Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 414 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Delta Wenus - Anais Nin

Zanim erotycznym fenomenem wydawniczym stało się „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, Anaïs Nin w sposób odważny i błyskotliwy obnażała kobiecą seksualność. Literacka i zmysłowa uczta.

Delta Wenus” Anaïs Nin to przełomowa antologia opowiadań erotycznych. Nin wyczarowuje w niej błyskotliwą kaskadę seksualnych doznań, tworząc własny i niepowtarzalny „język zmysłów”. Bada przestrzeń, która do tej pory była domeną pisarzy, nie pisarek; przywołuje esencję kobiecej seksualności. Świat stworzony przez Nin jest wytworny i magiczny, a zamieszkujący go bohaterowie jej wyobraźni są targani najbardziej uniwersalnymi namiętnościami. Jest więc węgierski niebieski ptak, uwodzący zamożne kobiety i ulatniający się następnie z ich pieniędzmi; tajemnicza kobieta, skrywająca twarz za woalką, która wybiera swoje ofiary w restauracji i wykorzystuje; jest też paryska modystka Matylda, która postanawia porzucić męża dla opiumowych nocy w Peru…

Wówczas gdy wszyscy pisaliśmy erotyki po dolarze za stronę, uświadomiłam sobie, że od wieków mieliśmy tylko jeden model tego gatunku literackiego – utwory pisane przez mężczyzn. Zdałam już sobie sprawę z różnicy, jaka istnieje pomiędzy męskim a kobiecym sposobem traktowania seksu. Wiedziałam, jak odmienne są dosadność Henry’ego Millera i moja zagadkowość – jego humorystyczne […] spojrzenie na seks i moje poetyckie opisy scen seksualnych. […]

Kobiety, myślałam, są bardziej skłonne łączyć seks z emocjami, z miłością i wybrać sobie raczej jednego mężczyznę, niż decydować się na częstą zmianę partnerów. Ale jednak – mimo iż postawa kobiet wobec seksu różni się tak bardzo od postawy mężczyzn – nie nauczyłyśmy się jeszcze, jak o tym pisać.

(ze Słowa wstępnego)

Anaïs Nin była jedną z pierwszych piszących kobiet, które przełamały tabu kobiecej seksualności.

„Wprost”

Nin pisała je [opowiadania] w latach 40. Do dziś w ogóle się nie zestarzały.

Krystyna Kofta, 

Anaïs Nin zachwyca mężczyzn i inspiruje kobiety, pełna przekory czerpie z życia garściami, opisując je z artyzmem i zuchwałością.

„The New York Times Book Review”

Odkrywcze, wyrafinowane, wysoce eleganckie i nieprzyzwoite.

„Cosmopolitan”

Anaïs Nin (1913–1977) – francuska pisarka. W latach 20. i 30. uczestniczyła w życiu artystycznej bohemy Paryża. Słynna jest historia trójkąta miłosnego między Anaïs i poznanymi w 1931 roku w Paryżu Henrym Millerem i jego żoną June.

Opinie o ebooku Delta Wenus - Anais Nin

Fragment ebooka Delta Wenus - Anais Nin

Tytuł oryginału: DELTA OF VENUS

Copyright © 1969 by Anaïs Nin

Copyright © 1977 by The Anaïs Nin Trust

All rights reserved

This book was negotiated through the Graal Literary Agency,

Pruszkowska, and Tree L. Wright, Author's Representative,

P.O. Box 26053, Los Angeles, CA 90026.

Projekt okładki:

Anna Pol

Zdjęcie na okładce:

© Horst P. Horst/Condé Nast Archive/Corbis/Foto Channels

Redaktor prowadzący:

Katarzyna Rudzka

Korekta:

Jan Krokowski

ISBN 978-83-7961-492-9

Warszawa 2013

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

SŁOWO WSTĘPNE*

* Adaptacja III tomu Dzienników Anaïs Nin (przyp. tłum.).

kwiecień 1940

Pewien kolekcjoner książek zaoferował Henry’emu Millerowi wynagrodzenie w wysokości stu dolarów miesięcznie za pisanie historyjek erotycznych. Skazanie Henry’ego na tworzenie erotyki po dolarze za stronę wydawało się iście dantejskim piekłem. Henry buntował się przeciw temu, gdyż jego aktualny nastrój nie miał nic wspólnego z Rabelais’m; gdyż pisanie na zamówienie oznaczało zajęcie wręcz zabójcze; gdyż świadomość, że przy dziurce od klucza siedzi rozpustny podglądacz, odbierała jego fantazyjnym powiastkom całą spontaniczność i urok.

grudzień 1940

Henry opowiedział mi o tym kolekcjonerze. Niekiedy spotykają się na lunchu. Odkupił już od Henry’ego rękopis i zasugerował napisanie czegoś dla jednego z jego stałych i zamożnych klientów. Henry nie potrafił rzec wiele o swoim kliencie ponad to, że interesuje się literaturą erotyczną.

