Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

"XIX-wieczna Francja. Między piękną, wrażliwą i nieszczęśliwą kurtyzaną a nieodpowiedzialnym lekkoduchem wybucha gorąca miłość. Historia tego związku jest niezwykle burzliwa, obfituje w liczne zmiany sytuacji. Nie raz kochankowie, wspólnie i każde z osobna, rozważają decyzję o rozstaniu, nie raz dochodzą do wniosku, że nie mogą bez siebie żyć. Jak poradzą sobie z trudną sytuacją materialną? Czy będą w stanie dostosować swój tryb życia i realizacje marzeń do możliwości? Czy będą w stanie stawić czoła konwenansom i zakłamanej moralności? I czy wreszcie każde z nich będzie w stanie dostosować swój charakter do partnera? Czy ich związek ma szanse na to, by mówiono o nim: „żyli długo i szczęśliwie”? Problematyka powieści nie skupia się jedynie wokół wątku romansowego, książka stanowi bogaty fresk społeczny i odzwierciedla charakterystyczną podwójną moralność XIX-wiecznego społeczeństwa mieszczańskiego. Prowadzona przez autora na kartach powieści krytyka kultu pieniądza, obłudy, towarzyszącego ludziom zakłamania, w tym także okłamywania samego siebie, nadaje dziełu wartości uniwersalnych i ponadczasowych. „Dama Kameliowa” to najsłynniejsze dzieło Dumasa (syna), napisane przez 21-letniego młodzieńca. Fabuła powieści jest oparta na autentycznych przeżyciach romansowych autora. Dzieło to do dziś jest inspiracją dla twórców opery, realizatorów teatralnych i reżyserów filmowych. Niegasnące powodzenie powieści świadczy o tym, że opisana w nim historia miłosna ciągle wzbudza zainteresowanie.Tekst powieści opracowano na podstawie anonimowego przekładu z początku XX w."

Opinie o ebooku Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

Fragment ebooka Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (syn)

Aleksander Dumas (syn)

Dama Kameliowa

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Redaktor:

Józef Daniel

Korekta:

Sylwia Burdek

Skład i łamanie:

Józef Paluch

Sylwia Ząbczyńska

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Tekst został opracowany na podstawie

anonimowego tłumaczenia

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-171-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel.(012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

I

Jestem przekonania, że nie można stworzyć żadnego dzieła, nie poznawszy dobrze ludzi, podobnie jak nie można mówić jakimkolwiek językiem, nie nauczywszy się go wprzódy.

Nie mam jeszcze lat, w których się tworzy – zadowalam się więc opowiadaniem.

Uprzedzam jednak czytelników o prawdziwości tej historii, której wszystkie osoby – z wyjątkiem bohaterki – żyją dotąd.

Wreszcie w Paryżu są jeszcze świadkowie większej części faktów, które tu zebrałem, a którzy w razie gdyby moje świadectwo nie wystarczało, mogą je potwierdzić. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ja tylko jeden mogłem o nich pisać, gdyż tylko ja sam byłem powiernikiem ostatnich szczegółów, bez których niepodobna skreślić opowieści zajmującej i całkowitej.

Oto jakim sposobem te szczegóły doszły do mej wiadomości:

Dnia 12 marca 1847 r. spostrzegłem przy ulicy Laffitte ogromny żółty afisz, który donosił o sprzedaży mebli oraz przedmiotów zbytku i ciekawości. Sprzedaż następowała wskutek śmierci. Afisz nie wymieniał wcale zmarłej osoby, lecz sprzedaż miała się odbyć przy ulicy d’Antin, nr 9, dnia 16, od południa do piątej wieczorem.

Prócz tego afisz donosił, że można w dniach 13 i 14 zwiedzić mieszkanie i obejrzeć meble.

Byłem zawsze miłośnikiem wszelkich kuriozów, przyrzekłem więc sobie nie opuścić sposobności, jeżeli nie kupienia czegoś, to przynajmniej zobaczenia.

Nazajutrz udałem się na ulicę d’Antin, pod nr 9. Było jeszcze dość wcześnie, a przecież w mieszkaniu było już pełno osób płci obojga; kobiety, jakkolwiek okryte jedwabiem i kaszmirem, na które przed domem czekały eleganckie pojazdy, oglądały ze zdumieniem i z uwielbieniem nawet, zbytek rozwijający się przed ich oczami.

Później zrozumiałem to uwielbienie i zdumienie, gdyż począwszy przypatrywać się pilnie, łatwo poznałem, że znajduję się w mieszkaniu kobiety utrzymywanej. Wreszcie, jest jedna rzecz, którą kobieta światowa pragnie zawsze widzieć, a były tutaj kobiety z wielkiego świata, to jest wewnętrzne mieszkanie tych dam, których ekwipaże zaćmiewają codziennie ich własne, które mają podobnie jak i one i obok nich swą lożę w Operze i w Teatrze Włoskim i które rozwijają w Paryżu przepych swej piękności, swych klejnotów i skandali...

Ta, u której się znajdowałem, była umarłą. Najuczciwsze więc kobiety mogły wniknąć aż do wnętrza jej mieszkania. Śmierć przeczyściła powietrze tej świetnej kałuży, a zresztą, jeśli by tego było potrzeba, mogły się wymówić, że przyszły na licytację, nie wiedząc do kogo przychodzą. Czytały afisz, chciały obejrzeć to, o czym on mówił i wybrać sobie coś naprzód, co im wcale nie przeszkadzało poszukiwać, pośród tych cudów, rysów tego życia zalotnicy, o której im bez wątpienia opowiadano tyle dziwnych rzeczy.

Na nieszczęście tajemnica umarła wraz z boginią i pomimo całej dobrej chęci damy te znalazły tylko to, co było do sprzedania po zgonie, a nic z tego, co się sprzedawało za życia lokatorki.

Wreszcie, było w czym wybierać zaprawdę! Ruchomości były przepyszne. Meble z różanego drzewa, wazy z sewrskiej i chińskiej porcelany, statuetki z saskiej; jedwabie, zasłony, adamaszki – niczego tu nie brakowało!

Przechadzałem się po mieszkaniu, śledząc ciekawie damy idące przede mną. Weszły one do pokoju obitego perską makatą i już i ja miałem tam wejść, gdy one natychmiast stamtąd wyszły z uśmiechem, jak gdyby się wstydziły swej ciekawości. Pragnąłem jak najprędzej dostać się do tego pokoju. Był to buduar przepełniony wszystkimi tymi szczegółami, które towarzyszą zawsze śmierci.

