Dary niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy - Brené Brown - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

„Dary niedoskonałości” Brené Brown to poradnik psychologiczny dla wszystkich tych, którzy mają problemy z perfekcjonizmem, a wskutek tego z zaniżoną samooceną. Aby wyzwolić się z kręgu fałszywych przekonań, że zawsze musimy być idealni i nie możemy popełniać błędów, autorka proponuje, by zaakceptować swoje braki i przywary jako część ludzkiej natury. Wtedy to przekonamy się, jakimi darami obdarzy nas niedoskonałość - odwagą, by pewniej i bez lęku podejmować ważne decyzje, współczuciem, by traktować lepiej siebie i innych, a także silniejszymi więzami z bliskimi, dzięki zrozumieniu, że każdy może się mylić. Niedoskonałość sprawi jednak przede wszystkim, że zaczniemy żyć Autentycznie - pełni radości i satysfakcji z tego, kim jesteśmy, i z tego, co nam się przytrafia.

Doktor Brené Brown jest badaczką, nauczycielem akademickim i autorką wielu książek. Pracuje na wydziale społecznym Uniwersytetu w Houston, gdzie przez ostatnich dziesięć lat badała zagadnienia związane z życiem Autentycznym, stawiając pytania typu: Jak autentycznie, całym sercem zaangażować się w nasze życie? Jak dbać o odwagę, współczucie, więzi z innymi, których potrzebujemy, a także pogodzić się z naszymi niedoskonałościami i uznać, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i warci miłości, przynależności i radości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Wstęp ●●●

Tworzenie własnej historii i polubienie siebie wymaga wielkiej odwagi.

Gdy już dostrzeżemy pewną prawidłowość, trudno udawać, że się jej nie widzi. Możecie zaufać moim słowom, gdyż sama próbowałam to robić. Jednak kiedy jakaś prawda pojawia się raz za razem, nie można na nią nie zważać. Na przykład niezależnie od tego, jak bardzo próbuję przekonać siebie, że wystarczy mi sześć godzin snu, to jeśli śpię poniżej ośmiu, jestem zniecierpliwiona, niespokojna i wzbiera we mnie ochota na nadmierne ilości węglowodanów. Tak jest zawsze. Mam też okropny zwyczaj przeciągania wszystkiego – zanim wezmę się do pisania, przestawiam meble w domu albo zajmuję się zakupami jakichś drogich pomocy biurowych i programów komputerowych. I tak za każdym razem.

Nie możemy przymknąć na to wszystko oczu między innymi dlatego, że nasz umysł jest nastawiony na wyszukiwanie prawidłowości i przyporządkowywanie im określonych znaczeń. Ludzie są gatunkiem nastawionym na wytwarzanie znaczeń. I niezależnie od sytuacji tak właśnie działa także mój umysł. Najpierw latami się tego uczyłam, a teraz właśnie dzięki temu zarabiam na życie.

Zajmuję się obserwowaniem ludzkich zachowań z naukowego punktu widzenia, tak by móc określić nawet te najsłabiej widoczne związki oraz prawidłowości, które pomagają w odnalezieniu znaczenia naszych myśli, działań i uczuć.

Uwielbiam tę pracę. Szukanie prawidłowości to wspaniałe zajęcie i, prawdę mówiąc, przymykanie na coś oczu dotyczyło wyłącznie mojego prywatnego życia, a zwłaszcza tych upokarzających słabości, do których niechętnie się przyznaję. Zmieniło się to w listopadzie 2006 roku, kiedy to prezentowane w tej książce badania sprawiły, że poczułam się, jakbym dostała czymś ciężkim po głowie. Po raz pierwszy miałam ochotę przymknąć oczy na rezultaty swojej własnej pracy.

Do tamtej pory poświęcałam się badaniu trudnych uczuć, takich jak wstyd, strach czy nadwrażliwość. Wygłaszałam referaty na temat wstydu, opracowałam plan uodparniania się na wstyd dla specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym i nałogami i nawet napisałam na ten temat książkę zatytułowaną I Thought It Was Just Me1 (Myślałam, że tylko ja).

W czasie zbierania tysięcy historii różnych osób – w wieku od osiemnastu do osiemdziesięciu siedmiu lat, z terenu całego kraju – natknęłam się na nowe prawidłowości, które chciałam lepiej poznać. Tak, wszyscy zmagamy się ze wstydem i strachem, że nie jesteśmy tacy, jak powinniśmy. Owszem, często boimy się pokazać, jacy naprawdę jesteśmy. Jednak wśród tych wszystkich opowieści co jakiś czas można było znaleźć relacje niezwykłych mężczyzn i kobiet, których życie mogło stanowić prawdziwy wzór.

Słuchałam, jak mówili o akceptacji własnej niedoskonałości i wrażliwości. Dowiedziałam się o istnieniu nierozerwalnej więzi między radością i wdzięcznością oraz o tym, że rzeczy, które uważam za oczywiste, na przykład odpoczynek i zabawa, są równie istotne dla naszego zdrowia psychicznego, jak odpowiednia dieta i ćwiczenia. Wspomniani uczestnicy badań ufali sobie i opowiadali o autentyczności, miłości i przywiązaniu w sposób, który był dla mnie czymś zupełnie nowym.

Chciałam znaleźć jakąś całościową formułę, która mogłaby objąć te historie, dlatego chwyciłam notatnik i długopis i zapisałam pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: A u t e n t y c z n i. Nie wiedziałam jeszcze do końca, co to może znaczyć, ale byłam pewna, że ci ludzie żyją i kochają naprawdę – całym swoim sercem.

Miałam mnóstwo pytań dotyczących Autentyczności. Co tak naprawdę cenią jej wyznawcy? Skąd się bierze ich psychiczna odporność? Czym się najbardziej przejmują i jak rozwiązują swoje problemy? Czy można stworzyć życie Autentyczne? W jaki sposób możemy odnaleźć to, czego potrzebujemy w życiu? Co nam w tym przeszkadza?

Kiedy zaczęłam analizować te relacje i szukać w nich stałych elementów, dotarło do mnie, że zasadniczo można je sklasyfikować na dwa sposoby. Aby uprościć sprawę, nazwałam je: „powinniśmy” i „nie możemy”. W pierwszej kolumnie pojawiały się słowa, takie jak: poczucie własnej wartości, odpoczynek, zabawa, zaufanie, wiara, intuicja, nadzieja, prawdziwość, miłość, poczucie przynależności, radość, wdzięczność i kreatywność. W drugiej było pełno określeń typu: perfekcjonizm, zobojętnienie, pewność, wyczerpanie, samowystarczalność, bycie „fajnym”, dopasowywanie się, osądzanie i sarkazm.

Gdy odsunęłam się od tablicy, na której umieściłam obie kolumny, zatkało mnie. Był to dla mnie prawdziwy szok. Pamiętam, że zaczęłam mamrotać: „Nie, nie, to niemożliwe”.

Mimo że sama to wszystko napisałam, widok obu list wprawił mnie w osłupienie. Kiedy notuję dane, jestem zwykle w naukowym nastroju i koncentruję się przede wszystkim na tym, by jak najwierniej oddać intencje moich rozmówców. Nie myślę o tym, jak sama bym coś ujęła, ale co powiedzieli badani. Nie zastanawiam się nad tym, co oznaczałoby dla mnie określone doświadczenie, bo chodzi o to, co znaczyło ono dla moich interlokutorów.

Siedziałam na czerwonym krześle w jadalni i bardzo długo patrzyłam na obie listy. Mój wzrok wędrował z dołu do góry i na odwrót, a także na ukos. Pamiętam też, że w którymś momencie zasłoniłam sobie usta, a w moich oczach pojawiły się łzy, jakbym przed chwilą usłyszała jakąś złą wiadomość.

Bo tak naprawdę była to zła wiadomość. Wydawało mi się, że w wyniku badań dojdę do tego, że ludzie Autentyczni nie różnią się specjalnie ode mnie i robią to co ja: ciężko pracują, przestrzegają przepisów, doskonalą swoje umiejętności, starają się poznać siebie, wychować dzieci w zgodzie z zaleceniami podręczników…

Po tym, jak przez dziesięć lat zajmowałam się tak trudnym tematem jak wstyd, naprawdę potrzebowałam potwierdzenia, że żyję „tak, jak trzeba”.

Oto jednak gorzka lekcja, którą wyniosłam z tej lektury:

To, na ile siebie znamy i rozumiemy, jest bardzo ważne, ale tak naprawdę, by móc żyć Autentycznie, musimy przede wszystkim siebie pokochać. I to właśnie jest najważniejsze.

Warto starać się dowiedzieć jak najwięcej na swój temat, ale tylko wtedy, gdy potrafimy być przy tym dla siebie dobrzy. Autentyczność polega nie tylko na zdobywaniu wiedzy i siły, ale też na akceptacji własnej słabości i wrażliwości.

Jednak najbardziej bolesne okazało się odkrycie, że nie możemy przekazać naszym dzieciom czegoś, czego sami nie mamy. Tak wynikało z zebranych przeze mnie danych. Zatem znacznie ważniejsze jest to, czy sami żyjemy i kochamy Autentycznie, a nie wszystkie porady, jakie możemy znaleźć w różnych podręcznikach.

Aby móc dobrze przeżyć życie, potrzebujemy zarówno głowy, jak i serca, i kiedy tak siedziałam przed umieszczoną na tablicy kartką w ten ponury listopadowy dzień, pojęłam, że mam niedobory, jeśli chodzi o to drugie.

Wreszcie wstałam, wzięłam ze stołu pisak, podkreśliłam kolumnę z nagłówkiem „nie możemy” i napisałam „ja”. Ta lista stanowiła doskonałą charakterystykę wszystkich moich wysiłków.

Założyłam ręce na piersi i opadłam na krzesło, pogrążona w czarnych myślach: „No fajnie! Żyję w najgorszy możliwy sposób”.

Chodziłam po domu jakieś dwadzieścia minut, starając się zapomnieć o tym wszystkim, co zobaczyłam, ale wciąż miałam przed oczami te słowa. Nie mogłam odwrócić biegu czasu, zdjęłam więc kartkę z napisem „nie możemy” z tablicy i umieściłam w plastikowym pojemniku pod moim łóżkiem, tuż obok papieru do pakowania bożonarodzeniowych prezentów. Miałam jej stamtąd nie wyjmować aż do marca 2008 roku.

Następnie znalazłam naprawdę dobrą terapeutkę i rozpoczęłam pracę, która miała już na zawsze zmienić moje życie. Do tej pory śmiejemy się z Dianą na wspomnienie mojej pierwszej wizyty. Diana, która zajmuje się między innymi terapią innych terapeutów, zaczęła od pytania: „Co się dzieje?”. Wyjęłam listę z napisem „powinniśmy” i powiedziałam rzeczowo: „Potrzebuję więcej z tego w moim życiu. Przydadzą się rady i określone sposoby postępowania. Nic głębokiego. Tylko żadnych bzdur o dzieciństwie czy coś w tym rodzaju”.