Tak więc Henry przystąpił do pracy – rozbawiony, usposobiony do żartów. Wymyślał niestworzone historie, które potem rozśmieszały nas do łez. Potraktował to jak eksperyment i początkowo zadanie wydawało się łatwe. Niebawem jednak obmierzło mu. Nie chciał sięgać do materiału, który zamierzał wykorzystać w swojej właściwej twórczości, tak więc sytuacja zmuszała go do nieprawdopodobnego forsowania wyobraźni i nastrojów.

Ze strony swego osobliwego klienta nie doczekał się ani jednego słowa aprobaty. Być może tamten nie chciał zdradzić swej tożsamości. Ale Henry począł droczyć się z kolekcjonerem. Czy ten klient aby na pewno istnieje? Czy te strony przeznaczone są w rzeczywistości dla samego kolekcjonera i mają wnieść trochę życia do pełnego melancholii dnia codziennego? Czy kolekcjoner i klient to jedna i ta sama osoba? Henry i ja nieraz poruszaliśmy ten temat, nieco zdezorientowani i rozbawieni zarazem.

W tym czasie kolekcjoner poinformował, że jego klient ma przybyć do Nowego Jorku i że Henry spotka się z nim. Jednak, nie wiedzieć czemu, spotkanie to nigdy nie doszło do skutku. Kolekcjoner nie szczędził słów, opowiadał barwnie o wysłaniu rękopisów pocztą, mówił, ile zapłacił – wszystkie te szczegóły miały uwiarygodnić fakt istnienia owego klienta.

Pewnego dnia poprosił o egzemplarz Czarnej wiosny wraz z dedykacją.

– Przecież mówił pan, że on ma już wszystkie moje książki podpisane przeze mnie – zdziwił się Henry.

– Ale tę zgubił.

– Komu mam zadedykować? – zapytał Henry niewinnym tonem.

– Proszę tylko napisać „Dobremu przyjacielowi” i złożyć swój podpis.

Kilka tygodni później Henry’emu potrzebny był właśnie egzemplarz Czarnej wiosny i nie mógł znaleźć ani jednego. Postanowił pożyczyć książkę od kolekcjonera i udał się do jego biura. Sekretarka prosiła, aby poczekał, on jednak zaczął przeglądać książki w biblioteczce i ujrzał egzemplarz Czarnej wiosny. Wyciągnął go; był to ten sam, który zadedykował „dobremu przyjacielowi”.

Kiedy kolekcjoner zjawił się w biurze, Henry, nie kryjąc rozbawienia, opowiedział o wszystkim. Kolekcjoner, w równie dobrym humorze, wyjaśnił:

– Ach, tak, staruszek zaczął się tak bardzo niecierpliwić, że zanim jeszcze otrzymałem od pana egzemplarz z dedykacją, wysłałem mu ten, który miałem. Zamierzałem wymienić je znowu nieco później, kiedy mój klient przyjedzie ponownie do Nowego Jorku.

Spotkawszy się ze mną, Henry skomentował to słowami:

– Jestem jeszcze bardziej zbity z tropu niż przedtem.

Kiedy Henry pytał o reakcję klienta na jego opowiadania, kolekcjoner odpowiedział:

– Och, to wszystko bardzo mu się podoba. Jest wspaniałe. Ale wolałby więcej opisów, po prostu samą historię, bez analizowania i filozofii.

Pewnego razu, gdy Henry’emu zabrakło pieniędzy na podróż, zaproponował, abym w tym czasie napisała coś sama. Nie mając chęci ujawniać własnych, autentycznych przeżyć, postanowiłam stworzyć coś, co stanowiłoby połączenie historyjek, które usłyszałam, i zmyśleń; chciałam wywołać wrażenie, że opisy te pochodzą z pamiętnika kobiety. Nigdy nie udało mi się spotkać z kolekcjonerem. Miał czytać napisane przeze mnie strony i informować mnie, co o nich myśli. Dziś zadzwonił telefon. Czyjś głos oświadczył:

– To jest dobre. Ale proszę zrezygnować z poezji i tych opisów, które nie dotyczą seksu. Proszę skoncentrować się na seksie.

Zaczęłam więc pisać z dyskretną ironią, tworzyć historyjki dziwaczne, niezwykłe i tak przesadzone, że w końcu wydało mi się nieprawdopodobne, aby nie zorientował się, iż po prostu parodiuję seks. Nie zaprotestował jednak. Odtąd spędzałam dni w bibliotece, studiując Kamasutrę albo też wysłuchiwałam moich przyjaciół, którzy zwierzali się z najbardziej ekscytujących przygód.

