Delikwentki - James Patterson - ebook

Delikwentki ebook

James Patterson

4,2

Opis

Prywatna zemsta czy międzynarodowa intryga?

Ten weekend miał być dla nich ucieczką od codzienności.

Abbie Elliot i jej trzy najlepsze przyjaciółki opuszczając pokład prywatnego helikoptera, wkroczyły do najbardziej luksusowego i pełnego przepychu hotelu, w jakim kiedykolwiek miały okazję nocować. Z okien ich luksusowego apartamentu widać zachwycające Monte Carlo. Nic więc dziwnego, że z miejsca zakochują się w słońcu, basenie i wykwintnym menu hotelowej restauracji. Przez cztery cudowne dni mogą żyć życiem kogoś innego. Zatłoczone nocne kluby, w których zabawa nigdy się nie kończy, oraz największe na świecie kasyna to mekka dla wszystkich pragnących zaszaleć. Abbie trafia do raju, który oferuje jej najlepszą rozrywkę.

Gdy nazajutrz o poranku kobieta budzi się na jachcie otoczonym przez policję, wie, że stało się coś strasznego. Abbie, Winnie, Serena i Bryah zostają aresztowane i postawione w stan oskarżenia. Wakacje życia, na które tak bardzo czekały, staną się najtrudniejszą walką, jaką przyjdzie im stoczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




O książce

PRYWATNA ZEMSTA CZY MIĘDZYNARODOWA INTRYGA?

TEN WEEKEND MIAŁ BYĆ DLA NICH UCIECZKĄ OD CODZIENNOŚCI.

CZTERY KOBIETY, PRZYTŁOCZONE SWOIMI ROLAMI MATEK I ŻON, CHCIAŁY TYLKO SPĘDZIĆ KILKA DNI W MONAKO, PŁAWIĄC SIĘ W LUKSUSIE.

Po szalonej nocy w Monte Carlo, spędzonej w towarzystwie bogatych i sławnych mężczyzn, Abbie Elliot i jej trzy przyjaciółki budzą się na luksusowym jachcie w chwili, gdy na jego pokład wkracza francuska policja. Kobiety zostają aresztowane pod zarzutem podwójnego zabójstwa i powiązań z międzynarodowym terroryzmem i przewiezione do Paryża. Sprawa staje się jeszcze bardziej poważna, kiedy się dowiadują, kim naprawdę był jeden z zamordowanych mężczyzn. Poddane zmasowanej presji policji, nie mogąc liczyć na pomoc amba¬sad swoich krajów, muszą walczyć o przeżycie.

Tego autora

DOM PRZY PLAŻY

DROGA PRZY PLAŻY

KRZYŻOWIEC

MIESIĄC MIODOWY

RATOWNIK

SĘDZIA I KAT

SZYBKI NUMER

OSTRZEŻENIE

BIKINI

REJS

POCZTÓWKOWI ZABÓJCY

(z Lizą Marklund)

KŁAMSTWO DOSKONAŁE

WYCOFAJ SIĘ ALBO ZGINIESZ

DRUGI MIESIĄC MIODOWY

ZOO

KOCHANKA

(z Davidem Ellisem)

DELIKWENTKI

(z Davidem Ellisem)

Kobiecy Klub Zbrodni

TRZY OBLICZA ZEMSTY

CZWARTY LIPCA

PIĄTY JEŹDZIEC APOKALIPSY

SZÓSTY CEL

SIÓDME NIEBO

ÓSMA SPOWIEDŹ

DZIEWIĄTY WYROK

Alex Cross

W SIECI PAJĄKA

KOLEKCJONER

JACK I JILL

FIOŁKI SĄ NIEBIESKIE

CZTERY ŚLEPE MYSZKI

WIELKI ZŁY WILK

NA SZLAKU TERRORU

MARY, MARY

ALEX CROSS

PODWÓJNA GRA

TROPICIEL

PROCES ALEXA CROSSA

GRA W KOTKA I MYSZKĘ

JA, ALEX CROSS

W KRZYŻOWYM OGNIU

ZABIĆ ALEXA CROSSA

ALEX CROSS MUSI ZGINĄĆ

Michael Bennett

NEGOCJATOR

TERROR NA MANHATTANIE

NAJGORSZA SPRAWA

Private Investigations

DETEKTYWI Z PRIVATE

DETEKTYWI Z PRIVATE: IGRZYSKA

Tytuł oryginału:

