Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 623 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dave Grohl. Oto moje (po)wołanie - Paul Brannigan

Perkusista, gitarzysta i wokalista. Samouk. Kompozytor.

Grał w Scream i Nirvanie. Założył Foo Fighters. Bębnił dla Iggy’ego Popa, Paula McCartneya, The Prodigy, Tenacious D i wielu innych.

Dave Grohl – muzyczny geniusz rocka.

Oto moje (po)wołanie jest porywającą opowieścią, której bohaterami są Nirvana, Foo Fighters, Queens of the Stone Age i Them Crooked Vultures. Łączy je postać Dave’a Grohla.

Bazując na ekskluzywnych wywiadach z muzykiem, rozmowach z takimi osobistościami, jak Josh Homme (frontman Queens of the Stone Age), Ian MacKaye (legenda podziemnej sceny D.C.) czy Butch Vig (producent albumu Nevermind Nirvany) oraz na materiałach sięgających dziesięć lat wstecz, Brannigan napisał pierwszą dogłębną i rzetelną biografię Dave’a Grohla.

Będziecie mieli okazję przeczytać szczere wyznanie na temat Kurta Cobaina oraz poznać kulisy zatargu, który nieomal doprowadził do rozpadu Nirvany. Dave Grohl opowie o wrogości zagrażającej Foo Fighters w osiągnięciu globalnego sukcesu, a także o mrocznych czasach, które mogły sprawić, że jego kariera zakończyłaby się nagle i bez ostrzeżenia.

Dave Grohl dał się poznać jako jeden z najbardziej charakterystycznych i szanowanych muzyków przełomu XX i XXI wieku. Jest ostatnim prawdziwym bohaterem, który wyrwał się z amerykańskiego podziemia. Oto moje (po)wołanie wspaniale podsumowuje jego niesamowitą rockandrollową podróż.

Opinie o ebooku Dave Grohl. Oto moje (po)wołanie - Paul Brannigan

Cytaty z ebooka Dave Grohl. Oto moje (po)wołanie - Paul Brannigan

Dyskografia Mission Impossible Can It Be? (składanka) (Metrozine, 1985): New Ideas Alive and Kicking (składanka), (WGNS/Metrozine, 1985): I Can Only Try 77KK (składanka) (77KK, 1985): Life Already Drawn Thanks 145 (minialbum nagrany z Lünchmeat) (Sammich/Dischord, 1985): Helpless / Into Your Shell / Now I’m Alone Dain Bramage I Scream Not Coming Down (Fartblossom, 1987): The Log /

Fragment ebooka Dave Grohl. Oto moje (po)wołanie - Paul Brannigan

Wstęp

Dave Grohl właśnie dał mi w twarz. Jest blady świt 20 grudnia 2005 roku. Siedzimy razem w jednym z londyńskich barów, choć żaden z nas tego nie planował. Grohl powinien być w Irlandii i zbierać siły przed koncertem, który Foo Fighters mają zagrać w ośmiotysięcznej sali Point Depot w Dublinie. Ja wyskoczyłem do Crobar na szybkie przedświąteczne piwko z kumplami. Ale czasem, zwłaszcza w naszym przypadku – ludzi, w których żyłach płynie irlandzka krew – tak się zdarza, że wieczór w barze zaczyna nagle żyć własnym życiem.

Zaskoczeni tym spotkaniem siadamy i wymieniamy się zaległymi opowieściami – o tym, że niedawno zostałem ojcem i że żona Grohla, Jordyn, jest w piątym miesiącu ciąży. Jednym słowem początkowo rozmowę zdominowały maluchy. Potem Grohl zamówił dwie tace pełne szotów jägermeistera i wieczór zaczął się lekko chwiać na nogach. Nie minęło wiele czasu, a nasza rozmowa przestała przejawiać jakiekolwiek znamiona sensu. Szafa grająca w Crobar wypełniała noc dźwiękami Metalliki, Minor Threat, Venom, Black Flag, Slayera i Sex Pistols, a my zaczęliśmy robić to, co panowie w pewnym wieku zazwyczaj robią, słuchając w amoku alkoholowym głośnych dźwięków rockowej muzy: darliśmy ryje, wykrzykiwaliśmy teksty piosenek, wyrzucaliśmy w powietrze zaciśnięte pięści i trzepaliśmy łbami do upadłego. I właśnie w samym środku tego szaleństwa Dave Grohl poprosił mnie, żebym dał mu w twarz – to taki prastary sposób na zacieśnianie męskiej przyjaźni, który zrozumieją tylko najtwardsi miłośnicy ciężkiego brzmienia.

– Nie mogę – zaprotestowałem.

– Czemu nie?

– No bo… bo przecież ty jesteś Dave Grohl – wymamrotałem.

– No dobra, to ja pierwszy – zadecydował.

To mówiąc, uśmiechnięty lider Foo Fighters wymierzył mi siarczystego prawego sierpowego, który niemal oderwał mnie od lepkiej podłogi barowej. Z czystej grzeczności nie wypadało mi zrobić nic innego, jak tylko mu oddać…

* * *

Dave’a Grohla poznałem w listopadzie 1997 roku w Londynie. Dzień ten wrył mi się w pamięć z uwagi na pewne wyjątkowo nieprzyjemne zdarzenia. Mój wywiad z dwudziestoośmioletnim liderem Foo Fighters miał się ukazać w ostatnim numerze „Kerrang!”, podsumowującym mijający rok, ale w drodze do domu po zakończeniu rozmowy odkryłem, że cały jej zapis, który zarejestrowałem na dyktafonie, jakimś sposobem zniknął z kasety. Przerażony ubłagałem wieloletniego PR-owca Grohla, Antona Brookesa, żeby ustawił nam kolejne spotkanie, do którego doszło kilka dni później za kulisami londyńskiej Brixton Academy. Dave wykazał się dobrymi manierami i cierpliwością, nie wypominając mi wpadki.

Przez dziesięć kolejnych lat wpadaliśmy na siebie dość regularnie – na koncertach, w studiach telewizyjnych, na planie teledysków oraz w obskurnych knajpach na całym świecie. Czasem spotykaliśmy się w interesach, innym razem były to tylko zdawkowe powitania i uściski dłoni. Tak to zazwyczaj wygląda w branży muzycznej.

„Myślę, że jesteśmy kumplami – powiedział mi kiedyś podczas lunchu w hotelu Sunset Marquis w West Hollywood w 2009 roku, podczas wielogodzinnego wywiadu, który przeprowadzałem z nim dla »MOJO«. – Taka jest właśnie podstawa naszej przyjaźni, praca. Ale, na litość Boską, chodźmy w końcu gdzieś na piwo, OK? Minie sporo czasu, zanim dobrze mnie poznasz”.

Podczas tych osiemnastu miesięcy, które zajęła mi praca nad niniejszą książką, zdanie to wracało do mnie chyba ze sto razy. Prawdę powiedziawszy, wszystkim ludziom wydaje się, że znają Dave’a Grohla. W dobie portali społecznościowych, gdy wizja globalnej wioski stworzona w latach sześćdziesiątych przez Marshalla McLuhana staje się rzeczywistością, gdy Twitter, Facebook, Tumblr i Flickr każą ci każdą chwilę spędzać w sieci, publiczny wizerunek Grohla został sprowadzony do jednego prostego epitetu. Wszyscy zgadzają się, że Grohl to „najmilszy rockman pod słońcem”. Niemniej ten prosty frazes, pozbawiony de facto głębszego znaczenia, pozwala „prawdziwemu” Grohlowi ukrywać się w jego cieniu i pozostawać sobą jedynie wobec rodziny i garstki najbliższych przyjaciół.

Na podstawie obserwacji, które poczyniłem podczas rozmów z bliskimi, rówieśnikami i współpracownikami Grohla, a także długich dyskusji z nim samym, starałem się opowiedzieć jego prawdziwą historię. A jest to opowieść epickich rozmiarów, opisująca niezwykłą podróż Dave’a z waszyngtońskich klubów punkrockowych na salony Białego Domu i na sceny największych światowych stadionów. Jednocześnie w opowieści tej o karierze jednego muzyka splatają się wątki dotyczące pięćdziesięcioletniej historii rock and rolla – od Boba Dylana, Beatlesów i Zeppelinów przez Sonic Youth i Queens of the Stone Age, aż po Foo Fighters. Obserwujemy, jak ewoluował przemysł muzyczny i jak muzyka towarzyszy nam w kolejnych momentach naszego życia. Na bardziej podstawowym poziomie jest to historia rodziny, społeczności muzyków, która do dziś nie przestaje nas inspirować, dodawać sił i zachwycać.

