Dama o północy. Tom 2 - Tessa Dare - ebook
Opis

Kate Taylor, młoda nauczycielka muzyki, nie zna swych rodziców i przyzwyczaiła się, że sama musi troszczyć się o siebie. W Spindle Cove znalazła przyjaciół i schronienie, lecz nie przestała tęsknić za miłością.

Samuel Thorne, przystojny jak grzech i zimny jak głaz dowódca straży miejskiej, z niewiadomych przyczyn unika Kate jak ognia. Kiedy jednak tajemniczy przybysze składają dziewczynie zdumiewającą propozycję, Thorne nieoczekiwanie oświadcza, że… jest jej narzeczonym. Twierdzi, że musi ją chronić. Nie chce jednak wyjawić nic więcej…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Lady by Midnight

Copyright © 2012 by Eve Ortega.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. zo.o.

ISBN 978-83-241-5526-2

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. zo.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Thorne od początku wiedział, że tak właśnie będzie. Ostrzegał ją wielokrotnie, że gdy go rozpozna, będzie się chciała znaleźć jak najdalej od niego, i to tak szybko, jak tylko można.

Patrzył teraz, jak cofa się ku drzwiom z wyrazem szczerego obrzydzenia na twarzy.

– Miałabym wyjść za ciebie? Dzisiaj? – Pokręciła głową. – Oszalałeś! Chyba to skutek jadu żmii.

– Nigdy nie mówiłem, że jestem wykształcony, ale na pewno pozostaję przy zdrowych zmysłach. – Przeszedł powoli przez pokój, usiłując utrzymać równowagę, bo prawe ramię ciążyło mu, jakby było z ołowiu. – Spędziłaś u mnie noc. Sama. W mojej kwaterze.

– Przecież byłeś chory. Nie mogłam cię zostawić. Nie miałam wyboru. A poza tym nic się przecież nie stało. – Zaczerwieniła się nieco. – No, prawie nic.

Przeszedł go dreszcz, gdy przywołał w pamięci cudowne ruchy jej aksamitnego języka, ciepło i gładkość skrytych miejsc. No i te wszystkie naiwne, radosne obietnice – że go będzie kochać, trwać przy nim, że stworzy mu dom – jakby był jeszcze jednym zagubionym szczeniakiem do przygarnięcia.

Rzecz jasna, wszystko to już nie miało znaczenia.

– Wiesz równie dobrze, jak ja – powiedział – że nieważne, czy coś się zdarzyło, czy nie. Ważne jest tylko to, co ludzie sobie pomyślą. – Nie po to zabrał ją z burdelu tyle lat temu, żeby teraz miała przed sobą perspektywę uznania jej za dziwkę. – Musimy wziąć ślub. Nie masz wyboru.

– Ależ mam, oczywiście, że mam. Przekonasz się, co zrobię!

Otwarła gwałtownie drzwi i wypadła za nie jak z procy. Patrzył w ślad za nią. Biegła ku miasteczku na oślep, niczym nietoperz uciekający przed brzaskiem, i wkrótce zniknęła mu niemal z oczu.

Ruszył w ślad za nią, myśląc z żalem, że wolałby to zrobić, gdyby miał wcześniej trochę chleba i piwa w żołądku. Borsuk, uszczęśliwiony, dołączył do tego pościgu z uszami położonymi po sobie.

Szła pospiesznie ścieżką wiodącą od zamku do miasteczka. Obejrzała się przez ramię i rzuciła:

– Daj mi spokój, nie ścigaj mnie. Nie wyjdę za ciebie, Thorne. Ty pojedziesz do Ameryki, a ja mam zamiar pozostać w Anglii. Z moją rodziną.

Ścieżka schodziła w tym miejscu na dół mniej ostro niż gdzie indziej. Thorne przyspieszył więc kroku, zmuszając osłabione ciało niemal do biegu, aż wreszcie schwycił ją wyciągniętą ręką za ramię.

Nic sobie nie robiąc z tego, że krzyknęła z oburzenia, odwrócił ją twarzą do siebie. Ciężkie fale włosów, z których wysunęły się szpilki, opadły jej na ramiona. Wpatrywała się w niego, dysząc ciężko.

Thorne również z wielkim trudem chwytał oddech. Co ona powiedziała o sobie wcześniej? „Tak olśniewająca, że nie sposób wyrazić tego słowami”? Rzeczywiście, nic dodać, nic ująć.

