Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 289 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka dEfekt Lucyfera - Rafał Wałęka

Dobro i Zło mają to samo oblicze, wszystko zależy jedynie od momentu, w którym staną na drodze człowieka…”
Paulo Coelho

Według eksperymentu Philipa Zimbardo złymi ludźmi czynią nas okoliczności w jakich się znajdujemy. Anioł stał się Diabłem i dopiero jako zło, podkreślił czym jest dobro. Zło i dobro, które nie mogą bez siebie istnieć. Podobnie jak Tymon Dantej i Adam Wrona.
Dwa sprzeczne charaktery w jednym mózgu. Wyjątkowy rodzaj rozdwojenia jaźni u pewnego policjanta, sprawia, że dwie dusze walczą o jedno ciało. Tymon to spokojny, nieco wycofany człowiek z wrażliwą duszą. Adam to kobieciarz niestroniący od alkoholu, bójek i problemów – uwielbia też robić na złość sąsiadowi z własnego ciała. Dwaj skazani na jedno ciało policjanci walczą nie tylko ze sobą, lecz także z Organistą. Psychopatą, który zasmakował w ludzkim ciele. Morderca z uśmiechem odcina część nogi swojej ofiary, wrzuca ją do zupy i uznaje to za… kostkę rosołową. Krwawe kulinarne popisy tego osobnika nie pozwalają nikomu spać spokojnie, a sam Diabeł uznał, że  jedno piekło to za mało – postanowił zabawić się na ziemi.
Na tej imprezie zatańczą: uparci policjanci, psychiatra antysemita i pełen wiary ksiądz, a w tle przygrywać będzie „Hymn samobójców” Rezso Seressa…

Opinie o ebooku dEfekt Lucyfera - Rafał Wałęka

Fragment ebooka dEfekt Lucyfera - Rafał Wałęka

Rafał Wałęka

dEfekt Lucyfera

 

© Copyright by Rafał Wałęka & e-bookowo

Grafika na okładce: Lusik Kolbaskin (chromastock)

Projekt okładki: e-bookowo

Korekta: Patrycja Żurek, Anna Kaczorowska, Urszula Krupa

 Tłumaczenie tekstu „Ponura niedziela” 

Źródło: szineszkonyvtar.hu - Istvan Takacs.

Ballada o Czterech Pancernych „Deszcze niespokojne”

Słowa: Agnieszka Osiecka, Muzyka: Adam Walaciński, Wykonanie: Edmund Fetting.

 

 

ISBN 978-83-7859-532-8

 

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

 

 

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

„Dobro i Zło mają to samo oblicze, wszystko zależy jedynie od momentu, w którym staną na drodze człowieka…”

Paulo Coelho

Według eksperymentu Philipa Zimbardo złymi ludźmi czynią nas okoliczności w jakich się znajdujemy. Czy ma rację? W Raju pojawił się Szatan pod postacią węża, a w Niebie Lucyfer pod postacią Anioła. Mimo miłości Boga, stał się Diabłem i dopiero po wygnaniu, jako zło, mimowolnie podkreślił czym jest dobro.

Nie zmienia to faktu, że zło może narodzić się w każdym miejscu, o każdej porze. Bo zło lubi się wyróżniać, czasami krwawo popisywać. Zgodnie z teorią Zimbardo – w dzisiejszych czasach zło bywa smutną koniecznością? Wierzą w to terroryści islamscy szerzący skrzywione spojrzenie na doktrynę świętej księgi Koran. Wierzyli w to chrześcijanie w czasie krwawych wypraw krzyżowych lub w okresie świętej inkwizycji. Wierzyć chcą w to hakerzy grupy Anonymus, a My?

My, śmiertelnicy, mówimy, że nie chcemy morderstw na świecie, ale czy nie życzymy śmierci zabójcom, pedofilom, gwałcicielom? Czy to czyni nas złymi ludźmi?

Nie, takie instynkty wyzwalają nas okoliczności. Wątła granica pomiędzy złem koniecznym, a złem wygodnym?

