Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 813 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dam ci to wszystko - Dolores Redondo

Mroczny kryminał nagrodzony najważniejszą hiszpańską nagrodą literacką Premio Planeta 2016

Najpopularniejsza powieść w Hiszpanii w 2017 roku

Kiedy Manuel, wzięty pisarz, dowiaduje się, że jego mąż Álvaro zginął w tragicznym wypadku samochodowym, przeżywa szok. Przybywa do Galicji, gdzie umarł Álvaro, i na miejscu odkrywa, że prokurator odrzucił podejrzenie przestępstwa i zamknął śledztwo w tej sprawie. Wkrótce poznaje rodzinę męża – członków dostojnego rodu Muñiz de Dávila, o których istnieniu nie wiedział. Za murami swojej posiadłości traktują go jak intruza.

Manuel jest wstrząśnięty tym, że Álvaro miał przed nim tyle tajemnic i postanawia jak najszybciej opuścić Galicję. Na drodze staje mu Nogueira, emerytowany policjant, któremu intuicja podpowiada, że w sprawę mogą być zamieszani uprzywilejowani członkowie rodziny Álvaro. Dołącza do nich też ksiądz Lucas, który w dzieciństwie przyjaźnił się z Álvarem. Wspólnie próbują odkryć sekrety człowieka, którego – jak myśleli – dobrze znali.

W miejscu przesiąkniętym tradycją i przesądami zbierają kawałki przeszłości Álvaro, które prowadzą do poznania tajemnicy jego podwójnego życia i niespodziewanej śmierci. Jednak sama logika nie wystarczy, aby powiązać wiele niewyjaśnionych zagadek.

__

O autorce

Dolores Redondo – urodziła się w 1969 roku w San Sebastian. Studiowała prawo na Uniwersytecie Deusto w Bilbao oraz gastronomię. Zanim zawodowo zajęła się literaturą, pracowała w kilku restauracjach, a potem otworzyła własny lokal. W 2009 roku wydała swoją debiutancką powieść "Los privilegios del ángel". Cztery lata później ukazał się pierwszy tom trylogii Baztán pt. "Niewidzialny strażnik", a następnie "Świadectwo kości" i "Ofiara dla burzy". Trylogia została przetłumaczona na piętnaście języków, a prawa do ekranizacji zostały sprzedane od razu po opublikowaniu pierwszej części. W 2016 roku ukazała się powieść "Dam ci to wszystko", za którą Redondo otrzymała Premio Planeta; do konkursu zgłosiła się pod pseudonimem Jim Hawkins, a książka nosiła tytuł Słońce Teb. W swoich książkach często zamieszcza elementy z mitologii baskijskiej.

Opinie o ebooku Dam ci to wszystko - Dolores Redondo

Fragment ebooka Dam ci to wszystko - Dolores Redondo

Większość przeciętnych obywateli zawsze się zastanawia, co sobie o nich pomyślą sąsiedzi. Ale włóczęgi i arystokraci – nie! Ich to nie obchodzi, robią to, na co mają ochotę, i nie zawracają sobie głowy tym, co inni sądzą na ich temat. Nie mam tu na myśli bogaczy-próżniaków, ludzi, którzy wydają tylko wielkie przyjęcia i tak dalej. Myślę o tych, którzy od pokoleń wychowywani są w przeświadczeniu, że liczy się jedynie ich zdanie*.

– Agatha Christie

Tajemnica rezydencji Chimneys

Praktycznie każdy z mieszkańców domu mógł to zrobić**.

– Agatha Christie

Dom przestępców

Michael Corleone przedsięwziął środki ostrożności na każdą ewentualność. Jego planowanie było bezbłędne, zabezpieczenie nienaganne. Był cierpliwy, miał nadzieję, że wykorzysta cały rok na przygotowania. Jednakże nie miał uzyskać potrzebnego mu roku, ponieważ los obrócił się przeciwko niemu i to w sposób najbardziej niespodziewany. Ojciec Chrzestny, sam wielki don, zawiódł Michaela Corleone***.

– Mario Puzo

Ojciec chrzestny

Obok ciebie będą mieszkać i będą do ciebie mówić, jak wtedy, gdy jesteś ze mną.

– Isolina Carrillo

Dwie gardenie

* W przekładzie Urszuli Gutowskiej.

** W przekładzie Anny Polak.

*** W przekładzie Bronisława Zielińskiego.

Dla Eduarda, na zawsze.

Mojemu ojcu, Galisyjczykowi pod każdym względem.

Mojej matce oraz miłości obojga wbrew woli rodziny,

która umocniła we mnie dumę z moich bliskich

i wiarę w niezwyciężoną miłość.

KOŁO RATUNKOWE

Stukanie do drzwi zabrzmiało autorytarnie. Osiem pewnych, szybkich uderzeń kogoś, kto oczekuje, że zostanie sprawnie obsłużony. Żądanie, którego nie sposób pomylić z pukaniem zaproszonego gościa, robotnika albo dostawcy. Później pomyślał, że właściwie zabrzmiało to w taki sposób, w jaki spodziewałby się, że puka policja.

Przez kilka sekund obserwował w zamyśleniu migoczący kursor na końcu ostatniego zdania. Poranek miał bardzo produktywny, lepszy niż w ciągu ostatnich trzech tygodni, ponieważ – choć nie cierpiał się do tego przyznawać – pisało mu się łatwiej, kiedy był w domu sam, kiedy pracował bez wyznaczonych godzin, uwolniony od standardowych przerw na obiad albo kolację, i po prostu dawał się ponieść. Na tym etapie pisania zawsze było tak samo, powieść Słońce Teb ukończyłby za dwa tygodnie, a może wcześniej, jeśli wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem. I do tego czasu ta historia byłaby jedyną rzeczą w jego życiu, jego obsesją, tym, co zajmowałoby go dniem i nocą, jedynym, o czym by myślał. Doświadczał tego przy każdej powieści: pobudzające, a jednocześnie niszczące uczucie, jakby składał się w ofierze, co uwielbiał i co go w równym stopniu przerażało. Prywatny rytuał, o którym wiedział, że w ciągu tych dni nie stanie się jego najlepszym towarzyszem. Podniósł wzrok, aby rzucić szybkie spojrzenie na korytarz oddzielający salon, gdzie pisał, od drzwi wejściowych, po czym znowu popatrzył na kursor, który wyglądał, jakby pulsował, naładowany już słowami do wystukania. Pomieszczeniem zawładnęła fałszywa cisza, tworząc na chwilę złudną nadzieję, że niespodziewany gość się poddał. Ale tak się nie stało, po drugiej stronie drzwi wyczuwał obecność jego milczącej, władczej energii. Ponownie spojrzał na kursor i przysunął dłonie do klawiatury, zdecydowany, by dokończyć zdanie. W ciągu następnych kilku sekund rozważał nawet możliwość, by nie zwracać uwagi na stukanie, które na nowo uparcie rozbrzmiało w małym przedpokoju.

Zirytowany nie tyle przerwą w pisaniu, ile nieuprzejmym pukaniem, ruszył w stronę wejścia i otworzył drzwi, ze złością odsuwając zasuwę i bełkocząc przekleństwa pod adresem dozorcy, któremu już nieraz zwracał uwagę, że nie lubi, kiedy ktoś przeszkadza mu w pracy.

Dwoje funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej w mundurach, mężczyzna i kobieta, cofnęło się o krok, gdy otworzył drzwi.

– Dzień dobry. Czy to jest miejsce zamieszkania Álvara Muñiza de Dávili? – zapytał mężczyzna, zerknąwszy ukradkiem na małą kartkę, która po chwili zniknęła w jego dłoni.

– Tak – odpowiedział Manuel, natychmiast zapominając o swojej złości.

– Pan jest krewnym?

– Jestem jego mężem.

Funkcjonariusz rzucił koleżance szybkie spojrzenie, co nie umknęło uwadze Manuela, ale jego wrodzona paranoja osiągnęła już w tym momencie wystarczająco wysoki poziom, by mógł zignorować ten gest.

– Coś mu się stało?

– Podporucznik Castro, a to moja koleżanka, sierżantka Acosta. Czy możemy wejść? Lepiej, żebyśmy porozmawiali w środku.

Był pisarzem, mógł rozwinąć tę scenę w głowie bez większego wysiłku: dwoje gwardzistów w mundurach proszących go o wejście do jego mieszkania, aby z nim porozmawiać, nie mogło przynosić dobrych wieści.

Manuel skinął głową i odsunął się na bok. W swoich zielonych uniformach i wojskowych butach mężczyzna i kobieta wyglądali w wąskim przedpokoju na ogromnych. Podeszwy zatrzeszczały na lakierze ciemnego parkietu, jakby były pijanymi marynarzami próbującymi utrzymać równowagę na pokładzie zbyt małego statku. Korytarzem poprowadził ich do salonu, gdzie znajdował się stół, przy którym pracował, ale zamiast skierować gości na kanapę, gwałtownie przystanął, odwrócił się, prawie się z nimi zderzając, i z uporem powtórzył:

– Coś mu się stało?

To nie było pytanie. W jakimś momencie, gdzieś między drzwiami frontowymi a salonem, przestało nim być, żeby stać się niemal błaganiem, nachalną mantrą, którą jego umysł zawzięcie powtarzał: „Proszę, nie. Proszę, nie. Proszę, nie”. Robił to, chociaż doskonale wiedział, że błaganie nic tu nie pomoże. Podobnie jak wtedy, gdy rak pożarł jego siostrę zaledwie w dziewięć miesięcy. Wycieńczona i w gorączce, ale zdeterminowana jak zawsze, żeby podtrzymywać go na duchu, pocieszać go i o niego dbać, żartowała z uwięzioną przez śmierć i zanurzoną w miękkości poduszki twarzą. „Odejście ze świata zajmie mi tyle samo czasu, ile zajęło przyjście”. Nieustannie prosił z pokorą jakąś wyższą i bezużyteczną siłę, której recytował swoją błagalną formułkę, podczas gdy szedł, powłócząc nogami niczym uniżony sługa, do tamtego małego i ciepłego gabinetu, gdzie lekarz powiedział mu, że jego siostra nie przeżyje najbliższej nocy. Nie, to nie pomogło, chociaż zdecydowany, by stawić temu opór, złączył dłonie w niemej prośbie, wysłuchując nieuniknionego wyroku, od którego nie spodziewał się odwołania.

Podporucznik zatrzymał się, podziwiając wspaniałą bibliotekę zajmującą całe dwie ściany salonu, rzucił okiem na stół, przy którym pracował Manuel, a potem znów przeniósł wzrok na niego.

