Daleko od morza - Agnieszka Gładzik - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Europa tonie w powojennym chaosie. Trzydziestoletnia lekarka Marianna Palińska po długiej rekonwalescencji spowodowanej pobytem w obozie Ravensbrück wraca do Polski, aby odnaleźć swojego brata.
Kobieta pomaga Niemcom, którzy pozostali w kraju, spisując ich historie, co pomaga jej odzyskać wiarę w siebie i pogodzić się z przeszłością.
Jednocześnie podejmowane przez nią decyzję zaważą nie tylko na losie lekarki, ale także jej najbliższych.

Powojenna zawierucha, trudne relacje międzyludzkie, a w tym wszystkim walka o człowieczeństwo, przyjaźń, a wreszcie miłość.

Zachęcająca do refleksji opowieść z trudną historią w tle, niosąca nadzieję i przypominająca o tym, jak ważna jest pamięć i zrozumienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Tamtego roku wydawało się, że cała Europa jest w ruchu. Na ulicach zrujnowanych miast roiło się od ludzi, którzy gromadzili się na dworcach i w opuszczonych budynkach, stroniąc od dawnych ciemiężycieli, jednocześnie im złorzecząc. Marianna niewiele pamiętała ze swojej przeprawy przez Niemcy, w jej umyśle zachowały się jedynie strzępy słów, pojedyncze obrazy. Ponure wnętrze fabryki samolotów w Neustadt-Glewe wypełnione bladymi postaciami w pasiakach. Strażnicy codziennie wynoszący kolejne, skrajnie wycieńczone osoby. I jej choroba.

Początkowo sądziła, że to od rany na lewym udzie, pamiątki przymusowego „leczenia”, jakiemu została poddana w Ravensbrück, jednak jedna z więźniarek, dawna lekarka, wyprowadziła ją z błędu. Tyfus. Powinna była się domyślić, przecież pracowała ponad rok jako karmicielka wszy. Pozostałe Polki zaglądały do niej na rewir i szeptały między sobą. Ich głosy tworzyły przyjemny szum zagłuszający wcześniejsze wspomnienia, pełne wstydu oraz samooskarżeń. Ktoś przemycał dla niej zastrzyki wzmacniające. Gorączka nie ustępowała.

Pewnego popołudnia towarzyszki pomogły dziewczynie wstać, pomalowały ją i uczesały. „Musisz wytrzymać, choćby nie wiem, co się stało” – przestrzegła ją lekarka. Nogi się pod nią uginały, lecz dzielnie zniosła spojrzenie strażnika. Wypuścili ją razem z pozostałymi, sprawnymi fizycznie więźniarkami. Kobiety dostały się pod opiekę Szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Jeden rzut oka wystarczył, by sanitariusze zakwalifikowali ją do grupy ciężko chorych i wkrótce potem wywieziono ją samochodem do Danii, a następnie promem do Malmö. W pamięć wrył się jej śnieżnobiały lakier pojazdu z wielkimi emblematami Czerwonego Krzyża na bokach. Dookoła pobrzmiewały jeszcze odgłosy walki, czasem miała wrażenie, że kule niedługo dosięgną i sanitariuszy. Szwedzi jednak nie zdradzali żadnych oznak niepokoju, niestrudzenie pocieszając swoich podopiecznych.

Z promu w Malmö wysiadła już o własnych siłach, lecz lekarze, pomimo protestów dziewczyny, skierowali ją na dalszą kwarantannę. Gdy patrzyła przez okno ośrodka rehabilitacyjnego w Kristianstad, jej myśli koncentrowały się na powrocie do domu.

Do pokoju, który współdzieliła z dwoma dawnymi współwięźniarkami z obozu, zapukała Hedda, jedna z pielęgniarek, działająca w Lottcie[1].

– Poczta – powiedziała zdawkowo, rozdzielając korespondencję. Zatrzymała się przy Mariannie i ponownie rzuciła okiem na wypisane na kopercie dane adresata. – Chyba wreszcie udało się znaleźć któregoś z twoich krewnych, moja droga. – W głosie Szwedki wybrzmiała sympatia.

Marianna podziękowała i wzięła od niej przesyłkę. Nie mogła powstrzymać drżenia rąk. List zaadresowano niechlujnym, nierównym pismem, którego nie potrafiła rozpoznać. Wpatrywała się przez dłuższą chwilę w kopertę, jakby usiłowała odgadnąć treść kryjącego się w niej listu.

– Nie będziesz wiedziała, dopóki nie przeczytasz – powiedziała Stanisława, dawna nauczycielka z gimnazjum dla panien oraz jedna z inicjatorek tajnych kompletów w obozie, unosząc wzrok znad książki.

Marianna westchnęła cicho i odłożyła kopertę na stolik nocny. Ukryła twarz w dłoniach, usiłując zebrać się na odwagę.

– Kiedy cię wywieźli? – zapytała Stanisława.

– Pod koniec czterdziestego trzeciego. Niosłam ważne meldunki. Ktoś musiał mnie wydać, ponieważ naprawdę uważałam i pilnowałam, czy nikt mnie nie śledzi. Moje aresztowanie nie mogło być dziełem przypadku.

Stanisława uniosła dłoń.

– Nie musisz niczego tłumaczyć, każda z nas ma swoje podejrzenia i pewne „luki” w historii, które chciałaby zapełnić. Czterdziesty trzeci mówisz. Dwa lata to dużo czasu, a podczas wojny to niemal epoka w dziejach ludzkości – stwierdziła. – Niemniej pamiętaj, że druga strona żywiła te same lęki i nadzieje, co ty, a ich rezultatem – pokazała głową na leżącą na stoliku kopertę – jest ten list.

Na ustach Marianny pojawił się słaby uśmiech.

– Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego tak dobrze odnajdowała się pani w roli pedagoga – odparła.

Dawna nauczycielka wzruszyła ramionami.

– W pewnym sensie nigdy nie przestaniesz być moją uczennicą. A teraz, jeśli pozwolisz, udam się na krótki spacer – powiedziała, wyprostowała się i z godnością ruszyła przed siebie, utykając na prawą, niegdyś pokrytą wrzodami nogę.

Marianna rozerwała kopertę. Wewnątrz znalazła dwie kartki zapełnione nieco równiejszym, choć dalej niespełniającym podstawowych wymogów kaligrafii charakterem pisma. Od razu rozpoznała, że list napisał jej przyjaciel z czasów studiów, Jędrzej.

Warszawa, 10 września 1945 r.

Droga przyjaciółko!

Z wielkim trudem udało mi się ustalić miejsce Twojego pobytu, a i nie obyło się przy tym bez wykorzystania dawnych znajomości. Choć klimat polityczny bez wątpienia uległ zmianie, to jedna rzecz wydaje się niezniszczalna – siła odpowiednio zasianego pochlebstwa, strategicznie wyświadczonej posługi, niezmiennie determinują pozycję jednostki w każdym społeczeństwie. Niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość, że udało Ci się przetrwać niemiecką niewolę i mam nadzieję, że już wkrótce Twój stan zdrowia umożliwi Ci powrót do ojczyzny.

Obecnie przebywam w Warszawie, jednak już wkrótce przeniosę się do Krakowa, gdzie mam zamiar dokończyć studia medyczne i rozpocząć pracę jako chirurg. Pamiętasz może, jak chodziliśmy razem na zajęcia, jak uczyliśmy się nocami do egzaminów, co rusz kontrolowani przez Twoją staroświecką, poczciwą stryjenkę? Właśnie te wspomnienia pomogły mi przetrwać najcięższe chwile, gdy maszerowałem z Wojskiem Polskim na Berlin.

Chciałbym móc Ci cokolwiek powiedzieć o losach Twojej rodziny, lecz niestety moja wiedza jest fragmentaryczna. Twojego stryja i stryjenkę aresztowano na początku czterdziestego czwartego, ludzie plotkowali, że wywieziono ich do jednego z obozów, lecz nie byłem w stanie zweryfikować tych informacji. Jeden z naszych znajomych, przebywający jeszcze we Lwowie, potwierdził, że waszą kamienicę obecnie zamieszkują Ukraińcy. O starych właścicielach nic nie wiadomo.

Brat Twój zbiegł tej samej nocy, gdy aresztowano państwa Palińskich. Gdzie się ukrywał później, trudno powiedzieć, jednak spotkałem niedawno jednego z jego przyjaciół w Warszawie, opowiadał mi o swoich planach osiedlenia się na Ziemiach Zachodnich, a konkretniej w Szczecinie…

W dalszej części listu Jędrzej opisał losy pozostałych studentów z ich rocznika tym samym, nazbyt skłonnym do ozdobników stylem. Marianna przejrzała kolejne akapity, szukając informacji o osobach tworzących jej dawne życie, niestety, znalazła jedynie ogólniki. Uwadze dziewczyny nie uszedł fakt, że Jędrzej zręcznie omijał jakiekolwiek wzmianki o sytuacji politycznej w kraju, wyraźnie też unikał tematu osób walczących w podziemiu. Złożyła list i zamyśliła się na chwilę. Nowiny docierające do więźniarek nie były szczególnie zachęcające. Mówiono o prześladowaniach, aresztowaniach dawnych działaczy podziemia oraz o panoszących się wszędzie, stosujących sowieckie metody komunistycznych agentach. Dla Marianny największym szokiem okazało się przesunięcie granic, usuwające jej rodzinny Lwów z terytorium Polski. Przez okres swojego uwięzienia przy życiu utrzymywała ją wiara w powrót do domu, teraz jednak wychodziło na to, że nie dość, iż została sierotą, to na dodatek pozbawiono ją ojczyzny. „Po cóż mam zatem wracać?” – pomyślała z goryczą. – „Być może rację mają ci, którzy mówią, że przegraliśmy wojnę i powinniśmy teraz, w miarę możliwości, odbudować swoje życie na emigracji? Jestem jeszcze dość młoda, być może gdzieś w Anglii albo w Ameryce…” – myślała, lecz wtem przed oczami ukazała się jej scena ze swojego ostatniego wieczoru spędzonego we Lwowie.