Pisząc tę książkę, rozmawiałem z Dave’em zarówno oficjalnie, jak i nieoficjalnie. Miałem też to szczęście, że otrzymałem zaproszenie do jego domu w Kalifornii i mogłem być świadkiem powstawania jednego z albumów Foo Fighters, Wasting Light. Ostatnią rozmowę odbyłem z Dave’em 3 lipca 2011 roku, kilka minut po tym, jak po raz drugi z rzędu jego grupa wystąpiła przed sześćdziesięciopięciotysięczną publicznością zgromadzoną na National Bowl w Milton Keynes w Anglii. To był niesamowity wieczór, prawdziwe święto. Ale zarazem czuło się, że dla tego wyjątkowo bystrego muzyka to dopiero początek nowego rozdziału. Przyszłość przed nim. A przed wami jego dotychczasowa historia.

Paul Brannigan

Londyn, lipiec 2011

Nauka latania

„Dużym wydarzeniem była dla mnie wyprawa do kina na film z koncertu AC/DCLet There Be R Wtedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę, która wywołała we mnie chęć rozpierduchy. Chyba wtedy pierwszy raz poczułem, że jestem pieprzonym punkiem i mam ochotę roznieść to kino na strzępy, oglądając kapelę rockową w akcji…”.

Dave Grohl

W roku 1980 w utworze, którego tytuł nawiązuje do ich rodzinnego Los Angeles, punkowa kapela X śpiewała o dziewczynie, która się zagubiła, straciła niewinność i zarazem cierpliwość do Miasta Aniołów. Dziewczyna ta koniecznie chciała uciec od obrzydłej, przesiąkniętej dragami atmosfery Hollywood i jego okrutnych ulic, gdzie „dni zmieniają się nocą, w jednej sekundzie”1. I podczas gdy Farrah Fawcett Minor śniła o ucieczce, pewien młody punk na Wschodnim Wybrzeżu marzył o podróży w zupełnie przeciwnym kierunku.

W dzieciństwie Dave Grohl miał pewien powracający sen, który „tysiące, kurwa, razy” wgryzał mu się w głowę. Śniło mu się, że jedzie na swoim malutkim rowerku z rodzinnego Springfield w stanie Wirginia do Los Angeles. Podąża powolutku autostradą wśród przemykających obok samochodów, które trąbią na niego i plują kłębami spalin z rur wydechowych. Całe pokolenia znudzonych, zniecierpliwionych dzieciaków z przedmieść miały podobne marzenia – by wreszcie uciec od tego dusznego, małomiasteczkowego życia do olśniewającego Hollywood. W zbiorowej wyobraźni całego narodu Los Angeles do dziś stanowi symbol wolności, nieograniczonych możliwości i splendoru, a jego mniej lub bardziej legalne rozrywki wciągają bez reszty tych młodych naiwniaków, których tabuny codziennie wylewają się z autokarów Greyhound i pociągów Amtrak. Niemniej na wyobraźnię Grohla bardziej niż połyskujące obietnice Złotego Stanu działały wszystkie te gwałtowne zakręty i wyboje, których miał doświadczyć podczas wielkiej wędrówki na Zachód.

We wrześniu 2009 roku jadłem lunch z liderem Foo Fighters w hotelu Sunset Marquis w West Hollywood. Zamawiając sałatkę Cezar, Grohl – najbardziej przekonujący człowiek renesansu na współczesnej scenie rockowej – stwierdził, że wczesny etap jego podróży życiowej napędzał „zew przygody” i „niepewność jutra”. „W tym śnie miałem do pokonania strasznie długą drogę – powiedział. – Jechałem bardzo wolno, ale przynajmniej nie stałem w miejscu”.

Los Angeles do dziś budzi w Grohlu zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. Dziesięć lat temu opowiadał na prawo i lewo, jak bardzo nienawidzi hollywoodzkiego stylu życia, tego miejsca i praktycznie każdego, kogo tam poznał. „Przez chwilę może i jest zabawnie – przyznał – ale potem robi się nieznośnie, następnie depresyjnie, a na koniec zastanawiasz się z przerażeniem, czy ci wszyscy ludzie zostawiają na tobie trwały ślad. To coś jak szalony taniec wielkich ambicji i wielkich kłamstw”.

Niemniej dziś jego domem jest właśnie Los Angeles, a konkretnie Encino, położone dwadzieścia pięć kilometrów na północny zachód od uczęszczanego przez gwiazdy Bulwaru Zachodzącego Słońca. Tę okolicę sam Grohl podsumował kiedyś słowami: „Gwiazdy porno pracują tu w warzywniakach, a gwiazdy rocka przyjeżdżają, by dokonać żywota”. To tu, na wzgórzu z widokiem na Dolinę San Fernando, Grohl ma Los Angeles u swoich stóp.

Swój obecny dom – gustowną, czteropokojową willę z lat pięćdziesiątych, zajmującą blisko czterysta metrów kwadratowych na jednym z najlepszych kalifornijskich osiedli – Grohl kupił za dwa miliony dwieście tysięcy dolarów w kwietniu 2003 roku. Cztery miesiące później na korcie tenisowym położonym w tylnej części posesji w towarzystwie przyjaciół i rodziny poślubił producentkę MTV Jordyn Blum. To również tutaj jesienią 2010 roku Dave zdecydował się nagrać siódmą studyjną płytę Foo Fighters, Wasting Light, odrzucając technologię cyfrową na rzecz pracy z taśmą analogową, powszechnie uznawaną w branży za przestarzałą.

Od samego początku było to posunięcie dość dziwne, by nie powiedzieć przewrotne. Grohl jest bowiem właścicielem nowoczesnego kompleksu nagraniowego w postaci Studia 606 w Northridge w Kalifornii. Znajduje się ono zaledwie dziesięć minut drogi od domu artysty w Encino, w którym również można znaleźć niewielkie studio stworzone na bazie dwudziestoczterościeżkowego stołu mikserskiego. Niemniej miejsce to urządzone jest tak, że nadal bardziej przypomina domowe zacisze niż jaskinię rockmana. W odróżnieniu od wielu innych domów w bardziej snobistycznych dzielnicach Los Angeles wokół posiadłości Grohla nie uświadczy się ani wysokiego ogrodzenia, ani tabliczek ostrzegających o uzbrojonej ochronie. Niewielki napis po lewej stronie bramy wjazdowej informuje, że dom należy do „rodziny Grohlów”. Gdy wejdziemy do środka, nie znajdziemy złotych czy platynowych płyt, oprawionych w ramki okładek czasopism ani pozowanych zdjęć z innymi gwiazdami – nic, co wskazywałoby na drogę, jaką Dave Grohl przebył, by osiągnąć obecną pozycję. Zamiast tego ściany ozdabiają fotografie rodzinne oraz abstrakcyjne dzieła sztuki stworzone kolorowymi kredkami przez dwie artystki, zamieszkujące te progi – Violet Maye i Harper Willow – córeczki Dave’a i Jordyn.

W listopadzie 2010 roku odwiedziłem Grohla w celu przeprowadzenia wywiadu z członkami Foo Fighters na temat ich aktualnych projektów. Gospodarza zastałem w garażu. W usmarowanych dłoniach trzymał porysowane okładki oraz wypalcowane płyty kompaktowe i dumnie prezentował je do kamery, która przekazywała transmisję na żywo na stronę zespołu. W kolekcji tej znalazły się Rock for Light grupy Bad Brains, Master of Puppets Metalliki, Back in Black AC/DC, Live and Dangerous Thin Lizzy, Cat Scratch Fever Teda Nugenta, Trompe Le Monde Pixies i Houses of the Holy Zeppelinów. Każdy z tych krążków to jeden splot w łańcuchu DNA Dave’a Grohla. Każdy stanowił element ścieżki dźwiękowej jego życia. Za nim producent Butch Vig montował dwucalową taśmę analogową na dwudziestoczterośladowym magnetofonie szpulowym Studer A800. W pokoju obok w ustawionych w szeregu pokrowcach podróżnych znajdowało się osiemnaście gitar Grohla, a wszystkie nastrojone i gotowe do użycia. W sąsiednim garażu, w którym zazwyczaj mieszkały harleye, rozstawiona była perkusja Taylora Hawkinsa, otoczona wianuszkiem mikrofonów. „Tu naprawdę potrafi być zajebiście głośno”, powiedział Dave, z uśmiechem zamykając drzwi.

Na górze, już w reżyserce, członkowie zespołu – Pat Smear, Chris Shiflett, Nate Mendel i Hawkins – wymieniali się komiksami z opakowań po żarciu na wynos. Dołączył do nich Grohl. Przechadzał się, nabuzowany energią i wiarą, że Wasting Light będzie najlepszym projektem Foo Fighters. Gdy tak nam o tym opowiadał, decyzja, by nagrywać właśnie w garażu, nagle przestała być aż tak niedorzeczna. Co więcej – wydała się pomysłem wręcz genialnym.