Na wielkim stole przystawionym do ściany, długim na sześć, a szerokim na trzy stopy, świeciły wszystkie skarby od Ancoca i Odiota. Była to wspaniała kolekcja, a żaden z tysięcznych tych przedmiotów, tak potrzebnych do toalety kobiety takiej jak ta, u której byliśmy, nie był z innego metalu, jak tylko ze złota lub srebra. Zbiór ten mógł tylko powoli urastać, a niejedna miłość do tego się przyczyniła...

Co do mnie, obznajomiony z buduarami tego rodzaju, bawiłem się badaniem tych drobnostek i spostrzegłem, że wszystkie te utensylia, przepysznie cyzelowane, nosiły na sobie różne znaki i rozmaite korony.

Patrzyłem na nie – a każdy przedmiot przypominał mi prostytucję biednej dziewczyny i mówiłem sobie, że Bóg był łaskaw dla niej, nie karząc jej zwyczajnie, to jest że pozwolił jej umrzeć wśród zbytku i piękności, jeszcze przed nadejściem starości, tej pierwszej śmierci zalotnicy.

I w rzeczy samej, cóż smutniejszego nad widok występku w starości, mianowicie u kobiety? Nie ma ona w sobie żadnej godności i nie budzi żadnej ciekawości. Ten wiekuisty wyrzut, nie tego, że szła złą drogą, lecz tego, że źle liczyła, że źle używała pieniędzy, jest najboleśniejszą rzeczą, o jakiej słyszeć można. Znałem starą zalotnicę, której nic nie pozostało z przeszłości, prócz córki równie ładnej, jeśli można wierzyć jej współczesnym, jak matka. To biedne dziecko, do którego matka mówiła: „jesteś moją córką”, tylko po to, by jej rozkazać, ażeby żywiła ją w starości, podobnie jak ona żywiła ją w dzieciństwie. Ta biedna istota nazywała się Ludwiką i, posłuszna swej matce, była tym, czym matka, pomimo woli, bez namiętności, bez przyjemności, jak gdyby to było jej rzemiosłem, o nauczeniu jej którego nikt nie pomyślał... Ciągły widok występku, występku bezustannego, podsycanego chorobliwym stanem tej dziewczyny, był w niej świadomością złego i dobrego, które w nią może Bóg wszczepił, a którego nikt nie rozwinął.

Przypominam sobie zawsze tę młodą dziewczynę, włóczącą się co dzień prawie o jednej godzinie po bulwarach. Matka towarzyszyła jej ciągle i z taką pilnością, jak prawdziwa matka towarzyszy prawdziwej swej córce. Byłem wówczas bardzo młody i gotowy do przyjęcia miałkiej moralności mego wieku. Przypominam jednak sobie, że widok tego bezwstydnego czuwania, budził we mnie niesmak i pogardę.

Trzeba przyznać, że nigdy twarz dziewicy nie nosiła na sobie podobnego wyrazu niewinności i melancholijnego cierpienia.

Powiedziałbyś: posąg rezygnacji... Pewnego dnia twarz dziewczyny rozjaśniła się. Wśród występku, którego program przepisywała matka, zdawało się grzesznicy, że Bóg dozwala jej szczęścia. I wreszcie, dlaczegóż Bóg, który ją stworzył bezsilną, miałby ją zostawić bez pociechy, wśród ciężaru bolesnego życia? Pewnego więc dnia spostrzegła, że zostanie matką i wszystko, co było jeszcze w niej czystego, zadrżało z radości. Dusza ma dziwne tajemnice. Ludwika pobiegła do matki z wiadomością o swym szczęściu. Wstyd to wyznać, a przecież nie tworzymy tutaj faktów niemoralnych dla przyjemności, mówimy prawdę, o której lepiej by było zapewne milczeć, gdybyśmy nie byli przekonania, że trzeba od czasu do czasu podnosić męczeństwo tych istot, które potępia się bez wysłuchania, którymi gardzi się bez sądu; straszne to – przyznajemy – lecz matka odrzekła córce, że nie wystarcza dla nich dwóch na życie, a cóż dopiero dla trojga, że podobne dzieci są najmniej potrzebne i narażają na próżną stratę czasu.

Nazajutrz lekarka, a przyjaciółka matki, przyszła do Ludwiki, która przeleżała kilka dni w łóżku i wstała z niego jeszcze bledsza i słabsza niż dawniej.

W trzy miesiące później, pewien człowiek ulitował się nad nią i rozpoczął leczyć ją moralnie i fizycznie – lecz ostatni cios był zbyt gwałtowny i Ludwika wkrótce umarła...

Matka jeszcze żyje. Jak? Bóg to wie!

Historia ta przypomniała mi się w chwili, gdym przeglądał owe kosztowne drobiazgi i dość dużo czasu musiało upłynąć na mej zadumie, gdyż prócz mnie i pilnującego, nie było już nikogo w pokoju. Ten ostatni, stojąc we drzwiach, pilnie patrzył, czym czego nie wziął.

Zbliżyłem się do tego człowieka, w którym tyle niepokoju obudziłem.

– Czy nie mógłbyś mi pan – zapytałem go – powiedzieć nazwiska tej damy, która tu mieszkała?

– Panna Małgorzata Gautier.

Dziewczynę tę znałem z nazwiska i widzenia.

– Jak to – zawołałem – Małgorzata Gautier umarła?

– Tak, panie.

– I kiedyż to?

– Zdaje się, że przed trzema tygodniami.

– A dlaczego pozwalają oglądać jej mieszkanie?

– Dłużnicy sądzą, że to podniesie cenę rzeczy. Publiczność może sobie wprzód obejrzeć meble i materię – rozumiesz pan, to zachęca do kupna...

– A więc ona miała długi?

– Ho, ho, panie, mnóstwo!...

– Lecz licytacja pokryje takowe zapewne?

– Ba, nawet przewyższy!

– A komuż się dostanie nadwyżka?

– Rodzinie.

– Miała więc rodzinę?

– Zdaje się.

– Dziękuję panu.

Pilnujący skłonił mi się. Wyszedłem.

– Biedna dziewczyna – rzekłem wchodząc do siebie – musiała smutnie umierać, bo w jej stanie przyjaciół ma się tylko wtedy, kiedy się jest zdrową.

Bądź co bądź, litowałem się nad losem Małgorzaty Gautier. Może się to wielu wydawać śmiesznym, lecz noszę w sobie niewyczerpane przebaczenie dla zalotnic, a nawet nie zadaję sobie trudu, by poddawać dyskusji to moje widzenie rzeczy.