Był to trudny rok. Na moim blogu piszę o nim jako o roku Załamania Duchowego Przebudzenia. Miałam wrażenie, że jest to wręcz podręcznikowy przykład załamania, ale Diana nazywała to duchowym przebudzeniem. Podejrzewam, że obie miałyśmy rację, i wydaje mi się, że nie można osiągnąć jednego bez drugiego.

Oczywiście to nie przypadek, że to wszystko wydarzyło się w listopadzie 2006 roku. Układ gwiazd sprzyjał upadkowi: zaczęłam właśnie dietę bez mąki i cukru, zbliżały się moje urodziny (które zawsze wprawiały mnie w pełen zadumy nastrój), czułam się wypalona zawodowo i dopadł mnie właśnie r o z ł a m wieku średniego.

To nic, że wielu używa tu słowa „kryzys”; tak naprawdę chodzi mi o rozłam, kiedy to coraz bardziej chcemy żyć zgodnie ze swymi upodobaniami, a nie czyimiś oczekiwaniami. Jest to czas, kiedy wszechświat mówi nam, byśmy dali sobie spokój z tym, kim powinniśmy zostać, i pogodzili się z tym, kim naprawdę jesteśmy.

Wiek średni to okres przełomu, ale w naszym życiu są też inne wydarzenia o podobnym charakterze:

małżeństwo

rozwód

narodziny dziecka

dochodzenie do siebie po chorobie

przeprowadzka

odejście dzieci

emerytura

strata bliskiej osoby lub inne traumatyczne przeżycie

praca, która odbiera nam siły witalne

Świat nie szczędzi nam różnego rodzaju pobudek, tyle że my zbyt często je ignorujemy.

Jak się okazało, praca, którą miałam wykonać, była nieprzyjemna i musiałam w niej dotrzeć do najgłębszych pokładów mojej świadomości. Brnęłam przez nią zupełnie wyczerpana, aż któregoś dnia, wciąż ze śladami błota na całym ciele, zrozumiałam, że czuję się inaczej. „O Boże – westchnęłam – jestem taka radosna, taka prawdziwa. Wciąż się boję, ale mam wrażenie, że jestem odważna. Czuję tę zmianę w kościach”.

Stałam się zdrowsza, bardziej radosna i wdzięczna niż kiedykolwiek. Byłam też spokojniejsza i bardziej zakorzeniona, a także mniej się niepokoiłam. Powróciłam do twórczego życia i odnowiłam więzi z rodziną i przyjaciółmi, i przede wszystkim po raz pierwszy w życiu czułam się dobrze sama ze sobą.

Nauczyłam się tego, że powinnam bardziej się przejmować tym, co sama czuję, a mniej tym, co pomyślą ludzie. Wyznaczałam nowe granice i przestałam się tak bardzo starać, by się przypodobać innym, udawać i doprowadzać wszystko do perfekcji. Zaczęłam częściej mówić: „nie” zamiast: „jasne” (by później się wściekać w duchu). Mówiłam też: „tak, do cholery” zamiast: „bardzo bym chciała, ale mam mnóstwo roboty” albo: „zrobię to, gdy _____ (trochę schudnę/będę mniej zajęta/lepiej się przygotuję)”.

Kiedy wraz z Dianą odbywałam moją podróż w Autentyczność, przeczytałam około czterdziestu książek, w tym wszystkie pamiętniki na temat duchowego przebudzenia, jakie tylko mogłam dostać. Były one niezwykle użyteczne, ale wciąż brakowało mi takiego, który mógłby stanowić przewodnik po tym świecie, a także oferowałby inspiracje i materiały do przemyśleń.

W końcu pewnego dnia, kiedy popatrzyłam na stos książek leżących niepewnie na mojej szafce, zrozumiałam, że sama chcę napisać taki pamiętnik! Opowiem w nim, jak cyniczna, sprytna psycholożka sama popadła w stereotypy, które latami wyśmiewała. Pokażę, jak powoli doszłam do siebie i stałam się dbającą o zdrowie, wrażliwą poszukiwaczką duchowości w średnim wieku, która może całymi dniami kontemplować takie pojęcia, jak łaska, miłość, kreatywność, prawdziwość, i potrafi być przy tym naprawdę szczęśliwa. Nazwę to Autentycznością.

Pamiętam też, że pomyślałam: „Zanim napiszę pamiętnik, muszę wykorzystać swoje badania, by stworzyć przewodnik po życiu Autentycznym!”. Do połowy 2008 roku moje notatki i dane wypełniły trzy duże pojemniki. Prowadziłam przecież bardzo długie i żmudne analizy. Miałam wszystko, czego mi było trzeba, w dodatku naprawdę bardzo pragnęłam napisać książkę, którą trzymacie państwo w rękach.

Tego pamiętnego listopadowego dnia, kiedy nagle zobaczyłam obie listy i zrozumiałam, że nie żyję i nie kocham Autentycznie, nie byłam do końca przekonana do idei zmiany. Sama lista nie wydawała mi się dostatecznie przekonująca. Musiałam kopać znacznie głębiej w pokładach mojej świadomości i dokonać ś w i a d o m e g o   w y b o r u, by uwierzyć, że mogę żyć inaczej. Wiele pytań, łez, a także szczęśliwych chwil pomogło mi pojąć wiele rzeczy.

Teraz rozumiem, że tworzenie własnej historii i polubienie siebie wymaga wielkiej odwagi.

Rozumiem, że dbanie o życie Autentyczne nie przypomina dotarcia do jakiegoś miejsca przeznaczenia. Przypomina raczej wędrówkę ku gwieździe na niebie. Bo chociaż nigdy do niej nie dotrzemy, to wiemy, że idziemy we właściwym kierunku.

Rozumiem, że dary, takie jak odwaga, współczucie czy poczucie wspólnoty, mają wartość tylko wtedy, kiedy czyni się z nich użytek. I to codziennie.

Rozumiem, że zadania związane z dbaniem o różne rzeczy i odpuszczaniem sobie, gdy zachodzi taka konieczność – które pojawiają się w dziesięciu wskazówkach dotyczących życia Autentycznego – nie nadają się do tego, by je umieścić na liście rzeczy do zrobienia. Nie jest to coś, co możemy osiągnąć lub zdobyć, a następnie wykreślić z tej listy. Jest to praca na całe życie. Duchowe posłannictwo.

Jeśli chodzi o mnie samą – uwierzyłam, kiedy zobaczyłam. Moja wiara wynikała z tego, że przekonałam się, iż możemy naprawdę zmienić samych siebie, nasze rodziny i społeczności. Musimy tylko znaleźć w sobie tyle odwagi, by zacząć żyć i kochać naprawdę Autentycznie – pełnią naszych serc. Będę zaszczycona, jeśli zechcą mi państwo towarzyszyć w tej podróży.

Brené Brown, Connections: A 12-Session Psychoeducational ShameResilience Curriculum, Minnesota 2009; Brené Brown, I Thought It Was Just Me (but it isn’t): Telling the Truth about Perfectionism, Inadequacy, and Power, Nowy Jork 2007; Brené Brown, Shame Resilience Theory, w: Contemporary Human Behavior Theory: A Critical Perspective for Social Work, red. Susan P. Robbins, Pranab Cha‡ erjee i Edward R. Canda, Boston 2007; Brené Brown, Shame Resilience Theory: A Grounded Theory Study on Women and Shame, w: „Families in Society” 87 nr 1 (2006), s. 43–52. [wróć]

Podziękowania

Podziękowania ●●●

Pragnę złożyć wyrazy najszczerszej wdzięczności następującym osobom:

Patricii Broat, Karen Casey, Karen Chernyaev, Kate Croteau, April Dahl, Rondzie Dearing, Sidowi Farrarowi, Margaricie Flores, Karen Holmes, Charlesowi Kileyowi, Polly Koch, Shawn Ostrowski, Cole Schweikhardt, Joanie Shoemaker, Dave’owi Spohnowi, Dianie Storms, Ashley Thill, Alison Vandenberg, Yolandzie Villarreal, Jo-Lynne Worley, najbliższym przyjaciołom, rodzinie i tym wszystkim, którzy niezmiennie darzą mnie sympatią.

Życie Autentyczne

Życie Autentyczne ●●●

Życie Autentyczne oznacza pełne i szczere zaangażowanie się w nasze życie z poczuciem własnej wartości. Jest to również pielęgnowanie takich cech, jak odwaga, współczucie i tworzenie więzi, tak byśmy budząc się rano, mogli pomyśleć: „Niezależnie od tego, co udało mi się zrobić, a czego nie udało, to jednak się sprawdziłem/am”, a kładąc się wieczorem: „Tak, jestem niedoskonały/a, mało odporny/a i czasami się boję, ale nie zmienia to faktu, że jestem jednocześnie dzielny/a i godny/a miłości oraz poczucia przynależności”.

PODRÓŻ

Życie Autentyczne nie jest jednorazowym wyborem. Jest ono procesem, a w zasadzie najchętniej określiłabym je jako życiową podróż. Chciałabym, by czytelnicy zrozumieli, że mogą świadomie i celowo wybierać w całej gamie możliwości prowadzących do takiego życia. Pragnę podzielić się z nimi tym wszystkim, czego dowiedziałam się od naprawdę wielu osób, które potrafią żyć i kochać Autentycznie i z całego serca.

Zanim jednak wyruszymy w podróż, warto zastanowić się, co powinniśmy ze sobą zabrać. Czego potrzebujemy, by móc ją przeżyć jak najpełniej i najszczerzej? Jak pogodzić się z własną niedoskonałością? Jak troszczyć się o to, co nam pomaga, a odpuścić sobie to, co trzyma nas w miejscu? Odpowiedź na te wszystkie pytania to odwaga, współczucie i tworzenie więzi – to są właśnie te pomoce, których potrzebujemy w naszej podróży.

Jeśli ktoś pomyśli sobie: „Świetnie, więc muszę być superbohaterem, by móc walczyć z doskonałością”, doskonale to zrozumiem. Odwaga, współczucie i tworzenie więzi to przecież tak wielkie słowa… Jednak w życiu codziennym sprowadzają się one do zwykłych rzeczy. Ale jeśli będziemy systematycznie je ćwiczyć, mogą nam dać naprawdę wiele. Co ważne, to właśnie nasze słabości pozwalają na to, by móc korzystać z tych cudownych narzędzi. Ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, co wiąże się z tym wspaniałym brakiem doskonałości, musimy pomagać sobie właśnie w ten sposób. Dzięki temu odwaga, współczucie i tworzenie więzi stają się darami – darami niedoskonałości.

A oto, co można znaleźć w tej książce. W pierwszym rozdziale mówię o tym, czego dowiedziałam się na temat odwagi, współczucia i tworzenia więzi, oraz jak to się dzieje, że są one najlepszymi narzędziami, by móc rozwijać to, co w nas najlepsze.

