11 osób interesuje się tą książką

Opis

Lyra trafia do innego świata, świetlistego, nawiedzonego Cittagazze, gdzie karmiące się ludzkimi duszami Widma chodzą po ulicach, a pod niebem niesie się odległy trzepot anielskich skrzydeł. Na szczęście znajduje w nim sprzymierzeńca: dwunastoletni Will Parry, zabójca i zbieg, zrządzeniem losu również trafił do niezwykłego nowego świata. Podczas niebezpiecznej podróży pomiędzy światami Lyra i Will wpadają na trop śmiertelnie groźnej tajemnicy, a w ich ręce trafia przedmiot o ogromnej niszczycielskiej mocy. Na dodatek z każdym krokiem są coraz bliżej innego, jeszcze gorszego zagrożenia i wstrząsającej prawdy o swoim przeznaczeniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: His Dark Materials, Volume II. Subtle Knife

Copyright © 1997 by Philip Pullman Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wydanie II ISBN 978-83-66409-98-9 Warszawa 2019

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

1     Kot igraby

Will pociągnął mamę za rękę.

– Chodź – powiedział. – No chodź...

Ale mama się ociągała. Wciąż się bała. Will rozejrzał się po wąskiej uliczce i stojących przy niej szeregowcach z maleńkimi ogródkami i żywopłotami z bukszpanu. Zmierzchało. Słońce rozpalało okna domów po jednej stronie ulicy, druga tonęła w cieniu. Mieli mało czasu. Ludzie w tych domach jedli teraz kolację, ale wkrótce na ulicy zaroi się od dzieci, które będą się gapić, wytykać palcami, zadawać pytania. Czekanie było niebezpieczne.

Nie pozostało mu jednak nic innego, jak próbować przemówić mamie do rozsądku. Jak zwykle.

– Chodźmy, mamo. Mamy się spotkać z panią Cooper. Już prawie jesteśmy na miejscu.

– Z panią Cooper? – powtórzyła z powątpiewaniem.

Zadzwonił do drzwi. Żeby pociągnąć za sznur dzwonka, musiał na chwilę odłożyć trzymaną w dłoni torbę; w drugiej ręce ściskał dłoń mamy. Być może powinien bardziej przejąć się tym, jak to wygląda, gdy dwunastoletni chłopiec chodzi z mamą za rękę, ale nazbyt dobrze wiedział, co by się stało, gdyby jej nie przytrzymał.

Drzwi się otworzyły i w progu stanęła wiekowa, przygarbiona nauczycielka fortepianu. Tak jak Will zapamiętał, roztaczała zapach lawendy.

– A to kto, czyżby William? – zagadnęła. – Nie widziałam cię przeszło rok. Czego chcesz, mój drogi chłopcze?

– Mogę wejść? Proszę. Przyprowadziłem mamę – powiedział stanowczym tonem Will.

Pani Cooper zmierzyła wzrokiem najpierw rozczochraną kobietę z nieobecnym półuśmiechem na ustach, a potem chłopca z nieszczęśliwym błyskiem w oku, zaciśniętymi ustami i wyrazistą szczęką. Nagle zwróciła uwagę na to, że pani Parry, matka Willa, umalowała sobie jedno oko, ale drugiego już nie. I ani ona sama, ani Will niczego nie zauważyli. Coś tu było nie w porządku.

– No cóż...

Pani Cooper odsunęła się na bok, robiąc im miejsce w wąskim przedpokoju.

Will jeszcze raz powiódł wzrokiem w górę i w dół uliczki, zanim zamknął za sobą drzwi. Uwagi pani Cooper nie uszło, jak mocno pani Parry ściska dłoń syna i z jaką czułością Will prowadzi ją do bawialni, gdzie stał fortepian (był to, rzecz jasna, jedyny znany mu pokój w całym domu). Zauważyła również, że ubranie pani Parry zalatuje lekko pleśnią, jakby za długo przeleżało w pralce przed wysuszeniem, a także, gdy usiedli na sofie i słońce zaświeciło im prosto w twarz, że są z synem niezwykle do siebie podobni: mieli takie same szerokie kości policzkowe, duże oczy, proste czarne brwi.

– O co chodzi, Williamie? – zapytała. – Co się stało?