GUILTY WIVES

Copyright © James Patterson 2012

This edition published by arrangement with Little, Brown and Company, New York, New York, USA. All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Jan Jackowicz 2018

Redakcja: Agnieszka Łodzińska

Zdjęcie na okładce: Jens Mahnke/Pexels, Damiano Mariotti/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-248-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Judy EllisD.E.

PrologLipiec 2011

1

Mówią mi, że tu umrę. Nie znam tego miejsca, tego ciemnego, ociekającego wilgocią, zatęchłego lochu, gdzie nikt nie jest mi życzliwy, a większość ludzi mówi niezrozumiałymi dla mnie językami. Miejsca, które przez resztę życia będę zwać moim domem. To właśnie mi mówią. I jest mi coraz trudniej nie wierzyć ich słowom.

Są tu ludzie, którzy chcą, żebym umarła, niektórzy przez zemstę, ale większość dlatego, żeby zyskać rozgłos. Z pewnością zabicie mnie lub jednej z moich przyjaciółek, określanych zbiorowo mianem „Dam z Monte Carlo”, mogłoby posłużyć za drogę do sławy. Przezwisko to na dobre zagościło w międzynarodowych mediach. Jest bardziej fantazyjne niż wcześniejsze – Banda Czworga, Pięknotki z Berna, Niebezpieczne Panie Domu. Niemrożące aż tak krwi w żyłach, przynajmniej w moim odczuciu, jak określenie z pierwszej strony dziennika „Le Monde”, które ukazało się następnego dnia po ogłoszeniu wyroku: Mamans Coupables.

Zbrodnicze Mamusie.

Tak więc czekam. Na cud. Na nowo odkryty dowód. Na zeznanie prawdziwego zabójcy. Na ucho, które życzliwie odniesie się do mojej apelacji. Lub po prostu na kolejny poranek, kiedy obudzę się i odkryję, że wszystko to było snem. Przez ostatnie trzysta dziewięćdziesiąt dni otwierałam rano oczy i modliłam się, żeby znaleźć się znowu w Bernie lub, jeszcze lepiej, w Georgetown, i przygotowywać do wykładu o literaturze amerykańskiej dla skacowanych plebejuszy.

No i czuwam. Uważnie i powoli obchodzę każdy kąt. Śpię na siedząco. Staram się unikać jakiejkolwiek rutyny, z powodu której moje ruchy mogłyby się stać przewidywalne i narazić mnie na atak. Jeśli zamierzają dobrać się tu do mnie, będą się musieli nieźle postarać.

* * *

Dzień zaczął się tak jak każdy inny. Ruszyłam wąskim korytarzem do skrzydła G. Kiedy podeszłam do widniejącego na oszklonych drzwiach dużego napisu IZBA CHORYCH, przystanęłam i upewniłam się, czy moje palce u nóg zrównały się ze złuszczoną czerwoną linią na podłodze, znakiem nakazującym zatrzymanie się przed wejściem do środka.

– Bonjour – powiedziałam do strażniczki o imieniu Cecile, siedzącej przed hydraulicznie otwieranymi drzwiami. Żadnych nazwisk. Nikomu z obsługi więzienia nie wolno wyjawić więźniarkom niczego więcej oprócz imion, a prawdopodobnie i te są fałszywe. Chodzi o zachowanie anonimowości poza ścianami tego miejsca; dzięki temu uwolnione więźniarki nie będą mogły polować na strażniczki, które nie traktowały ich zbyt miło.

– Witaj, Abbie – odpowiedziała mi jak zwykle swoim najlepszym angielskim, który rzeczywiście nie był taki zły. W każdym razie lepszy niż mój francuski. Rozległ się głośny, odbijany echem brzęczyk, i drzwi otworzyły się z sykiem.

