Dekada. Tom 3. Fatum - Michał Larek - ebook
Opis

3 marca 1993 roku. Czterech mężczyzn napada konwój z pieniędzmi i porywa młodą kasjerkę. W mediach wrze, dziennikarze piszą o napadzie stulecia, a policjanci odnoszą wrażenie, że wrzucono ich nagle na plan hollywoodzkiego filmu.

Po odnalezieniu zwłok zgwałconej i zamordowanej kasjerki śledczy z komendy wojewódzkiej zaczynają bezlitosne polowanie na przestępców. Naciski z góry nie ułatwiają im jednak pracy.

Gdzie ukryli się sprawcy genialnego na pozór napadu?

Emocje sięgają zenitu, gdy nagle znika Katia, młoda, ambitna posterunkowa, której udało się trafić na ślad zbrodniarzy.

Czy Harry, legenda poznańskiej policji, zdoła ją ocalić?

DEKADA to bezlitosny świat, w którym umarł dawny porządek i nastało nowe prawo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Michał Larek, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk

Łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Inspiracja typograficzna: Szymon Kaczmarek

Fotografie na okładce:

Nik Keevil / Arcangel.com

MillaF / Shutterstock.com

Fotografia autora: Karol Małolepszy / Koninfoto.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-068-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

„Przez całe życie tańczymy na cienkim lodzie, pod nim jest zimno i szybko się umiera. Pod niektórymi lód pęka i zaczynają tonąć. Ten moment mnie właśnie ciekawi”.

Ferdinand von Schirach

I

– Zamknij się!!!

Gdy bandzior w kominiarce wrzasnął, zdrętwiała i natychmiast ucichła. Dopiero teraz doszło do niej, że to nie sen, że to dzieje się naprawdę. Mężczyzna zamachał pistoletem i wbił w nią wzrok. Zrobiło jej się zimno. Na plecach poczuła krople potu. Mimowolnie napięła mięśnie.

Odwróciła się w stronę okna i zamknęła oczy.

– Grzeczna dziewczynka. – Usłyszała i zaczęła się spazmatycznie trząść.

Przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Okrzyk bandziora cały czas wybrzmiewał w jej głowie, przyprawiając ją o silne bóle brzucha. Zaraz zwymiotuję – pomyślała i przeraziła się jeszcze bardziej. Przyłożyła drżącą dłoń do ust i nieobecnym wzrokiem przyglądała się mijanym gospodarstwom i domkom jednorodzinnym.

Samochód jechał coraz szybciej i coraz agresywniej. Przez głowę przeleciały jej nagle obrazy z dzisiejszego poranka. Chcąc osłabić grozę sytuacji, próbowała się w nich całkowicie zanurzyć.

Najpierw kłótnia przy śniadaniu z Arkiem, jej świeżo upieczonym narzeczonym. O co poszło? O bzdurę, o mycie naczyń. Zarzuciła mu, że to robi na odpieprz, on jej odburknął, ona mu odpyskowała, no i zaczęli na siebie warczeć przez parę minut.

Boże – pomyślała. Co za głupota! Kłócić się o takie rzeczy, zamiast cieszyć się sobą, miłością, przyszłym wspólnym życiem! Dlaczego? Dlaczego tracimy cenne chwile? Ania załkała cicho. Zrobiło jej się żal, że nie może cofnąć czasu, uniknąć awantury z ukochanym i… nie wsiąść do samochodu, który okazał się pułapką.

Wytarła łzy i przypomniała sobie, że gdy Arek wyszedł zachmurzony do pracy, trzaskając drzwiami, odebrała telefon od serdecznej przyjaciółki, która właśnie znalazła w kieszeni garnituru jej śpiącego męża miłosny liścik od jakiejś kobiety. Przez dziesięć minut musiała ją uspokajać i zarazem przekonywać, że może to jakaś pomyłka i wszystko da się wytłumaczyć.

Gdy odłożyła słuchawkę, była ósma dziesięć. „Kiepski początek kiepskiego dnia” – mruknęła wówczas do siebie, nie mając zielonego pojęcia, że słowo „kiepski” za parę godzin wyda jej się pobożnym życzeniem. Dopiła kawę, ubrała się i poszła na przystanek autobusowy. Do firmy weszła parę minut po dziewiątej. Zapukała do kanciapy pana Józka i wręczyła mu torbę z ciepłymi pączkami.

– Dzień dobry – powiedział jej ulubiony strażnik, po czym dodał, zaczesując swoją gęstą czuprynę starym plastykowym grzebykiem: – Zapowiada się bardzo spokojny dzień. Załatwimy ten bank, a potem już pójdzie z górki.

Ania znowu zadrżała i nagle uświadomiła sobie, że wjechali do lasu. Samochód zatrząsł się okropnie. Niespokojnym wzrokiem omiotła okolicę. To koniec – pomyślała, czując, że żołądek podchodzi jej do gardła. Zaraz nas zabiją. Boże, to koniec.

Zacisnęła pięści i spojrzała na kierowcę, który nieoczekiwanie zanucił lejtmotyw z „Gangu Olsena”. Siedzący obok niego mężczyzna uderzał do rytmu dłonią o kolano. Ciągle nie mogła uwierzyć, że ten całkiem przystojny czterdziestolatek o łagodnym głosie okazał się przestępcą.

Przeniosła wzrok na pana Józka, który trzymał zakajdankowane ręce na kolanach. Był blady. Ciężko oddychając, spozierał na kierowcę. Chyba poczuł na sobie jej spojrzenie, bo zerknął na nią. Westchnął przeciągle, uśmiechnął się z trudem i szepnął:

– Będzie dobrze, pani Aniu, będzie dobrze.

Nie odpowiedziała, nie była w stanie.

Zakwiliła tylko cichutko.

– Zatrzymaj się. – Padł rozkaz z tyłu. – No mówię, żebyś się zatrzymał, kurwa!

To był głos mężczyzny w kominiarce, który zdominował całkowicie wnętrze samochodu. Kim on jest? – pomyślała rozpaczliwie. Czego on chce?

Nagle wydało jej się, że wszyscy, bez wyjątku, odczuwają przed nim strach. Splotła dłonie i położyła je pod piersiami. Serce biło jak oszalałe. Czuła na plecach oddech bandyty, w którym dało się wyczuć alkohol.

Samochód zahamował. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Przed oczami stanęła jej postać Arka. Chciała zawołać go, znowu wydała z siebie tylko nieśmiały jęk.

Zerknęła na pana Józka, który próbował zapanować nad swoim niespokojnym oddechem. Postanowiła go naśladować. Wdech i wydech, wdech i wydech, wdech i wydech.

Przystojniak podniósł się na siedzeniu i odwrócił w ich stronę. Wyciągnął z kieszeni kurtki kluczyk.

– Podaj, pan, dłonie – rzucił do strażnika, unikając jego wzroku.

Ten wysunął w jego stronę drżące ręce. Po chwili został oswobodzony z kajdanek.

Mężczyzna wysiadł z samochodu i sprawnym gestem odsunął drzwi.

– Wysiadajcie – mruknął, spoglądając w bok. Najwyraźniej chciał mieć już to za sobą.

Ania otworzyła szeroko oczy. Boże święty, wypuszczą nas, przeżyjemy! – zawołała w myślach i mimowolnie wyobraziła sobie, że biegnie w stronę narzeczonego i rzuca mu się w ramiona. Miała wielką ochotę przeprosić go i wspólnie wyjechać na weekend, na przykład do Szklarskiej Poręby albo Karpacza. Albo gdzie indziej. Byle daleko stąd.

Pan Józek chwycił ją za rękę. Była lodowata. Uśmiechnęła się do niego przez łzy. Już po wszystkim – pomyślała. Już po wszystkim.

Wyskoczyli z busa na ziemię porośniętą trawą. Wciągnęła powietrze, pachniało żywicą. Gdzieś w oddali usłyszała ptasi szczebiot. Już po wszystkim.

Po chwili na zewnątrz wyszedł mężczyzna w kominiarce. Splunął i chrząknął. Jakoś tak dziwnie, zaczepnie. O co chodzi? Spojrzała na niego spłoszona. Co się dzieje?