– Chyba powinien pan usiąść – powiedział funkcjonariusz, wskazując na kanapę.

– Nie chcę siadać, proszę mi wreszcie powiedzieć – nalegał, uświadamiając sobie, że jego słowa zabrzmiały trochę szorstko. Potem, aby złagodzić ton, westchnął i dodał: – Proszę…

Funkcjonariusz zawahał się zakłopotany, spojrzał na jakiś punkt nad ramieniem Manuela i zanim otworzył usta, zagryzł górną wargę.

– Chodzi o… pańskiego…

– Chodzi o pańskiego męża – przerwała kobieta, przejmując kontrolę nad sytuacją i kątem oka dostrzegając u swojego kolegi słabo skrywaną ulgę. – Przykro nam, ale mamy złe wieści. Musimy przekazać panu informację, że dzisiaj w nocy pan Álvaro Muñiz de Dávila miał poważny wypadek samochodowy. Kiedy przyjechała karetka, już nie żył. Bardzo mi przykro, proszę pana.

Twarz sierżantki miała idealnie owalny kształt, podkreślony sposobem, w jaki kobieta się czesała, zbierając włosy w kok, z którego wymykały się pojedyncze kosmyki. Usłyszał to wyraźnie, Álvaro zmarł, jednak przez kilka sekund myślał zaskoczony o spokojnym pięknie tej kobiety, pięknie tak absolutnym, że był gotowy zwerbalizować to zadziwiające spostrzeżenie, które przejęło jego umysł. Była bardzo ładna, choć sprawiała wrażenie, jakby nie miała świadomości cudownej symetrii swoich rysów twarzy, co czyniło ją jeszcze piękniejszą. Powtórnie pomyśli o tym później, będąc pod wrażeniem tego, jak jego mózg znalazł wyjście ewakuacyjne, starając się ratować rozsądek. O sekundach, które spędził na podziwianiu doskonałych rysów kobiecej twarzy, co – chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedział – stanowiło pierwsze koło ratunkowe, jakiego się chwycił. Była to jedynie chwila, wspaniała, lecz niewystarczająca, żeby powstrzymać lawinę pytań wzbierającą już w jego umyśle. A jednak powiedział tylko:

– Álvaro?

Sierżantka wzięła go pod ramię (później pomyśli, że zrobiła to tak samo, jak chwyta się zatrzymanych) i jako że nie stawiał oporu, zaprowadziła go na kanapę, pchnęła delikatnie jego ramię, a kiedy już siedział, spoczęła obok niego.

– Do wypadku doszło w nocy. Samochód najwyraźniej wypadł z drogi na prostym odcinku o dosyć dobrej widoczności. Nie wydaje się, by w zdarzeniu brał udział inny pojazd, według kolegów z Monforte, którzy przekazali nam informację, wszystko wskazuje na to, że zasnął za kierownicą.

Słuchał jej uważnie, starając się wyłapać szczegóły wyjaśnień i usiłując nie ulegać chórowi głosów, który coraz dosadniej krzyczał w jego głowie: „Álvaro nie żyje. Álvaro nie żyje. Álvaro nie żyje”.

Piękna twarz kobiety przestała mu wystarczać. Kątem oka widział podporucznika zajętego oglądaniem rzeczy znajdujących się na stole, przy którym pracował. Kubek z resztką kawy i łyżeczką w środku, zaproszenie na galę wręczenia prestiżowej nagrody literackiej używane jako podstawka, telefon komórkowy, przez który kilka godzin wcześniej rozmawiał z Álvarem, oraz kursor migoczący tęsknie na końcu ostatniej linijki, napisanej tego poranka, o którym myślał – biedny głupiec – że jest taki produktywny. I wtedy stwierdził, że to już nieważne, nic nie było ważne, jeśli Álvaro zmarł, a musiało tak być, ponieważ powiedziała mu to sierżantka i wyśpiewał grecki chór, który ulokował się w jego głowie, nie przestając tego powtarzać ogłuszającym crescendo. Wtedy pojawiło się drugie koło ratunkowe.

– Powiedziała pani „Monforte”? Ale to jest w…

– Monforte w prowincji Lugo. Tam właśnie mieści się kwatera, z której do nas zadzwoniono, chociaż do wypadku tak naprawdę doszło na terenie małej gminy w pobliżu miejscowości Chantada.

– To nie jest Álvaro. – Stanowczość jego stwierdzenia przyciągnęła uwagę podporucznika, który straciwszy zainteresowanie przedmiotami leżącymi na stole, odwrócił się zdezorientowany w jego stronę.

– Jak to?

– To nie może być Álvaro, mój mąż pojechał przedwczoraj po południu do Barcelony na spotkanie z klientem. Zajmuje się marketingiem biznesowym. Tygodniami pracował nad projektem dla pewnej katalońskiej grupy hotelowej, zaplanowali kilka działań promocyjnych, a dzisiaj wcześnie rano miał umówione spotkanie, żeby dokonać prezentacji, więc to niemożliwe, by był w Lugo, to na pewno jakieś nieporozumienie. Rozmawiałem z nim późnym wieczorem, dzisiaj się jeszcze nie słyszeliśmy, ale to dlatego, że, jak mówiłem, rano miał spotkanie, a ja nie wstaję zbyt wcześnie. Zaraz do niego zadzwonię.

Wstał i przeszedł obok podporucznika, ignorując ciężki jak ołów ładunek pobłażliwości w spojrzeniach, które wymienili funkcjonariusze. Kiedy znalazł się przy stole, niezdarnie przebiegł rękoma między leżącymi na nim przedmiotami, sprawiając, że łyżeczka zadzwoniła o brzeg kubka, w którym resztka kawy nakreśliła już wyraźne kółko. Wziął telefon. Nacisnął kilka klawiszy i przyłożył komórkę do ucha, nie spuszczając wzroku z sierżantki obserwującej go z przygnębionym wyrazem twarzy. Manuel czekał, aż dźwięk połączenia się urwał.

– Musi być na spotkaniu, dlatego nie odbiera… – starał się wyjaśnić.

Sierżantka wstała.

– Ma pan na imię Manuel, prawda?

Pokiwał głową, jakby przyjmował najgorszą wiadomość.

– Manuelu, proszę podejść i usiąść obok mnie.

Wrócił na kanapę, wciąż trzymając w ręku telefon, i zrobił to, o co go prosiła.

– Manuelu, ja też jestem zamężna – powiedziała, kierując wzrok na niemal matowe już złoto swojej ślubnej obrączki – i wiem z doświadczenia, a przede wszystkim z mojej pracy, że nigdy nie mamy absolutnej pewności, co robi nasz partner. Trzeba nauczyć się z tym żyć, bez torturowania się co chwilę wątpliwościami. Na pewno jest jakaś przyczyna, dla której pański mąż tam był i panu o tym nie powiedział. My jesteśmy przekonani, że to on. Jeżeli nikt nie odebrał telefonu, to dlatego, że mają go koledzy z Monforte. Ciało pańskiego męża przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej przy szpitalu w Lugo, a oprócz tego mamy pozytywną identyfikację krewnego. Bez wątpienia chodzi o czterdziestoczteroletniego Álvara Muñiza de Dávilę.

Zaprzeczał ruchem głowy każdemu argumentowi sierżantki Acosty, a nieporozumienie w sprawie Álvara zrzucał na wygasły blask obrączki, która obligowała tę kobietę do wygłaszania prawd absolutnych na temat relacji w związkach. Minęło zaledwie kilka godzin od jego ostatniej rozmowy z mężem i Álvaro był wtedy w Barcelonie, nie w Lugo. Co on, do diabła, robiłby w Lugo? Manuel znał własnego męża i miał pewność, że ten nie był na żadnej przeklętej drodze w Lugo. Nienawidził tych prawd absolutnych o związkach, właściwie nienawidził prawd absolutnych na temat wszystkich spraw i zaczynał nienawidzić tej przemądrzałej sierżantki.

– Álvaro nie ma rodziny – zaprotestował.

– Manuelu…

– No dobrze, przypuszczam, że ma, jak każdy, ale nie utrzymywał z nią żadnego kontaktu, zero jakichkolwiek relacji. Było tak już na długo przed tym, jak się poznaliśmy, odkąd Álvaro w bardzo młodym wieku się uniezależnił. Są państwo w błędzie.

– Manuelu, pańskie nazwisko i numer telefonu znajdowały się przy skrócie „Aa” w komórce pana męża – wyjaśniła spokojnie kobieta.

– Skrót „Aa”… – wymamrotał.

Pamiętał, wprowadzili to kilka lat temu. Skrót „Aa”, od „Avisar a”, czyli „Zawiadomić” – zalecenie wydane przez Generalną Dyrekcję Ruchu Drogowego, żeby wybrać osobę, z którą należy się skontaktować w razie wypadku. Nacisnął przycisk kontaktów w swoim telefonie i zobaczył własne „Aa” – Álvaro. Przez kilka sekund patrzył na każdą z liter składających się na to imię, podczas gdy wzrok zachodził mu mgłą z powodu ciężaru łez, które cisnęły się do jego oczu. Wtedy dostrzegł kolejne koło ratunkowe.

– Ale nikt do mnie nie zadzwonił… Powinni zadzwonić, prawda?

Podporucznik niemal wyglądał na zadowolonego, że może zabrać głos.

– Jeszcze kilka lat temu tak robiono, wskazaną osobę powiadamiano przez telefon, a jeśli nie było nikogo takiego, dzwoniono pod numer oznaczony jako „dom” albo „rodzice” i przekazywano wiadomość… Było to jednak bardzo traumatyczne i takie telefony często wywoływały ataki serca, wypadki albo… niepożądane reakcje. Staraliśmy się to poprawić. Teraz protokół wymaga pozytywnej identyfikacji. Powiadamia się kwaterę najbliższą miejscu zamieszkania zmarłego i zawsze udaje się tam dwóch funkcjonariuszy, z których jeden jest wysokim rangą oficerem, jak w tym przypadku. Przekazujemy wtedy wiadomość o śmierci osobiście albo prosimy krewnego, by poszedł z nami i dokonał identyfikacji.

A więc cały ten cyrk z „proszę usiąść” i „proszę zachować spokój” miał tylko jeden cel: był to ustanowiony protokół, aby przekazać najgorszą wiadomość na świecie. Protokół, który znało tylko dwoje z obecnej tutaj trójki i od którego – teraz to wiedział – nie było żadnego odwołania.

Przez kilka sekund siedzieli w milczeniu i bezruchu, aż podporucznik wykonał w stronę kobiety ponaglający gest.

– Może chciałby pan zadzwonić do jakiegoś krewnego albo przyjaciela, żeby dotrzymał panu towarzystwa… – zasugerowała funkcjonariuszka.

