Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Danuta Szaflarska. Jej czas ebook

Gabriel Michalik  

4.1304347826087 (23)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Danuta Szaflarska. Jej czas - Gabriel Michalik

„Ludzie często mnie pytają, co robić, aby tak długo żyć. Nie wiem. Ja niczego specjalnego nie robię. Po prostu kocham życie we wszystkich jego barwach, odcieniach i cieniach. Życie jest cudem. Zawsze” – Danuta Szaflarska

Podobno jak na aktorkę miała zbyt małe oczy. Radziła sobie, trzymając je zawsze szeroko otwarte, nie tylko przed kamerą. Wszak jej świat zmieniał się w szalonym tempie. Danuta Szaflarska dzieciństwo spędziła w galicyjskiej wsi; dorastała w Nowym Sączu i Krakowie, pierwsze kroki wśród kulturalnej elity stawiała w przedwojennej Warszawie. Debiutowała w okupowanym Wilnie, po czym wróciła do ogarniętej wojną Warszawy, by naprawdę przeżyć to, co później zagrała w „Zakazanych piosenkach” – filmie, który przyniósł jej ogromną sławę. Potem przyszły wielkie i małe role w teatrze, kinie i na scenie historii PRL. Piękny finał jej kariery rozegrał się w głośnych filmach Doroty Kędzierzawskiej oraz w Teatrze Rozmaitości.
„Pani Danutka kochana” była nie tylko gwiazdą, lecz także wielką aktorką. Grzegorz Jarzyna nazywa ją „aktorką totalną”. Jan Nowicki wspomina: „w tym drobnym, ślicznym ciele (…) była zaklęta nieprawdopodobna, ogromna siła”. Dorota Masłowska przyznaje, że biło od niej jakieś onieśmielające piękno, a Władysław Pasikowski zdradził pani Danucie, że się jej bał.

Opinie o ebooku Danuta Szaflarska. Jej czas - Gabriel Michalik

Fragment ebooka Danuta Szaflarska. Jej czas - Gabriel Michalik

Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

okładka: Marlena Bielinska/Move Picture dla magazynu „Zwierciadło”

środek: Forum: Archiwum Filmu: 8, 211, 240, 247, 253, 257, 259, 292, Radosław Nawrocki: 345; Domena Publiczna: 15, 36, 110, 129, 250, Henryk Poddębski: 25; Narodowe Archiwum Cyfrowe: 45, 76, 79, 94, 96, 101, 114, 118, 200, 207, Józef Fischer: 67, Stanisław Brzozowski: 70, 127, Jan Malarski: 81, Edward Hartwig: 86, 132, 146, 169, 243, 280, Jan Binek: 90, Kazimierz Borkowski: 183; Archiwum Jana Grosfelda: 54; BE&W: 58, 180; East News: 121, 188, 224, 289, Muzeum Niepodległości: 155, Mirosław Stankiewicz/TVP: 191, Archiwum Szczecińskich: 221, Zygmunt Januszewski/TVP: 287, 294, Ireneusz Sobieszczuk/TVP: 336; Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau: 199; Archiwum Dokumentacji Artystycznej Narodowego Starego Teatru w Krakowie: 232; Archiwum Teatru Współczesnego w Warszawie: M. Frankfurt: 265, 269, Edward Hartwig: 274; Archiwum Instytutu Teatralnego w Warszawie: Edward Hartwig: 278, Franciszek Myszkowski: 283; Agencja Gazeta: Tadeusz Rolke: 299, Sławomir Kamiński: 313, Grażyna Jaworska: 339, Albert Zawada: 349, 350, 362, Przemek Wierzchowski: 353, Franciszek Mazur: 355, 359; PAP: Zbigniew Matuszewski: 306, Remigiusz Przełożny/TVP: 331; Fotonova: Archiwum Marka Popiełuszki: 319; Reporter: Zofia Nasierowska: 327, Danuta Matloch: 341.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Gabriel Michalik 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2153-0 (epub), 978-83-268-2154-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

U progu I wojny światowej Kazimierz Malewicz, rosyjski malarz o polskich korzeniach, namalował Czarny kwadrat na białym tle, płótno, które zapewniło mu później miejsce w historii sztuki. Obraz określił mianem ikony. W tradycji prawosławnej ikona ma podobne znaczenie jak Pismo Święte. Ono stanowi słowo Boga, a ikona to okno na transcendencję, przez które malarz natchniony przez Ducha Świętego ukazuje wieczny, trwający poza czasem – bez dzisiaj i bez wczoraj – świat Boga. W prawosławnym domu wiesza się ikonę w zachodnim kącie izby, naprzeciw wejścia. Pali się przy niej lampada, a samo miejsce określa się jako krasnyj ugoł – czerwony kąt, przy czym krasnyj pochodzi tu z czasów, kiedy jeszcze znaczył zarazem i „czerwony”, i „piękny”. W takim właśnie kącie sali galerii w Piotrogrodzie Malewicz zawiesił swoją ikonę w roku 1915.

Gdy więc na świat przychodziła Danuta Szaflarska, u Pana Boga było ciemno i pusto.

Rozdział 1.
Łatwiej iść boso

Rynek w Piwnicznej sto lat temu okolony był kasztanowcami. Dzisiaj już ich nie ma, a w takt gwałtownego rozwoju motoryzacji rynek z roku na rok traci sens. W ogródkach zacisznych niegdyś kawiarenek usiedzieć zdoła tylko ten, kto zerwie kontakt z rzeczywistością. Są tacy. Nawet w noworuskim dzisiaj Zakopanem widuje się pomyleńców, którzy przyjeżdżają tam śladami Micińskiego i Witkacego. W Piwnicznej człowiek żyjący czasem przeszłym, czyli epoką, gdy rynek był rynkiem, a nie skrzyżowaniem szos nasycanym bezustannie kłębami spalin, siada naprzeciwko mnie w ogródku cukierni Magdalenka. Samochody warczą, z trudem wspinając się przelotową ulicą Jana Daszyńskiego. Czy to z północy, czy z południa do rynku w Piwnicznej zawsze bowiem jest pod górę. Pod górę też wspinały się sto lat temu bose kobiety z przysiółka Kosarzyska. Dopiero na płycie rynku zakładały sznurowane trzewiki kupowane raz na całe życie. I biegły do kościoła.

Zziajane od wspinaczki samochody mijają się dwa metry od stolika Magdalenki, przy którym pod akompaniament dziesiątki silników samochodowych słucham o dziejach Piwnicznej. Że rozpoczął je dekret Kazimierza Wielkiego z 1348 roku, że były trudne, bo pogranicze, góry i przyroda surowa. Że ludzie tu silni, jak zima. A zima mroźna. No i że właśnie w tym mieście 6 lutego 1915 roku, pół mili pocztowej od rynku, w przysiółku Kosarzyska nad potokiem Czercz, w rodzinie kierownika miejscowej szkoły Aleksandra Szaflarskiego i jego żony Wandy z Karmańskich, nauczycielki, urodziła się druga córka.

Sama zainteresowana tak referowała ów moment: – Byłam trochę przyduszona, nie odzywałam się. Położna, wiejska kobieta, trzasnęła mnie w tyłek. I zaczęłam wrzeszczeć![1].

* * *

Kasztanowce kwitły na biało i na różowo. W październiku gubiły liście, a z ich stert dzieci wygrzebywały kasztany.

Wczesną jesienią 1915 roku (Danusia miała niewiele ponad pół roku i wiodła beztroskie życie oseska w kołysce) na rynek przygnano ludzi.

Nie znam ich nazwisk. Imiona zaś mogły być na przykład takie: Ambrozij, Epifaniusz, Jewgienij, Łukacz, Sztefan, Wołodymyr... Określa się ich dzisiaj jako Łemków. Etnonim, począwszy od połowy XIX wieku, zakorzeniał się w literaturze naukowej, aby potem przeniknąć do świadomości członków tego niewielkiego narodu, który oficjalna nomenklatura pozwala nazywać co najwyżej grupą etniczną. Tamci ludzie na rynku myśleli jednak o sobie zapewne jako o Rusinach czy Rusnakach. Ich dziadowie powiedzieliby: „my – tutejsi”. Dopiero bowiem w dwudziestoleciu międzywojennym łemkowska elita utożsamiła się z etnonimem, co znalazło wyraz w tytułach czasopism – tygodnika „Nasz Łemko”, gazety ludowej „Łemko” i innych wydawanych okazjonalnie w II Rzeczypospolitej.

Żyli w okolicach Piwnicznej od XIV wieku. Wyznawali prawosławie lub grekokatolicyzm, w istocie zresztą mało który z nich zdawał sobie sprawę z tego, że Cerkiew unicka i moskiewska to dwa różne wyznania. Uchodzili za świetnych rzemieślników i dobrych gospodarzy. Schodzili z gór na jarmarki, aby sprzedać naczynia własnego wyrobu, tkaniny i krywulki, łemkowską biżuterią wykonaną z misternie nanizanych koralików.

Pod austriackim zaborem, zwłaszcza pod koniec XIX wieku, żyło im się całkiem znośnie. Wiedeń traktował ich jako użyteczną przeciwwagę dla żywiołu polskiego.

Dobre czasy skończyły się jednak wraz z rozbudzeniem namiętności pomiędzy europejskimi imperiami u progu I wojny światowej. Austriacy uznali Łemków za potencjalnych sojuszników Imperium Rosyjskiego. Sporządzono „Listę Rusinów” wymieniającą osoby podejrzane o sprzyjanie Rosji. Znaleźli się na niej przedstawiciele łemkowskiej elity, a więc przede wszystkim nauczyciele ludowi i duchowieństwo. Zaczęły się aresztowania. Do obozu w Talerhofie koło Grazu deportowano około pięciu tysięcy Łemków[2]. Zginęła tam prawie cała inteligencja tego narodu.

W 1915 roku obóz w Talerhofie działał już pełną parą, ale w okolicach Piwnicznej Łemków wciąż było sporo. Rosjanie raz po raz zbliżali się do miasta. Ewakuowano cesarsko-królewską administrację, władzę przejęło wojsko. Na przedmieścia wpadały czoty[3] kozackie. Przy każdym wypadzie ponosiły jednak znaczne straty. Piwnicznej bronił jeden oddział. Raczej z nazwy niż z uzbrojenia był to oddział artylerii. Ale wyposażono go w pojedyncze działo, które w zupełności wystarczyło, aby przez kolejne dni Piwniczna pozostawała dla Kozaków niezdobytą twierdzą. Czota podchodziła, a Austriacy ostrzeliwali ją z działa i Kozacy uciekali w rozproszeniu, pozostawiając rannych i zabitych. To był dopiero początek Wielkiej Wojny. Okrucieństwo, podłość i gotowość ulegania najniższym instynktom nie były jeszcze postawami najbardziej pożądanymi, więc po oddaleniu się Kozaków polscy sanitariusze znosili rannych nieprzyjaciół do zaimprowizowanego naprędce lazaretu, a zabitych grzebali.