Rozdział 1. Drapieżnik i ofiara

Są takie noce, gdy ludzie dzielą się na łowców i zwierzynę. Życiowa dżungla, gdzie wszyscy mogą stać się ofiarą, ale nie każdy może być myśliwym. Gdy drapieżnik zlokalizuje cel, nic nie zatrzyma go przed krwawą pogonią. Nic prócz śmierci, śmierć to jedyna i ostateczna porażka. Albo jeden, albo drugi. Dziś jest właśnie taka noc. Miasto jest świadkiem wielkiego uporu dwóch mężczyzn. Jeden wierzy w powodzenie ucieczki, w przeżycie, a drugi uparcie pragnie zatopić zęby w przerażonym przeciwniku. Pośród ulic szczodrze skrapianych przez rzęsisty deszcz, między budynkami łaknącymi remontu. W samym środku miasta tętniącego nocnym życiem, trwał karkołomny, pieszy pościg. Obaj mężczyźni za nic mieli ludzi stojących im na przeszkodzie. Uciekinier nie zważał na nich, poganiany batem strachu przed podążającym za nim trzydziestokilkuletnim mężczyzną w bluzie z kapturem i zaniedbaną, szczątkową brodą. Jakby nie mógł rano zdecydować czy ją zgolić. Brodaty drapieżnik ścigał grubego zwierza, więc za nic miał spacerujących ulicami ludzi. Kalekie antylopy będące niczym przy dorodnej ofierze, jaką upatrzył sobie tego wieczoru. Wszystko dookoła to tylko przeszkody. Podobnie jak samochody trąbiące z irytacją, gdy ofiara i drapieżnik przebiegali między nimi. Żaden nie chciał odpuścić. Uciekający mężczyzna wyglądał na słabszego fizycznie od tego, który uparcie za nim podążał. Zaparowane okulary, przestraszona mina na wychudzonej twarzy, mięśnie, które dawno nie pracowały w obronie własnej i nogi, które choć napędzane strachem, w końcu musiały kiedyś odmówić posłuszeństwa. Jego porażka była kwestią czasu. W przeciwieństwie do solidnie wyglądającego brodatego łowcy w kapturze. Uparty, nieznoszący sprzeciwu typ, którego nie chcielibyśmy spotkać w ciemnej uliczce.

Okularnik w szarym płaszczu miał pecha. Życie to miejsce, w którym każdy może stać się ofiarą, ale tylko wyjątkowi mogą zostać drapieżnikiem. Zasady dżungli. Nie do złamania nawet w cywilizowanym świecie.

Paradoks deszczu, mówisz mu spadaj, gdy chcesz, by zniknął, ale ten przybiera na sile. Nie uciekniesz od tego, co nieuniknione. Łzy nieba, jak niektórzy romantycy określali deszcz, zaczęły padać jeszcze mocniej. Oberwanie chmury skutecznie zmywało z ulic większość przechodniów, a auta poruszały się teraz wolniej. Słabsza widoczność i cięższe warunki nie mogły jednak w żaden sposób przerwać pościgu. Uparty łowca miał już ofiarę w zasięgu ręki. Jastrząb rozpostarł szpony, aby pochwycić za kark upatrzoną mysz. Sukces brutalnie oddaliła mu starsza pani, która prowadząc swoje auto, zagrodziła drogę ścigającemu. Uderzyła w zakapturzonego brodacza, ale ten w ostatniej chwili podskoczył, unikając poważniejszych obrażeń. Wylądował na przedniej szybie, a nie pod zderzakiem. Refleks po raz kolejny uratował mu życie. Przejęta staruszka wyszła z auta, by zobaczyć, czyje ciało uszkodziło jej maszynę.

– Nic panu nie jest? Mogę zadzwonić po pogotowie… Wybiegł pan znikąd i… – powiedziała, poprawiając grube okulary i przeczesując skórzaną torebkę w poszukiwaniu telefonu. Nowoczesna staruszka, wie, jak zareagować.

Zakapturzony brodacz skrzywił się tylko i zmierzył kobietę wściekłym spojrzeniem. Ta cofnęła się przestraszona, wsiadła do auta i odjechała. Łowca tak działa na ludzi. Sprawia, że chcą uciekać. Inna ofiara była ważniejsza, nie zapomina się o celu przy byle przeszkodzie. Mężczyzna pozbierał się szybko, choć był obolały po potrąceniu. Upór nie pozwalał się mu zatrzymać. Rozejrzał się w poszukiwaniu ofiary. Zmusił do maksymalnego wysiłku wszystkie zmysły. Miasto, noc i ulewny deszcz były całkiem niezłym kamuflażem dla uciekającego…

Ścigany odetchnął z ulgą, gdy oglądając się za siebie, nie widział już brodacza w kapturze. Schował się za rogiem kilkupiętrowego budynku, by w końcu złapać oddech. Długa gonitwa wykończyła go doszczętnie, ale ucieczka była koniecznością. Schowany przed deszczem i drapieżnikiem musiał myśleć nie tylko jasno, ale i szybko. Dysząc, widział, jak z ust wydobywa się para.

– Gorąco jak w piekle – pomyślał, przecierając zaparowane okulary. Wybrał numer w telefonie komórkowym.

– Jestem w mieście, ale jest problem. On mnie ścigał – powiedział przerażony mężczyzna. Wierzył, że ucieczka się powiodła.

– To na pewno on? Zgubiłeś go?

– Nieczęsto ktoś ma powód, by za mną tak gonić.

– To tylko karaluch do rozdeptania, ty masz zbyt mały rozmiar buta.

– Przestań bredzić! Prawie mnie miał! Ledwo zwiałem! Musisz po mnie przyjechać! Nie na tym polegał program! – zawołał oparty o mur uciekinier w okularach.

– Spokojnie, bardzo dobrze się sprawowałeś. Oliwia też jest zadowolona. Załatwimy wszystko, gdy…

– …gdy co? – przerwał nagle twardy, niski głos zakapturzonego mężczyzny z brodą. Drapieżnik złapał ofiarę za szyję i przypierał do muru jedną ręką, w drugiej trzymając telefon.