Manuel popatrzył na nią w otępieniu. Jej słowa ledwie do niego docierały, jakby mówiła z innego wymiaru albo będąc pod wodą.

– Co mam teraz zrobić? – zapytał.

– Tak jak mówiłam, ciało znajduje się w Zakładzie Medycyny Sądowej przy szpitalu w Lugo. Tam panu powiedzą, co należy dalej zrobić, i oddadzą ciało, żeby mógł je pan pochować.

Z udawanym hartem ducha wstał i skierował się w stronę drzwi, zmuszając funkcjonariuszy, by za nim poszli, po czym obiecał, że od razu po ich wyjściu zadzwoni do swojej siostry. Mając świadomość tego, że jeśli chce się ich pozbyć, musi zachować spokój, uścisnął im dłonie i poczuł, że mierzą go wzrokiem, co nie pasowało do uprzejmych gestów, jakimi się żegnali. Podziękował raz jeszcze i zamknął drzwi.

Zaczekał kilka sekund, opierając się o ciepłe drewno, pewny, że oni też nasłuchują z drugiej strony. Z tego miejsca, w którym prawdopodobnie nigdy nie przystanął wystarczająco długo, obserwował, jak mały korytarz otwiera się na salon niczym bukiet ze ściśniętymi łodygami. Mieszkanie, które dzielił z Álvarem od piętnastu lat, widziane z perspektywy tego ignorowanego obserwatorium ich domu wydawało mu się ogromne. Wpadające przez okno promienie słońca zacierały kanty mebli, stapiając ich biel, a w końcu całkowicie je rozpuszczając razem ze ścianami i sufitem. Teraz to ukochane, znajome miejsce przestało być jego domem i zamieniło się w ocean lodowatego słońca, w piekielną islandzką noc, sprawiając, że znów poczuł się sierotą, jak tamtej nocy w szpitalu.

„Zadzwonić do siostry”. Na myśl o tym gorzko się uśmiechnął. Gdyby tylko mógł. Poczuł, że przygnębienie przebiega mu po tułowiu niczym gorące, niepożądane zwierzę, które próbuje usiąść na jego brzuchu, a oczy napełniły mu się łzami, gdy zdał sobie sprawę, że jedyne dwie osoby, do których chciałby zadzwonić, nie żyją.

Powstrzymawszy płacz, wrócił do salonu, usiadł w tym samym miejscu, które zajmował wcześniej, i wziął ze stołu telefon. Kiedy aktywował ekran, wyświetliło się imię Álvara. Popatrzył na nie przez kilka chwil, westchnął i poszukał na liście kogoś innego.

Słodki kobiecy głos Mei odezwał się po drugiej stronie. Mei Liu od ponad dziesięciu lat była sekretarką Álvara.

– Ach, cześć, Manuelu, jak się masz? Jak ci idzie pisanie powieści? Już nie mogę się jej doczekać. Álvaro mówił, że będzie niesamowita…

– Mei – przerwał jej – gdzie jest Álvaro?

Po drugiej stronie linii na kilka sekund zapadła cisza i wtedy Manuel już wiedział, że ta kobieta go okłamie. Miał nawet jeden z tych błysków jasnowidzenia, w których człowiek przez sekundę potrafi zobaczyć intrygi napędzające świat, litościwie pozostające przed nami w ukryciu niemal przez całe życie.

– Álvaro? Przecież… jest w Barcelonie.

– Nie kłam, Mei – poprosił szorstko, chociaż prawie szeptał.

Cisza utwierdziła go w tym, że Mei była zaniepokojona i wykorzystywała pauzę, aby rozpaczliwie poszukać wymówki, która dałaby jej jeszcze kilka sekund na zastanowienie się.

– Nie kłamię, Manuelu… Dlaczego miałabym to robić? – Jej głos był teraz ostrzejszy, jakby chciała się rozpłakać. Usprawiedliwienia, pytania… Wszelkie możliwe wymówki, żeby uniknąć bezpośredniej odpowiedzi. – Jest… Jest w Barcelonie, na spotkaniu z szefami tej katalońskiej grupy hotelowej.

Manuel ścisnął telefon, aż zbielały mu kostki, zamknął oczy i z wielkim wysiłkiem powstrzymał się od rzucenia nim o podłogę, od zniszczenia go, rozbicia na tysiąc kawałków, żeby uciszyć kłamstwa, które docierały do niego z drugiej strony. W końcu przemówił, starając się kontrolować ton głosu na tyle, by nie zacząć krzyczeć.

– Dwoje funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej właśnie wyszło z mojego domu. Powiedzieli, że Álvara nie było w Barcelonie, że wczoraj w nocy zginął w wypadku samochodowym i teraz leży w kostnicy w Lugo… Więc, do diabła, powiedz mi w końcu prawdę, bo to niemożliwe, żebyś nie wiedziała, dokąd on pojechał. – Przeciągał sylaby każdego słowa, wypowiadając je szeptem, aby powstrzymać gniew.

Głos kobiety się załamał i zamienił w szloch, ledwie pozwalając mu odróżnić słowa.

– Przykro mi, Manuelu, przykro mi.

Rozłączył się, a Mei, która mogła być jego trzecim kołem ratunkowym, już nigdy nim nie została.

ISLANDZKIE SŁOŃCE

Poczekalnia pachniała smutkiem. Dwa rzędy plastikowych krzeseł naprzeciwko siebie ledwie zostawiały miejsce w ciasnej przestrzeni, w której oddechy i posępne nastroje unosiły się na cuchnącym obłoku pary zacieniającym cierpiące twarze czekających. Skonsternowany, wyszedł z powrotem na korytarz, a portier, który zza lady wodził za nim wzrokiem, pokazał mu, że właśnie tam ma czekać. Zrezygnował z pokonania wąskiego przejścia aż do ostatniego wolnego krzesła, gdyż to oznaczałoby przeciskanie się między kolanami i stopami czekających oraz wyszeptywanie całej litanii „przepraszam”, by móc przejść pośród tylu kończyn. Wolał postać, a żeby nie być w centrum uwagi, oparł się o ścianę wystarczająco blisko wyjścia. Zapewnił tym sobie porcję nadającego się do oddychania powietrza, płacąc jednak cenę w postaci ciągłej kontroli surowego portiera.

Niczym przedłużenie tego pomieszczenia Lugo powitało go mętnym jak chlorowana woda niebem. Zimne przyjęcie, któremu towarzyszyło zaledwie dwadzieścia stopni, w porównaniu ze skwarem i oślepiającym słońcem pierwszych wrześniowych dni w Madrycie wydawało mu się wręcz zainscenizowane, jak środek literacki, który ma wprowadzić ciężką i przygnębiającą atmosferę.

Lugo nie miało lotniska. Rozważał przylot do Santiago de Compostela, najbliższego portu lotniczego, a potem wynajęcie samochodu, żeby tu dojechać, lecz to, co w nim tkwiło, to, czego jeszcze nie potrafił nazwać, nie mogło czekać dwóch godzin do najbliższego lotu i nie zmieściłoby się w kabinie.

Najtrudniej było otworzyć szafę i zza garniturów ich obu wyciągnąć małą podróżną torbę, do której szybko wrzucił niezbędne rzeczy – a przynajmniej tak sądził. Później przekonał się, że w pośpiechu zabrał cztery bezużyteczne ubrania, zapominając prawie o wszystkim, co było potrzebne. Poczucie, że uciekał, wzrosło jeszcze bardziej, kiedy prześledził w myślach ostatnie minuty spędzone w domu. Szybkie sprawdzenie lotów z Madrytu, pospieszne spakowanie torby i odrzucenie możliwości, by spojrzeć na ich wspólne zdjęcie, które stało na komodzie, a którego teraz nie mógł wyrzucić z myśli. Zrobił je ich znajomy, kiedy byli na rybach poprzedniego lata. Roztargniony Manuel patrzył na srebrzystą powierzchnię morza, a Álvaro – młodszy, szczuplejszy, z blond włosami rozjaśnionymi słońcem – spoglądał na niego i częstował go tym swoim tajemniczym uśmiechem. Álvaro oprawił zdjęcie, ale Manuelowi nigdy się ono nie podobało. Patrząc na tę fotografię, odnosił wrażenie, że jest jak zawsze zbyt roztargniony, że utracił piękny i pełen znaczenia moment, którego już nigdy nie odzyska. Ta krótka chwila uchwycona przez aparat potwierdzała jego przypuszczenia, że nigdy nie był całkowicie obecny we własnym życiu, a teraz brzmiało to niemal jak wyrok.

Marazm panujący w poczekalni skojarzył mu się z gwałtownym wyhamowaniem wobec pośpiechu, z jakim wyjechał na drogę, jakby minuta w tę czy w tamtą miała zmienić to, że Álvaro nie żyje. Przeszedł mieszkanie jak we śnie, zatrzymując wzrok w każdym pokoju i szybko uzmysławiając sobie obecność rzeczy Álvara, które w pewnym sensie były nim samym – jego książki o fotografii, jego zeszyty do rysowania leżące na stole, wiszący na oparciu krzesła stary sweter, który wkładał, kiedy przebywał w domu, i nie zgadzał się, by go wyrzucić, chociaż był już wyblakły i zmechacony na rękawach. Przypatrywał się wszystkim rzeczom, niemal zdziwiony, że nadal tu są, skoro Álvara już nie ma; jakby było oczywiste, że jeśli jego zabrakło, to one powinny wyparować. Szybko rzucił okiem na własny stół, odruchowo chwytając portfel, telefon i ładowarkę. Być może najbardziej zaskakująca była pewność, że nie zapisał Słońca Teb i pracy tego poranka (który uważał za tak produktywny). Następnie czekał go wstrętny obowiązek wprowadzenia nazwy tego feralnego miasta do nawigacji samochodowej. Prawie pięćset kilometrów przejechanych w ciszy w zaledwie cztery i pół godziny, przerywanych tylko przez uporczywe telefony od Mei, na które nie odpowiadał. Nie był nawet pewien, czy zgasił wszystkie światła.

Zaniepokojony, usłyszał płacz jakiegoś mężczyzny. Ukrywał twarz w szyi kobiety, która musiała być jego żoną, i szeptał niezrozumiałe dla niego słowa. Manuel obserwował niemrawy sposób, w jaki kobieta głaskała go po karku, oraz spojrzenia części osób w sali, które oddychały głęboko z zaciśniętymi ustami i sapały jak dzieci walczące z bólem.