– Mniej poezji – usłyszałam niebawem przez telefon. – Proszę nie zapominać o temacie.

Czyż można jednak czerpać przyjemność z czytania klinicznych opisów? Czy ten stary człowiek istotnie nie ma pojęcia, ile barw i dźwięków nabiera ciało dzięki odpowiednim słowom?

Co ranka po śniadaniu siadałam, aby wypełnić moją normę erotyków. Pewnego razu napisałam: „Był sobie węgierski poszukiwacz przygód”… Obdarzyłam go wieloma zaletami: urodą, elegancją, urokiem osobistym, wdziękiem, talentem aktorskim, znajomością wielu języków obcych, zadziwiającą umiejętnością nawiązywania miłostek i unikania kłopotów, jak również odpowiedzialności.

Kolejny telefon:

– Staruszek jest zadowolony. Proszę koncentrować się na seksie. Zrezygnować z poezji.

To oznaczało epidemię erotycznych „dzienników”. Wszyscy opisywali swoje doświadczenia seksualne. Zmyślone, zasłyszane, przeanalizowane przez Krafft-Ebinga i w księgach medycznych. Mieliśmy komiczne rozmowy. Opowiadaliśmy historyjkę, a reszta z nas miała orzec, czy jest prawdziwa, czy nie. Albo wiarygodna. Czy można w to uwierzyć? Robert Duncan zapragnął eksperymentu, chciał zbadać naszą wyobraźnię, potwierdzić ją lub zanegować. Każde z nas potrzebowało pieniędzy, tak więc łączyliśmy nasze fantazje, wymyślając coraz to nowe historyjki.

Byłam pewna, że nasz staruszek nie wie nic o błogości, ekstazach i oszałamiających odbiciach, mających miejsce przy kontaktach seksualnych. Zrezygnować z poezji – to było jego posłanie. Seks kliniczny, wyzuty z wszelkiego ciepła miłości – orkiestracji wszystkich zmysłów, dotyku, słuchu, wzroku, smaku; wszystkich euforycznych zjawisk towarzyszących, tworzącej tło muzyki, nastrojów, atmosfery i odmian – zmusił go, aby zwrócić się do literackich afrodyzjaków.

Mogliśmy przekazać mu inne butelkowane sekrety, o wiele lepsze, ale wobec takich sekretów okazałby się z pewnością głuchy. Nadejdzie jednak dzień, kiedy się nasyci, a wtedy opowiem mu o tym, jak niewiele brakowało, aby jego obsesja na punkcie gestów wolnych od emocji pozbawiła nas zainteresowania namiętnością, i jak bardzośmy na niego pomstowali, gdyż omal nie skłonił nas do złożenia ślubów czystości, jako że to, czego od nas oczekiwał, to wyrzeczenie się przez nas naszego afrodyzjaku – poezji.

Otrzymałam za moje erotyki sto dolarów. Gonzalo potrzebował gotówki na dentystę, Helbie potrzebne było lustro, przed którym mogłaby tańczyć, a Henry musiał mieć pieniądze na podróż. Gonzalo opowiedział mi historię o Baskijczyku i Bijou, którą przelałam na papier dla naszego kolekcjonera.

luty 1941

Rachunek za telefon pozostał niezapłacony. Oplątywała mnie coraz bardziej sieć problemów finansowych. Wszyscy z mego otoczenia nieodpowiedzialni, nieświadomi faktu rychłej katastrofy. Napisałam trzydzieści stron erotyków.

Zdałam sobie ponownie sprawę z tego, że jestem bez centa, i zadzwoniłam do kolekcjonera. Czy jego bogaty klient wypowiedział się już na temat ostatniego rękopisu, jaki wysłałam? Nie, jeszcze nie, ale i tak weźmie ten, który właśnie ukończyłam – i wypłaci mi honorarium. Henry musiał iść do lekarza. Gonzalo sprawił sobie okulary. Robert przyszedł w towarzystwie B. i poprosił o trochę pieniędzy, gdyż chcieli pójść do kina.

Czy nasz staruszek nie zmęczył się jeszcze pornografią? Czy nie zdarzy się jakiś cud? Zaczęłam wyobrażać sobie, że mówi: „Przynoś mi wszystko, co ona pisze, chcę tego, to mi się podoba. Prześlę jej wspaniały prezent: wysoki czek za wszystkie historie, które napisała”.

Zepsuła mi się maszyna do pisania. Mając sto dolarów w kieszeni, zdołałam odzyskać optymizm. Powiedziałam do Henry’ego:

– Ten kolekcjoner twierdzi, że lubi nieskomplikowane kobiety, nie intelektualistki… a jednak zaprasza mnie na obiad.