„Nagrywanie tutaj było jedynym sensownym wyjściem – przekonywał Dave. – Wcale się tego nie obawiałem. To, co tutaj robimy, jest swego rodzaju ukoronowaniem i potwierdzeniem wszystkiego, czego dokonaliśmy w ciągu ostatnich piętnastu lat. Cały ten projekt pojawił się jako jedna wielka, całościowa koncepcja. Postanowiliśmy pracować z Butchem, ale nie używać komputerów, a jedynie taśm. Pomyśleliśmy: nie nagrywajmy tego w 6062, tylko w moim garażu. A przy okazji nowego albumu zróbmy film o historii zespołu, tak żeby było widać, że to wszystko gdzieś się splata. Wydaje mi się, że płyta wiernie oddaje istotę tego zamysłu”.

Dla Grohla centralnym elementem Wasting Light jest poczucie przemijania i nieuchronnego marszu ku śmierci, a jednocześnie pewien optymizm związany z utrwalaniem chwil, które chciałoby się zatrzymać. Niemniej tego wieczoru, gdy odsłuchiwałem taśmy z przeprowadzonej za dnia rozmowy, zdałem sobie sprawę, że cały ten proces twórczy odbywający się w Encino był znacznie bardziej osobisty niż Dave chciał się do tego przyznać. Gdy opowiadał o demówkach nagrywanych w garażu i płytach, które zmieniły jego życie, o wspólnej pracy z jego idolami i przyjaciółmi, o marzeniach nastolatka i odpowiedzialności dorosłego faceta, zrozumiałem, że nagrywając siódmą płytę Foo Fighters, Grohl nie tylko pragnie zdefiniować istotę swojego zespołu, ale i nakreślić sens własnego dotychczasowego życia. Jest to zupełnie zrozumiałe. Jego życiowa droga była znacznie bardziej skomplikowana niż mógł sobie wymarzyć ten małolat z Wirginii.

* * *

W latach 1880–1920 do Stanów Zjednoczonych przybyły blisko dwadzieścia cztery miliony imigrantów, głównie z Europy Południowo-Wschodniej. W tej grupie ludzi marzących o lepszym życiu był również pradziadek Dave’a Grohla. John Grohol urodził się na terenie dzisiejszej Słowacji – wówczas w Cesarstwie Austro-Węgierskim – a do Ameryki przybył w roku 1886, w którym na wyspie Bedloe w nowojorskim porcie wzniesiono Statuę Wolności. Jak większość Słowaków, którzy zdecydowali się na niebezpieczną, dwunastodniową podróż przeładowanymi, brudnymi parowcami, Grohol opuścił kraj za chlebem. Ponieważ nie miał żadnego fachu w ręku, udał się do Pensylwanii, gdzie akurat potrzebowano niewykwalifikowanej siły roboczej do pracy w kopalniach i hutach stali. Stan ten był celem podróży wielu słowackich imigrantów, więc gdy Grohol osiedlił się wreszcie w miasteczku Houtzdale w hrabstwie Clearfield, był jednym z około dwustu pięćdziesięciu tysięcy Słowaków, którzy w latach 1880–1920 postanowili zapuścić korzenie w stanie Kwakrów, jak nazywano Pensylwanię. Tak duży napływ zagranicznej siły roboczej nie przeszedł bynajmniej bez echa.

Rasistowskie nastawienie do osadników z Europy Wschodniej widać wyraźnie w raporcie Komisji ds. Imigracji w USA, wydanym w 1911 roku. Tom szesnasty Raportu Komisji ds. Imigracji: Imigranci w Przemyśle, przedstawiony Kongresowi przez republikańskiego senatora z Vermontu Williama P. Dillinghama, dotyczył badań prowadzonych w społecznościach powstałych wokół „górnictwa i wytopu miedzi, wydobycia żelaza, antracytu i rafinacji ropy” w stanach Michigan, Minnesota i Pensylwania. Wynikało z niego, że białych pracowników urodzonych w Ameryce zastępują „osadnicy z nowszych fal emigracji”, nazywani też w innym miejscu „głupimi obcokrajowcami”. W jednym z fragmentów raportu Dillinghama czytamy:

Społeczną i moralną degradację społeczności na skutek masowego napływu obcej krwi można opisać, dzieląc jej zgubne efekty na dwie podstawowe grupy: (a) uwarunkowania wynikające bezpośrednio z napływu obcego elementu oraz (b) te powstające na styku dwóch grup niehomogenicznej społeczności, czyli grupy miejscowych i grupy obcych, które są zmuszone stykać się ze sobą. Wśród zgubnych efektów występujących w tej pierwszej grupie można wymienić: obniżenie przeciętnego ilorazu inteligencji, poziomu samokontroli, wrażliwości, skłonności do utrzymania porządku i komunikacji za sprawą niskiego poziomu tychże wśród imigrantów.

Wzrost zachowań wybuchowych i przestępczości pod wpływem napojów wyskokowych wiąże się bezpośrednio ze skłonnością imigrantów do pijaństwa.

Wzrost rozwiązłości z kolei jest wynikiem zwiększenia się liczby mężczyzn w stosunku do liczby kobiet…

Mówiąc bez ogródek, „nowi imigranci” uznawani byli za niebezpieczną rasę podludzi. Komisja Dillinghama uznała, że osadnicy z Europy Południowo-Wschodniej stanowią duże zagrożenie dla społeczeństwa amerykańskiego, więc ich liczba powinna być ograniczana. Wnioski te wykorzystano w latach dwudziestych podczas tworzenia szeregu praw, które nakładały przeróżne ograniczenia na społeczności imigranckie i które zarazem legitymizowały coraz bardziej wrogie i ewidentnie dyskryminujące praktyki stosowane przez pracodawców.

W obliczu tak jawnej wrogości trudno się dziwić, że John Grohol i jego słowacka żona Anna namawiali swoich czterech synów – Josepha, Johna, Aloisa i Andrew – żeby porzucili swe ewidentnie słowackie nazwisko na rzecz bardziej amerykańsko brzmiącego „Grohl”. Sądzili, że dzięki temu zwiększą swoje szanse na asymilację.

Konflikty na tle etnicznym nie były jednak wyłącznie domeną Stanów Zjednoczonych. Napięcia rysowały się równie mocno na Starym Kontynencie, dodatkowo podsycane kwestiami suwerennościowymi, rasowymi i niepodległościowymi. Efektem były oczywiście coraz głębsze podziały i konflikty. Zamach na następcę tronu Austro-Węgier arcyksięcia Franciszka Ferdynanda dokonany w 1914 roku przez jugosłowiańskiego nacjonalistę Gawriła Principa wywołał krach w międzynarodowej dyplomacji na Bałkanach, co doprowadziło do wybuchu I wojny światowej.

Zanim jeszcze Ameryka zaangażowała się w ten światowy konflikt zbrojny w kwietniu 1917 roku, rodzina Groholów przeniosła się do Canton w stanie Ohio. Wprowadzili się do domu w północno-wschodniej części miasta mieszczącego się przy Rowland Avenue, pod numerem 116. Canton było miasteczkiem robotniczym, powstałym jako zaplecze dla hut stali, które masowo zatrudniały pracowników, by podołać zapotrzebowaniu przemysłu wojennego. John Grohol zatrudnił się jako młotkowy w jednym z takich przedsiębiorstw, podczas gdy jego syn John Stephen zaciągnął się do armii amerykańskiej. W tamtym okresie populacja Canton znacznie się zwiększyła. Ze spisu ludności z roku 1920 dowiadujemy się, że mieszkało w nim dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi, czyli o czterdzieści tysięcy więcej niż zaledwie dziesięć lat wcześniej. Rosnąca koniunktura przyciągała jednak niespecjalnie wyszukany element społeczny.

W połowie lat dwudziestych do Canton przykleił się niechlubny przydomek „Małe Chicago”, który piętnował wzrost podziemia gangów trudniących się stręczycielstwem, szmuglem i hazardem w nowo powstałych szemranych dzielnicach. Zdziwiony brakiem reakcji ze strony miejscowej policji dziennikarz Donald Ring Mellet rozpoczął prywatne śledztwo, ujawniając powiązania między stróżami prawa a przestępczym podziemiem w serii ostrych artykułów, które publikował w „Canton Daily News”. Przyszło mu jednak zapłacić wysoką cenę za tę krucjatę: 16 lipca 1926 roku został zastrzelony. Była to egzekucja wykonana z zimną krwią w jego własnym domu. Na lokalną społeczność padł blady strach. Nie taki „amerykański sen” śnił John Grohol. Pradziadek Dave’a uznał, że nadszedł czas na kolejną przeprowadzkę. Rodzina przeniosła się na północny wschód, tym razem do samego przemysłowego serca Ohio.