– Powinnaś sobie zadać jedno ważne pytanie – powiedział. – Jeśli ta rodzina jest naprawdę twoja i rzeczywiście są to ludzie bardzo wyrozumiali… w takim razie dlaczego twoja matka nigdy się do nich nie zwróciła z prośbą o pomoc? No i dlaczego Simon przed śmiercią nikomu nie wspomniał o swoim dziecku?

– Pewnie nie zdążył. No i, jak mi wyjaśniała ciotka Marmoset, rodzice Elinor nigdy nie pogodzili się z ich miłością. A Evan był wtedy jeszcze chłopcem. Zresztą czasy się zmieniły. Gramercy także. Nie opuszczą mnie.

– A jeśli to zrobią? Jeśli zostaniesz wyrzucona z Królowej Ruby – skoro spędziłaś ze mną noc, możesz się w końcu tego spodziewać – nie będziesz miała gdzie mieszkać. Z czego będziesz żyła?

Wzruszyła ramionami.

– Mam przyjaciół. Może ty tego nie pojmujesz, ale istnieją ludzie, którzy mogliby mi przyjść z pomocą. Susanna i lord Rycliff mogą mnie wziąć do siebie.

– Na pewno. Tylko że Rycliff to mój dowódca. Jeżeli się ode mnie dowie, co się stało, sam przyzna mi rację, że musimy wziąć ślub.

Odwróciła się i wpatrzyła w zielonobłękitne morze, zrozpaczona i zgnębiona. Serce mu się ścisnęło.

– Katie – powiedział – ja próbuję się zachować, jak należy.

Spojrzała ku niemu z gniewem.

– Tylko że spóźniłeś się o rok!

Wiedział, że sobie zasłużył na te słowa.

– To nie w porządku. Wiem o tym. Miałaś zbyt dobre serce, żeby mnie zostawić samego zeszłej nocy, a teraz musisz za to płacić swoją przyszłością. Tak to już jest. Za dobroć zawsze trzeba płacić.

Życie go tego nauczyło aż za dobrze.

Tylko że zrobiłby wszystko jeszcze raz, gotów byłby połknąć nawet całe gniazdo żmij, gdyby mógł w ten sposób oszczędzić jej choćby chwilowego bólu.

Chciał to wyrazić jakoś łagodniej, bez swojej zwykłej oschłości i bezwzględności.

– Chodź, pozwól mi odprowadzić cię do domu. Jesteś zmęczona.

– Owszem, jestem zmęczona. Zmęczona sekretami i łgarstwami. Ale najbardziej życiem pomiędzy dwoma różnymi rodzajami przeszłości i przyszłości. Zamierzam powiedzieć o wszystkim Evanowi. Całą prawdę o tym, co się zdarzyło i nie zdarzyło ostatniej nocy. O Ellie Rose i o burdelu w Southwark. Porozmawiamy o tym otwarcie, a potem wysłucham, co będzie miał do powiedzenia.

– Czy na tyle mu ufasz, żeby mógł o tym decydować? Znasz go ledwie kilka tygodni. On nie…

– Powiedziałam, że wysłucham tego, co będzie miał do powiedzenia – powtórzyła. – A potem podejmę własną decyzję. Zbyt często pozwalałam podejmować je tobie, odkąd Gramercy weszli w moje życie. Płacę teraz za to, ale nie popełnię tego błędu po raz drugi.

– Ja tylko chciałem…

– Dbać o mnie? Och, tak. – Rozłożyła szeroko ręce, wskazując na zmiętą suknię. – No i ładnie się spisałeś, nie ma co!

– Miałem uczciwe zamiary.

– Co ja słyszę? – Stuknęła go palcem w pierś. – Zdradziłeś mnie, Thorne, okłamałeś mnie. Mówisz, że mnie kochasz, ale nie masz o tym pojęcia. Nie wyjdę za ciebie. Ani dziś, ani później.

Nabrał gwałtownie powietrza w płuca, a potem powoli, stopniowo je wydychał.

Ani później.

Gdy kobieta daje coś do zrozumienia w tak dobitny sposób, tylko ostatni nędznik nie zostawiłby jej wówczas w spokoju.

Podjęła ryzyko. Jeśli trzeba jej będzie pomocy, musi zwrócić się o nią do przyjaciół. Jeśli chce, by Thorne zniknął z jej życia, Thorne musi z niego zniknąć. I to już dziś.

– Wracam teraz do pensjonatu. – Obejrzała się za siebie. – Nie idź za mną.