Więzienna izba chorych wymiarami przypominała amerykańską salę gimnastyczną, ale miała niżej zawieszony sufit, niecałe dwa i pół metra nad podłogą. Prawie w całości stanowiła otwarte pomieszczenie zapełnione ponad dwudziestoma łóżkami. Po jednej stronie znajdowała się długa klatka – rodzaj poczekalni – w której więźniarki czekały na swoją kolej do lekarza lub pielęgniarki. Po drugiej stronie, również zamkniętej i zabezpieczonej – pokój mieszczący środki opatrunkowe i leki. Za tym pokojem była mocno strzeżona sala, która mogła pomieścić pięć pacjentek i była zarezerwowana dla tych, które cierpiały na chorobę zakaźną lub wymagały intensywnego leczenia, oraz dla więźniarek szczególnie niebezpiecznych.

Lubiłam izbę chorych. Jej jasne oświetlenie wnosiło odrobinę życia do mojej ponurej codzienności. Lubiłam też pomagać innym; przypominało mi to, że ciągle jestem istotą ludzką, że nadal mam jakiś cel. Lubiłam ją również dlatego, że tutaj nie musiałam wciąż oglądać się za siebie.

Poza tym nic mi się tu nie podobało. Począwszy od unoszących się w powietrzu woni – cuchnącej mieszaniny zapachu ciał, uryny i silnych środków dezynfekujących, która zawsze uderzała mnie, gdy tu wchodziłam. No i mówiąc otwarcie, nikt przychodzący do izby chorych nie jest w dobrym nastroju.

A ja każdego dnia staram się mieć dobry nastrój. Bardzo mi na tym zależy.

Gdy tu weszłam, panował duży ruch, wszystkie łóżka zajęte, obecny był lekarz, dwie pielęgniarki i cztery więźniarki, które pomagały pielęgniarkom i biegały od jednej pacjentki do drugiej, opatrując otwarte rany symbolicznymi plastrami. Szalała grypa, a kiedy w Zakładzie Karnym i Poprawczym dla Kobiet jedna osoba zachoruje na grypę, choroba przenosi się na wszystkie osadzone w bloku. Próbowano izolować chore, ale wyglądało to jak przestawianie krzeseł w ciasnym gabinecie. Po prostu nie ma dość miejsca. Zakład jest przepełniony, normy przekroczone o pięćdziesiąt procent. W celach czteroosobowych zamkniętych było siedem kobiet – trzy spały na materacach rozłożonych na podłodze. W więzieniu zaprojektowanym dla tysiąca dwustu więźniarek przebywało ich prawie dwa tysiące. Upychali nas ramię przy ramieniu i kazali zasłaniać usta podczas kasłania.

Po drugiej stronie zobaczyłam Winnie, która bandażowała stopę jakiejś Arabce. Podobnie jak ja, Winnie pomagała pielęgniarce. Dyrektor więzienia zabronił nam rozmawiać ze sobą, toteż zostałyśmy umieszczone w różnych blokach i wyznaczone do różnych dyżurów w izbie chorych.

Jak za każdym razem, na jej widok coś ścisnęło mnie za gardło. Winnie była moją najbliższą przyjaciółką od czasu, gdy wraz z mężem przeniosłam się do Berna w Szwajcarii, gdzie został on zatrudniony w amerykańskiej ambasadzie. Przez pięć lat mieszkałyśmy tuż obok siebie, bolejąc nad późnymi powrotami z pracy naszych mężów dyplomatów i zwierzając się sobie z naszych sekretów.

No cóż, okazało się, że nie ze wszystkich. Ale ja jej to wybaczyłam.

– Hej – szepnęła, wymawiając to słowo z uroczym brytyjskim akcentem. Dotknęła mnie palcami. – Słyszałam, co się stało. Dobrze się czujesz?

– Żyję jak we śnie – odparłam. – A ty?