Podobno Kozacy zwrócili się do Łemków, aby ci przeprowadzili ich pod osłoną nocy przez Poprad, z ominięciem przyczółka artylerii. Czy istotnie doszło do ustaleń pomiędzy Kozakami a Łemkami, nie wiadomo. Na pewno jednak Austriacy potraktowali zagrożenie poważnie i postanowili terrorem zdusić je w zarodku. Wyprawili się do rusińskich wsi przebrani w mundury zdjęte z zabitych Kozaków. Mówiło się, że na cześć wkraczających Kozaków Łemkowie przystrajali bramy kwiatami. Teraz Austriacy zebrali pełne składy rad wiejskich – bogatych gospodarzy, nauczycieli, popów – i pognali ich na rynek w Piwnicznej.

Rozkaz powieszenia Łemków wydał austriacki oficer. Podobno nosił polskie nazwisko, choć jakie – nikt już nie pamięta.

W pieśni piwniczańskiego barda Józefa Broniszewskiego, która przechowała te zdarzenia dla następnych pokoleń, nie ma śladu ani po tym nazwisku, ani po kasztanach. Te ostatnie dobrze jednak zapamiętała czteroletnia wówczas Maria Lebdowicz, babcia Wojciecha Gruceli, pasjonata miejscowej historii, która przyglądała się kaźni. Na podstawie jej wspomnień zachowanych przez wnuka i na podstawie czegoś, co można by nazwać legendą miejską, gdyby nie to, że Łemkowie, szubienica, stryczki i kasztany były naprawdę, rekonstruuję teraz przebieg zdarzeń.

Przez tłum gapiów przedarły się żony i matki mordowanych.

Wszystko trwało bardzo krótko; granica między śmiercią a życiem to mgnienie. Czas w takich wypadkach się zatrzymuje. Czas dotyczy tego, co było i co będzie, chwila teraźniejsza zaś, jak wiele razy będę miał okazję się przekonać, zbierając rozsypane po ludziach fragmenty opowieści o czasach Danuty Szaflarskiej, jest poza czasem, takim, jak go potocznie pojmujemy. Znaczy tyle, co wieczność. Moment konania mężów i synów, rozpacz zdjętych bólem kobiet można sobie przedstawić jak chwilę zatrzymaną w kadrze.

Gdy czas znowu ruszył, kobiety błagały Austriaków o wydanie zwłok. Odmówiono im. Nazajutrz też. I następnego dnia. Tkwiły więc na rynku i czekały na ciała mężów. Im dłużej jednak stały, tym bardziej ich rozpacz przeradzała się w żądzę zemsty. Ktoś usłyszał od jednej z łemkowskich matek: „Shorem was[4], psubraty”.

Zarządzono całodobowe warty straży pożarnej, więc miasto nie spłonęło. Ciała Łemków wisiały nadal. Kobiety stały na rynku.

Po wyjściu Austriaków polski burmistrz pozwolił kobietom na urządzenie pochówku, z zastrzeżeniem, że może się on odbyć tylko nocą i że ciała straconych nie zostaną pochowane na cmentarzu. Dziś już nikt nie pamięta, gdzie leżą Łemkowie zamordowani w 1915 roku. Nic o tym nie wie też Zarząd Główny Zjednoczenia Łemków.

Wiadomo natomiast całkiem dobrze, co się stało z kasztanowcami. Uschły.

Suche drzewa wycięto już w wolnej Polsce. Mówi się, że umierały wraz z Łemkami. Mówi się też, że drzewa uschły, gdyż miejsce kaźni przeklął powieszony dla szczególnego udręczenia głową w dół łemkowski pop.

* * *

Mając na względzie wszystko to, co działo się przez następne sto z górą lat, tamten klaps z 6 lutego 1915 roku wydaje się adekwatnym powitaniem Danuty Szaflarskiej w kręgu żywych.

W czasie chrztu ksiądz kanonik Jan Dagnan, proboszcz piwniczańskiej parafii pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, a od 1899 roku także honorowy obywatel miasta, orzekł, że imię Danuta, jakkolwiek przecież wywodzi się od łacińskiego słowa donata, czyli darowana [w domyśle – przez bogów lub Boga], nie zapewni dziecku odpowiedniej protekcji świętych. Dlatego autorytatywnie zdecydował, że pierwsze imię pochodzić ma od solidnej patronki, za taką zaś uznał świętą Zofię Rzymską, męczennicę z II wieku. Po latach ta zamiana imion stała się źródłem rozlicznych niewygód i utrapień Danuty Szaflarskiej, według dokumentów – Zofii Danuty, do czasu aż administracyjnie usunięto z jej dokumentów ową niechcianą Zofię.

Piwniczna-Zdrój, lata trzydzieste. Pośrodku – wieża kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, w którym Danusia przyjęła chrzest.

W metryce była zresztą jeszcze jedna rzecz do poprawienia – data urodzenia. 6 lutego wypada świętej Doroty, co nie budziło na Kosarzyskach dobrych skojarzeń. We wsi mieszkała bowiem „głupia Dorota”, jak ją nazywali miejscowi, bądź, jak precyzowali państwo Szaflarscy, „nienormalna Dorota”.

W czym dokładnie zawierało się odstępstwo Doroty od normy, dzisiaj już nie wiadomo. („Nienormalna pod każdym względem”[5] – sto lat później wyjaśniała, nic nie wyjaśniając, Danuta Szaflarska). W każdym razie w czymś, czego sprowadzenia na własne dziecko państwo Szaflarscy nie chcieli zaryzykować. W efekcie w metryce wpisano, że Zofia Danuta Szaflarska urodziła się 19 lutego. Dopiero po latach to sprostowała.

* * *

Szaflarscy, choć Aleksander był góralem z dziada pradziada, nie pochodzili z Piwnicznej. Jak wiadomo, górale dzielą społeczność na pnioki, krzoki i ptoki. W Piwnicznej Szaflarscy należeli do tej trzeciej kategorii.

Dziadek pani Danuty ze strony ojca, Andrzej Szaflarski, przyszedł na świat w Chochołowie, w rodzinie zasiedziałej, jednej z możniejszych, sołtysiej. Zdobył wykształcenie, został nauczycielem ludowym i porzucił Chochołów dla miasta. Osiadł w Tymbarku[6]. Tam z małżeństwa z Anną Sebastyańską 18 grudnia 1884 roku urodził mu się syn Aleksander, późniejszy ojciec Danuty.

Ród Szaflarskich wywodzi się z Szaflar. Sama pani Danuta niezbyt trafnie tłumaczyła, że to nie nazwisko pochodzi od nazwy miejscowości, ale przeciwnie – że to Szaflarscy obdarzyli wieś swoim nazwiskiem. Było jednak odwrotnie.

Szaflarscy to jedna z najstarszych rodzin w Szaflarach, ale nazwa wsi nie od nich pochodzi, ale jest świadectwem niemieckiego osadnictwa z czasów średniowiecza. Być może powstała od staroniemieckiego rzeczownika Schafler, czyli bednarz, lub – co bardziej prawdopodobne – od słowa Schafflare oznaczającego owczarzy. Lud to był bowiem pasterski, zamieszkujący u podnóży zamku wzniesionego na wapiennej skale na brzegu Dunajca. Zamek przez wieki przechodził z rąk do rąk, choć nominalnym właścicielem pozostawało długo opactwo cystersów. Odległość od Szczyrzyca, głównej siedziby mnichów, dzisiaj niewielka, niespełna sześćdziesiąt kilometrów, w średniowieczu znaczyła tyle co półtora dnia drogi. Nie mogąc więc bezpośrednio sprawować stałej pieczy nad zamkiem, cystersi oddawali go w dzierżawę. Ostatni w dziejach dzierżawca, nawrócony na chrześcijaństwo Żyd, urządził w twierdzy dochodowe przedsiębiorstwo: mennicę bijącą fałszywe monety. Historiografia ostrożnie podaje, że bez wiedzy zakonników. Proceder doprowadził do zbrojnej interwencji Ludwika Andegaweńskiego. Monarcha polecił zamek zdobyć i splądrować.

W efekcie zniszczoną fortecę i wieś włączono do dóbr królewskich, a zamek to odbudowywano i rozbudowywano, to pozwalano mu niszczeć. W każdym razie Szaflarscy z poddanych cysterskich stali się mieszkańcami królewszczyzny. Ostatecznie zamek popadł w ruinę w początkach wieku XVI. Dziś pozostał zeń jedynie kawałek muru, który w czasach okupacji hitlerowskiej rozpalał wyobraźnię niemieckich archeologów starających się wykazać aryjską proweniencję i zamku, i górali, nazwanych Goralenvolk, przy czym wychodzono ze słusznego skądinąd założenia, że owego kawałka muru, świadectwa dumnej przeszłości, nie mogli wznieść „podludzie”.

Większość Szaflarskich trzymała się rodowego gniazda, niektórzy przenosili się do sąsiednich wsi w obrębie Podhala, do Chochołowa, Zębu, Poronina, Czarnego Dunajca i Białego Dunajca. Nazwisko nadal jest jednym z najczęściej spotykanych i w Szaflarach, i w nieodległym Nowym Targu.

Aleksander Szaflarski poszedł w ślady ojca. Ukończył seminarium nauczycielskie i około 1910 roku, podobno przypadkiem i bez wcześniejszego namysłu, zjechał do Piwnicznej, gdzie powierzono mu posadę nauczyciela ludowego w szkole na Kosarzyskach. Posada, owszem, była, lecz sama szkoła istniała tylko, jak to się dzisiaj mówi, teoretycznie. Przez poprzednie dwa lata, gdy jeszcze nazwy nie było, nauczanie odbywało się w tak zwanej klasie eksponowanej szkoły w Piwnicznej, czyli w wynajętej od gospodarzy izbie.

Do Kosarzysk wysłano też pochodzącą z Krakowa nauczycielkę Wandę Karmańską, rówieśnicę Aleksandra (starszą raptem o kilka miesięcy), piękną kobietę o romantycznej przeszłości.