– Muszę coś załatwić w Londynie – odparł. – Pojadę tam dziś rano.

– W porządku.

Skrzyżowała ręce na piersi, odwróciła się i odeszła ścieżką. Wiatr wiejący od morza targał jej włosami i suknią na wszystkie strony, ale nie zwolniła kroku.

Thorne patrzył w ślad za nią, póki piskliwe skomlenie nie odwróciło jego uwagi.

Borsuk stał przy nim, zawzięcie machając ogonem. Zapiszczał niespokojnie, spoglądając to na oddalającą się Kate, to na niego.

– Idź za nią – powiedział, wskazując Kate – i czuwaj nad nią zamiast mnie.

Kate doszła do rozstajów. Droga na lewo wiodła w stronę miasteczka, droga na prawo – w stronę głównego traktu.

Poszła na prawo, wpatrując się w dal. Może powinna zawędrować do jakiegoś innego miasteczka i zacząć wszystko od początku? Mogła poszukać sobie nowych uczennic albo zostać guwernantką. Lub też wsiąść na statek i popłynąć nim gdziekolwiek. Z pewnością łatwiej by jej było wyprawić się do Australii niż wyjaśniać lordowi Drewe zdarzenia zeszłej nocy.

Nie, nie. Zdusiła w sobie irracjonalny głos naglący ją do ucieczki. Rozpoczynanie życia na nowo w jakimś obcym miejscu nie było rozsądnym wyjściem z sytuacji dla samotnej i pozbawionej wszelkiego wsparcia kobiety.

Biedna Ellie Rose, kimkolwiek była, żywiła zbyt wielkie nadzieje, gdy właśnie tak zrobiła, zabierając ze sobą dziecko. No i jak się to skończyło?

Kate zawróciła więc ku lewej dróżce i ze znużeniem skierowała się ku Królowej Ruby w blasku poranka. Nie zniosłaby dłużej wszelkich wybiegów, rozczarowań i półprawd. Nadszedł czas, by wszystko to z siebie strząsnąć i mieć nadzieję na poprawę losu.

Gdy zbliżyła się do centrum miasteczka, drgnęła gwałtownie, słysząc czyjś przenikliwy szept:

– Kate!

– Kto tam?

Z mroku wysunęła się jakaś postać i narzuciła na nią coś w rodzaju ciemnej opończy. Ciężka tkanina sprawiła, że zabrakło jej tchu. Kate zaczęła odruchowo wymachiwać rękami w odpowiedzi na ten atak.

Och, co za ironia losu. Ledwie jakieś dwadzieścia minut temu odrzuciła opiekę ofiarowywaną jej przez Thorne’a, a już ktoś ją porwał i stała się czyimś zakładnikiem. Ależ by się Thorne uśmiał!

– Przestań się rzucać – odezwał się głos – bo niemal mnie…

Kate wynurzyła w końcu głowę spod tkaniny. Znowu mogła oddychać! I widzieć!

– Harry, to ty? – spytała ze zdumieniem, patrząc na piękną, ekscentryczną kobietę, którą przywykła już uznawać za kuzynkę.

Harry objęła ją ramieniem i odciągnęła w głąb ulicy.

– Och, panno Taylor! – oznajmiła donośnie. – Jakże się nam udała poranna przechadzka! Co za ożywczy spacerek. A piesek też z pewnością jest z niego zadowolony, prawda?

– O czym ty mówisz? – syknęła Kate.

– Zachowuj się, jakby nigdy nic. Dopóki ludzie nie zobaczą, jak wygląda twoja suknia, nikt nie będzie niczego podejrzewał.

– O co ktoś miałby mnie podejrzewać?

Harry znów zaczęła mówić, już w tej chwili głośniej, gdyż zbliżały się do drzwi Królowej Ruby.

– Doprawdy, co za miła przechadzka. Pogoda jest po prostu wspaniała. Gdybym lubiła kwiaty, zrywałabym je tuzinami.

Gdy weszły do środka, zatroskana pani Nichols podeszła do nich, chcąc się przywitać.

– Och, panno Taylor. Co za miłe spotkanie. Czy już się pani lepiej czuje?

– Ja… ja… – zaczęła się jąkać Kate.

– Oczywiście, że lepiej. – Harry wzięła Borsuka na ręce. – Proszę tylko spojrzeć, jakie ma zaróżowione policzki. Zawsze mówię, że nie ma nic takiego, czego żwawy poranny spacerek nie mógłby uleczyć.