Miałam wrażenie, że puszka Pandory zawierała tajemnice kobiecej zmysłowości, tak odmiennej od męskiej – zmysłowości, wobec której język mężczyzn nie jest adekwatny. Język seksu musiał być dopiero odkryty. Język zmysłów – dopiero zbadany. D.H. Lawrence zaczął od tego, że wypowiadał się instynktownie, usiłował uniknąć stylu klinicznego, naukowego, który nie jest w stanie oddać tego, co odczuwa ciało.

październik 1941

Przyszedł Henry i wypowiedział kilka sprzecznych ze sobą stwierdzeń. Że mógłby żyć z niczego, że czuje się tak dobrze, iż byłby w stanie nawet podjąć jakąś pracę, że jego integralność powstrzymuje go od pisania scenariuszy w Hollywood. Wreszcie zapytałam go:

– A co z moją integralnością, skoro pisuję erotyki dla pieniędzy?

Roześmiał się, przyznał, że to paradoks i sprzeczność, roześmiał się jeszcze raz i zmienił temat.

We Francji istnieje tradycja tworzenia literatury erotycznej w dobrym eleganckim stylu. Kiedy zaczęłam pisać dla naszego kolekcjonera, myślałam, że podobną tradycję odnajdę też tu, myliłam się jednak. Wszystko, co ujrzałam, było szmirą pisaną przez drugorzędnych autorów. Wydawało się, że żaden z dobrych pisarzy nie przyłożył jeszcze swej ręki do erotyków.

Powiedziałam George’owi Barkerowi, jak piszą Caresse Crosby, Robert Duncan, Virginia Admiral i inni. Pomysł, jakobym była „madam” w tym snobistycznym, literackim burdelu, gdzie wulgarność nie ma wstępu, utrafił w jego poczucie humoru.

Śmiejąc się, powiedziałam:

– Dbam o zaopatrzenie w papier i kalkę, dostarczam anonimowo rękopisy i gwarantuję wszystkim anonimowość.

George Barker uznał, że jest to o wiele bardziej humorystyczne i inspirujące niż żebranina, pożyczanie lub wyłudzanie pieniędzy od przyjaciół na jedzenie.

Skupiłam wokół siebie poetów i wspólnie poczęliśmy tworzyć przepiękne erotyki. Ponieważ byliśmy skazani na pisanie o przejawach zmysłowości, przeżywaliśmy gwałtowne eksplozje poezji. Tworzenie literatury erotycznej stało się drogą raczej ku świętości niż do rozpusty.

Harvey Breit, Robert Duncan, George Barker, Caresse Crosby, my wszyscy koncentrujemy swe umiejętności na tour de force, zaopatrując naszego staruszka w taką ilość trafnie dobranej perwersji, że wreszcie zaczął błagać o więcej.

Homoseksualiści pisali tak, jakby byli kobietami. Nieśmiali pisali o orgiach. Oziębli – o szaleńczym spełnieniu. Poeci dawali upust czystemu zezwierzęceniu, a ci najbardziej czyści – perwersjom. Nękały nas wspaniałe opowieści, których nie wolno nam było przekazać dalej. Siadaliśmy wkoło, wyobrażając sobie naszego staruszka, i zwierzaliśmy się jedni drugim, jak bardzo go nienawidzimy za to, że nie zezwala na połączenie seksu i uczucia, zmysłowości z emocjami.

grudzień 1941

George Barker był straszliwie biedny. Postanowił pisać więcej erotyków. Napisał osiemdziesiąt pięć stron, ale kolekcjoner uznał, że są zbyt surrealistyczne. Mnie natomiast spodobały się. Sceny miłosne były niesamowite, pełne fantazji.

Pierwsze pieniądze, jakie otrzymał, przepił, ja zaś nie mogłam pożyczyć mu nic więcej, jak tylko papier i kalki. George Barker, znakomity poeta angielski, pisał erotyki, aby móc pić, tak jak Utrillo, który malował za butelkę wina. Zaczęłam rozmyślać o starcu, którego my wszyscy nienawidziliśmy z całego serca. Postanowiłam wysłać list, wprost do niego, wyznać, co czujemy.

„Szanowny panie kolekcjonerze, nienawidzimy pana. Seks traci całą swą moc i magię, jeśli staje się dosadny, mechaniczny, przesadzony, kiedy przeradza się w obsesję. Wtedy staje się czymś nieznośnym i nudnym. Nikt poza panem nie zdołał uświadomić nam, jak wielkim błędem jest nie łączyć seksu z emocjami, żądzą, pożądaniem, namiętnością, fantazją, kaprysami, więziami międzyludzkimi i głębszymi stosunkami, zmieniającymi raz po raz swoją barwę, woń, rytm i natężenie.