Kiedy już wyjaśnimy sobie, z czego możemy korzystać, w następnym rozdziale przejdziemy do sedna sprawy, a mianowicie: miłości, poczucia przynależności i pełnego życia. Postaram się też odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania, z jakimi zetknęłam się w mojej pracy: Czym jest miłość? Czy można kogoś kochać i go zdradzić? Dlaczego nasza ciągła potrzeba dopasowywania się nie służy prawdziwemu poczuciu przynależności? Czy możemy kochać bliskie nam osoby – partnerów, dzieci – bardziej niż samych siebie? Jak zdefiniujemy szczere i pełne życie i dlaczego tak często staramy się je złapać za ogon zamiast po prostu w nie uwierzyć?

Jeśli wyruszamy w podróż, możemy się zwykle spodziewać trudności, i życie Autentyczne nie jest tu wyjątkiem. Zatem w kolejnych rozdziałach omówię największe przeszkody, jakie stoją na drodze tych, którzy chcą żyć w zgodzie ze swoim sercem, a także opowiem o tym, jak można je pokonać i uodpornić się na wszelkie przeciwności.

Następnie zajmiemy się dziesięcioma wskazówkami dotyczącymi życia Autentycznego, codziennymi ćwiczeniami, które pozwalają nie zbaczać z tej drogi. Każda sugestia zajmuje oddzielny rozdział, a ilustrują je różnego rodzaju opowieści, definicje i cytaty oraz pomysły na to, jak wzbogacić nasze życie.

DEFINICJE

W tej książce można znaleźć dużo wielkich słów, takich jak miłość, poczucie przynależności czy prawdziwość. Dlatego uważam za niezwykle ważne to, by zdefiniować te nie do końca jasne pojęcia, z których tak często korzystamy w naszym codziennym życiu. Dobre definicje zaś powinny być zrozumiałe i dawać bodziec do dalszych działań. Starałam się więc tak opisywać te terminy, by można je było uchwycić i dokładnie zbadać. Kiedy zgłębimy słowa, które dodają nam otuchy, i spróbujemy zrozumieć, co z naszych codziennych zmagań i doświadczeń dodaje autentyczności życiu Autentycznemu, zrozumiemy też, jak różne osoby określają pojęcia, które stoją za ich działaniami, wierzeniami i emocjami.

Na przykład, gdy osoby biorące udział w badaniach mówiły o miłości, starałam się ją opisywać zgodnie z ich odczuciami. Czasami wymagało to tworzenia zupełnie nowych formuł (tak w wypadku miłości, jak i wielu innych pojęć). Zdarzało się też, że kiedy zaczynałam przeglądać literaturę przedmiotu, znajdowałam właśnie to, czego potrzebowałam. Dobrym przykładem jest tu pojęcie zabawy. Zabawa stanowi istotną część życia Autentycznego, a kiedy sprawdzałam, co napisano na jej temat, odkryłam znakomitą pracę doktora Stuarta Browna1. Dlatego zamiast tworzyć własne definicje, odwołałam się do jego, gdyż doskonale odzwierciedlały to, czego dowiedziałam się z badań.

Zdaję sobie sprawę z tego, że wszelkie definicje są kontrowersyjne i budzą sprzeciw, ale wypada mi się z tym tylko pogodzić. Wolę, żebyśmy nawet się kłócili na temat znaczenia ważnych słów, niż w ogóle o nich nie mówili. Musimy szukać wspólnego języka, który pomoże nam zdobyć świadomość i zrozumienie, niezbędne w życiu Autentycznym.

POZYTYWNY ODZEW

Na początku 2008 roku, kiedy dopiero zaczynałam pisać bloga, wspomniałam o moim zepsutym systemie „pozytywnego reagowania”. Wiecie państwo, na czym on polega, prawda? To system, dzięki któremu mimo potwornego zmęczenia możemy raz jeszcze wstać w nocy, po raz kolejny załadować pralkę tym, co zostało po biegunce czy ulewaniu naszego dziecka, zdążyć na kolejny samolot, oddzwonić do znajomych albo po prostu nie schować się pod kołdrą w nadziei, że dadzą nam spokój.

System pozytywnego reagowania to nasza tajemna broń w walce z wyczerpaniem, nadmiarem pracy i brakiem czasu.

Na blogu wyjaśniałam, jak to się stało, że zdecydowałam się nie naprawiać tego systemu. Obiecałam sobie, że kiedy będę emocjonalnie, fizycznie i duchowo wykończona, spróbuję zwolnić, a nie zaciskać zęby i działać pod presją.

Przez jakiś czas się to sprawdzało, ale brakowało mi tego systemu. Chciałam mieć coś, na czym mogłabym się oprzeć w chwilach słabości. Potrzebowałam narzędzia, które pozwoliłoby mi wydobyć się z kryzysu. Sprawdziłam więc wyniki swoich badań z nadzieją, że znajdę w nich coś, co w większym stopniu będzie się zgadzało z ideą życia Autentycznego. Może jest jednak coś lepszego niż zaciskanie zębów?

Okazało się, że osoby, które żyją Autentycznie, też mają system pozytywnego reagowania, ale polega on na czymś innym. Kiedy są wyczerpane i przybite, robią bowiem coś zupełnie odmiennego:

Modlą się, medytują lub po prostu myślą o swoich intencjach i zachowaniach.

Określają nowe, inspirujące cele.

Cenią szybkie, celowe działania.

Od kiedy dokonałam tego odkrycia, mój system pozytywnego reagowania nabrał MOC-y. Osiągałam zadziwiające wyniki. Ostatnio zdarzyło mi się skorzystać z niego, kiedy zaczęłam zbyt dużo przesiadywać w internecie. Zamiast pracować, pogrążałam się w bezmyślnym graniu na Facebooku i zabawach z komputerem. Nie było to ani odprężające, ani pożyteczne, a w dodatku wysysało ze mnie całą energię.

Spróbowałam więc strategii MOC-y: starałam się przemyśleć problem, określić cele i podjąć działania. Powiedziałam sobie, że jeśli uznam te zabawy za ciekawe i pożyteczne, to mogę dalej siedzieć i gapić się w ekran, a jeśli nie, to powinnam poszukać innej rozrywki. I to szybko. Zaraz też zamknęłam laptopa, odmówiłam krótką modlitwę, by nie zapomnieć, że mam traktować siebie łagodnie, a następnie obejrzałam film, który już od miesiąca leżał na moim biurku. Właśnie tego potrzebowałam.

Nie był to stary system pozytywnego reagowania, kiedy to zmuszałam się, by coś osiągnąć. Udało mi się raczej odzyskać siły dzięki modlitwie, określeniu swoich celów i działaniu.

Przy każdej ze wskazówek dotyczącej życia Autentycznego czytelnicy znajdą porady odnośnie do strategii MOC-y, tak by mogli przemyśleć swoje zachowania i móc w nich coś ewentualnie zmienić. Podzielę się też swoimi związanymi z tym strategiami, ale będę zachęcała do tworzenia własnych. Zapewniam, że są one znacznie bardziej efektywne niż dawne „zaciskanie zębów”.

CO PRAGNĘ OSIĄGNĄĆ

Prezentuję w tej książce ważne sprawy związane z łagodnym traktowaniem samego siebie, pogodzeniem się z rzeczywistością i wdzięcznością, zdając sobie sprawę z tego, że nie jestem ani najinteligentniejszą badaczką, ani też najlepszą pisarką. Jednak jako pierwsza potrafię opisać wymienione kwestie zarówno oddzielnie, jak i razem w kontekście życia Autentycznego. I, co być może ważniejsze, z całą pewnością jestem pierwszą osobą, która latami badała pojęcia wstydu i strachu, aby w końcu zająć się czymś bardziej pozytywnym.

Wiele razy chciałam zrezygnować z badań na temat wstydu. Tak trudno zajmować się czymś, o czym ludzie w ogóle nie chcą mówić. Parę razy zdarzyło mi się dosłownie podnieść ręce do góry i powiedzieć: „Poddaję się! Nie dam rady. Przecież jest tyle fajniejszych tematów”. To nie ja wybrałam te badania, ale one mnie.

Teraz już wiem, dlaczego tak się stało. Właśnie tego potrzebowałam – zarówno na gruncie zawodowym, jak i osobistym – by móc się zająć życiem Autentycznym. Możemy do znudzenia mówić o miłości, odwadze i współczuciu, ale niczego nie uda nam się zmienić, jeśli nie porozmawiamy naprawdę szczerze o tym, co im przeszkadza. Naprawdę nigdy niczego nie zmienimy.

Odwaga to wspaniałe pojęcie, ale jeśli chcemy potraktować ją poważnie, musimy przestać się przejmować tym, co powiedzą o nas inni, a dla wielu z nas jest to przerażająca perspektywa. Wszyscy chcemy być pełni współczucia, ale czy równie chętnie rozmawiamy o określaniu jego granic i głośnym mówieniu: „Nie!”? Zwłaszcza jeśli ktoś może poczuć się tym dotknięty?… Poczucie przynależności to jeden z ważniejszych składników życia Autentycznego, ale najpierw musimy zaakceptować samych siebie – co już wiąże się z poważnymi trudnościami.

Zanim zabiorę się do pracy, zawsze stawiam sobie pytanie: Dlaczego warto napisać tę książkę? Co dzięki niej uda mi się osiągnąć? O dziwo, mój najcenniejszy wkład w dyskusję na temat miłości, poczucia przynależności i pełnego życia pochodzi z badań nad wstydem.

To, że zabrałam się do pisania ze świadomością, jak paraliżuje nas strach, a nasze obawy sprawiają, że wydajemy się sobie mali i nieważni, pozwoliło mi zrobić coś więcej, niż tylko zaprezentować szczytne ideały. Ta perspektywa sprawia, że mogę przedstawić prawdziwe sposoby na to, jak zmienić nasze życie. Jeśli chcemy wiedzieć, dlaczego tak bardzo boimy się odsłonić przed innymi, musimy zrozumieć siłę wstydu i strachu. A jeśli nie stawimy czoła postawom typu „nigdy nie będę jak…” albo „kim ja właściwie jestem?”, nigdy nie wyrwiemy się z ich kręgu.

Szkoda tylko, że w tamtych żałosnych latach, gdy zajmowałam się pojęciem wstydu, nie wiedziałam tego, co wiem teraz. Gdybym mogła przenieść się w czasie, szepnęłabym sobie do ucha to, od czego rozpoczęłam tę podróż:

Tworzenie własnej historii może być trudnym zadaniem, ale i tak jest to łatwiejsze niż ciągła ucieczka. Uznanie własnej słabości jest ryzykowne, ale mniej niebezpieczne niż wyrzeczenie się miłości, poczucia przynależności i radości – tych doświadczeń, które sprawiają, że jesteśmy bardziej podatni na ciosy. Tylko jeśli wystarcza nam odwagi, by zbadać ciemność, potrafimy odkryć nieskończoną moc światła.