Nie miała nastroju do żartów. Winnie była zdumiewająco piękna – wysoka i zgrabna, z wielkimi promiennymi oczami, rzeźbionymi kośćmi policzkowymi i jedwabistymi, czarnymi jak atrament włosami – dzięki czemu trudniej było dostrzec obwódki wokół jej oczu, przygarbienie postawy, lekkie pogorszenie humoru. Od tamtych morderstw upłynął już przeszło rok, a trzy miesiące od skazania. Zaczynała się załamywać, poddawać. Więźniarki rozmawiały tu o chwili, w której do tego dochodzi, gdy traci się całą nadzieję. Nazywały to La Reddition. Kapitulacją. Ja jeszcze jej nie doświadczyłam. Miałam nadzieję, że nigdy się nie poddam.

– Wieczorem na filmie – szepnęła. – Zajmę miejsce dla ciebie. Kocham cię.

– Ja też cię kocham. Odpocznij trochę. – Czubki naszych palców rozłączyły się. Jej dyżur się skończył.

* * *

Mniej więcej półtorej godziny później hydrauliczne drzwi otworzyły się z sykiem i usłyszałam podniecone głosy. Byłam zwrócona plecami do wejścia. Pomagałam pielęgniarce opatrzyć rozcięcie na klatce piersiowej jednej z więźniarek, gdy któraś pielęgniarka zawołała:

– Urgence!

Alarm. Zdarzało się ich mnóstwo. Co tydzień któraś z więźniarek popełniała samobójstwo. W przepełnionym zakładzie szerzyły się przemoc i choroby związane z brakiem higieny. Nie można było odpracować sześciogodzinnego dyżuru, żeby przynajmniej raz nie ogłoszono alarmu.

Mimo to odwróciłam się w chwili, gdy strażniczki i pielęgniarka wtaczały do środka nosze na kółkach z leżącą na nich więźniarką.

– Boże, tylko nie to. – Upuściłam opatrunki, które miałam w ręce. Zaczęłam biec, zanim w pełni uświadomiłam sobie, co się stało. Szok na widok czarnych włosów zwisających z noszy. Mina na twarzy jednej z pielęgniarek, która odwróciła się z przejęciem i spojrzała na mnie, żeby sprawdzić, czy się zorientowałam, kim jest nowa pacjentka. Koniec końców wszyscy wiedzieli, że nasza czwórka stanowi grupę.

– Winnie – szepnęłam.

2

– Tylko nie to, błagam.

Odepchnęłam ostro ludzi stojących wokół mnie, roztrącając ich niczym kula kręgle, i podbiegłam do Winnie. Dwie strażniczki zobaczyły, że się zbliżam, i ruszyły do przodu, żeby mnie powstrzymać. Tymczasem lekarz i dwie pielęgniarki pochyliły się nad Winnie, wykonując gorączkowe ruchy.

– Dajcie mi spojrzeć. Pozwólcie… permettez-moi…

Pomiędzy dwiema przytrzymującymi mnie strażniczkami widziałam plecy pielęgniarki i nieruchome ciało mojej najlepszej przyjaciółki. Lekarz rzucił coś szybko – zbyt szybko, żebym mogła zrozumieć – i jedna z pielęgniarek pobiegła po jakieś lekarstwo do pomieszczenia z lekami.

– Co się stało?! – zawołałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. W przypływie panicznego strachu użyłam niewłaściwego języka.

Jeszcze raz spróbowałam obejść strażniczki. Po prostu chciałam na nią spojrzeć. I chciałam, żeby ona spojrzała na mnie. Ale jedna ze strażniczek uderzyła mnie ręką w pierś tak, że nogi ugięły się pode mną i upadłam, waląc głową o podłogowe kafelki. Strażniczki rzuciły się na mnie, przygniotły swoim ciężarem i unieruchomiły.

– Proszę. S’il vous plaît – zdołałam wymamrotać. – Winnie…

Chwilę potem, wyciągając szyję najwyżej jak tylko mogłam, zobaczyłam pomiędzy dwiema przytrzymującymi mnie strażniczkami, jak lekarz, mężczyzna w średnim wieku z długimi siwymi włosami, prostuje się, staje w swobodnej postawie i potrząsa głową w kierunku pielęgniarki, a potem zakłada na szyję stetoskop i odwraca się do drugiej pielęgniarki, tej, która pobiegła po leki.