Nim Kate zdążyła się sprzeciwić, Harry z uśmiechem pociągnęła ją ku schodom.

– Wyszłyśmy się trochę przejść przed śniadaniem, pani Nichols. Mam nadzieję, że będziemy mogły dziś rano spróbować pani wspaniałego chleba z rodzynkami?

Kiedy już weszły na schody, Harry popchnęła Kate ku jej pokojowi, weszła tam tuż za nią, postawiła psa na podłodze, a potem zamknęła drzwi i wsparła się o nie dramatycznym ruchem.

– No, udało się. – Posłała Kate konspiracyjny uśmiech. – Jak ci już mówiłam, nikt się niczego nie domyślił.

– Nic nie rozumiem. – Kate usiadła na brzegu swego wąskiego łóżka.

Jej pokój był skromną, niewielką sypialnią w samym narożniku budynku. Większe rezerwowano dla dam z obfitszą garderobą i zasobniejszą sakiewką.

– Oczywiście, że skłamałam, żeby cię osłonić – powiedziała Harry. – Robiłam to już przedtem przez cały czas dla Calisty. Kiedy ani ty, ani Thorne nie pokazaliście się wieczorem w tawernie, wszystko było jasne jak słońce. Kiedy więc ktoś zaczął mówić, że cię nie ma, postanowiłam zamknąć mu usta. Wmawiałam każdemu, że źle się poczułaś i zostałaś w pokoju. Pofatygowałam się nawet do pani Nichols, żeby ją poprosić o proszek od bólu głowy. – Uśmiechnęła się ironicznie. – Jestem w tym bardzo dobra.

– Nie wątpię – odparła Kate. W głowie się jej kręciło.

– Muszę przyznać, że prawie ci zazdrościłam. Kiedy dwie kobiety chcą być same, bardzo łatwo się im jednocześnie gdzieś wymknąć. – Usiadła koło Kate na łóżku. – Mam nadzieję, że dobrze się tej nocy bawiłaś. Ale następnym razem bądź tak dobra i wcześniej mnie uprzedź.

– Och, Harry! – Kate ukryła twarz w dłoniach. Rozumiała, że kuzynka miała jak najlepsze chęci, ale jej inicjatywa nie nastąpiła w najodpowiedniejszym momencie. Akurat wtedy, gdy ona przyrzekła sobie, że wszystko wyzna kuzynowi! – To było zupełnie coś innego, niż sądzisz.

– Nie musisz się przede mną usprawiedliwiać, Kate. Chyba najmniej ze wszystkich mam prawo sądzić cię surowo.

– Wiem. Ale powiem ci prawdę. Daję słowo, że nic takiego się nie zdarzyło. Bo w rzeczywistości…

Urwała, zakłopotana.

Harry porozumiewawczo poklepała ją po ramieniu.

– Czy posprzeczaliście się z kapralem Thorne’em? Powiedz mi, co ten nędznik zrobił. Nie martw się, możesz go solidnie obmówić przede mną. Kiedy się pogodzicie, nigdy tego nie zdradzę. Mówię najokropniejsze rzeczy o Ames, kiedy jestem wyprowadzona z równowagi.

– Nie sądzę, żebym się z nim kiedykolwiek pogodziła. – Kate uniosła głowę. – Zerwałam zaręczyny.

– Och. – Harry przysunęła się bliżej i objęła ją. – Och, nie. Jakże ci współczuję.

– Naprawdę? Nie sądziłam, żeby ktokolwiek z was go lubił.

– No cóż, istotnie. Ale ty go lubiłaś, więc staraliśmy się tego nie okazywać.

Kate uśmiechnęła się, mimo że z oczami pełnymi łez.

Harry podała jej chusteczkę wyciągniętą z kieszonki kamizelki. Chustka, w typowym dla niej stylu, byłaby stosowna raczej dla mężczyzny – kwadratowa, bez żadnych haftów, koronek czy monogramów.

Kate poczuła skurcz serca, widząc jej starannie obrębiony brzeg. Nienawidziła myśli, że więzy, jakie już zadzierzgnęła z rodziną, mogły się okazać kłamstwem lub nieporozumieniem.

– Czy zerwałaś z Thorne’em ze względu na nas?

– Nie, chodziło o coś całkiem innego. – Kate wysiąkała nos i otarła policzki. – Muszę porozmawiać z Evanem. Jeśli to możliwe, nawet dzisiejszego ranka. Chcę mu wyjaśnić, co się stało zeszłej nocy.