Miała za sobą trzy lata studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, walkę z ojcem[7] o prawo do przerwania nauki gry na fortepianie (zaplanował on bowiem wysłanie Wandy do konserwatorium muzycznego w Wiedniu) i złamane serce. Można spróbować zrekonstruować porachunki córki z ojcem następująco: w odwecie za zakaz poślubienia nieznanego nam już dzisiaj ani z imienia, ani z nazwiska, ani nawet z pochodzenia ukochanego Wanda odmówiła wyjazdu do Wiednia, w odpowiedzi na co ojciec zaprzestał finansowania jej studiów w Krakowie. Nie poskromił tym jednak samodzielności córki. Rzuciła uczelnię, wyjechała do Nowego Sącza i sama zarabiała na chleb, dając lekcje niemieckiego w szkole ewangelickiej. Szybko jednak porzuciła Nowy Sącz i jeszcze przed przybyciem Aleksandra znalazła się w gronie pedagogicznym szkoły w Piwnicznej jako owa nauczycielka „klasy eksponowanej” na Kosarzyskach, czyli misjonarz oświaty w najbardziej głuchym z głuchych przysiółku, w którym analfabetyzm był równie powszechny jak wiara w gusła.

Gdy zaangażowano Aleksandra, „klasa” stała się szkołą, Aleksander – kierownikiem, a oboje nauczycielstwo parą zakochanych. Tym razem Wanda zapewne nie pytała już ojca o zgodę na zamążpójście. Szaflarscy pobrali się w 1911 i zamieszkali „na komornym” u rodziny Karszniewiczów, przez wiele późniejszych lat zaprzyjaźnionych z dawnymi lokatorami. Państwo Szaflarscy dołączyli do wąziutkiej wiejskiej elity, którą wcześniej jednoosobowo stanowił leśniczy przezywany przez miejscowych „Panem Dzikiem” z powodu oryginalnej urody, cech służbisty i posępnego oblicza.

W tym to cudzym domu w 1912 roku urodziła się ich pierwsza córka, Irena, a trzy lata później owa Zofia Danuta, zwana Danusią. Jak niesłychanie popularny wówczas batonik czekoladowy z krakowskiej fabryki cukierniczej Adama Piaseckiego nazwany tak czy to dla upamiętnienia Sienkiewiczowskiej Danusi Jurandówny z Krzyżaków, czy też, jak zapewnia obecny producent, miłości Piaseckiego do pewnej Danusi, zawijaczki karmelków. Niezależnie od genezy nazwy batonika maleńka Danusia Szaflarska pochłaniała z apetytem czekoladowe imienniczki, ważną konkurencję dla pajdy domowego chleba z miodem, i nieodmiennie z nimi właśnie kojarzyła swoje imię. W tej sytuacji wiadoma nam już decyzja kanonika Dagnana nie mogła budzić aprobaty dziewczynki jako akt przerwania więzi z ulubionym łakociem, czym znacznie później dorosła już Danuta objaśniała żartobliwie swój dość długo trwający antyklerykalizm, a nawet porzucenie na znaczną część życia wiary i Kościoła.

* * *

O Kosarzyskach opowiadała jako o cudownej „wsi pod Piwniczną”, pełnej magii, gadających strumieni, śpiewu ptaków i promieni słońca, o owym Innym świecie, który dał jej zapas sił na całe życie, a u jego kresu stał się inspiracją do tytułu autobiograficznego monologu aktorki zamkniętego w pięknym filmie Doroty Kędzierzawskiej.

Skromne sprostowanie należy się nie pod adresem magii czy strumieni, ale po adresem wsi jako takiej.

– To nigdy nie była odrębna wieś – podkreśla Mieczysław Łomnicki, wieloletni nauczyciel piwniczańskich szkół, regionalista, historyk. – Od zarania dziejów Piwnicznej miasto miało swoje bogactwo: lasy miejskie wchodzące w skład organizmu urbanistycznego. Nazywane grontem miejskim. Z tych to lasów Piwniczna żyła, sprzedając drewno. Kosarzyska są więc dzielnicą Piwnicznej, leśną osadą w obrębie miasta, w której od wieków mieszkali robotnicy leśni, prowadząc skromne przydomowe gospodarstwa, które pozwalały im dorobić do niewielkich dochodów ze zlecanych przez władze Piwnicznej prac leśnych.

Uchwały rady miejskiej Piwnicznej podejmowane na przestrzeni wieków wymieniają Kosarzyska jako ów właśnie pożytek. Czytając miejskie akta, można zresztą dojść do wniosku, że mamy do czynienia nie z dokumentacją grodzkiej wspólnoty, ale przedsiębiorstwa leśnego. Najważniejszymi, budzącymi najsilniejsze emocje decyzjami piwniczańskich rajców były te, ile drzew wyciąć, ile drewna sprzedać i ile przeznaczyć na potrzeby mieszczan. Lasy kosarzyskie oddawano w dzierżawę, sądzono się o czynsze, powierzano zarząd nad nimi rozmaitym przedsiębiorcom, przyznawano Żydom monopol na aukcyjny handel drewnem, odbierano w atmosferze skandalu ów monopol, łapano leśnych złodziei, planowano sprzedaż gruntu i wstrzymywano sprzedaż gruntu, używając przy tych wszystkich rozstrzygnięciach najwyższej retoryki patriotycznej, rezerwowanej gdzie indziej na okoliczność zagrożenia niepodległości państwowej.

– Ta wieś ukształtowała mnie. Ciągle jest we mnie. Wieś zupełnie dzika. Z miasta tam nie przyjeżdżali. Ludzie nie czytali, nie pisali. Ciemnota, zabobony. Leczyła znachorka. Wszystko było trochę zaczarowane – opowiadała Danuta Szaflarska. – Kładłam się w łąkach, kiedy jeszcze nie były skoszone, leżałam, patrzyłam w słońce. I myślałam sobie, że właściwie Bogiem to jest słońce, bo ono daje życie, ciepło. I modliłam się do słońca. Lubiłam siedzieć sama nad potokami, bo one gadają. Chlupią tak, różne dźwięki wydają. I tak sobie myślałam, że on [potok] płynie do Popradu, a potem do jeszcze większych rzek, a potem dopłynie do morza. I jak on tak gada, to znaczy, że mogę też do niego pogadać. Więc opowiadałam potokowi, że pozdrowienia posyłam. O życiu opowiadałam, jak tu jest...[8].

Siedząc nad potokiem, snuła plany dalekich wypraw. Mając lat osiem, przestudiowała uważnie cztery tomy atlasu geograficznego i zamarzyła, że odwiedzi krainy ludożerców. Trzeba podróżować, świat przecież musi być niesłychanie interesujący, skoro nawet tu, na jego końcu, jest tyle ciekawych spraw!

– Wierzyło się w różne rzeczy. Był wodnik w potoku – nie weszłabym do tej wody, bo bym się bała, że on mnie wciągnie. Był rycerz na czarnym koniu, co to o północy łańcuchami dzwonił koło folusza. Mnóstwo było strachów, dziwów różnych... Widziałam, jak odczyniali uroki; jak kogoś głowa bolała, to asystowałam przy odczynianiu. Sama wędrowałam po lesie. Moją największą rozrywką było łapanie zaskrońców. Nie zabijałam ich, ale złapać je to nie jest taka łatwa sprawa. Nauczyłam się tego od kota, bo obserwowałam, jak on łapie myszy[9].

Osada dzisiaj jest murowana, bogata, pełna letników, samochody drogie, a ogródki zadbane. Do znanego nam już (od nie najlepszej strony) rynku w Piwnicznej busik wozi po gładkiej szosie każdego chętnego raz na kwadrans. Sto lat temu te pięć kilometrów było nie lada wyprawą.

A szło się koło wspomnianego już folusza, czyli budynku, w którym znajdowało się stukające miarowo urządzenie do spilśniania dzianin; samo urządzenie też nosi nazwę folusz. Opowie mi o nim później pani Wanda Dulak, poetka z Piwnicznej, uważana w miasteczku za przyjaciółkę Danuty Szaflarskiej.

– Nigdy bym nie miała śmiałości tak się określić – zaznacza pani Wanda. – Spotkania z panią Danusią były dla mnie wielkim wyróżnieniem i są to wspomnienia niesłychanie intymne, więc mówić o nich nie mogę.

Z Wandą Dulak spotykam się w tej hałaśliwej Magdalence. Minie tydzień i poczta przyniesie wiersz pani Wandy:

Będę Cię chwalić

Panie za czas jasny

gdy z wianków głogu

wiosna się poczyna

wśród pszczelej pieśni

miedzami dzieciństwa

w niebo zachwytu

odchodzi tarnina

Będę Cię chwalić

Panie za czas wonny

gdy fiołków morze

aromat rozlewa

dni otwierają

królestwo zapachu

i pieśń słoneczna

kołysze się w drzewach

Będę Cię chwalić

Panie za te chwile

jak ptak będę wielbić

Ciebie pieśnią brzasku

bo kiedyś stanę

przed Twym Majestatem

z oczami pełnymi

wiosennego blasku.

Z foluszem według Wandy Dulak historia podobno była jednak inna. Szło nie o rycerza z łańcuchami, ale o pewną nieszczęśliwą dziewczynę, która zabiła swoje panieńskie dziecko. I któreś z nich, oprawczyni albo ofiara, straszyło przechodniów szlochami. – Ale chyba już teraz nie straszy – dodaje sceptycznie poetka.

Opowieści o duchu z zaintrygowaniem wysłuchał Krzysztof Junak, właściciel pensjonatu wzniesionego tuż obok miejsca, gdzie dawniej był folusz, i nazwanego na jego pamiątkę. Duchów dotąd nie spotykał, a panią Danutę, owszem, od początków swojej przygody z Piwniczną, czyli od lat dziewięćdziesiątych. Zwykle w kościele, na sumie o jedenastej. Marzy się panu Junakowi odbudowa folusza. Jeśli to się uda, może i duch powróci?

Bliżej niż do kościoła (5 km) było do słowackiej granicy (4 km), przez którą przemycano rozmaite towary, zwierzęta, a nawet ludzi. Legendą Kosarzysk był Jasiek, złodziej i wykwalifikowany przemytnik koni, uosobienie ślebody, jakkolwiek co i raz ograniczano ją, zamykając Jaśka w więzieniu. Jaśkowy styl życia i uroda tak rozpalały wyobraźnię dziewczyn z osady, że – jak zapamiętała Danuta Szaflarska – zdarzało się, iż panna prowadzona do ołtarza wyrywała się drużbom i rodzicom, krzycząc: „Chcę do Jaśka!”.

* * *

Temu światu, na poły dzikiemu, na poły magicznemu, Szaflarscy mieli nieść elementarną oświatę. Nietrudno popaść w banał, opowiadając o wiejskich szkołach w Galicji tamtych czasów, jako że temat tyle razy już stawał się przedmiotem rozmaitych umoralniających publikacji. Powszechny był analfabetyzm, brak zrozumienia dla potrzeby zdobycia przez dzieci choćby minimalnego wykształcenia. Pod zaborami, w cesarstwie, wprowadzono wprawdzie formalny obowiązek szkolny, ale władze go właściwie nie egzekwowały.