* * *

Mieszkańcy Warren w stanie Ohio nazywają swoje miasto „Miastem Festiwali” na cześć przeróżnych historyczno-kulturalnych fet, które odbywają się tam niemal na okrągło. Latem 2009 roku jedno z takich wydarzeń artystycznych – pierwszy festiwal z cyklu Music Is Art – przyciągnęło do tamtejszego Courthouse Square tysiące fanów muzyki. Między 26 lipca a 1 sierpnia odbyło się czterdzieści osiem koncertów, a repertuar był gratką dla każdego miłośnika rocka. Jednak po południu ostatniego dnia imprezy rządziła tylko jedna niekwestionowana gwiazda.

– Czy to jest najpiękniejszy dzień waszego życia? – pytał tłumu pod sceną Dave Grohl, któremu właśnie na festiwalowej scenie wręczono klucze do miasta. – Bo mój owszem. Urodziłem się w szpitalu, który znajduje się rzut beretem stąd – ciągnął. – Większość mojej rodziny pochodzi z Niles, Youngstown i Warren. Moja mama chodziła do liceum Boardmana, a tata uczył się w Akademii…

Na scenie obok rodziców Grohla, Jamesa i Virginii, stał sierżant miejscowej policji Joe O’Grady. Rozpierała go duma: oto najsławniejszy syn Warren przemawia do swojej publiczności. Dave Grohl do perfekcji opanował sztukę rozmawiania z publiką tak, jakby prowadził rozmowę z najbliższym kumplem, a tłum słuchał w skupieniu, jak ich idol zupełnie naturalnie dzieli się z nimi historią swojej rodziny z Ohio, jak snuje opowieść o swoim dziadku ze strony ojca, Aloisie, i jego pracy w zakładzie Republic Steel w Youngstown, oraz o dziadku ze strony mamy, Johnie Hanlonie, inżynierze zatrudnionym przy budowie zapory Mosquito w latach czterdziestych. Mówił o dumie, którą czuje, gdy wita go jego miasto.

Festiwal Music Is Art jest dzieckiem sierżanta Joe O’Grady’ego. Również od niego wyszła przedłożona w miejscowym magistracie inicjatywa, by nazwiskiem Dave’a Grohla nazwać jedną z ulic w centrum miasta. Ten gest, jak przekonywał policjant, wzmocniłby poczucie lokalnej dumy, a ponadto honorując muzyczne dokonania artysty, starszyzna miejska wysłałaby do młodych mieszkańców Warren pozytywny przekaz, dający się streścić słowami: „realizujcie swoje marzenia”. We wrześniu 2008 roku rada miejska w Warren przyjęła projekt O’Grady’ego i ulica dotychczas znana jako Market Street Alley została oficjalnie przemianowana na Dave Grohl Alley.

Rankiem w dniu ceremonii Joe O’Grady maszerował wraz z Dave’em przez centrum Warren, gdzie mieli spotkać się z jednym z młodych przedstawicieli lokalnych władz. Sierżant Warren spełnił swoje marzenie i wpisał się w historię miasta.

Przez całe lato 2009 roku Jacob Robinson – osiemnastoletni skate marzący o karierze rapera – ciężko pracował, zamiatając nawierzchnię Dave Grohl Alley i usuwając chwasty oraz liście wyrastające z zakamarków i szczelin przy fasadach budynków, żeby artyści z galerii Trumbull mogli bez przeszkód pokrywać je swoimi muralami. Początkowo zadanie to przypadło mu w udziale w ramach karnych prac społecznych, po burdzie, którą wszczął, gdy miejscowy patrol policji próbował zatrzymać go za jazdę na desce po ulicy (zgodnie z przepisami miejskimi jest to wykroczenie).

Sierżant O’Grady wytłumaczył Grohlowi, że w miarę jak rosło zaangażowanie Robinsona w powierzone mu zadanie, wzrastała i jego samoocena. Historia chłopaka przypomniała Dave’owi jego własną młodość i towarzyszącą mu opinię „małego wandala” – jak sam siebie określił. Dostrzegł w Robinsonie kolejnego kreatywnego, sfrustrowanego i upartego młodego człowieka, któremu przydałby się jakiś drogowskaz. W chacie z bali w pobliżu Monument Park, składając autograf na jego desce, powiedział: „Jesteśmy do siebie bardzo podobni. Ja w twoim wieku też interesowałem się deską i muzyką. Robiłem, co w mojej mocy, żeby pozostać sobą i nie wpakować się w kłopoty…”.

W tym miejscu urwał, ale podtekst tej wypowiedzi był jasny zarówno dla Robinsona, jak i dla sierżanta Joe O’Grady’ego. To właśnie była ta szczera rozmowa, której Robinson potrzebował, nie zaś kolejne kazanie. Ten pozytywny przekaz obdarzony dydaktycznym zacięciem policjant powtarzał przez kolejne lata innym, równie samotnym i rozgoryczonym dzieciakom z Warren.

„W wieku piętnastu lat człowiek nie widzi nadziei – napisał O’Grady na stronie internetowej miasta – ale to, że się tu urodziłeś, nie znaczy, że jesteś nikim”.

* * *

David Eric Grohl przyszedł na świat 14 stycznia 1969 roku w szpitalu Trumbull Memorial, położonym niewiele ponad kilometr od ulicy, która dziś nosi jego imię. Był drugim dzieckiem Jamesa i Virginii Grohlów, którzy mieli już córeczkę o imieniu Lisa. Wówczas brakowało jej zaledwie miesiąca do trzecich urodzin. W 1933 roku, w rozmowie z autorem biografii zespołu Nirvana, Michaelem Azerradem, Grohl umiejscowił swoich rodziców „właściwie na przeciwległych biegunach”. Ojca określił jako „typowego faceta z Waszyngtonu, prawdziwego, poukładanego konserwatystę”, natomiast mamę nazwał „liberalną, kreatywną wolnomyślicielką”. Według niego namiętność, która ich połączyła, najwyraźniej przyćmiła te ideologiczne różnice.

Virginia Jean Hanlon poznała Jamesa Harpera Grohla, odbywając praktyki nauczycielskie w domu kultury w hrabstwie Trumbull. Była wówczas śliczną, bystrą i wygadaną studentką, a jej przyszły mąż – inteligentnym, czarującym i pewnym siebie dziennikarzem. Grohl odebrał klasyczne przygotowanie do gry na flecie (Dave nazwał go kiedyś „cudownym dzieckiem”), do tego uwielbiał jazz. Hanlon z kolei śpiewała acapella z przyjaciółkami ze szkoły średniej w zespole o wdzięcznej nazwie Three Belles3. Parę połączyła też miłość do poezji i literatury w ogóle, zwłaszcza do kontrkulturowych dzieł autorów pokolenia beatników – Jacka Kerouaca, Williama Burroughsa i Allena Ginsberga. W późniejszych latach, w obecności liberalnie myślących i artystycznie uzdolnionych znajomych syna, James Grohl uwielbiał opowiadać, jak to Ginsberg próbował go poderwać (nieskutecznie), gdy wraz z Virginią zaczęli obracać się w tych samych co on kręgach bohemy hipisowskiej. Historia ta miała dobitnie przypominać Dave’owi, że jego ojciec nie zawsze był ułożonym nudziarzem.

Gdy Dave przyszedł na świat, James Grohl pracował jako dziennikarz dla agencji prasowej Scripps Howard, filii wielkiego imperium informacyjnego, stworzonego przez wyszczekanego magnata prasowego z Illinois, Edwarda Willisa Scrippsa. Środowisko wspierające wolność myślenia, reformy społeczne oraz wszelkie oznaki braku pokory wobec władzy zapewniało wprost cieplarniane warunki dla młodych dziennikarskich talentów. Do Jamesa Grohla ta otwarta polityka nieustraszonego, dociekliwego dziennikarstwa przemówiła wówczas, gdy został wyznaczony do relacjonowania protestów studenckich na pobliskim uniwersytecie stanowym w Kent, w Ohio w maju 1970 roku.

Założona w 1910 roku jakocollegenauczycielski szkoła uzyskała status uniwersytetu ćwierć wieku później. Zarówno wtedy, jak i dziś uczelnia w Kent chlubi się swoim oddaniem idei „doskonałości w praktyce”. W roku 1970 liczba studentów na wszystkich kierunkach sięgnęła dwudziestu jeden tysięcy. Wśród nich była również przyszła wokalistka zespołu The Pretenders Chrissie Hynde, osiemnastoletnia wówczas studentka sztuki. Rzesze słuchaczy zbuntowały się, gdy wybrany na prezydenta dwa lata wcześniej dzięki obietnicy zakończenia wojny w Wietnamie Richard Nixon 30 kwietnia 1970 roku ogłosił, że amerykańskie siły zbrojne wkroczyły do sąsiadującej z Wietnamem Kambodży, co powszechnie zinterpretowano jako eskalację konfliktu.