W mieszkaniu Ignacego, brata dziewczyny, odbyło się zebranie podległej obwodowi Żółkiew komórki AK, do której należeli. Wtedy dowiedziała się o przydzieleniu jej nowego zadania – miała przewieźć poufne informacje i przekazać je swojemu kontaktowi w Warszawie. Jako eskortę dostała dwóch doświadczonych żołnierzy, byłego podporucznika Wojska Polskiego o pseudonimie „Modry” i wojskowego kierowcę znanego pod pseudonimem „Albinos”. Polecenia przekazano im na osobności, w pośpiechu. Kiedy Marianna wróciła do pokoju gościnnego, zauważyła, że zgromadzeni wyglądali na podenerwowanych, a zamiast prowadzić ożywioną dyskusję, wymieniali jedynie zdawkowe uwagi. Ignacy odciągnął ją na bok. Weszli do niewielkiej kuchni.

– Obiecaj mi coś – powiedział cicho, kładąc dłonie na ramionach siostry. Zielone oczy utkwił w jej twarzy. – Obiecaj, że gdy to wszystko się skończy, odnajdziesz mnie.

Marianna odwzajemniła uważne spojrzenie brata.

– Ignac, Ty chyba nie wplątałeś się…

– Oczywiście, że nie, ale wiesz, jak jest – wszedł jej w słowo.

„Za szybko i zbyt stanowczo” – odnotowała Marianna, lecz postanowiła nie kontynuować tego tematu. Będzie na to dużo czasu, gdy wróci, być może z kolejnym zadaniem albo równie istotnym meldunkiem.

Skinęła głową. Ignacy rozpogodził się nieco, choć przez resztę wieczoru jego wzrok błądził po pomieszczeniu, on sam zaś wydał się gościom nieobecny duchem.

„Diabli by wzięli dawne obietnice!” – pomyślała ze złością Marianna, choć wiedziała, że nie złamie danego bratu słowa. Następnego dnia zbierało się konsylium lekarskie mające zadecydować o dalszych losach pacjentek. Nadszedł najwyższy czas, by zadać im to jedno szczególne pytanie.

* * *

– Cóż, panno Palynska, stan pani zdrowia nie jest tak zadowalający, jak byśmy tego pragnęli – rzekł doktor Aberg. – Aczkolwiek jesteśmy skłonni przychylić się do pani prośby i wypisać panią na początku października.

– Dziękuję za wyrozumiałość – odpowiedziała Marianna i lekko skinęła głową.

Aberg obrzucił ją krótkim spojrzeniem.

Już zbierała się do wyjścia, gdy zatrzymał ją głos jedynej kobiety w konsylium, Sigrid Sacklund:

– Czy zamierza pani pracować jako lekarz? Z tego, co czytałam, posiada pani dyplom ukończenia Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu we Lwowie, wydany jeszcze w roku 1939.

Przez ciało Marianny przebiegł nieprzyjemny dreszcz.

– Tak, rozważam taką możliwość – odpowiedziała z wahaniem w głosie. – Choć nie wiem, czy moje kwalifikacje zostaną uznane.

Szwedka spojrzała na nią pytająco.

– Mój dyplom został antydatowany, studia ukończyłam, korzystając z tajnego nauczania na dwa miesiące przed zesłaniem do obozu – wyjaśniła zdawkowo Marianna.

– Och… – odparła lekarka. – W każdym razie, mam nadzieję, że kiedyś zobaczymy się na jednej z konferencji lekarskich. Proszę nie pozwolić, by pani talent i dotychczasowa praca poszły na marne.

Marianna kiwnęła uprzejmie głową i wymknęła się z sali. Zdała relację z rozmowy Stanisławie. Nauczycielka nie wyglądała na zaskoczoną.

– Dokąd się udasz? – zapytała, jak zawsze rzeczowo.

– Dwunastego będę w Gdyni, potem nie wiem – przyznała szczerze Marianna.

Stanisława sięgnęła do swojej szafki. Otworzyła górną szufladę i zaczęła przeglądać znajdujące się w środku papiery. W końcu wyciągnęła kartkę z adresem i podała ją Mariannie.

– Jedna z naszych towarzyszek, a moja dobra znajoma jeszcze z czasów przedwojennych, Helena Przecławska, osiedliła się w Sopocie z nadzieją na… W sumie w jej wypadku trudno powiedzieć na co – rzekła. – Z artystami nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie powołaj się na mnie, a pomoże ci coś znaleźć. Zawsze miała talent do oczarowywania odpowiednich osób.

Marianna złożyła karteczkę i wsunęła do kieszeni w spodniach.

– Dzieciaku, nie miej takiej marsowej miny, jeszcze całe życie przed tobą. Może tutaj, pośród tych samych, umęczonych twarzy tego nie dostrzegasz, ale po powrocie do kraju wszystko zacznie się układać – przekonywała Stanisława, zaciskając rękę na prawej dłoni Marianny.

– Oczywiście, ma pani rację. – Dziewczyna zamarkowała uśmiech.

Czekały ją jeszcze dwa tygodnie życia w zawieszeniu. Powoli w głowie Marianny zarysowywał się plan: odzyskać niezbędne dokumenty oraz zaświadczenia, zgłosić się do najbliższej Akademii Medycznej, nostryfikować dyplom, rozpocząć praktyki. Znaleźć Ignacego.

[1]Szwedzka Pomocnicza Organizacja Kobiet.

CZĘŚĆ PIERWSZA

SOPOT

Kastelholm przypłynął do Gdyni. Marianna czekała na pokładzie, w jednej dłoni ściskała niewielką walizkę z ubraniami podarowanymi jej przez działaczy Czerwonego Krzyża, drugą opierała na barierce. Prawie cały port został zniszczony, funkcjonowała jedynie niewielka jego część. Na plaży leżały porzucone czołgi i łuski po nabojach, między nimi biegali chłopcy z odwagą zaglądający do wnętrza pojazdów, a także kopiący w piasku w poszukiwaniu interesujących ich przedmiotów. Po zejściu na ląd Mariannę i pozostałych repatriantów skierowano do punktu PUR[2], natomiast pasażerów, niezdolnych do samodzielnego poruszania się, przewieziono do niego samochodami. Tam poddano ich kontroli lekarskiej i zweryfikowano posiadane przez nich dokumenty. Urzędnik chciał skierować Mariannę do obozu emigracyjnego, lecz dziewczyna stanowczo zaprotestowała.

– Moja ciotka osiedliła się już w Sopocie i pragnę do niej dołączyć – oznajmiła, przedkładając kartkę z adresem.

Urzędnik zanotował dane przyjaciółki pani Stanisławy i niechętnie wypuścił Mariannę ze słowami:

– Musicie się z ciotką niezwłocznie zgłosić do Urzędu Repatriacyjnego w Sopocie.

Dziewczyna skinęła głową, schowała wydane jej tymczasowe zaświadczenia do torby i ruszyła w stronę centrum.

Gdynia, która wreszcie odzyskała dawną nazwę oraz herb, wyglądała na prawie nienaznaczoną wojną. Poza zabudowaniami portowymi i nielicznymi kamienicami położonymi blisko nabrzeża, miasto zdawało się ocaleć w formie, która cieszyła oczy Polaków przed okresem okupacji. Gdzieniegdzie tylko można było dostrzec pozostałości barykad, często wzniesionych na wrakach trolejbusów.

Marianna dotarła do ulicy Świętojańskiej, głównej arterii miasta. Zadarła głowę, przyglądając się modernistycznej, nieznanej jej zabudowie. Proste, nowoczesne bryły kamienic przyciągały wzrok i podobały się dziewczynie, jednak odstręczały ją szare, jednakowe elewacje budynków. Zasięgnęła języka i dowiedziała się, że najłatwiej będzie dostać się do Sopotu konnym tramwajem. Wsiadła w takowy na placu Kaszubskim i z ulgą zajęła wolne miejsce z tyłu, odczuwając trudy długiego spaceru. Jej noga, po wielokrotnym łamaniu i przeszczepach kości oraz jątrzeniu ran, wciąż dawała o sobie znać ostrym, trudnym do zniesienia bólem.

Nim panna Palińska dotarła pod wskazany na kartce adres, zdążył już zapaść zmrok. Na ulicach rozpalano lampy gazowe, które oświetlały łagodnym, nieco przydymionym światłem okazałe rezydencje. Marianna zauważyła, że większość przydomowych ogródków opanowała bujna roślinność niemal całkowicie zasłaniająca budowle. Na ogrodzeniach wisiały tabliczki z nabazgrolonym napisem „Min niet”, co w połączeniu z opustoszałą okolicą i nielicznymi światłami w oknach sprawiało wrażenie, jakby cały zakątek został żywcem wyjęty z wiktoriańskiej powieści grozy. Marianna rzuciła kontrolne spojrzenie na kartkę. „Czyżewskiego/Cecilienstrasse 8” – przeczytała. Wzrok dziewczyny najpierw padł na okazały dom w stylu klasycystycznym, lecz tabliczka poinformowała ją, iż znajduje się pod numerem 7. Przeszła kilka metrów i ujrzawszy cel swojej podróży, westchnęła z ulgą, stanęła bowiem przed śnieżnobiałą, przypominającą zamek willą.

Po lewej stronie znajdowała się strzelista wieża z dużymi, fantazyjnie wykrojonymi oknami, zwieńczona stalową sygnaturką. Główna część budynku została wzniesiona na planie prostokąta, a kończył ją wysunięty w stronę ogrodu ganek. Miejsce wyglądało na zadbane, trawę niedawno skoszono, a krzewy przycięto. Marianna pchnęła drzwi furtki i podeszła do umieszczonych tuż przy wieży drzwi wejściowych z ciemnego, lakierowanego drewna. Załomotała zdecydowanie i głośno. Otworzył jej wysoki mężczyzna w mundurze nieznanej dziewczynie formacji.

– Tak? – zapytał, unosząc brew.

– Szukam pani Heleny Przecławskiej. Jestem… Przysyła mnie dawna przyjaciółka pani Heleny – odparła Marianna, nie chcąc zdradzać zbyt wiele szczegółów dotyczących swojej osoby. Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem, jakby chciał ocenić, czy mówi prawdę. Jego spojrzenie zatrzymało się na krótkich włosach dziewczyny, a potem na prawej nodze, którą Marianna trzymała lekko zgiętą, gdyż taka pozycja zmniejszała odczuwany przez nią dyskomfort.

– Poproszę ją – powiedział po chwili i zamknął drzwi.

Marianna odstawiła torbę na ziemię i otuliła się mocniej płaszczem. Wieczorna bryza była nieprzyjemnie chłodna. Szczęśliwie nie musiała czekać długo, nim zza drzwi dobiegł dźwięk nerwowych, pośpiesznych kroków i w wejściu pojawiła się Helena. Jej wysoka, wyprostowana sylwetka kontrastowała ze zgarbioną i wycofaną Marianną, lecz kobieta nie okazała wyższości. W szarych oczach Przecławskiej iskrzyła się ciekawość i coś w rodzaju niepokoju. Padający na twarz Heleny cień nie pozwalał do końca odczytać jej emocji, lecz bujna peruka z jasnozłotych włosów i zmyślnie zaprojektowane ubranie powiedziało dziewczynie wystarczająco dużo.