Pewnego dnia, idąc po paszport do prefektury policji, spostrzegłem na jednej z przyległych ulic dziewczynę, którą prowadziło dwóch żandarmów. Nie wiem, co zrobiła ta dziewczyna, lecz widziałem, że płakała gorącymi łzami, tuląc kilkumiesięczne dziecię, z którym gwałtem ją rozdzielano. Od tej chwili, nie potrafię gardzić kobietą, którą pierwszy raz widzę.

II

Licytacja była wyznaczona na 16 marca.

Zrobiono dzień przerwy między zwiedzaniem a sprzedażą, a to dlatego, by można było zdjąć obicia, firanki, zasłony itd.

Podówczas dopiero co powróciłem z podróży. Było to bardzo naturalne, że nie zawiadomiono mnie o śmierci Małgorzaty. Była ona piękną, lecz o ile szczególne jej życie robiło wiele wrzawy, o tyle śmierć przeszła niepostrzeżoną. Są to słońca, które zachodzą podobnie jak wschodzą – bez blasku. Śmierć ich, jeśli umierają młode, przebiega przez Paryż w jednej chwili, dowiadują się o niej zaraz jej kochankowie, gdyż w naszej stolicy wszyscy kochankowie jakiejś dziewczyny żyją ze sobą w przyjaźni, wymieniają kilka wspomnień i życie ich płynie dalej, wypadku zaś nie zroszą nawet łzą jedną...

Dzisiaj, mając lat dwadzieścia pięć, nie płacze się nad byle czym. Do tego mają prawo tylko krewni, jeśli płacą za łzy...

Co do mnie, jakkolwiek moja cyfra nie znajdowała się na żadnym z kosztownych drobiazgów Małgorzaty, to instynktowne współczucie, ta litość naturalna, do której przed chwilą się przyznałem, kazała mi dumać nad jej śmiercią dłużej, niż może na to zasłużyła.

Przypomniałem sobie, że spotykałem bardzo często Małgorzatę na Polach Elizejskich, gdzie prawie co dzień jeździła w niebieskim coupé **(coupé (fr.) – rodzaj zamkniętego powozu posiadającego dwoje drzwi i jedno lub dwa siedzenia po dwa miejsca.)**, zaprzężonym w dwa przepyszne konie; zauważyłem w niej dystynkcję, którą podnosiła jeszcze wyjątkowa jej piękność.

Te nieszczęśliwe osobistości są zawsze w czyimś towarzystwie.

Ponieważ żaden mężczyzna nie zgodzi się na to, by afiszować publicznie miłość swoją dla niej, a ponieważ one nienawidzą samotności, włóczą więc zawsze za sobą albo takie, które, mniej szczęśliwe, nie mają powozu, albo którąkolwiek ze starych elegantek, nieumiejących ukazać źródła swej elegancji, a do których bez wahania można się udać, jeśli chcemy zaczerpnąć jakichkolwiek wiadomości o kobiecie, której towarzyszą.

Z Małgorzatą natomiast inaczej się rzeczy miały. Przybywała ona na Pola Elizejskie zawsze sama w swoim powozie, w którym kryła się jak mogła, w zimie owinięta wielkim kaszmirowym szalem, w lecie ubrana w bardzo skromną suknię – a jeśli spotkała na swym ulubionym spacerze jakiego mężczyznę znanego jej dobrze, uśmiechała się do niego w ten sposób, że i księżna mogłaby się tak uśmiechać.

Nie jeździła ciągle, jak to zwykły robić jej koleżanki, po Elizejskich Polach, lecz konie unosiły ją szybko do Lasku Bulońskiego. Tam wysiadała z powozu, spacerowała przez godzinę, po czym wszedłszy znów do swego coupé, wracała pędem do siebie.

Wszystkie te okoliczności, których nieraz byłem świadkiem, przypomniały mi się i żałowałem tej dziewczyny, jak się żałuje całkowitego zniszczenia dzieła, piękna.

Przy tym nie zdarzyło mi się widzieć bardziej zachwycającej piękności jak u Małgorzaty.

Wysoka, a drobna aż do przesady, posiadała w najwyższym stopniu sztukę ukrywania wad naturalnych, pod skromnym strojem, jaki przywdziewała na siebie. Jej szal kaszmirowy, którego końce dotykały ziemi, pozwalał z obu stron widzieć ogoniastą, jedwabną suknię, a mufka, w którą chowała ręce, miała tak estetycznie ułożone frędzle, że mogłyby zadowolić najwybredniejszy smak.

Głowa, istny cud, była przedmiotem szczególnej kokieterii. Była ona mała, a natura, jak by powiedział Musset, utworzyła ją z całą starannością.

Włóż w owal nieopisanego wdzięku dwoje ócz czarnych, przykrytych powiekami tak czystego rysunku, że zdawały się być dziełem artysty; przysłoń te oczy długimi rzęsami, które, spuszczając się, rzucały cień na różową barwę policzków; nakreśl nos delikatny, prosty a szlachetny, o nozdrzach nieco otwartych, pod wpływem gorącego oddechu zmysłowego życia; narysuj usta regularne, których wargi rozkosznie się unosiły nad zębami białymi jak mleko i zabarw skórę kryjącą te wdzięki odrobiną karminu – a będziesz miał całość tej główki czarownej.

Włosy hebanowej czarności błyszczące z natury – lub nie, jeśli chcecie – dzieliły się nad czołem w dwa bogate zwoje i gubiły się na tyle głowy, dozwalając widzieć koniec ucha, u którego błyszczały dwa brylanty, wartości od czterech do pięciu tysięcy franków każdy.

Jakim sposobem ten żywot palący pozostawił na twarzy Małgorzaty wyraz dziewiczości, dzieciństwa nawet, będący jej charakterystycznym znamieniem – tego, przyznaję, nie rozumiem.

Małgorzata miała swój portret, robiony przez Vidala, jedynego człowieka, którego ołówek mógł ją oddać. Po jej śmierci miałem portret przez kilka dni w swoim ręku, a był on tak zadziwiająco podobnym, że mi dopomógł skreślić jej obraz, do czego pamięć mi nie wystarczała.

Między szczegółami tego rozdziału, niektóre doszły do mojej wiadomości dopiero później, lecz spisałem je natychmiast, by nie wracać już do nich w chwili, kiedy się rozpocznie opowieść jej życia.

Małgorzata bywała obecną na wszystkich pierwszych przedstawieniach teatralnych i przepędzała swoje wieczory na widowiskach lub balach. Za każdym razem, kiedy grano nową sztukę, można było być pewnym, że się ją obaczy wraz z trzema rzeczami, które jej nigdy nie opuszczały i które zajmowały zawsze przednią poręcz loży: lornetka, pudełko cukierków i bukiet kamelii.