Bandzior wyciągnął broń i wycelował w ich kierunku.

– Cipcia jedzie z nami. – Wyszczerzył zęby i otaksował ją pożądliwym spojrzeniem.

Ania poczuła, że uginają się pod nią nogi. Gdyby nie pomoc pana Józka, upadłaby na ziemię. Świat zaczął wirować jak zwariowany. To koniec – przemknęło jej przez głowę. To koniec.

II

Trzeciego marca 1993 roku Paweł Kowalski zerwał się bladym świtem z łóżka, dokonał w łazience ablucji, założył dresy, na głowę wcisnął czapkę i poszedł pobiegać. Nie chciało mu się, ale zacisnął zęby i siłą woli zwalczył narastającą niechęć do fizycznego wysiłku. Tym razem się nie poddam – pomyślał, wychodząc z klatki. Zignorował zdziwione spojrzenie sąsiadki, która wyprowadzała właśnie psa na spacer.

Parę dni temu spojrzał w lustro i oniemiał. W lustrze dostrzegł swoją okrągłą twarz z podwójnym podbródkiem. Boże, tak źle jeszcze nigdy nie było – szepnął i obiecał sobie, że znowu przystąpi do walki ze swoim skłonnym do tycia ciałem. Póki co, trwał w postanowieniu i codziennie o poranku przebiegał parę kilometrów.

Zerknął na zegarek, była szósta trzydzieści. Wyszedł na zewnątrz, zawiązał mocniej sznurówki i ruszył truchtem przed siebie. Wróciwszy, wykąpał się, zjadł lekkie śniadanie, ubrał w garnitur i ruszył tramwajem do komendy na Kochanowskiego, gdzie pracował jako dochodzeniowiec w stopniu sierżanta. Zasiadłszy za biurkiem, wziął się do papierkowej roboty, której w ostatnich czasach było coraz więcej. O jakiejś jedenastej został wezwany do szefa.

– Wchodź i siadaj – mruknął podinspektor Jerzy Rambert, naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego, wysoki, całkiem przystojny mężczyzna ubrany w białą koszulę i niebieską marynarkę. Starsi rangą zwracali się do niego „Dżery”. Siedział za swoim biurkiem i przeglądał jakieś dokumenty, raz po raz poprawiając oprawki swoich czarnych okularów. Wyglądał w nich trochę jak analityk z CIA. – Zaraz skończę – oznajmił.

Kowalski posłusznie usiadł w fotelu przy ławie. Prześlizgnął się nieuważnym wzrokiem po rozłożonej płachcie „Expressu Poznańskiego”, na którym stała filiżanka oraz popielniczka pełna niedopałków, i zaczął gorączkowo dociekać, dlaczego szef wezwał go przed swoje oblicze. Opieprz? Pochwała?

Zerknął raz jeszcze na gazetę. Gdy dostrzegł w tytule jednego z artykułów słowo „USA”, przypomniał sobie, że za miesiąc grupa dochodzeniowców reprezentujących kilka poznańskich jednostek policji wybiera się do Stanów na szkolenie z zakresu oględzin miejsca przestępstwa. Może któryś z nich zachorował i ja go mam zastąpić? – pomyślał i natychmiast podniecił się tą wizją. Byłoby bosko! Od oględzin miejsca do profilowania seryjnych zabójców nie jest wcale tak daleko.

Rozsiadł się wygodnie w fotelu, wyobrażając sobie, że dumnym krokiem wmaszerowuje do gmachu FBI w Quantico, mijając po drodze Jodie Foster, czyli agentkę Starling.

– Dwie sprawy – odezwał się nagle Rambert, przerywając Kowalskiemu marzenia o karierze genialnego tropiciela groźnych przestępców.

Sierżant spojrzał wyczekująco na naczelnika.

– Właśnie otrzymałem informację o napadzie.

Kowalski uniósł brwi.

– O napadzie na konwój przewożący gotówkę przeznaczoną na wypłaty pracownicze. Dużą gotówkę. Poszkodowanym jest Markiza, znana fabryka czekolady, która ma swoją siedzibę w Biedrusku. Pewnie kojarzysz?

Kowalski kiwnął głową. A jakże, kojarzył. Jedną z największych jego słabości był pociąg do słodyczy. Mimowolnie oblizał usta, przypominając sobie cudowny smak karmelowo-orzechowej czekolady, którą produkowała właśnie Markiza.

– Akcja jak z filmu – kontynuował Rambert. – Trzeba przyznać, że sprawcy odrobili lekcję.

– To znaczy?

Podinspektor spojrzał na sierżanta swoimi zmęczonymi oczami.

– Dowiedzieli się, jak wygląda dokładnie procedura przewożenia pieniędzy z banku do firmy, i skutecznie zastosowali się do tego – odpowiedział i spokojnym, jednostajnym głosem kontynuował rekonstrukcję wydarzenia: – Podszyli się pod firmę ochroniarską Ares, podjechali białym busem do fabryki, zabrali kasjerkę oraz strażnika i udali się do banku na ulicę Paderewskiego. Gdy pracownicy Markizy odebrali pieniądze, ruszyli z powrotem. W okolicach Koziegłów zatrzymali się na chwilę. Wtedy do samochodu wszedł uzbrojony mężczyzna w kominiarce. Bandyci obezwładnili strażnika i skonfiskowali pieniądze, ponad pięć miliardów złotych. Na wysokości Owińsk wjechali na chwilę do lasu, kazali strażnikowi wysiąść i pojechali dalej.

Pauza.

– Póki co tu się trop urywa.

Rambert przerwał, zdjął okulary i przetarł je końcówką krawata.

– A co z kasjerką? – zapytał Kowalski, mimowolnie wyobrażając sobie twarz przerażonej młodej kobiety.

– Zabrali ją ze sobą.

– Po co?

– Nie wiem.

Podinspektor wypuścił głośno powietrze.

– Dwadzieścia parę lat – mruknął. – Było świeżo zaręczona.

Na moment zapadła cisza.

– Chciałbym, żebyś poprowadził tę sprawę – odezwał się Rambert po chwili.

Uniósł się lekko nad biurkiem i obdarzył podwładnego przewiercającym spojrzeniem, jakby chciał się upewnić, że ten przyjmuje rozkaz z należytą powagą.

– Weź Ostrowskiego, wypytajcie o szczegóły Miszcza, który już zaczął w tym grzebać, i przesłuchajcie najważniejszych świadków. Jasne?

Kowalski skinął głową.

– Jasne – odpowiedział i podniósł się z fotela.

Miał wrażenie, że ktoś mu nagle zrobił zastrzyk adrenaliny. Od jakiegoś czas tak właśnie reagował na wieść o nowej sprawie.

– W takim razie jesteś wolny.

Sierżant podszedł do drzwi, dotknął klamki i się odwrócił.

– A ta druga sprawa? – zagadnął.

Naczelnik przymrużył oczy.

– A tak, byłbym zapomniał – powiedział i złożył dłonie jak do modlitwy. – Jeśli dobrze poprowadzicie z Ostrowskim tę sprawę, to wyślę was na kurs dla aspirantów.

Kowalski drgnął.

– Gdzie?

– Jak to gdzie? Do Piły, chłopie.

No tak, do Piły.

– No co, nie cieszysz się?

– Bardzo się cieszę – odpowiedział. – Po prostu jestem zaskoczony. Dziękuję, panie naczelniku.

Zapiął guzik marynarki i wyszedł z gabinetu.

Uśmiechnął się do pani Kasi, sekretarki Ramberta, wyszedł na korytarz i raźnym krokiem ruszył w stronę pokoju, który dzielił z Ostrowskim.

Przed oczami znowu stanął mu obraz przerażonej kobiety, którą jego wyobraźnia obsadziła w roli zaginionej pracownicy Markizy. Miała potargane czarne włosy, bladą, wykrzywioną twarz i zaczerwienione oczy. Podniecenie ustąpiło dojmującemu smutkowi.