– Marian, il n’est pas nécessaire.

– Nie! – jęknęłam.

Lekarz spojrzał na zegar wiszący na ścianie.

– Le temps de mort… ah, il est quatorze heures quarante.

Czas zgonu, czternasta czterdzieści.

– To wy… wy… ją zabiliście! – zawołałam i były to ostatnie słowa, jakie wyszły z czyichkolwiek ust, zanim pogrążyłam się w kompletnych ciemnościach.

3

Ciemność, mimo iż pokój był dobrze oświetlony. Zimno, mimo iż panowała w nim taka wilgoć, że koszula przykleiła mi się do ciała, a na czole pojawiły się kropelki potu. Krew, którą czułam w ustach, przeszywający ból w żebrach, sińce na nadgarstkach od kajdanek, którymi byłam przykuta do ściany – wszystko to było rzeczywiste. Zanim straciłam przytomność, stoczyłam jakąś walkę. Jej okruchy i fragmenty błyskały mi przed oczami. Kopałam i waliłam pięściami. Jak mi się wydaje, ugryzłam kogoś w ramię. Ale nie miało to znaczenia. Żaden z tych szczegółów już się nie liczył.

Ujrzałam teraz to, co zobaczyła Winnie. La Reddition. Kapitulację. Przestań z tym walczyć, a będzie ci łatwiej. La Reddition wyciągała do mnie dłoń, ale ja jeszcze jej nie uścisnęłam.

Czas mijał. Według moich obliczeń, od śmierci mojej najlepszej przyjaciółki upłynęło około dziesięciu godzin.

Drzwi celi otworzyły się i stanął w nich Boulez, dyrektor Zakładu Karnego i Poprawczego dla Kobiet. Ciemne, posmarowane czymś tłustym, zaczesane do tyłu włosy. Nieskazitelny trzyczęściowy garnitur, zapięty na wszystkie guziki. Wyglądał jak polityk, którym pewnie był. W Ameryce Boulez byłby członkiem rady miejskiej planującym ubieganie się o miejsce w Kongresie. We Francji był dyrektorem więzienia czekającym na szansę awansu do Ministerstwa Sprawiedliwości.

– Nie będę tracił czasu na uprzejmości – powiedział, sięgając, jak się wydawało, po właściwe słowa, jako że jego podwładne zamordowały właśnie moją najlepszą przyjaciółkę, a potem pobiły mnie i zakuły w kajdanki.

Rozejrzałam się po celi, w przybliżeniu wielkości mojej spiżarni w Stanach, zanim się przenieśliśmy. Pleśń na ścianach i suficie. Ciemne plamy na betonowej podłodze podobne do plam oleju w garażu – z tym że te były skutkiem uszkodzenia ludzkiego organizmu, a nie pojazdu.

Było to le mitard, więzienie w więzieniu: Czyli karcer.

Boulez nie był zachwycony tym, że się tu znalazł. Nie lubił brudzić sobie wypielęgnowanych rąk. Miał powód, żeby mnie odwiedzić, i zamierzał szybko przejść do rzeczy.

– Proszę mi powiedzieć, czego pani użyła – powiedział. – Uprości to sprawę inwentaryzacji zawartości szafki z lekami w celu sprawdzenia, czego brakuje. Będzie nam łatwiej, jeśli zezna to pani sama. – Jego angielski był bezbłędny, choć z silnym akcentem. Większość wykształconych Francuzów mówi płynnie po angielsku.

Zakasłałam, brudząc kropelkami krwi swoje brązowe spodnie.

– Nie zamierzam pytać o to dwa razy – warknął.

– Świetnie. Nie będę musiała dwa razy ignorować pańskich pytań.

Zamrugał oczami, starając się skupić. Jego umysł potrzebował chwili, żeby pojąć, co powiedziałam. A potem się skrzywił.