Gdy w mieście na fali antywojennych demonstracji zaczęły wybuchać sporadyczne zamieszki, 1 maja na kampusie uniwersyteckim burmistrz LeRoy Satrom ogłosił stan wyjątkowy, a gubernator Ohio James Allen Rhodes wysłał do Kent oddział gwardii narodowej, który miał stłumić niepokoje i przywrócić porządek.

4 maja na placu przed uniwersytetem zgromadziły się dwa tysiące studentów, lecz kazano im się rozejść. Gdy stało się jasne, że demonstranci nie mają zamiaru podporządkować się poleceniom, gwardziści użyli gazu łzawiącego, a następnie ostrej amunicji. Cztery osoby straciły życie, dziewięć zostało rannych.

„Masakra na Uniwersytecie Stanowym w Kent”, jak nazwały to wydarzenie media, zdopingowała do działania amerykański ruch antywojenny. W odpowiedzi na tamte wydarzenia kampusy uniwersyteckie w całym kraju zapełniły się demonstrantami, a 9 maja do Waszyngtonu ściągnęło około stu tysięcy osób, by dać wyraz swojej niezgodzie na wojnę w Wietnamie i przemoc władzy wobec obywateli. W odpowiedzi administracja Nixona zwróciła się do armii z prośbą o ochronę rządu, a sam prezydent został potajemnie wywieziony z Dystryktu Kolumbii do Camp David w stanie Maryland. Administracja Białego Domu z przerażeniem przyglądała się temu impasowi. Jeden z bliskich współpracowników Nixona tak skomentował później widok uzbrojonych żołnierzy w piwnicach budynków rządowych: „Myślisz sobie: przecież to nie może być Ameryka. To nie może być największa demokracja na świecie. Przecież to naród toczy wojnę sam ze sobą”.

Doniesienia prasowe Jamesa Grohla z Ohio uczyniły z niego gwiazdę agencji Scripps Howard. W roku 1972, gdy jeszcze pracował w Columbus w stanie Ohio, otrzymał propozycję przeniesienia się do Waszyngtonu – stolicy kraju i centrum amerykańskiego politycznego układu nerwowego – gdzie miał kontynuować swą obiecującą karierę. Moment był idealny, bowiem pierwsze lata aktywności zawodowej Grohla przypadły na czasy dziennikarstwa wojującego i zaangażowanego. Carla Bernsteina i Boba Woodwarda z „Washington Post” właśnie okrzyknięto bohaterami narodowymi – ich śledztwo ujawniło, że pozornie niegroźne włamanie do hotelu Watergate 17 czerwca 1972 roku, byłode factopróbą założenia podsłuchów w sztabie wyborczym Partii Demokratycznej. Co więcej, dziennikarze odkryli, że ślady prowadzą do Białego Domu, w wyniku czego 8 sierpnia 1974 roku „Tricky Dickie” Nixon4musiał zrezygnować z urzędu. Który ambitny, młody dziennikarz nie chciałby dołączyć do tego szczytnego pościgu za prawdą? Dla Grohla była to świetna okazja i skorzystał z niej bez wahania.

Tak jak wielu ludzi przenoszących się do Dystryktu Kolumbii James wraz z rodziną postanowili nie osiedlać się w ścisłym centrum, lecz na przedmieściach. Springfield w stanie Wirginia oddalone jest od centrum o dziesięć kilometrów, które pokonać można drogą I-95, nie wyjeżdżając poza obszar wyznaczony obwodnicą stolicy – Capital Beltway. Podobnie jak inne okoliczne miasteczka – Arlington, Annandale czy Alexandria – Springfield było popularnym wyborem dla osób zdecydowanych dojeżdżać do pracy do samego Waszyngtonu czy też do położonego w pobliżu Pentagonu. Podobnie jak w przypadku innych miasteczek satelickich, ludność Springfield była w dużej mierze napływowa i ulegała naturalnej rotacji związanej ze specyfiką pracy w Kapitolu, którego pracownicy najczęściej wymieniali się co cztery–pięć lat. Niemniej mieszkańcy dokładali starań, by pracować nad wzmacnianiem lokalnego patriotyzmu i poczucia wspólnoty.

Na początku lat siedemdziesiątych do nowego miasta rodziny Grohlów idealnie pasował jego protekcjonalny przydomek: „z białej mąki”, co oznaczało, że miasto jest niezwykle konserwatywne. Położenie „kwadrans od Białego Domu z jednej i ferm drobiu z drugiej strony” – jak ujął to po latach Dave – sprawiało jednak, że Springfield miało naturę lekko schizofreniczną. To tutaj miastowi, dziani politykierzy, „szczęśliwi synowie5”, na których suchej nitki nie zostawił w jednej ze swych piosenek Creedence Clearwater Revival, mieli za sąsiadów fizycznych pracowników z Południa, ze strzelbami na tylnych siedzeniach chevroletów camaro i fordów mustangów, skąd na cały regulator rozbrzmiewała muzyka Lynyrd Skynyrd czy Zeppelinów.

Grohlowie mieszkali przy Kathleen Place – spokojnej ślepej uliczce – w domu, który Dave zapamiętał jako „totalną klitkę”. Dzieci szybko zaaklimatyzowały się w nowym środowisku. Lisa poszła do szkoły podstawowej North Springfield, a Dave, którego mama czule wspomina jako „dość żywego chłopca” lubującego się w płataniu psikusów, nie zawsze uchodzących mu na sucho mimo słodkiego wyglądu i uśmiechu anioła, odkrywał nową okolicę na swoim gokarcie, wraz z nieodłącznym towarzyszem pod pachą – sfatygowanym pluszowym Puchatkiem.

„To miasto było idealnym miejscem dla dzieci – wspomina Nick Christy, frontman pierwszego prawdziwego zespołu Grohla, Nameless6. Wraz z rodziną przeprowadził się do Springfield z Massachusetts na początku lat siedemdziesiątych. – Nie sposób było się tam nudzić. Domy nie były może zbyt wyszukane czy imponujące, ale za to panowała przyjazna atmosfera. Wszędzie mieszkały średnio zamożne białe rodziny, a ludzie pomagali sobie nawzajem. Dopiero po czasie odkryłem, że wszyscy rodzice moich kolegów i koleżanek pracowali w FBI czy CIA lub byli senatorami”.

Uwiedziony zdominowaną przez politykę atmosferą nowego otoczenia James Grohl szybko zmienił ścieżkę kariery, porzucając dziennikarstwo na rzecz pisania przemówień i zarządzania kampanią Roberta Tafta Juniora – republikańskiego senatora z Ohio i zarazem wnuka byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Williama Howarda Tafta. Jego żona otrzymała pracę jako nauczycielka angielskiego i zajęć teatralnych w liceum imienia Thomasa Jeffersona w pobliskiej Alexandrii. Była tam powszechnie lubiana.

„Virginia Grohl była świetną nauczycielką – wspomina Chet Lott, jeden jej z uczniów, który uczęszczał do szkoły w latach 1981–1984. – Należała do tego gatunku pedagogów, których naprawdę obchodzą uczniowie i którzy znają ich wszystkich osobiście. Zdecydowanie wyróżniała się na tle reszty grona pedagogicznego. Była fantastyczną, przemiłą kobietą”.

Niestety w domu Grohlów sytuacja nie malowała się aż tak różowo. Za zamkniętymi drzwiami, w tajemnicy przed Dave’em i Lisą, James i Virginia próbowali ratować rozpadające się małżeństwo. W roku 1975 James ostatecznie zostawił żonę i dzieci, zaś Virginia zniosła ten trudny, stresujący okres z godnością i wartym podziwu stoicyzmem, starając się chronić swoje pociechy przed okrutną rzeczywistością separacji oraz przed jej własnymi lękami o przyszłość.

„Oczywiście, że było to źródłem wielkiego smutku i trudności, ale nie sądzę, że tak naprawdę rozumiałem, co się dzieje – wspominał później Dave. – Zanim ogarnąłem całą tę sytuację, byłem już za duży, żeby się załamać psychicznie. Dla większości moich kumpli posiadanie ojca było dość nienormalną sytuacją. Sądziłem więc, że dorastanie z matką i siostrą to coś zupełnie naturalnego”.

* * *

Virginia Grohl szybko się zorientowała, że z jej nauczycielskiej pensji w wysokości osiemnastu tysięcy dolarów rocznie nie uda się utrzymać rodziny. Żeby zwiększyć wpływy do domowego budżetu, podjęła się dodatkowej pracy i wieczorami dorabiała jako sprzedawczyni w domu handlowym, a w weekendy prowadziła biuro miejscowej firmie zajmującej się praniem dywanów.