– Moja mama musi gdzieś przemieszkać kilka dni – odparł Will. – W tej chwili nie bardzo mogę się nią opiekować w domu. Nie jest chora, nic z tych rzeczy, raczej... zdezorientowana. Otumaniona. Czasem popada w przygnębienie. Nie będzie sprawiała kłopotów, potrzebuje tylko kogoś, kto byłby dla niej miły. Dlatego pomyślałem o pani, pani Cooper.

Mama patrzyła na niego takim wzrokiem, jakby nie rozumiała, co mówi. Miała siniak na policzku. Will wpatrywał się desperacko w panią Cooper.

– Nie wykosztuje się pani – ciągnął. – Przyniosłem trochę popakowanego jedzenia, powinno wystarczyć. Pani też mogłaby coś z tego zjeść, mama na pewno chętnie się podzieli.

– Ale ja... ja nie wiem, czy mogę... Nie powinien jej obejrzeć lekarz?

– Nie! Nie jest chora.

– Na pewno jest ktoś, kto mógłby... No nie wiem, sąsiad jakiś albo... krewny...

– Nie mamy żadnej rodziny, zostaliśmy tylko my dwoje. A sąsiedzi są zbyt zajęci.

– A opieka społeczna? Nie chcę cię zbywać, drogi chłopcze, ale...

– Nie! Nie. Mama potrzebuje po prostu odrobiny troski, tylko przez jakiś czas, niezbyt długi. Ja chwilowo nie mogę się nią zająć, bo muszę... No... Będę teraz trochę zajęty. Ale niedługo wrócę i zabiorę ją do domu, obiecuję. To nie potrwa długo.

Mama patrzyła na niego z taką ufnością, a on odwrócił się do niej i uśmiechnął z taką pogodą i czułością, że pani Cooper nie umiała odmówić.

– No dobrze. – Zwróciła się do pani Parry. – Dzień albo dwa na pewno nie będą problemem. Możesz zająć pokój mojej córki, moja droga. Po tym, jak wyjechała do Australii, już go nie potrzebuje.

– Dziękuję pani – powiedział Will i wstał, jakby śpieszył się do wyjścia.

– A ty gdzie się podziejesz, chłopcze?

– Zamieszkam u znajomego. Będę dzwonił, kiedy tylko dam radę. Mam pani numer. Wszystko będzie dobrze.

Mama wodziła za nim oszołomionym wzrokiem. Pochylił się i pocałował ją nieporadnie.

– Nic się nie martw – powiedział. – Pani Cooper lepiej się tobą zaopiekuje niż ja, naprawdę. A ja jutro zadzwonię, porozmawiamy.

Uściskali się, Will jeszcze raz ucałował mamę, po czym delikatnie wyplątał się z jej objęć i podszedł do drzwi wyjściowych. Widząc jego szkliste oczy, pani Cooper zdała sobie sprawę, że jest bardzo zatroskany. W ostatniej chwili przypomniał sobie o dobrych manierach, odwrócił się i podał jej rękę na pożegnanie.

– Do widzenia – rzekł. – Bardzo pani dziękuję.

– Williamie – zagadnęła go jeszcze – naprawdę wolałabym, żebyś mi powiedział szczerze, co się dzieje...

– To trochę skomplikowane. Ale obiecuję, że mama nie sprawi pani kłopotu.

Oboje wiedzieli, że nie na taką odpowiedź liczyła, ale tak się jakoś stało, że to Will kontrolował tę sytuację. Pani Cooper musiała przyznać, że nie widziała jeszcze tak nieustępliwego dziecka.

Will odwrócił się na pięcie, będąc już myślami przy pustym domu.

* * *

Mieszkali z mamą przy ślepym zaułku na nowym osiedlu, wśród tuzina identycznych domków, z których ten należący do nich prezentował się zdecydowanie najnędzniej. Ogródek od frontu był małym plackiem zachwaszczonej trawy. Wcześniej tego roku mama posadziła w nim parę krzewów, które jednak – niepodlewane – zmarniały i uschły. Kiedy Will wyszedł zza rogu, jego kotka, Moxie, wstała z ulubionego legowiska pod żywą jeszcze hortensją, przeciągnęła się i przywitała go cichym miauknięciem. Szturchnęła go łebkiem w nogę.

Wziął ją na ręce.