On nie płakał; nie wiedział, czy to normalne, czy nie. Był taki moment – tuż po wyjściu funkcjonariuszy, gdy widział, jak przed jego przestraszonymi oczami zacierają się linie wyznaczające granice mieszkania – kiedy już chciał to zrobić. Ale żeby płakać, potrzeba ciepła, a przynajmniej jakiejś namiętności, tymczasem arktyczny chłód, który zalał wszystko wokół, częściowo zamroził mu serce. Chciałby, żeby zrobił to całkowicie, żeby lodowaty duch, który nawiedził jego dom, był w stanie przerwać włókna niepotrzebnego mięśnia pulsującego w jego klatce piersiowej. Zamiast tego zamienił krążenie krwi w chemiczny letarg, spod którego Manuel potrafił jeszcze usłyszeć powolne rzężenie, w jakie zamieniło się bicie jego serca; żałosny kawałek życia pełen małostkowości, wypełniony bardziej wątpliwościami niż pewnością.

Przy ladzie czekało dwóch mężczyzn w garniturach o nieskazitelnym kroju. Obserwował, jak jeden z nich odsunął się kilka kroków, a drugi mówił coś tak cichym głosem, że portier musiał się ku niemu nachylić, aby móc usłyszeć. Przytaknął i nie kryjąc się ze swoim zainteresowaniem, wskazał na poczekalnię.

Mężczyźni zamienili ze sobą kilka słów i obaj skierowali się do poczekalni.

– Manuel Ortigosa?

Uprzejmy ton i drogie garnitury zwróciły uwagę wszystkich obecnych. Skinął głową, myśląc, że są zbyt dobrze ubrani, by być lekarzami albo policjantami.

Mężczyzna, który pytał, podał mu rękę.

– Jestem Eugenio Doval, a to pan Adolfo Griñán – powiedział.

Ten drugi też podał mu rękę i zapytał:

– Czy możemy chwilę porozmawiać?

To, że mężczyźni się przedstawili, niczego mu nie rozjaśniło. Potwierdziło jedynie, że tak jak podejrzewał, nie są lekarzami. Manuel wykonał gest w stronę sali i innych czekających, zapraszając ich do wejścia.

Nie zwracając uwagi na zuchwałe spojrzenia, Griñán podniósł wzrok nad obłok pary i zatrzymał go na żółtej plamie z ciemnymi brzegami, która zajmowała znaczną część sufitu.

– Na Boga! Nie tutaj. Ubolewamy, że nie zjawiliśmy się wcześniej i że musiał pan sam przechodzić przez te trudne chwile. Czy ktoś z panem przyjechał? – zapytał, chociaż po pierwszym rzucie oka na jego posępne towarzystwo z pewnością uznał, że nie.

Manuel pokręcił głową.

Griñán znów objął wzrokiem plamę na suficie.

– Wyjdźmy.

– Ale powiedzieli mi, że mam tutaj zaczekać… – zaoponował Manuel.

– Proszę się tym nie przejmować. Zostaniemy w pobliżu i może zdołamy poinformować pana o pewnych sprawach, o których powinien pan wiedzieć – powiedział uspokajająco Doval.

Obietnica uzyskania odpowiedzi zwyciężyła jego niechęć, więc wyszedł za nimi, czując ślizgające się na swoich plecach wilgotne spojrzenia czekających i zastanawiając się, kim, do diabła, są ci mężczyźni. Jakby za sprawą milczącego porozumienia szli w ciszy, przechodząc od portiera, który nie spuszczał ich z oka, aż do końca korytarza, gdzie stał automat z napojami gazowanymi i drugi z kawą. Doval wskazał na urządzenia.

– Chce się pan czegoś napić?

Manuel zaprzeczył ruchem głowy i odwrócił się niespokojnie w stronę poczekalni.

Griñán stanął przed nim.

– Jestem notariuszem, zajmowałem się sprawami pańskiego męża, a poza tym jestem wykonawcą testamentu don Álvara. – Spojrzał na Manuela poważnym wzrokiem, jakby właśnie wyrecytował swoje zasługi wojenne.

Manuel był zdezorientowany. Przez kilka sekund badał wzrokiem mężczyznę, który nadal patrzył na niego niewzruszony. Potem spojrzał na Dovala, spodziewając się znaleźć u niego jakąś odpowiedź albo chociaż oznakę kpiny, która ujawniłaby, że padł ofiarą żartu.

– Wiem, że to wszystko jest dla pana zaskoczeniem – przyznał Griñán. – Jako osoba odpowiedzialna za zarządzanie spadkiem don Álvara jestem na bieżąco w kwestii waszego związku.

– Co to znaczy? – zapytał podejrzliwie.

Notariusz cierpliwie przyjął jego nieufność.

– Wiem, że byli panowie małżeństwem od wielu lat i że wcześniej długo ze sobą mieszkali. Usiłuję powiedzieć, że wiem o wszystkich waszych sprawach, a to, co teraz muszę panu wyjaśnić, będzie dla pana nowe.

Manuel westchnął i w geście obronnym skrzyżował ręce na torsie. To zdecydowanie nie był jego najlepszy dzień. Odrobinę opanowania, jaka została mu po otrzymaniu wiadomości o śmierci Álvara, stracił podczas rozmowy z Mei, ale był gotowy na zawieszenie broni z każdym, kto mógłby rzucić światło na powód, dla którego jego mąż leżał martwy na metalowym stole w kostnicy z dala od świata. Odwrócił się na chwilę, żeby spojrzeć w stronę lady, na portiera, który wciąż obserwował ich z daleka, i ponownie skierował wzrok na obu mężczyzn.

– Może mi pan powiedzieć, co Álvaro tutaj robił? Co robił w nocy na tej drodze? Odpowie pan?

Griñán spojrzał szybko na Dovala, który z poważnym wyrazem twarzy zrobił ku niemu krok.

– Powód, dla którego Álvaro tutaj był, jest taki, że to miejsce jego urodzenia i tu znajduje się jego rodzinny dom. Nie wiem, dokąd jechał, kiedy miał wypadek, ale jak zapewne poinformowała pana Gwardia Cywilna, nie wydaje się, żeby był w to zaangażowany inny pojazd. Wszystko wskazuje na to, że Álvaro zasnął za kierownicą. To smutne – czterdzieści cztery lata, całe życie przed sobą. Był czarującym chłopcem i ogromnie go ceniłem.

Jak przez mgłę Manuel przypomniał sobie, że widział w dowodzie osobistym Álvara jego miejsce urodzenia. Miejsce, z którym nigdy nie łączyły go żadne więzi. Nie pamiętał, by jego mąż kiedykolwiek wymówił tę nazwę. Ale dlaczego miałby to robić? Kiedy się poznali, Álvaro dał mu jasno do zrozumienia, że jego rodzina nie akceptuje tego, iż jest homoseksualistą, i – jak wielu mu podobnych – przeprowadził się do Madrytu, by zacząć żyć własnym życiem, zrywając wszelkie związki z przeszłością.

– Ale miał być w Barcelonie. Co tutaj robił? O ile mi wiadomo, od lat nie utrzymywał kontaktu z rodziną.

– O ile panu wiadomo… – wymamrotał Griñán.

– Co to ma znaczyć? – zapytał urażony pisarz.

– Proszę posłuchać, Manuelu. Czy mogę się do pana zwracać po imieniu? Zawsze radzę moim klientom, żeby byli szczerzy, zwłaszcza ze swoimi mężami i żonami. Koniec końców to z nimi dzielą życie i to oni muszą radzić sobie z cierpieniem po ich śmierci. W przypadku Álvara nie było inaczej, ale kim ja jestem, żeby oceniać powody, dla których tak postąpił? Godzę się z faktem, że bycie posłańcem informacji, którą panu przynoszę, nie zapewni mi pańskiej sympatii, ale to jest moja praca, zobowiązałem się wobec Álvara i wypełnię to zadanie do końca. – Zrobił dramatyczną pauzę i kontynuował: – Álvaro Muñiz de Dávila był markizem Santo Tomé od trzech lat, czyli od kiedy zmarł jego ojciec, poprzedni markiz. Jest to jeden z najstarszych tytułów w Galicii. Pazo[1] jego rodziny jest oddalone o kilka kilometrów od miejsca, w którym doszło do wypadku, i chociaż tym razem nie wiedziałem, że tu jest, to mogę pana zapewnić, że często nas odwiedzał, żeby zajmować się swoimi obowiązkami.

Manuel, który w osłupieniu słuchał każdego słowa, nie mógł się powstrzymać przed przybraniem drwiącej miny, kiedy powiedział:

– Pan sobie ze mnie żartuje.

– Zapewniam, że każde moje słowo jest prawdziwe, i przedstawię panu dowody na wszystko, w co pan powątpiewa.

Manuel odwrócił się nerwowo, spojrzał na portiera, a potem znowu na Griñána.

– A więc mówi pan, że mój mąż był arystokratą. Jak pan powiedział, markizem? Z posiadłościami, rezydencjami i rodziną, o której ja nic nie wiem. Brakuje jeszcze, abym się dowiedział, że miał żonę i dzieci – stwierdził ironicznie.

Oburzony mężczyzna podniósł ręce.

– Nie, na miłość boską! Jak panu powiedziałem, Manuelu, Álvaro odziedziczył tytuł po swoim ojcu, kiedy ten zmarł trzy lata temu. I wtedy go poznałem, czyli gdy zaczął się zajmować rodzinnymi interesami. Musi pan zrozumieć, że tytuł szlachecki jest zobowiązaniem, które powinno być przyjęte. I Álvaro tak zrobił.

Brwi Manuela były zmarszczone. Wyczuł to, kiedy lodowatymi palcami dotknął środka czoła, chcąc złagodzić ból głowy, który zaczynał nękać go za oczami i rozlewał się na całą czaszkę jak gorąca lawa.

– Funkcjonariusze Gwardii Cywilnej powiedzieli mi, że krewny rozpoznał ciało.

– Tak, jego brat Santiago, środkowy z trójki rodzeństwa. Álvaro był najstarszy. Francisco, najmłodszy, zmarł niedługo po ojcu; popadł w depresję i najwyraźniej miał problemy z narkotykami, przedawkował. Zły los mocno dotknął tę rodzinę w ostatnich latach. Matka jeszcze żyje, chociaż jest bardzo słaba.

Ból głowy przybierał na sile.

– Niewiarygodne… Jak to możliwe, że tyle czasu wszystko przede mną ukrywał? – wymamrotał, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

Doval i Griñán popatrzyli na siebie zasmuceni.

– Nie mogę panu pomóc, nie wiem, dlaczego Álvaro postąpił w taki sposób. Ale zostawił jasne wytyczne odnośnie do tego, co należy zrobić, gdyby umarł, jak się niestety stało.