– Och, nie. – Harry spojrzała na nią oczami zaokrąglonymi z przerażenia. – Kate, nie możesz tego zrobić. Nie wolno ci powiedzieć wszystkiego o zeszłej nocy. Bo inaczej on znów będzie miał… jeden ze swoich epizodów.

– Epizodów?

– Zobaczyłaś go już w gniewie, ale nie widziałaś jeszcze, jak eksploduje. A nic go tak nie pobudza do wybuchu, jak świadomość, że jedna z jego krewnych została skompromitowana. Skłamałam zeszłej nocy nie tylko ze względu na ciebie. Polubiłam to miasteczko i za nic bym nie chciała, żeby się wyludniło.

– Wyludniło? – Harry z pewnością przesadzała.

– Uwierzyłabyś mi, gdybyś była z nami, kiedy Calista dała się zaskoczyć z Parkerem – powiedziała Harry. – Dobry Boże, to było zupełnie jak scena ze średniowiecznego gobelinu. Jeden pojedynek, dwie stajnie całkowicie spalone, przynajmniej pół tuzina doskonałych koni galopujących na oślep po wrzosowiskach. Stajennym zajęło ładne parę dni wyłapanie ich wszystkich. – Pokiwała głową. – W porównaniu z tym to, co Evan zrobił w obronie mojego honoru, można by uznać za kilka przyjacielskich szermierczych potyczek z członkami klubu.

– A co z Claire? – Kate nie potrafiła się powstrzymać od tego pytania.

– Im mniej się będzie mówić o Claire, tym lepiej. Niech ci wystarczy to, co teraz powiem: żyje sobie gdzieś pewien dżentelmen, który już zawsze się będzie musiał obywać bez pewnych części. Części o bardzo istotnym znaczeniu.

O Boże. Kate usiłowała jakoś pogodzić te rewelacje ze swoją wiedzą o Evanie Gramercym, którego znała i zmuszona była podziwiać. A wydawał się taki opanowany i elegancki! Kiedy tamtej nocy grali razem, wyczuwała głębię i intensywność uczuć skryte pod gładką powierzchnią. Ale przemoc?

– Muszę jednak zaryzykować, tak czy inaczej – odparła. – Prawdę mówiąc, nie zostałam skompromitowana. Mam czyste sumienie.

– Kate – powiedziała stanowczo Harry – nie jestem osobą zbyt dbałą o konwenanse. Ale nawet ja zdaję sobie sprawę, że jeśli spędziłaś z Thorne’em noc, to jesteś skompromitowana. Obojętne, czy do czegoś doszło, czy też nie.

Dokładnie to samo powiedział Thorne. Jeśli dwie osoby tak krańcowo do siebie niepodobne jak Thorne i Harry, zgadzały się co do jakiejś kwestii, Kate mogła z tego wyciągnąć tylko jeden wniosek: musiało to być prawdą.

Harry ścisnęła ją za rękę.

– Błagam cię. Powiedz mi wszystko, co leży ci na sercu, jeśli pragniesz to zrobić, albo znajdź jakiś sposób, żeby wyjawić Evanowi tylko część prawdy. Jeśli nie chcesz jednak zaszkodzić Thorne’owi, nie mów Evanowi o ostatniej nocy. No i na litość boską, włóż inną suknię, zanim z nim pomówisz.

Ktoś zapukał do drzwi.

Kate gwałtownie nabrała tchu i pospiesznie wytarła oczy.

– Kto tam?

– To ja. – Drzwi uchyliły się, odsłaniając uroczą buzię Lark. Gdy ujrzała Kate, otwarła je na oścież.

– Kate, co ci jest? Czy wciąż źle się czujesz?

Kate pokręciła głową.

– Nie. Wszystko już dobrze.

– Właśnie jej opowiadałam bardzo smutną, wręcz tragiczną historię. – Harry wstała. – A ona była do głębi wstrząśnięta jej morałem.

– Harriet, nie prowokuj jej w ten sposób. Przynajmniej dopóki nie włączy się w nasze grono na dobre. – Lark obróciła się w stronę Kate z uśmiechem. – Evan ma gości w tawernie. Myślę, że to doradcy prawni. Chce się z tobą widzieć.

2

Kate wiele razy bywała na parterze tawerny Ukwiecony Byk, ale jeszcze nigdy nie zaglądała do pokojów na piętrze.

W ślad za Fosburym weszła tam po wąskich schodach, a potem znalazła się nagle w długim korytarzu bez żadnych okien. Zdrętwiała. Uderzyło ją podobieństwo do korytarza zapamiętanego z dzieciństwa.