W archiwach miejskiej rady Piwnicznej znajdujemy uchwały rajców zwalniające – z uwagi np. na brak obuwia – dzieci z odleglejszych przysiółków z konieczności chodzenia do szkoły. Uchwały te witane były przez rodziców niedoszłych uczniów niemal jak akt uwolnienia z pańszczyzny. Bo też i szkolne nauki ledwie tylko przekładały się na wymierny pożytek w codziennym bytowaniu. W większości szkół językiem nauczania był niemiecki, co też pozostawało nie bez wpływu na odbiór szkoły jako ciała obcego. Jeśli już ktoś decydował się posyłać dziecko na nauki, zazwyczaj edukacja kończyła się po drugiej czy trzeciej klasie, a celem jej było opanowanie podstaw pisania i rachunków. Do pisania właśnie przywiązywano większą wagę, czytanie było efektem ubocznym, zbędnym luksusem[10].

Podróż z Piwnicznej do Krakowa zajmowała w latach dwudziestych osiem godzin, choć w linii prostej to raptem osiemdziesiąt kilometrów.

Niewiele dzieci fatygowało się na lekcje do samego końca czteroklasowej szkoły, jeszcze mniej kontynuowało naukę na poziomie średnim. Do początków XX wieku studia wyższe kończyli spośród piwniczan wyłącznie chłopcy przeznaczeni do stanu duchownego. Pierwszym świeckim magistrem był urodzony w 1879 roku Szymon Kopytko, późniejszy wieloletni profesor gimnazjalny we Lwowie, w Brodach i Nowym Sączu, który jako emeryt powrócił do Piwnicznej i zainicjował powstanie samorządowego gimnazjum. Ani jednak rodzina Kopytków nie była zwykłym rodem góralskim (ojciec późniejszego profesora osiadł w Piwnicznej po odbyciu wyroku za udział w powstaniu styczniowym i tu założył rodzinę), ani też w ślad za naukową karierą Szymona nie poszli sąsiedzi.

Można sobie wyobrazić misję rodziców pani Danuty jako ciężką orkę na nieurodzajnej ziemi. Jednak uciążliwość pracy łagodziła powszechna sympatia i szacunek, jaki w owych czasach budzili wśród górali nauczyciele.

Cytowany już Mieczysław Łomnicki pół wieku później podjął „pracę u podstaw” rozpoczętą na Kosarzyskach przez małżonków Szaflarskich i kontynuowaną przez kolejnych nauczycieli w następnych dekadach II Rzeczypospolitej. Jak wielkie były jednak deficyty wykształcenia, niech świadczy to, że gdy w latach pięćdziesiątych Łomnicki prowadził w wiejskich szkołach nauczanie podstawowe, zza drzwi z niespokojnym zaciekawieniem przysłuchiwali się lekcjom dorośli analfabeci spoza rejestru zapisanych do szkoły. Wśród nich szkolny woźny, który choć służył jeszcze Najjaśniejszemu Panu w c.k. armii, czytać i pisać nie miał okazji się nauczyć.

* * *

W Piwnicznej domy wznoszono drewniane, najpopularniejszymi zawodami rzemieślniczymi były więc ciesielka i stolarstwo. Zanotowano obecność murarzy, ale zajmowali się raczej robotą zdunów: stawiali piece i kominy. Zgodne z nazwą fachu zajęcie znajdowali tylko wtedy, gdy bogatszy gospodarz życzył sobie podmurówki pod dom zamiast drewnianych podwalin opartych na kamieniach, co zdarzało się bardzo rzadko. Rozkwitał za to przemysł szewski i kopyciarski. Ten drugi nie jest wbrew pozorom adresowaną do zwierząt kopytnych odmianą szewstwa, lecz sztuką wyrobu szewskich kopyt. W kościarni kościarze palili baranie kości, by uzyskać żużel używany jako nawóz. Drewno spławiali Popradem flisacy. Szwacze szyli wełniane portki. Działała też fabryczka mebli giętych. Cała ta gospodarka ledwie tylko ocierała się o obrót pieniężny. Dominował handel wymienny, za usługi płacono płodami rolnymi. Gazdowie kupowali w mieście sól, gorzałkę, tytoń i zapałki. Pozostałe niezbędne artykuły powstawały w ich własnych gospodarstwach lub w gospodarstwach sąsiadów.

W ten model życia wpisali się Szaflarscy, z miejskich przyzwyczajeń zachowując tylko nawyk czytania i obcowania ze sztuką. Dzieci nasiąkały gwarą góralską. Później, po latach, w trakcie egzaminu do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej Danusia przekona się, że zdanie „Zamkłam okno, bo niebo zachmurane” odbiega od obowiązującego kanonu. Będzie od podstaw uczyła się artykulacji właściwej literackiej polszczyźnie. Przekona się, że nie mówi się „dzem” tylko „dżem”, że coś nie jest „mjoŋdzy” czymś, tylko „między”, że nie „Ździsław jychoł”, ale: „Zdzisław jechał”.

W czasach, kiedy niebo nad Danusią całkiem bezkarnie mogło być zachumrane, jej ojciec zakochał się w gospodarstwie i w pracach polowych; w zwierzętach, w zapachu siana i zbóż. Gdy w końcu w 1920 roku stanęła na Kosarzyskach szkoła z prawdziwego zdarzenia, z prawdziwą izbą lekcyjną i z mieszkaniem dla rodziny nauczycielskiej, zaopatrzona w takie wygody, jak własny chlewik i drewutnia, sprowadzili fortepian. Wanda Szaflarska dawała koncerty, czasem solo, a latem, gdy na Kosarzyska zjeżdżali znajomi z jej dawnego krakowskiego świata, w aranżowanych ad hoc duo i triach. Przechowano wspomnienie o aplauzie, jaki wywołał wspólny koncert nauczycielki z bawiącymi na Kosarzyskach oficerami, w cywilu – artystami muzykami. Opowiadano też, że gdy pani Wanda grała, przez okno wsuwał łeb do izby pasący się nieopodal koń, którego w efekcie przezwano melomanem.

Danusia była drugą córką Szaflarskich, pierwsza zaś miała na imię Irenka, była niebieskooką blondynką, a przyszła na świat rok po ślubie rodziców – w 1912. Danuta przechowała w pamięci wspomnienie o siostrze, która ją, wówczas najwyżej roczną, stawiającą pierwsze kroki, osłaniała przed stadami groźnych gęsi grasujących w obejściu i prowadzała na przechadzki, przeklinając brzydkimi słowami dziury w mostku. Była śliczna i dobra. Czy to pamięć pani Danuty, czy pamięć przekazana jej przez rodziców?

* * *

– Ja nie chcę doktora! Nie chcę doktora! – wrzeszczała Danusia, wymachując rękami i nogami. Lekarz się zbliżył. Dostał kopniaka w brzuch. Ryknął coś o dzikich zwierzętach i się poddał. Nie zbadał Danusi. Bała się go panicznie. Tym razem strach jeszcze potęgowała wysoka gorączka. Ze strachu i złości spociła się i wyzdrowiała.

Doktora górale wzywali tylko do przypadków beznadziejnych, jako świeckie uzupełnienie księdza z ostatnim namaszczeniem. Wiadomo było, że do kogo doktor przychodzi, ten już długo nie pociągnie. Znachorów wprawdzie prawo ścigało już od 1796 roku, kiedy Galicję objęto austriackimi przepisami sanitarnymi, ale wciąż jeszcze to oni cieszyli się wśród górali większym zaufaniem niż miejscy doktorzy. Jedyne pole, na którym trwająca z górą sto lat walka o podniesienie higieny była uwieńczona sukcesem, stanowiło nałożenie na kobiety przyjmujące porody obowiązku ukończenia państwowych kursów poświadczanych najpierw austriackim, a później polskim dokumentem.

Świadectwem rozpaczliwego stanu higieny i medycyny w ogóle były nawracające epidemie cholery i tyfusu, które prześladowały Piwniczną nie tylko w wieku XIX, ale także przez pierwsze dwadzieścia lat XX wieku. Powszechna była wszawica, znak nędzy i źródło tyfusu. Wszy, jak wspominała po latach Danuta, łaziły po wszystkim i po wszystkich[11]. Podczas trwania zarazy miasto, i tak odcięte od większych ośrodków górami i historią, traciło resztki kontaktu ze światem. Pociągi przejeżdżały przez stację bez zatrzymywania, a wstępu do Piwnicznej broniły oddziały straży. Chorych i konających układano w przekształconych w tymczasowe punkty medyczne publicznych budynkach. Dzień w dzień odbywały się pogrzeby ofiar zarazy.

Poza cholerą i tyfusem, chorobami równo zabijającymi i dorosłych, i dzieci, na Piwniczną spadały też epidemie chorób dziecięcych, zwłaszcza szkarlatyny. Na tę właśnie chorobę zapadła Irenka. Zaraziła się też Danusia, ale w sposób łagodniejszy; szkarlatynę zdiagnozowano u niej dopiero wstecznie, gdy zauważono, że na ciele dziecka łuszczą się grube płaty skóry. Danusi nie leczono, czemu – jak twierdziła później – zawdzięcza życie. Do Irenki matka wezwała lekarza. Danusia była pewna, że właśnie on zamęczył siostrzyczkę uporczywą i niefachową terapią.

Irenka zmarła w 1916 roku. Miała cztery lata. To była pierwsza śmierć kogoś bliskiego w życiu Danusi. Później, za sprawą długiego życia, po kolei pochowa wszystkich, którzy składali się na jej młodość. Tragedia rodziny, żal po życiu, które ledwie się zaczęło, a już musiało się skończyć, a zarazem prosta ilustracja statystyk demograficznych tamtych czasów, z których wynika, że przeżycie dzieciństwa miało charakter ekskluzywny.

Najprawdopodobniej owym domniemanym, więc być może całkiem niewinnym, współsprawcą śmierci Irenki był doktor Stanisław Walerian Nowak, jedyny lekarz w mieście w latach 1913-1920. Skądinąd doktora Nowaka zapamiętano w Piwnicznej jako organizatora spółdzielczości spożywczej, pasjonata muzyki i członka miejscowego chóru oraz wyróżniającego się specjalistę w schorzeniach kręgosłupa, do którego mieli zjeżdżać rozmaici połamańcy spoza miasta.

Poza ową nieleczoną i w jej przypadku raczej łagodną szkarlatyną drugą córkę państwa Szaflarskich szerokim łukiem omijały poważniejsze choroby.

* * *

W 1919 roku, czyli tuż przed przeprowadzką od Karszniewiczów do budynku nowej szkoły, urodził się Szaflarskim synek, Jerzy Aleksander, czyli Jureczek, ukochany braciszek Danusi. Brata miała też jej najbliższa przyjaciółka Giga Karszniewiczówna. Gdy dziewczynkom zdarzało się pokłócić w zabawie, Giga tłukła Jureczka, a Danusia brata Gigi.