– Kto mówi? Daj do słuchawki – zabrzmiał głos w słuchawce.

– Nie ty dyktujesz warunki. Mam twojego skurwiela i pogawędka to nie jedyne, co będziemy ucinać.

– Nic ci nie powie. Działaj racjonalnie.

– Więc w czasie pogawędki będę miał wielką radość ze zmuszania go do gadania. Ty będziesz kolejny, zmieniony głos nic ci nie da – powiedział brodacz i schował telefon do kieszeni przemoczonych jeansów. Mocniej ścisnął kark przestraszonej ofiary, po czym z całym impetem rzucił ją na pobliskie kontenery ze śmieciami. Pojemnik z napisem „Szkło” był dziurawy i poranił okularnika. Choć osobnik ten miał około pięćdziesięciu lat, to bał się teraz niczym dziecko widzące potwora z nocnych koszmarów.

– Nic nie wiem. On tym rządzi. Jak będę gadał, to pewnie mnie wykończą! – łkał leżący na śmieciach mężczyzna. Wiedział, że zbliżająca się postać, której mroku dodawał kaptur, będzie go biła, dopóki nie osiągnie celu. Śmierć lub zdrada. Człowiek w okularach raz jeszcze odruchowo przełknął ślinę, jakby chciał zatrzymać serce, zdające się w być gotowe, aby wyskoczyć mu przez gardło.

– Trafiłeś na kawał upartego skurwiela, módl się, abyś nie był równie uparty – powiedział brodacz, chwytając leżącego. Nagle ktoś im przerwał, kierując na nich mocne światło latarki.

– Puść go! – zawołał kobiecy głos z końca zaułka.

– Nie przeszkadzaj, panienko, jak mężczyźni rozmawiają – odparł brodacz

– Powtórzę raz jeszcze, puść go! – krzyknęła, nie ruszając się z miejsca.

– Zamknij ryj! Jestem zajęty! – krzyknął i rzucił ofiarą w kolejny kontener ze śmieciami. Światło latarki podążyło za nim, ale nie zbliżyło się. Raz jeszcze odezwał się głos kobiety.

– Nie ruszaj się, albo…

– Albo co? – warknął coraz bardziej poirytowany brodacz, któremu natrętnie przeszkadzano w „rozmowie” z ofiarą. Mawiają, aby nie wkradać się pomiędzy drapieżnika a posiłek, bo samemu można się stać żarciem.

– Albo strzelę – powiedziała kobieta. Nie ta sama, która trzymała latarkę z oślepiającym światłem, lecz inna, która zbliżyła się do brodacza na tyle blisko, by nie musieć krzyczeć. Przemówiła spokojnym głosem, ale brodacz usłyszał dokładnie. Obrócił się powoli i zobaczył filigranową policjantkę ze spiętymi, rudymi włosami, które były mokre od deszczu.

– Miałem takie fantazje, ale teraz nie czas na zabawy, maleńka – warknął, w swoim zadufaniu wierząc, że to komplement dla ładnej, rudowłosej policjantki.

– Puść go gnojku i łapska do góry! – nakazał policjantka. Brodacz spełnił prośbę i uniósł dłonie. Powoli zbliżał się do kobiety, cofała się nieznacznie.

– Wiesz, kto to jest? Wiesz, kim ja jestem? – Brodacz był zniecierpliwiony.

– Jesteś kawałem gnoja, który bije słabszego w ciemniej uliczce. Nienawidzę złodziei i takich oprychów jak ty – odwarknęła.

– Myślisz, że coś mu kradnę? To on mi coś ukradł. Nie wtrącaj się do mojej roboty. – Brodacz podszedł bliżej. Powoli uniósł ręce, choć nie miał zamiaru się poddać. Mimo poddańczego gestu biła od niego pewność siebie. Policjantka nie miała jednak zwyczaju panikować. Oddychała głęboko, celując do brodacza z broni. Pani sytuacji.

– Jestem Adam Wrona, prywatny detektyw, a ten gość tutaj to ktoś ważny. Więc, do jasnej cholery, kulturalnie proszę spierdalać, okej? – Łowca nie mógł pozwolić, aby policjantka pokrzyżowała jego plany.

– Nieładnie się wyrażasz i… ani kroku dalej! Mówisz do policjantki – rudowłosa czuła rosnące napięcie.

– Jesteś rudą wiewiórką z gnatem zamiast orzeszka. Ja ci pokażę prawdziwe orzechy…

Tymczasem druga policjantka zbliżyła się niepostrzeżenie. Światłem latarki oślepiła brodacza. Buzowała w nim irytacja. Lubił kobiety, ale nienawidził tych natrętnych. To przeszkody.

– On mnie napadł! Chciał mnie okraść! Policja! – zawołał wciąż leżący w śmieciach okularnik, wyczuwając szansę na ocalenie.