Nie wie pan nawet, ile traci podczas tej dokładnej, drobiazgowej obserwacji aktywności seksualnej przy równoczesnym wykluczeniu innych aspektów, będących paliwem do jej rozpalenia. Intelekt, wyobraźnia, romantyzm i emocje – to właśnie obdarza seks zdumiewającą strukturą, dokonuje w nim subtelnej transformacji, stanowi jego afrodyzjak. Pan ogranicza swój świat odczuć, pozbawia go wody, pożywienia i krwi.

Gdyby wzbogacił pan swoje życie seksualne o wszystkie owe podniety i przygody, które miłość dostarcza zmysłowości, stałby się pan człowiekiem o największej potencji na świecie. Źródło seksualnej mocy tkwi w ciekawości i namiętności. Pan natomiast przygląda się, jak jej niewielki płomyk dławi się i gaśnie. Seks nie potrafi rozwijać się w monotonii, bez uczucia, inwencji, nastrojów, niespodzianek w łóżku. Seks należy mieszać ze łzami, śmiechem, słowami, obietnicami, scenami zazdrości i gniewu, z wszelkimi odcieniami strachu, zagranicznymi podróżami, nowymi twarzami, powieściami, opowiadaniami, marzeniami, fantazjami, muzyką, tańcem, opium i winem.

Jak wiele traci pan przez ów peryskop na czubku pańskiego organu seksu! A przecież mógłby pan rozkoszować się całym haremem egzotycznych i niepowtarzalnych cudów… Nie ma dwóch takich samych włosów, a jednak pan nie pozwala nam uronić nawet jednego słowa, aby opisać włos; nie ma dwóch identycznych zapachów, ale gdy chcemy napisać coś na ten temat, pan woła od razu: skończyć z tą poezją! Nigdy skóra jednego człowieka nie jest równa skórze drugiego; różnią się strukturą i odcieniem, nigdy też nie ma takiego samego światła, temperatury, cieni, nigdy tych samych gestów; gdyż kochanek owładnięty miłością potrafi wykorzystać całą gamę miłosnej wiedzy, nagromadzonej przez stulecia. Cóż to za rozmach, jakie zmiany wieku, ileż zmian dojrzałości i niewinności, perwersji i sztuki…

Godzinami siedzieliśmy tak, zastanawiając się, jak też pan wygląda. Jeśli naprawdę uodpornił pan swoje zmysły na jedwab, światło, barwę, zapach, charakter i temperament, musi pan być człowiekiem zupełnie zasuszonym. Jest tak wiele zmysłów pobocznych, które niczym dopływy wpadają wreszcie do głównego nurtu seksu, żywiąc go. Jedynie wspólny puls seksu i serca potrafi zrodzić ekstazę”.

Postscriptum

Wówczas gdy wszyscy pisaliśmy erotyki po dolarze za stronę, uświadomiłam sobie, że od wieków mieliśmy tylko jeden model tego gatunku literackiego – utwory pisane przez mężczyzn. Zdałam już sobie sprawę z różnicy, jaka istnieje pomiędzy męskim a kobiecym sposobem traktowania seksu. Wiedziałam, jak odmienne są dosadność Henry’ego Millera i moja zagadkowość – jego humorystyczne, typowe dla Rabelais’go spojrzenie na seks i moje poetyckie opisy scen seksualnych w nieopublikowanych fragmentach dzienników. Jak już wspomniałam w III tomie Dzienników, miałam wrażenie, że puszka Pandory zawierała tajniki kobiecej zmysłowości, tak odmiennej od męskiej, zmysłowości, wobec której język mężczyzny nie jest adekwatny.

Kobiety, myślałam, są bardziej skłonne łączyć seks z emocjami, z miłością i wybrać sobie raczej jednego mężczyznę, niż decydować się na częstą zmianę partnerów. Uświadomiłam to sobie, pisząc powieści i Dzienniki, a jeszcze wyraźniej, gdy zaczęłam nauczać. Ale jednak – mimo iż postawa kobiet wobec seksu różni się tak bardzo od postawy mężczyzn – nie nauczyłyśmy się jeszcze, jak o tym pisać.

Tu, w przypadku owej erotyki, pisałam dla rozrywki i pod presją klienta, który żądał, abym „zrezygnowała z poezji”. Wydawało mi się, że mój styl znajduje się pod wpływem książek napisanych przez mężczyzn. Z tego względu miałam od dawna wrażenie, że poszłam na kompromis, gubiąc gdzieś cząstkę mojej kobiecej jaźni. Porzuciłam więc literaturę erotyczną. Czytając ją jednak ponownie wiele lat później, widzę, że mój własny głos nie został tak do końca stłumiony. W wielu fragmentach użyłam intuicyjnie języka kobiety, patrząc na przeżycia erotyczne z punktu widzenia kobiety. I w końcu postanowiłam dopuścić te erotyki do publikacji – gdyż można w nich dostrzec pierwsze kroki kobiety w świecie, będącym dotychczas domeną mężczyzn.

