Dar serca - Amanda Brooke - ebook

49 osób właśnie czyta

Opis

Wzruszająca opowieść o przyjaźni, miłości i poświęceniu.

Trzy najlepsze przyjaciółki, jeden tragiczny wypadek.

Lucy czeka na nowe serce, odkąd tylko pamięta. Ale telefon z informacją, że znalazł się dla niej dawca, będzie słodko-gorzkim sukcesem, ponieważ by Lucy mogła żyć, ktoś inny musi umrzeć.

Julia, Helen i Phoebe przyjaźnią się od lat. Wspólnie przetrwały wiele ciężkich doświadczeń: nieplanowaną ciążę Helen, nagłą śmierć matki Phoebe, a teraz także rozpaczliwe próby Julii poczęcia dziecka razem ze znacznie młodszym mężem. Jednak każda z nich skrywa też wiele sekretów, które zaczynają wychodzić na jaw, gdy ich przyjaźń zostaje wystawiona na próbę.

Za sprawą jednego tragicznego wypadku losy tych czterech kobiet zostaną splecione już na zawsze, a Lucy dostanie wreszcie nowe serce. Tylko kto złoży tę ostateczną ofiarę?

Amanda Brooke napisała blisko dziesięć powieści obyczajowych, przyjętych ciepło przez czytelniczki. Zadebiutowała dosyć późno, bo jako czterdziestolatka, a pisanie okazało się najlepszą terapią po śmierci trzyletniego synka, który chorował na raka. Mieszka w Liverpoolu z nastoletnią córką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

THE GOODBYE GIFT

 

Copyright © Amanda Valentine 2016

All rights reserved

 

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

 

Zdjęcie na okładce

© Nicole Matthews/Arcangel Images

 

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Kinga Szafruga

 

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83-8169-778-1

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

 

Anonimowemu dawcy szpiku kostnego

dla mojego syna

 

1

Wypadek

Walizka leżała otwarta na łóżku, odsłaniając kilka stosików schludnie złożonych wakacyjnych ubrań. Letnie topy i króciutkie szorty, które bardziej pasowałyby na dwunastolatkę, kilka kompletów bikini w dziecięcych rozmiarach, ze dwie wystrzałowe sukienki i sweter – na wypadek gdyby wieczory okazały się chłodne. Do tego bielizna schowana pod kąpielowym ręcznikiem, sandały, krem do opalania i reszta niezbędnych wakacyjnych utensyliów, a wszystko to razem nie zapełniło nawet połowy walizki. Resztę miejsca zajmowały ciasno upchnięte medykamenty w ilościach, które wystarczyłyby do zaopatrzenia pomniejszej apteki.

Lucy od dawna marzyła o tych wakacjach. Teraz sprawdziła wszystko jeszcze raz, potem zasunęła zamek i wreszcie odetchnęła głęboko, choć każdy oddech przychodził jej z dużym trudem.

– To chyba wszystko – mruknęła.

– Jesteś pewna?

Lucy odwróciła się w stronę młodszej siostry. Hayley była dobre trzydzieści centymetrów wyższa i mimo szczupłej sylwetki kilkanaście kilogramów cięższa od swojej drobniutkiej, dwudziestoczteroletniej siostry. Obie odziedziczyły po matce ciemne włosy, ale Hayley przycinała swoje krótko, co nadawało jej zdecydowany wygląd, a Lucy wybrała bardziej kobiecą fryzurę. Mycie i układanie długich pasm bywało nie lada wyzwaniem, ale jej wydawało się to i tak niewielką ceną za to, że nikt nie brał jej za chłopca.

– Tak, mam wszystko, co potrzebne. Jeśli jeszcze coś mi się przypomni, spakuję to jutro do bagażu podręcznego. Może od razu zniesiemy walizkę na dół? – zaproponowała, ale Hayley nie zamierzała dać się tak łatwo zbyć.

– Pytałam, czy na pewno chcesz jechać. Wiem, że próbowałaś nam wszystkim w ten sposób coś udowodnić, a teraz nawet mama nie może zaprzeczyć, że ci się to udało, ale jeszcze możesz zmienić zdanie. Nikt nie będzie miał do ciebie pretensji.

– Zamierzasz wystawić mnie do wiatru?

Hayley nie odpowiadała o wiele za długo, przynajmniej zdaniem Lucy.

– Jeśli coś ci się stanie podczas tego wyjazdu, będę cię miała na sumieniu…

Lucy poczuła, jak jej wybrakowane serce przyspiesza do lekkiego truchtu. Rzadko okazywało się zdolne do galopu, zresztą podobne ekscesy nawet nie były dla niego wskazane. Kilka razy wciągnęła z trudem powiet­rze do płuc, by móc się wreszcie odezwać z wystarczającą stanowczością:

– A więc mama zdołała cię przekabacić?