– Co to oznacza? Insynuuje pan, że Álvaro przypuszczał, że umrze? Błagam, niechże pan mówi jasno. Proszę postawić się na moim miejscu, dopiero co dowiedziałem się, że mój mąż, który właśnie zmarł, miał obcą mi rodzinę. Niczego nie rozumiem.

Griñán skinął przygnębiony.

– Oczywiście, Manuelu, to musi być dla pana straszne nieszczęście. Mam na myśli, że istnieje nie tylko testament, w którym została zawarta jego ostatnia wola. Z drugiej strony to coś powszechnego dla kogoś z jego pozycją, robi się to dla bezpieczeństwa. Pierwszy testament sporządziliśmy, kiedy Álvaro przejął swoje obowiązki, a w następnych latach dokument był wielokrotnie zmieniany. Pana mąż zostawił szczegółowy opis innych rzeczy związanych z tym, jak chciałby, żeby postąpiono po jego śmierci. Naturalnie, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, nastąpi odczytanie testamentu, ale Álvaro zostawił dyspozycję, żeby dwadzieścia cztery godziny po jego śmierci odczytano list wyjaśniający z jego ostatnią wolą, co, jeśli wolno mi tak powiedzieć, wiele ułatwia osobom dziedziczącym i rodzinie, ponieważ dzięki temu dowiadują się oni o jego postanowieniach, zanim ogłoszona zostanie właściwa treść testamentu. To, według zamieszczonej w nim klauzuli, nastąpi za trzy miesiące.

Manuel spuścił wzrok, a na jego twarzy widać było mieszankę konsternacji i bezradności.

– Pozwoliliśmy sobie zarezerwować panu pokój w hotelu. Przypuszczam, że nie miał pan jeszcze czasu, by to zrobić. Na jutro rano zwołałem w moim gabinecie całą rodzinę, by odczytać ten dokument. Wyślemy po pana samochód do hotelu. Pogrzeb odbędzie się pojutrze na cmentarzu rodzinnym przy pazo As Grileiras.

Myślał, że głowa mu eksploduje.

– Jak to pogrzeb? Kto o tym zadecydował? Nikt mnie nie pytał. Chyba mam coś do powiedzenia w tej sprawie, co? – powiedział, podnosząc nieco głos i nie przejmując się tym, że portier mógł go usłyszeć.

– To jest rodzinna tradycja… – zaczął tłumaczyć Doval.

– W dupie mam tradycję, za kogo oni się uważają? Ja jestem jego mężem.

– Panie Ortigosa. – Griñán przerwał. – Manuelu – powiedział pojednawczo – to jest wola Álvara, chciał być pochowany na cmentarzu swojej rodziny.

Drzwi wahadłowe za plecami Griñána i jego sekretarza, które do tej pory były zamknięte, teraz ktoś gwałtownie otworzył, sprawiając, że mężczyźni się odwrócili. Znowu funkcjonariusze Gwardii Cywilnej. Tym razem dwóch facetów: jeden to młody chłopak, drugi – grubo po pięćdziesiątce. Młodszy był bardzo szczupły, starszy mógłby być parodią funkcjonariusza; mierzył ledwie metr sześćdziesiąt pięć. Być może to wspomnienie po dawnych czasach, kiedy formacja nie miała tak dużych wymagań co do wzrostu swoich członków, choć Manuel wątpił, czy imponujący brzuch, który mężczyzna z wielkim trudem ukrywał pod idealnie wyprasowanym uniformem, pozwoliłby mu w dzisiejszych czasach zdać trudne egzaminy wstępne do Akademii w Úbedzie. Na dodatek nad górną wargą funkcjonariusz eksponował wąsy, na których zaczęły się pojawiać liczne białe nitki, podobnie jak na skroniach i bakach, przyciętych prawdopodobnie brzytwą przez fryzjera, który od bardzo dawna nie wymieniał swoich narzędzi.

Mężczyzna spojrzał pogardliwie na drogie garnitury Dovala i Griñána i bardziej niż zapytał, stwierdził:

– Porucznik Nogueira, Gwardia Cywilna. Krewni Álvara Muñiza de Dávili?

– Jesteśmy jego prawnymi przedstawicielami – poinformował Griñán, wyciągając rękę, którą funkcjonariusz zignorował. – Manuel Ortigosa – dodał, wskazując tą samą ręką – jest jego mężem.

Funkcjonariusz nie mógł powstrzymać zdziwienia.

– Mężem? – powtórzył, podnosząc kciuk nad ramieniem i wskazując na hipotetyczne miejsce za swoimi plecami. Rzucił wstrętne spojrzenie na drugiego funkcjonariusza, od którego nie otrzymał pożądanego wsparcia, ponieważ ten był zajęty szukaniem czystej strony w małym notatniku. Nie wydawało się jednak, by wpłynęło to na jego nastrój. – Tylko tego mi jeszcze brakowało – wymamrotał.

– Ma pan z tym jakiś problem? – zapytał Manuel, unosząc podbródek.

Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna znów szukał wsparcia u kolegi, który tym razem wzruszył ramionami, nie rozumiejąc za bardzo, o co chodzi.

– Proszę się uspokoić, tutaj jedynym, który ma problem, jest ten leżący na stole w kostnicy – powiedział, wywołując zniesmaczenie prawników i jeszcze bardziej przyciągając wzrok Manuela. – Muszę panu zadać kilka pytań.

Manuel skinął głową.

– Kiedy widział go pan po raz ostatni?

– Przedwczoraj późnym popołudniem, gdy wyjeżdżał z domu. Mieszkamy w Madrycie.

– W Madrycie… – powtórzył porucznik, upewniając się, że młody robi notatki.

– Kiedy ostatni raz się pan z nim kontaktował?

– Wczoraj w nocy, o pierwszej, zadzwonił i rozmawialiśmy dziesięć czy piętnaście minut.

– Wczoraj… w nocy… Powiedział panu, gdzie jest albo dokąd jedzie?

Manuel zwlekał kilka sekund, zanim odpowiedział.

– Nie, nawet nie wiedziałem, że był tutaj. Miał pojechać do Barcelony na spotkanie z klientem. Álvaro jest… był marketingowcem, przygotował kampanię dla sieci hoteli i…

– Z klientem.

Powolność, z jaką porucznik powtarzał niektóre z jego słów, wydała mu się okrutna i obraźliwa, chociaż w pewnym sensie rozumiał, że nie tyle chodzi o drwiący ton funkcjonariusza, ile o ewidentną brutalność dowodu, który świadczył o tym, że został oszukany.

– O czym panowie rozmawiali? Pamięta pan, co mówił?

– O niczym konkretnym, powiedział, że jest bardzo zmęczony i że ma ochotę wrócić do domu…

– Zauważył pan, by był szczególnie zdenerwowany, poirytowany, zły?

– Nie, tylko zmęczony.

– Powiedział, czy się z kimś pokłócił?

– Nie.

– Czy pański… mąż… miał wrogów, czy ktoś chciał się na nim zemścić?

Zanim odpowiedział, zdezorientowany Manuel popatrzył na prawników.

– Nie. Nie wiem. O ile mi wiadomo, nie. Skąd to pytanie? – odparł wycieńczony.

– O ile mu wiadomo, nie… – powtórzył porucznik.

– Nic mi pan nie powie? Dlaczego pyta mnie pan o jego wrogów? Czy myśli pan, że…

– Czy ktoś może potwierdzić, że wczoraj o pierwszej w nocy rzeczywiście był pan w Madrycie?

– Już powiedziałem, że mieszkałem z Álvarem i że on miał być w Barcelonie. Mieszkaliśmy sami, a wczoraj nigdzie nie wychodziłem ani nikogo nie zapraszałem, tak więc nie, nie mogę udowodnić, że byłem w Madrycie, chociaż pańscy koledzy panu powiedzą, że przebywałem w domu dzisiaj rano, kiedy przyszli, żeby przekazać mi wiadomość. Tylko po co to wszystko?

– W dzisiejszych czasach możemy ustalić lokalizację telefonu w momencie, w którym łączy się z innym, a margines błędu wynosi mniej więcej sto metrów. Wiedział pan o tym?

– Nie ma żadnego problemu, ale nie rozumiem po co. Może mi pan powiedzieć, co się dzieje? Pańscy koledzy przekazali mi, że Álvaro zasnął za kierownicą, że wypadł z drogi i że nie brały w tym udziału inne pojazdy. – Ton jego głosu ocierał się o rozpacz, a to, że mężczyzna odpowiadał mu kolejnymi pytaniami, doprowadzało Manuela do szaleństwa.

– W jaki sposób zarabia pan na życie?

– Jestem pisarzem – odparł zmęczonym głosem.

Gwardzista przechylił głowę na jedną stronę i delikatnie się uśmiechnął.

– Bardzo ciekawe hobby, a w jaki sposób zarabia pan na życie?

– Właśnie powiedziałem, jestem pisarzem – upierał się, tracąc cierpliwość. Ten facet był idiotą.

– Pisarzem… – powtórzył. – Jaki ma pan model samochodu i jakiego jest koloru?

– Niebieskie bmw, powie mi pan, czy w śmierci mojego męża jest coś podejrzanego?

Funkcjonariusz zaczekał z odpowiedzią, aż chłopak zapisze ostatnie zdanie.

– Kiedy ktoś ginie w wypadku samochodowym, sędzia nakazuje zewnętrzne oględziny zwłok na miejscu zdarzenia. Nie wykonuje się autopsji, chyba że istnieją wystarczające przesłanki, by podejrzewać inne powody śmierci. W tylnej części samochodu pańskiego… męża – westchnął – znajduje się niewielkie świeże wgniecenie z fragmentem farby innego pojazdu i…

Za jego plecami otworzyły się drzwi wahadłowe, przez które wszedł kolejny umundurowany gwardzista, przerywając mu wystąpienie.

– Co pan robi, Nogueira?

Obaj gwardziści wyraźnie się wyprostowali.

– Kapitanie, Manuel Ortigosa jest krewnym zmarłego, właśnie przyjechał z Madrytu. Spisywałem jego zeznanie.

Przybyły mężczyzna zrobił krok do przodu, omijając obu funkcjonariuszy, i mocno uścisnął dłoń Manuela.

– Panie Ortigosa, przykro mi z powodu pańskiej straty i przepraszam za kłopot, jaki porucznik Nogueira mógł panu sprawić swoim pochopnym działaniem – powiedział, rzucając funkcjonariuszowi szybkie, pełne wyrzutu spojrzenie. – Jak poinformowali pana koledzy, nie ma żadnych wątpliwości, że śmierć pańskiego męża była przypadkowa i w wypadku nie uczestniczył żaden inny pojazd.