Przypomniał sobie nagle zdarzenie sprzed paru miesięcy. Wszedł do jednego z pokojów mieszczących się w Wydziale Kryminalnym. Na ścianie wisiała tablica korkowa z fotografiami kilku uśmiechniętych licealistek, które zostały zgwałcone i zamordowane przez nieznanego wówczas sprawcę. Zbladł wtedy, wydusił z siebie kilka słów i pospiesznie wyszedł. Tamtej nocy nie mógł zasnąć. Brutalna śmierć młodych dziewczyn całkowicie wytrąciła go z równowagi. Potem przez tydzień zastanawiał się, czy naprawdę chce być policjantem i na co dzień obcować z ludzkim nieszczęściem.

III

Godzinę później Ostrowski i Kowalski wjechali do Koziegłów. Ten pierwszy uderzał palcami o kierownicę do rytmu żywiołowej piosenki AC/DC i raz po raz wykrzykiwał „Thunder”, a ten drugi pochłonięty był lekturą „Głosu Wielkopolskiego”.

Gdy opuścili senną podpoznańską miejscowość, Ostrowski zerknął na kolegę i zagadnął:

– Co tam, panie, w polityce?

Kowalski poślinił palec i przerzucił stronę, nie odrywając wzroku od gazety.

– Dzieje się.

– Jakieś szczegóły?

– Wczoraj na Sołaczu eksplodował mercedes z biznesmenem w środku.

– Ożeż!

– No, też tak pomyślałem.

– Ale zaraz, zaraz. To nie było tydzień temu?

– Było. Ale się powtórzyło. Kolejny samochód i kolejny biznesmen. Facet był podobno w przeszłości oficerem Służby Bezpieczeństwa, dość mroczna postać.

– Kto za tym stoi?

– Nikt nic nie wie.

– No tak.

Kowalski wrócił do lektury.

Po dwudziestu minutach dojechali do Biedruska, gdzie mieściła się siedziba fabryki. Zaparkowali przy nowoczesnym niewielkim biurowcu. Wszedłszy do środka, zatrzymali się przy przeszklonej portierni, w której siedział siwowłosy mężczyzna ubrany w szary workowaty garnitur. Pokazali mu legitymacje służbowe i się uśmiechnęli.

– Komenda Wojewódzka – powiedział Kowalski. – My do prezesa. Jesteśmy umówieni.

– Panowie w sprawie napadu na konwój?

– Uhm.

Portier chwycił słuchawkę.

– Policja przyjechała, chcą do szefa – mruknął i spojrzał na sierżanta. – Schodami na pierwsze piętro, drugie drzwi na prawo. Będzie napis. Sekretarka panów ugości. Prezes powinien przyjść za jakiś kwadrans.

Odłożył słuchawkę i pociągnął głośno nosem.

– Oni mi się wydali podejrzani – oznajmił niespodziewanie, wyciągając z kieszeni brązową chustkę do nosa.

Kowalski spojrzał na Ostrowskiego.

– Kto?

– Ochroniarze, którzy przyjechali z konwojem.

– Dlaczego?

Portier skrzywił się, wydmuchał głośno nos, a potem odpowiedział lekko poirytowanym głosem:

– Proszę pana, zawsze przyjeżdżała ta sama ekipa. Pan Zbyszek, pan Leoś i pan Włodek. Zawsze, bez wyjątku. A dzisiaj pojawiły się zupełnie obce chłopy. Dziwne mordy, czarne okulary, źle im z oczu patrzało.

– Tych też było trzech?

– Tak.

– Cała trójka wyglądała podejrzanie?

Portier się zamyślił.

– Rzeczywiście, jeden się odróżniał. Na plus. Całkiem przystojny, miły, elegancko ubrany. Mignął mi tylko na chwilę, więc pewnie dlatego zapomniałem o nim.

– Zapytał pan ich, skąd to zastępstwo? – zapytał Ostrowski.

– A zapytałem, proszę pana.

– I co odpowiedzieli?

– Jeden z nich mruknął, że chłopcy musieli pilnie pojechać w innym konwoju.

– I co?

– Nic. Wszyscy przyjęli to do wiadomości. Nikomu poza mną nie wydało się to podejrzane. No, ale kto poważny słucha ciecia, co nie?

Portier rozłożył bezradnie ręce.

– Gdyby ktoś się tym zainteresował, sprawdził legitymacje, dowody, może nie doszłoby do napadu?

Westchnął i dodał markotnie:

– Nawet nie chcę myśleć, co się stało z panią Anią. To bardzo bystra, śliczna, uczynna kobietka. Strasznie ją lubiłem… – Pociągnął nosem i poprawił się: – To znaczy lubię…

Chciał coś dodać, ale machnął ręką, zamilkł i spojrzał przez okno.

Po chwili ciszę przerwało trzaśnięcie drzwiami.

– Dzień dobry!

Sierżanci odwrócili się i zobaczyli młodą, ładną dziewczynę, ubraną w czarny płaszczyk, bordową skórzaną miniówkę i czarne kozaki do kolan. Miała długie brązowe włosy, szczupłą twarz o dużych czarnych oczach i usta podkreślone czerwoną szminką.

– Tata jest? – zapytała, zamachawszy ręką.

Portier uśmiechnął się do niej.

– W sali konferencyjnej – odparł. – W tej mniejszej.

– Świetnie – odparła i spojrzała przelotnie na sierżantów, którzy kiwnęli jej głowami.

Odgarnęła włosy i podeszła do windy. Gdy zniknęła w jej wnętrzu, portier nachylił się do nich i rzekł konfidencjonalnym tonem:

– Córunia prezesa.

– No tak.

– Ola ma na imię.

– Ładnie.

– Studiuje ekonomię.

Sierżanci pokiwali głowami, podziękowali i skierowali się w stronę schodów. Gdy dotarli do odpowiedniego pomieszczenia, sekretarka wprowadziła do ich eleganckiego gabinetu i poprosiła o chwilę cierpliwości. Zdjęli płaszcze, usiedli na skórzanych krzesłach ustawionych naprzeciwko biurka i zaczęli się rozglądać po minimalistycznie zaaranżowanym wnętrzu.

Po dziesięciu minutach pojawił się prezes, wysoki przystojny mężczyzna po czterdziestce. Miał na sobie dżinsy, białą koszulę i marynarkę. Sierżanci zwrócili uwagę na jego intensywną opaleniznę.

– Dzień dobry, kłaniam się, przepraszam za chwilę zwłoki, miałem ważny telefon z kupcem z Brazylii, już jestem do panów dyspozycji – oznajmił na jednym oddechu.

Spojrzał na nich badawczo, uścisnął dłonie.

– Tobiasz Maryl – przedstawił się. – Zawiaduję całym tym interesem.

Uśmiechnął się, odsłaniając swoje śnieżnobiałe zęby.

– Kawusi? – zapytał.

Sierżanci podziękowali.

– To może czegoś słodkiego? – podszedł do barku i wydobył z niej salaterkę, na której leżały kawałki czekolady. Postawił ją na biurku i usiadł w ogromnym fotelu. – Nasz wyrób, polecam, pyszności.

Kowalski wbił wzrok w miseczkę i głośno przełknął ślinę. Nie, nie zrobię tego – pomyślał rozpaczliwie.

Prezes spojrzał na policjantów i mruknął:

– Spryciarze. Mieli fantazję i filmowy polot, to im trzeba oddać, cholera jasna.

– To znaczy? – zapytał Ostrowski i spojrzał na partnera, który drżącą ręką sięgnął po kostkę czekolady, ale zaraz ją cofnął. Twardziel – zaśmiał się w duchu.

– Jakąś godzinę temu, po tych wszystkich przesłuchaniach i rozmowach, ułożyłem sobie w głowie całą historię – odpowiedział prezes. – No i brzmi to jak scenariusz. – Pokręcił głową. – Mam opowiedzieć?

– Jasne – odparł Kowalski, wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki notes i długopis. – Proszę mówić.