Odwaga, współczucie i tworzenie więzi – trzy dary niedoskonałości

Odwaga, współczucie i tworzenie więzi – trzy dary niedoskonałości ●●●

Ćwiczenie naszej odwagi, współczucia i umiejętności tworzenia więzi pozwala nam żyć pełnią życia. Najważniejsze jest właśnie ćwiczenie. Mary Daly, teolożka, tak pisze na ten temat: „Odwaga jest umiejętnością, czymś, co się tworzy jako cnota. Nie istnieje sama w sobie, ale poprzez akty odwagi. Tak jak uczymy się pływać, pływając, tak odwagi uczymy się poprzez jej praktykowanie”. To samo dotyczy współczucia i tworzenia więzi. Współczucie pojawia się w naszym życiu, kiedy traktujemy łagodnie innych albo samych siebie. A więzi z innymi powstają tylko wówczas, kiedy je stworzymy.

Zanim przejdę do zdefiniowania i opisu tych pojęć, chciałabym pokazać, jak wyglądają w naszych codziennych życiowych doświadczeniach. Zacznę od osobistej opowieści o odwadze, by wyjść do innych, współczuciu, wynikającym z faktu, że przeżyło się coś podobnego, i więziach, które są niezbędne do pełnego życia.

WSTYDLIWA HISTORIA O SZERYFIE DO WYNAJĘCIA

Nie tak dawno dyrektorka pewnej dużej szkoły podstawowej oraz przewodnicząca rady rodziców i nauczycieli (PTO) poprosiły mnie o wygłoszenie pogadanki na temat związków między odpornością i ograniczeniami. Na sali mieli być rodzice. Zbierałam właśnie dane na temat Autentycznego wychowywania dzieci w szkołach, więc ucieszyłam się z tego zaproszenia. Sama nie wiedziałam, w co się pakuję.

Jak tylko weszłam na salę, wyczułam dziwny chłód, którym wionęło od zgromadzonych. Wszyscy byli też pobudzeni. Spytałam o to dyrektorkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami i przeszła nieco dalej. Przewodnicząca PTO też nie miała na ten temat zbyt wiele do powiedzenia. Pomyślałam, że to dlatego, iż jestem zdenerwowana, i próbowałam o tym zapomnieć.

Siedziałam akurat gdzieś z przodu, kiedy dyrektorka zaczęła mówić o mnie. Było to bardzo dziwne przeżycie. Wyliczała moje zasługi, a ja czułam, że za chwilę zwymiotuję albo ucieknę z sali. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego.

Dyrektorka mówiła na przykład: „Być może nie spodoba się państwu to, co za chwilę usłyszycie, ale powinniśmy pozostać na miejscach ze względu na nasze dzieci. Doktor Brown ma zmienić naszą szkołę i nasze życie! Powie nam, co mamy robić, niezależnie od tego, czy się to nam spodoba”.

Ton jej głosu był podniesiony i pełen agresji, kobieta sprawiała przez to wrażenie potwornie wkurzonej. Czułam się tak, jakbym miała wziąć udział w jakimś pojedynku pięściarskim. Brakowało tylko głośnej muzyki i świateł stroboskopowych.

Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że powinnam była wejść na mównicę i oświadczyć: „Czuję się naprawdę nieswojo. Jest mi miło, że państwo mnie zaprosili, ale nie mam zamiaru mówić, co macie państwo robić. Nie chcę też, żeby ktokolwiek pomyślał, że jedna pogadanka może nagle zmienić szkołę. Naprawdę nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi”.

Jednak zachowałam się inaczej i zaczęłam niepewnie wykład, podkreślając, że jestem co prawda badaczką, ale też wychowującą dzieci matką. Kości zostały rzucone. Moja publiczność nie była do mnie dobrze nastawiona. Czułam na sobie jej zły wzrok.

Pewien mężczyzna, który siedział w pierwszym rzędzie, założył ręce na piersi, a w dodatku tak mocno zacisnął szczęki, że aż mu wyszły żyły na szyi. Co parę minut poprawiał się na krześle, przewracał oczami i wzdychał bardzo głośno. Nigdy nie słyszałam, by ktoś tak głośno wzdychał. To zachowanie spotkało się z dezaprobatą siedzących obok osób. Nie zmieniło to ich złego nastawienia do mnie, ale przy okazji były też zażenowane z jego powodu.

Jako doświadczona nauczycielka i liderka grupy wiem, jak się zachować w takich sytuacjach, i zwykle przychodzi mi to bez trudu. Jeśli ktoś nam przeszkadza, mamy dwa wyjścia: możemy go zignorować lub zarządzić przerwę, by porozmawiać z taką osobą na osobności na temat jej nieodpowiedniego zachowania. Ale byłam wtedy tak wytrącona z równowagi, że zrobiłam najgorszą możliwą rzecz – próbowałam mu zaimponować.

Zaczęłam mówić głośniej i z większym ożywieniem. Przytaczałam dane statystyczne, które zwykle odstraszają publiczność. Przestałam zachowywać się naturalnie i sprawiałam takie wrażenie, że albo wszyscy mnie posłuchają, albo ich dzieci przestaną chodzić do szkoły, zaczną ćpać i słuchać rock and rolla.

I nic. Żadnego pozytywnego odzewu.

Nikt nawet nie skinął głową. Nikt się nie uśmiechnął. Zdołałam jedynie przestraszyć dwustu pięćdziesięciu już wkurzonych rodziców. To była prawdziwa katastrofa. Próby zmuszenia do współpracy czy choćby przekonania do siebie ludzi takich jak ten mężczyzna zawsze kończą się niepowodzeniem, gdyż przestajemy być autentyczni, szukając poklasku. Przestajemy wierzyć we własną wartość i szukamy jej w cudzych oczach. A ja tak bardzo chciałam się sprawdzić!

Jak tylko skończyłam wykład, złapałam torebkę i niemal pobiegłam do samochodu. Kiedy wyjeżdżałam z parkingu, poczułam, że coraz bardziej pali mnie twarz. Byłam zagubiona, serce waliło mi jak młotem. Próbowałam zapomnieć o tym, co się stało, ale bezskutecznie. Czekał mnie poważny atak wstydu.

Kiedy zaczynam się wstydzić, trudno mi zachować właściwy dystans do całej sprawy czy też dobrze o sobie myśleć. Od razu też zaczęłam czynić sobie wyrzuty: „O Boże, zachowałam się jak prawdziwa idiotka. Dlaczego?”.

Najfajniejszą rzeczą wynikającą z mojej pracy i badań jest to, że potrafię od razu rozpoznać uczucie wstydu. Przede wszystkim, pamiętam o fizycznych symptomach: suchości w ustach, spowolnionym odczuciu czasu, wrażeniu, jakbym znalazła się w tunelu, płonącej twarzy i bijącym sercu. Pamiętam też, jak poważnym ostrzeżeniem jest ciągłe odtwarzanie w głowie w zwolnionym tempie tego, co się stało.

Wiem również, że najlepsza rzecz, jaką można wówczas zrobić, przeczy naszej intuicji. Chodzi o to, by zdobyć się na odwagę i poszukać pomocy na zewnątrz. Musimy sami stworzyć opowieść o tym, czego doświadczyliśmy, i podzielić się nią z kimś, kto na to zasługuje i odpowie współczuciem. Potrzebujemy odwagi, współczucia i więzi z innymi. I to najszybciej, jak to tylko możliwe.

Wstyd zmniejsza się, gdy opowiadamy innym naszą historię. Kurczy się i maleje wraz z każdym wypowiedzianym słowem, aż w końcu znika. Rośnie natomiast, gdy trzymamy wszystko w sekrecie. Najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest ukrycie lub wyparcie jakiejś wstydliwej historii. Gdy tak się stanie, wstyd zaczyna dawać przerzuty. Pamiętam, jak powiedziałam wtedy sama do siebie: „Muszę być dzielna i JAK NAJSZYBCIEJ z kimś porozmawiać”.

Jednak nie jest to takie proste, gdyż musimy znaleźć odpowiednią osobę. Mam wiele przyjaciółek, ale tylko niektóre posiadają w sobie tyle współczucia, by pomóc mi w wyrwaniu się z czeluści wstydu.

Jeśli podzielimy się naszą opowieścią z kimś niewłaściwym, może to jeszcze zwiększyć nasze zagrożenie. W takiej sytuacji potrzebujemy kogoś, komu naprawdę ufamy. Taka osoba musi też być silna i pewna niczym dobrze zakorzenione drzewo. Inaczej może nas czekać jeden z następujących scenariuszy:

Przyjaciółka, która nas wysłucha, sama poczuje się zawstydzona. Zaraz też powie, jak fatalnie się z tym czuje i że nie wyobraża sobie siebie w takiej sytuacji. Po chwili niezręcznego milczenia to my sami będziemy musieli zacząć ją pocieszać.

Przyjaciółka, która zareaguje współczuciem („Tak mi przykro”), a nie empatią („Tak, wiem o co ci chodzi. Sama przez coś takiego przeszłam”). Jednak najgorsze są stwierdzenia w rodzaju: „Moje biedactwo” czy „Och, moja głupiutka”, które mogą nas wpędzić w jeszcze gorszy wstyd.

Przyjaciółka, która chce w nas widzieć ideał i nie może się powstrzymać, by nie powiedzieć nam, jak bardzo czuje się rozczarowana. Nasza niedoskonałość sprawiła, że jest z nas niezadowolona.

Przyjaciółka, która czuje się tak niezręcznie w tej sytuacji, że zaczyna nas łajać za naszą słabość: „Jak mogłaś do tego dopuścić? Co w ogóle sobie myślałaś?”. Albo też szuka kogoś, na kogo mogłaby zwalić winę: „Co to za facet? Już my mu pokażemy!”.

Przyjaciółka, która chce coś zaradzić w tej sytuacji i ponieważ sama czuje się niezręcznie, nie chce przyjąć do wiadomości, że popełniliśmy fatalny błąd: „Przesadzasz. Na pewno nie było tak źle. Jesteś taka pewna siebie, taka doskonała. Wszyscy cię lubią”.

Przyjaciółka, która nie potrafi się znaleźć w tej sytuacji i próbuje nas przelicytować: „To jeszcze nic. Posłuchaj, co mnie się przytrafiło…”.

Oczywiście podobnie może się zachować każdy z nas, zwłaszcza jeśli ktoś opowie historię, która odwołuje się do czegoś, co sami przeżyliśmy. Jesteśmy przecież tylko niedoskonałymi i słabymi ludźmi. Tak trudno współczuć, jeżeli samemu ma się problemy z autentycznością czy poczuciem własnej wartości.

Zatem jeśli sami potrzebujemy prawdziwego współczucia, musimy znaleźć osobę o silnym charakterze, gotową nam pomóc, a także przekonaną, że na tę pomoc zasługujemy. Musimy znaleźć kogoś, kto zasługuje na to, by nas wysłuchać. Chodzi o to, by znaleźć odpowiednią osobę w odpowiedniej chwili i porozmawiać z nią o odpowiedniej sprawie.