– Czy też było to samobójstwo? – zapytał. – Każda z was miała dostęp do leków. Albo zabiła się sama, albo pani ją otruła. Co to było, Abbie?

Było rzeczą oczywistą, że z przyjemnością wypowiada do mnie te słowa. Oboje wiedzieliśmy, że żadna z tych wersji nie jest prawdziwa. Ale on dawał jasno do zrozumienia, że jedna z nich zostanie przyjęta jako wersja oficjalna.

– Winnie nigdy nie odebrałaby sobie życia – powiedziałam. – Proszę mi nie wmawiać, że to zrobiła.

– Ach, tak. – Uniósł głowę. – A więc morderstwo.

Próbował sprowokować mnie do ostrej reakcji. Ten gość powinien na zawsze pozostać dyrektorem więzienia. Nie było lepszego ujścia dla sadystycznych skłonności.

– Oczywiście, miała pani prawo obwiniać ją za swoje kłopotliwe położenie – powiedział.

Zakasłałam znowu. Z takim samym skutkiem. Wytarłam podbródek o ramię, nie mogąc posłużyć się dłońmi.

– Nie zamierzam zapomnieć tego, co się dzisiaj wydarzyło – warknęłam. – Ktoś będzie musiał za to zapłacić.

– Mam lepszy pomysł. – Boulez podszedł, okazując dość pewności siebie wobec faktu, że byłam unieruchomiona. Zatrzymał się kilka kroków przede mną, tuż poza zasięgiem moich nóg, na wypadek gdybym chciała go kopnąć.

– Niech się pani przyzna do tamtego podwójnego zabójstwa – powiedział. – A to, co przydarzyło się pani przyjaciółce Winnie, zostanie uznane za samobójstwo.

Jasna sprawa. Żadna z naszej czwórki nie przyznała się podczas rozprawy sądowej do popełnienia morderstwa. Boulez chciał zostać bohaterem, który nakłonił mnie do przyznania się. Chciał dostać do ręki kawałek krwistego ochłapu, żeby móc go rzucić mięsożernym międzynarodowym mediom – a w odpowiednim momencie, także francuskim wyborcom.

– A jeśli tego nie zrobię? – zapytałam.

– No cóż, popełniła pani już dwa morderstwa. A teraz trzecie? Nie możemy trzymać pani w więzieniu dłużej niż do końca życia, prawda? Ale są inne sposoby wymierzania kary, Abbie. – Ruszył z powrotem w kierunku drzwi celi. – Dam pani czterdzieści pięć dni na przemyślenie sprawy.

– Przypuszczam, panie Boulez, że ma pan na myśli trzydzieści.

Niedawno we Francji uchwalono ustawę ograniczającą czas przetrzymywania w le mitard do trzydziestu dni. Ale wszyscy tutaj wiedzieli, że są sposoby na obejście tego ograniczenia.

– Powiedziałem czterdzieści pięć? I miałem rację. – Kąciki jego ust wykrzywiły się. Popchnął knykciami palców drzwi, które otworzyły się z lekkim zgrzytnięciem.

– Panie Boulez! – zawołałam za nim. – Nie wygra pan. Pewnego dnia zamierzam stąd wyjść.

Boulez zmarszczył brwi. A potem uśmiechnął się szeroko.

– Madame, jest pani najsłynniejszą zbrodniarką w dziejach Francji. Nigdy pani stąd nie wyjdzie.

Rzekłszy to, zniknął. Oświetlenie, włączane poza celą, zgasło, pogrążając mnie w ciemnościach. Na trzydzieści dni. Lub może na czterdzieści pięć.

Albo do końca mojego życia.

A wszystko to z powodu dwóch nocy spędzonych w Monte Carlo.