– Wczoraj późnym popołudniem dostaliśmy telefon, że termin konwoju zostanie przesunięty z godziny dwunastej trzydzieści na dziewiątą trzydzieści. W miarę sensownie to uzasadniono. Przyjęliśmy zmianę do wiadomości. Jedna z moich asystentek miała zadzwonić do firmy ochroniarskiej, żeby to potwierdzić. Niestety, nie mogła tego zrobić, ponieważ w całym Biedrusku nagle zniknął sygnał. Jak się dzisiaj okazało, ktoś celowo przeciął kable w jednej ze studzienek i przez to nie można się było nigdzie dodzwonić. Nie potwierdziliśmy więc zmiany ani jej nie odwołaliśmy.

Westchnienie.

– Wasi ludzie mówią, że prawdopodobnie ma to związek z napadem. Kiedy przyjechał prawdziwy konwój o zwyczajowej dwunastej trzydzieści, było już… Było już po zawodach i… i po pięciu miliardach złotych, kur…

Maryl urwał gwałtownie i pokręcił gniewnie głową.

– Przepraszam, ale dopiero teraz powoli dochodzi do mnie, że ukradziono mi pięć miliardów i dwieście tysięcy złotych, które były przeznaczone na wypłaty pracownicze.

Ostatnia część zdania wybrzmiała bardzo gwałtownie.

– Będę musiał wziąć pożyczkę z banku.

Maryl zerwał się z fotela, podszedł ponownie do barku, sięgnął po butelkę whisky i wypełnił do połowy szklaneczkę.

– Przepraszam, ale muszę się napić. Nie proponuję panom, bo przecież jesteście na służbie.

Wziął alkohol na dwa łyki i wrócił za biurko.

– A najbardziej wkurza mnie to, że po części jest to nasza wina. Nikt ich nie wylegitymował!

Sapnął ciężko.

– Ktoś mi powiedział, że te ich ciuchy wcale nie były podobne do mundurów, jakie noszą pracownicy agencji… No i teraz wszyscy mi pieprzą na wyprzódki, że napad był grubymi nićmi szyty. Bezczelność! A wtedy – nikt nawet nie mrugnął. Nikt!

Zacisnął dłonie i położył je na biurku, z trudem powstrzymując się od uderzenia w blat. Zerknął na sierżantów i wycedził:

– Mam zamiar ufundować nagrodę za wskazanie sprawców napadu. Pięćset milionów! Mówię poważnie, pięćset milionów. A może nawet sześćset!

Sierżanci spokojnie patrzyli na prezesa, który zamilkł i zapadł się w fotelu. Był cały czerwony na twarzy.

Kowalski sięgnął po kostkę czekolady, zjadł ją pospiesznie i odezwał się:

– Sprawcy zabrali ze sobą kasjerkę…

– Tak – wszedł mu w słowo Maryl. – Panią Anię Radziędę. Zapomniałem o tym. Pewnie to jest najgorsze w tym wszystkim. Ostatecznie, pieprzyć te pieniądze, ważne, żeby ona się znalazła… Żywa. Lubiłem ją, fajna babka z niej była… to znaczy, jest fajną babką. Mam nadzieję, że…

Kowalski odczekał chwilę i zapytał:

– A może ona była jakoś zamieszana w ten napad? Może nadała komuś temat? Takie rzeczy się zdarzają przecież.

Maryl szeroko otworzył oczy.

– Oszalał pan? – Podniósł głos. – Pani Ania? W życiu! To uczciwa osoba. Ręczę za nią. Świeżo zaręczona, zakochana, w przyszłym roku wychodzi za mąż. Rodzice to porządni ludzie, ojciec jest radnym, matka nauczycielką…

Mężczyzna uniósł się na fotelu i przejechał dłonią po twarzy. Przez chwilę się namyślał.

– Jeśli miałbym kogoś typować, to raczej powęszyłbym wśród pracowników agencji – rzucił. – To byłoby bardziej prawdopodobne. Tego rodzaju firmy różnych dziwnych ludzi zatrudniają u siebie.

Zapadła cisza, którą po paru sekundach przerwało pukanie do drzwi. W progu stanęła sekretarka.

– Panie prezesie, taksówka już czeka.

Maryl skinął jej głową i spojrzał na policjantów.

– Panowie wybaczą, ale interesy wzywają – powiedział, podnosząc się energicznie z fotela. – Ale przy okazji chcę podkreślić, że zamierzam zrobić wszystko, żebyście złapali tych drani – dodał poważnie.

Podrapał się po brodzie.

– Wiem, że ostatnimi czasy policja stoi kiepsko z forsą – dodał. – Więc zamierzam wam się odwdzięczyć. Jeśli wykryjecie sprawców i odzyskacie moje miliardy, kupię wam wypasione auto służbowe. Będziecie mogli skutecznie ścigać się ze zbójami, ha, ha!

Mężczyźni stanęli naprzeciwko, uścisnęli sobie dłonie.

– Ale o tym będę jeszcze rozmawiał z waszym komendantem. Znam go, byczy gość.

Sierżanci założyli płaszcze i podeszli do drzwi.

– Jutro od rana jestem do dyspozycji, możemy spisać protokół przesłuchania.

Ostrowski uśmiechnął się ironicznie i zerknął na Kowalskiego, który właśnie wkładał do ust kolejną kostkę czekolady.

– No to klawo – rzucił i nacisnął klamkę. – Będziemy w kontakcie.

IV

Sierżanci opuścili Biedrusko i pojechali do Chludowa, gdzie mieszkał Józef Szarota, strażnik, który towarzyszył Annie Radziędzie w konwoju. Zajechawszy na miejsce, zaparkowali i podeszli do płotu okalającego skromny jednorodzinny dom. Na środku podwórka wypatrzyli mężczyznę, który rąbał energicznie drewno. Był ubrany w kufajkę, czapkę z daszkiem i kalosze.

– W zdrowym ciele zdrowy duch – mruknął Ostrowski.

Gdy podeszli do niego, ze zdziwieniem stwierdzili, że ma co najmniej siedemdziesiąt lat. Przedstawili się i wyjaśnili cel wizyty. Spojrzał na nich smutnym wzrokiem i odłożył siekierę.

– Mam w dupie te wszystkie zrabowane miliardy – mruknął. – Nie mogę przestać myśleć o pani Ani.

Przez jego twarz przebiegł skurcz.

– I nie mogę sobie podarować, że nic nie zrobiłem, że nic nie mogłem zrobić, że…

Zamilkł i podniósł z ziemi kawałek kory. Poobracał go w dłoniach i rzucił na stos porąbanego drewna.

– Mam nadzieję, że te zbiry ją wypuszczą… – Złapał się wpół. – Że… – Spojrzał na nich. – Myślicie panowie, że ją wypuszczą?

Sierżanci mruknęli coś niewyraźnie, zerkając na własne buty. Szarota pokiwał głową i westchnął. Kowalski wyjął z kieszeni długopis i notes.

– Niech nam pan opowie, co się wydarzyło w drodze powrotnej – poprosił.

– Do pewnego momentu wszystko wyglądało normalnie – powiedział Szarota. – W miarę normalnie, bo rzeczywiście ci ochroniarze byli jacyś… dziwni… No, ale nikt wtedy nie zwrócił na to uwagi. Łącznie ze mną. – Splunął pod nogi z niesmakiem.

– Do którego momentu wszystko wyglądało normalnie? – zapytał Kowalski, rozglądając się po zadbanym podwórku.

– Do Koziegłów – odparł Szarota. – Gdy wyjechaliśmy z miasteczka i znaleźliśmy się na wysokości lasu, samochód nagle zwolnił, zjechał na pobocze i się zatrzymał. Nie zdążyłem jakkolwiek zareagować, bo do środka wparował nagle jakiś facet w kominiarce. Warknął coś o napadzie, przyłożył mi pistolet do głowy, a jeden z tych cholernych przebierańców odebrał mi broń, TT 33, i założył kajdanki na łapy. Pani Ania zaczęła krzyczeć.

Cisza.

– To było straszne, panowie – szepnął i pokręcił głową. – To było straszne. Ja do teraz mam podniesione ciśnienie. Nie wiem, co ze sobą zrobić… Żona każe mi się położyć, ale ja nie mogę uleżeć. Muszę czymś zająć myśli.

Ściągnął czapkę i podrapał się po głowie.

– Wejdziecie do domu na kawę? – zapytał. – Córka przywiozła ciasto, całkiem smaczne, może skosztujecie?