– Wrócili, Moxie? – zapytał szeptem. – Widziałaś ich?

W domu było cicho. Zapadał zmrok. Po drugiej stronie ulicy sąsiad mył samochód, ale nie zwracał uwagi na Willa, a Will też mu się nie przyglądał. Im mniej rzucał się w oczy, tym lepiej.

Tuląc Moxie do piersi, otworzył drzwi, wszedł do domu i nadstawił ucha. Niczego nie usłyszał. Dom był pusty.

Postawił kotkę na ziemi, otworzył jej puszkę i wyłożył jedzenie w kuchni. Nie miał pojęcia, kiedy intruzi wrócą, dlatego doszedł do wniosku, że powinien się pośpieszyć. Wszedł na piętro i rozpoczął poszukiwania.

Szukał sfatygowanej aktówki z zielonej skóry. Nawet w zwyczajnym nowym domu istnieje zdumiewająco dużo miejsc, w których coś takiego można ukryć; nie są potrzebne skrytki w ścianach ani rozległe podziemia, żeby utrudnić poszukiwania. Will zaczął od sypialni mamy, gdzie z zakłopotaniem przegrzebał jej szuflady z bielizną, po czym systematycznie przeszukał pozostałe pokoje na górze, nie wyłączając swojego. Moxie przyszła zobaczyć, co robi. Usiadła w pobliżu, żeby dotrzymać mu towarzystwa, i zaczęła się myć.

Aktówka się nie znalazła.

Tymczasem zrobiło się już zupełnie ciemno. Will zgłodniał. Odgrzał sobie fasolkę na toście, usiadł przy stole w kuchni i zaczął obmyślać najlepszą kolejność przeszukania pomieszczeń na parterze. Właśnie kończył jeść, kiedy zadzwonił telefon.

Will znieruchomiał. Serce waliło mu jak młotem. Liczył dzwonki: po dwudziestym szóstym telefon umilkł. Chłopiec włożył talerz do zlewu i podjął przerwane poszukiwania.

* * *

Cztery godziny później nadal nie znalazł zielonej aktówki. Było pół do drugiej, kiedy wykończony rzucił się w ubraniu na łóżko i natychmiast zasnął. Śnił sny gęste i pełne napięcia; twarz mamy, nieszczęśliwa i przerażona, cały czas pozostawała tuż poza jego zasięgiem.

Obudził się – jak mu się zdawało – zaledwie chwilę później (choć przespał prawie trzy godziny), świadomy dwóch rzeczy.

Po pierwsze, wiedział już, gdzie jest aktówka. Po drugie, wiedział, że tamci mężczyźni są na dole i właśnie wchodzą do kuchni.

Odsunął od siebie Moxie i szeptem uciszył jej senne protesty, po czym usiadł na skraju łóżka i wzuł buty. Z nerwami napiętymi jak postronki nasłuchiwał dobiegających z parteru odgłosów, bardzo cichych: ktoś podniósł i przestawił krzesło, ktoś szepnął, skrzypnęła podłoga.

Poruszając się jeszcze ciszej niż intruzi na dole, Will wyśliznął się z sypialni i na palcach przemknął do pustego pokoju u szczytu schodów. Ciemność nie była całkowita, w widmowej poświacie przedświtu zobaczył starą, napędzaną pedałem maszynę do szycia. Zaledwie kilka godzin wcześniej rzetelnie przeszukał pokój, ale zapomniał o szufladce z boku maszyny, gdzie trzymano wykroje i szpulki.

Delikatnie namacał szufladkę, nie przestając nasłuchiwać. Mężczyźni kręcili się po pokojach na parterze, na krawędzi drzwi zatańczyło światło latarki. W końcu znalazł zasuwkę, odblokował ją i otworzył. Zgodnie z przewidywaniami, aktówka była na swoim miejscu.

Co dalej?

Chwilowo nic. Will przykucnął w mroku z bijącym sercem i nadstawił ucha.

Tamci dwaj wyszli do przedpokoju.

– Pośpiesz się – powiedział jeden. – Mleczarz już jedzie, słyszę go.

– Nie ma jej tutaj – odparł drugi. – Trzeba poszukać na piętrze.

– No to idź na górę. Nie trać czasu.