Żeby dzieci nie nudziły się w domu pod jej nieobecność, pozwoliła im słuchać swoich płyt na adapterze wypożyczonym ze szkoły. Pewnego dnia podczas rodzinnych zakupów Dave namówił mamę, żeby kupiła mu płytę – składankę K-Tel intensywnie reklamowaną w telewizji. Wydany w 1976 roku album Block Buster obiecywał „dwadzieścia oryginalnych gwiazd” i faktycznie zawierał kilka największych hitów tamtej epoki, od sławnego That’s the Way (I Like It) zespołu KC and the Sunshine Band, po Only Women Bleed Alice’a Coopera. W domu przy Kathleen Place Dave zaanektował adapter na kilka kolejnych weekendów, wkurzając siostrę uporczywym przesuwaniem igły, gdy po trzech minutach kończyła się jego ulubiona piosenka.

O dziwo jednym z najlepiej sprzedających się singli w latach siedemdziesiątych był utwórFrankensteinzespołu The Edgar Winter Group. Powstały jako owoc luźnego jamowania numer pozwolił rodowitemu Teksańczykowi o nazwisku Winter zaprezentować swoją mistrzowską grę na wielu instrumentach. Kawałek ukazał się na płycie z 1972 roku pod tytułemThey Only Come Out at Night. Frankensteinbył odjechaną, instrumentalną kompozycją z gatunku rocka progresywnego, o brzmieniu opartym na syntezatorach. W połowie utworu słychać też kosmiczne solo na saksofonie i szaloną perkusję. W kolejnym roku utwór ten trafił na stronę B singla pod tytułemHangin’ Around.Okazało się jednak, że DJ-e w całym kraju, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom publiczności, grali najczęściej właśnie ten numer, więc Epic, wytwórnia Wintera, zamieniła utwory stronami i zaczęła promowaćFrankensteinjako singiel. W maju 1973 roku piosenka trafiła na szczyt zestawienia Hot 100 „Billboardu”, sprzedając się w liczbie ponad miliona egzemplarzy. Jako utwór numer dziewięć na składanceBlock Buster,Frankensteinmiał odmienić życie Dave’a na zawsze.

„Dla mnie to były najlepsze dźwięki, jakie w życiu słyszałem – wspominał Grohl po latach. – Po dziś dzień [jest to] jedna z najlepszych piosenek, jakie słyszałem. Za każdym razem, gdy leci Frankenstein, przypomina mi się, jak byłem małolatem i słuchałem rocka w swoim pokoju”.

W tymże pokoju na ścianie Dave powiesił plakat przedstawiający kokpit samolotu Boeing 747, marzył bowiem, żeby zostać pilotem, wyjechać ze Springfield i polecieć do nieznanych miejsc, gdzie mógłby doświadczyć nowych rzeczy. Kolejne muzyczne zauroczenie nauczyło go jednak, że nie musi się wcale ruszać z własnego pokoju, żeby uciec od codzienności.

Dla amerykańskich nastolatków od Long Island po Long Beach obsesja na punkcie zespołu Kiss była niczym inicjacja. 31 października 1976 roku kwartet z Nowego Jorku z hukiem pojawił się w programie stacji telewizyjnej ABC The Paul Lynde Halloween Special. Panowie wystąpili na wysokich obcasach, w makijażu rodem z kabuki7, i przed milionową widownią telewizji publicznej dali czadu, śpiewając z playbacku utwory: Detroit Rock City, Beth i King of the Night Time World. Dla całego pokolenia oniemiałych z wrażenia dzieciaków było to coś na miarę występu Beatlesów u Eda Sullivana8 – tyle że z fajerwerkami w tle.

Członkowie Kiss byli niczym czwórka komiksowych superbohaterów: Starchild, Demon, Space Ace i Catman9 – pod każdym względem, zwłaszcza natężenia hałasu. Ziali ogniem, pluli krwią, strzelali rakietami ze swoich głośnych gitar i sprawiali wrażenie, jakby granie rocka było najbardziej ekscytującym zajęciem pod słońcem. W oczach siedmioletniego Dave’a Grohla, który tak jak oni uwielbiał popisy i przebieranie się w „najbardziej wymyślne, odjechane” stroje, byli najbardziej czadowymi postaciami, jakie kiedykolwiek widział. Nie minęło wiele czasu, a Virginia Grohl musiała ulec błaganiom syna i kupić muRock and Roll Over(a zaraz potemKiss Alive II), choć prawdę powiedziawszy Dave więcej czasu poświęcał studiowaniu okładek płyt niż słuchaniu ich zawartości. Prawdziwa magia kryła się gdzie indziej. Kiss ział ogniem! Kiss pluł krwią! A z ich gitar szły rakiety! Wkrótce plakat, na którym panowie pozują na dachu Empire State Building, zajął honorowe miejsce na ścianie w pokoju Dave’a. Trudno to uznać za przypadek, że niedługo potem zapragnął nauczyć się grać na gitarze.

„Gdy miałem trzy czy cztery lata, mama kupiła ojcu gitarę z nylonowymi strunami do gry flamenco – wspomina. – Nigdy nie nauczył się na niej grać, więc tylko zagracała mieszkanie. Zanim skończyłem dziewięć lat, zdążyłem zerwać cztery z sześciu strun, ale na pozostałych dwóch opanowałem chwyty do [standardu Deep Purple] Smoke on the Water… co warto dodać, w stylu Beavisa i Buttheada. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda z grą na gitarze”.

Podczas gdy Grohl szlifował swoje pierwsze akordy, nowy chłopak mamy, Chip Donaldson, również nauczyciel angielskiego, a poza tym weteran wojny w Wietnamie, wprowadził się do domu Grohlów. Dave bynajmniej nie buntował się przeciwko pojawieniu się w domu nowego samca alfa. Wręcz przeciwnie – był zachwycony nowym dodatkiem i to jego przybycie wyznaczyło początek poważnej edukacji muzycznej młodego Dave’a.

„Chip był po prostu zajebisty i totalnie mi imponował – powiedział mi w 2009 roku. – Był szalonym typem, który uwielbiał spędzać czas na świeżym powietrzu, gdzie czuł się równie dobrze jak w bibliotece, bo był przy tym niezwykle oczytany. Chadzał na jakieś odjechane piesze wędrówki, a gdy miałem dziesięć lat, nauczył mnie polować. Mieszkał z nami przez kilka lat, a wraz z nim wprowadziła się też do nas jego pokaźna kolekcja płyt. Nasz salon z zachowawczego, podmiejskiego pokoju, jakich setki w Wirginii, zmienił się w przestrzeń pełną półek z płytami i poroży oraz z szafką na broń palną… W sumie to zmienił się w domek myśliwski z dobrą muzyką.

Dzięki tej jego kolekcji poznałem wiele rzeczy. Miał wszystko, od Jethro Tull po Grateful Dead, Stonesów, Phoebe Snow, Zeppelinów, Jefferson Airplane i Dylana, cały kram z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jednym z kolejnych wielkich był Lynyrd Skynyrd. Pamiętam, jak w wieku dziesięciu lat słuchałem Freebird i myślałem: Boże, żebym kiedyś potrafił zagrać takie solo. Widząc mój zachwyt, Chip mawiał: »Jak będziesz ćwiczył, to kto wie…«. Ale w głębi duszy byłem przekonany, że nie mam szans; nawet jeśli będę ćwiczył latami, to w życiu nie uda mi się zagrać tej partii gitary. I faktycznie, do dziś tego nie umiem!”.

Virginia Grohl była szczęśliwa, że nowe hobby trzyma Dave’a z dala od kłopotów, więc płaciła za lekcje syna, póki ten po roku nie stwierdził, że są „nudne” i nie przerwał nauki. Lukę po lekcjach Dave postanowił zapełnić, zakładając zespół, o czym poinformował rodzinę ze stoickim spokojem.

* * *

Duet HG Hancock Band składał się z Grohla i jego kolegi z podstawówki North Springfield – Larry’ego Hinkle’a. Dla Dave’a było to nic innego jak odpowiedź North Springfield na rockowych bohaterów z południa Stanów – Lynyrd Skynyrd. Dowiedziawszy się, że inspiracją dla nazwy ukochanego zespołu z Jacksonville na Florydzie było nazwisko ich byłego nauczyciela WF-u Leonarda Skinnera, chłopcy postanowili wykorzystać w nazwie i swoją wuefistkę, panią Hancock. Pierwszy człon – HG – oznaczał oczywiście Hinkle/Grohl.