Chociaż Nogueirę częściowo zasłaniała szeroka sylwetka przełożonego, Manuel dostrzegł rozczarowanie, jakie zarysowało się pod jego wąsami.

– Ale porucznik właśnie mi powiedział, że gdyby nie było nic podejrzanego, to nie przywieźliby go tutaj…

– Porucznik doszedł do błędnego wniosku – powiedział kapitan, nie spoglądając nawet na podwładnego. – Przewieziono go tutaj przez wzgląd na jego pozycję i rodzinę, bardzo znaną i szanowaną w całej okolicy – wyjaśnił.

– Przeprowadzą autopsję?

– To nie będzie konieczne.

– Mógłbym go zobaczyć? – poprosił Manuel.

– Oczywiście, pójdę z panem – odparł kapitan.

Kładąc mu rękę na ramieniu i delikatnie popychając, poprowadził Manuela między czterema mężczyznami w stronę drzwi wahadłowych.

Pokój hotelowy był biały. Pół tuzina poduszek zajmowało prawie połowę łóżka. Świeciła się cała kolekcja lamp punktowych, świetlikowych i nastrojowych, sprawiając, że łoże błyszczało w optycznym złudzeniu – jak bolesne przedłużenie islandzkiego słońca, które rano zalało jego mieszkanie i oślepiając, towarzyszyło Manuelowi podczas prawie pięciuset kilometrów drogi do Lugo. Tutaj mętne niebo pozwoliło odpocząć oczom i zniknęło wrażenie spoglądania przez pryzmat setek wiązek światła, wszystkich rozmazanych, wszystkich fałszywych.

Zgasił światła, zdjął buty i przejrzawszy skromną zawartość minibaru, poprosił obsługę hotelową o butelkę whisky. Nie umknęło mu niezadowolenie w głosie kelnera, kiedy odrzucił propozycję, by do butelki dołożyć coś solidnego do zjedzenia, ani pogardliwy sposób, w jaki mężczyzna, przyniósłszy alkohol, rozejrzał się po pokoju fachowym okiem kogoś, kto wie, że gość przysporzy problemów.

Nieustająca perora Griñána bezskutecznie próbującego zrekompensować Manuelowi pustkę, wszystko to, co powinien wiedzieć, a o czym Álvaro mu nie powiedział, była kontynuowana w drodze ze szpitala do hotelu, ponieważ notariusz nalegał, by mu towarzyszyć. Pilnował jego kroków aż do recepcji, gdzie czekał na nich Doval, który już wszystkim się zajął. Postali jeszcze chwilę przed windą, aż nagle Griñán uświadomił sobie, że Manuel musi być bardzo zmęczony i że z pewnością chciałby zostać sam.

Teraz Manuel nalał sobie podwójną porcję żółtawej cieczy i powłócząc nogami, podszedł do łóżka. Zebrał wszystkie poduszki, tworząc z nich grube oparcie, wsparł się na nim i dwoma łykami opróżnił zawartość szklanki, jakby to było lekarstwo. Podniósł się, ruszył w stronę biurka i nalał sobie jeszcze raz. Nim wrócił na łóżko, zastanowił się i zabrał ze sobą także butelkę. Zamknął oczy i zaklął. Nawet z zaciśniętymi powiekami rozpoznawał to przeklęte nocne słońce, ślad oparzenia na siatkówce, błyszczący i rozmazany niczym obecność niepożądanej ektoplazmy.

W jego umyśle toczyła się walka między potrzebą myślenia a mocnym postanowieniem, by tego nie robić. Napełnił szklankę i opróżnił ją tak szybko, że aż poczuł mdłości, które z wielkim trudem udało mu się opanować. Zamknął oczy i z ulgą stwierdził, że słoneczny blask znika. Zamiast tego w jego głowie na powrót rozbrzmiało echo wszystkich rozmów odbytych w ciągu dnia, mieszających się ze wspomnieniami prawdziwymi oraz takimi, które tworzyły się, w miarę jak dziesiątki zignorowanych wcześniej małych szczegółów nabierały sensu. Trzy lata, jakie upłynęły od śmierci ojca Álvara, odejście jego młodszego brata niedługo potem…

Trzy lata temu był taki wrzesień, kiedy uważał, że świat się kończy, kiedy miał pewność, że stracił Álvara na zawsze. Mógł odtworzyć każdą minutę z najdrobniejszymi szczegółami: jego zmieniona twarz zdradzająca, że nosi w sobie wielki ciężar, i dziwny spokój, z jakim zakomunikował, że musi wyjechać na kilka dni. Niewzruszona łagodność podczas uważnego składania ubrań, które następnie wkładał do walizki. „Dokąd się wybierasz?” Cisza towarzysząca każdemu pytaniu, smutny wyraz twarzy i nieobecne spojrzenie przeszywające mężczyznę, z którym dzielił życie. Na nic się nie zdały błagania, żądania ani groźby. Wreszcie przy drzwiach wejściowych odwrócił się do niego. „Manuelu, nigdy o nic cię nie prosiłem, ale teraz chcę, żebyś mi zaufał. Ufasz?” Przytaknął, wiedząc, że się pospieszył, że nie było to „tak” bez zastrzeżeń, że nie był wobec Álvara do końca szczery. Ale co innego mógł zrobić? Mężczyzna, którego kochał, wyjeżdżał, rozpuszczał się w jego palcach jak mokra sól. Wtedy nic nie było oczywiste oprócz tego, że żadna siła go nie zatrzyma, że pojedzie bez względu na wszystko, a zobowiązanie do zaakceptowania jego prośby tworzyło jedyną więź, którą mógł go przywiązać, ryzykując, że łańcuch wolności i zaufania między nimi pozostanie ostatnią rzeczą, jaka będzie go z nim łączyć.

Álvaro wyszedł z domu z małą walizką i zostawił Manuela pogrążonego w gwałtownej burzy emocji, w której zmartwienie mieszało się ze strachem i przekonaniem, że już nie wróci. Chorobliwie analizował jego zachowanie z ostatnich dni, szukając tej ulotnej chwili, w której zachwiała się równowaga, czując ciężar ośmiu lat różnicy między nimi, winiąc swoje nadmierne przywiązanie do książek i spokojnego życia, które być może okazało się nie do zniesienia dla kogoś młodszego, przystojniejszego, kogoś bardziej… I przeklinał nieumiejętność dostrzeżenia, że świat wokół niego się wali. Álvara nie było przez pięć dni, kilka razy zadzwonił w nocy, ale prowadził z nim krótkie rozmowy, podczas których unikał wyjaśnień, trzymając się obietnicy zaufania wyciągniętej od Manuela w ostatniej chwili.

Do niepewności dołączyły jeszcze frustracja i ból, przeplatając się i powodując emocjonalny chaos, o którym myślał, że po śmierci siostry już go więcej nie dosięgnie. Czwartej nocy czekał niepocieszony, ani na moment nie wypuszczając z ręki telefonu. Był więźniem rozpaczy, znajdował się w tym punkcie, kiedy wszystko uznaje się za stracone i człowiek tylko nadstawia szyję, żeby go wykończyli.

Gdy odebrał telefon, miał świadomość, że w jego głosie pobrzmiewało błaganie.

– Powiedziałeś, że kilka dni… Dziś jest czwarty.

Álvaro westchnął, nim odpowiedział.

– Coś się wydarzyło, coś, czego nie przewidziałem, i sprawy się skomplikowały.

Zebrał się na odwagę i zapytał szeptem:

– Álvaro, czy ty wrócisz? Powiedz prawdę.

– Jasne, że tak.

– Jesteś pewien? – Podwoił stawkę, wiedząc, że może stracić wszystko, i wyciągnął do niego rękę. – Jeśli to przez to, że jesteśmy małżeństwem…

Po drugiej stronie Álvaro nabrał powietrza, a następnie głośno i powoli je wypuścił, jakby był bardzo zmęczony. Czy może była to irytacja? Złość, że musi stawiać czoła czemuś, co było dla niego nieprzyjemne i niewłaściwe?

– Wrócę, bo moje miejsce jest przy tobie. Bo chcę wrócić. Kocham cię, Manuelu, i chcę z tobą być. Niczego tak nie pragnę, jak wrócić do domu, a to, co się teraz dzieje, nie ma z nami nic wspólnego.

W głosie jego męża było tyle rozpaczy, że mu uwierzył.

[1] Galisyjska rezydencja dworska [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

PRZYGNĘBIENIE

Álvaro wrócił rankiem w połowie września, ale przez kilka tygodni było tak, jak gdyby jeszcze tego nie zrobił. Wyglądało na to, jakby pod wpływem ogromnego zmęczenia dusza pozostała wiele kilometrów od domu, a wróciło tylko opakowanie pozbawione oddechu i bicia serca. Mimo to Manuel uścisnął to ciało, które było jego życiem, pocałował te zaciśnięte usta i zamknąwszy oczy, podziękował mu w duchu.

Nie było wyjaśnień ani przeprosin. Ani jednego słowa o tym, co wydarzyło się w ciągu tych pięciu dni. Pierwszej nocy, kiedy leżeli objęci po stosunku, Álvaro powiedział: „Dziękuję, że mi zaufałeś”, i tym zdaniem pogrzebał jakąkolwiek szansę na uzasadnienie, dlaczego Manuel musiał przez niego odwiedzić piekło. Przyjął to tak, jak przyjmuje się dotknięcie otwartej rany. Był na tyle wdzięczny i uspokojony, że ze wstydem zaakceptował upokorzenie połączone z uczuciem bliskim euforii ułaskawionego. W duchu znowu zaczął dziękować za ten cud, za uśmierzenie mdłości, które męczyły jego żołądek przez ostatnie dni. Stygmat torsji powracał niczym żałosne przypomnienie, niosąc okropny ciężar paniki zawsze, gdy on rozstawał się z Álvarem w ciągu następnych tygodni. Zniknął dopiero po wielu miesiącach, a przez cały ten czas Manuel nie napisał ani słowa.

Często obserwował Álvara w milczeniu, kiedy oglądali film albo kiedy spał, usiłując znaleźć oznakę zdrady, trwały ślad, jaki związek z innym człowiekiem pozostawia na skórze, delikatny i niezmywalny. Wiele napisano o jego istnieniu i o zawziętości, by go dostrzec. W ten sposób ukradkiem rozpoczął poszukiwania znaku, który złamie mu serce.