Will napiął wszystkie mięśnie, słysząc skrzypnięcie najwyższego schodka. Mężczyzna poruszał się całkiem bezszelestnie, ale nic nie mógł poradzić na niespodziewane skrzypienie desek. Znieruchomiał i bardzo cienkim snopem światła omiótł podłogę na korytarzu. Chłopiec widział światło przez szparę pod drzwiami.

Wtem drzwi zaczęły się otwierać. Will odczekał, aż mężczyzna stanie w progu, po czym znienacka wyskoczył z ciemności i z rozpędem wyrżnął go w brzuch.

Żaden z nich nie widział kota.

Kiedy intruz wszedł na schody, Moxie bezgłośnie wyszła z sypialni i z zadartym ogonem stanęła dokładnie za nim, gotowa otrzeć się o jego nogi. Mężczyzna poradziłby sobie pewnie z Willem, był wytrenowany, silny i sprawny, ale obecności kota nie przewidział: cofnął się, potknął o Moxie, sapnął i spadł ze schodów. Z dużą siłą uderzył głową o stojący na parterze stół.

Will usłyszał wprawdzie ohydny trzask, ale nie tracił czasu na zastanawianie się nad jego źródłem. Pędem zbiegł po schodach, przeskoczył nad miotającym się w drgawkach ciałem, chwycił stojącą na stole obszarpaną torbę na zakupy i wybiegł z domu, zanim drugi z mężczyzn zdążył wynurzyć się z saloniku i z niedowierzaniem wybałuszyć oczy.

Mimo strachu i pośpiechu Will nie mógł się nadziwić, że drugi intruz nie próbował go gonić ani nawet za nim wołać, wiedział jednak, że inni wkrótce ruszą w pogoń, wyposażeni w samochody i telefony komórkowe. Nie pozostało mu nic innego, jak uciekać.

Elektryczny pojazd mleczarza właśnie skręcał w zaułek; jego reflektory lśniły blado w rozlewającym się po niebie brzasku. Will przeskoczył przez płot i znalazł się w ogródku sąsiada. Przemknął wąskim przejściem na tyłach domu, susem przesadził kolejny płot, przebiegł po mokrym od rosy trawniku, przedarł się przez żywopłot i wpadł w gąszcz drzew i krzewów odgradzający osiedle od głównej ulicy. Tam przypadł do ziemi pod krzakiem i leżał nieruchomo, drżąc i dysząc. Nie powinien się jeszcze zapuszczać na ulice miasta. Lepiej poczekać, aż zaczną się poranne godziny szczytu.

We wspomnieniach wciąż dręczył go trzask, z jakim głowa pierwszego z intruzów zderzyła się ze stołem, widok jego szyi wykrzywionej pod zupełnie niewłaściwym kątem, makabryczne dygotanie jego członków. Ten człowiek zginął. To on, Will, go zabił.

Było to trudne, ale musiał przestać o nim myśleć. I bez tego miał dość spraw na głowie. Jego mama. Czy naprawdę będzie bezpieczna tam, gdzie ją ulokował? Pani Cooper nikomu nie powie, prawda? Nawet jeśli Will nie wróci, jak obiecał? Bo przecież teraz nie mógł tam wrócić, nie po tym, jak zabił człowieka.

No i była jeszcze Moxie. Kto jej da jeść? Czy będzie się martwiła ich nieobecnością? Czy spróbuje ich odszukać?

Z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej, aż w końcu mógł spokojnie obejrzeć rzeczy znajdujące się w torbie: portmonetka mamy, ostatni list od adwokata, mapa samochodowa południowej Anglii, batony czekoladowe, pasta do zębów, skarpetki i majtki na zmianę. Oraz zielona skórzana aktówka.

Wszystko było na swoim miejscu. Wszystko szło zgodnie z planem.

Poza tym, że zabił człowieka.

* * *

Pierwszy raz zdał sobie sprawę, że jego mama różni się od innych ludzi i że będzie musiał się nią opiekować, kiedy miał siedem lat. Byli w supermarkecie, bawili się: wolno im było wybierać towary tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył. Will miał za zadanie rozglądać się i sygnalizować szeptem: „Teraz!”, na co mama porywała z półki puszkę albo torebkę i bez słowa wkładała ją do wózka. Cokolwiek trafiło do wózka, było bezpieczne, ponieważ stawało się niewidzialne.