– Dziękujemy – odparł Kowalski. – Ale mamy jeszcze mnóstwo roboty dzisiaj.

– No tak, jasne.

– Chcemy za chwilę odwiedzić rodziców pani Radziędy.

Strażnik westchnął.

– Rozumiem… O czym to ja mówiłem?

– O tym, że pani Ania zaczęła krzyczeć – podsunął Ostrowski.

– A tak. No więc właśnie, zaczęła krzyczeć. Facet w kominiarce wrzasnął na nią straszliwie, a ona wtedy zapadła się w sobie. Zakryła dłonią usta i jak zahipnotyzowana patrzyła przez okno. Z jej oczu ciurkiem płynęły łzy…

Zamilkł.

– Do końca życia nie zapomnę tego widoku.

Cisza.

– Po prostu czysta rozpacz…

Policjanci patrzyli na niego ze współczuciem. Mężczyzna przygarbił się jakby pod naporem przykrego wspomnienia.

– Czysta rozpacz – powtórzył szeptem.

Jego usta na moment wygięły się w podkówkę. Znowu umilkł. Wsunął rękę do kieszeni marynarki, wyjął małą buteleczkę, z której wysypał garść tabletek. Połknął je. Wziął duży oddech i zapatrzył się w dal.

– Według mnie – odezwał się po chwili, podnosząc nieoczekiwanie głos – bandyci rozpracowali wszystkich psychologicznie. Cwane skurwysyny.

Ostrowski zerknął na niego z zainteresowaniem.

– Co pan ma na myśli?

– Oni działali na pewniaka, na bezczelnego. To po pierwsze…

Znów się zamyślił.

– A po drugie?

– Po drugie… Kiedy jechaliśmy do banku, przez radio nadano komunikat, że drugi samochód mający nas konwojować uległ wypadkowi.

Sierżanci patrzyli z uwagą na Szarotę, który kontynuował:

– Nie wiem, czy panowie wiecie, ale przepisy mówią, że sumę większą niż pięć miliardów złotych muszą zabezpieczać dwa samochody. No więc gdy pojawiła się ta informacja, oczywiście fałszywa, jeden z przebierańców spojrzał na panią Anię i zapytał, co robimy. Czy zawracamy, czy jednak jedziemy dalej? Cwaniak dodał, że decyzja należy do niej, że oni się dostosują…

Cisza.

– Z całej tej trójki – dodał po chwili – wyglądał najprzyzwoiciej… Tamci to byli penerzy, a ten… Hm, prawdę mówiąc, wzbudzał zaufanie. Taki trochę elegancik… Miał miły, ciepły głos… więc… – Szarota cmoknął. – Więc gdy zapytał tym swoim sympatycznym głosem, co robimy, pani Ania po chwili namysłu zadecydowała, że jednak jedziemy dalej… Prawdę mówiąc, nie podobała mi się ta decyzja, ale nic nie powiedziałem. To nie moja działka przecież.

Westchnienie.

– Dzięki temu bezczelnemu pytaniu zdobyli zaufanie dziewczyny. To po drugie.

– Co było potem, panie Józefie? – zapytał Kowalski, pospiesznie zapisując w notesie słowa mężczyzny.

– Potem?

– Pojawił się czwarty klient, wsiadł do samochodu, wrzasnął – odparł sierżant, zerkając do notesu. – I co było dalej?

– No cóż – padła odpowiedź. – Samochód ruszył w stronę Kicina. Chwilę później wjechaliśmy do lasu. Zatrzymaliśmy się. Kazano nam wysiąść. Ściągnięto mi kajdanki. Poczułem niewyobrażalną ulgę. Chwyciłem za dłoń panią Anię, uśmiechnąłem się do niej – i nagle ten w kominiarce mówi: „Suczka jedzie z nami”.

Szarota skrzywił się i urwał. Zacisnął szczęki.

– Suczka jedzie z nami?

– Albo jakoś tak… Spojrzałem na niego przerażony – podjął. – Przytrzymałem dziewczynę, bo zachwiała się biedulka. „Co? – krzyknąłem. – Nie pozwalam!”. Ten elegancik też zaprotestował. „Nie tak się umawialiśmy – powiedział poruszony. – To miał być tylko napad!”. „Zamknij się, nie ty tu decydujesz” – warknął ten w kominiarce i wycelował we mnie broń. „Cofnij się” – wycedził. Zerknąłem na dziewczynę. Była blada jak śmierć. Nagle bandzior schował pistolet, chwycił panią Anię i wsadził do samochodu. Po chwili odjechali.

Szarota urwał i spojrzał na swoje dłonie: drżały.

– A ja zostałem sam w lesie… Usiadłem na jakimś pieńku i poczułem, że zaczyna kręcić mi się w głowie. Zebrało mi się na wymioty. Wstałem z trudem i wyrzygałem śniadanie… Chyba dostałem ataku paniki… Jakimś cudem doczłapałem do szosy i tam ktoś mnie zabrał na komisariat…

Szarota nagle złapał się za pierś.

– Muszę iść do domu i jednak się położyć, bo zaraz wykituję – powiedział słabym głosem. – Możemy przerwać na dzisiaj?

Sierżanci spojrzeli na niego przestraszeni.

– Jasne – szepnął Ostrowski. – Jutro się odezwiemy w sprawie rysopisów.

Szarota kiwnął.

– To cześć – mruknął i wolnym krokiem ruszył w stronę domu.

Sierżanci odprowadzili go wzrokiem, a gdy zniknął za drzwiami, wrócili w milczeniu do wozu.

V

Godzinę później zajechali pod blok, w którym mieszkali rodzice zaginionej dziewczyny. Nie zdążyli zapukać, gdy nagle drzwi otworzyły się i w progu stanął mężczyzna o zaczerwienionych oczach. Miał mniej więcej pięćdziesiąt lat. Był ubrany w kurtkę, sztruksowe spodnie i sztyblety. W prawej dłoni trzymał sportową torbę.

– Słucham? – mruknął i spojrzał nich podejrzliwie.

Kowalski wyciągnął po raz kolejny tego dnia legitymację służbową.

– Sierżant Kowalski i sierżant Ostrowski – powiedział. – Jesteśmy z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu.

Mężczyzna skinął głową.

– O co chodzi? – zapytał.

– Pan Zbigniew Radzięda?

– Tak. O co chodzi?

– O pańską córkę. Przesłuchujemy świadków w sprawie napadu na konwój…

Radzięda zbladł.

Odstawił torbę na podłogę.

– Prowadzicie sprawę napadu?

– Tak.

W jego oczach pojawił się lęk.

– Znaleźliście Anulkę? – szepnął i oparł się dłonią o futrynę.

– Nie.

Chwila ciszy.

Mężczyzn wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze.

– Wiecie coś? – zapytał, patrząc na nich z przestrachem. – Przynosicie jakąś nową informację?

Pokręcili głowami.

– Niestety nie.

Mężczyzną zacisnął szczęki i się wyprostował.

– To kiedy ją znajdziecie, do cholery?! – Podniósł nieoczekiwanie głos. – Gdzie ona jest? Co się w ogóle z nią stało?! Jak sobie…

Radzięda z trudem zdusił w sobie szloch. Ostrowski zrobił uspokajający ruch dłonią i zagadnął:

– Możemy wejść i porozmawiać? Zajmiemy tylko chwilę.

– Teraz? – zapytał oburzony.

– No cóż, im szybciej, tym lepiej – powiedział Kowalski łagodnie i uśmiechnął się przyjaźnie.

Radzięda pociągnął nosem.

– O czym chcecie rozmawiać, jak nic ważnego nie macie do powiedzenia? – rzucił zaczepnie. – Właśnie wybieram się do żony, do szpitala – dodał zirytowany. – Dostała zawału, kiedy dowiedziała się o… napadzie i… – Załkał. – I o zniknięciu córki. – Urwał. Przełknął głośno ślinę i potarł oczy, w których zaszkliły się łzy. – Muszę jej zawieźć różne rzeczy – dodał. – Jak najszybciej. Przełóżmy rozmowę na jutro, dobrze? Będę w domu do południa.