W piątej klasie chłopcy zaczęli chodzić na te same zajęcia i od tej pory byli nierozłączni – ciągle przebywali to w jednym, to w drugim domu, kombinując, co by tu spsocić. Dziś Hinkle jest stolarzem freelancerem i mieszka w Fredericksburg w Wirginii. Bardzo dobrze wspomina czasy, kiedy broili razem z Grohlem.

„Dave był bardzo wesoły i lubiłem z nim spędzać czas – opowiada. – Siedzieliśmy razem na lekcjach i mieszkaliśmy też blisko. Lubiliśmy swoje towarzystwo. Owszem, czasem bywaliśmy niegrzeczni. Kiedy nocowałem u Dave’a, wymykaliśmy się po kryjomu i szliśmy na drogę, gdzie rzucaliśmy w przejeżdżające samochody rajskimi jabłuszkami. Uwielbialiśmy, jak kierowcy nas gonili, choć przecież mogliśmy łatwo napytać sobie biedy. Pamiętam, że kiedyś droczyliśmy się z jedną koleżanką w autobusie szkolnym. Zabraliśmy jej torebkę i wyrzuciliśmy przez okno. Potem oczywiście o całej sprawie zapomnieliśmy. Pamięć przywróciło nam dopiero wezwanie na dywanik do dyrektora. Nie byliśmy wredni, tylko lekko stuknięci.

Dave od początku miałfiołana punkcie muzyki. Wszędzie chodził z gitarą, starą, sfatygowaną gitarą klasyczną z pozrywanymi strunami. Jak się było jego kumplem, nie dało się nie złapać bakcyla”.

W przerwach od rozrabiania Grohl i Hinkle każdą wolną chwilę poświęcali na słuchanie miejscowej radiostacji rockowej – DC 101. Towarzyszył im często kolega z klasy Jimmy Swanson, chichoczący z rozbrajająco infantylnych wypowiedzi prezentera-skandalisty, Howarda Sterna, i udający grę na gitarze, gdy z radia płynęła muzyka AC/DC, Zeppelinów, Cheap Trick, Black Sabbath, Teda Nugenta, Alice’a Coopera, Van Halen i oczywiście Lynyrd Skynyrd.

„Dave grał na swojej gitarze z pozrywanymi strunami – opowiada Hinkle – a ja na perkusji, na którą składały się druty mamy Dave’a i kosz na pranie oraz garnki i patelnie. Jego mama była przesympatyczna i bardzo nas lubiła, ale Bóg jeden wie, co sobie myślała o tym naszym hałasowaniu”.

Szczerze mówiąc, Virginia Grohl już dużo wcześniej opanowała sztukę ignorowania hałasów dochodzących z pokoju syna. Kiedy Dave dostał od kuzyna album 2112 kanadyjskiej grupy Rush, grającej rocka progresywnego, zapragnął nauczyć się grać na perkusji. Wykorzystywał wszystkie meble, które miał pod ręką. Stale dobiegające z pokoju syna dum-trz-dum-trz było dla Virginii tak naturalne jak śpiew ptaków i praktycznie wcale jej nie przeszkadzało.

„Obok łóżka stało krzesło. Klękałem na podłodze, między nogi wkładałem sobie poduszkę, która służyła mi za werbel – tak w 2004 roku w wywiadzie dla »Modern Drummer« Grohl opisywał swój prowizoryczny zestaw perkusyjny. – Stojące po mojej lewej krzesło wykorzystywałem jako hi-hat, a łóżko służyło mi za tom-tom i blachy. Słuchałem płyt i grałem na tej swojej perkusji, aż szyby parowały od gorąca”.

Zachęcony sukcesem pierwszych prób duetu HG Hancock Band młody Grohl uznał, że czas zarejestrować jakiś materiał na taśmie. Pierwszy numer zespołu, pod tytułem Bitch10, był hołdem złożonym jego psu o imieniu BeeGee. Druga kompozycja, którą swojemu partnerowi zaprezentował Grohl, nosiła tytuł Three Steps.

„Pewnego dnia w klasie wręczył mi kartkę, mówiąc: »To ta nowa piosenka, którą napisałem, bierzmy się do roboty!« – wspomina Hinkle. – Zagrał mi ją, a ja skomentowałem to słowami: »Wow! Super!«. Tego samego popołudnia nękany wyrzutami sumienia przyznał mi się, że nie napisał tego sam. Był to utwór Lynyrd Skynyrd pod tytułem Gimme Three Steps. Zastanawialiśmy się, czy coś nam grozi, jeśli go gramy. Do końca dnia byliśmy nieźle zestresowani”.

„Oczywiście, że nie uważałem się za kompozytora. To były tylko takie małe eksperymenty, małe wyzwania – tak swoje pierwsze autorskie piosenki wspomina Grohl. – Naprawdę nie miałem wielkich ambicji, ale wymyśliłem sobie, że mógłbym w domu, za pomocą dwóch magnetofonów, nagrać wielościeżkowy numer. Mógłbym na jednym z nich nacisnąć »zapis« i grać przy tym na gitarze, a następnie zatrzymać, przewinąć, włożyć kasetę do drugiego magnetofonu, puścić ją, a na drugiej nagrywać poprzednie nagranie oraz swój głos. No i miałem dwuścieżkowe nagranie gotowe. Odsłuchując dzieło, wcale nie byłem zadowolony z brzmienia swojego głosu, ale i tak nagrodą samą w sobie było to, że mi się udało”.

W 2009 roku na okładce płyty Foo Fighters Greatest Hits Grohl zamieścił ten prymitywny sposób nagrywania w niewiele bardziej rozbudowanej formie czterostopniowego minieseju pod tytułem Jak nagrywać wielościeżkowe płyty w domu. Czwarty i ostatni krok brzmi „załóż zespół”.

* * *

Pod koniec lat siedemdziesiątych życie Dave’a Grohla toczyło się utartym torem: szkoła, mecze piłki nożnej, drobne akty wandalizmu, ślęczenie przy magnetofonie. Był lubiany wśród rówieśników i w szkole też szło mu całkiem dobrze, nawet jeśli wrodzona nadaktywność dawała się we znaki nauczycielom. „To była ciągle ta sama śpiewka: »David mógłby być wzorowym uczniem, gdyby zechciał wreszcie usiąść spokojnie na dupie«”, wspominał po latach.

Na wakacje rodzina jeździła do Ohio, w odwiedziny do ojca i dziadków, Aloisa i Ruth, oraz babci ze strony mamy – Violet. Całą rodziną spotykali się w Breeze Manor w Breezewood, gdzie „wynajmowali kilka pokoi, zajadali się smażonym kurczakiem i przez cały weekend pływali w basenie”. Spokojne, nieskomplikowane czasy. „Miałem jak pączek w maśle”, wspomina Grohl.

Z nastaniem nowej dekady młody David posmakował zupełnie alternatywnej rzeczywistości. Wieczorem 26 stycznia 1980 roku wymknął się z domu, by dołączyć do starszej siostry, która opiekowała się właśnie dziećmi sąsiadów. Położywszy podopiecznych do łóżka, Lisa oglądała sobie w najlepszeSaturday Night Live –ulubiony program rozrywkowy całego narodu. Dave usiadł obok niej na kanapie. Gdy gospodyni programu Teri Garr przedstawiła gwiazdy muzyczne wieczoru, Dave z wrażenia o mało nie spadł z kanapy.

Występujący zespół był dziwny, naprawdę dziwny. Wychudzony wokalista w zbyt dużej kurtce gadał coś od rzeczy, dziewczyny w natapirowanych fryzurach – jedna blond, druga ruda – wierciły się, jakby dosłownie oblazły je mrówki, a gitarzysta grał na rozstrojonym instrumencie, jakby miał raptem dwie struny, zupełnie jak Dave, zanim opanował podstawowe chwyty. Jazgot, który tworzyli, był straszny – rzucał człowiekiem niczym padaczka. Jakby tego było mało, po dwóch minutach wokalista i blondyna padli na podłogę, wijąc się niczym trafieni z pistoletu. Rodzeństwo Grohlów było świadkiem występu przedstawicieli nowej fali z Athens w stanie Georgia – zespołu B-52 w ich najlepszej odsłonie.

„Pamiętam ten moment tak, jak niektórzy pamiętają chwilę zabójstwa prezydenta Kennedy’ego – mówi Grohl. – Gdy B-52 zagrali Rock Lobster, na serio zmienili moje życie. To było wydarzenie wielkiej wagi. Że takie dziwaki potrafiły zagrać taką muzę, która brzmiała inaczej niż wszystko, co dotąd słyszałem, i była zarazem tak poruszająca… Dorastałem w małym miasteczku w Wirginii i nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, że coś równie odjechanego jest w ogóle możliwe. Aż zapragnąłem być dziwakiem. Natychmiast chciało mi się pokazywać wszystkim dookoła środkowy palec, krzycząc: »Walcie się, ja właśnie taki chcę być!«.