To była świetna zabawa i trwała długo, bo w sobotni poranek w sklepie były tłumy, ale Will z mamą znali się na rzeczy i tworzyli zgrany zespół. Ufali sobie nawzajem. Will bardzo kochał mamę i często jej o tym mówił, a ona odpowiadała mu w ten sam sposób.

Kiedy więc podeszli do kasy, podekscytowany Will nie posiadał się ze szczęścia, bo przecież prawie wygrali. A gdy nie mogła znaleźć portmonetki, to też był element zabawy, nawet kiedy powiedziała, że wrogowie musieli ją jej ukraść. Will zrobił się już jednak zmęczony i głodny, mama nie była już taka szczęśliwa jak przedtem, tylko przerażona, aż w końcu objechali cały sklep, odkładając towary na półki, tyle że musieli zachować wzmocnioną czujność, ponieważ wrogowie, znając numery kart kredytowych mamy, które znaleźli w skradzionej portmonetce, mogli ich tropić.

Will odczuwał coraz większy strach. Nagle dotarło do niego, jak sprytnie zachowała się mama, przedstawiając mu prawdziwe zagrożenie jako grę, żeby nie niepokoić go bez potrzeby. Odkąd poznał prawdę, udawał, że wcale się nie boi, żeby podnieść mamę na duchu.

Udawał więc, że dalej bawią się w najlepsze, żeby mama nie musiała się martwić, że i on się boi. Wrócili do domu bez zakupów, ale za to bezpieczni – a potem Will i tak znalazł portmonetkę na stole. W poniedziałek poszli do banku, zamknęli konto mamy i otworzyli nowe, na wszelki wypadek w innym banku. Niebezpieczeństwo minęło.

W ciągu następnych kilku miesięcy dotarło do niego – chociaż długo nie chciał się z tym pogodzić – że wrogowie mamy nie istnieją wcale w rzeczywistym świecie, lecz tylko w jej głowie. Nie stali się przez to mniej prawdziwi, przerażający i niebezpieczni, on zaś musiał chronić mamę jeszcze staranniej niż dotychczas. Od czasu tamtej wizyty w supermarkecie, kiedy to uświadomił sobie, że musi udawać, żeby nie denerwować mamy, jakaś cząstka jego umysłu pozostawała stale wyczulona na jej lęki i niepokoje. Tak bardzo ją kochał, że był gotowy umrzeć w jej obronie.

Jego ojciec zniknął na długo przed tym, jak chłopiec był w stanie go zapamiętać. Will, ogromnie go ciekaw, zasypywał mamę pytaniami, na które w większości nie znała odpowiedzi.

– Był bogaty?

– Dokąd wyjechał?

– Dlaczego odszedł?

– Nie żyje?

– Wróci?

– Jaki był?

Tylko na to ostatnie pytanie potrafiła mu jakoś odpowiedzieć. John Parry był przystojnym mężczyzną, odważnym i inteligentnym oficerem Królewskiej Piechoty Morskiej, którzy porzucił karierę w wojsku, został odkrywcą i prowadził ekspedycje na najdalsze krańce świata. Nic nie mogło być bardziej ekscytujące od ojca-eksploratora. Od tej pory we wszystkich zabawach Willowi towarzyszył niewidzialny kompan: przedzierali się z ojcem przez dżunglę, osłaniali oczy przed zacinającym deszczem i obserwowali wzburzone morze z pokładu swojego szkunera, w świetle pochodni odcyfrowywali tajemnicze inskrypcje znalezione w jaskini, w której roiło się od nietoperzy... Byli najlepszymi przyjaciółmi, niezliczoną liczbę razy ratowali sobie nawzajem życie, żartowali, śmiali się i rozmawiali przy ogniskach do późna w noc.

Will jednak dorastał i z wiekiem coraz częściej się zastanawiał, dlaczego nie zachowały się żadne zdjęcia ojca z jego eskapad – z Arktyki, wśród mężczyzn z oszronionymi brodami, albo z dżungli, gdy badał zarośnięte pnączami ruiny. Nic nie ocalało ze skarbów i trofeów, które musiał przecież przywozić do domu? Nie pisano o nim w książkach?

Mama nie umiała mu odpowiedzieć na te pytania, ale jedna jej wypowiedź utkwiła mu w pamięci.