Część pierwszaTrzynaście miesięcy wcześniej: czerwiec 2010

Rozdział 1

Trochę więcej niż pół godziny po wystartowaniu z Berna samolot tak gładko wylądował na pasie lotniska w Nicei, że wydawało się, jakbyśmy siadali na maśle. Lub może była to zasługa szampana, który pogrążał już moje zmysły w odrętwieniu, okrywając wszystko cudownymi kolorami. Było cudownie, bo obiecałam sobie, że będzie cudownie. Wszystkie, choć z różnych powodów, potrzebowałyśmy czegoś cudownego. Pragnęłyśmy kąpać się w rozkoszy. Pragnęłyśmy śnić przez te cztery dni.

– Oficjalnie jestem na wakacjach! – oświadczyłam mojej paczce, przełykając ostatnie krople szampana.

– Jest po prostu szałowo, kochana! – Winnie pochyliła się nad przejściem i chwyciła mnie za rękę.

Serena, siedząca naprzeciwko mnie, uniosła swój pusty kieliszek i potrząsnęła długimi jasnymi włosami.

– Bonjour, Monte Carlo. I na tym, moje drogie, kończy się moja znajomość francuskiego.

– Nie zapominaj o takich wyrazach, jak Chardonnay i Merlot – dodałam.

– Touché – odparła.

– No widzisz, twój słownik błyskawicznie się poszerza.

Przyglądałam się moim przyjaciółkom. Jakim cudem spotkało mnie tyle szczęścia? Serena Schofield, wysoka, świetnie zbudowana blondynka, była reprezentantka Stanów Zjednoczonych w narciarstwie, która zajęła piąte miejsce w zjeździe w Lillehammer. Trzydziestojednoletnia Bryah Gordon, urodzona w Johannesburgu w ciężkich czasach apartheidu, najmłodsza i najbystrzejsza z naszej paczki, chodzące kompendium wiedzy na wszelkie tematy, od najważniejszych po najbardziej trywialne, a przy tym na swój sposób piękna, o skórze koloru kawy i kędzierzawych afrykańskich włosach przystrzyżonych na wysokości podbródka. I oczywiście Winnie Brookes, egzotyczna Brytyjka zwana przez nas Diwą, obdarzona zapierającą dech w piersi urodą modelki, choć przez większość czasu zdawała się zupełnie nie pamiętać o swojej urodzie.

Poza tym byłam jeszcze ja. Abbie Elliot. Co ja robiłam w towarzystwie tych wspaniałych kobiet? Bo muszę przyznać, mimo wszystkich narzekań związanych z wyjazdem ze Stanów i przeniesieniem się do Szwajcarii, że moim głównym zajęciem było przyglądanie się im i odkrywanie ich zalet.

– Zamierzam przez pozostałe dni tej wycieczki mówić z brytyjskim akcentem – powiedziałam, odwracając się do Winnie. – Cholernie dobra zabawa, kochana – spróbowałam, starając się jak najlepiej małpować Monty Pythona.

– A ja mam zamiar udawać Amerykankę – odparła. – Hey, how ya doin? No, jak ci leci? Znasz może jakieś kraje, na które mogłybyśmy napaść?

Dzięki Serenie dysponowałyśmy prywatnym odrzutowcem, skąpanym teraz w przyjaznych promieniach zachodzącego słońca. Duży terenowy samochód podwiózł nas do portu lotniczego na Lazurowym Wybrzeżu, do części oznaczonej napisem PRIVATE AVIATION, gdzie czekały już na nas nasze torby.

– Mamy jakieś auto? – spytała Winnie.

– Auto? Samochody są takie przyziemne, dahling – odparła Serena, starając się jak najlepiej imitować głos Zsa Zsy Gabor i puszczając oko do wszystkich pozostałych. Żadnej z nas nie brakowało wyobraźni, ale Serena znacznie nas pod tym względem przewyższała. Nawet ktoś, kto dobrze ją znał, nie miał pojęcia o jej bogactwie. Żadna z moich znajomych nie była tak miła i bezpretensjonalna jak ona. Ale w tym tygodniu miało być inaczej. Miała pieniądze i precyzyjnie zaplanowała, jak je wydać.

Ruszyłyśmy za Sereną do drzwi prowadzących na szerokie lądowisko, gdzie stał duży i lśniący, srebrnoszary helikopter.