Przez dwadzieścia pięć dni miesiąca kamelie były białe, a przez pięć ostatnich – czerwone; nikt nie znał przyczyny tej rozmaitości barw, którą zaznaczam, i nikt nie mógł jej wytłumaczyć, a którą wszakże zauważyli wszyscy uczęszczający do teatrów.

Nie widziano nigdy u Małgorzaty innych kwiatów jak tylko kamelie. Z tego też względu, zwano ją u pani Barion, jej kwiaciarki – Damą Kameliową i ten przydomek jej został.

Tymczasem od trzech lat blisko, od czasu podróży do Bagneres, żyła tylko ze starym księciem cudzoziemskim, nadzwyczaj bogatym, który usiłował wyciągnąć ją z brudów przeszłości, na co ona chętnie przystawała.

Oto, co mi o tym mówiono:

Na wiosnę roku 1842 Małgorzata była tak słabą, tak zmienioną, że lekarze nakazali jej wody i wyjazd do Bagneres.

Tam, pośród chorych, znajdowała się córka księcia, która chorowała nie tylko na tę samą słabość, ale miała nawet taką samą twarz jak Małgorzata, tak dalece, że można by je wziąć za dwie siostry. Tylko że młoda księżna była w trzecim stopniu suchot i w kilka dni po przybyciu Małgorzaty – umarła.

Pewnego dnia książę, pozostały w Bagneres, jak ten, któremu pochowano w ziemi część serca, spostrzegł Małgorzatę na zakręcie jednej z alei.

Zdawało mu się, że widzi cień swego dziecięcia i idąc ku niej wziął ją za rękę, uścisnął ze łzami i nie pytając się, kto ona, prosił o pozwolenie odwiedzenia jej i kochania w niej żywego obrazu swej zmarłej córki.

Małgorzata, będąc sama jedna w Bagneres, tylko ze swą pokojową, a zresztą nie obawiając się kompromitacji, przyzwoliła na to, czego żądał książę.

W Bagneres znajdowali się ludzie, którzy ją znali – ci więc ostrzegli księcia o prawdziwym stanowisku panny Gautier. Był to cios dla starca, gdyż tutaj kończyło się podobieństwo do jego córki, lecz już było za późno! Młoda ta kobieta stała się potrzebą jego serca i jedynym powodem, jedyną przyczyną życia.

Nie czynił jej żadnych wyrzutów, nie miał do tego prawa, lecz zapytał ją, czy się czuje zdolną do zmiany życia, ofiarując jej za to poświęcenie wszelkie wynagrodzenia, jakich tylko pragnie. Ona przyrzekła.

Trzeba tu zaznaczyć, że natura Małgorzaty, pełna entuzjazmu, była podówczas chora. Przeszłość wydawała jej się główną przyczyną choroby, a pewien rodzaj przesądu kazał się spodziewać, że Bóg jej zostawi zdrowie i piękność, w zamian za pokutę i nawrócenie.

Jakoż w rzeczy samej – wody, przechadzki, naturalne zmęczenie, sen – przywróciły jej powoli zdrowie, kiedy lato miało się już ku końcowi.

Książę towarzyszył Małgorzacie do Paryża, gdzie ją odwiedzał podobnie jak w Bagneres.

Związek ten, którego ani istotnego początku, ani powodów nie znano, spowodował wielkie zdumienie, gdyż książę, znany ze swego wielkiego majątku, począł być rozrzutnym.

Szukano przyczyn tego zbliżenia się starego księcia do młodej kobiety w rozpuście, zbliżenia tak częstego między bogatymi starcami. Przypuszczano wszystko, prócz tego co było.

A przecież uczucia tego nowego ojca Małgorzaty były tak czyste, że wszelki związek niebędący związkiem serca, wydawał mu się zbrodnią i nigdy nie wyrzekł do niej słowa, którego by jego córka nie mogła słyszeć.

Daleką jest od nas myśl idealizowania naszej bohaterki. Przyznajemy więc, że dopóki była w Bagneres, przyrzeczenie dane księciu łatwym było do dotrzymania, lecz kiedy powróciła do Paryża, zdawało się tej dziewczynie, przywykłej do życia gorączkowego, do balów, do orgii, że samotność, przerywana tylko periodycznymi odwiedzinami księcia, zabije ją z nudów, a palący oddech dawniejszego życia ciążył na jej głowie i sercu.

Dodajcie, że Małgorzata wróciła ze swej podróży piękniejsza niż przedtem była, że miała lat dwadzieścia i że uśpiona tylko, bo nie zwyciężona, choroba budziła w niej febryczne żądze, będące zawsze rezultatem chorób piersiowych.

Z wielką więc boleścią książę dowiedział się od swych przyjaciół, szpiegujących postępowanie młodej kobiety, że ta, w chwili, w której nie spodziewa się jego przybycia, przyjmuje wizyty, i że te wizyty przedłużają się nieraz bardzo...

Zapytana Małgorzata wyznała wszystko księciu, radząc mu bez żadnej wstecznej myśli, by przestał nią się zajmować, gdyż nie czuje w sobie siły do dotrzymania przyrzeczenia i że nie chce dłużej przyjmować dobrodziejstw człowieka, którego zdradza.

Książę przez osiem dni nie pokazał się; to było wszystko, co mógł zrobić, a ósmego dnia przyszedł błagać Małgorzatę, by go przyjęła, obiecując jej, że ją weźmie taką, jaka jest, byle tylko mógł ją widzieć, i przysiągł jej, że nigdy żadnego wyrzutu jej nie uczyni.

Oto jak się miały rzeczy w trzy miesiące po powrocie Małgorzaty, to jest w listopadzie lub grudniu 1842 roku.

III

Dnia 16 marca, o pierwszej po południu, udałem się na ulicę d’Antin. Już w bramie słychać było głos woźnego.

Mieszkanie było pełne ciekawskich.

Były tutaj wszystkie znakomitości wytwornego występku, skrycie oglądane przez kilka wielkich dam, które jeszcze raz przyszły tutaj pod pretekstem kupna, ażeby zobaczyć z bliska kobiety, z którymi nie miały nigdy sposobności bliższego zetknięcia się, a którym zazdrościły może łatwych przyjemnostek.