– Słuchaj, bardzo mi się marzy wspólny tydzień łażenia po klubach i upijania się do nieprzytomności, a potem, nad ranem, wracania zygzakiem do hotelu i dochodzenia do siebie przez całe popołudnie gdzieś na plaży, ale przecież to mało realne, prawda?

– Prawda, bo wybieramy się do spokojnego kurortu na Lanzarote. Przecież to nie Kavos ani żadne z tych szalonych miejsc, dokąd jeździ się z facetem czy dziewczyną. A poza tym to nawet nie będzie cały tydzień, na miłość boską – rzuciła Lucy, po raz kolejny uciekając się do argumentów, których używała już tyle razy w rozmowach z bliskimi.

Od sześciu miesięcy przebąkiwała, że chciałaby jechać na wakacje. W końcu zdołała przekonać do tego pomysłu lekarzy, ale nie rodzinę, a już zwłaszcza nie mamę. Przez cały ten czas posłusznie stosowała się do wszystkich lekarskich zaleceń i czekała tylko, aż poczuje się wystarczająco silna, by odbyć tak męczącą podróż. A kiedy ten moment wreszcie nadszedł, skontaktowała się z przemiłą agentką z biura podróży, która od ręki znalazła jej świetną ofertę na wspólny wypad dla niej i jej siostry. Taksówka została zamówiona na jutro po południu, a Lucy zamierzała przeprowadzić całą sprawę do końca, nawet gdyby miała paść przy tym trupem.

– Ale przecież nie masz odpowiedniego ubezpieczenia zdrowotnego. A jeśli…

– Na wszelki wypadek mam numer telefonu do agentki, a gdybym źle się poczuła, natychmiast wsiadamy w samolot powrotny. Hayley, oszczędzałam na te wakacje od wieków. Mamy luty, pogoda w Liverpoolu lepsza nie będzie. A ja chcę powygrzewać się w słońcu i trochę się zabawić! Przykro mi, ale ja jadę – z tobą czy bez ciebie.

A kiedy nawet tą groźbą nie zdołała rozwiać wątpliwości siostry, postanowiła wytoczyć najcięższe działa:

– Proszę cię, to moje ostatnie życzenie na łożu śmierci.

– Przecież wcale nie umierasz – obruszyła się Hayley.

– To prawda, ale mam dosyć wykłócania się z tobą. Pomożesz mi z tą walizką czy nie?

Ich mama musiała usłyszeć rytmiczny stukot walizki ciągniętej po schodach, bo stała już na dole i przyglądała się tej ekwilibrystyce córek spod zmarszczonych brwi, dopóki nie opanowała się na tyle, by powiedzieć w końcu spokojnie:

– Obiad gotowy.

Przed zajęciem miejsca przy stole Lucy włączyła telewizor. Matka zwykle nie pozwalała na oglądanie telewizji podczas posiłków, ale dzisiaj bardzo potrzebowały czegoś, co zapełni niewygodną ciszę.

Początkowo rozmowa w ogóle się nie kleiła. Matka nakładała na talerze porcje tortilli, a Lucy udawała bardzo zaabsorbowaną programem o antykach. Jednak ten zaraz dobiegł końca, po czym zaczęły się popołudniowe wiadomości. Najważniejszym tematem okazała się wielka katastrofa kolejowa. Wzrok pani Cunliffe natychmiast powędrował w stronę Lucy, która udawała, że tego nie dostrzega.

– Na pewno wszystko spakowałaś? – zapytała matka. Po raz pierwszy przyznała na głos, że jej córka zamierza przeprowadzić swój zamiar do końca.

– Aha. Paszporty i pieniądze też mamy przygotowane, a taksówka jest już zamówiona.

– Tata może jeszcze wziąć wolne i zawieźć was jutro na lotnisko.

– Wiem, ale… – Lucy ostatecznie urwała i wzruszyła tylko ramionami, rezygnując z przypominania matce jej własnych słów, że żadne z rodziców nie pomoże jej w realizacji tego niedorzecznego planu. – Wystarczy, jeśli odbierze nas po powrocie.

Pani Cunliffe skinęła głową z ponurą determinacją, jakby chciała w ten sposób utwierdzić się w przekonaniu, że jej córka wróci z tej wyprawy cała i zdrowa. Najwyraźniej okazało się to jednak ponad jej siły, bo w końcu odłożyła sztućce i zacisnęła dłonie.

– Mogę cię jeszcze jakoś przekonać do zmiany zdania?