Ten kobiecy punkt widzenia będzie jeszcze wyraźniejszy, jeśli kiedykolwiek zostanie opublikowana nieokrojona wersja Dzienników, a wtedy okaże się, że kobiety (i ja, w Dziennikach) nigdy nie oddzielały seksu od uczucia, od miłości do całego mężczyzny.

Anaïs Nin

Los Angeles

wrzesień 1976

WĘGIERSKI POSZUKIWACZ PRZYGÓD

Był sobie węgierski poszukiwacz przygód o zaskakującej urodzie, nieodpartym uroku osobistym i wdzięku, niezaprzeczalnych umiejętnościach aktorskich, sporej kulturze. Znał wiele języków obcych i odznaczał się arystokratycznymi manierami. Poza tym wszystkim był geniuszem w nawiązywaniu miłostek, unikaniu kłopotów, znikaniu i pojawianiu się potem w innym kraju.

Zwykł podróżować w imponującym stylu, z piętnastoma kuframi i dwoma dogami. Jego władcza, wielkopańska postawa zyskała mu przydomek „Baron”. Można go było spotkać w najbardziej luksusowych hotelach i nadmorskich uzdrowiskach, na wyścigach konnych, trasach całego świata, wycieczkach do Egiptu, podróżach przez pustynię i w głąb Afryki.

Wszędzie budził zainteresowanie kobiet i jak większość wszechstronnych aktorów, wcielał się w najprzeróżniejsze role, aby zaspokoić smak każdej z nich. Był najelegantszym tancerzem, prawdziwą duszą towarzystwa przy stole, doświadczonym partnerem w sytuacjach tête--à-tête; potrafił żeglować, jeździć konno, powozić. Każde miasto znał tak dobrze, jakby spędził tam całe swoje życie. Miał znakomite koneksje w wyższych sferach. Jednym słowem był niezastąpiony.

Kiedy potrzebował pieniędzy, żenił się z zamożną kobietą, przepuszczał cały majątek i wyjeżdżał do innego kraju. Kobiety przeważnie nie protestowały ani nie składały skarg na policji. Kilka upojnych tygodni lub miesięcy spędzonych u jego boku w charakterze żony pozostawiało w nich wspomnienie tak rozkoszne, że usuwało ono w cień szok spowodowany utratą pieniędzy. Chociaż przez tę krótką chwilę miały sposobność przekonać się, jak to jest mieć w życiu silne skrzydła i unosić się dzięki nim ponad głowami mierności.

Baron szybował z nimi w przestworza i tam wirował, oszałamiając swymi ewolucjami do tego stopnia, że potem nawet pożegnania miały jeszcze w sobie coś z owego czarownego lotu. I wydawało się to niemal czymś zupełnie naturalnym – gdyż żadna z partnerek nie mogła mu dorównać, nie posiadając takich potężnych orlich skrzydeł jak on.

Nadszedł jednak czas, kiedy ten wolny, nieposkromiony poszukiwacz przygód, przeskakujący z jednej złotej gałęzi na drugą, sam niemal wpadł w pułapkę – w pułapkę miłości. Pewnego wieczoru, w jednym z peruwiańskich teatrów, spotkał brazylijską tancerkę o imieniu Anita. Jej migdałowe oczy nie zamykały się tak jak u innych kobiet, lecz raczej jak oczy tygrysa, pumy czy leoparda; powieki łączyły się ze sobą z wolna i ociężale, tworząc szparkę, z której padało lubieżne i ukośne spojrzenie, niczym wzrok kobiety, która nie chce patrzeć na to, co inni czynią z jej ciałem. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby właśnie odbywała stosunek miłosny. I Baron poczuł natychmiast, że rozgorzała w nim żądza.

Kiedy udał się za kulisy, aby zamienić z nią parę słów, ubierała się pośród morza kwiatów; wywołując zachwyt swych wielbicieli, którzy otaczali ją kołem, malowała sobie płeć szminką do ust, nie pozwalała im jednak na żaden poufały gest.

Widząc Barona, uniosła lekko głowę i uśmiechnęła się na powitanie. Jedną nogę trzymała na małym stołeczku, strojna, brazylijska sukienka podciągnięta była do góry, ona zaś swą upierścienioną dłonią nadal szminkowała sobie płeć, śmiejąc się z podniecenia mężczyzn.