Księżna pani de F. dotykała się panny A., najsmutniejszego okazu nowoczesnej zalotnicy, pani markiza de F. wahała się, czy kupić jakiś mebel, który licytowała pani D., zalotnica najwytworniejsza i najwięcej znana w naszej epoce; książę d’Y., który jeździ do Madrytu, by się zrujnować w Paryżu, a do Paryża, by się zrujnować w Madrycie, a który pomimo to nie wydaje nawet swych dochodów, rozmawia z panną M., jedną z naszych najzdolniejszych powieściopisarek, od czasu do czasu piszącą to, o czym mówi, a która spoglądała znacząco na panią de N., tę piękną kobietę... Zawsze ją można spotkać na Polach Elizejskich, strojną w barwy różowe lub niebieskie, w powozie zaprzężonym w dwa kare konie kupione od Fony’ego za dziesięć tysięcy franków, za które on zapłacił... Na koniec panna K., która przez swój talent zyskała dwa razy tyle, ile kobiety światowe mają ze swych posagów, a trzy razy tyle, ile inne mają za swą miłość...

Moglibyśmy przytoczyć tutaj szczegóły z życia wielu jeszcze ludzi zgromadzonych w tym salonie i zdziwionych niemało, że się razem znajdują – lecz lękamy się znudzić czytelnika.

Śmiano się głośno; woźni nawoływali o spokój na spółkę z kupcami, którzy chcieli dobrze rzecz przeprowadzić. Nigdy zgromadzenie nie było bardziej rozmaite, bardziej wrzące.

Wcisnąłem się pokornie wewnątrz tej wrzawy, smutny, myśląc o tym, że się znajduję tuż przy pokoju, w którym wyzionęła ducha biedna istota, a której meble sprzedawano dla zapłacenia długów. Przyszedłszy raczej dla przypatrywania się niż dla kupna, spoglądałem na postać woźnego, którego rysy nieznośnie się wykrzywiały, jeśli przedmiot jaki podskoczył wyżej w cenie, aniżeli się spodziewał.

Uczciwi ludzie, spekulujący na prostytucji tej kobiety, którzy zyskiwali sto na sto na niej, a ścigali ją stemplowym papierem aż do ostatniej chwili życia, przyszli po śmierci zbierać owoce swej zaszczytnej spekulacji.

Mieli słuszność starożytni, że ustanowili jednego boga dla kupców i złodziei...

Suknie, kaszmiry, klejnoty sprzedawały się nie do uwierzenia szybko. Nic z tych rzeczy nie podobało mi się i czekałem ciągle. Nagle usłyszałem:

– Książka przepysznie oprawna, złocona na brzegach, zatytułowana: Manon Lescaut, jest coś napisane na pierwszej kartce. Dziesięć franków!

– Dwanaście, odezwał się ktoś po długiem milczeniu.

– Piętnaście – rzekłem.

Dlaczego? – nie wiedziałem.

Zapewne dlatego, że było tam „coś napisane”.

– Piętnaście – powtórzył woźny.

– Trzydzieści – ciągnął pierwszy licytant głosem, w którym brzmiało przekonanie, że nikt nie da więcej.

Stawało się to walką.

– Trzydzieści pięć! – zawołałem tym samym tonem.

– Czterdzieści!

– Pięćdziesiąt!

– Sześćdziesiąt!

– Sto!

Przyznaję, że chciałem wywołać efekt i wywołałem, gdyż po ostatniej cenie zapanowała cisza i patrzono na mnie wokoło z ciekawością, kto jest ten jegomość, który postanowił bądź co bądź posiąść tę książkę.

Zdaje się, że ton nadany ostatnim moim słowom przekonał mego przeciwnika – postanowił więc ustąpić pola, zostawiając mi książkę, za którą płaciłem dziesięć razy więcej, niż była warta. Kłaniając mi się, rzekł bardzo grzecznie, choć trochę za późno:

– Ustępuję panu.

Nikt nie wyrzekł słowa i książka została mi przyznana.

Lękając się nowego szaleństwa ze strony mej miłości własnej, na czym kieszeń moja źle wychodziła, kazałem zapisać swoje nazwisko i odkładając książkę na bok, wyszedłem. Dałem bez wątpienia dużo do myślenia obecnym, którzy zapewne pytali siebie, w jakim celu zapłaciłem sto franków za książkę, którą mogłem wszędzie nabyć za dziesięć, a najwyżej piętnaście franków.

W godzinę później posłałem po mój zakup. Na pierwszej kartce była napisana piórem i bardzo wykwintnym charakterem dedykacja w tych słowach: Manon dla Małgorzaty. „Pokora”.

Podpisano: Armand Duval.

Co znaczyło to słowo: „Pokora”?

Czyż Manon uznawała w Małgorzacie, wskutek opinii tego pana Armanda Duvala, wyższość występku, czy serca?

Drugie tłumaczenie było najprawdopodobniejszym, gdyż pierwsze byłoby tylko impertynencją otwartą, czego by nie zniosła Małgorzata pomimo opinii, jaką miała o sobie.

Wyszedłem znowu i nie zajmowałem się już tą książką, aż dopiero wieczorem, kiedym się położył spać.

Zapewne Manon Lescaut jest rzewną powieścią, której żaden szczegół nie wyszedł z mej pamięci, a przecież kiedy książkę tę mam pod ręką, pewien rodzaj sympatii ciągnie mnie do niej, otwieram ją i po raz setny marzę z bohaterką księdza Prévosta. A przy tym bohaterka ta ma tyle w sobie prawdy, że zdaje mi się, jakobym ją gdzieś znał. Wśród tych nowych okoliczności, związek istniejący między nią a Małgorzatą, nadawał czytaniu pewien urok i wzmagała się we mnie litość, prawie miłość, dla biednej dziewczyny, spuściźnie której winien byłem tę książkę. Manon umarła na pustyni, to prawda, ale w objęciach mężczyzny, który ją kochał całą duszą, który rękoma wygrzebał jej mogiłę, zrosił ją łzami swoimi i pochował tam serce swoje – gdy tymczasem Małgorzata, grzesznica podobna do Manon, a może nawrócona jak ta ostatnia, umarła na łonie przepychu i zbytku, jeśli można było wierzyć temu com widział, na pościelisku swej przeszłości, lecz pośród pustyni serca, szerszej, suchszej i nielitościwszej niż ta, w którą zagrzebano Manon.

I w rzeczy samej, jak się później dowiedziałem od kilku przyjaciół, dobrze świadomych ostatnich okoliczności towarzyszących śmierci Małgorzaty, ta przez cały ciąg swej choroby, nie widziała nikogo, co by przyszedł do niej z istotną pociechą.