Dużym wydarzeniem była dla mnie wyprawa do kina na film z koncertu AC/DC Let There Be Rock. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę, która wywołała we mnie chęć rozpierduchy. I to już po pierwszym numerze. Poszliśmy razem z Larrym Hinkle’em do jednego z kin w centrum Waszyngtonu. Mieli tam nagłośnienie rodem z dużego klubu, a oprócz nas było jeszcze tylko dwóch kolesi, palących skręty z tyłu sali. A film był zajebiście głośny… Serio, chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem, że jestem pieprzonym punkiem i mam ochotę roznieść to kino na strzępy, oglądając kapelę rockową w akcji. Rozjebali mnie dokumentnie.

B-52 naprawdę zrobili na mnie duże wrażenie, bo dzięki nim zdałem sobie sprawę, że w muzyce jest jakaś moc, inna niż wszystko, co znam. Przy niej reszta wypadała blado i jakoś tak mdło. Nie zrobiłem sobie irokeza i nadal lubiłem melodię i słowa rockowych przebojów, ale to wtedy poczułem potrzebę zgłębiania tego, co dziwne, muzyki, która nie uchodzi za zwyczajną.

Te gitary! Dwie struny! Ale odlot! Te bębny! Trzask, trzask, trzask! Łatwizna! Kobiety wyglądały jak kosmitki, podobnie jak cała reszta: okładki, dźwięk, stroje, symbole, logo, wszystko. Myślę, że jak się jest małolatem, to właśnie to cię interesuje najbardziej: prawdziwy, spójny obraz zespołu, i to właśnie dawało nam B-52. Piosenki były łatwe do opanowania, więc chętnie się ich uczyłem. Po Kiss i Rush to był pierwszy zespół, na który wzięło mnie tak totalnie”.

Virginia Grohl nagrodziła niesłabnące zainteresowanie syna muzyką, kupując mu pierwszą „prawdziwą” gitarę – Sears Silvertone z 1963 roku z wbudowanym wzmacniaczem. Taki właśnie prezent Dave znalazł pod choinką w 1981 roku. Oprócz tego dostał jeszcze dwie płyty Beatlesów: The Beatles 1962–1966 (zwaną również Red Album) oraz The Beatles 1967–1970 (White Album). Te dwie krążki, rozpoczynające się oszałamiająco wprost euforycznymi Love Me Do i Please Please Me z nostalgicznym zakończeniem w postaci Across the Universe i The Long and Winding Road, były czymś znacznie więcej niż tylko dowodem niebywałej twórczej ewolucji „Czwórki z Liverpoolu”. Stanowiły inspirację dla każdego artysty, który marzył, by na własną modłę przedefiniować zastaną scenę rockową. Dla młodego muzyka nie było lepszej podstawy, na której mógłby się oprzeć.

„Mniej więcej wtedy mama kupiła mi też książkę ze wszystkimi piosenkami Beatlesów, w której teksty były opatrzone rozrysowanymi chwytami gitarowymi – wspomina Grohl. – Nie potrafię czytać nut, ale umiem rozpoznawać rozrysowane chwyty, więc puszczałem płyty i grałem razem z nimi. W tamtym czasie wszystko było nowe i zagadkowe. To jak z grą wideo; ciągle chce się przechodzić do kolejnego etapu. Tak to właśnie było w moim przypadku. Gdy tylko opanowałem jedną piosenkę, chciałem rozgryzać kolejną: może uda mi się z Day Tripper, ale przecież jeszcze nie rozpracowałem A Day in the Life. Od tej chwili, jeśli tylko nie włóczyłem się nad potokiem w poszukiwaniu raków lub nie szwendałem się po podwórku, każdą wolną chwilę spędzałem z gitarą. To była moja rozrywka”.

Po rozpadzie duetu HG Hancock Band (Larry Hinkle przeprowadził się z tatą do Maryland po rozwodzie rodziców), Grohl zaczął rozglądać się za nowym partnerem. Jego wewnętrzny McCartney poszukiwał swojego Lennona. Na szczęście nie musiał szukać ani długo, ani daleko. Mieszkający kilka ulic od Kathleen Place trzynastoletni Nick Christy był już całkiem niezłym gitarzystą i wokalistą, obdarzonym zdrową dawką pewności siebie i opanowania – jakże cechami u młodzieńców w tym wieku. Jako fan The Who, Beatlesów i Stonesów Christy sam szukał kogoś do zespołu, więc zaprosił Grohla do piwnicy w domu rodziców na wspólne granie. Od razu zaskoczyło.

„Odtąd cały czasprzesiadywaliśmy w piwnicy, nieustannie kombinując, kogo by tu jeszcze zaprosić, żeby nas posłuchał – opowiada Christy, obecnie prezes prestiżowej firmy zajmującej się architekturą krajobrazu, a w wolnych chwilach muzyk-amator w rodzinnym Massachusetts. – Braliśmy udział w niezliczonej ilości projektów, zakładając zespół za zespołem, z kim popadło. Organizowaliśmy imprezy w piwnicy albo u Dave’a w domu, na które zapraszaliśmy wszystkich znajomych ze szkoły, żeby tylko ktoś nas słuchał.

Grywaliśmy też tylko we dwójkę. Mama Dave’a bardzo nas wspierała. Była niesamowita. Zabierała nas czasem do miejscowej restauracji o nazwie Treebeards, gdzie w środy organizowano imprezy w stylu »otwarty mikrofon« i gdzie występowaliśmy przed prawdziwą publicznością. Zazwyczaj grali tam dwudziesto- i trzydziestolatkowie, a pośród nich my: dwa szczyle z ósmej klasy”.

„Ciężko załatwić sobie granie, kiedy się ma dwanaście lat! – śmieje się Grohl. – Zazwyczaj grywaliśmy więc u mnie lub u niego na podwórku, a oglądała nas garstka sześciorga czy siedmiorga dzieciaków. Ale dowiedziałem się, że jeden chłopak z sąsiedztwa gra na basie, więc mówię: »To on gra na basie? Serio? Bo Alex ma perkusję. Powiedz mu, żeby przyniósł ją do Nicky’ego w niedzielę o drugiej«. Wiek w piwnicy nie przekraczał dwunastu, trzynastu lat, ale było super, totalny czad. Lepsze to niż kradzież samochodów!”.

„Podczas prób to Dave wszystko nakręcał – wspomina Christy. – Był przezabawny. Miał niespożytą energię i mnóstwo chęci. Ale to ja byłem typem przywódcy. Mówiłem na przykład: »OK, teraz robimy to i to«. Za to on zawsze szedł jak rakieta, wymyślając, co jeszcze można dodać. On grał na gitarze solowej, a ja dawałem rytm, ale gdy tylko mógł, wskakiwał za bębny, na przykład między piosenkami. Zaczynał po prostu walić w nie ile sił, co było nieźle wkurzające, bo ja chciałem ćwiczyć. Mówiłem mu wtedy: »Stary, skończ już, do cholery, mamy ćwiczyć, a ty przecież nie jesteś bębniarzem«. Gdyby mnie posłuchał, mógłby nie osiągnąć tego wszystkiego…”.

Ale już nie było odwrotu.

[1]Days change at night, change in an instant – fragment utworu Los Angeles grupy X (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy).

[2] Studio nagraniowe Foo Fighters.

[3] Trzy Ślicznotki.

[4] Dosłownie: podstępny Rysio.

[5] W oryginale: fortunate sons.

[6] Bez nazwy.

[7] Jeden z tradycyjnych teatrów japońskich znany z ekspresyjnej charakteryzacji aktorów.

[8] Beatlesi wystąpili w słynnym show Eda Sullivana w lutym 1964 roku.

[9] Dosłownie: Dziecko Gwiazd, Demon, Kosmiczny As i Człowiek Kot.

[10] Dosłownie: suka.

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title THIS IS A CALL: the life and times of dave grohl

Copyright © by Paul Brannigan 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Tłumaczenie: Aleksandra Machura, Ewa Magiera, Mirko Kuflewicz

Copyright © for the translation by Aleksandra Machura

Biuro Tłumaczeń i-translations 2013

Redakcja i korekta

Joanna Mika-Orządała, Kamil Misiek/Editor.net.pl, Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład

Agnieszka Szatkowska

Okładka

Paweł Szczepanik

Cover photograph © James Dimmock/Corbis Outline/Fotochannels

While every effort has been made to trace the owners of copyright material reproduced herein and secure permissions, the publishers would like to apologise for any omissions and will be pleased to incorporate missing

acknowledgements in any future edition of this book.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-88-8