– Stanisława Gąślarz dała mi pani adres i poleciła, bym zwróciła się do pani z prośbą o przenocowanie – powiedziała Marianna, podając kobiecie kartkę z adresem.

Helena schwyciła papier.

– Rozumiem – odparła, nawet nie spojrzawszy na kartkę. Miała przyjemny, niski głos. – Jesteś jedną z jej podopiecznych? – zapytała.

Marianna wyciągnęła łańcuszek spod bluzki, na końcu którego znajdowała się blaszka z wybitym numerem i pokazała go Helenie. Kobieta przymknęła na moment oczy.

– Jest jeszcze jeden pokój na górze, możesz go tymczasowo zająć. Luksusów nie obiecuję, nie radzę sobie źle, ale czasy są ciężkie – powiedziała kobieta. – Podaj mi swoją walizkę, pomogę ci.

Marianna wręczyła kobiecie torbę i weszła za Heleną do środka. Kątem oka zauważyła, że w salonie na parterze zebrało się całkiem liczne towarzystwo, obecnie pochłonięte żywiołową dyskusją.

– Chodź, chodź. – Helena pociągnęła ją za ramię. – Idziemy na górę. Dasz radę?

Marianna skinęła głową. Ból nogi nasilał się, jednak nie chciała okazać słabości.

– Nie interesuje pani, kim jestem? – zapytała.

Helena prychnęła pod nosem.

– Moja droga, w swoim życiu poznałam zbyt wiele imion i życiorysów, które później musiałam wykreślić z pamięci, żeby teraz dodawać do nich kolejne. W tej chwili to, kim jesteś, nie ma znaczenia. A o tym, czy coś się w tej kwestii kiedyś zmieni, zadecydujesz sama. Jedyne, czego nie chcę poznać, to twoja przeszłość. Ją musisz zostawiać za progiem tego domu – odrzekła.

Marianna przytaknęła. Helena wydała się usatysfakcjonowana jej reakcją. Weszły do przestronnego pomieszczenia na poddaszu. Znajdowało się tam niewiele mebli: w rogu stało łóżko na stalowej ramie, tuż obok stolik nocny i szafka. Pod oknem ustawiono proste biurko i taboret.

– Cud, że chociaż to uchowało się przed Sowietami – skomentowała skromne umeblowanie pokoju Helena. – Jak już mówiłam, zapomnij o zbytku. Jutro z samego rana pójdziemy do PUR-u, mam tam znajomego, więc bez problemu wyda ci zezwolenie na osiedlenie się tutaj.

Marianna usiadła na brzegu łóżka i zadarła głowę. Sufit był czysty, wybielony, bez oznak zagrzybienia. Ściany wyglądały na grube oraz solidne. Spuściła wzrok, a wtedy na podłodze dostrzegła wyszorowane deski.

– Tak bogata nie byłam już od dawna – powiedziała i dopiero wtedy zorientowała się, że została sama. Helena wymknęła się niepostrzeżenie z pokoju. Marianna z uśmiechem opadła na twardy materac, wsłuchując się w rytm bicia własnego serca.

* * *

– Egzaminy wstępne dla kandydatów rozpoczynają się w poniedziałek – powiedziała sekretarka, gdy tylko Marianna weszła do pomieszczenia. – Może pani zostawić u mnie swoje podanie – dodała, rzucając dziewczynie beznamiętne spojrzenie znad grubych oprawek okularów.

Marianna odruchowo poprawiła popielatą plisowaną spódnicę i zacisnęła dłoń na modnej, pożyczonej od Heleny torbie.

– Właściwie to otrzymałam już dyplom. – Podała sekretarce teczkę z dokumentami z Uniwersytetu Jana Kazimierza. – Nie wiem tylko, czy ma on teraz jakąkolwiek wartość.

Sekretarka przeczytała przedłożone przez Mariannę zaświadczenie, a następnie przejrzała pozostałe papiery. Skinęła głową i wskazała dziewczynie stojące przy ścianie krzesło.

– Proszę usiąść, panno Palińska. Musimy poczekać na doktora Grzegorzewskiego.

Marianna spoczęła na wyznaczonym miejscu i, przymknąwszy oczy, zaczęła naprężać oraz rozkurczać mięśnie prawej nogi. Lekarze w Szwecji zalecili jej oszczędzanie kończyny, lecz dziewczyna odkryła, że systematyczne ćwiczenia zmniejszały odczuwane przez nią napięcie. Sekretarka wróciła do swoich zajęć i pomieszczenie wypełnił klekot maszyny do pisania, co jakiś czas przerywany wizytą kolejnej młodej osoby pragnącej dowiedzieć się czegoś więcej o przyjęciach na nowo utworzoną Akademię Lekarską. Wreszcie do sekretariatu weszła grupa dyskutujących zażarcie mężczyzn. Wielu spośród nich miało śpiewną, wschodnią wymowę. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, po czym pożegnali się i w pomieszczeniu został jedynie przystojny, dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku.

– Czy były jakieś telefony do mnie? – zapytał sekretarkę, oddając jej stertę złożonych w schludny plik papierów.

– Kilka, w tym dwa z ministerstwa – poinformowała go kobieta. – I mamy też panią w sprawie nostryfikowania dyplomu – dodała, podając mężczyźnie dokumenty Marianny i dyskretnym gestem pokazując na dziewczynę.

– Zapraszam panią do mojego gabinetu – powiedział mężczyzna, odwracając się do Marianny.

Przeszli do pomieszczenia obok. Wnętrze było wypełnione książkami i wysokimi, opierającymi się o ścianę stosami teczek. Jedynie centralna część, w której stało imponujące biurko z lakierowanego drewna, przypominała o funkcji przezeń spełnianej.

– Doktor Grzegorzewski, organizator Akademii Lekarskiej w Gdańsku – przedstawił się mężczyzna, podając Mariannie dłoń.

– Marianna Palińska – odparła i uścisnęła dłoń rektora.

– Studiowała pani we Lwowie i skończyła tam Wydział Lekarski w roku… 39? – powiedział mężczyzna, patrząc na zaświadczenie Marianny. – Widzę podpisy profesora Bulandy i dziekana Zalewskiego, hmm…

– Skończyłam studia w ramach tajnego nauczania – wyjaśniła dziewczyna. – Załączyłam szczegółowe informacje dotyczące zaliczonych przedmiotów i wykładowców.

Rektor Grzegorzewski skinął głową.

– Odbyła pani potem praktyki? – zapytał.

– Nie. Niedługo potem zostałam aresztowana i wywieziona do Niemiec – odparła Marianna. Postanowiła przemilczeć swoją pracę w obozowym rewirze, bo trudno ją było uznać za niesienie pomocy chorym. – Chciałabym rozpocząć praktyki i uzyskać odpowiednie kwalifikacje do wykonywania zawodu.

Doktor przez dłuższą chwilę przyglądał się wykazowi przedmiotów dołączonemu do zaświadczenia, po czym odparł:

– Cóż, jeśli chodzi o zdawanie egzaminów, to placówka w Gdańsku zaczyna od zera, więc nie będę pani w stanie przyjąć ponownie na ostatni rok. I szczerze powiedziawszy, nie widzę w tym sensu, biorąc pod uwagę fakt, że zakończyła już pani swoją edukację. Mogę natomiast wysłać te dokumenty do ministerstwa z prośbą o uznanie zdobytych kwalifikacji, ale to może potrwać. Czy ma się pani gdzie zatrzymać?

– Mieszkam u ciotki w Sopocie – odparła Marianna, zbierając siły, by zadać najistotniejsze z jej punktu widzenia pytanie. – Czy jest możliwość, żebym była w jakiś sposób użyteczna dla uczelni? – zapytała nieśmiało, niemal natychmiast ganiąc się w myślach za niezręczne przedstawienie prośby.

Doktor zaśmiał się cicho.

– Myślę, że pani umiejętności przydadzą się bardziej w szpitalu miejskim niż przy zadaniach administracyjnych na uczelni. Nawet jeśli na razie chwilowo nie posiada pani jeszcze uprawnień – powiedział. – W obecnej sytuacji liczy się każda para rąk.

Marianna skinęła głową. Podała rektorowi dłoń na pożegnanie, jednocześnie tłumiąc grymas bólu.

* * *

Chirurg, z którym rozmawiała w szpitalu, nie dał się tak łatwo zwieść.

– Miała pani jakiś uraz nogi ostatnio? Źle złożone złamanie, postrzał? – zapytał, uważnie taksując dziewczynę spojrzeniem. – W takim stanie niełatwo będzie pomagać pacjentom. Pani sama potrzebuje doktora – dodał, nie uzyskawszy odpowiedzi.

Gdy dotarła do szpitala klinicznego, okazało się, że na miejscu pracowało jedynie trzech lekarzy i garstka personelu, głównie ochotników, a placówka miała ledwie osiemdziesiąt łóżek. Pomimo to poczekalnia pękała w szwach, a zespół pracował niemal na okrągło, by sprostać potrzebom mieszkańców miasta. Choć osoba, która odpowiadała za zarządzanie szpitalem, była akurat nieobecna, sanitariuszki skierowały Mariannę do jednego z lekarzy, bo jak same powiedziały: „za bardzo potrzebujemy rąk do pomocy, żeby czekać na oficjalne pozwolenia”. I tak oto trafiła do chirurga Duchlińskiego.

– Wielokrotne złamanie w tym samym miejscu i celowe jątrzenie ran – odparła wreszcie.

Podniosła lewą nogę i, oparłszy ją o łóżko, podwinęła spódnicę. Lekarz delikatnie ucisnął miejsce, w którym kończyna była zdeformowana. Dziewczyna syknęła cicho i zacisnęła mocno zęby, szykując się na nadchodzącą falę bólu i upokorzenia. W jej głowie rozbrzmiały surowe, wydawane rzeczową, monotonną niemczyzną polecenia, kierowane do obozowych sanitariuszek. Jednak zamiast tego chirurg łagodnie rozmasował mięśnie, a jego twarz nie wyrażała pogardy, lecz zaniepokojenie pomieszane z zainteresowaniem.