Szła znów bezkresnym, mrocznym tunelem, a jej przyszłość czekała na jego drugim krańcu. Dźwięki fortepianu przenikały przez podłogę, wywołując mrowienie w stopach. Zamknęła oczy. Pod jej powiekami rozbłysnął nagle błękit.

– Kate, czy to ty? – doleciał ją głos Evana z pierwszego pokoju po lewej stronie.

– Tak. – Wzdrygnęła się nerwowo i wygładziła na sobie czystą suknię z wzorzystego muślinu, zanim tam weszła.

– Chodź, chodź. – Evan skinął ku niej ręką. – Mam nadzieję, że dzisiaj rano czujesz się lepiej.

Znalazła się w małej, lecz wygodnie umeblowanej bawialni. Od razu się domyśliła, że to prywatny salonik państwa Fosburych. Widocznie zrezygnowali z niego na jakiś czas, by odstąpić Evanowi cały ciąg pomieszczeń uważanych przez nich za odpowiednie dla markiza.

– Panno Kate Taylor, chciałbym pani przedstawić dwóch doradców prawnych naszej rodziny, panów Bartwhistle’a i Smythe’a.

– Bardzo mi miło. – Kate dygnęła przed obydwoma mężczyznami, odzianymi w brązowe surduty tak do siebie podobne, że wyglądały prawie na identyczne.

– A to jest – Evan skierował jej uwagę na starą kobietę w spłowiałej sukni koloru indygo o fasonie od paru już lat niemodnym – pani Fellows.

Kate uśmiechnęła się i ukłoniła, ale z zaskoczeniem ujrzała, że pani Fellows nie odpowiedziała na to w żaden sposób. Nadal siedziała w wyściełanym fotelu, z twarzą zwróconą ku oknu, i patrzyła przed siebie.

– To katarakta – szepnął jej do ucha Evan. – Biedna staruszka jest prawie niewidoma.

– Och. – Kate zrozumiała teraz, dlaczego stara kobieta siedzi tak nieruchomo, i podeszła, żeby podać jej rękę.

– Miło mi panią poznać, pani Fellows.

Evan zamknął drzwi od saloniku.

– Pani Fellows mówiła nam właśnie o swojej pracy jako gospodyni w Ambervale przeszło dwadzieścia lat temu.

– W Ambervale? – Serce Kate zaczęło bić z zatrważającą szybkością. Evan wspomniał jej podczas wycieczki do Wilmington, że zamierzają przesłuchać niegdysiejszą służbę, ale nigdy do tego tematu nie wrócił.

Przysunął Kate fotel, co przyjęła z wdzięcznością. Sam także usiadł.

– Proszę powiedzieć, pani Fellows, czy za życia mego kuzyna miała pani w Ambervale pod swoim nadzorem liczną służbę?

– Nie, milordzie. Tylko ja tam służyłam i mój mąż, co już od ośmiu lat nie żyje. Mieliśmy prócz nas tylko kucharkę, no i do zmywania przychodziła jedna dziewczyna. Widzi pan, większej części domu nie używano, a i gości żadnych także nie było. Jego Lordowskiej Mości i pannie Elinor podobało się żyć we dwoje.

– Mogę to sobie wyobrazić. – Evan uśmiechnął się do Kate. – A potem panna Haverford stała się brzemienna, prawda?

Szczerość pytania najwyraźniej sprawiła pewną przykrość pani Fellows, ale gospodyni odparła:

– Tak, milordzie.

– No i powiła dziecko. Syna czy córkę? Przypomina pani sobie?

– Dziewczynka to była. – Pani Fellows wciąż patrzyła prosto w okno, jakby uśmiechając się do drobin kurzu wirujących w powietrzu. – Dali jej na imię Katherine.

Po drugiej stronie pokoju pan Bartwhistle chrząknął i bystro spojrzał na Kate, a właściwie na jej znamię.

– Nie pamięta pani – spytał – czy dziecko nie miało jakichś… wyraźnych znaków na ciele?

– O, tak. Niebożątko miało znamię. Na samej twarzy.

Niebożątko? Po raz pierwszy w życiu Kate pomyślała o znamieniu na skroni z pewną serdecznością. Chętnie by je nawet ucałowała, gdyby mogła, ale musiałaby wtedy mieć wargi rozciągliwe jak guma indyjska.

Wyprostowała się w fotelu, słuchając uważnie.