A w Krakowie babcia Karmańska gotowała dla Danusi i Jureczka kakao z pianką, najlepsze na świecie. Otóż po przyjściu na świat syna Wanda ostatecznie pojednała się z krakowską rodziną i zaczęły się regularne wyprawy pociągiem do miasta. Na drogę – kosz pieczonych kurcząt. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, wyprzedzany co i raz przez piechurów. Żartownisie wieszali w wagonach ogłoszenia „Zarząd kolei zabrania zbierania grzybów podczas biegu pociągu”. Jechało się to pod górę, to z góry, bite osiem godzin, choć w linii prostej to raptem osiemdziesiąt kilometrów. – Oglądaliśmy przez okno świat, który był jakiś taki inny – inne krowy tu się pasły, bo w górach mieliśmy czerwone, a tu hodowali łaciate, czarno-białe[12].

Po przyjeździe, niemal w drzwiach jeszcze, słodziutkie kakao, nazajutrz kino albo poranek dla dzieci w Teatrze Słowackiego, koronkowym, pachnącym perfumami i wodą kolońską, rozświetlonym setkami lamp elektrycznych, tak innym od drewnianych Kosarzysk pachnących lasem i potokami. – Dzieciom – powtarzała babcia – trzeba ukazywać świat kultury. Nie można chować ich na dzikusów.

Pierwsze zetknięcie Danusi ze światem, w którym spędzi większą część życia: krótkie wycieczki w miasto, na ulice, przejażdżki tramwajami, rzut oka na automobile; teatr, kino, podglądanie tego innego świata przez dziurkę od klucza...

Tam, gdzie Danusia i Jurek wpatrywali się rano w aktorów w kostiumach skrzatów i dobrych wróżek, wieczorami – choć tego dzieci widzieć już nie mogły – odbywał się skandal nad skandale! Dyrektor teatru, Teofil Trzciński, wpuszczał na scenę jakichś niedomytych i agresywnych młodzieńców, w foyer rozdawano „Jednodniuwkę Futurystuw – wydanie nadzwyczajne na całą Żeczpospolitą Polską”. Wreszcie 30 czerwca 1921 roku wystawił Tumora Mózgowicza Witkacego. Krakowianie rwali sobie włosy z głowy. Na widowni ani chwili ciszy. Po spektaklu cały Kraków w przejęciu dyskutował, czy oto zdarzył się upadek, czy też wywyższenie Teatru Słowackiego. Jedni domagali się dymisji dyrektora, inni, jak na przykład delegaci Krakowskiego Towarzystwa Matematycznego, obsypywali dramaturga i reżysera kwiatami. Nazajutrz Kraków pobiegł na powtórkę przedstawienia. I znowu owacje, ryki. Ktoś bije brawo na znak aplauzu, inny głośniej jeszcze klaszcze z zajadłej wściekłości. Każdy mówi o czym innym.

W kawiarniach egzegezy dramatu.

– Ten Witkiewicz podobno był u bolszewików za politruka...

– Nie, panie radco. W szesnastym pod generałem Brusiłowem służył. Kawalerzysta. W głowę go ranili.

– Co pan powie?! To wiele wyjaśnia!

Gdy ktoś apelował o tolerancję, o dostrzeżenie w dramacie Witkacego pożądanej awangardy – nowego, niezbędnego, nieuniknionego, bo zrodzonego z doświadczeń Wielkiej Wojny spojrzenia na świat spraw ludzkich, gromił go wszechpotężny dramaturg, podpora krakowskiej endecji hrabia Karol Hubert Rostworowski. A gromił nie tylko z pozycji światopoglądowych, endeckich czy zachowawczych, ale przede wszystkim – z estetycznych.

„Pan Witkiewicz [...] potworność i groteskowość, czyli bezsensowność, uważa [...] za artystyczny dogmat, zobowiązujący nie potwory, ale przeciętnych ludzi. Żąda on od nas, ażebyśmy za istotę dzieła sztuki uznali »treść formalną« i wskutek tego godzili się na »bezsens życiowy i logiczny w poezji i na scenie«. [...] . »Tumora Mózgowicza« uważam za dzieło nieszczere, więc i niedociągnięte. Jest ono za mało potworne, za mało, z naszego punktu widzenia, bezsensowne”[13] – wytykał na łamach „Głosu Narodu” Rostworowski. A przy tym ranił w samo serce, bo dodawał w swej recenzji, że uważa Witkacego za dramaturga o wybitnym talencie. Wybitnym i marnotrawionym, gdyż wprzęgniętym w artystyczną pomyłkę.

Ale mleko się rozlało. Trzciński przez kolejne lata bardzo konsekwentnie pozostawi scenę Teatru im. Słowackiego otwartą na wszelką awangardę. Witkacy będzie jednym z częściej granych autorów, choć przecież i Rostworowskiego Trzciński wystawiać nie zaprzestanie. Najbliższe lata przyniosą pięć premier tego dramaturga na scenie przy placu Świętego Ducha. Dziewięć lat później sam Trzciński wyreżyseruje jego Przeprowadzkę.

Parę dni i znowu kosz pieczonych kurcząt na drogę powrotną. Teraz – bogatszy o miejskie smakołyki.

Na Kosarzyskach Danusia staje przy futrynie okna, firanka zastępuje kurtynę. Córka nauczycieli inscenizuje dla dzieci z sąsiedztwa powtórkę tego, co widziała w krakowskim teatrze. To jej pierwsze role.

* * *

Wszystko to miało trwać tak krótko. W 1924 roku, gdy przez Piwniczną przewalała się kolejna epidemia tyfusu, Aleksander Szaflarski rozchorował się na banalne zapalenie ślepej kiszki. Nie udało się go uratować. Wanda z dwojgiem dzieci pozostała jeszcze przez rok na Kosarzyskach. Niedługo później umieściła Danusię na stancji w Nowym Sączu, ciągle w obawie przed tyfusem. A w 1925 roku już cała rodzina przeniosła się do Sącza, kończąc tym samym arkadyjską epokę w dziejach Danusi. Wanda podjęła pracę nauczycielki w Szkole Kolejowej przy ulicy Batorego.

Kosarzyska to dziesięć pierwszych lat życia Danuty. W tym dziewięć najszczęśliwszych, pomiędzy klapsem w pupę a śmiercią ojca. Lata, podczas których gadała ze strumieniami, gruntowała w sobie ślebodę, modliła się do słońca, lękała duchów w foluszu i stąpała po ziemi boso. – Łatwiej iść boso. Jak się dotyka ziemi, idzie się leciusieńko – tłumaczyła do kamery Dorocie Kędzierzawskiej.

Lata znaczone najstraszliwszą w dziejach wojną, kaźnią Łemków, ciemnotą, zarazami i nędzą. Dziewięć radosnych lat, które – jak mówiła – dały jej siłę na całe bardzo długie życie.

Rozdział 2.
W butach

Zaczęło się moje nieszczęście. Miasto. Musiałam chodzić w butach, mieszkałam w kamienicy. Nie było lasu. Nie było potoków. Byłam uwięziona. W szkole mówili na mnie wsiora[14].

Sącz oświetlały latarnie elektryczne, duma miasta, które jako jedno z pierwszych w Polsce zbudowało własną elektrownię. W centrum pyszniły się secesyjne kamienice, a w ratuszu burmistrz podniesiony do godności prezydenta – Roman Sichrawa. Później, w czasie okupacji, bohater Polski Podziemnej, twórca punktu przerzutowego przez zieloną granicę. Wówczas jednak, w latach dwudziestych, prezydent Sichrawa pozostawał bohaterem jedynie skandalików obyczajowych i sprośnych plotek. Odkąd owdowiał, mówiło się, że nie przepuści żadnej kobiecie. Z tym że Roman Sichrawa reprezentował gawędziarski, platoniczny gatunek amatora damskich wdzięków. Nie przekraczał granicy postawionej przez naturę, podobno nader skąpą dla ojca miasta, na temat której świadectwo wśród pań nieśli naoczni rzekomo świadkowie nagich kąpieli prezydenta w Dunajcu.

Inaczej rzecz się miała z synem dygnitarza. Kazimierz Sichrawa, rosły, zabójczo przystojny, świeżo upieczony adwokat, rozpalał sny dziewcząt. Mówiło się o panieńskich ciążach i próbach samobójczych. Prezydentowicz nadużywał powodzenia do mniej lub bardziej głupich kawałów. Jedną ze swoich wielbicielek upił, zapakował w papier pocztowy, obwiązał sznurkiem i nadał koleją na bagaż. Szczęśliwie tylko z jednej sądeckiej stacji na drugą. Ale skandal wybuchł ogromny, jakby szło o przesyłkę transatlantycką. Sporo wysiłku musiał włożyć prezydent Sichrawa w tuszowanie wybryków syna.

Po 1939 roku ten dowcipniś zapisze heroiczną kartę w podziemiu. Przeżyje Auschwitz. W PRL będzie bronił żołnierzy AK w procesach przed stalinowskimi sądami.

* * *

Miasto tonęło w zieleni. Położone w kotlinie, w łańcuchu Beskidu Sądeckiego, z każdej niemal ulicy dawało widok na otaczające je góry. Fortunna była odległość od większych ośrodków; dostatecznie duża, aby w Sączu rozwinęło się odrębne życie kulturalne, z nieodzownymi instytucjami w postaci orkiestr kameralnych, kin i teatru. A wszystko to w miniaturze, zapatrzone po trosze w Lwów, po trosze w Kraków, a ciągle jeszcze, mimo wielkiego triumfu niepodległości, zapatrzone i w Wiedeń. Cukiernie z żalem pozbywały się z nazwy przymiotnika „wiedeńska”, ale wiedeński pozostał repertuar przygrywającej latem na Plantach dętej orkiestry kolejowej powołanej do życia w rozkwicie panowania Franciszka Józefa. A zarazem ta sama orkiestra szczyciła się, że jako pierwsza w całej odradzającej się Rzeczypospolitej, bo już 31 października 1918 roku, wykonała publicznie „Mazurka Dąbrowskiego”!

Ratusz w Nowym Sączu na początku XX wieku.

Był też w Nowym Sączu świat na pozór oddzielny, który jednak od wieków splatał się z polskim Sączem nitkami sąsiedzkich znajomości, interesów, zakazanych miłostek, wzajemnej ciekawości i lęku; świat sądeckich Żydów obejmujący jedną trzecią populacji miasta. Największym skupiskiem żydowskiej biedoty, ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, była dzielnica o oryginalnej nazwie Piekło. Co roku do znajdującego się tam grobu rabina Chaima Halberstama pielgrzymowali chasydzi z całej Polski. Cadyk Halberstam, założyciel dynastii Sącz-Klausenburg, jedna z ważniejszych postaci galicyjskiego judaizmu, zmarł w 1876, pozostawiając po sobie dzieło życia – sądecką jesziwę. Pamięć żydowskiego mędrca i nauczyciela czcili też katolicy. Z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie opowieści o przyjaźni cadyka z proboszczem nowosądeckiej fary księdzem Janem Nepomucenem Machaczkiem. Wśród nich anegdoty o dysputach teologicznych. W wariancie ludowym miało to wyglądać następująco:

Cadyk mówi: – Moja religia jest jak fiołek ukryty w trawie.