– Spokojnie, to wszystko jest już za tobą – powiedział cicho, puszczając jej kończynę.

Marianna z trudem zahamowała napływające do oczu łzy. Przypływ wzruszenia nie był co prawda tak silny jak wówczas, gdy szwedzcy sanitariusze po raz pierwszy zwrócili się do niej jak do istoty ludzkiej, jednak w zachowaniu mężczyzny wyczytała coś, czego nie doświadczyła od kilku lat, mianowicie zainteresowanie nią jako osobą. Lekarz, dostrzegając zmieszanie Marianny, odwrócił się na chwilę, dając dziewczynie czas na ochłonięcie.

– Najbardziej dokucza po długotrwałym wysiłku – powiedziała w końcu.

Chirurg oparł czoło o dłoń i mocno potarł. Marianna mimowolnie zauważyła, że nosi obrączkę.

– Moglibyśmy spróbować zoperować…

– Żadnych operacji, doktorze. Jestem to w stanie wytrzymać, zaakceptowałam już stałą obecność bólu w moim życiu – rzekła Marianna i uśmiechnęła się krzywo. – Jedyne, o co proszę, to o jakieś pożyteczne zajęcie, mam już dość bycia dla otoczenia balastem – w jej głosie pobrzmiewała determinacja.

Chirurg zawahał się i jeszcze raz ukradkowo spojrzał na nogę dziewczyny.

– Izba przyjęć, względnie praca w laboratorium. Na salę operacyjną się nie nadajesz, chyba że w charakterze pacjentki, zresztą i tak brakuje ci przede wszystkim doświadczenia – odparł.

Marianna uśmiechnęła się, tym razem szczerze.

– Kiedy mogę zacząć? – zapytała.

– Natychmiast. Zaprowadzę cię do pokoju sanitariuszek, pokażą ci, co i jak. Będziesz pod ich pieczą, przynajmniej do czasu, aż twój dyplom zostanie uznany – odrzekł chirurg. – Poczekaj chwilę – polecił, widząc, że Marianna zbiera się do wyjścia. Podszedł do ustawionej w rogu sali gabloty, wyciągnął klucz z kitla, przekręcił i wyciągnął niewielką buteleczkę oraz strzykawkę. Podał je dziewczynie.

– Gdyby ból stał się niemożliwy do zniesienia – oznajmił, patrząc na nią wyczekująco. Przytaknęła i schowała strzykawkę oraz butelkę do torby.

Do Sopotu wróciła późnym wieczorem, z wysiłkiem powłócząc nogami. Droga z częściowo spalonego dworca do domu Heleny wydawała się nieznośnie długa. Sanitariuszki w szpitalu miejskim od razu zaprzęgły ją do pracy i całe popołudnie oraz część wieczoru spędziła, wykonując badania wstępne, szyjąc rany i pomagając przy sporządzaniu dokumentacji. Instytucja była w opłakanym stanie, brakowało niemal wszystkiego, toteż karty pacjentów sporządzała na odwrocie dawnej niemieckiej dokumentacji, a przygotowując opatrunki, korzystała ze wszystkiego, co było pod ręką. Duży problem stanowiło również poruszanie się po zrujnowanym mieście. Żeby wrócić do domu, Marianna musiała dojść na przystanek tramwajowy w Bramie Oliwskiej. Ponieważ przemieszczanie się po mieście po zmroku było szczególnie niebezpieczne, na przystanek odprowadziła ją koleżanka z mężem. Kursujący wahadłowo, przepełniony tramwaj zabierał ją jedynie do Wrzeszcza, stamtąd musiała organizować sobie dalszą podróż do Sopotu. Czuła zmęczenie, lecz na długie godziny zapomniała o swoich problemach z nogą. Ponadto, po raz pierwszy od dawna, poczuła coś więcej niż obojętność i zniechęcenie. Dodawało jej to sił, by stawić czoła własnym ograniczeniom.

* * *

W weekend ulica Rokossowskiego tętniła życiem. Marianna spacerowała u boku świetnie ubranej Heleny, z ciekawością rozglądając się na boki, i jednocześnie robiąc wszystko, byleby tylko nie zwrócić na siebie uwagi. Przecławska wcześniej niemalże zmusiła ją do włożenia bawełnianej, rozkloszowanej sukienki z dekoltem w łódkę i pomalowania twarzy.

– Wyglądam jak pajac – oznajmiła Marianna, przeglądając się w dużym lustrze w salonie. – Jak karykatura człowieka rodem z hitlerowskiej propagandy – dorzuciła, przebiegając palcami po naprężonej skórze na policzkach i uważnie studiując sterczące kości policzkowe.

Helena skrzywiła się, gdy usłyszała te określenia.

– Nadal jesteś odrobinę za szczupła, ale szybko odzyskujesz kształty – odparła, nerwowo szarpiąc frędzle nonszalancko zarzuconego na ramiona szalika. – Masz zdrowy, młodzieńczy koloryt i ładne, ciemne włosy.

Marianna odruchowo sięgnęła dłonią do sięgających ledwie za ucho pukli włosów. Przyzwyczaiła się, że skóra jej głowy była porośnięta krótkimi, szpetnie obciętymi strąkami, toteż oduczyła się patrzenia na siebie i dotykania swojego ciała. Teraz powoli powracała do zapomnianych rytuałów, do starannego układania i pielęgnowania odrastających włosów, do rygorystycznej inspekcji znamion na ciele i liczenia wystających żeber. Co prawda unikała patrzenia na miejsca intymne, jednak nie uszło jej uwadze, że stała się krąglejsza i w niektórych dniach bardziej drażliwa, miewała również skąpe plamienia. Ten powrót do kobiecości był dla Marianny kwestią wstydliwą, lecz patrząc teraz na swoje odbicie w lustrze, nie mogła zaprzeczyć, że odzyskiwała i tę, najbardziej niewygodną ze wszystkich, cząstkę swojej osoby.

– Chyba jestem gotowa – oznajmiła, odwracając się do Heleny. Złowiła zamyślone spojrzenie kobiety i opuściła wzrok. Przecławska podała Mariannie kapelusz i płaszcz, po czym wyruszyły na niedzielny spacer.

Dziewczyna z zadumą obserwowała barwny korowód postaci odzianych w gustowne stroje, przewijających się przez główną ulicę miasta. Grupki żołnierzy w reprezentacyjnych mundurach i dobrze ubrane rodziny wysoko postawionych urzędników mieszały się z niepewnie rozglądającymi się na boki, kaleczącymi polski autochtonami i przesiedleńcami z kresów, którzy usiłowali ukryć skromny ubiór pod nieco zbyt grubymi płaszczami. Co modniejsi z nich mieli kreacje uszyte ze starych zasłon i pledów, młodzieńcy albo nosili pozbawione dystynkcji mundury, albo białe koszule z kołnierzem à la poeci doby romantyzmu. Helena co rusz spotykała znane sobie osoby, poczynając od artystów, przez urzędników najróżniejszego szczebla, aż po osobników o podejrzanej aparycji i niezbyt przyjemnym zapachu. Rozmowy, jakie przeprowadzała, również wahały się od przelotnej wymiany zdań po lekki flirt, głównie z oficerami. Marianna czasem wręcz odwracała się i podchodziła do wystawy najbliższego sklepu tudzież cukierni, udając, że coś ją w tym widoku zaabsorbowało, by ukryć swoją irytację połączoną ze zmieszaniem. Wreszcie kobiety zawędrowały pod pracownię fotograficzną Władysława Skoczylasa i stanęły przed znajdującą się tuż obok drzwi wejściowych gablotą z wybranymi zdjęciami.

– Przegląd miejscowych piękności – zauważyła Helena, zapalając papierosa. – Podobno musisz się spodobać, żeby zechciał ci w ogóle zrobić zdjęcie. Zainteresowana?

Marianna z przerażeniem potrząsnęła głową, co wywołało atak śmiechu u Przecławskiej.

– Pani Palińska? – Usłyszała nagle i zobaczyła, że podchodzi do niej chirurg ze szpitala klinicznego. U jego boku, niczym cień, snuła się niska, nieco tęga kobieta o rumianej twarzy i łagodnych, dużych oczach. Helena spojrzała pytająco na Mariannę.

– Doktor Przemysław Duchliński, chirurg, a to moja żona, Wiesława – przedstawił się mężczyzna, spoglądając na swoją żonę.

– Pani Helena Przecławska, aktorka – powiedziała Marianna. – Z panem doktorem pracuję w szpitalu miejskim.

Helena skinęła uprzejmie głową.

– Pani jest sanitariuszką? – zapytała żona chirurga.

– Pani Palińska jest świeżo po studiach i u nas nabywa praktyki, chociaż nie wiem, w jakiej dziedzinie chciałaby się w przyszłości rozwijać – odparł szybko Duchliński, ukradkowo spoglądając na Mariannę.

– Na razie w żadnej konkretnej, ale jeśli miałabym wybierać, to najbardziej interesuje mnie pediatria.

– To dobra specjalizacja dla kobiety – rzuciła zdawkowo Wiesława i zerknęła ostentacyjnie na zegarek. – Spóźnimy się – powiedziała do męża.

Duchlińscy pożegnali się i oddalili spiesznym krokiem w stronę molo.

– Temu to ja nie zazdroszczę – skwitowała Helena, opierając ręce na biodrach.

– Co proszę? – zapytała Marianna, wciąż analizując w myślach pobłażliwą uwagę doktorowej dotyczącą pediatrii.

– Nie zauważyłaś? – zdumiała się Helena. – Prawie na nią nie patrzył, zachowywał się, jakby była obcą, natrętną osobą, natomiast nas świdrował wzrokiem. Skłamałabym, mówiąc, że jest pierwszym tego typu mężczyzną, którego tu poznałam, ale on aż pachnie desperacją.

Marianna nie odpowiedziała. Wkrótce potem napotkały grupkę znajomych Przecławskiej i dały się zaprosić na wieczór karciany. Mieszkanie było brudne, a w kuchni kręciła się młoda Niemka z chustką na głowie. „Gospodyni”, jak wyjaśnili gospodarze. Na stole stały jedynie ogórki i butelka nielegalnie zakupionego bimbru, lecz towarzystwo bawiło się wyśmienicie. Marianna usiłowała brać udział w grze, lecz jej myśli wciąż natrętnie powracały do wcześniejszego spotkania i pierwszej wizyty w klinice. I choć nie chciała dostrzec powiązania między tymi sytuacjami, to umysł podsuwał jej najróżniejsze, wymyślne interpretacje. Położyła się spać późno, z mętlikiem w głowie.