Zadzwoniłam do siostry. Po wsparcie rodzeństwa zaczęłam dzwonić dopiero od mojego Załamania Duchowego Przebudzenia z 2007 roku. Jestem cztery lata starsza od brata i osiem od moich sióstr bliźniaczek. Wcześniej ugrzęzłam w schemacie starszej, mądrzejszej siostry (starałam się więc być doskonała, ale też pouczałam moje rodzeństwo).

Ashley zachowała się wspaniale. Słuchała mnie i naprawdę mi współczuła. Miała tyle odwagi, by przyznać się do własnych problemów z poczuciem wartości, więc czułam, że mnie rozumie. Potrafiła zareagować szczerością i empatią, gdy na przykład rzucała: „Wiem, jak ci trudno. Sama przez to przez to przechodziłam!”. Było to najlepsze, co mogłam usłyszeć, choć oczywiście nie musiałoby zadziałać w wypadku innych osób.

Ashley okazała się na tyle silna, że nie dała się porwać mojemu wstydowi. Nie była też na tyle usztywniona, by mnie osądzać i krytykować. Nie próbowała przemówić mi do rozumu czy mnie pocieszać. Po prostu słuchała i co jakiś czas z wielką odwagą wspominała o własnych słabościach.

Czułam się zupełnie odsłonięta, a jednocześnie kochana i akceptowana, a te trzy pojęcia definiują dla mnie współczucie. W dodatku, jak mówiłam, wstyd i strach znikają, kiedy ludzie potrafią stworzyć między sobą tak silną więź. Właśnie dlatego w naszej podróży ku Autentyczności tak bardzo potrzebujemy odwagi, współczucia i więzi. W dodatku to, że pokazałam drogiej mi osobie, że nie jestem doskonała, wzmocniło nasze relacje. Właśnie dlatego uważam odwagę, współczucie i nawiązywanie więzi za dary niedoskonałości. Kiedy jesteśmy niedoskonali, pokazujemy się od prawdziwej strony, a przez to możemy więcej osiągnąć.

I jeszcze ciąg dalszy historii z mojego wykładu, czy raczej meczu bokserskiego. Jakiś tydzień później dowiedziałam się, że szkoła miała problem z nadopiekuńczymi rodzicami, którzy wtrącali się do zajęć i tego, jak nauczyciele traktowali uczniów. Dyrektorka i przewodnicząca PTO zarządziły, że mój wykład będzie obowiązkowy, ale nic mi o tym nie powiedziały. Same natomiast poinformowały rodziców, że wyjaśnię, dlaczego powinni przestać mieszać się we wszystko. Miałam więc być ich najemnikiem, który będzie walczyć z rodzicami. Nie był to dobry pomysł. Nie jestem zwolenniczką zbyt dużej ingerencji w życie szkoły, ale też nie przepadam za walką z rodzicami. Jak na ironię, nie miałam pojęcia, po co mnie „wynajęto”, i nawet nie poruszyłam tego tematu w trakcie pogadanki.

Pamiętajmy o tej historii, kiedy będziemy przyglądać się poszczególnym składnikom życia Autentycznego oraz temu, jak się nawzajem wspomagają.

ODWAGA

Odwaga jest czymś niezwykle istotnym w moim życiu. Zwykle albo się o nią modlę, albo znajduję jej trochę w sobie, podziwiam u innych lub ją badam. Nie sądzę, bym była w tym osamotniona. Wszyscy chcą przecież być odważni.

Po rozmowach z różnymi osobami na temat prawdy w ich życiu – ich mocnych stron i tego, o co walczą – zrozumiałam, że odwaga jest najważniejszą cechą, którą posiadają wszyscy żyjący Autentycznie ludzie. I nie jest to jakaś nieokreślona odwaga, ale taka, którą nazwałabym codzienną. Zaraz wyjaśnię, co mam na myśli…

Angielskie słowo courage, czyli odwaga, pochodzi od łacińskiego cor, czyli sercep1. Kiedyś miało ono inne znaczenie niż obecnie i oznaczało „mówienie tego, co leży nam na sercu”. Zmieniało się to wraz z upływem czasu i obecnie odwaga kojarzy się bardziej z heroizmem. Heroizm jest ważny, bo cierpimy na chronicznych brak bohaterów, ale powinniśmy zarazem pamiętać, że należy mówić szczerze i otwarcie o tym, kim jesteśmy, co czujemy, a także o złych lub dobrych zdarzeniach, których doświadczyliśmy. Heroizm często wiąże się z narażaniem życia. Natomiast codzienna odwaga wiąże się z pokazywaniem, jak bardzo jesteśmy słabi. W dzisiejszym świecie to coś naprawdę niezwykłegop2.

Jeśli tylko zaczniemy na to zwracać uwagę, zobaczymy wokół siebie wiele odważnych zachowań. Na przykład w sytuacjach, kiedy prosimy kogoś o pomoc – tak jak w wypadku mnie i mojej siostry. Zobaczymy ją w szkołach, kiedy to uczniowie mają odwagę podnieść rękę i powiedzieć: „Przepraszam, pogubiłem się. Nie rozumiem tematu”. Nie macie państwo pojęcia, ile trzeba samozaparcia, by przyznać się do niewiedzy, zwłaszcza gdy wszyscy wokół sprawiają wrażenie, jakby się doskonale we wszystkim orientowali. Oczywiście kiedy mam zajęcia w gimnazjum i jakaś osoba przyznaje się, że czegoś nie rozumie, mogę śmiało założyć, że takich uczniów jest więcej. Boją się one o coś spytać, ale na pewno skorzystają dzięki odwadze innych.

Potrafiłam docenić odwagę mojej córki Ellen, która miała zostać na noc u koleżanki, ale zadzwoniła do mnie o wpół do jedenastej wieczorem z prośbą, żebym ją wzięła do domu. W samochodzie powiedziała: „Przepraszam, ale zabrakło mi odwagi. Strasznie tęskniłam za domem. Wszyscy zasnęli, a ja musiałam pójść do mamy Libby i ją obudzić”.

Zatrzymałam się na naszym podjeździe i przesiadłam się na tył, by mieć ją obok. Uściskałam córkę i powiedziałam: „Kochanie, poproszenie o to, czego nam trzeba, wymaga wielkiej odwagi. Sama spędziłam kilka strasznych nocy u koleżanek, bo bałam się to zrobić. Jestem z ciebie naprawdę dumna”.

Następnego ranka Ellen powiedziała: „Myślałam o tym, co powiedziałaś. Czy mogę znowu być odważna i poprosić o coś jeszcze?”. Odpowiedziałam uśmiechem. „W przyszłym tygodniu też mam zabawę z nocowaniem. Mogłabyś mnie odebrać wieczorem? Nie jestem na to wciąż gotowa”. Na tym polega ten rodzaj odwagi, z którego wszyscy powinniśmy częściej korzystać.

Dostrzegam ją też u siebie, kiedy odsłaniam się przed innymi, narażając się na kolejne rozczarowania. Przez wiele lat, jeśli czegoś bardzo pragnęłam – zaproszenia na ważną konferencję, awansu, wywiadu dla radia – udawałam, że wcale nie ma to znaczenia. Jeśli koleżanka czy znajoma pytała, czy się cieszę z jakiegoś wywiadu w telewizji, wzruszałam ramionami i mówiłam: „Sama nie wiem. W końcu to nic wielkiego”. A tak naprawdę strasznie mi na tym zależało.

Dopiero ostatnio przekonałam się, że takie wyciszanie emocji wcale nie zmniejsza rozczarowania. Ogranicza natomiast radość, kiedy jednak coś nam się uda. Poza tym izoluje nas od innych. Kiedy bowiem coś rzeczywiście nas ominie, nasi przyjaciele nie będą mieli okazji powiedzieć: „Bardzo mi przykro. Wiem, że na to czekałaś”.

Zatem jeśli teraz ktoś mnie pyta o jakieś nadchodzące wydarzenie, potrafię zdobyć się na większą odwagę i mówię: „Tak bardzo bym chciała to zrobić. Wiem, że nie powinnam zbyt wiele oczekiwać, ale naprawdę mam na to ogromną chęć”. A kiedy coś nie wyjdzie, mogę z całym spokojem zadzwonić do przyjaciółki i powiedzieć: „Pamiętasz to wydarzenie, o którym ci mówiłam? Niestety, nic z tego i trochę mi teraz smutno”.

Ostatnio miałam okazję zaobserwować inny przykład codziennej odwagi w przedszkolu mojego syna, gdzie zaproszono rodziców na koncert dzieci. Wiadomo na czym to polega – na scenie śpiewa dwadzieścioro pięcioro dzieciaków, a ich rodzice i często dziadkowie nagrywają występ na wideo. Niektórzy wyciągali też w górę aparaty fotograficzne i robili zdjęcia, żeby dzieci wiedziały, że są odpowiednio uwiecznione.

W całym tym zamieszaniu pewna nowa trzyletnia dziewczynka bez przerwy płakała, ponieważ z zaimprowizowanej sceny nie mogła dostrzec mamy. Jak się okazało, kobieta ta utknęła w korku i nie zdążyła na koncert. Kiedy się pojawiła, żegnałam się właśnie z Charliem. Zobaczyłam, jak wpadła do sali i omiotła pomieszczenie dzikim wzrokiem. Chciałam wstać i wskazać kąt, gdzie jedna z przedszkolanek pocieszała jej córkę, ale obok pojawiła się inna matka, która spojrzała krytycznie na nowo przybyłą, pokręciła głową i przewróciła oczami.

Wyprostowałam się, wzięłam głęboki oddech i przez moment walczyłam z chęcią, żeby pójść za tą zawsze punktualną panią i powiedzieć jej, co o niej myślę. W tym momencie do spóźnionej podeszły z uśmiechem dwie inne kobiety. Jedna z nich położyła dłoń na jej ramieniu i powiedziała: „Każdemu się może zdarzyć. Nie byłam na poprzednim koncercie córki, i to nie dlatego, że się spóźniłam, ale zupełnie o nim zapomniałam”. Spóźniona matka rozpogodziła się trochę, a druga z kobiet dodała: „Mój syn jako jedyny nie miał piżamy na Dzień Piżamowy. Do tej pory powtarza, że to było okropne. Ale jakoś się to ułoży. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku”.

Po chwili nowo przybyła była już całkiem spokojna. A z pewnością tego potrzebowała, kiedy córka rzuciła się jej w ramiona. Te kobiety, które opowiedziały jej swoje historie, wykazały prawdziwą odwagę. Dzięki nim zrozumiała, że nie jest sama w swojej niedoskonałości. Nie musiały tego robić. Równie dobrze mogły dołączyć do innych rodziców i udawać, że są doskonałe.

Jak pokazują te opowieści, odwaga jest zaraźliwa. Jeśli my sami ją wykażemy, ludzie wokół poczują się lepiej i sami będą odważniejsi i milsi. A wszystkim nam bardzo się to przyda.

