śródmiejskiego Ośrodka Kultury Wacława Babiejczuka z prośbą o przydzielenie lokalu tej grupie.

Szymański pisze (cytuję za odpisem sporządzonym przez Służbę Bezpieczeństwa): Na terenie Warszawy istnieje kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży licealnej o żywych zainteresowaniach społecznych, ekonomicznych, kulturalnych i politycznych, która uformowała klub dyskusyjny. Wydział nasz zainteresowany jest w stworzeniu wspomnianej grupie optymalnych warunków działalności. W związku z powyższym zwracamy się do Was z prośbą o udostępnienie członkom Klubu Waszego lokalu oraz udzielenie wszelkiej pomocy w zakresie ich potrzeb i Waszych możliwości. Z ramienia klubu kontaktował się będzie z Wami jego Zarząd z przewodniczącym Ob. Adamem Michnikiem na czele oraz mgr. Stanisławem Manturzewskim81, który w porozumieniu z nami prowadzi obserwacje socjologiczne nad tym interesującym środowiskiem82.

Babiejczuk jest ostrożny, wiadomo – licho nie śpi. W końcu to jemu właśnie przyszło realizować nieco wcześniej decyzję kierownictwa Partii o likwidacji Klubu Krzywego Koła, który też spotykał się w pomieszczeniach Staromiejskiego Domu Kultury. Zatem informuje partyjnych zwierzchników o związkach Manturzewskiego z KKK. Ale Manturzewski jest na tyle dobrze „ustosunkowany partyjnie”, że interweniuje wyżej, włącznie z osobą I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR Walentego Titkowa. Babiejczuk ustępuje o tyle, że daje tymczasowo lokal klubowi, choć formalnie przez dłuższy czas nie wydaje decyzji. Brak decyzji jednak oznacza, że klub jest tolerowany, a pod pewnymi względami nawet promowany.

W kwietniu 1963 roku w Departamencie III MSW powstaje analiza dotycząca sytuacji w SDK, w tym także Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. Jej autor, kpt. Wiesław Komorowski, oddaje sprawiedliwość Wacławowi Babiejczukowi jako lojalnemu urzędnikowi pisząc, że ten zwracał się do władz partyjnych ze swoimi wątpliwościami po liście Szymańskiego. Referując przebieg starań klubowiczów o udzielenie im gościny w SDK, Komorowski pisze: W grudniu 1962 r. do tow. Babiejczuka przyszli Michnik, Gross i dwóch innych członków Zarządu Klubu. Pytani o kierunek i plan zamierzonej działalności stwierdzili, że chcą poznać różne kierunki ideologiczne i systemy światopoglądowe. Oświadczyli również [...], że działalność w ZMS im nie odpowiada, ponieważ Związek ten skompromitował się. Tow. Babiejczuk zakomunikował im, że jako kierownik Staromiejskiego Domu Kultury nie może się zgodzić na działanie grupy, która nie określa swego kierunku działania83. Dalej referuje Komorowski konsultacje Babiejczuka z wierchuszką partyjną. Dowiadujemy się stąd, że klubowiczów przyjął sekretarz KW ZMS do Spraw Młodzieży Szkolnej Krystyn Dąbrowa, który poprosił ich o złożenie programu klubu i o wyjaśnienie ich kontaktów z Klubem Inteligencji Katolickiej. Odpowiedzieli, że nie mogą złożyć programu, bo życie dyktuje im program – gdy będzie coś ciekawego w życiu politycznym to będą nad tym dyskutować. Chcąc wytłumaczyć się ze swoich kontaktów z Klubem Inteligencji Katolickiej oświadczyli, że chcą zapoznać się z ideologią katolicką. Po tych rozmowach złożyli oni w końcu marca 1963 r. kierownikowi Domu Kultury wykaz członków Klubu i Zarządu, plan pracy sekcji religioznawczej, notatkę pt. „Czym jest nasz klub?”, program obozu oraz rękopisy materiałów do biuletynu, który zamierzają wydać84. Kpt. Komorowski stwierdzał w tym dokumencie, że Babiejczuk jeszcze nie podjął decyzji, ale nie chcąc, aby członkowie klubu „zbierali się w mieszkaniach prywatnych i pozostawali pod wpływem Manturzewskiego” pozwala im spotykać się w pomieszczeniach SDK.

Komorowski zauważył, że członkami klubu są przeważnie synowie i córki działaczy partyjnych i państwowych. Podajemy niektóre znane nam nazwiska rodziców. Po tych słowach następuje lista 35 osób, a na niej figurują m.in.: Helena Góralska, Irena Grudzińska, Jan Lityński, Lena Taboryska, Elżbieta Świetlik, Jan Gross, Leon Sfard, Wanda Jurkowska, Elżbieta Hűbner, Helena Brus, Włodzimierz Kofman i Krzysztof Pszenicki. W opisach stanowisk zajmowanych przez rodziców współcześnie lub w przeszłości, częste są posady w mediach, w aparacie partyjnym i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego – do stanowiska dyrektora departamentu włącznie.

W dokumentacji SB, towarzyszącej analizie kpt. Komorowskiego, znacznie dłuższa niż 35 nazwisk jest lista członków klubu dostarczona przez zarząd klubu wraz z innymi dokumentami kierownikowi Babiejczukowi – jest na niej aż 109 nazwisk, w tym m.in. niewymienieni przez Komorowskiego: Marek Borowski, Seweryn Blumsztajn, Józef Dajczgewand, Piotr Fejgin, Stanisław Jędrzejewski, Michał Kleiber, Jerzy Mink, Sławomir Petelicki, Andrzej Rapaczyński, Andrzej Titkow, Barbara Toruńczyk, Krystyna Weintraub i Ewa Zarzycka.

Współcześnie portal lustracja.net, przytaczając tę listę, pozwala sobie na żarcik: Czerwonym kolorem zaznaczono osoby pochodzenia żydowskiego85. Dowcip polega na tym, że wszystkie osoby z tej listy są zaznaczone na czerwono. Rodzaj poczucia humoru jest rzeczą gustu. Ale problem jest ciekawy, bo nawet jeśli (co należy przypuszczać) odsetek młodzieży pochodzenia żydowskiego na tej liście został sztucznie zawyżony, to i tak w rzeczywistości był wybitnie nadreprezentowany w stosunku do ogólnej ich proporcji w populacji Polski. Także warta zauważenia jest wybitna nadreprezentacja dzieci osób, które kilka, kilkanaście lat wcześniej aktywnie uczestniczyły w instalowaniu i utrwalaniu systemu komunistycznego w Polsce. W tym miejscu sygnalizuję tylko to zjawisko, aby je podjąć później – tym bardziej, że wystąpi ono w podobnej postaci w 1968 roku.

Końcowy wniosek analizy kpt. Komorowskiego jest następujący: Posiadane informacje wskazują, że dotychczasowa działalność dyskusyjnego Klubu „Poszukiwaczy Sprzeczności” wywiera nieodpowiedni wpływ na młodzież. Uważamy, że należałoby zmienić opiekunów Klubu i zagwarantować odpowiednią polityczną opiekę i kierownictwo86.