* * *

Świtało, gdy Marianna zmierzała w stronę szpitala miejskiego przy ulicy Klinicznej. Dotychczas z reguły korzystała z transportu dla pracowników portowych, lecz dziś spóźniła się i była zdana na siebie. Przechodziła przez zrujnowane centrum Wrzeszcza, próbując wypatrzyć trasę z najmniejszą liczbą przeszkód do pokonania i jednocześnie nie zwracając na siebie uwagi wszechobecnych mężczyzn. Stali w grupkach, po trzech, czterech; niektórzy rozkładali dobra z szabru na kawałkach plandek i oferowali je przechodniom, inni zaś, znudzeni, siedzieli na zwaliskach gruzów, obserwując ludzi i wymieniając głośno uwagi na ich temat.

– Ej, ty! – wrzasnęli do Marianny. – Może wrócisz do nas po zmroku? Pokażemy ci, do czego została stworzona kobieta!

Dziewczyna opuściła głowę i umknęła w jedną z bocznych, mniej zniszczonych uliczek. Czasem mijały ją pojedyncze osoby, które w koszach przenosiły różnego typu towary do wystawienia na prowizorycznym rynku przy dawnej głównej arterii dzielnicy, lecz poza tym okolica była opustoszała. Marianna przyspieszyła kroku i dotarła do rozwidlenia, gdzie kameralna uliczka łączyła się z drogą, przy której stały imponujące, kilkupiętrowe, bogato zdobione kamienice.

Uwagę dziewczyny przykuła następująca scena: dwoje starszych ludzi powoli wyszło z jednej z niezniszczonych kamienic przy ulicy Jaśkowa Dolina, ciągnąc za sobą prowizoryczne, wypchane wózki z przedmiotami osobistymi. Starsza kobieta odwróciła się i rzuciła ostatnie spojrzenie na swój dawny dom. Na jej naznaczonej wiekiem twarzy pojawiły się łzy. Mężczyzna podszedł do niej, delikatnie musnął policzek żony opuszkami palców i powiedział coś szeptem. Staruszka otarła łzy i para powoli zaczęła iść w stronę Oliwy, a łoskot toczących się po nierównym chodniku wózków odbijał się echem po okolicy. Marianna zauważyła leżące na ziemi, oprawione w ładną, metalową ramkę zdjęcie, które musiało wypaść z ekwipunku obserwowanego przez nią małżeństwa. Podniosła przedmiot, podbiegła do staruszki i wręczyła jej ramkę. Kobieta przesunęła dłonią po szkle, jakby usiłowała zetrzeć kurz z fotografii, a następnie przeniosła wzrok na Mariannę.

– Żadne z nich nie wróciło – powiedziała staruszka, pokazując dziewczynie zdjęcie, na którym uwieczniono dwóch młodych mężczyzn w mundurach oficerów Wehrmachtu oraz dziewczynę w stroju sanitariuszki.

Marianna wyciągnęła kilka banknotów, które miała w kieszeni i podała je kobiecie, lecz staruszka odtrąciła jej dłoń.

– Niech cię Bóg błogosławi, dziecko – rzekła, jednak w jej oczach dziewczyna nie dostrzegła żadnych emocji. Gościła tam jedynie pustka.

Małżeństwo wznowiło swoją wędrówkę. Panna Palińska odprowadziła ich wzrokiem, po czym ruszyła dalej. Wkrótce napotkała kolejne grupki Niemców niosących swój dobytek na plecach. Przeważnie szli w milczeniu, z wzrokiem wbitym w ziemię. Jedynie dzieci, wychudłe, odziane w schodzone ubrania rozglądały się uważnie dookoła i próbowały zaczepiać przechodniów, lecz szybko były uciszane przez swoich opiekunów. Marianna miała wrażenie, że znalazła się pośrodku ponurej procesji nieumarłych, tak zły był stan większości z nich.

Gdzieniegdzie gromadziły się grupki gapiów, obserwujące i komentujące między sobą całe zajście. Dało się słyszeć głośne gwizdy, padały też wyzwiska. Marianna przyspieszyła kroku. Wkrótce dotarła do obozu przejściowego przy dawnej Hindenburg Allee, odbiła na północ i kilkanaście minut później znalazła się w szpitalu. Włożyła fartuch i dołączyła do porannego obchodu.

– Gdzie oni kierują tych wszystkich Niemców? – zapytała w wolnej chwili swoją koleżankę, Anielę.

Sanitariuszka wzruszyła ramionami.

– Chyba najpierw do obozu w Narwiku, a potem do siebie – odparła obojętnym głosem. – Dostają nakaz i wędrują ze wszystkim, co są w stanie udźwignąć.

– Powinni się cieszyć, że mogą cokolwiek wziąć – wtrąciła Róża, młoda sanitariuszka o pięknych, platynowych włosach. – Pamiętam, jak wysiedlali moich sąsiadów, to te ich baby z Bündu wydarły im nawet pościel z bagażu. Niech poczują nasz ból.

Pozostałe zgromadzone w pomieszczeniu kobiety pokiwały głowami.

– Prawda jest taka, że muszą iść precz, chociażby z tego względu, że już teraz jest problem z przydziałem mieszkań. Jakby ich i tych pseudo-Polaków, byłych „gdańszczan” wywalić, to nasze chłopaki przyjeżdżające do pracy w porcie nie musiałyby waletować po kątach w przepełnionych izbach, tylko mieliby zapewnione godne warunki – dorzuciła Aniela, utkwiwszy wzrok w Mariannie.

Zapadła niezręczna cisza.

– Palińska, chodź ze mną – rzekła nagle Krystyna, jedna z najbardziej doświadczonych pracownic na oddziale.

Wyszły na korytarz.

– Współczuciem dla Niemców tu sobie sympatii nie zaskarbisz – zawyrokowała, mrużąc oczy.

Marianna podwinęła rękaw i pokazała koleżance swoje przedramię. Krystyna syknęła cicho i odwróciła wzrok.

– Sądzę, że jeśli byłam w stanie zachować w sobie resztki współczucia, to inni powinni tym bardziej móc wykrzesać z siebie odrobinę empatii – powiedziała twardo.

– Nam też było ciężko – odparła Krystyna. – W czasie okupacji wszystkim było ciężko i nikogo nie obchodzą przeżycia innych. A teraz wojna się skończyła i trzeba zapomnieć. Nie daj się pozbawić szansy na nowe życie przez kresowy sentymentalizm, niezależnie od tego, jak bardzo wierzysz w swoją rację – dodała i wróciła do pomieszczenia socjalnego.

Marianna wzięła głęboki wdech i oparła się o ścianę. Poczuła nagły przypływ bólu i jej myśli odruchowo powędrowały w stronę schowanej w torbie morfiny. „Dlaczego nie? Czemu nie miałabym zapomnieć, chociaż ten jeden raz?” – pomyślała, a jej dłonie zacisnęły się w pięści.

– Wszystko w porządku? – Usłyszała znajomy głos. Podniosła głowę i ujrzała doktora Duchlińskiego przypatrującego się jej uważnie.

– Tak, tak – powiedziała szybko, nienaturalnie pogodnym głosem. – Drobne nieporozumienie. Czasami jestem zbyt impulsywna i potrzebuję wtedy chwili spokoju.

Brwi chirurga powędrowały do góry.

– Ekhem – odchrząknął, rzucając kontrolne spojrzenie w stronę pomieszczenia sanitariuszek. – Być może nie do końca przemyśleliśmy umieszczenie pani tutaj, biorąc pod uwagę posiadane kwalifikacje. Gdyby to pomogło, mógłbym porozmawiać o przeniesieniu pani do jednego z gabinetów – dodał po chwili.

Marianna potrząsnęła głową, choć pierwsza odpowiedź, jaka przyszła jej do głowy, brzmiała: „tak”.

– Wtedy pomyślą, że z jakiegoś względu zasłużyłam sobie na szczególne traktowanie. Tak rodzą się plotki – odparła i prawie natychmiast pożałowała swojej szczerości. Nierozsądnie było doszukiwać się niezręczności w sytuacji, która, jak na razie, wyglądała na kłopotliwą wyłącznie w jej wyobraźni.

Twarz Duchlińskiego stężała.

– Czy ma to dla pani jakiekolwiek znaczenie? Po tym, co wszyscy przeżyliśmy, stwierdzam, że bardzo niewiele rzeczy w ogóle mnie rusza – odrzekł, a w jego głosie słychać było znużenie i apatię.

Marianna zdobyła się na uśmiech.

– Nigdy nie uważałam, że osobiste nieszczęścia uprawniają mnie do nadużywania życzliwości innych albo naginania zasad. Niemniej, dziękuję doktorowi za okazane mi zainteresowanie i mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli odnosić się do siebie jak koledzy po fachu – powiedziała, prostując się i patrząc rozmówcy prosto w oczy.

– Rozumiem – odpowiedział Duchliński. – I liczę na to, że zdoła pani wyjaśnić to nieporozumienie – dorzucił. – A teraz chyba oboje musimy wracać do pracy.

Marianna skinęła głową i z satysfakcją odnotowała, że chirurg spojrzał na nią z szacunkiem.

* * *

Druga połowa listopada przyniosła wyczekiwaną decyzję ministra zdrowia o uznaniu uprawnień zdobytych przez Mariannę we Lwowie. W tym samym tygodniu podjęła pracę jako lekarz stażysta na oddziale dziecięcym w Szpitalu Miejskim w Gdańsku i otrzymała przydział mieszkaniowy w okolicy. Przysługiwały jej dwa pokoje w dużej, secesyjnej kamienicy przy Marienstrasse. Mieszkanie, oryginalnie sześciopokojowe, miała dzielić z rodziną pewnego, pochodzącego z Warszawy, urzędnika średniego szczebla.