– Zamknij ryj! Jeszcze z tobą, skurwielu, nie skończyłem! – wykrzyczał agresywny brodacz, przedstawiający się jako Adam Wrona.

– Proszę się uspokoić albo będę musiała pana obezwładnić! – warknęła oficjalnie policjantka z latarką.

– Mam tego dość, wypierdalać mi stąd, baby, i nie przeszkadzać wy…! – krzyknął Adam Wrona, ale przerwał nagle, gdy upadł na ziemię. Jedna z policjantek uderzyła w jego ciało sporą dawką woltów z paralizatora. Mężczyzna stracił przytomność.

– Miałam wszystko pod kontrolą, odbiło ci? – powiedziała rudowłosa policjantka do partnerki.

– Był agresywny, a ja dawno miałam to wypróbować – odparła funkcjonariuszka.

– Nic panu nie jest? – zapytała rudowłosa, kucając przy leżącym w śmieciach okularniku. Pokiwał twierdząco głową.

– Sprawdź, kto to jest ten Wrona – nakazała ruda.

– Sama sprawdź, ja go popieszczę prądem, jak tylko drgnie.

Policjantka ostrożnie zbliżyła się do nieprzytomnego Adama, przeszukała go, a kiedy natrafiła na portfel, przejrzała zawartość. Znalazła kilka dokumentów, w tym legitymację detektywa.

– I co? To serio detektyw? – zapytała policjantka z paralizatorem. Rudowłosa przeglądała kolejno wszystkie dokumenty.

– Porąbana sprawa. To policjant, ale papiery nie są na nazwisko Wrona. Zdjęcie się zgadza, to chyba on, choć teraz ma brodę…

– To co to za gość? Zabieramy ich. Każdy papier da się podrobić.

– To Tymon Dantej. Tylko dlaczego przedstawiał się jako Adam Wrona?

Rozdział 2. Zero pożytku

Kilka godzin później…

Dantej budził się powoli. Potwornie bolała go głowa, a światło z lampy zawieszonej pod sufitem zdawało się wiercić dziury w przekrwionych gałkach ocznych, dokopując się wprost do mózgu. To jeden z tych okresów, podobnych do kaca, gdy zwykłe podniesienie powiek to potworna katorga i chciałoby się to wszystko po prostu przespać. Uszy Tymona Danteja wróciły do sprawności szybciej niż oczy, ale nie miały nic do roboty. Wszędzie bowiem panowała błoga cisza, którą przerwało walenie do drzwi. Tymon zerwał się na równe nogi, przetarł niedomagające wciąż oczy i po chwili zdał sobie sprawę, że znajduje się w małej celi o wymiarach nie więcej niż cztery metry na cztery. Słabe światło jarzeniówki nie pokazywało zbyt wiele, ale za dużo do oglądania nie było. Jedynym meblem w pomieszczeniu była twarda, skrzypiąca prycz, na której Tymon najwidoczniej spędził noc.

– Wstawaj, książę. Mamy do pogadania – powiedział potężnie zbudowany policjant, otwierając drzwi celi. Obolałe ciało Danteja zdawało się odmawiać posłuszeństwa.

– Gdzie jestem? – zapytał policjanta, który miał na sobie mundur lekko poplamiony na brzuchu. Od mężczyzny dało się wyczuć woń kawy. Ileż Dantej oddałby za kubek dobrej kawy. Pomimo pragnienia czuł, że nie powinien w tej chwili stawiać żądań. Ta cała dezorientacja to żadna nowość, ale zawsze było to tak samo frustrujące. Tymon nienawidził być bezsilnym, a takim teraz bez wątpienia był.

– W obcym królestwie, księciuniu. Bierz dupę w troki – nakazał policjant. Nie dość, że opór byłby bez sensu i skończyłoby się wizytą twarzy na twardym, zimnym betonie, to jedynym logicznym wyjściem wydało się Dantejowi potulne słuchanie policjanta i pójście gdziekolwiek nakaże. To droga do rozwiązania zagadki. Droga, którą Dantej jeździł nieraz.

– Może mi pan zdradzić, dokąd idziemy? – zapytał prowadzony wzdłuż korytarza małego posterunku.

– Zdrada to grzech, chłopie. Idź i nie marudź.

Była noc, otoczenie wyglądało dziwnie leniwie i pusto. Skoro cela, to pewnie komisariat, ale było tu zbyt pusto. Żadnej mobilizacji typu „pędźmy łapać przestępców”. Bliżej było temu do: „schowajmy się, zjedzmy pączki, napijmy się kawy i jakoś zleci”. Nieliczni policjanci demonstrowali nudę nieprzypominającą krzątaniny i napięcia rodem z filmów sensacyjnych. Po prostu posterunek jakich wiele. Dantej zastanawiał się, jak tu trafił. Może i miał jakieś podejrzenia, ale dezorientacja tradycyjnie nie pomagała w myśleniu. Tymon wiedział jednak kilka rzeczy. Widzi policjantów, więc komisariat, skoro tu jest, to pewnie został aresztowany. Za co? Nie miał pojęcia, ale miał nadzieję, że za chwilę się dowie. Należy odpowiednio pytać. Obawiał się jednak pewnej odpowiedzi. Jakby chciał odrzucić od siebie myśl, że to znów się stało i wciąż nie umiał nad tym zapanować. Ten rozłam duszy…

– Dokąd idziemy? – ponowił pytanie. Wielki policjant milczał. Tymon wskazał wzrokiem na ślad po plamie na mundurze.