Jej płeć, większa niż te, które Baron widywał do tej pory, przypominała olbrzymi kwiat cieplarniany, okalające ją włosy były bujne i kędzierzawe, połyskliwie czarne. Nakładała róż na wargi sromowe, jak gdyby były to usta, cierpliwie, pieczołowicie, aż wreszcie przypominały krwistoczerwoną kamelię, rozwartą i prezentującą skryty wewnątrz, zamknięty jeszcze pączek; nieco bledsze, delikatne jądro kwiatu.

Baron usiłował bezskutecznie namówić ją na wspólną kolację. Jej obecność na scenie stanowiła zaledwie preludium do właściwego występu. Dopiero teraz następowało to, co uczyniło ją sławną w całej Ameryce Południowej, we wszystkich teatrach, których loże – głębokie, ciemne i skryte częściowo za zasłonami – wypełniane były przez mężczyzn z wyższych sfer, przybyłych z całego świata. Na tę wyrafinowaną burleskę kobiety nie miały wstępu.

Anita zdążyła nałożyć znowu ową krynolinę podszytą falbankami, którą nosiła, śpiewając przedtem na scenie brazylijskie piosenki, zrezygnowała jednak z szala. Suknia nie miała ramiączek, a pełne, bujne piersi, ściśnięte ciasnym gorsetem, wypchnięte były ku górze, prezentując się niemal w całej swej okazałości oczom wszystkich obecnych.

W tym oto stroju, podczas gdy spektakl trwał nadal, obchodziła wszystkie loże i tam, na życzenie, klękała przed mężczyzną, rozpinała mu spodnie, obejmowała penis upierścienioną dłonią i z niewiarygodnym wyrafinowaniem, wprawą i subtelnością, do czego niewiele kobiet jest zdolnych, poczynała ssać, przerywając dopiero, gdy mężczyzna był zaspokojony. Jej ręce były równie aktywne jak usta.

Owa rozkoszna pieszczota doprowadzała każdego z mężczyzn niemal do szału. Zwinne dłonie Anity, zmienny rytm, ciągłe przejścia od szczelnego ucisku całego członka w dłoni do delikatnego muskania samego czubka, od energicznego ugniatania całego narządu do leciutkiego podrażniania owłosienia – i to wszystko w wykonaniu nadzwyczaj pięknej i zmysłowej kobiety, podczas gdy uwaga publiczności skierowana była na scenę; widok własnego członka wnikającego w jej wspaniałe usta, pomiędzy połyskliwe zęby, i falowanie jej piersi – oto co sprawiało mężczyznom szczytową rozkosz, za którą też płacili sowicie.

Jej obecność na scenie miała przygotować ich do tego, co działo się w lożach. Prowokowała ich ustami, oczami i biustem, a zaspokajanie ich w ciemnych, skrytych za zasłonami lożach, wysoko ponad widownią, z której dobiegała muzyka, stanowiło niezwykle pikantną formę rozrywki.

Baron nieomal zakochał się w Anicie i pozostał z nią o wiele dłużej niż z jakąkolwiek inną kobietą. Ona również pokochała go i urodziła mu dwoje dzieci.

Jednak po kilku latach Baron uznał znowu, że ma dość. Moc przyzwyczajenia okazała się zbyt silna; przyzwyczajenia do wolności i zmian.

Wyjechał do Rzymu i wynajął apartament w Grand Hotelu. Tak się złożyło, że apartament sąsiadował z pokojami zamieszkanymi przez ambasadora hiszpańskiego, jego żonę i dwie małe córeczki. Oni również dali się oczarować Baronowi, a żona ambasadora wręcz podziwiała go. Zaprzyjaźnili się, on zaś traktował tak wspaniale dziewczynki, które nudziły się w tym wielkim hotelu, że niebawem obie nabrały zwyczaju wstawać z samego rana i biec czym prędzej do Barona, aby budzić go, śmiejąc się przy tym i przekomarzając z nim. Taka zabawa była dla nich czymś nowym; wobec rodziców, ludzi bardziej poważnych, musiały zachowywać się statecznie.

Jedna z dziewczynek miała dziesięć lat, druga dwanaście, obie były śliczne, o dużych aksamitnych, czarnych oczach, długich, jedwabistych włosach i złocistej karnacji skóry. Nosiły krótkie, białe sukienki i krótkie, białe skarpetki. Każdego ranka wpadały z piskiem do sypialni Barona i – rozdokazywane – wskakiwały na jego duże łóżko.