Doproszony do towarzystwa pastor unosi brew: – A moja czysta jak lilia. Nie znajdziesz w niej żadnych papieskich naleciałości.

– A twoja? – pytają księdza Machaczka.

– Moja jest jak pokrzywa.

– Czemu?

– Bo fiołkiem i lilią możesz sobie d... podetrzeć, a spróbuj pokrzywą!

Ten dialog pewnie wcale się nie odbył, w każdym razie zarówno uczone traktaty cadyka, jak i spuścizna literacka proboszcza Machaczka każą podejrzewać obu duchownych o nieco inny rodzaj refleksji teologicznej.

Zdarzyło się jednak coś innego: po pogłoskach o mordzie rytualnym na jednym ze strychów na Piekle proboszcz Machaczek wygłosił do swoich parafian kazanie piętnujące ciemnotę i zabobon. Inspiratorzy etnicznych zamieszek obeszli się smakiem. Podobnie było, gdy w 1871 roku na żądanie bliżej nieokreślonej grupy „świeckich katolików” władze miasta zakazały pielgrzymowania do dworu cadyka Halberstama, jako że migracja dużych grup Żydów miała grozić rozprzestrzenieniem się epidemii cholery. Ksiądz Machaczek poparł protest gminy żydowskiej. Zakaz cofnięto.

Żydzi zapamiętali udział proboszcza w pogrzebie cadyka. Ksiądz Machaczek był jedynym nieżydowskim uczestnikiem pochówku. Gdy sześć lat później zmarł ksiądz, przed kościołem zaroiło się od chałatów i lisich czap. Para przyjaciół z Nowego Sącza wyprzedziła prądy ekumeniczne o stulecie, przydając siłę wielokulturowości Sącza, gdzie nawet w latach trzydziestych XX wieku, w apogeum napięć pomiędzy społecznością katolicką i żydowską, udawało się trwać razem. Kres tej koegzystencji położyli dopiero Niemcy w 1939 roku.

* * *

Danusię zainstalowano początkowo samą na stancji przy ul. Sienkiewicza. Rok później do miasta sprowadziła się też pani Wanda z pięcioletnim Jurkiem. Objęła posadę nauczycielki w szkole kolejowej, gdzie naukę na poziomie elementarnym ukończyła niebawem Danusia. Mieszkały kolejno: przy ul. Sienkiewicza, ul. Szujskiego i ul. Podhalańskiej. Wszystkie te adresy nieco na uboczu, dalej od Plant i miejskich parków, za to w pobliżu instytucji kolejowych, które dały pracę Wandzie Karmańskiej i pozostawały w ogóle najważniejszym sądeckim pracodawcą w II RP. Spośród niespełna trzydziestu tysięcy mieszkańców miasta blisko dwa tysiące znajdowały pracę w Cesarsko-Królewskich Warsztatach Kolei rozbudowanych i przemianowanych po 1918 roku w Warsztaty Główne I Klasy.

Następny szczebel w edukacji Danusi to prywatne gimnazjum matematyczno-przyrodnicze. Mundurki zimowe były tam granatowe z granatowym kołnierzem, a letnie – białe z kołnierzem granatowym.

Nauczyciel geografii odpytywał z miast świata.

– To miasto z czego jest słynne?

A chodziło o jakąś dziurę, bodaj na Wołoszczyźnie. Nikt nie mógł wpaść na dobrą odpowiedź, gdyż ta brzmiała: „Że ja tam byłem”.

Pakowano w umysły dziewcząt gnuśną prawdę, że Słowacki wielkim poetą był, a Trylogię Sienkiewicza przerabiało się przez dwa lata[15], bo to wielka literatura. Żeby nikt się nie uchylił od czytania, obowiązek egzekwowano poprzez tak zwane dyspozycje; z nakazanych do domowej lektury fragmentów utworu należało przygotowywać szczegółowe pisemne raporty.

Odrodzone państwo polskie nudą i męką procesu edukacji zaznaczało swoją obecność. Aż dziw bierze, że całe to pokolenie da już kilkanaście lat później dowody heroicznego patriotyzmu, pokazując, że nawet Pimkom i Bladaczkom nie udało się utrwalić w sercach wychowanków przeświadczenia, że polskość to zjawisko niepoważne, nużące i opresyjne.

Wybiegając nieco w przyszłość; braki w znajomości literatury, zwłaszcza współczesnej, Danusia nadrabiała już w czasach studenckich, korzystając z przewodników dla dokształcających się wychowanków ówczesnego systemu oświaty. Chodzi oczywiście o Niebo w płomieniach Jana Parandowskiego i – paradoksalnie – dość szczególny wykaz lektur, które winny składać się na biblioteczkę człowieka kulturalnego. Mowa tu o osławionej broszurze redemptorysty ojca Mariana Pirożyńskiego pod znamiennym tytułem Co czytać? Umiejętność posługiwania się tym poradnikiem polegała na tym, aby czytać właśnie te dzieła, co do których ojciec Pirożyński przekonywał, że są bezwartościowe, niemoralne i pornograficzne. Wśród nich utwory Czechowa, Goethego, Hugo, Zapolskiej, Zoli i Żeromskiego, by poprzestać na kilku nazwiskach. Poradnik księdza Pirożyńskiego, lustro duchowe epoki, kolportowali katecheci i bibliotekarze, również w Nowym Sączu, jako cenną wskazówkę dydaktyczną. Ku utrapieniu autora i złośliwej radości ofiar ojca Mariana wydawnictwo odkrył Tadeusz Boy-Żeleński i pokonał redemptorystę, przedrukowując w „Wiadomościach Literackich” co lepsze kawałki broszury. Ośmieszył redemptorystę i zamknął mu usta na lata. Jeszcze się wprawdzie ojciec Pirożyński odgryzał, próbował – mimo napomnień przełożonych zakonnych, a w końcu nawet zakazu publicznych wypowiedzi – polemizować z Boyem pod rozmaitymi pseudonimami, ale to Boy triumfował.

Przewrotną puentą tamtego sporu stały się wojenne losy Boya i ojca Pirożyńskiego. Ten pierwszy zaraz po aneksji Lwowa przez Sowietów wszedł, zapewne, by ocalić życie, w skład instytucji stalinowskich, w ramach których intelektualiści witali z entuzjazmem włączenie tzw. Zachodniej Ukrainy do Związku Sowieckiego (choć z pozycji aktywisty nowego porządku starał się nieść pomoc osobom represjonowanym przez NKWD). Zginął rozstrzelany przez Niemców po ich wkroczeniu do Lwowa.

Ojciec Pirożyński jeszcze w 1939 roku znalazł się pod okupacją niemiecką. Zaangażował się w ratowanie Żydów, a świadectwa jego działalności przechowuje m.in. izraelski Instytut Yad Vashem.

* * *

Kościół ani księża nie mieli u nastoletniej Danusi dobrej opinii. Pamiętała jeszcze ciągle kanonika Dagnana, który narobił zamieszania z jej imieniem i straszył z ambony w Piwnicznej diabłami i piekłem (jak twierdziła po latach – straszył okropnie, lecz w sposób niezbyt zajmujący[16]). Do nastolatki kościół przyszedł w formie nieumotywowanych zakazów i pryncypialnego prefekta. Wracając jednak do zaleceń ojca Pirożyńskiego, czyż Żeromski w charakterze owocu zakazanego nie smakuje lepiej?

* * *

Gimnazjum klasyczne nazywano z powodu koloru elewacji „budą czerwoną”, a matematyczno-przyrodnicze – „budą popielatą”. Między nimi, jak i między płciami (szkoły, rzecz jasna, nie były koedukacyjne) przebiegały linie młodzieńczych podziałów znaczone krojami i barwami mundurków oraz kręgiem znajomości, a także właśnie stosunkiem do kleru katolickiego. Otóż w „budzie czerwonej” prefektem był młody ksiądz o urodzie amanta filmowego. Na lekcje religii chodzono więc tam chętnie, w związku z czym Pan Bóg miał w owej placówce lepszą renomę. Syn jednej z absolwentek, Jan Grosfeld, który w naszej opowieści znajdzie jeszcze swoje miejsce, słyszał od matki, że ta wraz z innymi żydowskimi dziewczętami przemycała się na katechezę, żeby tylko popatrzeć na pięknego kapłana.

Życie, jak wspominała Danuta, wtłoczone było w ramy sztywnej dyscypliny: za spacer z chłopcem po ulicy groziło wyrzucenie ze szkoły; za przekrzywiony beret – bura u dyrektora. Po jednej z nich zaczęła nosić beret prosto, ale w taki sposób, że komicznie odstawały jej uszy. Dyrekcja jednak machnęła na to ręką. Jeśli do kina, to tylko na filmy zatwierdzone przez szkołę.

Ten ostatni rygor zachęcał do wykroczeń. Do kina, i to na dowolny seans, można bowiem było dostać się również na gapę. Wystarczyło, że jedna z dziewczynek zagadała niesłychanie roztargnioną bileterkę, Maniusię. Przestępne wyprawy do kina Danusia i jej koleżanki traktowały jako rodzaj sportu, w którym największe znaczenie miało chytre oszukanie Maniusi i towarzyszący wejściu na gapę dreszczyk emocji. I to on, a nie fabuła filmu, przyciągał przed ekran.

Pruderyjne zakazy traciły moc jedynie podczas zajęć sportowych, na ślizgawce na Wólkach. Tam można było dokazywać z chłopcami do woli. – Holendrowałyśmy więc, odmrażając sobie ręce i nogi, byle tylko pobyć z kolegami[17] – wspominała Danuta.

Na nartach z kolei jeżdżono w Bielowicach; a latem zażywano kąpieli i przejażdżek na kajakach w Kamienicy i Dunajcu. Przyzwoitość w tym się między innymi zawierała, że kostiumy kąpielowe chłopców zakrywały nie tylko biodra, ale i klatkę piersiową, dziewczęce zaś – również uda. Zmieniło się to mniej więcej około roku 1930. Zachowany film z tamtego czasu pokazuje już uczniów gimnazjum kąpiących się w Dunajcu w kostiumach nieróżniących się krojem od używanych współcześnie.