Później myśl moja przeszła od Manon i Małgorzaty na te, które widziałem postępujące ze śpiewką na ustach, ku śmierci prawie zawsze jednakowej. Biedne istoty! Jeśli miłość ku nim jest rzeczą niesłuszną, toć przynajmniej litość jest tu na swoim miejscu. Litujecie się nad ślepym, który nigdy nie widział słonecznych promieni, nad głuchym, o którego ucho nie obił się nigdy szmer tajemny wszechżycia, nad niemym, którego usta nigdy nie potrafią wydźwięczyć głosu duszy, a pod fałszywym pozorem wstydu nie chcecie się litować nad ślepotą serca, tą głuchotą duszy, tym milczeniem sumienia, pod wpływem którego szaleje nieszczęśliwa – głuchotą, co nie pozwala jej dopatrzyć się dobra, usłyszeć Pana i mówić świętym językiem miłości i wiary.

Hugo napisał Marion Delorme, Musset Bernerettę, a Aleksander Dumas Fernandę– myśliciele i poeci wszystkich czasów nieśli zalotnicy iskry miłosierdzia, a nieraz jakiś wielki człowiek rehabilitował je swą miłością, a nawet imieniem swoim. Jeśli kładę nacisk na te słowa, to dlatego, że spomiędzy tych, którzy będą mnie czytać, wielu odrzuci tę książkę, lękając się w niej spotkać tylko apologię występku i prostytucji, a wiek autora bez wątpienia przyczynia się wiele do umotywowania tej bojaźni.

Co do mnie, jestem przekonania, że dla kobiety, której wychowanie nie nauczyło dobrego, Bóg prawie zawsze otwiera dwie ścieżki prowadzące ją do Niego; tymi ścieżkami są: boleść i miłość. Są one przykre; te, które na nie wejdą, krwawią sobie stopy, ranią ręce, lecz zostawiają na cierniach drogi przepych zbytku i przybywają do celu ubrane tylko w swą nagość, której się nikt nie wstydzi w obliczu Pana.

Ci, którzy spotkali te wędrujące, winni je wesprzeć i powiedzieć wszystkim, że je tam spotkali, gdyż mówiąc o tym, wskazuje się drogę.

Nie na tym polega rzecz, by przy bramie życia postawić dwa naczynia z napisami: „droga dobrego” i „droga złego” i mówić do przychodzących: „wybierajcie”. Trzeba, jak Chrystus, wskazywać drogi sprowadzające ze złych na dobre – a przede wszystkiem nie trzeba, by początek tych ścieżek był bardzo bolesnym lub żeby zdawał się być trudnym do przebycia.

Chrystianizm zaleca nam w swej cudnej paraboli o synu marnotrawnym pobłażanie i przebaczenie. Jezus gorąco miłował dusze zranione namiętnościami i chętnie leczył rany balsamem z nich samych powstałym. Mówił więc do Magdaleny: „Będzie ci wiele przebaczone, boś miłowała wiele” – szczytne przebaczenie, budzące szczytną wiarę!

Dlaczegóż byśmy mieli być surowszymi od Chrystusa? Dlaczegóż byśmy mieli odrzucać dusze pokrwawione, pełne ran, przez które częstokroć jak u chorego zła krew, wypływa zło ich przeszłości i które czekają tylko przyjaznej ręki, mogącej wyleczyć i ozdrowić serce?

Mówię to do mej generacji, do tych, dla których teorie Voltaire’a już nie istnieją, dzięki Bogu; do tych, którzy podobnie jak ja rozumieją, że ludzkość od lat piętnastu weszła w fazę szczytnego zapału. Wiedza dobrego i złego jest całkowicie naszą własnością; wiara się odradza, poszanowanie rzeczy świętych przywrócono, i jeśli świat nie jest zupełnie dobrym, to przynajmniej jest lepszym. Usiłowania wszystkich ludzi inteligentnych dążą do jednego celu i wszystkie wielkie chęci zaprzęgają się do wozu jednej i tej samej zasady: „bądźmy dobrzy, bądźmy młodzi i idźmy za prawdą!” Złe jest tylko próżnością, miejmy dumę dobrego, a przede wszystkim nie rozpaczajmy. Nie gardźmy kobietą, która nie jest ani matką, ani siostrą, ani córką, ani żoną. Nie redukujmy szacunku tylko do rodziny, pobłażania tylko do egoizmu! Ponieważ niebo więcej jest uradowanym z nawrócenia się jednego grzesznika, niż ze stu sprawiedliwych, którzy nigdy nie grzeszyli, starajmy się radować niebo. Odda ono nam to z nawiązką! Zostawiajmy na naszej drodze jałmużnę przebaczenia dla tych, których ziemskie żądze zgubiły, które wybawi może boska nadzieja, i jak mówią stare kobiety radzące jakie domowe lekarstwo: nawet jeżeli to nie pomoże, to na pewno i nie zaszkodzi.

Byłoby z mej strony zuchwalstwem mniemać, że wszystkie te wielkie rezultaty wynikną z maluczkiego przedmiotu, który wziąłem za treść mej powieści – lecz należę do tych, co wierzą, że wszystko ma swe źródło w maluczkim. Dziecko jest małe, a przecież zawiera w sobie człowieka; mózg jest ciasnym, a zamyka sobą myśl, oko jest tylko punkcikiem, a ogarnia przestrzenie.

IV

W dwa dni później licytacja skończyła się. Przyniosła ona sto pięćdziesiąt tysięcy franków.

Wierzyciele zabrali dwie trzecie a rodzina, złożona z siostry i małego jej syna, odziedziczyła resztę.

Siostra ta zrobiła wielkie oczy, gdy doniesiono jej, że jest dziedziczką pięćdziesięciu tysięcy franków.

Już od sześciu czy siedmiu lat kobieta ta nie widziała swej siostry, która znikła pewnego dnia i nie wiedziano nic o niej od chwili zniknięcia.

Przybyła więc pośpiesznie do Paryża i trzeba było widzieć zdziwienie tych, którzy znali Małgorzatę, kiedy spostrzegli, że jej jedyna dziedziczka była tęgą i piękną wiejską kobietą, która dotąd nigdy jeszcze nie opuszczała swej parafii.

Los jej był od razu zapewnionym – a ona nie wiedziała nawet, z jakiego źródła przybywała ta niespodziewana fortuna.

Mówiono mi, że powróciła do swej wioski, unosząc ze sobą wielki smutek po stracie swej siostry.