Znalazł ich kilka. Álvaro był smutny, i to tak bardzo, że nie potrafił tego ukryć. Zaczął wracać wcześniej do domu i kilka razy zostawił na głowie Mei prezentację projektów poza miastem. Usprawiedliwiając się zmęczeniem, odrzucał jego propozycje wyjścia do kina albo do restauracji. I Manuel to rozumiał, ponieważ Álvaro rzeczywiście wyglądał na zmęczonego, niemal wycieńczonego życiem, jakby dźwigał na barkach ogromny ciężar lub nosił w sobie straszną winę. Zaczęły się telefony. Dotąd zawsze odbierali je normalnie – z wyjątkiem cichego czasu, który nazywali „naszym” – podczas obiadów czy kolacji. Nagle Álvaro zaczął wychodzić z pokoju, żeby rozmawiać. Choć niezręczność tej sytuacji rekompensowała Manuelowi trudna do ukrycia niechęć partnera, gdy dostawał te telefony, to demon wątpliwości powracał, żeby go torturować. Z powodu paniki Manuel często nie potrafił zasnąć.

W tamtym okresie stał się paranoikiem próbującym odkryć wyraźną oznakę zdrady. Obsesyjnie analizował każdy najmniejszy gest w zachowaniu Álvara. Siła jego uczucia nie zmalała ani nie wzrosła, co było jego zdaniem najbardziej podejrzane. Zwykle wyrzutom sumienia towarzyszy próba rekompensaty, która ma przywrócić równowagę poprzez naprawienie błędu jakimś wynagrodzeniem. Nie znalazł tego. Przy okazji nielicznych wyjazdów Álvaro nigdy nie spędził poza domem więcej niż jednej nocy, a jeśli zdarzyły się dwie, to tylko dlatego, że nalegał na to sam Manuel: „Nie ma potrzeby, żebyś męczył się za kierownicą. Przenocuj tam i wrócisz rano”.

A podczas gdy Álvaro nie wracał, Manuel oddawał się długim i wyczerpującym pieszym wycieczkom, które czasem zajmowały mu cały dzień i miały zmniejszyć jego pragnienie, ochotę, żeby za nim pojechać, ścigać go i stawić się w odległym mieście, w którym przebywał Álvaro… Miały też odwieść go od rozpaczliwego uścisku na powitanie, w którym było tyle niepokoju, że aż bolało. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, wszystko wygląda jak zawsze. Álvaro próbował się uśmiechać i wtedy, gdy mu się udawało, jego uśmiech był drobny, melancholijny, ale pełen czułości, co przywracało Manuelowi nadzieję, że Álvaro nadal tam jest. Za tym gestem dostrzegał mężczyznę, którego kochał, i to wystarczało, aby trzymał się jakoś przez wiele dni. Był tylko jeden sygnał, jedyny nowy znak, którego nie potrafił zinterpretować. Po jego powrocie często zastawał Álvara patrzącego na niego, gdy on czytał nieuważnie albo siadał przy swoim stole, udając, że pisze. Wbijał wzrok i częstował go tym swoim uśmiechem bystrego chłopca, a kiedy Manuel go o to pytał, potrząsał głową, nieśmiało odmawiając odpowiedzi, i obejmował go tak mocno jak rozbitek swoją deskę ratunku, nie zostawiając między nimi wolnej przestrzeni, zamykając każdy otwór, przez który mogłaby się przecisnąć wątpliwość, powodując natychmiastową zapaść serca Manuela, co ten chciał tłumaczyć jako ulgę, ale się nie odważył.

Przestać cierpieć jest decyzją. Telefony z wydawnictwa były coraz częstsze, przestały działać wymówki oparte na rzekomych chorobach, grypach i badaniach lekarskich, których z uczciwości nie był w stanie wyolbrzymiać i w związku z tym zyskać więcej czasu. Ta, która za kilka miesięcy osiągnie wielki sukces, będzie jego najlepszą powieścią.

Czytanie od zawsze stanowiło dla niego schronienie: kiedy siostra i on zostali sierotami, będąc jeszcze małymi dziećmi, przez lata, które spędzili ze starą ciotką, aż jego siostra osiągnęła pełnoletność i zabrała go ze sobą do mieszkania ich rodziców, do tego momentu zamkniętego. Czytanie było siłą broniącą go podczas pojedynków na przegranej wojnie, którą toczył z instynktem własnej seksualności. Czytanie było ochroną, tarczą zaradności, w jaką uzbroił własną nieśmiałość, by móc nawiązywać relacje. Ale pisanie stało się czymś nieskończenie więcej. Pisanie było wewnętrznym pałacem, tajemniczymi miejscami, najpiękniejszymi przestrzeniami tworzącymi nieograniczony zbiór pomieszczeń, które on przemierzał ze śmiechem, biegał po nich boso, zatrzymując się, żeby dotknąć znajdujących się tam cudownych skarbów.

Dobry student. Gdy tylko skończył naukę, otrzymał propozycję prowadzenia zajęć z historii Hiszpanii na prestiżowym madryckim uniwersytecie i nigdy w ciągu tych wszystkich lat nauki i pracy nauczyciela nie czuł pragnienia, by pisać. Aby to robić, musiał doświadczyć wielkiego smutku.

Istnieje smutek widoczny, publiczny, ze łzami i żałobą i drugi, ogromny i cichy, który jest milion razy potężniejszy. Był pewien, że doświadczył już smutku widocznego, buntu przeciwko niesprawiedliwości, że stracił rodziców, przeciwko zimnej dziecięcej samotności, publicznej i czarnej żałoby, która wyróżniała ich – jego i siostrę – znakiem nieszczęścia jako odrzuconych, i przeciwko całemu strachowi, że to znów się powtórzy. Strach ten noc w noc sprawiał, że Manuel panicznie płakał i obejmując swoją siostrę, wyciągał od niej obietnicę, że nigdy go nie zostawi i że to cierpienie było ceną, którą płacili, by być niezwyciężonymi.

Wiedział, że oboje w końcu w to uwierzyli, i gdy dorastali, przekonanie, że już nic złego nie może im się przytrafić, umocniło się, pozwalając im doświadczyć beztroskiego szczęścia. Czasem wyobrażał sobie, że było to coś takiego jak śmiałość ostatniego żołnierza, jak odwaga jedynego uratowanego człowieka. Zaczął myśleć, że pojemnik ich nieszczęść napełnił się już za sprawą śmierci rodziców, że tyle cierpienia musiało czemuś służyć i że gdzieś był licznik sumujący nieszczęścia i ból, aż osiągnęły poziom, który był nie do przekroczenia. Mylił się jednak i los uderzył w jego jedyny czuły punkt.

Podczas któregoś z ostatnich wieczorów w szpitalu siostra powiedziała:

– Musisz mi wybaczyć, że cię zdradziłam. Zawsze uważałam, że ty jesteś moim czułym punktem i że jedyny ból, jaki mógłby mnie zniszczyć, musi pochodzić od ciebie, a okazuje się, że to ja jestem twoją słabością.

– Zamilcz! – poprosił ją, płacząc.

Głos siostry okazał się niesłyszalny pośród szlochów Manuela. Zaczekała cierpliwie, aż się uspokoi, po czym ruchem ręki poprosiła, żeby się zbliżył, i popękanymi ustami dotknęła skóry jego twarzy.

– Dlatego kiedy odejdę, musisz o mnie zapomnieć, musisz unikać myślenia o mnie, torturowania się wspomnieniem o mnie, bo kiedy zamykam oczy, na powrót widzę cię w wieku sześciu lat, jak płaczesz przygnębiony, załamany i przestraszony. Boję się, że kiedy zostawię cię samego, znowu zaczniesz ryczeć jak wtedy, gdy byłeś dzieckiem. Wówczas nie pozwalałeś mi spać, a teraz nie pozwolisz odpoczywać… – Manuel starał się od niej odsunąć, uciec od tego, co miało nastąpić. Ale było już za późno, gdyż ona uwięziła go swoimi chudymi, długimi palcami. – Obiecaj mi to, Manuelu. Obiecaj, że nie będziesz cierpiał, nie zamieniaj mnie w czuły punkt w swoim życiu, nie pozwól, żeby ktoś kiedykolwiek nim był.

Złożył obietnicę jak przysięgę wojskową. I kiedy ona zamknęła oczy, poczuł ogromny i cichy smutek.

Dziesiątki razy pytano go o to, dlaczego pisze, a on miał kilka dobrych odpowiedzi, częściowo szczerych, których używał w zależności od okazji. Dotyczyły przyjemności przekazywania myśli, potrzeby dotarcia do drugiego człowieka… Nie była to jednak do końca prawda – pisał, żeby odpocząć, pisał dla zawieszenia broni trwającego tak długo, by zdołał wrócić do pałacu, jedynego miejsca, do którego ogromny smutek nie mógł wtargnąć i w którym dotrzymywał obietnicy. Nie była to konkretna decyzja, nic nie zostało przemyślane, pisanie nie było kulminacją pragnienia, które zawsze w sobie nosił. Nigdy nie marzył o tym, by zostać pisarzem. Pewnego dnia usiadł nad czystą kartką i zaczął pisać. Słowa płynęły jak chłodna woda z jakiegoś spektralnego miejsca, którego nawet wiele książek później nie potrafił nazwać i nie wiedział, gdzie się znajduje. Miejsce to nieustannie zmieniało się w jego wyobraźni i czasem było jak wzburzona powierzchnia Morza Północnego, czasem jak Rów Mariański, a czasem jak mauretańska fontanna na słonecznym andaluzyjskim patio. Wiedział tylko jedno: to morze, ten rów i ta fontanna spotykały się w jakimś punkcie jego umysłu. Właśnie tak odkrył pałac. Wracał tam, gdy tylko sobie zażyczył, i to schronienie, pełne szczęścia i doskonałości, inspirowało go i dbało o niego, udostępniając mu to, jak sądził, niewyczerpane źródło nowych słów.

Kiedy sprzedaż jego pierwszej powieści osiągnęła taki poziom, że nie można było tego nie kontynuować, złożył pismo o rezygnacji z pracy na uniwersytecie i wniosek o dwuletni bezpłatny urlop, co do którego – chociaż nikt tego nie wypowiedział – wszyscy przeczuwali, że będzie wieczny. Rektorat i profesorowie zorganizowali imprezę. Nagle zapomnieli o uciążliwościach, jakimi dla wielu były ciągłe reportaże i zdjęcia robione na całym kampusie, za sprawą których niedzielne dodatki do gazet i działy kultury próbowały sportretować młodego profesora będącego numerem jeden dzięki swojej debiutanckiej powieści. Urokliwie przejęci jego przyszłością, profesorowie podchodzili w grupkach albo pojedynczo, aby życzyć mu powodzenia i przestrzec go łaskawie przed smutkiem porażki oraz okrucieństwami świata wydawniczego, którego nigdy nie spróbowali ani nie chcieli próbować. Uważali, że jego powołaniem jest nauczanie w tym bezpiecznym i przyjaznym miejscu, gdzie wszyscy będą na niego czekać z otwartymi ramionami, kiedy wróci, bo na pewno wróci, po swojej przygodzie z wielką prostytutką literatury, jaką jest powieść.