Były i bale, może nie na miarę wiedeńskiego balu debiutantek, ale jednak bale. Witold Rowicki, sławny później dyrygent, o rok tylko starszy od Danusi, przezywany był w dzieciństwie „Gałką”; Rowicki to pseudonim, właściwe nazwisko muzyka brzmiało Kałka. Prowadził w żeńskim gimnazjum zespół mandolinistów i słynął na sądeckich parkietach jako doskonały tancerz. Tańczyła Danusia, tańczyły koleżanki z gimnazjum, Cesia Kocerba i Danusia Borowczyk, z którymi połączy ją potem wieloletnia przyjaźń. Później przez lata Danuta kontynuowała z Rowickim znajomość w Warszawie.

* * *

– Przyjechała! Szajerka przyjechała! Mediolan-Wiedeń-Nowy Sącz! – podawano sobie z ust do ust. Do miasta otóż wpadała słynna sopranistka Ada Sari wychowana w sąsiednim Starym Sączu, córka Edwarda Szayera, adwokata, wieloletniego burmistrza miasteczka.

Ada Sari. W świecie zarabiała krocie, w Sączu mogła śpiewać za darmo.

Śpiewała na najważniejszych scenach operowych świata – w La Scali pod batutą Artura Toscaniniego, w nowojorskiej Carnegie Hall, w czołowych salach operowych od Moskwy po Buenos Aires. Dwa razy do roku zjeżdżała na wilegiaturę do ojca do Starego Sącza, a że droga do Starego wiedzie przez Nowy, artystce nie dawano spokojnie dotrzeć do celu. Musiała dać recital w sali widowiskowej Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Nie odmawiała. W świecie zarabiała krocie, w Sączu mogła śpiewać za darmo. Przez otwarte okna pół miasta wsłuchiwało się w koloratury Ady Sari. Dwa razy wystąpiła nawet w „budzie” Danusi.

Po latach spotkają się w okupowanej Warszawie, gdzie Ada Sari będzie dawała konspiracyjne recitale. Jej akompaniatorem zostanie mąż Danusi Jan Ekier.

Sącz tamtych lat nie był pustynią kulturalną. Nieco uboższa niż w stołecznych miastach oferta spektakli i koncertów nadawała, jak to zwykle na prowincji bywa, recepcji wydarzeń artystycznych charakter solenny. W pamięci Szaflarskiej oprócz koncertów Ady Sari mocno się zapisały występy rewelersów, ogromnie popularnego przed wojną warszawskiego chóru Dana.

* * *

Niedola człowieka myślącego przycinanego do wymiarów ciasnego światopoglądu ojca Pirożyńskiego byłaby pewnie trudna do zniesienia, gdyby nie to, że ciało pedagogiczne „budy” miało sporo jaśniejszych punktów. Dwa najważniejsze to malarz Bolesław Barbacki oraz doktor Laura Eichhornowa, nauczycielka angielskiego i niemieckiego. To ona obudziła w Danusi ciekawość teatru. Podsuwała lektury. Sama pasjonowała się Szekspirem; teatr elżbietański był obszarem jej poszukiwań naukowych już od czasów uniwersyteckich. Potrafiła mówić o literaturze bez kostycznej pompy. To, co poloniści wpychali do głowy Danusi jako nudne i obowiązkowe, było w ujęciu Laury Eichhornowej wycieczką w fascynujące nieznane.

Laura Eichhornowa z córką Renatą, w przyszłości matką Jana Grosfelda.

Z nicią sympatii pomiędzy nauczycielką a uczennicą wiąże się opowieść o późniejszych tajemniczych losach tej pierwszej.

Zacznijmy jednak od zmyślenia. W wywiadzie (jakże dorosła Danuta nie lubiła wywiadów!), którego w 2010 roku udzieliła piwniczańskiemu miesięcznikowi „Znad Popradu”[18], pojawia się nazwisko nauczycielki w wersji Einhornowa (einhorn to po niemiecku jednorożec, z kolei nazwisko Eichhorn wywodzi się raczej od Eichhörnchen, wiewiórki) i informacja, że pani ta pochodziła z Wiednia i przyjaźniła się przed laty z Agnieszką Holland. Okazuje się, że było trochę inaczej.

Słynna reżyserka w liście do mnie prostuje: „Profesor Eichhorn, ukochana nauczycielka niemieckiego Danusi w gimnazjum w Nowym Sączu, była babcią moich przyjaciół, Jana i Ireny Grosfeldów”.

I tu się zaczyna właściwa historia, z mnóstwem znaków zapytania, odpryskami wielkich tragedii XX wieku i bez jednoznacznej puenty.

Z rekomendacji Agnieszki Holland dopytuję o dzieje jego babci profesora Jana Grosfelda, politologa, zasłużonego działacza na rzecz dialogu chrześcijan i żydów. Pani Danuta kilka lat przed śmiercią odwiedziła profesora w jego warszawskim mieszkaniu i ze wzruszeniem opowiadała o młodych latach spędzonych w kręgu fascynujących zainteresowań kulturalnych jego babci. Że teatr, że Szekspir, że oddech wielkiego świata.

Profesor zaczyna wspomnienia od utyskiwania, że nie pytał w porę kogo trzeba o losy rodziny. A gdy stał się gotów, by pytać, nie było już komu odpowiadać. – Mnie i siostrę wychowywano, jak to się mówi, bezstresowo. Rodzice nie rozmawiali z nami o Zagładzie. Nawet na pogrzeb dziadka nas nie zabrali, a dziadek zmarł z przyczyn naturalnych, jedenaście lat po wojnie. Dbano, żebyśmy się nie musieli naocznie przekonywać, że istnieją takie przygnębiające zjawiska jak śmierć.

Okazuje się jednak, że profesor co nieco wie. Oprócz sprostowania nazwiska obala mit Wiednia. Babcia urodziła się jako Laura Broch w 1889 roku nie w stolicy Habsburgów, ale w Zgłobicach pod Tarnowem. Zarejestrowano ją w księdze urodzin gminy starozakonnych, aczkolwiek związek z judaizmem już chyba w pokoleniu rodziców pani Laury miał charakter wyłącznie formalny. Imię bowiem wskazuje raczej na zainteresowania Petrarką, a nie Talmudem. Skąd się wzięli Brochowie i Żydzi w Zgłobicach, profesor usiłował ustalić, odwiedzając w zeszłym roku tę miejscowość. Dowiedział się od mieszkańców tylko tyle, że żadnych Żydów w Zgłobicach nie ma i nie było. Może więc babcia urodziła się tam przy okazji letnich wakacji, zwłaszcza że w ogóle więcej się te Zgłobice w jej dziejach nie pojawiają.

W Wiedniu natomiast panna Laura Broch studiowała filologię angielską i tam obroniła doktorat, co na początku wieku XX było w przypadku kobiety dowodem znacznej siły przebicia i ambicji, lecz pozostaje w pewien sposób spójne z religijną indyferencją i asymilacją rodziny.

Znała niemiecki, angielski, biegle czytała po hebrajsku. Kochała Słowackiego, Mickiewicza i Tuwima. Niesłychanie była zasadnicza, gdy chodziło o czystość i piękno polskiego języka. Profesor zaznacza, że w ogóle dobrą polszczyznę można dzisiaj usłyszeć jeszcze tylko w Izraelu, a i tam coraz rzadziej, gdyż ci, którzy przechowywali ją w swoich sercach i umysłach od przedwojny, prawie już do naszych czasów nie dotrwali.

Panna Laura wyszła za mąż za Leopolda Eichhorna, również zasymilowanego Żyda, doktora praw, przedsiębiorcę, właściciela między innymi tartaku w pobliżu Nowego Sącza. Mieli dwie córki – Renatę, pianistkę, i Olgę, lekarkę, późniejszą matkę profesora. Brała udział w życiu intelektualnym Krakowa. Opatrzyła wstępem przedwojenne wydanie Makbeta w przekładzie Józefa Paszkowskiego. Znajduję też jej nazwisko na liście tłumaczy przysięgłych ogłoszonej przez Ministerstwo Sprawiedliwości w roku 1932. Przez wiele lat nauczała języków obcych w gimnazjum w Nowym Sączu, a wśród jej ulubionych wychowanek, poza Danutą Szaflarską, była też inna sławna aktorka, z której nauczycielka była szczególnie dumna – Zofia Rysiówna, młodsza od Szaflarskiej o pięć lat, bohaterka Polski Podziemnej, która pojawi się jeszcze w tej historii.

W czasie okupacji, jak wiadomo profesorowi, Laura Eichhornowa schroniła się wraz z mężem w Warszawie, dzięki fałszywym dokumentom na nazwiska Eleonora i Paweł Lipińscy oraz odwadze pewnej generałowej, która udzieliła małżonkom gościny w swym domu na mokotowskich fortach. Profesor nie zna nazwiska generałowej.

Danuta Szaflarska może w 1942, a może w 1943 roku spotkała raz panią Eichhornową na ulicy. Wspominała, że nauczycielka była elegancko ubrana i nie można było odnieść wrażenia, że się ukrywa. Miała semickie rysy twarzy, w dojrzałym wieku stawało się to coraz bardziej wyraziste. Ten spacer pani Eichhornowej pachniał samobójstwem, ale Danusia nic nie powiedziała. To nie był czas na zadawanie pytań.

Renata Eichhornówna, pierwsza córka pani Laury, wstąpiła do Armii Krajowej. Aresztowano ją, lecz nie jako Żydówkę, ale jako żołnierkę podziemia. Przesłuchiwano na Gestapo. Zamordowano na Pawiaku. Pochowano w nieznanym miejscu. Na cmentarzu żydowskim na krakowskich Grzegórzkach urządzono jej po wojnie symboliczny grób.

Druga córka, Olga, późniejsza matka profesora Grosfelda, ta sama, która przed laty w Nowym Sączu zakradała się na katechezy przystojnego księdza, miała aryjską urodę. Ukryć się byłoby jej znacznie łatwiej niż matce. A jednak nie, poszła do getta. Profesor Grosfeld, próbując zrekonstruować motywy, dla których matka nie zdecydowała się na pozostanie z rodzicami po aryjskiej stronie, zaznacza, że mało kto zdawał sobie sprawę, jaki los czeka Żydów. Myślano zapewne, że szczytem udręczenia będzie już właśnie przymusowe skoncentrowanie całej ludności żydowskiej na terenie niewielkiej dzielnicy. Na pewno Olga zamieszkała w getcie z miłości do pierwszego męża, kolegi ze studiów. W roku 1942, a może w 1943 mąż poszedł na śmierć. Wywożono z getta jego matkę. W ostatniej chwili wskoczył do wagonu jadącego do obozu zagłady.

Pani Olga została sama.