– Pewnego dnia pójdziesz w ślady ojca – powiedziała. – Podobnie jak on zostaniesz sławnym człowiekiem. Przejmiesz po nim schedę...

Will nie wiedział dokładnie, co to znaczy, ale ogólny sens słów mamy napawał go dumą i determinacją. Wszystkie jego marzenia się spełnią. Jego ojciec żył, lecz zaginął gdzieś w dzikich ostępach, a on, Will, odszuka go i przejmie po nim schedę... Warto borykać się z trudami życia, kiedy komuś przyświeca tak szczytny cel.

Zachował więc kłopoty mamy w tajemnicy. Zdarzały jej się lepsze chwile, gdy była spokojniejsza i łatwiej mógł się z nią porozumieć. Starał się je wykorzystywać, by nauczyć się robić zakupy, gotować i sprzątać – i zajmował się wszystkimi tymi sprawami, gdy przytrafiał jej się gorszy czas, okres lęku i dezorientacji. Nauczył się również ukrywać, nie rzucać się w oczy w szkole i nie zwracać na siebie uwagi sąsiadów, nawet kiedy mama była w takim stanie, że ze strachu ledwie mogła mówić. Najbardziej bał się tego, że władze mogłyby poznać prawdę i odebrać mu mamę, a jego oddać do obcego domu i nieznajomych ludzi. Był gotowy znosić wszelkie trudy, by do tego nie dopuścić – zwłaszcza że zdarzały się takie momenty, w których mrok ustępował z jej umysłu i znów była szczęśliwa, śmiała się z własnych lęków i dziękowała mu, że tak się o nią troszczy. Była wtedy tak przepełniona miłością i słodyczą, że nie wyobrażał sobie lepszego towarzystwa i nie marzył o niczym innym, jak tylko o tym, by już zawsze z nią mieszkać.

Wtedy zjawili się ci mężczyźni.

Nie byli z policji ani z opieki społecznej, chociaż nie byli również przestępcami – w każdym razie tak mu się wydawało. Nie chcieli mu powiedzieć, czego chcą. Za wszelką cenę próbował się ich pozbyć, ale uparli się, żeby koniecznie porozmawiać z mamą, a ona przeżywała akurat wyjątkowo kiepski okres.

Podsłuchiwał pod drzwiami. Usłyszał, jak pytają o ojca, i serce zabiło mu żywiej.

Chcieli się dowiedzieć, dokąd udał się John Parry, czy coś przysyłał żonie, kiedy ostatni raz się odzywał, czy kontaktował się z jakąś ambasadą. Will słyszał, że mama coraz bardziej się denerwuje, aż w końcu wparował do pokoju i kazał tamtym się wynosić.

Wyglądał tak groźnie, że nie przyszło im do głowy się roześmiać, choć był przecież jeszcze dzieckiem. Mogli go przewrócić na ziemię albo jedną ręką podnieść do góry, on jednak niczego się nie bał, rozpierany żarliwym, zabójczym gniewem.

Wyszli więc, a cały ten epizod tylko utwierdził Willa w uprzednim przeświadczeniu: jego ojciec miał kłopoty i tylko on mógł mu pomóc. Skończyły się dziecinne gry. Zabawa stała się rzeczywistością, a on musiał stać się godzien czekającego go zadania.

Wkrótce potem mężczyźni wrócili; upierali się, że matka Willa ma im coś do powiedzenia. Przyszli, kiedy był w szkole. Podczas gdy jeden z nich zagadał ją na parterze, drugi wszedł na piętro i przeszukał sypialnie. Nie zorientowała się, co knują, ale Will wrócił wtedy ze szkoły wcześniej, znowu się na nich zezłościł, a oni znowu bez sprzeciwu wyszli.

Najwyraźniej wiedzieli, że ze strachu przed odebraniem mu matki nie zwróci się po pomoc do policji, i z biegiem czasu stawali się coraz bardziej namolni. W końcu włamali się do domu, kiedy poszedł przyprowadzić mamę z parku: przechodziła akurat gorszą fazę i upierała się, że musi dotknąć każdej listewki w każdej ławce nad stawem z osobna. Pomagał jej, żeby szybciej się z tym uporała. Wróciwszy do domu, zdążył jeszcze zobaczyć wyjeżdżający z ich zaułka samochód dwójki intruzów, a kiedy wszedł do domu, stwierdził, że przeszukali większość szafek i szuflad.