Wszystkie te okoliczności powtarzano w Paryżu, tej matce skandalów; wkrótce jednak poczęto o nich zapominać, a nawet ja sam powoli traciłem je z pamięci, kiedy nowy wypadek pozwolił mi poznać całe życie Małgorzaty i dał mi tak rzewne szczegóły, że wzięła mnie chęć opisania tej historii, co też uczyniłem.

Od trzech czy czterech dni mieszkanie jej pozbawione wszystkich mebli zlicytowanych, czekało na wynajęcie, kiedy pewnego poranka zadzwoniono do mnie.

Mój służący, a raczej mój stróż, pełniący u mnie funkcję służącego, poszedł otworzyć i przyniósł mi bilet, mówiąc, że osoba, która go oddała, życzy sobie mówić ze mną.

Rzuciłem okiem na ten bilet i wyczytałem na nim dwa słowa:

„Armand Duval”.

Począłem myśleć, skąd znam to nazwisko i przypomniałem sobie pierwszą kartkę książki: Manon Lescaut. Czego chce ode mnie człowiek, który dał tę książkę Małgorzacie? Kazałem prosić natychmiast czekającego.

Ujrzałem młodego człowieka, blondyna, wysokiego, bladego, ubranego po podróżnemu, w stroju, którego widać nie zmieniał od kilku dni, a nawet nie oczyścił się w Paryżu, gdyż był cały pokryty kurzem.

Pan Duval, zmieszany, nie starał się nawet ukryć swego stanu i ze łzami w oczach, a drżeniem w głosie, rzekł:

– Panie, wybacz, proszę, moim odwiedzinom i ubraniu mojemu, lecz prócz tego, że między ludźmi to uchodzi, pragnąłem widzieć pana dzisiaj jeszcze koniecznie, nawet nie poszedłem do hotelu, gdzie posłałem swoje rzeczy i przybiegłem do pana, lękając się, chociaż jeszcze dość wcześnie, iż nie zastanę go w domu.

Prosiłem pana Duvala, by usiadł przy kominku, co uczynił, wyjmując z kieszeni chustkę, w którą ukrył na chwilę twarz swoją.

– Dziwna się panu zapewne wydaje – rzekł uśmiechając się smutnie – ta wizyta o podobnej godzinie, w podobnym stroju i z płaczem... przyszedłem jednak prosić pana po prostu o wielką przysługę.

– Mów pan, jestem na pańskie rozkazy.

– Wszak pan byłeś obecnym przy licytacji rzeczy po Małgorzacie Gautier.

Na te słowa, wzruszenie, nad którym panował przez chwilę młodzieniec, wzięło nad nim górę i zmuszony został ukryć twarz w swe dłonie.

– Wydaję się panu śmiesznym – dodał – lecz wybacz mi to i wierz mi, że nie zapomnę nigdy cierpliwości, z jaką mnie słuchasz.

– Panie – odrzekłem – jeżeli przysługa, jaką ci mam wyrządzić, ma uciszyć nieco zgryzoty, jakich doświadczasz, powiedz mi szybko, w czym mogę ci dopomóc, a znajdziesz we mnie człowieka szczęśliwego, że ci pomoże ulżyć.

Uczułem pewien rodzaj sympatii dla boleści pana Duvala i chciałem mu serdecznie być użytecznym. Rzekł więc do mnie:

– Kupiłeś pan na tej licytacji jedną rzecz?

– Tak panie, książkę.

– Manon Lescaut?

– W istocie.

– Czy masz pan jeszcze tę książkę?

– Jest w mojej sypialni.

Armand Duval na tę wiadomość odetchnął i zdawało się, że mu wielki ciężar spadł z serca. Podziękował mi, jak gdybym mu już oddał jaką przysługę, zachowując tę książkę.

Powstałem więc, poszedłem do sypialni, wziąłem książkę i podałem mu ją.

– Tak, to ta sama – rzekł, patrząc na dedykację – ta sama...

I dwie duże łzy padły na karty.

– A więc, panie – rzekł, podnosząc głowę i nie usiłując już nawet ukrywać łez – czy bardzo pan cenisz tę książkę?

– Dlaczego panie?

– Bo chcę pana prosić, byś mi ją odstąpił.

– Wybacz pan mojej ciekawości – rzekłem wówczas – lecz to pan dałeś ją Małgorzacie Gautier.

– Ja, panie.

– A więc ta książka należy do pana – odrzekłem – jestem szczęśliwy, że mogę ją panu zwrócić.

– Ale – odpowiedział pan Duval z zakłopotaniem – przecież... powinienem panu zwrócić sumę, jaką dałeś za nią...

– Pozwól pan, że mu ją ofiaruję. Cena jednej książki w podobnej licytacji jest drobnostką, a nawet nie przypominam sobie, ile za nią zapłaciłem.

– Dałeś pan za nią sto franków.

– To prawda – odrzekłem zakłopotany nieco – skąd pan to wiesz?

– To bardzo proste – spodziewałem się przybyć do Paryża na czas licytacji majątku Małgorzaty, a przybyłem dopiero dzisiaj. Chciałem koniecznie posiadać jakiś przedmiot pochodzący od niej i pobiegłem do komornika z prośbą o pozwolenie przejrzenia listy sprzedanych rzeczy i imion kupujących. Spostrzegłem, że książkę tę pan kupiłeś, postanowiłem prosić pana, byś mi ją odstąpił, chociaż cena, jaką za nią zapłaciłeś, kazała mi się lękać, czy pan czasem nie przywiązujesz do niej jakich wspomnień...

Mówiąc to, Armand widocznie lękał się, czy czasem nie znałem tak Małgorzaty jak on ją znał.

Pośpieszyłem pocieszyć go.

– Znałem pannę Gautier tylko z widzenia – jej śmierć zrobiła na mnie wrażenie, jakie zwykle robi na młodym człowieku śmierć pięknej kobiety, którą spotykał. Chciałem cokolwiek kupić na licytacji i zapędziłem się za wysoko w szacunku tej książki na przekór jakiemuś jegomości, który pragnął ją koniecznie nabyć. Powtarzam więc panu, książka ta jest na pańskie zawołanie i proszę pana, byś ją przyjął nie w ten sposób jak od komornika, ale żeby była między nami ogniwem dłuższej i szczerej przyjaźni.

– Dobrze, panie – rzekł Armand – wyciągając do mnie rękę, przyjmuję i będę ci wdzięczny przez całe życie.

Miałem serdeczną ochotę zapytać się Armanda o Małgorzatę, gdyż dedykacja książki, podróż młodzieńca, jego chęć posiadania tej książki – podniecały moją ciekawość, lecz lękałem się, by przez pytania nie pokazać się człowiekiem, który dlatego nie przyjął pieniędzy, by miał prawo wtrącania się w jego sprawy.