Ostrowski zerknął na Kowalskiego, który pokiwał akceptująco głową i odezwał się nieśmiało:

– Potrzebujemy aktualnej fotografii pana córki. Możemy prosić?

Radzięda westchnął.

– Przyniosę – szepnął i zniknął w mieszkaniu.

Po minucie wręczył im drżącą dłonią zdjęcie rozpromienionej młodej dziewczyny. Kowalski schował je do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

– Byliście już u Arka? – zapytał Radzięda.

– U Arka?

– Jej narzeczonego.

Jeszcze nie byli, zostawili go sobie na koniec. Bali się tego spotkania. Chcieli je jak najbardziej odwlec w czasie.

– Nie.

– Rozmawiałem z nim godzinę temu przez telefon. Jest w kiepskim stanie…

– Wybieramy się do niego.

Cisza.

Kowalski poruszył się, chcąc zakończyć rozmowę, gdy nagle Radzięda zapytał:

– Czy ona żyje?

Kowalski zamarł w bezruchu. Ostrowski zakaszlał nerwowo.

To pytanie zawsze budziło w nich panikę. Nie było na nie dobrej odpowiedzi. Zresztą ten, kto je zadaje, nie oczekuje przecież, że ktoś mu uczciwie odpowie. Kowalski nazywał je „emocjonalną zasadzką”. Przerabiali to już nie raz. Z biegiem lat nauczyli się je ignorować.

– Odwiedzimy pana jutro – powiedział Kowalski. – Może będziemy mieli jakąś informację na ten temat. Do widzenia.

Radzięda pokiwał głową i potarł zaczerwienione oczy.

VI

Henryk Misiński, najpopularniejszy dziennikarz kryminalny w całej Wielkopolsce, westchnął ciężko, chwycił płachtę „Gazety Wyborczej” i poszedł do kuchni przygotować sobie kawę. Kartkując dziennik, zobaczył na „kulturalnych stronach” rozmowę z kolegą ze studiów polonistycznych. Facet wydał właśnie powieść, która stała się bestsellerem. Powieść fantasy, podróbka „Conana Barbarzyńcy”, ble, to jakaś dziecinada – zadrwił w myślach. Zalewając kawę, czuł, że jednocześnie zalewa go krew. Ten wypierdek napisał bestseller – warknął w duchu, zmiął gazetę i wyrzucił ją do kosza. Ja też chcę. Sięgnął po kubek, podmuchał go, wypił parę łyków i ruszył z powrotem.

Gdy zbliżał się do swojego boksu, zza zakrętu wyłonił się naczelny, czterdziestoletni wysoki mężczyzna w modnych okularach. Pachniał zagranicznymi perfumami. Podał rękę Misińskiemu i spojrzał mu głęboko w oczy.

– Kochany, jest prośba do ciebie! – odezwał się swoim afektowanym głosem. – Wielka prośba!

Misiński zacisnął szczęki.

– Jaka?

– Chodzi o to, żebyś spróbował przesiąść się z maszyny do pisania na komputer! Na to piękne nowoczesne urządzenie, które czeka na ciebie w dziale informatycznym. OK? Ja doskonale rozumiem, że to nie jest proste, stare przyzwyczajenia, szacunek dla tradycji, ale dziewczyny się buntują i nie chcą już przepisywać twoich tekstów. Mówią, że sam możesz to robić własnymi doświadczonymi łapkami, i, cholera, mają jednak rację. Zgodzisz się, co nie? Tu i tu masz klawiaturę przecież!

Naczelny poklepał po ramieniu naburmuszonego redaktora.

– Misiu, zlituj się! – zawołał. – Spróbuj wskoczyć na nowego konia, on naprawdę jest o wiele łatwiejszy w obsłudze.

Misiński prychnął.

– Przez dwa pierwsze miesiące będę ci więcej płacił za wierszówkę, o dziesięć procent – oznajmił naczelny. – To jak? Mamy deal? No bądźże rozsądny, daj przykład młodym, pokaż, że stara gwardia jest otwarta na teraźniejszość, że się cały czas rozwija. Mamy?

Redaktor westchnął ciężko.

– Mamy – mruknął. – Jutro po niego pójdę, a teraz wybacz, mam pilny tekst do napisania.

To powiedziawszy, wyminął uśmiechniętego szefa i poczłapał do siebie, dusząc w sobie wiązkę siarczystych przekleństw, których nauczył się dawno temu od znajomych policjantów.

Trzasnął drzwiami, zapalił papierosa i wbił wzrok w Erikę, starą, wysłużoną maszynę do pisania, na której wystukał setki artykułów o wielkopolskich przestępstwach. Gdy zaczął przechodzić od fazy wściekłości do fazy użalania się nad sobą – Nic nie osiągnąłem, nic nigdy nie napiszę dobrego, jestem tylko lokalnym grafomanem, przegrałem swoje życie – zadzwonił nagle telefon.

Podniósł słuchawkę.

– Misiński – burknął. – Słucham.

– Serwus, Misio! – Gdy usłyszał dobrze znany głos zaprzyjaźnionego szefa Wydziału Kryminalnego, podinspektora Buryły, uśmiechnął się mimowolnie. Jego telefony zawsze zwiastowały informacje, które można przerobić na ciekawe artykuły, a czasami nawet na całą serię artykułów.

– Kłaniam się legendzie poznańskiej policji – zawołał, wrzucając na wpół wypalonego papierosa do kubka. – Co słychać, co widać, co się szykuje, Buryś?

– Mam bardzo gorącą historię. Po prostu niesamowitą!

– Naprawdę?

– No mówię, jak jest, chłopie!

– Nawijaj!

– Pamiętasz ten słynny napad na pociąg na trasie Glasgow–Londyn?

– Ten z lat sześćdziesiątych?

– Dokładnie z 1963 roku, właśnie sprawdziłem.

– Co mam nie pamiętać? Słynna historia!

– No właśnie. – Buryła mlasnął podniecony. – Mamy powtórkę z rozrywki.

– Zamieniam się w słuch – szepnął dziennikarz, czując rozkoszne mrowienie na plecach.

Takie chwile uwielbiał! Kiedy na horyzoncie pojawia się smakowita historia.

Chwycił długopis i zamarł w oczekiwaniu na opowieść.

Gdy naczelnik zakończył skrótową rekonstrukcję napadu na konwój Markizy, Misiński powoli wypuścił powietrze, podrapał się po swojej bujnej czuprynie i szepnął:

– Ja cię sunę, to rzeczywiście powtórka z rozrywki!

– No i te kable telefoniczne, prawda? I wtedy, i teraz!

– Jasny gwint!

– Po prostu kino amerykańskie!

– Bury, to brzmi jak… – Misiński przez chwilę szukał w pamięci odpowiedniej formuły. – Jak… jak napad doskonały!

Podinspektor zaśmiał się gromko.

– Napad doskonały! – powtórzył zachwycony. – Ty to masz łeb jak sklep, Misieńku! Jesteś prawdziwym czarodziejem słowa.

Misiński uśmiechnął się i zerknął na korytarz, na którym para młodych ludzi rozmawiała ze sobą półszeptem, żywo przy tym gestykulując. Dziewczyna była stażystką, a chłopak całkiem znanym dziennikarzem, którego teksty zdobywały coraz większą popularność. Wróżono mu ogólnopolską karierę. Mówiono na niego „Pisarz”, bo uwielbiał podkoloryzowywać fakty. Misiński skrzywił się i wrócił do rozmowy.

– Podziękować – mruknął do słuchawki.

– Materiał na soczystą powieść albo nawet film – rzucił z ekscytacją naczelnik kryminalnego. – Zdaje się, że jest nawet osobna nazwa na film o napadzie.

– Heist movie.

– Właśnie!

– Wygląda mi to na perfekcyjnie przygotowaną akcję – powiedział Misio, przetrząsając pamięć w poszukiwaniu dobrych kryminałów, których tematem był napad. „Rififi”, „Vabank”?

– Coś w stylu Arsena Lupina – podsunął podinspektor.

Misiński sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej małpkę gorzkiej żołądkowej. W końcu jakaś dobra nowina – pomyślał, oblizał spierzchnięte usta i upił parę łyków.