Wiedział, czego szukają. Aktówka z zielonej skórki była najcenniejszym skarbem mamy. Nigdy przez myśl mu nie przeszło, żeby w niej grzebać; nie wiedział nawet, gdzie mama ją trzyma. Wiedział natomiast, że w aktówce są listy. Mama czytała je czasem i płakała, i zawsze wtedy opowiadała mu o ojcu. Dlatego Will domyślał się, że to właśnie tej aktówki szukają nieznajomi, i wiedział, że musi coś z tym zrobić.

Postanowił zacząć od znalezienia mamie bezpiecznego schronienia. Długo nad tym rozmyślał. Nie miał żadnych przyjaciół, których mógłby prosić o taką przysługę, sąsiedzi i bez tego łypali na niego podejrzliwie, i właściwie jedyną osobą godną zaufania była jego nauczycielka muzyki, pani Cooper. Zdecydował, że umieści mamę u niej w domu, odszuka zieloną aktówkę, przejrzy jej zawartość, a następnie uda się do Oksfordu, by tam szukać odpowiedzi na niektóre z dręczących go pytań. Intruzi wrócili jednak zbyt szybko.

A on jednego z nich zabił.

Teraz policja też będzie go szukać.

Dobrze, że umiał się nie rzucać w oczy. Od tej pory będzie musiał nie rzucać się w oczy bardziej i dłużej niż kiedykolwiek przedtem – do czasu aż albo znajdzie ojca, albo sam zostanie znaleziony przez tamtych. Ale jeśli to oni znajdą go pierwsi, było mu obojętne, ilu jeszcze będzie zmuszony zabić.

* * *

Później tego samego dnia (ściślej rzecz biorąc – niedługo przed północą) Will opuszczał odległy o czterdzieści mil Oksford. Był wykończony, bolały go wszystkie kości. Autostopem, dwoma autobusami i piechotą dotarł do Oksfordu o szóstej wieczorem – za późno, żeby zrobić to, co zamierzał. Zjadł kolację w Burger Kingu i ukrył się w kinie (chociaż zanim seans dobiegł końca, zapomniał, jaki film oglądał), a teraz szedł na północ przez przedmieścia.

Na razie nikt nie zwracał na niego uwagi, ale Will miał świadomość, że powinien szybko znaleźć sobie jakieś miejsce do spania, bo im później się robiło, tym bardziej rzucał się w oczy. Problem polegał na tym, że ogródki eleganckich domów przy tej ulicy nie dałyby mu schronienia, a przedmieścia ciągnęły się bez końca.

Dotarł do dużego ronda, na którym droga wylotowa na północ krzyżowała się z obwodnicą miasta. O tej porze ruch był niewielki. Po obu stronach widział obszerne trawniki dużych domów, należących do dobrze sytuowanych ludzi. Wzdłuż drogi, na skraju trawy, rósł podwójny rząd grabów – dziwnie wyglądających drzewek o gęstych, idealnie symetrycznych koronach, które bardziej przypominały rośliny z dziecięcych rysunków niż prawdziwe drzewa. W świetle latarń ulicznych wydawały się podwójnie sztuczne, jak elementy teatralnej scenografii. Otępiały ze zmęczenia Will nie mógł się zdecydować, czy iść dalej na północ, czy położyć się na trawie pod którymś z grabów i zasnąć. Kiedy tak stał i się zastanawiał, zobaczył kota.

Kotka była pręgowana, jak Moxie. Wyszła z ogródka po oksfordzkiej stronie ulicy, tam, gdzie zatrzymał się Will. Chłopiec odstawił torbę na zakupy i wyciągnął rękę. Kotka podeszła i otarła się łebkiem o knykcie jego dłoni, zupełnie jak Moxie. Oczywiście każdy kot zachowywał się podobnie, ale Will nagle zatęsknił za domem i łzy stanęły mu w oczach.

W końcu kotka dała mu spokój: była noc, a ona miała swoje terytorium do obejścia, musiała zapolować na myszy. Przeszła przez ulicę, podeszła do krzaków za rzędem grabów i tam znieruchomiała. Will, który nie odrywał od niej wzroku, zauważył, że zachowuje się dość osobliwie.