Dziewczyna poczuła, jak ją mdli, gdy po wprowadzeniu się do mieszkania odkryła, że piec w kuchni jest jeszcze ciepły, a w jadalni nakryty stół oczekiwał na domowników. Przeprowadziła szybką inspekcję wszystkich pomieszczeń i zebrała nieliczne, pozostawione przez poprzednich mieszkańców przedmioty osobistego użytku. Zapakowała je do kartonu, który następnie ukryła na dnie szafy w swojej sypialni. Usiadła na obitym miękką tkaniną krześle, wyciągnęła kupiony od sowieckiego podporucznika pistolet i położyła broń na biurku. Otworzyła pożyczoną od Heleny książkę Cata-Mackiewicza, lecz nie mogła skupić się na lekturze. Nie była w stanie określić, co przeszkadza jej bardziej: dawno już zapomniane tykanie zegara w oddali czy poczucie, że jest intruzem we własnym domu. Sprzęty utrzymane w dobrym stanie, kolorystycznie dobrane zasłony i dywany wciąż przypominały Mariannie o tym, że jej obecny komfort został okupiony niedolą rodziny, która tu przed nią mieszkała. „Wszak wszelki dobrobyt na świecie jest rezultatem uciskania jednej grupy przez drugą, z czego ta, która odnosi korzyści, jest zawsze mniej liczna” – pomyślała, by powołać się na racjonalne argumenty przemawiające za jej prawem do tego miejsca.

Nadszedł wieczór. O tej porze słuchałaby z Heleną audycji Cioci Hali w Polskim Radiu Gdańsk, paląc przy tym papierosy i naprawiając ubrania. Teraz, skonfrontowana z samotnością, snuła się po pokojach, podśpiewując pod nosem szlagiery Hanki Ordonówny, okazjonalnie popijając z ostatniej butelki nielegalnie zakupionego bimbru. Odpisała także na kolejny list Jędrzeja. Chłopak zachęcał ją do przyjazdu do Krakowa.

– Nie zostanę niczyją żonką, ty napuszony karierowiczu – mruknęła pod nosem, stawiając zamaszyście kropkę wieńczącą ostatnie zdanie.

Zaraz po przybyciu do Gdańska zaczęła intensywnie korespondować z rodziną i dawnymi przyjaciółmi. Niektóre listy pozostały bez odpowiedzi, w kilku wypadkach otrzymała krótkie zawiadomienia o śmierci adresata, lecz bardzo dużo osób odpisywało. Ludzie byli złaknieni kontaktu i wiadomości, a choć najczęściej pisali o rzeczach trywialnych, Marianna zwracała uwagę na każdy strzępek informacji, jaki mógłby ją naprowadzić na miejsce pobytu jej brata. Często jednak, jak miało to miejsce w przypadku korespondencji z Jędrzejem, dziewczyna odnosiła wrażenie, że niedostatecznie się stara i tak naprawdę nie podejmuje realnych prób odnalezienia rodziny, a jedynie usprawiedliwia się w swoich oczach. W tych chwilach nie raz dawała upust trzymanemu w sobie gniewowi. A tego wieczoru negatywne odczucia zintensyfikowało wrażenie bycia osaczoną w nieznanym sobie miejscu. Miała ochotę zniszczyć to mieszkanie, zachować się jak żołnierz-zdobywca, wyrzucić albo sprzedać pozostawione sprzęty, zerwać podłogę i pociąć idealnie równe tapety. Jednak wyuczony szacunek oraz współczucie powstrzymywały ją przed dokonaniem aktu destrukcji.

Rano, w sobotę, zaskoczeni lokatorzy, którzy dopiero co przenieśli się z Warszawy, minęli niedoszłą sąsiadkę taszczącą po schodach dwie wypchane torby. Natomiast Helena, ponownie widząc Mariannę w progu swojego domu, nie wydawała się szczególnie zaskoczona.

– Zwyczajnie nie mogłam – powiedziała dziewczyna. – Tamto miejsce… pachniało jeszcze tymi ludźmi, czuło się ich obecność na każdym kroku.

– Nie to, co w pustych, obrabowanych ścianach – odparła ironicznie Helena, wpuszczając lekarkę do środka.

Marianna postawiła walizki w przedpokoju i uściskała przyjaciółkę.

– Przynajmniej nie jestem pierwszą, która ich okradła – odcięła się.

* * *

Nazajutrz, gdy Marianna schodziła ze schodów, zauważyła smukłą sylwetkę Heleny rzucającą długi cień na posadzkę. Kobieta stała na werandzie, patrząc przez okno gdzieś w dal i obracając cienką, damską lufkę między palcami. Odziana jedynie w cienki, sięgający ledwie za kolano satynowy szlafrok, bez peruki na głowie przywodziła na myśl porzuconą porcelanową lalkę, wypatrującą z utęsknieniem swojego dawnego właściciela.

– Wiem, że tu jesteś – powiedziała, a jej ciało zafalowało łagodnie. Nie odwróciła się jednak w stronę Marianny. – Cokolwiek sobie myślisz, ani mi się waż okazywać jakiekolwiek współczucie.

Przyłożyła papieros do ust, zaciągnęła się mocno i wypuściła dym.

– Czy coś się stało? Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapytała Marianna i podeszła do Heleny. Szlafrok kobiety był niechlujnie zawiązany, przez co eksponował wychudłą klatkę piersiową zwieńczoną małymi, nieco spiczastymi piersiami, nieznacznie odznaczającymi się pod lejącym się materiałem.

– Stało się dokładnie to, co przewidywałam na samym początku. Czas niestety robi swoje i dawne sztuczki już nie działają – odparła Helena. Widząc zaskoczoną minę Marianny, zachichotała pod nosem. – Ach, nie przejmuj się tym, moja droga, w świecie artystów jest to absolutnie normalne. Raz nas ubóstwiają, innym razem… – Wzruszyła ramionami. – Atmosfera nieszczególnie napawa mnie optymizmem, niemniej nie znaczy to, iż zamierzam się poddać.

– Chodzi o szkołę muzyczną? – dopytała Marianna, mglisto przypominając sobie plan przyjaciółki dotyczący ożywienia życia kulturalnego w Sopocie.

Helena prychnęła pod nosem.

– „Niska użyteczność społeczna” i „marnowanie potrzebnej obywatelom przestrzeni na burżuazyjne rozrywki” – rzekła z przekąsem. – Ale czego można się spodziewać po bandzie wypucowanych proletariuszy, którzy jeszcze dwa lata temu sprzątali w naszych domach i pracowali na nasze utrzymanie? Większość z nich to na dodatek cholerni analfabeci! W uzasadnieniu odmowy przyznania mi lokalu pod szkołę znalazłam kilka błędów ortograficznych. Po twojej minie wnoszę, że tobie nie idzie lepiej?

Marianna potrząsnęła głową.

– Żadnych wieści – odparła.

– Ostatnio przybył nowy transport z Lwowa – podsunęła Helena.

– Rozpytywałam na dworcu. Tak samo jak poprzednim razem i jeszcze wcześniejszym. Nikt nic nie wie, nikt nie kojarzy Palińskich – odparła Marianna.

Helena ponownie zaciągnęła się papierosem.

– Zbliża się zima, w mieście brakuje pracy i wolnych lokali. Nie chcę cię zniechęcać, ale chodzą pogłoski, że kolejne transporty mogą być przekierowywane do innych miast – powiedziała.

Marianna westchnęła ciężko i utkwiła wzrok w wiszącej nad Sopotem mgle. Przedwczoraj otrzymała list z Czerwonego Krzyża, w którym poinformowano ją o aresztowaniu jej stryja przez Gestapo i przewiezieniu go do jednego z obozów. Według organizacji, mężczyzna przeżył i przebywał obecnie w obozie przejściowym. O ciotce i bracie nie wspomniano. Marianna wahała się, czy nawiązać kontakt z krewnym, którego zaufanie zawiodła, lecz ostatecznie przełamała się i napisała do niego, podając swój obecny adres zamieszkania. Wiedziała, że miną tygodnie, nim otrzyma odpowiedź, lecz obawiała się jej tak samo, jak i ponownego zjednoczenia z rodziną. Nie wiedziała, jak miałaby wytłumaczyć podjęte przez siebie decyzje, ani tym bardziej czy kiedykolwiek uzyska wybaczenie.

– Wiesz, czego nam potrzeba? – zagaiła po chwili Helena.

Marianna odpowiedziała jej beznamiętnym spojrzeniem.

– Towarzystwa i dobrej zabawy. Zorganizujemy przyjęcie, jakiego nasi znajomi nie widzieli od czasów przedwojnia – wyjaśniła z błyskiem w oku Helena.

* * *

Z kuchni dobiegał przyjemny aromat pieczonego mięsa. Marianna zrzuciła niewygodne pantofle i weszła do pomieszczenia, niosąc wypełniony warzywami wiklinowy kosz.

– Postaw go na blacie za mną – poinstruowała ją Helena. W zdobnym turbanie na głowie i zawiązanym na kokardę fartuchu z falbankami wyglądała niczym wzorcowa, a zarazem nowoczesna pani domu. Obok kuchenki gazowej rozłożyła grubą niemiecką książkę kucharską i ze skupieniem na twarzy studiowała znajdujące się w niej przepisy.

– Do diaska, nigdy nie byłam w tym dobra! – warknęła pod nosem. – Chciałam uraczyć naszych gości jakimiś pomorskimi specjałami, ale zapomniałam o tym, że kuchnię zawsze uważałam za domenę zdradzanych żon i kiepsko opłacanych kucht. Nie mówiąc już o moim wstręcie do języka niemieckiego – wyjaśniła, zerkając na Mariannę.

Dziewczyna spojrzała na bulgoczącą smętnie w garnku breję i uniosła brwi.

– Jak chcesz serwować kuchnię pomorską, to nie powinnaś podać ryb? – zapytała zdezorientowana. – Nawet nie wiedziałam, że można dostać mięso.

– Bo nie można, chyba że uda ci się coś kupić bezpośrednio od rolnika. A ryb nie zamierzam skrobać – odburknęła Helena.

Marianna uśmiechnęła się w duchu. Ściągnęła płaszcz, szal oraz rękawiczki, które położyła na krześle nieopodal wyjścia do jadalni.

– Nakryj stół i przypilnuj reszty spraw, a ja mogę zająć się gotowaniem – oznajmiła.

Na twarzy Heleny pojawił się wyraz ulgi.

– Goście przyjdą za niecałą godzinę, nie sądzę, że się wyrobisz bez pomocy – orzekła sceptycznie.

Marianna machnęła dłonią.

– Nieważne. To ty będziesz gwiazdą wieczoru. Ja pozostanę „źle opłacaną kuchtą” – odgryzła się.

Helena zrobiła kwaśną minę, lecz w jej oczach błysnęła iskierka radości. Ucałowała Mariannę w policzek i niemal wybiegła do salonu. W tym samym czasie dziewczyna zaczęła obierać, a następnie kroić warzywa. Potem ułożyła je w rondelku i zalała odrobiną domowego wina. Ostrożnie zebrała szumy z gotowanego przez Helenę rosołu i dolała chochlę wywaru do warzyw. Zeszła do spiżarni, z której wróciła z mlekiem i jajkami.