– Może octem to pan wywabisz? Bo brzydki ślad pozostanie… Plama po kawie?

– Księciuniu, nawet, kurwa, nie zaczynaj.

– A jednak pan mówi. Więc gdzie idziemy? Jeśli coś zrobiłem, to przepraszam. Czasami jestem… Ciut nieuważny. Nie jestem sobą.

– Idziemy na spowiedź. Zamknij już ten ryj albo ja stanę się nieuważny i ty się potkniesz – warknął policjant i wprowadził Danteja do pokoju przesłuchań. Usadowił go na krześle przy stoliku na środku pokoju. Znów pomieszczenie oszczędne w meble. Wielki policjant stanął w rogu i położył ręce na brzuchu, jakby chciał zakryć ślad po kawie, a może wyglądać groźnie. Tymon tymczasem wpatrywał się w lustro weneckie i wiedział, że za chwilę do pokoju wejdzie mężczyzna. Będzie miły, zaproponuje kawę. Serdecznie zapyta o samopoczucie, stopniowo przejdzie do trudniejszych pytań. Dlaczego to zrobiłeś, czy żałujesz, czy zażywasz narkotyki, czy masz do kogo zadzwonić? Nie będzie miał odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale będzie miał wytłumaczenie. Wielki policjant mroził więźnia spojrzeniem, by potem łatwiej wiercić w nim pytaniami. Natomiast miły policjant „przełamie lody”. Dobry i zły glina. Klasyk, ale czy warto robić takie podchody pod zwykłe wykroczenie pijanego, zwykłego obywatela? Na pewno nie, ale człowiek siedzący w kajdankach w pokoju przesłuchań na pewno nie był typowym, szeregowym człowiekiem.

Co znów zrobiłem? – zastanawiał się Dantej. Jego złożona osobowość pędziła w stronę rozkładu. Napady powodujące rozpady.

Zgodnie z przewidywaniami Danteja do pokoju weszła nowa osoba, kobieta. Tego się nie spodziewał. Miała na sobie wygnieciony, lekko wilgotny mundur. Musiała go niedawno suszyć. Na zewnątrz musi padać lub padało. Rudowłosa policjantka miała podkrążone oczy, a usta gotowe do zadawania pytań. Gdy złożyła je do wypowiedzi, Dantej spojrzał na zegarek powieszony na ścianie. Pamiętał, że często spowalnia się wskazówki, aby dać przesłuchiwanemu miraż wolno mijającego czasu w sali przesłuchań. Zdenerwować, zmusić do gadania. Po co jednak ktoś miałby robić sobie tyle zachodu w jego sprawie? Co zrobił? Szczęśliwi czasu nie liczą, nieszczęśliwi nerwowo go odliczają. Nerwy to błąd, błąd to porażka.

– Nazywa się Pan Tymon Dantej? – zapytała rudowłosa policjantka, uśmiechając się delikatnie. Chciała sobie zjednać rozmówcę. Dobry glina.

– Tak. Od urodzenia.

– Czy mieszka pan na ulicy Ząbkowej czterdzieści cztery przez osiem? – kontynuowała policjantka.

– Dokładnie. Może zacznie pani pytać o rzeczy, których nie wie?

– Sonia, może ja go przejmę? – wtrącił wielki policjant, paląc się do działania.

– Sonia, rzadkie imię. Moje imię też jest mało popularne, więc pewnie to było ukartowane, byśmy nawiązali nić porozumienia? – zauważył Tymon.

– Ponosi pana wyobraźnia. Pamięta mnie pan? – kontynuowała rudowłosa o imieniu Sonia.

– A miałem okazję poznać? Przyznam szczerze, że mam dość nieśmiały stosunek wobec kobiet. Jeśli jakkolwiek pani ubliżyłem, to przepraszam. Nie byłem sobą.

– Agresja minęła. To dobry znak. Kilka godzin temu był pan bardziej denerwujący.

– Kilka godzin temu pewnie byłem innym człowiekiem.

– Wtedy przedstawiał się pan uparcie jako Adam Wrona. Dlaczego?

– A o to chodzi. Tak jak mówiłem, kilka godzin temu byłem innym człowiekiem. Rozumiem jednak, że mnie sprawdziliście i wiecie, kim jestem. Po co więc ta szopka?

– Przyznam szczerze, pisałam o panu pracę magisterską i cóż, chciałam porozmawiać, zanim…

– Zanim co? Zanim mnie wypuścicie? Pewnie byłem agresywny, opryskliwy i sprawiałem problemy, za co bardzo przepraszam, ponownie zresztą. Prosiłbym jednak o wyjaśnienie, co takiego zrobiłem?