WSPÓŁCZUCIE

Kiedy przygotowywałam książkę o wstydzie, czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce na temat współczucia. W końcu znalazłam ważny związek między dwiema historiami amerykańskiej mniszki buddyjskiej Pemy Chödrön. Pisze ona w książce The Places That Scare You (Miejsca, które cię przerażają): „Kiedy ćwiczymy okazywanie współczucia, możemy się spodziewać, że doświadczymy strachu przed bólem. Okazywanie współczucia to trudne przedsięwzięcie. Musimy się nauczyć, jak się odprężyć i podejść ze spokojem do tego, co nas przeraża”p3.

W definicji Chödrön najbardziej podoba mi się jej szczerość w podkreślaniu roli słabości w okazywaniu współczucia. Jeśli przyjrzymy się uważniej pochodzeniu tego słowa – podobnie jak zrobiliśmy to ze słowem „odwaga” – zrozumiemy, dlaczego tak trudno odpowiedzieć nam współczuciem na widok czyjegoś cierpienia. Musielibyśmy bowiem „współodczuwać”, czyli czuć to samo co cierpiąca osoba. A przecież pierwszą reakcją na cierpienie jest próba chronienia siebie. Uciekamy więc przed nim, szukając kogoś lub czegoś, na co moglibyśmy zwalić winę za to, co się stało. Czasami też chronimy się za osądami lub staramy się jak najszybciej znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, nie próbując jej wcześniej zrozumieć.

Chödrön radzi sobie z naszą potrzebą ochrony, nauczając, że musimy być szczerzy i wybaczać to, kiedy i jak się wyłączamy: „Okazując współczucie, korzystamy z pełni naszych doświadczeń – cierpień, empatii, ale też okrucieństwa i zła. Nie ma innego wyjścia. Współczucie nie jest relacją między zranionym i uzdrowicielem, ale między dwiema osobami o równym statusie. Tylko jeśli poznamy własną ciemność, będziemy mogli wejść w ciemność innych osób. Współczucie staje się realne, kiedy dostrzegamy, że człowieczeństwo jest tym, co łączy nas wszystkich”p4.

Okazało się, że Ashley chciała wejść w moją ciemność. I to nie jako pomocnica czy uzdrowicielka, ale ktoś, kto doświadczył czegoś podobnego. Jako ktoś, kto tak bardzo się ode mnie nie różni.

Współczucie i granice

Jedną z największych (i najrzadziej omawianych) barier w okazywaniu współczucia jest strach przed wyznaczeniem granic oraz ich pilnowaniem. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale moim zdaniem stałam się lepsza, ponieważ zrozumiałam, na czym polega związek między granicami, odpowiedzialnością za ich pilnowanie, akceptacją i współczuciem. Przed załamaniem osądzałam innych, byłam pełna pretensji i złości, jednak nie okazywałam tego na zewnątrz. Obecnie potrafię bardziej współczuć, nie osądzam tak innych, mniej we mnie gniewu i przede wszystkim znacznie poważniej podchodzę do problemu granic. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z zewnątrz, ale wewnętrznie jestem znacznie silniejsza.

Przed tymi badaniami wiedziałam wiele na temat tych rzeczy, ale nie miałam pojęcia, jak współdziałają. W czasie prowadzenia wywiadów nagle pojęłam, że wiele naprawdę współczujących osób lepiej niż inni zdaje sobie sprawę z określonych granic. „Zatem ludzie współczujący wyznaczają jednocześnie granice?” – pomyślałam. Aż mnie zatkało.

Potem zrozumiałam, że sednem współczucia jest akceptacja innych i siebie. Im lepiej nam to wychodzi, tym więcej współczucia jesteśmy w stanie okazać. Cóż, trudno nam zaakceptować tych, którzy nas krzywdzą, wykorzystują lub lekceważą. Te badania nauczyły mnie, że jeśli naprawdę chcemy okazywać współczucie, powinniśmy wyznaczyć granice i zmusić innych, by uważali na swoje zachowania.

Żyjemy w kulturze, gdzie niezwykle żywe jest pojęcie winy. Chcemy wiedzieć, kto za co odpowiada i jak powinien zapłacić za swoje błędy. Zarówno w naszym prywatnym świecie, jak i w większych grupach społecznych i w polityce często wytykamy błędy palcami i mówimy, że coś jest nie w porządku, ale rzadko pilnujemy tego, by to naprawiono. To zbyt trudne zadanie. Tyle energii pochłania nam wskazywanie złych rzeczy i narzekanie, że nie starcza jej już na wprowadzenie jakichś sensownych zasad czy ograniczeń. Dotyczy to wszystkiego – od poczynań rządów i tego, co się dzieje na giełdzie, po nasze szkoły i rodziny. I zapewne dlatego tak łatwo przychodzi nam okazywanie „słusznej” złości, a tak trudno współczucia.

Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy okazywali jednocześnie więcej uprzejmości i stanowczości? Jak bardzo zmieniłoby się nasze życie, gdyby było w nim mniej gniewu, a więcej pilnowania określonych granic?

Miałam ostatnio pogadankę dla grupy dyrektorów dużych przedsiębiorstw, którzy musieli przeprowadzić w swoich firmach trudną reorganizację. Jeden z nich powiedział mi później, że po tym, jak usłyszał, iż zawstydzanie kogoś nie jest najlepszym narzędziem przy zarządzaniu, przestraszył się, że właśnie tego się dopuścił. Wyznał, że pod wpływem frustracji wybiera pojedynczych pracowników, a następnie krytykuje ich w obecności innych.

– Jestem potwornie sfrustrowany – tłumaczył się. – A to dlatego, że mam dwóch pracowników, którzy w ogóle mnie nie słuchają. Wyjaśniłem im wszystkie szczegóły reorganizacji. Sprawdziłem nawet, czy rozumieją, o co mi chodzi, a oni i tak robią wszystko po swojemu. Nie mam wyjścia. Jestem tak zły w tej sytuacji, że wyżywam się na nich przy innych pracownikach.

Kiedy spytałam go, jak rozlicza tych pracowników z realizacji kolejnych zadań, zapytał, co przez to rozumiem.

– Czy tłumaczy im pan, jakie poniosą konsekwencje, jeśli nie zastosują się do pańskich wskazówek – wyjaśniłam. – Oczywiście po tym, jak się pan upewni, że wszystko doskonale rozumieją.

Dyrektor pokręcił głową. – Nie, nie mówię o konsekwencjach. Przecież wiedzą, że powinni działać w zgodzie z zaleceniami – odpowiedział.

Postanowiłam dać mu przykład. – A gdyby pan im powiedział, że jeśli się do nich nie dostosują, to dostaną oficjalną naganę, a następnym razem po prostu wylecą z pracy?

Tym razem potrząsnął głową jeszcze mocniej. – Nie, nie, to poważna sprawa. Musiałbym zaangażować w to kadry. Zrobiłaby się afera.

Wyznaczanie granic i pilnowanie, by ich nie przekraczano, wymaga większego wysiłku niż zawstydzanie innych i zwalanie na nich winy. Przynosi jednak znacznie lepsze efekty. Zawstydzanie i szukanie winnych zatruwa życie par, rodzin, różnych organizacji i społeczności. Po pierwsze, jeśli kogoś zawstydzamy i zwalamy na niego winę, przenosimy akcent z jego zachowania na nasze. Jeśli szef postępuje tak w wypadku pracowników, nikt nie będzie pamiętał, dlaczego starał się ich zawstydzić, ale jak to robił.

Po drugie, jeżeli nie wyegzekwujemy tego, o co nam chodzi, ludzie wokół nauczą się nas ignorować, nawet jeśli będziemy im grozić czy stawiać ultimatum. Jeśli powiemy dzieciom, że nie mogą zostawiać ubrań na podłodze, ale będą one wiedziały, że gdy tego nie zrobią, najwyżej na nie pokrzyczymy, to mogą z czystym sumieniem uznać, że nie jest to dla nas aż tak ważne.

Trudno nam zrozumieć, że możemy jednocześnie akceptować innych i im współczuć oraz rozliczać ich z zachowań. Jednak tak właśnie jest. Prawdę mówiąc, to najlepsze, co możemy zrobić. Dzięki temu możemy skrytykować czyjeś zachowanie, zdyscyplinować dziecko czy oblać studenta bez krzyków i poniżania. Najważniejsze, by oddzielić ludzi od ich zachowań i mówić o tym, co robią, a nie kim są (zajmę się tym w następnym rozdziale). Niezwykle istotne jest też to, że możemy uniknąć niezręcznej sytuacji, która wynika z rozdzielenia pilnowania pewnych granic i okazywania współczucia. Nie musimy wówczas przekonywać siebie, że kogoś nie znosimy albo że ta osoba zasługuje na to, by czuć się źle z tym, co zrobiła. A właśnie z tego biorą się największe problemy. Bo jeśli przekonamy siebie, że kogoś nie znosimy, bo na to zasługuje, wówczas narażamy się na to, że zaczniemy go zawstydzać i doszukiwać się w nim winy.

Kiedy nie udaje się nam wyznaczyć granic i sprawić, by inni ich przestrzegali, czujemy się wykorzystani i zlekceważeni. Dlatego właśnie atakujemy ich personalnie, co czasami jest bardziej bolesne niż skrytykowanie jakiegoś zachowania lub wyboru. Dla własnego dobra musimy zrozumieć, że angażowanie się w grę w zawstydzanie i zwalanie winy czy złość zagraża naszym relacjom z innymi i w ogóle naszemu życiu. Trudno też okazywać współczucie, jeśli mamy do kogoś pretensje. Jeśli więc chcemy mieć w naszym życiu więcej akceptacji i współczucia, powinniśmy zacząć wyznaczać określone granice i pilnować tego, by ich nie naruszano.

TWORZENIE WIĘZI

Definiuję więzi jako rodzaj energii, która powstaje między ludźmi, gdy czują się oni zauważeni, wysłuchani i docenieni, kiedy mogą brać i dawać, nie będąc oceniani, i kiedy ich związki są dla nich źródłem wsparcia i siły.

Po rozmowie z Ashley obie poczułyśmy, że łączy nas głęboka więź. Wiem, że byłam zauważona, wysłuchana i doceniona. I chociaż trochę mnie to przerażało, zdołałam poprosić o pomoc i wsparcie. Obie poczułyśmy się też usatysfakcjonowane rozmową i wzmocnione. Parę tygodni później siostra powiedziała nawet: „Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że do mnie wtedy zadzwoniłaś. Bardzo pomogła mi świadomość, że nie tylko ja mam takie problemy. A poza tym teraz wiem, że mogę ci pomóc i że mi ufasz, co bardzo mnie cieszy”. Jak widać, gdy utworzy się jedną więź, zaraz powstaje następna.

Prawdę mówiąc, tworzenie więzi jest wpisane w nasze biologiczne oprogramowanie. Od samego urodzenia potrzebujemy więzi, by móc się rozwijać emocjonalnie, fizycznie, duchowo i intelektualnie. Dziesięć lat temu takie stwierdzenie mogłoby uchodzić za jedno z haseł New Age. Obecnie wiemy już, że ta potrzeba znalazła swoje naukowe potwierdzenie w badaniach neurobiologów.