Wyciągniętą łapką pacnęła coś zawieszonego w powietrzu i całkowicie niewidzialnego dla Willa. Odskoczyła do tyłu, wygięła plecy w łuk, zjeżyła sierść i wyprężyła sztywno ogon. Will, który znał tajniki kociego zachowania, z coraz większą uwagą śledził kotkę, gdy ta ponownie zbliżyła się do tajemniczego miejsca – kawałka trawy pomiędzy grabami i żywopłotem ogródka – i znów pacnęła powietrze.

I znowu odskoczyła, choć nie tak gwałtownie i z wyraźnie mniejszym zaniepokojeniem. Po paru dalszych chwilach obwąchiwania, poszturchiwania i ruszania wąsikami ostrożność przegrała z ciekawością.

Kotka zrobiła krok w przód... i zniknęła.

Will zamrugał z niedowierzaniem. Znieruchomiał, przytulony do najbliższego drzewa, gdy ciężarówka wjechała na rondo i na moment omiotły go światła jej reflektorów. Odczekał, aż samochód zniknie, po czym przeszedł na drugą stronę ulicy, nie spuszczając z oka miejsca, w którym kotka rozpłynęła się w powietrzu – nie było to łatwe, bo nie miał żadnego wyraźnego punktu zaczepienia, ale kiedy podszedł bliżej i dokładnie się przyjrzał, coś zobaczył.

Musiał tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem. Rzeczywiście coś tam było, a raczej czegoś nie było, jakby w odległości dwóch jardów od krawędzi jezdni ktoś wyciął kawałek powietrza, w przybliżeniu kwadratowy, mniej więcej jard na jard. Oglądany z bliska i z boku kwadrat był praktycznie niewidoczny; oglądany od tyłu znikał całkowicie. Było go widać tylko od strony ulicy, a i wtedy trzeba było wytężyć wzrok, bo zarówno przed nim, jak i za nim w świetle lamp rozpościerał się dokładnie taki sam spłachetek trawy.

A jednak Will wiedział, i to bez cienia wątpliwości, że spłachetek po drugiej stronie znajduje się w innym świecie.

Nie umiałby wyjaśnić, skąd o tym wie, ale zorientował się natychmiast i był tego tak samo pewien, jak tego, że ogień parzy, a dobre uczynki są dobre. Oto miał przed sobą coś zupełnie, ale to zupełnie obcego.

I chociażby z tego powodu nie mógł się oprzeć pokusie, żeby pochylić się i zajrzeć głębiej. Na widok tego, co znajdowało się po drugiej stronie, zakręciło mu się w głowie i serce żywiej mu zabiło. Nie wahał się ani chwili: pchnął przodem torbę, a potem sam przegramolił się przez otwór w materii kosmosu i przeszedł z jednego świata do drugiego.

Stał pod rzędem drzew, nie grabów jednak, lecz wysokich palm, posadzonych – podobnie jak drzewa w Oksfordzie – na skraju trawnika. Znajdował się pośrodku szerokiego bulwaru, wzdłuż którego ciągnęły się restauracyjki i małe sklepy – otwarte i jasno oświetlone, a jednak całkowicie puste i ciche pod niebem gęsto usianym gwiazdami. Gorące nocne powietrze przesycała woń kwiatów i słony aromat morza.

Rozejrzał się ostrożnie. Za jego plecami księżyc w pełni wydobywał z mroku łańcuch wysokich, zielonych wzgórz, u stóp których stały domy z obszernymi ogrodami i rozciągał się park – wśród drzew dostrzegał połyskujące biało mury klasycystycznej świątyni.

Tuż obok siebie miał ten pusty kwadrat w powietrzu, równie trudny do zobaczenia z tej strony jak z tamtej, ale niewątpliwie obecny. Pochylił się, zajrzał w głąb i zobaczył ulicę w Oksfordzie, w swoim świecie. Odwrócił się i wzdrygnął. Jakikolwiek był ten nowy świat, nie mógł być gorszy niż ten, który przed chwilą porzucił. Z narastającą beztroską i poczuciem, że jednocześnie śpi i śni na jawie, wyprostował się i rozejrzał w poszukiwaniu kotki-przewodniczki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.