– Pan rzeczywiście nie pamięta. Interesujące… – zamyśliła się Sonia, przegryzając długopis i analizując Tymona spojrzeniem.

– Napadłeś mężczyznę na ulicy i chciałeś go pobić. Stawiałeś opór przy zatrzymaniu, więc zgodnie z przepisami funkcjonariusz policji obezwładnił cię przy pomocy paralizatora. Później jeszcze szalałeś i oblałeś mnie kawą. Wsadziliśmy cię na dołek, byś ochłonął. Tyle, koniec historii – wtrącił skrótowo wielki policjant, jakby nie mógł dłużej wytrzymać zabawy Soni w przesłuchanie. Nienawidził owijania w bawełnę.

– Jak już mówiłem, parę godzin temu byłem innym człowiekiem. Za wszystko odpowiem. Kogo napadłem? – drążył Tymon.

– Nie zdradzimy personaliów, ale, o dziwo, nie złożył skargi.

– Więc po co mnie tu trzymacie? To bezcelowe.

– Kim jest Mecenas? – zapytała nagle Sonia, zbliżając twarz do Tymona. Dopiero teraz zauważył, że kobieta nie ma makijażu, choć wcześniej dałby sobie rękę uciąć, że jej rzęsy są pomalowane lub zagęszczone. Nigdy nie rozumiał sztuczek kobiet. Wiedział za to, że zamiast myśleć poważnie o sytuacji, w jakiej się znalazł, gapi się tępo w oczy policjantki. Hipnotyzujące, inteligentne, urocze ślepia rudowłosej kobiety. Milczał przez chwilę, rozsmakowując się tym mimowolnie.

– Sonia, mówiłem ci, że ta szopka nie ma sensu – wtrącił wielki policjant.

– Sonia…

– Funkcjonariuszko, proszę pana, funkcjonariuszko – poprawiła Sonia.

– Dystans. Rozumiem. Dlaczego pyta pani o Mecenasa? – dopytywał Dantej.

– Proszę spojrzeć na swoją rękę.

Zaciekawiony Tymon podwinął rękaw i zobaczył napisane w pośpiechu słowo „Mecenas”. Nie miał pojęcia, skąd wziął się ten wyraz i w jakim celu. Pomimo tego przeczuwał, że być może sam to coś zapisał. Nie pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji, znał ten charakter pisma.

– Nie mam pojęcia co to. Kiedy to zrobiłem?

– Kilka godzin temu. Był pan obolały po porażeniu prądem, uspokoił się pan i chciał kawy. Ukradkiem musiał pan zwinąć nam długopis. Na ręce napisał pan „Mecenas”, a kawą oblał kolegę. Sprytne odwrócenie uwagi.

– Uznałeś to za dobry żart, bo mówiłem, że jesteś mało wylewny – wtrącił policjant z rogu.

– Przepraszam…

– Przepraszasz i przepraszasz. Co ty, ćpałeś, że nic nie pamiętasz? – dopytywał wielkolud.

– Pewnie już zrobiliście testy.

– I badanie wykazało, że jest pan czysty… Detektywie – wtrąciła Sonia.

– Nie jestem detektywem. Już nie jestem…

– Więc kim jest mecenas i dlaczego zaatakował pan tego człowieka w alejce? Śledził go pan? To jakaś nowa sprawa? – drążyła Sonia, ale przesłuchanie przerwało wejście człowieka w niechlujnie ubranym garniturze. Był to człowiek grubo po sześćdziesiątce, siwowłosy z brodą i grubych okularach. Niektórzy twierdzili, że z taką aparycją pasowałby na klon Alberta Einsteina. Obaj zresztą byli wielkimi myślicielami.

– No to koniec przedstawienia – wtrącił nowy gracz w pokoju przesłuchań.

– Wchodzisz pan jak do obory i z bykami się chcesz kopać? – wtrącił wielki policjant, podchodząc do brodacza w okularach. Przewyższał go o głowę.

– Nie wiedziałem, że byki w oborze mieszkają… Ale doić mojego pacjenta nie dam. Zabieram go – rzucił odważnie, choć unikał spojrzenia wielkoluda w poplamionym mundurze. Kierował je raczej w stronę Soni. Ją szanował bardziej niż osiłka z plamą na mundurze.

– A kim ty, dziadek, jesteś?

– Doktor Otto Maren-Klot. We własnej osobie.

– Póki co to nikt lekarza nie potrzebuje, ale możemy to zmienić… – wtrącił groźnie wielkolud, ale doktor się tym nie przejął. Nie pierwszy raz był świadkiem czy adresatem gróźb.

– Dębik uspokój się, nie możemy nic zrobić – stwierdziła pogodzona z sytuacją Sonia. Staruszek w garniturze przywitał się z Tymonem i po chwili obaj wyszli. Najpierw z pokoju przesłuchań, a potem z budynku. Będąc na zewnątrz Otto mógł swobodnie zadawać pytania. Bez towarzystwa niepotrzebnych, dociekliwych osób postronnych. Ściany mają uszy, ściana może też przygnieść.