Do drzwi zaczęli dzwonić pierwsi goście. Ponieważ kuchnia znajdowała się na tyłach domu, do uszu Marianny docierały jedynie stłumione głosy, czasem pojedyncze, głośniej wypowiedziane zdania. Pracowała dalej, przypominając sobie popołudnia spędzane z ciotką na lepieniu cepelinów i pielmieni, przygotowywaniu zaczynu na ciasta oraz gotowaniu budyniu z dyni. Pomimo swojej majętności pani Palińska uważała, że każda gospodyni powinna umieć gotować, toteż zatrudniała pomoc jedynie, gdy szykowano przyjęcie dla dużej liczby gości. Przykładała również wagę do ekonomicznego prowadzenia gospodarstwa i starała się przekazać swoją wiedzę i umiejętności bratanicy męża. Marianna z ochotą chłonęła tę wiedzę, starając się odnajdywać interesujące ją aspekty w pozornie nudnych i powtarzalnych czynnościach.

Wkrótce dołączyły do niej trzy ochotniczki i razem uporały się z pilnowaniem oraz podawaniem kolejnych talerzy z daniami i przekąskami. Gdy ostatnie wypełnione blinami naczynie opuściło kuchnię, Marianna poczuła nieprzyjemne mrowienie w nodze. Przeprosiła swoje towarzyszki i przemknęła niepostrzeżenie przez przylegającą do kuchni jadalnię. Nie mając sił, by wspiąć się po schodach, weszła do pokoju Heleny i zamknęła drzwi. Położyła się na łóżku przyjaciółki i, głęboko oddychając, rozmasowała obolałą kończynę. Nieprzyjemne napięcie ustąpiło. Podniosła się i skontrolowała swój wygląd w lustrze. Sweter z musztardowej włóczki i nieco szkolna, plisowana spódnica ze śliskiego materiału sprawiały, że przypominała uczennicę liceum. Zaczesała opadające smętnie włosy do góry i spięła wziętymi z gablotki Heleny spinkami. Fryzura uwydatniła owal twarzy Marianny, jednocześnie pozbawiając ją infantylnego wyglądu. Wciągnęła powietrze do płuc i zdecydowała się dołączyć do gości.

Wchodząc do salonu, doznała lekkiego szoku. Poza znanymi jej z kortów i wyścigów konnych oficerów i urzędników, w pomieszczeniu znaleźli się również sąsiedzi z okolicznych budynków oraz przyjaciele-artyści Heleny, zaś w rogu pomieszczenia, przy ścianie stał chirurg Duchliński. Uważne, ciemnobrązowe oczy lekarza śledziły ruchy pozostałych gości.

– Ach, jest i bohaterka dzisiejszego wieczoru! – wykrzyknęła Helena, wskazując na Mariannę.

Duchliński obrócił gwałtownie głowę w stronę młodej lekarki. Zmierzył ją spojrzeniem i szybko opuścił wzrok. Marianna zignorowała go i z ulgą dała się wciągnąć w zajmującą rozmowę dotyczącą kuchni regionalnych. Wesołą pogawędkę przerwało przybycie Remigiusza Hoffmana z żoną. Mężczyzna zamieszkiwał w tak zwanym „sowim domu”,o prawo do którego obecnie toczył się spór pomiędzy nim a jednym z urzędników, także obecnym na przyjęciu.

– Drodzy państwo Hoffmanowie, tak się cieszę, że udało wam się dzisiaj do nas dołączyć! – przywitała ich Helena, wylewnie witając się z nowo przybyłymi. – Może zasiedlibyśmy do brydża? – rzuciła w stronę reszty towarzystwa.

Odpowiedziały jej skwapliwe pomruki aprobaty.

– Kto gra pierwszy? – zapytała Helena.

Marianna podniosła rękę do góry, licząc że znajdzie się w parze z przyjaciółką. Przecławska uśmiechnęła się szeroko i zwróciła do gości:

– Kto ma ochotę dołączyć do mojej uroczej współlokatorki? – zapytała, trzepocząc niewinnie rzęsami i omiatając towarzystwo wzrokiem. Podniosło się parę dłoni. – Może pan, panie doktorze? – zapytała Duchlińskiego.

Chirurg spojrzał na gospodynię zdumiony, jakby właśnie wyrwała go z transu.

– Ależ oczywiście – odparł.

Drugą parę stworzyła Helena z panem Hoffmanem, ku niezadowoleniu majora Rzeplińskiego, który przysiadł na stojącej nieopodal kanapie i utkwił drapieżne spojrzenie w domniemanym rywalu. Pozostali goście podzielili się na mniejsze grupki, część zaczęła majstrować przy radiu, inni zaś przypatrywali się grze. Marianna próbowała unikać wzroku doktora Duchlińskiego, jednak miała wrażenie, że chirurg cały czas ją obserwuje, co sprawiało, iż nie mogła skoncentrować się na brydżu. Zamoczyła usta w domowym winie, lecz słodkawy smak napoju zemdlił ją, toteż szybko odstawiła kieliszek i zwróciła się do Hoffmana:

– Z tego co słyszałam, jest pan naukowcem.

Mężczyzna przytaknął.

– Wykładałem architekturę na Technische Hochschule Danizg, czy jak obecnie się mówi „na Politechnice”. Teraz nie mam stałego zatrudnienia, niemniej liczę, że moje nowe papiery coś zmienią w tej kwestii – odparł, kładąc kartę na stół.

Marianna ułożyła swoje karty kolorami.

– O jakich papierach pan mówi ? – zapytał Duchliński, dokładając damę kier.

– Dokumenty potwierdzające moją polskość – odparł Hoffman. – Mnie i mojej rodzinie udało się pomyślnie przejść procedurę weryfikacyjną. Zresztą, absurdem byłoby, gdyby stało się inaczej, wszak nasi przodkowie to rodowici Polacy.

– Czy uważa się pan za Polaka? – Chirurg szedł za ciosem.

Dawny wykładowca odchrząknął znacząco.

– Uważam się za tego, za kogo w danym momencie wypada się uważać. Przedwczoraj byłem gdańszczaninem, wczoraj obywatelem Trzeciej Rzeszy, a dziś równie dobrze mogę być Polakiem. Tego typu określenia brzmią dumnie, lecz w swej istocie nie definiują nas. Liczy się region, z którym jesteśmy związani, a ten, do kogo obecnie ten skrawek ziemi należy… – wzruszył ramionami – przypina nam odpowiednią łatkę.

– Oportunista! – parsknął ktoś z tyłu. Hoffman odwrócił się na krześle i spojrzał na czerwonego ze wściekłości urzędnika Janickiego. – Oportunista i hitlerowski sprzedawczyk!

– Napadasz mnie w moim domu i wywlekasz na ulicę, a potem odmawiasz uznania prawomocnego orzeczenia i zwrócenia mi mojej własności. I kto tu jest oportunistą? – zapytał chłodno Hoffman.

Wydarzenia potoczyły się tak szybko, że Marianna ledwie uchwyciła moment, w którym Janicki rzucił się na dawnego wykładowcę. Niemal natychmiast interweniował major i kilku innych gości. Rozdzielili zwaśnionych mężczyzn, lecz przyjemny nastrój bezpowrotnie minął. Urzędnik wyrwał się z chwytu wojskowego i splunął pod stopy Hoffmana.

– Kanalia! – wrzasnął, po czym opuścił pomieszczenie, trzaskając drzwiami.

Zapadła niezręczna cisza, przerywana tłumionymi szlochami pani Hoffman.

– I jak tu żyć pod jednym dachem, kiedy między nami taka nienawiść? – wyjęczała.

Helena podeszła do kobiety i pomogła jej doprowadzić się do porządku. Goście powoli zaczęli się rozchodzić, rzucając nieśmiałe słowa pożegnania i dziękując za „udany wieczór”.

– Pani też powinna się już położyć. – Usłyszała Marianna. Duchliński delikatnie musnął jej dłoń palcami i skinął lekko głową.

Po posprzątaniu salonu i wysłuchaniu do końca lamentu pani Hoffman, Marianna udała się do swojego pokoju na poddaszu. Ściągnęła ubranie i złożyła je na krześle. Przemyła twarz w misce wody i dokładnie ją wytarła. Zaczęła studiować swoją skórę w lustrze, gdy kątem oka dostrzegła irytujący ją szczegół. Pod krzesłem leżał jakiś śmieć. Podeszła i podniosła go z podłogi. Zwitek papieru, musiał wysunąć się z kieszeni spódnicy. Rozprostowała kartkę i odczytała wiadomość:

Hipodrom, niedziela, południe. D.

* * *

Od Heleny pożyczyła rower, solennie obiecując, że będzie go pilnować niczym oka w głowie i ruszyła w stronę Karlikowa. Nieuchronnie zbliżała się zima, chłodne powietrze bezlitośnie przedzierało się przez ocieplany płaszcz Marianny, przewiewając wrażliwe na zmiany temperatury ciało kobiety. Odrzuciła głowę do góry i spojrzała na niebo. W tym momencie czuła się szczęśliwa, że jest wolna i jej życie nie podlega już rygorystycznym, obozowym zasadom. Odzyskała poczucie kontroli, które, pomimo zaobserwowanych przez nią zmian i napotykanych trudności, dawało kobiecie siłę, by wstawać rano i decydować o sobie.

Hipodrom znajdował się w niewielkiej odległości od Dolnego Sopotu i już wkrótce na horyzoncie dostrzegła wzgórza morenowe. Marianna odbiła na północ, wjeżdżając na ulicę Polną. W zasięgu wzroku dziewczyny pojawiły się trybuny i niskie, parterowe budynki. Zsiadła z roweru i, prowadząc pojazd, weszła na teren dawnego toru wyścigów konnych. Nagle wyrósł przed nią milicjant.

– A towarzyszka jaki ma powód, by tutaj przebywać? – zapytał, opierając dłonie na biodrach. – To teren UNRRA, a wy nie wyglądacie mi na wolontariuszkę – dorzucił po chwili, dość jednoznacznie przesuwając wzrokiem po sylwetce Marianny. Kobieta zagryzła zęby, by stłumić cisnące się na usta słowa zdradzające obrzydzenie, jakie w niej wywołał. – Prędzej na taką, co szuka okazji, hmm?