– O rany, Serena! – wykrzyknęła Bryah, być może z leciutkim odcieniem zaniepokojenia. Nie wyrywała się zbyt często z domu. Można by powiedzieć, że jej mąż Colton pilnował, żeby była grzeczna. Bo jeśli nie była, on robił się wobec niej niezbyt grzeczny. Najkrócej rzecz ujmując, Bryah nigdy dotąd nie uczestniczyła w takim babskim weekendowym wypadzie.

– Po co telepać się autem, skoro możemy polecieć? – Serena podbiegła do helikoptera i wsiadła do środka. Nie mogłam w to uwierzyć, ale prawdę mówiąc, mogłam, oczywiście. Pieniądze nie stanowiły przeszkody, a Serena chciała, żebyśmy spędziły cztery dni w świecie fantazji.

– Nie mogłaś znaleźć nic większego? – spytałam.

Zapięłyśmy pasy i po chwili helikopter błyskawicznie się uniósł, przyprawiając mnie o drobny ucisk w żołądku. Niebawem przelatywałyśmy nad księstwem Monako i nie liczyło się nic oprócz spadzistych wzgórz Francuskiej Riwiery, błękitnego bezmiaru Morza Śródziemnego usianego mniejszymi i większymi jachtami wracającymi pod wieczór do portu, oraz różowo-zielonego nieba, na którego tle słońce zaczęło zniżać się nad horyzontem.

– Wiesz, że Monako jest drugim od końca najmniejszym państwem na świecie? – spytała Bryah.

– Fascynujące – zauważyła Winnie. Spojrzałyśmy na siebie, powściągając uśmiechy.

– Bryah, kochana – powiedziałam, klepiąc ją po udzie. – Zamierzamy dobrze się zabawić. Nie stresuj się.

Zaledwie siedem minut później wylądowałyśmy na lądowisku dla helikopterów koło plaży. Odpięłyśmy pasy i czekałyśmy, aż pilot otworzy drzwi.

– Chwileczkę! – zawołała Serena. Sięgnęła do torebki, wyjęła trzy wypchane koperty i wręczyła każdej z nas. Otworzyłam moją i znalazłam w niej gruby plik euro.

– Co to jest? – spytała Winnie.

– To jest pięćdziesiąt tysięcy euro dla każdej z was – odparła Serena. – Grajcie za nie w kasynie. Wybierzcie się na zakupy. Róbcie, co się wam podoba. Obiecajcie mi tylko, że je wydacie.

– Czy mogę kupić samochód? – spytałam. – Albo małą wyspę?

– A co z gwiazdorami filmowymi? – spytała Winnie. – Myślę, że mogłabym wynająć na cały weekend Brada Pitta.

– Brada Pitta? Za stary, Win – zauważyłam. – Pomyśl o którymś z młodszych chłopców. Mógłby to być Zac Efron.

– Potrzebujesz sportowca – podsunęła jej Serena. – Takiego jak David Beckham. Albo Rafa Nadal.

– Rafa mógłby się nadać – zgodziła się Winnie.

Popatrzyłyśmy na Bryah, która cały czas milczała. Przyjrzała się pieniądzom, spojrzała na Serenę i wreszcie zdobyła się na wymuszony uśmiech.

– Mając taką sumkę, można popaść w niezłe kłopoty – powiedziała.

Popatrzyłyśmy po sobie. Kręciło się nam w głowach, byłyśmy lekko odurzone, ale rozluźnione i pełne entuzjazmu, toteż wybuchnęłyśmy śmiechem. Za oknem helikoptera rozciągało się Monako, miejsce, w którym bawili się ludzie bogaci i sławni. Byłyśmy, każda z nas na swój sposób, przytłoczone rolą matek i żon mieszkających w przybranym szwajcarskim mieście, i ten weekend miał być naszą szansą na ucieczkę od codzienności. Chciałyśmy żyć przez cztery dni życiem kogoś innego.

– Bryah – odezwałam się. – Myślę, że trafiłaś w sedno.