– Adam Wrona znów się pojawił? – zapytał siwobrody doktor w garniturze.

– Tak… I prowadzi chyba jakieś… coś jakby śledztwo – odparł w zamyśleniu Tymon, patrząc na napis na ręce – Mecenas – powtórzył na głos.

– Może należy mi się coś więcej? Wyciągają mnie w środku nocy i słyszę, że siedzisz na komendzie. Masz szczęście, że znam komendanta.

– Szybko poszło. Kolejna awantura Wrony, nachlał się i wariował.

– Przestałeś brać leki? – drążył doktor, szukając w torbie kluczyków od samochodu.

– Skończyły się – odparł Tymon, a doktor Otto pokręcił głową z dezaprobatą i podał Tymonowi pudełeczko z niebieskimi pigułkami.

– Masz szczęście, że tylko takie niebieskie pigułki musisz łykać – zażartował doktor Otto, otwierając w końcu drzwi samochodu. Po chwili obaj byli już wewnątrz czerwonego forda focusa kombi. Powoli znów zaczynało padać.

– Ciągle leje, cholera mnie weźmie w tym mieście.

– Doktorze. A jeśli Wrona jest odpowiedzią? Może nie powinienem go blokować? – zapytał nagle Tymon.

– On jest nieobliczalny, sam chciałeś się go pozbyć. Tego twojego pasażera.

– Może nie jest pasożytem? Może jesteśmy dwoma pasażerami tego samego pociągu? – rozmyślał na głos Tymon, a w głowie wciąż kołatało mu słowo „Mecenas”.

– Prześpij się. Spotkamy się jutro, ledwo wróciłem z konferencji. Cholernie bezużytecznej konferencji. Wiesz, co to ma wspólnego z Żydami?

– Nie rozumiem.

– Zero pożytku, zero po żydku – zażartował doktor Otto, ale twarz Danteja ani myślała choćby zbliżyć się do grymasu podobnego do uśmiechu. Jego myśli były zajęte czymś innym.

– Czasami wolę pogadać z Wroną, wiesz? – powiedział szczerze doktor, gładząc siwą brodę.

– Dlaczego?

– Nie jest taki poważny. Nauczyłby cię poczucia humoru – rzucił doktor, śmiejąc się na głos. Poważna mina Tymona pokazywała, że dowcip się nie przyjął.

– O widzisz… O tym właśnie mówię.

Następnie przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Całej tej sytuacji przyglądał się człowiek w czarnym płaszczu. Skryty w ciemnym zaułku, który był idealnym miejscem do obserwacji parkingu. Podśmiewał się pod nosem, przesłuchując nagranie sprzed kilku chwil. Rozbrzmiewał na nim głos doktora Otto Maren-Klota.

– …zero pożytku, zero po żydku…– powtarzał dowcip na okrągło.

Schowany w cieniu osobnik był wściekły na antysemicki dowcip. Miał ochotę rozerwać autora na strzępy, ale… Jeszcze nie teraz. Postaci w cieniu nie w smak był kontekst żartu znanego psychiatry. Niemiec śmieje się z Żydów, trudno było o lepszy przykład antysemityzmu. Doktor Otto Maren-Klot nigdy nie ukrywał swoich poglądów. To zwolennik prawdy, choć jeszcze nieraz będzie musiał uciec się do kłamstwa. Cel uświęca środki?

Rozdział 3. Nieszczęścia chodzą parami

Ewa i Mateusz od dawna planowali ten wypad. Nazywali tak wyjście razem, bo według obojga nazwanie spotkania we dwoje randką rodziłoby jakieś zobowiązania. Dwoje znajomych, może nawet przyjaciół, znających się od kilku miesięcy uznało, że chcą w końcu spędzić wieczór sam na sam. Wyjaśnić kilka spraw, a może i stworzyć nowe. W każdym razie mieli tremę, jednocześnie ciesząc się chwilą we dwoje. Choć niekoniecznie byli w stanie się do tego przyznać. Idealnym miejscem na wspólne rozważania był lokal, który znają, ale nie bywają tam dostatecznie często, aby spotkać innych znajomych. Nie chcieli też udać się do drogiej restauracji, bo to mogłoby ich usztywnić. Niepotrzebny patos, bo choć oboje uznali, że coś między nimi zaiskrzyło po pocałunku na imprezie i jest to rodzaj uczucia z perspektywami, to oboje mieli za sobą nieudane związki. Nie mieli ochoty na kolejny niewypał. W przeciwieństwie do wojny, gdzie saper myli się tylko raz, miłość może zabijać wielokrotnie. Samoodnawialna broń, która atakuje ciebie i innych. Raz zabija powoli i boleśnie, a innym razem nagle i równie skutecznie. W ich nadszarpniętych mocno sercach nie było miejsca na ponowną pomyłkę. Miejscem spotkania stał się pub o nazwie „Kolor”. Reklamowano go jako wielobarwny pub, w którym można było zarówno potańczyć, jak i zjeść czy porozmawiać przy stoliku z boku sali. Wewnątrz było kolorowo. Co prawda nie tak jak w przedszkolu, ale ze smakiem. „Chodź, pomaluj mój świat” – jak śpiewał niegdyś pewien zespół. Rzeczywiście, wielu ludzi, rozczarowanych szarością dnia codziennego zyskiwało tu wiele kolorów. Barw się dobrze!