– Doktor Palińska jest ze mną. – Dziewczyna usłyszała głos Duchlińskiego i odczuła ulgę. Chirurg wyłonił się zza jednego z budynków. – Zgodziła się mi dzisiaj pomóc, mam nadzieję, że nie robiliście jej trudności?

Na twarzy milicjanta pojawił się przelotnie grymas niezadowolenia, jednak mężczyzna natychmiast zszedł z drogi Mariannie.

– Proponuję zamknąć twój rower w jednym z pomieszczeń gospodarczych, w innym wypadku któryś z kręcących się w okolicy cwaniaczków może się na niego połasić – rzekł chirurg, zniżając głos.

Odstawili pojazd i udali się do stajni. Ze środka dobiegały wesołe rozmowy w języku angielskim. Wewnątrz krzątało się kilku grubo odzianych mężczyzn. Część z nich sprzątała boksy, inni zaś zajmowali się zwierzętami. Na widok Duchlińskiego wesoło zakrzyknęli: „Good afternoon, doctor!”. Chirurg zamienił kilka słów z jednym z mężczyzn, krępym, acz rozbudowanym w barkach brunetem, jednak nieznajomość języka uniemożliwiła Mariannie branie udziału w rozmowie. Z ciekawością natomiast i pewnym wzruszeniem obserwowała starannie wypielęgnowane konie, przypominając sobie, jak wiele z tych majestatycznych zwierząt widziała martwych, rozkładających się na drogach w Niemczech i Polsce.

– Kim są ci ludzie? – zapytała Duchlińskiego, gdy skończył rozmowę.

– To tak zwani „morscy kowboje”, w większości farmerzy z Ameryki, wolontariusze, którzy sprowadzają konie i bydło do Europy. Ich zadaniem jest dbanie o zwierzęta w czasie przeprawy i przez jakiś czas w miejscu docelowym. W ten sposób UNRRA chce pomóc odtworzyć populację tych zwierząt w krajach najbardziej dotkniętych wojną – odparł Duchliński, po czym zaprowadził Marianną do boksu, w którym stała jasna klacz. Chirurg wszedł do środka i poprosił swoją towarzyszkę, by podała mu zgrzebło.

– Jest piękna – rzekła dziewczyna, delikatnie dotykając grzbietu zwierzęcia.

– W moim rodzinnym majątku hodowaliśmy konie – powiedział Duchliński. Stanął po drugiej stronie i kolistymi ruchami zaczął masować klacz, zrzucając przy tym osiadły na włosiu brud. Marianna cofnęła się po szczotkę do czesania sierści i również przystąpiła do pracy. – Jeszcze przed wyjazdem na studia każdego dnia udawałem się na przejażdżkę po okolicznych lasach – podjął po chwili chirurg. – Niewiele rzeczy w moim późniejszym życiu mogło się równać z tamtym poczuciem wolności i beztroski – dodał, zaciskając nienaturalnie usta.

– Zatem przychodzi pan tutaj, by choćby na chwilę poczuć się tak jak wtedy? – zapytała Marianna.

Duchliński zaśmiał się ponuro.

– Przychodzę tutaj, żeby pomyśleć. Moja żona nienawidzi koni i nigdy nie postawiłaby stopy na terenie hipodromu. Tak się akurat złożyło, że jeden z pracowników UNRRA złamał w paskudny sposób nogę i to ja ją nastawiałem. Dzięki temu dostałem pozwolenie na przebywanie tutaj: doglądam pacjenta i jednocześnie mogę się rozkoszować spokojem. Szokuje cię to, nieprawdaż? – rzekł, wpatrując się uważnie w twarz Marianny.

Dziewczyna potrząsnęła głową. Duchliński przysunął się bliżej i nachylił w stronę towarzyszki.

– Jak na pannę z dobrego domu masz zaskakująco otwarty umysł. Czuję, że mogę być z tobą szczery i nie będziesz mnie osądzać – zauważył.

Marianna zaczerwieniła się. Wiedziała, że powinna to odebrać jako komplement, ale zawstydził ją. Dodatkowo uczucie zmieszania spotęgowało odkrycie, którego właśnie dokonała: Duchliński jej się podobał.

– Cóż, nie ma sensu trzymać się zasad wywodzących się z nieistniejącego już świata – odparła.

Chirurg potaknął.

– Masz rację… – powiedział i zrobił pauzę, jakby nagle się zawahał. – Nawiązując do twojej myśli, pozwolisz, że zadam ci pytanie. Czy miałabyś ochotę na krótką przejażdżkę po okolicy? – Spojrzał na nią wyczekująco.

* * *

„Hubertusallee” – przeczytała w myślach Marianna, wyłapując nieusuniętą jeszcze tabliczkę z nazwą ulicy, przytwierdzoną do elewacji jednej z okolicznych willi.  Jednym z pierwszych impulsów napływających do miasta osadników było wymazywanie wszelkich śladów obecności dawnych mieszkańców. Z dnia na dzień z krajobrazu zarówno Sopotu, jak i Gdańska znikały kolejne szyldy zakładów i tablice z nazwami ulic, zaś ich miejsce wypełniały polskie nazwy.

Początkowo wybrali się w okolice pasa nadmorskiego, jednak później Duchliński gwałtownie odbił na południe i zaczęli zagłębiać się w miejską tkankę Sopotu. Z uwagi na ograniczoną mobilność i nawał pracy Marianna nigdy wcześniej nie miała okazji dobrze poznać swojego miejsca zamieszkania. Przejeżdzając obok okazałych domów, niejednokrotnie wzorowanych na romantycznych zamkach, tudzież willi, poczuła się przytłoczona bogactwem okolicy. Podobnie jak w Gdyni dziewczyna odniosła wrażenie, jakby ktoś umieścił ją w zupełnie innych realiach, gdzie nowoczesność oraz życie w harmonii z naturą nie były przeciwstawnymi sobie pojęciami. Choć jej krewni nie należeli do ludzi ubogich, a ona sama miała w zwyczaju spędzać wakacje poza miastem, to nigdy przedtem nie widziała miejsca, które zostało wręcz zaprojektowane, by zapewniać mieszkańcom wypoczynek, jednocześnie nie odcinając ich od zdobyczy cywilizacji. Inni zdawali się też być ludzie, młodzi, dynamiczni, szukający swojej ścieżki i wykorzystujący specyficzną atmosferę rozluźnienia dla swoich celów. „I oto jestem ja, do szpiku kości przesiąknięta tradycją, a jednak łaknąca swobody, ciekawa tego, co stanie się po przekroczeniu pewnych granic” – pomyślała.

Duchliński zatrzymał się przed domem, który swoim wyglądem przypominał przewrócony statek. Budynek okalał niewielki zagajnik, zaś konary drzew rzucały długie cienie na elewację, nadając miejscu baśniowy, nieprzystający do otoczenia klimat. Wrażenie to pogłębiał osadzony na dachu oraz okalającym całe drugie piętro balkonie szron. Chirurg zeskoczył z konia i otworzył bramę. Wprowadzili zwierzęta na teren posesji i zostawili przywiązane na tyłach domu, gdzie gęsto rosnąca roślinność utrudniała dostrzeżenie ich przez niepowołane osoby. Następnie Duchliński zaprosił Mariannę gestem do domu. Dziewczyna poczuła, jak powracają do niej wszystkie wątpliwości i przystanęła.

Przed oczami mignęła jej twarz strażniczki, unosząca się nad nią szyderczo, z brzytwą wiszącą złowrogo nad bujnie porośniętą głową dziewczyny. Mogłaby przysiąc, że znów słyszy stwierdzenie: „Obiekt gotów do dalszych badań”i zaraz na jej nodze zacisną się czyjeś dłonie, bezczelnie przesuwające się raz w górę, a raz w dół. Wtedy też przypomniała sobie o swoim kalectwie oraz związanej z nim niezgrabności i poczuła, jak na jej twarz wypływa rumieniec. Wtem nastąpiło coś, czego zupełnie się nie spodziewała: Duchliński zaprowadził ją na poddasze, stanął pośrodku pomieszczenia, po czym oznajmił:

– Witaj w mojej pracowni.

Marianna zamarła. Przestrzeń była niemalże pusta, nie licząc opartych o ściany, oprawionych w ramy fotografii. Podeszła bliżej i utkwiła wzrok w zdjęciach chirurga. Większość z nich przedstawiała ludzkie twarze, choć nie w tradycyjnym, schlebiającym modelom ujęciu. W kolekcji znajdowały się oblicza piękne i szpetne, radosne, a także udręczone bólem, pozornie pozostające bez żadnego związku ze sobą.

– Spójrz w drugą stronę – poradził jej Duchliński.

Obróciła się i dostrzegła następną grupę fotografii przedstawiających te same osoby, jednak tym razem uchwycono również ich sylwetki. Marianna przesunęła wzrokiem po kilku najbliższych i nagle okazało się, że radosne oblicze dziewczyny miało związek z trzymanym przez nią zdobycznym futrem, a emanująca spokojem twarz starca należała do koczującego na ulicy przesiedleńca. Rozpatrywane osobno dwie serie zdjęć można było uznać za poprawne, dobrze zrealizowane pod względem technicznym, lecz artystycznie mało interesujące. Dopiero po poznaniu ich razem, jedna po drugiej, odkrywało się, że wizja chirurga była spójna i zyskiwała na oryginalności.

– Zacząłem je robić tuż po przeprowadzce do Gdańska. Kupiłem sprzęt od Niemca, niemal za bezcen, a znajomy użyczył mi miejsca na urządzenie pracowni – wyjaśnił Duchliński. Przyglądał się Mariannie, najwyraźniej oczekując jej reakcji. Dziewczyna wciąż wpatrywała się w fotografie, urzeczona uchwyconą przez nie głębią uczuć, gdy nagle coś ją tknęło i obróciwszy się twarzą do chirurga, zapytała z cichą nadzieją w głosie:

– Czy mogę ci zapozować?

Duchliński zamrugał oczami, najwyraźniej zdziwiony propozycją Marianny.

– Cóż… – odchrząknął. – Z reguły sam dobieram sobie modeli, w dodatku takich, w których widzę jakąś dwuznaczność. Coś, na co nikt nie zwróciłby uwagi, chyba że zostanie to uwypuklone – wyjaśnił.

– Jak moja noga? – zapytała Marianna.

Duchliński zastanowił się przez chwilę, po czym pokiwał głową.

– To by miało sens – przyznał i skrzywił się nieco. – Nie chciałbym cię jednak postawić w niezręcznej sytuacji. Musiałabyś ją pokazać… w całości – dorzucił.

Marianną targały sprzeczne