– Rozumiem, że Arsen Lupin przegra w starciu z poznańskimi policjantami? – zagadnął.

– Drogi panie redaktorze, ależ oczywiście, że tak! Taka jest karma przestępców. Zawsze przegrywają w starciu z poznańskimi gliniarzami!

Redaktor zarechotał gromko.

– Aha, możesz dodać, że w Suchym Lesie znaleźliśmy ich busa. Niemal doszczętnie spalonego.

Misiński zamienił jeszcze z oficerem parę słów, odłożył słuchawkę i zasiadł przed maszyną do pisania.

Wkręcił kartkę, uniósł ręce jak pianista, pomyślał chwilę i wystukał: „Napadł doskonały”.

Spojrzał krytycznym okiem na tytuł.

– Za słabo – szepnął.

Wymienił kartkę na czystą i zapisał nowy tytuł: „Napad stulecia”.

Uśmiechnął, zatarł ręce i zaczął zamaszyście uderzać w klawiaturę. Po piętnastu minutach tekst był gotowy. Wykręcił kartkę, przeczytał pospiesznie urobek i mruknął:

– Elegancko.

VII

Podinspektor Buryła odłożył słuchawkę, wsunął stopy w laczki i przeszedł do salonu, nalał sobie koniaku. Zerknął na ścienny zegar. Była dziewiętnasta trzydzieści pięć. Włączył telewizor i usiadł na swojej ulubionej, niezwykle miękkiej sofie. Akurat nadawano wiadomości.

Główną atrakcją był news o zatrzymaniu przez bydgoską policję Mariusza Sz., dwudziestoośmioletniego mężczyzny podejrzanego o zamordowanie dziesięciu kobiet. Zabójca urodził się w Baniach, w województwie szczecińskim. Gruby, zaniedbany, niezwykle brzydki. Był upośledzony umysłowo. Zabijał ofiary, żeby uprawiać z nimi seks. To był jego jedyny sposób na dostęp do rozkoszy cielesnych. Wędrował po całej Polsce i polował na kobiety. Dziennikarze, którzy od jakiegoś czas śledzili jego poszukiwania, nadali mu pseudonim „Wampir”. Jakżeby inaczej – skwitował w myślach Buryła. Kolejny wampir, jeszcze chwila, a Polska zamieni się w jedną wielką Transylwanię. No kurde, mogliby się bardziej postarać. To już Misio lepiej kombinuje.

Pokręcił z niesmakiem głową, obejrzał do końca wiadomości i wyłączył telewizor. Dolał sobie złotego płynu. Wziął małego łyka i wrócił na sofę. Zamyślił się. Przypomniał sobie słowa któregoś z kolegów, który powiedział kiedyś, że najłatwiejsze do wykrycia są „polskie pseudoseryjne zabójstwa”. Buryła się z tym zgadzał. Ich sprawcami są przecież zazwyczaj prości mężczyźni, którzy nie panują nad swoim libido i – co istotne – nie przywiązują większej wagi do zacierania śladów. Idą niezdarnie przez życie, dokonując raz po raz okrutnych czynów. Paradoksalnie, nie stanowią większego zagrożenia dla społeczeństwa. Ich złowroga popularność to przede wszystkim zjawisko medialne. „Dziczki” – tak właśnie nazywał ich Harry, jego najlepszy człowiek.

Prawdziwą groźną przestępczością jest przestępczość zorganizowana, za którą trzeba się wziąć na poważnie, póki jeszcze nie wymknęła się spod kontroli. Od jakiegoś czas wśród komendantów i naczelników najważniejszych krajowych jednostek policyjnych krążył pomysł stworzenia specjalnych wydziałów, których zadaniem byłaby walka z tego rodzaju przestępczością. Podinspektor był jego gorącym zwolennikiem. Kiedyś w rozmowie z komendantem głównym zasugerował, że chętnie pokierowałby w Poznaniu takim wydziałem.

Westchnął. Dopił alkohol i odłożył kieliszek na ławę. Oparł się o oparcie sofy i przymknął oczy. Pod powiekami zobaczył scenę, która prześladowała go od czterech lat:

Pędzi polonezem przez las jak szalony. Dojeżdża do leśniczówki, zatrzymuje samochód, wysiada z niego pospiesznie. Wyciąga z kabury pistolet, wbiega do środka drewnianego budynku i zamiera w bezruchu.

Na podłodze leży młody chłopiec z nożem wbitym w brzuch.

W kałuży krwi.

Trzynastoletni Patryk.

Syn jego brata, zamożnego biznesmena.

Buryła otworzył oczy i głośno wypuścił powietrze. Zerknął na zegarek. Była dwudziesta piętnaście. Musi wstać, przebrać się w garnitur i pojechać do Radia Merkury, żeby pogadać o „napadzie stulecia”.

VIII

Kowalski zerknął na zegarek.

– Która jest? – zapytał Ostrowski, rozglądając się po opustoszałej knajpie. Jego wzrok zatrzymał się na ścianie, na której wisiały fotosy filmowe. Większość pochodziła z filmów gangsterskich. „Człowiek z blizną”, „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Samuraj” i jeszcze parę innych.

– Zbliża się północ.

Ostrowski zerknął na kolegę, który właśnie wyjął z kieszeni płaszcza fotografię Ani Radziędy i położył ją na stole.

– Schowaj to, chłopie, mieliśmy się zresetować.

Kowalski pokręcił głową.

– Nie potrafię się zresetować. Cały czas o niej myślę. To silniejsze ode mnie – odparł i zaczął przyglądać się z uwagą portretowi zaginionej dziewczyny, uśmiechniętej dwudziestoparolatki z burzą kręconych czarnych włosów.

– Zastanawiam się też, jak powinniśmy odpowiedzieć jej ojcu, który zapytał nas, czy ona żyje – dodał Kowalski i wbił wzrok w Ostrowskiego.

Ten wzruszył ramionami.

– Tak, jak odpowiedzieliśmy – mruknął. – A co innego mieliśmy niby powiedzieć?

– Może dodać otuchy?

– To byłoby jednak nieprofesjonalne.

Ostrowski wypuścił powietrze, odgarnął włosy z czoła i wskazał ręką dwa napełnione kieliszki, które zamówili do piwa.

– To co? Po kielichu i rozchodzimy się do domów?

Stuknęli się i wypili.

– Myślisz, że ona żyje? – zapytał Kowalski.

– Myślę, że nie wiem.

– Może ją zgwałcą i wypuszczą? A może po prostu wypuszczą? Może się rozmyślili, cokolwiek im przyszło do głowy?

Ostrowski spiorunował go wzrokiem.

– Co cię napadło, człowieku? Jesteś policjantem, a nie widzem jakiejś łzawej opery mydlanej!

Kowalski schował zdjęcie, wstał i zaczął nakładać na siebie płaszcz.

– Nie wiem, co mnie napadło – burknął.

Ostrowski dopił piwo i również wstał. Z głośników popłynęła znana piosenka Róż Europy. Kowalski pomyślał, że to chamstwo ze strony rzeczywistości. W takim dniu opiewać piękną, młodą dziewczynę, która kojarzy się wokaliście z jedwabiem. Pozdrowili barmana i wyszli na ulicę.

Godzinę później Kowalski leżał w łóżku i w ciemnościach odtwarzał sobie przejmujące przesłuchanie narzeczonego Ani, inżyniera, który pracował w elektrowni. Facet naszprycowany był środkami uspokajającym, ledwo kojarzył. W czasie rozmowy kiwał się w fotelu, jakby miał chorobę sierocą. Niewiele z niego wydobyli. Po kilkunastu minutach uścisnęli jego zimną dłoń i wrócili do komendy, żeby uzupełnić dokumentację.

Gdzieś na granicy między jawą i snem Kowalski dostrzegł postać zaginionej dziewczyny. Śmiała się do kogoś, kiwając figlarnie palcem. „Złap mnie, złap!” – wołała.

Obudził się o szóstej. Zlany potem. Czy ona żyje? – to była jego pierwsza myśl o poranku.