Ból jest decyzją. Wiedział, że się okłamuje, wmawiając sobie, że nie może pisać, że za bardzo cierpi, by osiągnąć potrzebny stan łaski. To kłamstwo, ponieważ było dokładnie na odwrót. Pałac był sakramentem pokuty, miejscem, które uzdrawiało, leczyło rany, a on w swoim masochistycznym uporze, by nie wracać, marnował się jak anioł śpiący pod gołym niebem raju. Jego dusza była brudna i obdarta, jego ubranie rozerwane na strzępy, a skóra poorana zadrapaniami. W jednym momencie pospiesznie tamował krew, żeby chwilę później biczować się, ponownie otwierając na skórze krwawiące ścieżki, którymi mógł popłynąć jego smutek.

Decyzja zawsze jest pilna. Wydawnictwo domagało się obietnicy, jakiejś daty, choćby przybliżonej, czegokolwiek… A Álvaro nadal tam był. Miesiące mijały, a zagrożenie, które, jak się wydawało, dostrzegał tylko Manuel, nie nadchodziło. Po tym wszystkim życie toczyło się dalej. Álvaro znowu się uśmiechał. Chwile smutku rozpłynęły się w przyjemnej niezmienności codziennego życia. Ustały telefony, które tak mu się naprzykrzały. Cokolwiek się stało, cokolwiek mogącego zrujnować jego świat, należało do przeszłości. Wiedział o tym, kiedy wrócił do pałacu i znów zaczął pisać.

PRZYGNĘBIENIE

W jakiejś rozprawie na temat feng shui czytał, że poważnym błędem jest zawieszenie lustra, w którym odbija się nasza postać, kiedy odpoczywamy albo śpimy – o takiej zasadzie dekorator tego hotelu całkowicie zapomniał. Pomimo słabego oświetlenia Manuel doskonale dostrzegał zarysy pokoju. Ani pozycja, jaką przyjął, oparty o stertę poduszek, ani whisky, którą wypił, nie sprawiły, że poczuł się odprężony. Jego ciało było spięte, twarz miał bladą, na klatce piersiowej obiema dłońmi trzymał prawie pustą szklankę – to wszystko sprawiało, że przypominał wystawione w kaplicy zwłoki. Pomyślał o Álvarze leżącym na metalowym stole. Gdy tylko go zobaczył, miał pewność, że to nie on. Wrażenie było tak silne, że nawet odwrócił się, by powiedzieć o tym kapitanowi Gwardii Cywilnej, z szacunku stojącemu kilka kroków za jego plecami razem z technikiem, który – z pewnością poważniejszy niż zazwyczaj przez wzgląd na obecność przedstawiciela władzy – ściągnął do połowy prześcieradło zakrywające ciało i złożył je na klatce piersiowej zmarłego jak koc, a później cofnął się i stanął obok gwardzisty.

Twarz Álvara wyglądała jak wypolerowana i – nie wiedział, czy to z powodu światła – trochę żółtawa, niczym maska mężczyzny, którym był. Stał tak, świadomy obecności kapitana za swoimi plecami, i nie wiedział, jak się zachować. Chciał zapytać, czy może go dotknąć, ale wiedział, że nie będzie w stanie tego zrobić. Nie mógłby ucałować twarzy, która zamieniła się w marną kopię tej, którą kochał i która zaczynała zanikać na jego oczach. Mimo to zmusił się do patrzenia, czując, że jego mózg odmawiał rozpoznania Álvara, i uparcie próbując zaprzeczyć jego śmierci. Coś było nie tak. Nie potrafił rozpoznać całej postaci, jednak z wyjątkową surowością dostrzegł wszystkie szczegóły. Jego włosy, trochę długie, mokre i zaczesane do tyłu. Dlaczego miał mokre włosy? Rzęsy, podkręcone i pokryte kroplami, posklejane z powodu wilgoci. Blade i nieco rozchylone usta. Na lewym łuku brwiowym niewielka rana, której krawędzie były czyste i zbyt ciemne. I nic więcej. Torturowała go potworność perfidnej anomalii, która kazała mu pozostać niewzruszonym, niczym obcy obserwator, chociaż miał świadomość nacisku na swoje płuca, nacisku coraz silniejszego i trudniejszego do zniesienia.

Chciało mu się płakać. Wiedział, że stawidła, które zatrzymywały płacz gdzieś w jego wnętrzu, były pęknięte, że solidne ściany podtrzymujące cały ten smutek w każdej chwili mogły się rozpaść. Ale nie mógł uronić łzy. Doprowadziło go to do rozpaczy, wyglądało, jakby chciał oddychać bez płuc, blokując tlen, który nie ma jak ujść. Chciał się rozpaść, chciał umrzeć. Jednakże wciąż tam był, stojąc jak pomnik i nie potrafiąc znaleźć w sobie klucza otwierającego celę, w której śpi ból.

Wtedy zobaczył dłoń Álvara. Wystawała spod okrywającego go prześcieradła, ukazując długie, ciemne i mocne palce. Dłonie zmarłych się nie zmieniają. Leżą pełne zachowanych pieszczot, wpółotwarte, bez siły, jakby odpoczywały. Wziął ją w swoje ręce i poczuł chłód, który przenikał ze stołu do opuszek palców, sprawiając, że zdrętwiały z zimna. Ale to nadal była jego dłoń. Kochany dotyk. Poczuł gładkość jego skóry, która kontrastowała z zadziwiająco szorstkimi opuszkami. „Musisz być chyba jedynym marketingowcem z dłońmi drwala”, zwykł mu powtarzać. I kiedy podnosił rękę, żeby dotknąć nią ust, poczuł, jak stawidło bólu rozpada się na tak małe kawałki, że nigdy nie będzie mógł złożyć ich na powrót, a powódź niczym tsunami z błotem i kamieniami torowała sobie drogę, rozrywając wąskie korytarze jego duszy. Udało mu się dotknąć ustami lodowatej skóry i wtedy zauważył wyblakły ślad w miejscu, w którym Álvaro przez tyle lat nosił obrączkę ślubną.

Odwrócił się w stronę pracownika.

– A obrączka?

– Przepraszam, proszę pana? – Technik zrobił kilka kroków do przodu.

– Miał obrączkę.

– Nie, proszę pana. Zajmuję się takimi rzeczami przed przybyciem lekarza sądowego. Nie miał żadnej biżuterii, z wyjątkiem zegarka. Jest razem ze wszystkimi jego rzeczami. Czy chce pan je zobaczyć?

Delikatnie odłożył rękę Álvara pod prześcieradło.

– Nie – odparł, mijając obu mężczyzn i wychodząc z pomieszczenia.

Nalał sobie kolejną porcję whisky, podniósł szklankę do ust i zapach alkoholu wystarczył, żeby wywołać w nim obrzydzenie. Odsunął ją na brzuch i popatrzył w lustro ponad jej brzegiem.

– Dlaczego? – zapytał mężczyznę w odbiciu.

Nie odezwał się, chociaż znał odpowiedź.

Trzy lata wcześniej. Śmierć ojca, a niedługo później brata. Smutek Álvara i telefony, których nie mógł odebrać w obecności Manuela. Pięć dni piekła, powrót pełen pustki, mdłości, bezsenności, przygnębienia, i tak całymi miesiącami… A wszystko to oparte na kłamstwie, które nawet nim nie było, ponieważ on, ze swoją głupią obietnicą, zapewnił Álvarowi alibi na fałszowanie prawdy. Znowu podniósł szklankę i spiesząc się, by powstrzymać mdłości, opróżnił ją, a następnie popatrzył na mężczyznę po drugiej stronie i zapytał:

– Ufasz?

Tym razem postać z lustra spojrzała na niego z nieskończoną pogardą. Manuel podniósł szklankę i rzucił nią w jej kierunku, rozbijając minę lustrzanego widma na ostre kawałki.

Zaledwie pięć minut później zapukano do drzwi. Mógł się tego spodziewać, dźwięk rozbijanego szkła rozległ się bardzo głośno, a on nie był wcale tak pijany, by tego nie wiedzieć i natychmiast nie pożałować swojego zachowania. Najbardziej prawdopodobne było to, że poproszą go o opuszczenie hotelu. Podszedł do drzwi, przypominając sobie, by po drodze zostawić butelkę, którą trzymał w ręce, i dając sobie czas na wymyślenie jakiejś wiarygodnej wymówki, podczas gdy klął na naglący i nieuprzejmy sposób, w jaki tego dnia wszyscy pukali do jego drzwi.

Tylko je uchylił, co wystarczyło, żeby dojrzeć kelnera i recepcjonistę hotelu, a żeby oni nie zobaczyli wnętrza pokoju.

– Dobry wieczór. Czy wszystko w porządku, proszę pana?

Manuel przytaknął z pewnością siebie, koniec końców był to pięciogwiazdkowy hotel.

– Goście z pokojów obok skarżyli się na hałas.

Zafrasowany Manuel zacisnął usta.

– Tak, obawiam się, że miałem mały wypadek z lustrem w pokoju. To przez feng shui – wymyślił na poczekaniu, uświadamiając sobie, że jest bardzo pijany.

– Feng shui? – zapytali chórem pracownicy.

– To dalekowschodnia doktryna polegająca na osiągnięciu równowagi człowieka i jego otoczenia – powiedział, patrząc na nich z bardzo poważnym wyrazem twarzy.

Obaj mężczyźni obserwowali go zdezorientowani. Musiał uważać, by się nie uśmiechnąć.

– Nie mogę spać przy lustrze utrudniającym przepływ mojej energii, to jest naprawdę szkodliwe. Dziwię się, że w takim hotelu jak ten nikt nie bierze tego pod uwagę. Próbowałem przenieść je w inne miejsce, by pozwolić płynąć siłom witalnym i… Ale nic się nie stało, pokryję wszelkie koszty, proszę obciążyć mój rachunek.

– Oczywiście – odparł szorstko recepcjonista.

– Jeśli pan pozwoli, przyślę kogoś do sprzątania – powiedział kelner, robiąc krok do przodu.

Manuel jeszcze mocniej przywarł do drzwi.

– Proszę posłuchać, jestem bardzo zmęczony i już kładłem się do łóżka…

– Rozciął pan sobie stopę – powiedział mężczyzna i pokazał na podłogę.