Daniel Goleman w swojej książce Inteligencja społeczna pisze o tym, że najnowsze odkrycia biologów i neurobiologów dowodzą, iż nasze związki kształtują nie tylko nasze doświadczenia, ale też biologię. Goleman stwierdza: „Nawet najbardziej rutynowe kontakty działają jak regulatory mózgu, torując drogę naszym emocjom, i pożądanym, i niepożądanym. Im bardziej jesteśmy związani z kimś emocjonalnie, tym większa jest siła tego wzajemnego oddziaływania”p5. To zadziwiające – chociaż może nie tak bardzo zaskakujące – że nasze więzi mają wpływ na rozwój i funkcjonowanie naszego mózgu.

Nasza wewnętrzna potrzeba więzi sprawia, że konsekwencje ich zerwania są dla nas bardzo groźne. Czasami tylko mamy wrażenie, że nawiązujemy z kimś głębszy kontakt. Technika tworzy bowiem złudzenia więzi tam, gdzie tak naprawdę nie może być o nich mowy; a w każdym razie nie są to takie więzi, jakich potrzebujemy. Nasz wiek zwariował na punkcie techniki, a my coraz częściej mylimy komunikację z nawiązywaniem więzi. To, że przebywamy w sieci, nie oznacza automatycznie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani. Nasza nadkomunikatywność sprawia, że spędzamy więcej czasu na Facebooku niż z ludźmi, na których powinno nam naprawdę zależeć. Wiele razy widziałam, jak rodzice w restauracji rozmawiali przez komórki, a ich dzieci wysyłały SMS-y albo grały w jakieś gry elektroniczne. Więc po co w ogóle ruszali się z domu?

Musimy zatem nie tylko przemyśleć kwestię więzi i techniki, lecz również porzucić mit samowystarczalności. Jedną z największych przeszkód w nawiązywaniu więzi jest to, jaką wagę w danej kulturze przykłada się do tego, by „przejść przez coś samemu”. Czasami wydaje się nam, że odnosimy sukces, tylko jeśli nie potrzebujemy pomocy. Wielu z nas chętnie wyciąga pomocną dłoń, ale niechętnie prosimy o cokolwiek. Wygląda to tak, jakbyśmy dzielili świat na tych, którzy potrzebują pomocy, i na tych, którzy jej udzielają. Ale tak naprawdę potrzebujemy jednego i drugiego.

Dowiedziałam się bardzo wiele na temat brania i dawania od tych, którzy żyją Autentycznie, ale to jedno wydaje mi się najważniejsze:

Nie będziemy umieli dawać całym sercem, jeśli wcześniej nie nauczymy się przyjmować. Kiedy osądzamy ofiarowaną pomoc, to – świadomie lub nie – będziemy to również robić, gdy ją zaoferujemy.

Przez wiele lat ceniłam sobie to, że mogę pomagać rodzinie. Zwykle pomagałam jej członkom wychodzić z kryzysu lub pożyczałam pieniądze czy udzielałam jakichś rad. Cieszyłam się z tego, ale nigdy nie zadzwoniłabym do rodzeństwa z prośbą o pomoc, zwłaszcza po wsparcie w czasie ataku wstydu. W tamtych czasach upierałabym się przy tym, że moja pomoc nie wiąże się z osądzaniem. Teraz jednak rozumiem, że sama sobie wydawałam się lepsza, bo tylko dawałam, a sama nie potrzebowałam pomocy.

Ta potrzeba pojawiła się dopiero w czasie załamania. Ktoś musiał mnie wesprzeć i wziąć za rękę… Dzięki Bogu, zwróciłam się do rodzeństwa, co zupełnie zmieniło układ w naszej rodzinie. Zyskałam przyzwolenie na to, by się załamać i być niedoskonałą, a bracia i siostry mogli się ze mną dzielić swoją siłą i niezwykłą mądrością. Jeśli więź to energia przepływająca między dwiema osobami, to pamiętajmy, że musi płynąć w obu kierunkach.

Podróż w Autentyczność nie może przebiegać po linii najmniejszego oporu. Wymaga ona świadomości i wyborów. I szczerze mówiąc, przeciwstawia się ona do pewnego stopnia kulturze. Chęć opowiedzenia swojej historii, poczucia bólu innych i nawiązania rzeczywistych więzi w świecie, w którym coraz bardziej one zanikają, nie mogą być powierzchowne.

By ćwiczyć odwagę, współczucie i tworzenie więzi, musimy rozejrzeć się dokoła i powiedzieć otaczającym nas ludziom: „Jestem całym sercem z wami”.

Siła miłości, przynależności i poczucia, że jest się wystarczająco dobrym

Siła miłości, przynależności i poczucia, że jest się wystarczająco dobrym ●●●

Miłość jest najważniejsza w naszym życiu,możemy za nią walczyć, dla niej ginąć, ajednakniechętnie myślimy o jej różnych nazwach. Bez giętkichsłów nie potrafimy nawet bezpośrednio o niej mówić.DIANE ACKERMAN

Miłość i poczucie przynależności są podstawą naszych doświadczeń. W czasie przeprowadzania wywiadów zrozumiałam, że tylko jedna rzecz dzieli ludzi z głębokim poczuciem miłości i przynależności od tych, którzy walczą o te uczucia – jest to mianowicie wiara we własną wartość. To jednocześnie tak proste i skomplikowane – jeśli chcemy w pełni doświadczyć miłości i poczucia przynależności, musimy uwierzyć, że jesteśmy ich warci.

Dzieje się tak wówczas, kiedy przestajemy się przejmować tym, co mówią o nas inni, oraz tworzymy własną historię. Zaczynamy czuć, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i warci miłości oraz poczucia przynależności. Kiedy natomiast przez całe życie próbujemy się zdystansować do tego, co wydaje się nam niedoskonałe w nas samych, pozostajemy poza obrębem naszej historii i wciąż staramy się poczuć wartościowi. Wprowadzamy kolejne zmiany w naszym życiu, tak by spodobać się otoczeniu i udowodnić własną wartość. Tymczasem nasze poczucie wartości – to naprawdę ważne uczucie, które daje nam dostęp do miłości i przynależności – istnieje jako część naszej historii.

Największe wyzwanie dla nas wszystkich to uwierzyć we własną wartość już teraz, w tej chwili. To poczucie nie wymaga warunków wstępnych. A jednak wielu z nas świadomie stworzyło/nieświadomie dopuściło/dostało od innych długą listę takich warunków:

Będę wartościowy/a, kiedy schudnę dziesięć kilo.

Będę wartościowy/a, kiedy spłodzę dziecko/zajdę w ciążę.

Będę wartościowy/a, kiedy przestanę pić.

Będę wartościowy/a, kiedy wszyscy uznają mnie za dobrego rodzica.

Będę wartościowy/a, kiedy będę zarabiać na życie ze sprzedaży swoich obrazów.

Będę wartościowy/a, kiedy uratuję swoje małżeństwo.

Będę wartościowy/a, kiedy będę dobrym partnerem.

Będę wartościowy/a, kiedy zdobędę uznanie rodziców.

Będę wartościowy/a, kiedy on/ona zadzwoni i zaproponuje randkę.

Będę wartościowy/a, kiedy to wszystko mi się uda i będzie wyglądało tak, że nie musiałem/am się wysilać.

A oto co stanowi sedno Autentyczności: jesteśmy wartościowi już teraz. Nie kiedy czy jeśli. Jesteśmy w tej chwili warci miłości i przynależności. Właśnie teraz. Już.

A kiedy wreszcie zrezygnujemy z tych wszystkich „jeśli” i „kiedy”, kolejną ważną rzeczą w tworzeniu naszej historii i uznania własnej wartości będzie lepsze zrozumienie tego, czym są miłość i przynależność. O dziwo, bardzo ich potrzebujemy, ale rzadko rozmawiamy na temat tego, czym naprawdę są i jak działają. Powinniśmy się więc temu przyjrzeć.

DEFINIOWANIE MIŁOŚCI I PRZYNALEŻNOŚCI

Latami unikałam używania słowa „miłość” w swoich badaniach, bo nie wiedziałam, jak je sformułować, a stwierdzenie: „No przecież wszyscy wiedzą, czym jest” wydawało mi się mało naukowe. Trudno też było za takie uznać wiersze czy słowa piosenek, choćby nawet bardzo mnie inspirowały i wyrażały prawdę na mój temat. Nie tego uczyłam się na studiach.

Mimo że bardzo pragniemy miłości, rzadko rozmawiamy o znaczeniu tego słowa. Zastanówmy się – możemy codziennie powtarzać, że kogoś kochamy, ale czy zdarzyło nam się poważnie dyskutować nad sensem tego stwierdzenia? Z tego powodu miłość stanowi lustrzane odbicie wstydu. Nie chcemy go doświadczać i wolimy w ogóle o nim nie mówić. Być może boimy się takich tematów. Większość z nas lubi bezpieczeństwo, pewność i jasność, a wstyd i miłość mają swoje źródło w naszej słabości i czułości.

Przynależność to kolejne ważne, a jakże rzadko omawiane zagadnienie.

Większość z nas używa terminów „dopasować się” i „przynależeć” synonimicznie. Także ja sama – podobnie jak wielu innych ludzi – doskonale potrafię dopasować się do jakiegoś środowiska. Potrafimy świetnie walczyć o akceptację i uznanie. Wiemy, jak się ubrać, o czym rozmawiać, jak zadowolić innych, o czym milczeć. Jeśli trzeba, potrafimy być prawdziwymi kameleonami.

Jedną z największych niespodzianek w czasie badań było odkrycie, że dopasowanie się i przynależność są czymś innym. W dodatku dopasowanie się może przeszkadzać w uzyskaniu prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.

Zanim jednak przedstawię swoje definicje, pragnę podzielić się trzema obserwacjami, które uznałabym nawet za prawdy.

Miłość i przynależność nigdy nie są pewne. Chociaż więzi i związki stanowią podstawę naszego życia, nie mamy sposobu na to, by je dokładnie zmierzyć. Trudno wpisać czyjś związek w tabele i wykresy. Związki i więzi zajmują niemożliwą do określenia przestrzeń międzyludzką, która sama w sobie jest niemożliwym do zgłębienia kosmosem. Nikt jej do końca nie pozna. Zatem ci wszyscy (łącznie ze mną), którzy próbują wyjaśnić zjawiska miłości i przynależności, podejmują wysiłki, by odpowiedzieć na pytanie, na które nie ma odpowiedzi.

Miłość i przynależność występują razem. Kolejną niespodziankę w czasie badań stanowiło to, że pewne zjawiska występują parami. Nie mogłam oddzielić miłości od przynależności, ponieważ ci, którzy mówili o jednym z tych pojęć, zaraz też wymieniali drugie. To samo dotyczy radości i wdzięczności, które omówię w jednym z późniejszych rozdziałów. Kiedy pewne uczucia lub doświadczenia tak bardzo wiążą się w różnych opowieściach, nie może to być przypadkowe. Wynika z tego, że miłość i przynależność występują razem.