IX

Dwie godziny później w jednej z salek konferencyjnych Komendy Wojewódzkiej zaczęła się odprawa, na którą wezwano także funkcjonariuszy operacyjnych z pomniejszych jednostek. Dwadzieścia parę osób wpatrywało się w podinspektorów Ramberta i Buryłę, którzy sprawnie rekonstruowali zdarzenia nazwane przez wielkopolskie media „napadem stulecia” tudzież „napadem doskonałym”.

Na dużej korkowej tablicy wisiały portrety pamięciowe czterech mężczyzn.

Czterdziestoparoletni mężczyzna, o regularnych rysach, całkiem przystojny, o ujmującym uśmiechu. Troszkę młodszy, okrągła, pryszczata twarz. Czarne okulary przeciwsłoneczne. Trzydziestolatek, szczupła, pociągła twarz. Cwaniacki uśmiech. Również czarne okulary. No i postać w kominiarce. Najbardziej tajemniczy i zarazem najbardziej niebezpieczny członek grupy.

Większość ze słuchaczy, którzy dopiero teraz zapoznawali się ze szczegółami, była pod wielkim wrażeniem pomysłowości przestępców. Raz po raz patrzyli po sobie i kręcili głowami.

– Nic, tylko film z tego zrobić – mruknął ktoś, zyskując aprobatę kolegów i koleżanek.

Gdy Rambert mówił o przecięciu kabli, co było kluczowym elementem operacji, po salce rozszedł się szmer uznania.

– Nadaliśmy tej sprawie kryptonim Konwój – odezwał się Buryła, gdy Rambert podsumował najważniejsze ustalenia spisane wczoraj późnym wieczorem przez Kowalskiego. – Sięgnął po „Głos Wielkopolski” i zamachał nim. – Dziennikarze przypominają dzisiaj, że liczba tego rodzaju przestępstw wzrasta – dodał, po czym otworzył gazetę i zacytował fragment artykułu: – „Napad […] jest ważnym ogniwem w dyskusji na temat wzrostu przestępczości w Polsce. Trzeba przyznać, że krzywa obrazująca ten proceder w ostatnich latach znacznie poszła w górę”.

Naczelnik Wydziału Kryminalnego spojrzał na zebranych.

– Co tu kryć – powiedział, odkładając dziennik. – Media wzięły nas na celownik. Na razie wielkopolskie, ale sprawa jest tak emocjonująca, że lada chwila poczujemy na naszych plecach wzrok całej Polski. – Upił łyk kawy i wytarł usta. – Komendant Bossowski mówił mi wczoraj, że Warszawa wykazuje silne zainteresowanie tą sprawą.

Wzniósł palec.

– Do czego zmierzam? Do tego, że musimy ostro wziąć się do roboty i zawalczyć o sukces. Jeśli to spartaczymy, dziennikarstwo nas zje, jeśli wygramy, zrobią z nas bohaterów. A nie muszę wam mówić, że dzisiaj jak nigdy potrzebujemy dobrej prasy.

Urwał i spojrzał po sali. Gdy usłyszał chrząknięcie Ramberta, oddał mu głos.

Naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego pokiwał głową i ściągnął lekko usta. W przeciwieństwie do Buryły zachowywał nienaganny spokój. Można było odnieść wrażenie, że przed chwilą opuścił świat swoich myśli, do którego już za chwilę znowu wróci. W jego oczach widoczny był cień smutku.

– Nie zapominajmy o niesłychanie ważnej rzeczy – powiedział, zmieniając na chwilę klimat odprawy. – Przestępcy zabrali ze sobą dziewczynę. Bóg jeden wie, dlaczego to zrobili. Tak czy owak, musimy jak najszybciej ich namierzyć, żeby ocalić jej życie.

– Według pana naczelnika ona żyje? – zapytał jeden z młodych policjantów ściągniętych z zewnątrz.

Rambert zerknął na niego.

– Działamy tak, jakby żyła – odezwał się.

Kowalski poruszył się na krześle.

– Myślałem o tym – powiedział, podnosząc rękę.

– I?

– Przez chwilę rozważałem taki oto scenariusz. Porwano ją dla szantażu, żeby wyciągnąć jeszcze więcej forsy. Ale później wróciłem do notatek z przesłuchania strażnika. Wynika z nich, że to porwanie nie było zaplanowane, że to był nagły pomysł tego czwartego klienta, który dołączył do nich później, w drodze powrotnej.

Sierżant podrapał się po brodzie.

– Podkreślmy, że reszta grupy próbowała oponować, ale szybko odpuściła – dodał z naciskiem.

– No właśnie – wszedł mu w słowo Ostrowski. – Ten czwarty klient dominował nad nimi.

– Co nam to mówi? – zapytał Rambert.

– Że to jest jakaś większa ryba z półświatka? Uważam, że trzeba jeszcze raz przesłuchać strażnika pod kątem relacji czwarty klient – pozostała trójka. Może znajdziemy tu jakiś ciekawy trop?

– Niegłupie – mruknął Buryła i usiadł na krześle.

– Wracając jeszcze do tej dziewczyny – odezwał się Kowalski, wbijając wzrok w Ostrowskiego. – Chciałem tylko zaakcentować, że ona wpadła w oko – sierżant zrobił w powietrzu znak cudzysłowu – czwartemu. Więc albo po prostu poczuł na nią ochotę i postanowił ją gdzieś wywieźć, żeby zgwałcić, albo… może…

Cisza.

– Albo może chce ją przerobić na kurwę i wywieźć za granicę – wypalił nagle Miszczu, ściągając na siebie liczne spojrzenia. – No wiecie – dodał, widząc, że nie wszystkim spodobały się jego obcesowe słowa. – Handel żywym towarem, burdele. Polki są cenione w tej branży…

Wątek wprowadzony przez brzuchatego podkomisarza zachęcił innych do zabrania głosu. W efekcie odprawa nabrała cech energicznej burzy mózgów, której celem było wytyczenie głównych kierunków śledztwa.

W pewnym momencie wszyscy zamilkli i spojrzeli na drzwi, które otworzyły się z impetem.

Do salki wkroczył raźnym krokiem komisarz Harwej, pseudonim Harry. Wysoki, dobrze zbudowany brunet z charakterystyczną szramą na twarzy. Kierownik Sekcji Zabójstw i Rozbojów Wydziału Kryminalnego, charyzmatyczna postać, świetny operacyjniak, no i alkoholik. W kącikach ust tkwił niezapalony papieros.

Wszyscy jak na komendę pociągnęli nosami, chcąc się zorientować, czy czuć od niego wódkę. Wieść gminna niosła, że Harry na skutek ostatnich dramatycznych przeżyć postanowił rzucić alkohol. Ku ogólnemu rozczarowaniu wydzielał z siebie tylko woń tytoniu i wody kolońskiej.

– Spóźniłeś się – mruknął Rambert, poprawiając oprawki okularów.

– To prawda – odpowiedział komisarz i usiadł na krześle

– Dlaczego? – burknął Buryła.

– Miałem spotkanie ze swoim ucholem.

– W trakcie odprawy?

– Facet o tej porze jeszcze jest trzeźwy.

Sala zarechotała.

– Ma to związek z napadem?

Harry skinął głową.

– Jak najbardziej. Chciałem go podpytać, czy ktoś na mieście nie przechwala się czasami, że zdobył wielką forsę. Często ma dobre informacje.

– I co?

– Na razie nic – odparł komisarz, bawiąc się papierosem. – Ale dzisiaj poumawiam się na randki z innymi informatorami, może coś znajdę.

Rambert zerknął na zegarek, stwierdził, że czas kończyć, i wydał dyspozycje. Przede wszystkim trzeba przesłuchać pracowników Markizy oraz Aresa, przejrzeć akta spraw dotyczących rozbojów i napadów oraz wytypować potencjalnych sprawców wśród nadzorowanych przez policję przestępców, którzy mają podobne czyny na koncie.

Gdy zadania zostały przydzielone, podinspektor Buryła przejechał wzrokiem po zebranych.

– Ktoś chce coś jeszcze dodać? Zasugerować? – rzucił. – Może coś przegapiliśmy, walić mi tu śmiało.