Ewa i Mateusz należeli do tych ludzi, którzy jeszcze nie narzekali na znudzenie życiem. Świeżo po studiach nie zarabiali „kokosów”, ale cieszyło ich, że uniezależnili się od rodziców i potrafią żyć na własny rachunek. Dwudziestosześcioletni ludzie, wierzący, że świat jeszcze stanie przed nimi otworem. Spotkali się tuż przed wejściem. Oboje mimowolnie rzucili na siebie okiem i zdążyli skomplementować wzajemnie wygląd. Wieczór był dość ciepły, więc Ewa spokojnie mogła sięgnąć po ulubioną „małą czarną”, która idealnie współgrała z lekko kręconymi czarnymi włosami do ramion. Zawsze chciała być wyższa, ale mimo to niechętnie sięgała po szpilki. Nie zabrała ich też tego dnia. Po pierwsze wiedziała, że Mateusz mógłby się czuć nieswojo, gdyby była wyższa, a po drugie zwyczajnie ich nie lubiła. Uznała to za delikatny ukłon w stronę chłopaka. On natomiast zachował luz wymieszany z elegancją. Zawsze uczesane, brązowe włosy, marynarka, a pod tym biały t–shirt z narysowanym czarnym krawatem. Lubiła tę jego kreatywność i dowcip ze smakiem. Zawsze potrafił oczarować Ewę słowami, ale kiedyś nie widziała w nim nikogo więcej niż przyjaciela. Jeden pocałunek na imprezie może jednak zmienić wszystko. Przywitali się dość niezgrabnie. Nie wiedzieli, czy pocałować się w policzek, usta, a może wcale. Przytulić, czy po prostu uścisnąć dłoń? Szybko jednak zrozumieli, że nie są na rozmowie w sprawie pracy czy na negocjacjach w wielkiej korporacji. Są parą młodych ludzi, między którymi zaiskrzyło. Jeśli iskrzy, to będzie ogień. Pytanie brzmi, czy ogień, który ogrzewa czy taki palący i niszczący niczym pożar. Niełatwo okiełznać żywioły.

Mateusz i Ewa byli na jak najlepszej drodze, aby pokonać własną nieśmiałość i delikatny brak wiary w sukces tego uczucia. Po kilkunastu minutach w uroczym, barwnym, niezbyt zatłoczonym, ale klimatycznym pubie początkowe łańcuchy niezręczności i zakłopotania rozplątały się raz na zawsze. Czas pędził szybko i przyjemnie. Mawiają, że „szczęśliwi czasu nie liczą”; natomiast oni liczyli na to, że teraz nadejdzie czas ich wspólnego szczęścia. Była dokładnie godzina trzecia, gdy jako jedni z ostatnich opuszczali „Kolor”. Ewa mieszkała kilka ulic dalej, ale postanowili się przespacerować. Nie z oszczędności, nie z chęci podziwiania nocnego nieba, lecz tylko po to, aby jeszcze dłużej pobyć razem. Ich dłonie splotły się, a świat dookoła zdawał się być nieważny. Jakby właśnie okazało się, że księżyc świeci tylko dla nich i krąży wyłącznie wokół tej pary, Mateusza i Ewy. Rozmawiając i śmiejąc się niemal bez przerwy, zatracili się w sobie i lekko zabłądzili, choć okolica zdawała się być znajoma. Ewa wprowadziła się tu dość niedawno, nie miała czasu zwiedzać okolicy i niezbyt często wychodziła nocą. Zresztą oboje, nieco odurzeni alkoholem, stracili orientację w terenie.

– Co za różnica. Jest weekend, a my jesteśmy szczęśliwi – powiedział Mateusz, tuląc Ewę. Dziewczyna, choć wciąż uśmiechnięta, nie była tak beztroska jak jej towarzysz, który widząc jej minę, postanowił wezwać taksówkę.

– Tylko jak wezwiemy taksówkę, skoro nie wiemy, gdzie jesteśmy i nie widzę nikogo, kogo można zapytać – stwierdził, grzebiąc w kieszeniach. –Dziwne, chyba zapodziałem telefon – dodał, przeszukując resztę kieszeni.

– Nie dawałeś mi go dziś, by coś pokazać? – zastanowiła się dziewczyna, wertując zawartość torebki. Nie znalazła telefonu, ani swojego, ani Mateusza.

– Boli mnie gardło, cholernie, bol… Bol. I ard…ło… – jąkał się towarzysz Ewy, czując, jakby nagle dopadła go groźna infekcja.