Tu należy wspomnieć, że penis Barona, podobnie jak u wielu innych mężczyzn, znajdował się o tej porze dnia w stanie szczególnego napięcia i wrażliwy był na najsłabsze nawet bodźce, Baron zaś nie miał czasu wstać i załagodzić tego stanu, choćby częściowo, przez oddanie moczu. Zanim przychodziło mu to do głowy, obie siostrzyczki przebiegały po błyszczącej podłodze i rzucały się na niego, a jednocześnie na jego nabrzmiały członek nakryty obszerną, błękitną kołdrą.

Dziewczynki nie robiły sobie nic z tego, że ich spódniczki powiewały przy tym wyżej, niż powinny, a smukłe nogi ocierały się raz po raz o twardy penis sterczący pod kołdrą. Wśród wybuchów śmiechu wskakiwały na niego, dosiadały go jak konia i ugniatały, zmuszały, aby kołysząc się całym ciałem, wprawił łóżko w ruch. Nie przestawały przy tym obcałowywać go, targać za włosy i szczebiotać, jak to zazwyczaj czynią dzieci, a podniecenie Barona, traktowanego w ten sposób, wzrastało coraz bardziej, osiągając granice wytrzymałości.

Kiedy jedna z nich leżała na nim na brzuchu, wystarczyło podrzucić ją kilkakrotnie, aby osiągnąć szczyt rozkoszy. Czynił to więc każdorazowo, niby dla żartu, jak gdyby chciał zepchnąć ją z łóżka, mawiając przy tym:

– Na pewno spadniesz, jeśli będę podrzucał cię w ten sposób.

– Nie spadnę – zapewniała, obejmując go z całych sił poprzez kołdrę, on zaś poruszał się, jakby chciał, aby spadła z łóżka. Śmiejąc się, podrzucał ją rytmicznie, ale ona przywierała doń całym ciałem – swymi smukłymi nogami, drobnymi majteczkami, wszystkim – ocierając się o niego, nie chciała bowiem przegrać. I tak Baron kontynuował igraszki, przerywane salwami śmiechu. Potem druga z dziewczynek przychodziła siostrze z pomocą, siadała na nim przed tamtą – i teraz, czując na sobie podwójny ciężar, zaczynał poruszać się jeszcze gwałtowniej. Penis, ukryty pod grubą kołdrą, wplątywał się raz po raz pomiędzy te smukłe nogi i właśnie wtedy doznawał orgazmu – tak intensywnego jak niemal nigdy przedtem – i dawał za wygraną, podczas gdy dziewczynki nie wiedziały nawet, czemu zawdzięczają swój triumf.

Kiedyś gdy obie wbiegły, aby rozpocząć igraszki, schował ręce pod kołdrę, a następnie uniósł ją do góry palcem wskazującym, zachęcając dziewczynki, aby schwytały palec. Ochoczo poczęły polować na palec, który znikał i pojawiał się w różnych miejscach, gotowe w każdej chwili pochwycić go i ścisnąć w dłoniach. Ale po kilku minutach tym, co łapały raz po raz, nie był już jego palec, lecz penis, a im usilniej próbował uwolnić go z ich zwinnych dłoni, tym mocniej zaciskały się na nim. Co jakiś czas zanurzał się całkowicie pod kołdrę, brał penis do ręki i raptownie wysuwał go na zewnątrz, aby dziewczynki znowu mogły go dotknąć.

Niekiedy udawał zwierzę, które chce zaatakować je i pogryźć – i nieraz był już całkiem blisko tych miejsc, których łaknął. Obie były tym zachwycone. Zabawę ze „zwierzem” wykorzystywały też do gry w chowanego: zwierzę miało wyskakiwać na nie znienacka z jakiegoś ukrycia. Baron chował się w szafie na dole i nakrywał ubraniami. Kiedy jedna z dziewczynek otwierała szafę, on zaglądał bez trudu pod jej sukienkę, chwytał i przygryzał delikatne uda.

Siostrzyczki oddawały się owym igraszkom z takim zapałem, a zmagania przebiegały w takim zamęcie, że bardzo często ręka Barona sięgała wszędzie tam, gdzie miał na to ochotę.

Reszta w pełnej wersji

MATYLDA

Dostępne w pełnej wersji

INTERNAT

Dostępne w pełnej wersji

PIERŚCIEŃ

Dostępne w pełnej wersji

MAJORKA

Dostępne w pełnej wersji

ARTYŚCI I MODELKI

Dostępne w pełnej wersji

LILITH

Dostępne w pełnej wersji

MARIANNE

Dostępne w pełnej wersji

KOBIETA W WOALCE

Dostępne w pełnej wersji

ELENA

Dostępne w pełnej wersji

BASKIJCZYK I BIJOU

Dostępne w pełnej wersji

PIERRE

Dostępne w pełnej wersji

MANUEL

Dostępne w pełnej wersji

LINDA

Dostępne w pełnej wersji

MARCEL

Dostępne w pełnej wersji