I ostatnia rzecz, której jestem naprawdę pewna. Po wysłuchaniu tysięcy różnych historii mogę nawet nazwać to faktem. Otóż głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje się nam zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy się w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. Z całą pewnością są też inne przyczyny chorób czy odrętwienia, ale brak miłości i przynależności zawsze wywołuje cierpienie.

Stworzenie poniższych definicji zajęło mi aż trzy lata, a oparłam je na moich dziesięcioletnich doświadczeniach badawczych. Teraz możemy się im uważnie przyjrzeć:

▷ MIŁOŚĆ

Kultywujemy miłość, gdy pozwalamy, by inni mogli w pełni zobaczyć i poznać nasze najwrażliwsze i najsilniejsze „ja”, oraz kiedy potrafimy traktować z zaufaniem, szacunkiem i dobrocią duchową więź, która wyrasta z tego daru.

Miłość nie jest czymś, co bierzemy lub dajemy – ale czymś, co możemy hodować i pielęgnować. Jest to więź, którą dwoje ludzi może doskonalić tylko wtedy, kiedy istnieje ona w nich samych – możemy kochać innych tylko wtedy, gdy kochamy siebie.

Wstyd, obwinianie, brak szacunku, zdrada i powściąganie uczuć niszczą korzenie, z których wyrasta miłość. Może ona przetrwać tylko wtedy, gdy uznamy działanie tych czynników i spróbujemy zaleczyć rany.

▷ PRZYNALEŻNOŚĆ

Przynależność jest wewnętrznym ludzkim pragnieniem, by stanowić część czegoś większego niż my sami. Ponieważ ma ono pierwotny charakter, często próbujemy je zaspokoić poprzez dopasowywanie się i szukanie uznania, które nie tylko są pustymi substytutami przynależności, ale często też przeszkadzają w jej osiągnięciu. Wynika to z tego, że o prawdziwej przynależności możemy mówić tylko wtedy, gdy zaprezentujemy innym nasze prawdziwe, niedoskonałe „ja”. Nasze poczucie przynależności nie może być wyższe od poziomu samoakceptacji.

Sporządzenie tych definicji zajęło mi tyle lat między innymi dlatego, że czasami nie chciałam, by były prawdziwe. Co innego, gdybym badała wpływ ptasich odchodów na jakość gleby, ale miłość i przynależność to bardzo osobiste i często bolesne sprawy. Czasami, kiedy skupiałam się na danych, by móc je opracować, zaczynałam płakać. Nie chciałam, żeby to, jak bardzo kocham siebie, ograniczało moją miłość do dzieci czy męża. Dlaczego? Bo łatwiej mi ich kochać i wybaczać ich niedoskonałości, a trudniej zrobić to samo w odniesieniu do siebie.

Jeśli przyjrzymy się definicji miłości i zastanowimy, co ona oznacza w kontekście miłości własnej, możemy dojść do bardzo specyficznych wniosków. Ćwiczenie miłości własnej oznacza naukę ufania sobie i traktowania siebie z szacunkiem i czułością. Jeśli pomyślimy o tym, jak surowo traktujemy siebie, okaże się to bardzo trudne. Wiem, że mogę mówić sobie w duchu rzeczy, których nigdy nie powiedziałabym nikomu innemu. Ilu z nas myśli automatycznie: „Cholera, jaki jestem głupi” czy „Boże, ale ze mnie idiotka”? Nigdy nie odezwalibyśmy się w ten sposób do ukochanej osoby, a tymczasem takie słowa mają poważny wpływ na naszą miłość własną.

Warto zauważyć, że w definicji przynależności skorzystałam ze słów „wewnętrzny” i „pierwotny”. Moim zdaniem ta właściwość jest zapisana w naszym DNA i zapewne łączy się z naszym najbardziej podstawowym instynktem przetrwania. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę to, jak trudno nam zaakceptować siebie w naszym nastawionym na perfekcję społeczeństwie i jak bardzo jesteśmy zaprogramowani na przynależność, nic dziwnego, że przez całe życie staramy się do czegoś dopasować i zdobyć czyjeś uznanie.

Łatwiej przecież powiedzieć: „Będę tym, kim chcecie, tylko pozwólcie mi należeć do swojej grupy”. Może to być gang albo kilka plotkarek, ale i tak zrobimy wszystko, by zaspokoić swoją potrzebę przynależności. Jednak okazuje się, że nie można tego uczynić w ten sposób. Grupa musi poznać nasze prawdziwe „ja” i przyjąć nas takimi, jakimi jesteśmy.

JAK KOCHAĆ I PRZYNALEŻEĆ

Jeśli zaczniemy myśleć o miłości jak o działaniu, a nie uczuciu,okaże się, że dzięki temu tosłowo automatycznie zacznie się namkojarzyć z odpowiedzialnością isprawdzalnością.BELL HOOKSp6

Chociaż osobiście bardzo przeżywałam obie te definicje, muszę przyznać, że w olbrzymim stopniu wpłynęły one na moje życie i wychowanie dzieci. Kiedy jestem zmęczona lub zestresowana, potrafię być zołzowata i obwiniać wszystkich wokół – dotyczy to zwłaszcza mojego męża Steve’a. A skoro go kocham (i to bardzo), moje zachowania są tu znacznie ważniejsze niż mówienie mu tego przy różnych okazjach. Jeśli nie okazujemy miłości tym, których – jak twierdzimy – kochamy, wiele na tym tracimy. Prowadzimy wówczas życie niezgodne z naszymi uczuciami, co może być bardzo męczące.

Zmusiło mnie to też do przemyślenia istotnej różnicy między okazywaniem i deklarowaniem miłości. W czasie niedawnej rozmowy w radiu prowadzący spytał mnie w związku ze zdradami, które stały się ostatnio prawdziwą plagą w świecie celebrytów: „Czy można kogoś kochać i jednocześnie go zdradzać albo źle traktować?”.

Zastanawiałam się nad tym dosyć długo, a następnie próbowałam dać najlepszą odpowiedź opartą na wynikach moich badań: „Nie wiem, czy można kogoś kochać i jednocześnie go zdradzać lub być dlań okrutnym, ale z całą pewnością nie okazujemy w ten sposób miłości. A w miłości osobiście bardziej zależy mi na czynach niż na słowach. Chcę kogoś, kto będzie ją okazywał, a nie tylko o niej mówił”.

Te definicje nie tylko pozwoliły mi lepiej zrozumieć istotę miłości między dwiema osobami, ale zmusiły do uznania, że miłość własna i akceptacja siebie są jej koniecznym warunkiem. Nie są też czymś, czym ewentualnie będę mogła się zająć, kiedy znajdę trochę czasu, gdyż stanowią podstawę wszelkich związków.

CZY MOŻEMY KOCHAĆ INNYCH BARDZIEJ NIŻ SIEBIE?

Miłość własna i akceptacja siebie to dla mnie wciąż pojęcia rewolucyjne. Dlatego na początku 2009 roku spytałam na blogu, co na ten temat sądzą moi czytelnicy i czy możemy kochać innych bardziej niż siebie. Cóż, niektóre komentarze były bardzo emocjonalne.

Kilka osób gwałtownie sprzeciwiło się temu, że miłość własna jest konieczna, by móc kochać innych. Inni argumentowali, że możemy nauczyć się lepiej kochać siebie, kochając innych. Inni pisali na przykład: „Popsułaś mi cały dzień. Wielkie dzięki. Po prostu nie chcę o tym myśleć”.

Jednak dwa komentarze w prosty i jasny sposób nawiązywały do istoty całej sprawy. Chciałabym je teraz przedstawić. Pierwszy napisała Justin Valentin, terapeutka, autorka i fotograf:

Bezwarunkowej miłości, współczucia w trudnych chwilach i dawania nauczyłam się dzięki moim dzieciom. Kiedy patrzę na córeczkę, która jest do mnie tak bardzo podobna, widzę w niej siebie. To sprawia, że lepiej traktuję tę dziewczynkę, która jest we mnie, i łatwiej ją akceptuję. To miłość do córek sprawia, że chcę być lepsza i pragnę siebie pokochać i zaakceptować. Jednak mimo wszystko łatwiej jest mi kochać córki…

Być może lepiej pomyśleć o tym w następujący sposób: Wiele z moich pacjentek to uzależnione od narkotyków matki. Kochają one swoje dzieci bardziej niż siebie. Niszczą swoje życie, nienawidzą siebie, często też wyniszczają się fizycznie. Mówią, że nienawidzą siebie, ale kochają swoje dzieci. Uważają, że dzieci można kochać, ale ich samych nie. Kiedy się na to patrzy z zewnątrz, rzeczywiście można uznać, że kochają dzieci bardziej niż siebie. Ale czy miłość powinna oznaczać, że zatruwamy kogoś tak jak siebie? Bo być może nasze problemy są jak dym papierosowy, który pochodzi od innych. Na początku uważało się, że wcale nie jest taki groźny i że palacze szkodzą tylko samym sobie. Jednak po latach okazało się, że ten wdychany dym może być zabójczy.p7

Natomiast Renae Cobb, która szkoli się na terapeutkę i wieczorami pisuje pod pseudonimem, w tym również na blogach, podzieliła się ze mną następującymi uwagami:

Z pewnością dzięki naszym ukochanym potrafimy wspiąć się na wyżyny miłości i poświęcenia, które inaczej byłyby dla nas niedostępne, ale by tam dotrzeć, musimy często zagłębić się we własnej świadomości, poznać antynomie światła/cienia, dobra/zła, miłości/destrukcji, bo to pozwala lepiej kochać. Nie wydaje mi się więc, by istniał tu wybór: albo–albo. Trzeba raczej mówić o konieczności obu tych doświadczeń. Kochamy innych bardzo mocno, czasami wydaje się nam, że mocniej niż siebie, ale ta miłość powinna doprowadzić nas do poznania samych siebie, tak byśmy i dla siebie mieli więcej współczucia.p8

Zgadzam się z Justin i Renae. Pokochanie i zaakceptowanie siebie wymaga wielkiej odwagi. W społeczeństwie, które uważa, że powinniśmy myśleć o sobie na samym końcu, mówienie o miłości własnej i akceptacji siebie zakrawa na rewolucję.

Jeśli chcemy wziąć w niej udział, musimy pojąć anatomię miłości i przynależności oraz to, dlaczego walczymy o uznanie własnej wartości, zamiast ją po prosu uznać. Musimy też zrozumieć, jakich przeciwności możemy się spodziewać. Przecież podróż nieodłącznie wiąże się z przeciwnościami, a podróż w Autentyczność nie jest tu wyjątkiem. W następnym rozdziale pragnę omówić to, co najbardziej przeszkadza nam w autentycznym kochaniu i przynależeniu.