Odgadł jednak myśl moją i rzekł:

– Czytałeś pan tę książkę?

– Całkowicie.

– Cóż pan myślisz o tych dwóch wierszach, które tu napisałem?

– Zrozumiałem od razu, że w pańskich oczach biedna dziewczyna, której dałeś tę książkę, występuje ze zwyczajnej kategorii, bo nie chcę widzieć w tych wyrazach pospolitego komplementu.

– I miałeś pan słuszność. Dziewczyna ta to anioł. Przeczytaj pan ten list. I podał mi papier, który musiał być już nieraz odczytywany. Otworzyłem go, oto co w nim było:

„Mój drogi Armandzie; otrzymałam twój list, jesteś dobrym i dziękuję za to Bogu. Tak, mój przyjacielu, jestem chora i to chora nie na żarty, lecz zajęcie twoje mną, jakie dotąd okazujesz, zmniejsza o połowę moje cierpienia. Już bez wątpienia nie będę tak długo żyła, bym miała szczęście uściśnięcia ręki, która napisała ten dobry list, jaki przed chwilą otrzymałam, a którego wyrazy byłyby mnie zapewne wyleczyły, gdyby cokolwiek wyleczyć mnie mogło. Nie zobaczę cię już, gdyż jestem bardzo bliska śmierci, a setki mil dzielą cię ode mnie. Biedny przyjacielu!

Twoja Małgorzata dawniejsza całkiem się zmieniła, a nawet lepiej by było, byś jej zupełnie nie widział, niż taką, jaką jest teraz. Pytasz się, czy ci przebaczam! O, z całego serca, mój drogi, gdyż zło, jakie chciałeś mi wyrządzić, było tylko dowodem miłości, jaką miałeś dla mnie. Już miesiąc upłynął jak leżę w łóżku i tyle mi idzie o twój szacunek, że ciągle piszę dziennik mego życia, od chwili, w której rozeszliśmy się, aż dotąd, dopóki sił mi nie zbraknie do pisania.

Jeżeli, Armandzie, w istocie jeszcze zajmujesz się mną, to proszę, po powrocie twoim, idź do Julii Duprat. Ona ci odda ten dziennik. Znajdziesz tam powód i wytłumaczenie tego, co zaszło między nami. Julia jest bardzo dobra dla mnie – często rozmawiam z nią o tobie. Była wtedy, kiedy przyszedł twój list, płakałyśmy, czytając go.

W razie gdybyś nie dał znać o sobie, zobowiązałam ją do oddania ci tych papierów, po twoim przybyciu do Francji. Nie bądź mi wdzięcznym. Ten ciągły powrót do wspomnień o jedynych chwilach szczęścia w mym życiu, był dla mnie rozkoszą i jeśli ty znajdziesz w czytaniu tym wytłumaczenie przeszłości, ja znajduję wielką ulgę.

Chciałabym ci coś zostawić, coś, co by ci ciągle przywodziło mnie na myśl, lecz wszystko mi zasekwestrowano **(sekwestracja – zajęcie majątku na rzecz państwa, w celu zabezpieczenia dochodzonego roszczenia.)** i nic nie należy do mnie. Czy rozumiesz, mój drogi? Umieram, a z mego sypialnego pokoju słyszę kroki stróża chodzącego po salonie, którego moi wierzyciele tu postawili, by nic stąd nie wzięto i by im nic nie przepadło, w razie gdybym umarła. Spodziewam się, że z licytacją wstrzymają się do mego zgonu.

O, ludzie są bez litości albo raczej, mylę się, to Bóg jest sprawiedliwy i niewzruszony.

Awięc, mój najdroższy, przybędziesz na licytację i kupisz cokolwiek, gdyż jeślibym odłożyła jakąś rzecz dla ciebie i gdyby się o tym dowiedziano, żądano by później zwrotu takowej od ciebie.

Smutne to życie, które opuszczam!

Jakże Bóg byłby dobry, gdyby mi pozwolił widzieć cię przed śmiercią! Według wszelkiego prawdopodobieństwa bądź zdrów, jedyny – wybacz, że nie piszę dłużej do ciebie, lecz ci, co mi mówią, że mnie wyleczą, wycieńczają mnie krwi puszczaniem, a ręka odmawia mi posłuszeństwa.

Małgorzata Gautier”.

I w rzeczy samej, ostatnie wyrazy zaledwie można było przeczytać. Oddałem ten list Armandowi, który go bez wątpienia odczytywał w pamięci, gdyż rzekł do mnie:

– I któżby wierzył, że to kobieta utrzymywana pisała ten list! – i wzruszony tym wspomnieniem patrzył przez jakiś czas na pismo listu, który w końcu przycisnął do ust.

– I kiedy pomyślę – ciągnął dalej – że ona umarła, że jej nie widziałem i że jej już nie ujrzę więcej, kiedy pomyślę, że więcej dla mnie niż siostra rodzona zrobiła, nie mogę sobie darować, że pozwoliłem jej tak umrzeć. Umarła, umarła, myśląc o mnie, pisząc i wymawiając me imię, biedna, droga Małgorzata!...

A puszczając wodze myślom i łzom, wyciągnął do mnie ręce i rzekł:

– Uważano by mnie za dziecko, gdyby ktoś ujrzał mnie płaczącego nad taką śmiercią – bo nikt nie wie, co wycierpiała ta kobieta z mojej przyczyny, jak ja byłem okrutny, jak ona była dobrą i zrezygnowaną. Zdawało mi się, że do mnie należy przebaczenie jej, a dziś widzę się niegodnym przebaczenia, jakiego mi ona udziela. O, dałbym z dziesięć lat mego życia, bym mógł jedną godzinę płakać u jej stóp.

Jest rzeczą bardzo trudną pocieszać kogoś w boleści, której się nie zna, a jednak byłem przejęty tak żywą sympatią dla tego młodzieńca, spowiadał mi się ze swych zgryzot z taką otwartością, że sądząc, iż moje słowo nie będzie mu obojętnym, rzekłem:

– Czy nie masz pan rodziców, przyjaciół? Miej pan nadzieję, obacz ich, a oni cię pocieszą, bo co do mnie, mogę tylko żałować pana...

– To prawda – odrzekł, wstając i przechadzając się wielkimi krokami po pokoju – nudzę pana. Daruj, nie pomyślałem o tym, że moja boleść nic pana nie obchodzi i że zajmuję pana rzeczą całkiem obojętną.

– Mylisz