Poszła do gmachu sądów. Przy głównym wejściu, od strony Leszna, wytłumaczyła strażnikowi, że się zgubiła i przypadkiem trafiła do getta, bo jaka z niej Żydówka?! Strażnik się roześmiał. Przeszła przez cały gmach, wyszła na ulicę Ogrodową, na stronę aryjską. I poszła do generałowej, do rodziców. Ze strzępów jej opowieści profesor zapamiętał, że gdy u generałowej zaczęli się stołować jeszcze dwaj żydowscy nastolatkowie przygarnięci przez panią Eichhornową vel Lipińską (mieszkali u pewnej dozorczyni, która postanowiła ich ocalić, ale nie stać jej było na wykarmienie chłopców), generałowa zwróciła się do niej:

– Nie myśli pani, pani Lauro, że jednak coś dziwnego dzieje się u nas w domu?

Na co pani Eichhornowa odpowiedziała: – Ech, chyba nie.

Państwo Eichhornowie wraz z córką mieszkali u generałowej aż do kapitulacji Mokotowa, czyli do 27 września 1944, skąd Olga przedarła się do Lublina, by witać państwo ludowe, a Laura, zapewne bardziej wobec Sowietów sceptyczna, udała się wraz z mężem do Krakowa, czyli – jeśli w pamięci profesora Grosfelda zgadzają się wszystkie daty i fakty – wprost pod trwającą jeszcze niemiecką okupację.

Tam też zamieszkali po wojnie. I tam doszło do pewnego rozszczepienia. Eleonora Lipińska, jak opowiada profesor, zaczęła pracować w Polskim Radiu, przy czym nie na antenie, ale bodaj w dziale łączności ze słuchaczami. Ale i dr Laura Eichhornowa nie przestała istnieć. W Żydowskim Instytucie Historycznym dowiaduję się, że była jedną ze współtwórczyń i – przynajmniej przez pierwsze lata – etatowym pracownikiem Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, która później przekształciła się właśnie w ŻIH. Laura Eichhornowa zbierała makabryczne relacje ocalałych z Zagłady, które stały się uzupełnieniem Archiwum Ringelbluma. Notabene to ona uczestniczyła w pierwszych oględzinach przechowanego w zakopanych na terenie getta blaszanych bańkach i skrzynkach archiwum i sporządziła jego wstępny katalog.

Jest wśród zeznań przyjętych przez panią Eichhornową na przykład opowieść niejakiego Dawida Nassana, którego całą rodzinę rozstrzelano na jego oczach na cmentarzu pod Krakowem („żona miała 22 lata, była tak piękna, że ludzie oglądali się za nią, gdy szła. Dzieciątko nasze miało sześć miesięcy”), a on sam, prawie nago (przed rozstrzelaniem Żydów rozbierano, aby delatorzy mogli „podzielić między siebie ich szaty”) uciekł spod karabinu, nocą dotarł do Smardzowic koło Ojcowa. Zobaczył światło w oknie chałupy na skraju wsi. Zajrzał. Przy łóżku klęczał mężczyzna. Dawid Nassan zastukał do okna. Ani myślał prosić o schronienie. Błagał o jakieś ubranie. Jednak gospodarze, rodzina Biesagów[19], postanowili nie puszczać dalej nocnego gościa. Przenocowali go.

Nazajutrz Józef Biesaga modlił się, naradzał z żoną, a w końcu wykopał w stodole jamę. Wchodziło się do niej przez psią budę. W jamie tej Nassan spędził dwadzieścia siedem miesięcy, podczas których Biesagowie przynosili mu wodę i jedzenie.

Było ich sześcioro: czworo dzieci, Józef Biesaga i jego żona. – Nie żądał ode mnie grosza i mówił, że poświęca swoje życie za łaską Bożą – wspominał w zeznaniach spisanych przez Laurę Eichhornową Dawid Nassan.

Sam Biesaga, który ma swoje drzewko w ogrodzie Instytutu Yad Vashem, wyjaśniał po latach, że ocalenie Nassana stanowiło wypełnienie obowiązku, jaki nakładała nań wiara katolicka. Boga widział w tym półnagim Żydzie, który pewnej nocy zastukał do jego drzwi.

Laura Eichhornowa spotykała się z ocalonymi i słuchała o grozie, która w jej własnym życiu się nie zdarzyła, a była przecież tuż obok. Spisała łącznie dwieście siedemdziesiąt dwie relacje. Ostatnią w roku 1948.

Przyszły na świat wnuki. Chowano je, jak wiemy, bezstresowo, chętnie podrzucając na wakacje do babci do Krakowa, zwłaszcza że Eleonora Lipińska zajmowała wraz z mężem wygodne mieszkanie. W tamtych czasach przyszło im dzielić je z drugim małżeństwem, szczęśliwie szybko się zaprzyjaźnili. Profesor pamięta mieszkanie dziadków jako stały przystanek podczas częstych wypraw do Zakopanego.

Po śmierci męża i przejściu na emeryturę Eleonora Lipińska zamieszkała z córką i wnukami w Warszawie. Z dumą śledziła zawodowe sukcesy swoich sądeckich wychowanek.

Zmarła w roku 1961.

Opowiada Agnieszka Holland:

– Kiedy przy Janosiku siedziałam z Danusią w Nowym Sączu, zapytałam ją o tę nauczycielkę, czy ją pamięta. Danusia się rozpromieniła i zaczęła opowiadać, że ją uwielbiała i że ta nauczycielka uwierzyła w nią i namawiała ją do aktorstwa. Danusia była pewna, że pani profesor zginęła w Holocauście. Kiedy powiedziałam jej, że nie, że przeżyła ona i jej córka i że znam dobrze jej wnuki, rozpromieniła się: „Przeżyła! Profesor Eichhorn przeżyła! Tak się cieszę!”. Jej radość była ogromna, mimo że profesor nie żyła już od kilkudziesięciu lat. Ale było ważne, że nie zginęła tak okrutnie.

Właśnie po tamtej rozmowie, zachęcona przez Agnieszkę Holland, Danuta Szaflarska wybrała się z wizytą do wnuka pani Eichhornowej. – Przyszła do nas do „domu bez kantów”. Byłem szczęśliwy, że od kogoś takiego mogę się dowiedzieć o wycinku życia mojej niezwykłej babci.

Ja z kolei próbuję teraz ustalić choćby nazwisko generałowej, która przyczyniła się do ocalenia Laury Eichhornowej. Dowiedzieć się, gdzie na fortach mokotowskich był ten dom. Bez skutku! Nikt nic nie wie o generałowej, a i wojenne losy pani Laury nie są w żaden sposób udokumentowane.

– Bardzo dziwne – rozkłada ręce Agnieszka Reszka, kierownik archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Spisała tyle relacji, a o sobie nic nie zostawiła...? No, nie zostawiła.

Jak to wyjaśnić? Może po wojnie role się odwróciły i to Laura Eichhornowa chroniła swoją wybawicielkę, zacierając informacje o niej, w tych czasach bycie przedwojenną generałową stało się niebezpieczne? Albo może... żadnej generałowej nie było, a było coś, o czym nie chciałoby się pamiętać. Choć jest jeszcze płaszcz... Tak, profesor Grosfeld pamięta, że mówiło się o płaszczu. Gdy Renatę Eichhornównę Niemcy zamordowali na Pawiaku, ktoś przysłał do domu generałowej skrwawiony płaszcz więźniarki. Jakaś komórka AK? A może gestapowcy w ramach znanej niemieckiej akuratności. Ale skąd adres? A czy w ogóle ten płaszcz był? Profesor płaszcza nigdy nie widział, ale wierzy w jego istnienie, choć na przykład siostra profesora Irena Grosfeld-Smolar uważa podobno, że żadnego płaszcza nigdy nie było.

Ale może było jeszcze inaczej, najzwyczajniej. I płaszcz był, i generałowa była, i dwaj żydowscy chłopcy (ci to już na pewno, bo w latach osiemdziesiątych do pani Olgi przyjeżdżali dwaj starsi mężczyźni z Izraela!), a doktor Eichhornowa, przyjmując setki zeznań ocalonych, założyła, że przecież swoje zeznania zawsze jeszcze zdąży spisać, że zdąży opowiedzieć. Tego rodzaju pewność, jak wiadomo, jest najprostszą drogą do tego, by czas przeszły miał swoje tajemnice. Bez niej oglądalibyśmy minione zdarzenia jak pejzaż za dobrze umytym oknem.

Rozdział 3.
W roli Michasia

Proszę nie odmawiać pacierza chórem, odmówi go tylko Szaflarska – polecił Bolesław Barbacki, który w „budzie” uczył rysunków. Jego lekcja wypadła w tym dniu jako ostatnia. Dziewczęta, jak zawsze na koniec zajęć, odmawiały modlitwę.

Kiedy już wypowiedziała „Ale nas zbaw ode złego, amen”, Barbacki polecił: „Jutro przyjdziesz do teatru!”.

O ile Laura Eichhornowa kształtowała umysł Danusi, podsycała w niej ciekawość wielkiej literatury, o tyle kluczowym nauczycielem dla Szaflarskiej jako przyszłej aktorki był z pewnością właśnie on, Bolesław Barbacki, świetny malarz, uczeń Teodora Axentowicza i Wojciecha Weissa, społecznik, twórca nowosądeckiego Towarzystwa Dramatycznego. Nadał inspiracjom doktor Eichhornowej kształt praktyczny.

Danuta Szaflarska tamten pacierz w gimnazjum nazwała swoim pierwszym egzaminem aktorskim.

Teatr był jedną z wielu inicjatyw, którym Barbacki poświęcał niespożyte siły. Ten niezwykle płodny artysta, autor przeszło ośmiuset prac sztalugowych, oprócz Towarzystwa Dramatycznego powołał bowiem do życia także szkołę zawodową dla dziewcząt z gminu, zakład, w którym absolwentki znajdowały pracę. Współtworzył nowosądecki oddział Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i przez wiele lat stał na jego czele.

Autoportret Bolesława Barbackiego.

W Towarzystwie Dramatycznym był alfą i omegą – aktorem, reżyserem, scenografem i kierownikiem literackim w jednej osobie. Danusię obsadził w Horsztyńskim Słowackiego w roli Michasia.

Po premierze udzieliła pierwszego w życiu wywiadu prasowego. Reporter lokalnej gazety zapytał, jak Michaś ma na imię, a Zofia Danuta (ach, ten pryncypialny kanonik Dagnan!) odpowiedziała, że tak jak czekoladka.

Wspominała po latach: – Teatr był amatorski, ale grali w nim naprawdę świetni aktorzy. Na przykład Artur Butscher. Wyjechał do Londynu, gdzie w jakimś, chyba polonijnym, teatrze grał w Profesji pani Warren ze słynną Eichlerówną. Spotykam ją po jakimś czasie w Warszawie, ona mówi, że wystąpiła w stolicy Anglii ze znakomitym aktorem, Butscherem. Nie chciała wierzyć, że to mój daleki kuzyn[20], że wywodzi się on z nieprofesjonalnej sceny.