– Nie, mamo.

– Już próbowałam – wtrąciła Hayley.

Matka zerknęła przelotnie na wstrząsającą relację z katastrofy kolejowej, zanim dodała:

– Proszę cię, Lucy. – Cała jej stanowczość gdzieś zniknęła. – A jeśli coś ci się stanie?

– Mamo, spakowałam leki na każdą ewentualność.

– A jeżeli twój bagaż zaginie? Takie rzeczy się przecież zdarzają.

– W bagażu podręcznym mam zapas na kilka dni.

– Jesteś pewna, że dasz radę? – Matka popatrzyła na Lucy spod zmrużonych powiek.

Miała w tym wprawę, ostatecznie od dwudziestu czterech lat ćwiczyła się w ocenianiu stanu zdrowia córki jednym rzutem oka. Z odległości kilkunastu kroków potrafiła dostrzec, że Lucy ma gorączkę, stwierdzić po zaledwie kilku godzinach, czy ostatnia operacja córce pomogła, i zawsze jako druga – jeśli nie wręcz pierwsza – osoba wiedziała, kiedy wysiłki lekarzy kończyły się niepowodzeniem.

– Czuję się świetnie – odparła Lucy najzupełniej szczerze.

– A jeśli złapiesz tam jakiegoś wirusa?

Lucy zajęła się jedzeniem, żeby dać matce jasno do zrozumienia, że nie zamierza odpowiadać na żadne pytania, ale przekaz najwyraźniej był zbyt subtelny, a pani Cunliffe jeszcze nie skończyła.

– Albo jeżeli zadzwoni koordynator transplantacyjny?

Lucy ogarnął gniew, słabe serce tłukło się jej teraz o żebra.

– Mamo, mam dosyć tego wiecznego wyczekiwania na telefon, który być może nigdy nie zadzwoni. Zresztą nawet jeśli się odezwą, to przecież nie akurat w momencie, kiedy będę wsiadała na pokład samolotu.

Reporter telewizyjny przeszedł tymczasem do omawiania sytuacji na drogach, wliczając w to informacje o zatarasowanej przez wywróconą cysternę autostradzie oraz o autobusie, który uderzył w wiadukt. Lucy miała ochotę wstać i wyłączyć telewizor, ale to i tak nie powstrzymałoby natłoku tych wszystkich okropnych myśli. Znajdowała się na liście osób zakwalifikowanych do przeszczepu, ale miała już dosyć czekania na telefon, który oznaczałby, że ktoś inny musiał umrzeć. Z chorobliwą fascynacją słuchała wiadomości i czuła się trochę jak sęp oceniający wzrokiem mizerny łup. Naprawdę mizerny. Wystarczy tego karmienia się cudzym nieszczęściem. Musiała od tego wszystkiego uciec.

 

Kiedy zjawiła się kawalkada karetek pogotowia, powietrze było aż gęste od oleistych wyziewów, które przesłaniały niebo. Anya wyskoczyła z ambulansu i na moment straciła orientację. Dobiegające ze wszystkich stron wycie syren zagłuszało krzyki i wołania rannych o pomoc. Wypadek był naprawdę poważny, a ona trafiła tu jako członek ekipy ratunkowej. Jej oszołomienie pogłębiał tylko fakt, że tego ranka zjawiła się jak zwykle w szpitalu, gotowa do rozpoczęcia kolejnego dnia pracy na chirurgii, a tymczasem zupełnie nieoczekiwanie została przeniesiona na oddział ratunkowy, gdzie mieli akurat ogromne braki personelu. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio zajmowała się segregacją chorych na izbie przyjęć, ale potrzebowała zaledwie paru minut, by wdrożyć się do tego na nowo. Bez wahania rzuciła się w wir pracy i starała się okazać jak najbardziej przydatna.

Teraz przyklęknęła przy rannej kobiecie, która mog­ła mieć ze trzydzieści lat, choć trudno to było ocenić, ponieważ twarz kobiety była brudna i wymazana krwią. Wokół rozbrzmiewały krzyki cierpiących ludzi, ale ta kobieta od razu zwróciła jej uwagę, bo w ogóle nie reagowała na bodźce.

W odróżnieniu od Lucy Cunliffe, która oglądała relację z tego wypadku w telewizji, Anyi nie przyszłoby nawet do głowy zastanawiać się nad tym, czy ranna jest potencjalną dawczynią narządów – dla niej liczyło się przede wszystkim ratowanie życia tu i teraz. Dopiero później miała się dowiedzieć, że zarówno kobieta, którą się właśnie zajmowała, jak i reszta towarzyszących jej osób taką zgodę na pobranie organów wyrazili.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI