Dalekie Pawilony. Tom 1 - Mary Margaret Kaye - ebook
Opis

Ponadczasowa historia, która od lat fascynuje czytelników i widzów. Angielska klasyka w nowym wydaniu!

 

Poruszająca i pełna zwrotów akcji historia osadzona w XIX-wiecznych Indiach. Poszukiwanie własnej tożsamości, zakazane uczucie, pełne niebezpieczeństw i przygód życie – a wszystko to u stóp mitycznych Himalajów, zwanych przez Hindusów Dalekimi Pawilonami.

Ashton Pelham-Martyn urodził się w brytyjskiej rodzinie. W kolonialnych Indiach miało to oznaczać życie w dostatku, władzę i przywileje. Jednak chłopiec, osierocony w wieku czterech lat, zostaje wychowany przez Hinduskę i jako zwykły służący trafia na dwór radży. Będąc już młodzieńcem, w obawie o własne życie musi uciekać i w dramatycznych okolicznościach poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. Dorastający Ash staje przed trudnymi dylematami: Wschód czy Zachód, żołnierska przysięga czy wewnętrzna tęsknota?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 969

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Far Pavilions

Copyright © 1978 by M.M. Kaye

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation by Oficyna Wydawnicza „Alma-Press”, 1994

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Beata Słama

Korekta: Anna Grelewska

Pro­jekt okład­ki: Krzysztof Rychter

Fotografie na okładce: © VittoriaChe|Shutterstock, © YURY TARANIK|Shutterstock

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-921-6

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Wszystkim oficerom i szeregowcom różnych ras i różnej wiary, którzy począwszy od roku 1846, służyli z godnością i poświęceniem w Korpusie Zwiadowców, a wśród nich porucznikowi Walterowi Hamiltonowi, kawalerowi Krzyża Królowej Wiktorii, mojemu mężowi, generał-majorowi Goffowi Hamiltonowi, i jego ojcu, pułkownikowi Billowi Hamiltonowi.

Wszyscyśmy pielgrzymami, o Panie: krok za krokiem

podążamy naszą drogą. Bo kto wie,

czy za tą ostatnią, błękitną, ośnieżoną górą,

co sroży się za połyskliwym morzem,

nie siedzi na tronie lub w strzeżonej grocie

siwowłosy prorok, który zgłębił

sens ludzkiego istnienia…

James Elroy Flecker

Nigdy nie jest za późno, by szukać nowych światów.

Alfred Tennyson

Księga pierwsza

ZŁAMANA GAŁĄZKA

1

Ashton Hilary Akbar Pelham-Martyn przyszedł na świat w obozie rozbitym na jednej z himalajskich przełęczy, wskutek czego został ochrzczony w zwykłym brezentowym wiadrze.

Jego pierwszy krzyk dzielnie współbrzmiał z chrapliwym pomrukiem lamparta czającego się niżej na zboczu, a pierwszy oddech wypełnił mu płuca zimnym powietrzem, które wiatr przywiewał od dalekich skalnych szańców, przynosząc świeżą woń śniegu i sosnowych igieł i rozpraszając gorący zaduch lampy naftowej, zapach krwi i potu, wreszcie ostry odór wydzielany przez juczne kucyki.

Isobel zadrżała, gdy lodowaty podmuch uniósł połę namiotu i zakołysał płomieniem osmalonej latarni sztormowej, a wsłuchując się w pełen wigoru krzyk synka, rzekła słabym głosem:

— On raczej nie wygląda na wcześniaka. Musiałam się chyba pomylić w obliczeniach…

I rzeczywiście, był to błąd w rachunku, który miał się później odcisnąć na losach jej maleństwa. Wielu z nas za takie pomyłki musi płacić przez całe życie.

Według obowiązujących wtedy zasad, a były to czasy królowej Wiktorii i księcia Alberta, Isobel Ashton uchodziła za szokująco niekonwencjonalną młodą kobietę, która wywołała wielką konsternację i mnóstwo surowych komentarzy, przybywając do wojskowych kwater w Peszawarze, na północno-zachodnim pograniczu Indii, w roku Wystawy Światowej, jako dwudziestojednoletnia niezamężna sierota. Nie ukrywała, że przyjeżdża z zamiarem podjęcia pracy przy prowadzeniu domu jedynego żyjącego członka rodziny, pozostającego w stanie kawalerskim brata Williama, który właśnie otrzymał przydział do świeżo sformowanego Korpusu Zwiadowców.

Jeszcze większe zaskoczenie wywołała rok później, kiedy poślubiła profesora Hilary’ego Pelhama-Martyna, sławnego lingwistę, etnologa i przyrodnika, by następnie wyruszyć z nim na długą i chaotyczną wyprawę. Profesor zamierzał spenetrować równiny i górskie podnóża Hindustanu, mając za towarzyszkę tylko ją.

Hilary był dziwakiem w średnim wieku i nikt nigdy — a szczególnie on sam — nie mógł pojąć, dlaczego zdecydował się na nagły ożenek, zamiast, jako zatwardziały kawaler, pozostać w tym stanie do śmierci. Dziewczyna była niewątpliwie ładna, lecz bez posagu, dwa razy od niego młodsza i do tego w ogóle nie znała Wschodu. W ocenie kręgów towarzyskich Peszawaru powody, jakimi kierowała się Isobel, były o wiele bardziej zrozumiałe. Otóż Hilary miał wystarczająco dużo pieniędzy, by żyć, tak jak chciał, a publikacje prac uczyniły go sławnym w kołach naukowych całego cywilizowanego świata. Uznano zatem, że panna Ashton złapała doskonałą partię.

Isobel jednak nie wyszła za mąż dla pieniędzy, czy też kierując się ambicją. Za jej bezpośrednim sposobem bycia kryła się zarówno porywczość, jak i głęboko romantyczne usposobienie, co sprawiło, że była pod dużym wrażeniem stylu życia Hilary’ego, widząc w tym kwintesencję romantyzmu rodem z powieści. Czy można wyobrazić sobie coś bardziej zachwycającego niż beztroski koczowniczy żywot: rozbijanie obozów, wędrówka, badanie nieznanych miejsc i ruin zapomnianych imperiów, spanie pod płótnem namiotu lub pod gołym niebem, nie dbając o konwenanse i ograniczenia narzucane przez współczesny świat? Był też jednak inny, być może bardziej istotny powód — potrzeba wyzwolenia się z pewnej nieznośnej sytuacji.

Isobel była niemile zaskoczona, gdy po niezapowiedzianym przybyciu do Indii stwierdziła, że jej brat nie tylko jest przerażony perspektywą wzięcia odpowiedzialności za losy siostry, lecz także nie może zapewnić jej dachu nad głową. Korpus był w tamtym czasie prawie nieustannie uwikłany w walki z plemionami Pogranicza i żołnierze rzadko mogli się cieszyć spokojem w swych kwaterach w Mardanie. Przyjazd Isobel wystraszył więc zarówno Williama, jak i cały jego pułk. Postarali się wspólnie zapewnić jej mieszkanie w domu pułkownikostwa Pemberthy w Peszawarze, choć może nie było to najlepsze rozwiązanie.

Państwo Pemberthy wykazywali jak najlepszą wolę, byli jednak beznadziejnie nudni. W dodatku nie kryli dezaprobaty dla odbytej bez przyzwoitki podróży panny Ashton i zrobili wszystko, co w ich mocy, aby poprzez udzielanie jej rad i dawanie osobistego przykładu zatrzeć nieprzyjemne wrażenie wywołane tym przyjazdem. Isobel szybko odkryła, że oczekuje się od niej groteskowo wyniosłych zachowań. Nie wolno jej robić tego, niewskazane jest tamto… Lista zakazów wydawała się nie mieć końca.

Edyta Pemberthy w ogóle nie interesowała się krajem, w którym wraz z mężem spędziła większą część życia; miejscową ludność uważała za nieucywilizowanych pogan, którzy poddani ćwiczeniu cierpliwości i posłuszeństwa, mogą stać się doskonałymi służącymi. Nie wyobrażała sobie, by mogła znaleźć z nimi jakąkolwiek płaszczyznę porozumienia i nie potrafiła zrozumieć ani podzielać zapału, z jakim Isobel buszowała po bazarach i w dzielnicach miasta zamieszkanych przez tubylców, wyjeżdżała na otwarte przestrzenie poza jego granicami, rozciągające się na południe w kierunku rzek Indus i Kabul, lub na północ, ku dzikim wzgórzom Chajberu.

— Tu nie ma czego oglądać — twierdziła pani Pemberthy — a ludzie z plemion to żądne mordu dzikusy, którym w ogóle nie można ufać.

Jej mąż w pełni podzielał ten pogląd i osiem miesięcy spędzonych pod ich dachem dla nieszczęsnej Isobel równało się ośmiu latom.

Nie zaskarbiła też sobie niczyjej przyjaźni, ponieważ garnizonowe damy, rozprawiając przy herbacie na jej temat, doszły do wniosku, że panna Ashton jest „płocha” i że najbardziej prawdopodobnym powodem jej przyjazdu do Indii jest pragnienie złowienia męża. Ciągłe powtarzanie tej opinii przekonało o jej prawdziwości wszystkich stacjonujących w jednostce kawalerów, którzy mimo wielkiego uznania dla jej urody, niewymuszonego sposobu bycia i tego, że znakomicie trzymała się w siodle, nie chcieli znaleźć się wśród naiwnych ofiar tej łowczyni mężów, starali się więc konsekwentnie jej unikać. Nic zatem dziwnego, że Isobel miała dość Peszawaru i, gdy w jednostce pojawił się profesor Pelham-Martyn — wraz ze starym przyjacielem i towarzyszem wędrówek Sirdarem Bahadurem Akbarem Chanem, pstrokatą gromadką służących oraz personelem pomocniczym u boku, natychmiast się nim zainteresowała. W czterech jukach profesora znajdowały się botaniczne okazy, rękopis traktatu na temat genezy sanskrytu a także zaszyfrowane sprawozdanie z przeróżnych oficjalnych wydarzeń w dominiach Kompanii Wschodnioindyjskiej. W dodatku Hilary Pelham-Martyn był bardzo podobny do miłego i równie ekscentrycznego dżentelmena, jakim był nieżyjący już pan Ashton. Isobel uwielbiała ojca, możliwe więc, że to również wpłynęło na jej zainteresowanie profesorem. W jego towarzystwie miała też przyjemne poczucie bezpieczeństwa i swobody, ponadto do jej wyobraźni przemawiało wszystko, co go dotyczyło: styl życia, głębokie zainteresowanie Indiami i ich mieszkańcami, jego szpakowaty, kaleki przyjaciel Akbar Chan, wreszcie całkowite lekceważenie zachowania i poglądów takich osób, jak państwo Pemberthy. Paradoksalnie wszystkie te cechy profesora były dla niej symbolem zarówno ucieczki, jak i bezpieczeństwa. Dlatego z równym optymizmem wiązała się z profesorem węzłem małżeńskim, jak wkraczała na pokład S/S „Gordon Castle” w Tilbury, kiedy wyruszała w długą podróż do Indii. Tym razem jednak nie doznała rozczarowania.

Hilary traktował ją wprawdzie raczej jak ulubioną córkę niż jak żonę, było w tym jednak coś przyjemnie poufałego, co przydawało posmaku stabilizacji i ciągłości przypadkowemu obozowemu bytowaniu, które miało stać się jej udziałem przez najbliższe dwa lata, a że nigdy dotychczas nie była zakochana, nie miała skali porównawczej, która pozwoliłaby zmierzyć uczucie, jakim darzyła swego niedającego się ująć w jakiekolwiek ramy, niefrasobliwego i niekonwencjonalnego męża, więc ze swej sytuacji była bardzo zadowolona. Hilary pozwalał jej dosiadać konia po męsku i w ciągu dwóch szczęśliwych lat przemierzyli Indie wzdłuż i wszerz, penetrując podnóża Himalajów, następnie jadąc w głąb Kaszmiru szlakiem cesarza Akbara, by na zimę wracać na równiny między ruiny grobowców i pałaców zagubionych miast. Niemal przez cały ten czas Isobel pozbawiona była kobiecego towarzystwa, a jednak nie odczuwała jego braku. Zawsze miała pod ręką książki albo zebrane przez Hilary’ego okazy przyrodnicze, które należało sprasować i wpisać do katalogu. Wszystko to wypełniało jej wieczory, podczas gdy mąż i Akbar Chan grali w szachy lub toczyli zacięte spory na temat zawiłości polityki, religii, ludzkiego przeznaczenia i problemów rasowych.

Sirdar Bahadur Akbar Chan, posiwiały, ułomny eksoficer słynnego pułku kawalerii, ranny w bitwie pod Majani, przeszedł na emeryturę i schronił się w swej rodowej siedzibie nad brzegami rzeki Rawi, by spędzić resztę życia na takich zajęciach, jak uprawa ziemi i studiowanie Koranu. Mężczyźni poznali się, gdy Hilary rozbił obóz w pobliżu rodzinnej wioski Akbara Chana, i natychmiast poczuli do siebie sympatię. Mieli bardzo podobne charaktery i widzenie świata, Akbar zaś na myśl, że nie ruszy się z tego miejsca aż do śmierci, zaczął odczuwać niepokój i niezadowolenie.

— Jestem teraz owdowiałym starcem, moi synowie polegli w służbie dla Kompanii, a córka wyszła za mąż i nie potrzebuje mojej opieki. Nic mnie tu nie trzyma. Podróżujmy więc razem — powiedział Akbar Chan. — Dla kogoś, kto wszystko ma już za sobą, namiot jest lepszy niż cztery ściany domu.

Rozpoczęli więc wspólną wędrówkę i stali się poniekąd wesołą kompanią. Akbar Chan szybko odkrył, że pod zainteresowaniem przyrodą, ruinami i dialektami tego kraju kryje się inna działalność jego przyjaciela — sporządzanie sprawozdań na temat pracy administracji Kompanii Wschodnioindyjskiej na użytek pewnych członków rządu Jej Królewskiej Mości, którzy mieli powody podejrzewać, że w Indiach nie wszystko idzie tak dobrze, jak każą wierzyć oficjalne źródła. Akbar patrzył przychylnym okiem na pracę przyjaciela i służył nieocenioną pomocą, gdyż jego wiedza na temat rodaków pozwalała mu oceniać wartość ich wypowiedzi o wiele precyzyjniej, niż mógł to uczynić Hilary. Wspólnym wysiłkiem przez całe lata sporządzali i przesyłali kolejne meldunki i ostrzeżenia, z których wiele opublikowano w brytyjskiej prasie, a także wykorzystano w debatach podczas posiedzeń obu izb parlamentu. Czas pokazał, że mimo wszystkich korzyści, jakie te sprawozdania przyniosły, przyjaciele mogli równie dobrze ograniczyć się do zainteresowania przyrodą; opinia publiczna wolała nie przyjmować do wiadomości niepokojących wieści. Zresztą jak się zdaje, podobne nastawienie cechuje wszystkie narody.

Gdy Hilary niespodziewanie włączył do karawany żonę, podróż z przyjacielem trwała już od pięciu lat. Akbar Chan przyjął obecność Isobel ze spokojem, który wyznaczył jej miejsce w istniejącym dotychczas układzie, nie uznając tego faktu za szczególnie istotny. Tylko on z całej trójki nie był niemile zaskoczony, gdy okazało się, że Isobel jest w ciąży. Przecież wydawanie na świat dzieci jest obowiązkiem kobiety. No i oczywiście musiał to być syn.

— Zrobimy z niego oficera Korpusu Zwiadowców, jak jego wuj — powiedział Akbar Chan, dumając nad szachownicą. — Albo gubernatora prowincji.

Isobel, podobnie jak większość dziewcząt z jej pokolenia, nie miała najmniejszego wyobrażenia o tym, jak przebiega ciąża. Przez dłuższy czas nie rozpoznawała swego stanu, by następnie, ku własnemu zaskoczeniu, poczuć głębokie przerażenie. Pojawienie się niemowlęcia groziło istotnymi komplikacjami w obozowym życiu. Dziecko będzie wymagało nieustannej opieki, niańki, specjalnego jedzenia i… Tak, to było bardzo niepokojące.

Nie mniej zaskoczony Hilary zasugerował, z nadzieją, że może Isobel myli się co do swego stanu, kiedy jednak otrzymał jednoznaczne zapewnienie, że nie ma już żadnych wątpliwości, zapytał, kiedy dziecko ma się urodzić. Isobel nie miała najmniejszego pojęcia, jednak, ściągając brwi, spróbowała raz i drugi przebiec myślą kilka ostatnich miesięcy i posiłkując się palcami, wymieniła datę, która okazała się całkowicie błędna.

— Najlepiej zrobimy, jeśli udamy się do Peszawaru — zdecydował Hilary. — Tam znajdziemy doktora i inne kobiety. Myślę, że wystarczy, jeśli dotrzemy tam miesiąc przed rozwiązaniem. Albo, dla pewności, niech to będzie sześć tygodni.

I w ten właśnie sposób jego syn przyszedł na świat w samym środku głuszy, bez pomocy doktora, niańki ani jakiegokolwiek medycznego wsparcia.

Poza jedną lub dwiema żonami dozorców i kilkoma zawoalowanymi i anonimowymi kobietami spokrewnionymi z członkami personelu pomocniczego wyprawy, w obozie znajdowała się jeszcze tylko jedna niewiasta, z której pomocy można było skorzystać: Sita, żona Daja Rama, pierwszego koniuszego profesora. Ta góralka z okolic Kanganu w ciągu ostatnich pięciu lat okryła się podwójną niesławą, wydając na świat pięć córek, które natychmiast po urodzeniu umierały — ostatnia umarła w tygodniu poprzedzającym rozwiązanie Isobel, nie przeżywszy nawet trzech dni.

— Wygląda na to, że ona sama nie może rodzić synów — rzekł niezwykle wzburzony Daja Ram. — Ale, na bogów, ma chyba przynajmniej tyle rozumu, by pomóc w przyjściu na świat dziecka płci męskiej.

Tak więc to właśnie biedna, nieśmiała i wciąż bezdzietna Sita, podczas porodu Isobel wzięła na siebie rolę akuszerki.

Wykazała się na szczęście wystarczającą wiedzą, by odebrać noworodka płci męskiej.

Isobel nie umarła z jej winy. Zabił ją wiatr. Ten lodowaty wiatr wiejący od dalekich wysokogórskich śniegów zalegających nad przełęczami. Jego porywy wzbijały wirujące tumany pyłu i martwych sosnowych igieł, wpędzały je do namiotu, aż od przeciągu przygasał płomień lampy. Ten kurz niósł zarazki i infekcje, nieczystości spoza ich obozu, a także pochodzący z innych obozowisk brud, którego nie byłoby w jakiejś sypialni w Peszawarze, gdzie nad młodą matką roztoczyłby opiekę angielski doktor.

Trzy dni później noworodek został ochrzczony. Poproszono o to misjonarza, który przemierzając góry w drodze do Pendżabu, zatrzymał się nieopodal ich obozu. Obrzędu dokonał w niestabilnym brezentowym wiadrze, nadając dziecku, zgodnie z życzeniem ojca, imiona Ashton Hilary Akbar, i odjechał, nie zobaczywszy nawet matki, która — jak mu powiedziano — czuła się kiepsko, co w ogóle go nie zaskoczyło, przecież ta nieszczęsna dama w takim miejscu nie mogła liczyć na właściwą opiekę.

Gdyby opóźnił wyjazd o dwa dni, mógłby celebrować pogrzeb pani Pelham-Martyn, gdyż Isobel zmarła dwadzieścia cztery godziny po chrzcie syna i została pochowana przez męża i jego przyjaciela w najwyższym miejscu przełęczy, z którego rozciągał się widok na ich namioty. W uroczystości uczestniczyli pogrążeni w głębokim smutku wszyscy mieszkańcy obozu.

Hilary odczuwał ogromny żal i bolesną krzywdę: cóż, na miłość boską, ma teraz, po śmierci Isobel, począć z noworodkiem? Nie miał najmniejszego pojęcia o niemowlętach, wiedział tylko, że głośno płaczą i należy karmić je przez okrągłą dobę.

— Co my teraz, u licha, zrobimy? — pytał Akbara Chana, wpatrując się z urazą w syna.

Akbar Chan dźgnął dziecko kościstym palcem i roześmiał się, kiedy niemowlę go za niego chwyciło.

— Oho! To silny i odważny chłopak. Będzie z niego żołnierz, dowódca wielu konnych. Nie martw się o niego, mój przyjacielu. Żona Daja Rama będzie go karmiła, tak jak to robi od chwili jego urodzenia, bo przecież straciła własne dziecko. Stało się to z pewnością za sprawą Allaha, który ma pieczę nad wszystkim.

— Nie możemy go jednak trzymać w obozie — zaprotestował Hilary. — Musimy znaleźć kogoś, kto idzie na urlop, i kazać mu, by zabrał go do domu. Sądzę, że państwo Pemberthy kogoś polecą. Albo może młody William? Zaraz, najlepiej będzie zrobić tak: mam w Anglii brata, którego żona może się nim opiekować do chwili mojego powrotu.

Kiedy problem został rozwiązany, Hilary poszedł za radą Akbara Chana i przestał się zamartwiać. A ponieważ dziecko chowało się dobrze i rzadko słychać było jego płacz, obaj doszli do wniosku, że nie ma potrzeby spieszyć się do Peszawaru, i po wyryciu w głazie na grobie Isobel jej imienia, zwinęli obóz i ruszyli w kierunku Garhwalu.

Hilary nigdy nie wrócił do Peszawaru, a będąc bardzo roztargnionym, zapomniał o powiadomieniu zarówno swojego szwagra, Williama Ashtona, jak i któregokolwiek ze swych krewnych w Anglii, że został ojcem i jednocześnie wdowcem. Nieliczne okolicznościowe listy, które przychodziły ciągle jeszcze zaadresowane na nazwisko żony, od czasu do czasu przypominały mu o jego zobowiązaniach. Nigdy jednak nie znalazł wolnej chwili, by zająć się nimi natychmiast, odkładał to na później i niezmiennie o wszystkim zapominał. Doszło do tego, że Hilary nie pamiętał już o Isobel, a chwilami nawet o tym, że ma syna.

Ash-baba, pod takim bowiem imieniem znała syna Isobel zarówno jego mamka Sita, jak i cały obóz, spędził pierwszych osiemnaście miesięcy życia w wysokich górach i pierwsze kroki postawił na śliskiej trawie porastającej ich zbocza, z których rozciągał się widok na wyniosły jak wieża szczyt Nanda Devi i otaczające go wielkie połacie śniegu. Patrząc jak buszował po całym obozie, można go było wziąć za rodzone dziecko Sity; Isobel była śniadą pięknością o skórze barwy miodu, czarnych włosach i szarych oczach, a syn odziedziczył po niej całą urodę, Akbar uznał więc, że chłopiec wyrośnie na przystojnego mężczyznę.

Hilary zajmował się badaniem górskich dialektów i zbieraniem dzikich kwiatów, dlatego wyprawa nigdy nie obozowała zbyt długo w jednym miejscu. W końcu jednak od tych zajęć oderwały go sprawy poważniejszej natury i ekspedycja pozostawiła wzgórza za sobą, kierując się na południe, by ostatecznie dotrzeć poprzez Dźhansi i Sattarę do bujnej zieleni i długich białych plaż Wybrzeża Koromandelskiego.

Upał panujący na równinach i wilgoć południa nie służyły Ashowi-babietak, jak przedtem chłodne górskie powietrze. Sita, sama pochodząc z gór, tęskniła do swoich stron i opowiadała chłopcu o domu na północy pośród wspaniałych górskich łańcuchów Hindukuszu. Snuła opowieści o lodowcach i śnieżnych lawinach, o ukrytych dolinach z rzekami pełnymi srebrnych pstrągów i zboczach pokrytych kwietnymi dywanami, gdzie na wiosnę powietrze nasycone jest wonią kwitnących sadów, i gdzie jabłka i orzechy dojrzewają podczas ospałych, złotych, letnich miesięcy. Z czasem bardzo polubił te historie, Sita wymyśliła więc dolinę, która będzie należeć tylko do nich. Pewnego dnia wybudują tam dom z gliny i sosnowego drewna z płaskim dachem, na którym rozłożą do suszenia kukurydzę i czerwony pieprz, posadzą migdałowce i grusze, będą też trzymać kozła, małpkę i kotka.

Ani Sita, ani żaden inny członek ekspedycji nie mówili po angielsku, więc Ash, skończywszy cztery lata, nie zdawał sobie sprawy, że język, w którym ojciec zwracał się do niego od czasu do czasu, jest jego językiem ojczystym. Jednak dzięki odziedziczonemu po Hilarym słuchowi do dialektów, poznał w tym obozie poliglotów kilka języków: afgański od Swaba Gula, hindi od Rama Ćanda, a tamilski, gudżarati i telegu od południowców. Z własnego wyboru posługiwał się jednak pendżabskim, którym mówili Akbar Chan, Sita i jej mąż Daja Ram.

Ash rzadko nosił europejskie ubrania, bo nie sprawdzały się w tamtejszym klimacie i obozowym życiu, ponadto niezbyt często zatrzymywali się w miejscach, w których można było je kupić. Ubierano go więc w stroje hinduskie, albo muzułmańskie, a spory na ten temat między Akbarem Chanem i Sitą, doprowadziły do ugody: strój hinduski przez jeden tydzień, muzułmański przez następny. Ten drugi zawsze w piątki (w mahometański szabas).

Pod pozorem badania dialektu gondyjskiego jesień roku 1855 spędzili na wzgórzach Sioni. Tam właśnie Hilary zredagował sprawozdanie z wydarzeń, które doprowadziły do dokonanej przez Kompanię Wschodnioindyjską aneksji (on nazwał to łupiestwem) księstw Nagpur, Dźhansi i Tandżore. W jego relacji na temat dymisji udzielonej przez Kompanię nieszczęsnemu komisarzowi i byłemu rezydentowi Nagpuru, panu Manselowi, który wskutek zgubnych podszeptów okazał pewną wielkoduszność wobec rodziny zmarłego radży (a także lekkomyślność każącą mu zaprotestować przeciw brutalności podjętej akcji), było ziarno prawdy.

Cała polityka Aneksji i Wydziedziczania, czyli przejmowania przez Kompanię każdego narodowego państewka, w którym zabrakło bezpośredniego następcy tronu — co pozostawało w sprzeczności z wielowiekową tradycją dopuszczającą, by bezdzietny mężczyzna mógł adoptować spadkobiercę spośród swoich krewnych — była, według Hilary’ego, odrażającym i niczym nieusprawiedliwionym działaniem, polegającym na bezczelnym grabieniu i okłamywaniu wdów i sierot. Władcy, o których mowa — tu Hilary podkreślił, że Nagpur, Dźhansi i Tandżore to tylko trzy przykłady państewek, które padły ofiarą tej nikczemnej polityki — byli prawomyślnymi stronnikami Kompanii, jednak lojalność ta nie uchroniła pozostałych po nich wdów i sierot przed utratą na rzecz Kompanii nie tylko praw do dziedziczenia tronu, lecz również kosztowności i całej rodzinnej schedy. W przypadku tytularnego księstwa Tandżore, wraz ze śmiercią radży wchłoniętego przez Kompanię prawem wydziedziczenia, zamiast syna w grę wchodziła córka i prezydent, niejaki Forbes, z godną podziwu odwagą, jeśli zważy się konsekwencje, jakie poniósł nieszczęsny Mansel, orędował za sprawą księżniczki, przekonując, że umowa zawarta między Tandżore i Kompanią przyznaje sukcesję spadkobiercom, bez określania ich płci. Jego argumentacja nie spotkała się jednak z jakimkolwiek odzewem. Do pałacu wkroczyły energicznie silne oddziały sipajów i przejęły wszystkie dobra — zarówno nieruchomości, jak i własność osobistą członków rodziny nieżyjącego władcy. Opieczętowano stemplami Kompanii całą biżuterię i wszystkie kosztowności, rozbrojono oddziały zmarłego radży, a mienie jego matki obłożono sekwestrem.

Najgorsze jednak — pisał Hilary — miało dopiero nastąpić, gdyż skutki tej akcji dotknęły wielu ludzi. W całym okręgu każdy posiadacz choćby najmniejszego skrawka ziemi, która kiedykolwiek należała do jednego z dawnych radżów Tandżore, był go pozbawiany i miał stawić się przed obliczem brytyjskiego komisarza w celu określenia swego statusu. Wszyscy ci, którzy utrzymywali się z dochodów z kasy państwowej, wpadali więc w panikę na wieść, że mogą stracić zatrudnienie. W ciągu tygodnia całe Tandżore, które dotychczas było jednym z najbardziej zadowolonych ze swej sytuacji księstw w dominiach Kompanii, opanowało wielkie rozgoryczenie. Ludność, która darzyła swoich władców wielkim szacunkiem, rozwścieczyła krzywda, jaka ją spotkała — nawet sipaje odmówili przyjęcia poborów. Również w Dźhansi było dziecko z królewskiej rodziny — co prawda tylko daleki kuzyn, jednak oficjalnie adoptowany przez nieżyjącego radżę — więc Lakszmi Bai, urocza wdowa po zmarłym władcy, przytoczyła długą listę przykładów świadczących o jego lojalności wobec Kompanii — bez skutku. Dźhansi ogłoszono „wydziedziczonym na rzecz brytyjskiego rządu”, włączono pod jurysdykcję gubernatora Prowincji Północno-Zachodnich, rozwiązano jego urzędy, zawieszono zarządzenia wydane przez administrację radży i błyskawicznie rozformowano wszystkie oddziały pozostające dotychczas w służbie księstwa.

— Nie można wymyślić niczego lepszego niż ten bezwzględny system rozboju — pisał Hilary — by wzniecić nienawiść, wywołać gorycz i oburzenie.

Zainteresowanie „Wspaniałej Brytyjskiej Opinii Publicznej” skupiało się jednak na innych sprawach. Indie były odległe zarówno fizycznie, jak i duchowo, natomiast wojna krymska zaczynała być przedsięwzięciem niezwykle kosztownym i męczącym. Ci nieliczni, których zaniepokoiła treść sprawozdań Hilarego, po kilku dniach o nich zapomnieli, podczas gdy Rada Starszych czcigodnej Kompanii Wschodnioindyjskiej uznała ich autora za „zdezorientowanego dziwaka” i próbowała odkryć jego tożsamość, by uniemożliwić mu przesyłanie sprawozdań za pośrednictwem poczty.

Usiłowania te jednak spaliły na panewce, gdyż sprawozdania Hilary’ego wędrowały do kraju niekonwencjonalnymi szlakami. I chociaż kilku urzędników traktowało te raporty podejrzliwie — a szczególnie „dotyczyło to zażyłej przyjaźni Hilary’ego z »pewnym tubylcem«” — to przecież nie dysponowali żadnymi dowodami przeciwko niemu, a same podejrzenia nie mogły ich zastąpić. Hilary nadal swobodnie podróżował po Indiach i starał się, jak mógł, uzmysłowić swemu synowi, że największym grzechem, jakiego może dopuścić się człowiek, jest niesprawiedliwość, z którą należy nieustannie ze wszystkich sił walczyć, nawet jeśli nie ma zbyt wielkiej nadziei na zwycięstwo.

— Pamiętaj o tym zawsze, Ashtonie. Kimkolwiek zostaniesz, bądź sprawiedliwy. „Czyń tak, jak chciałbyś, żeby tobie czyniono”. Oznacza to, że nigdy nie wolno ci postępować nieuczciwie. Nigdy. W żadnych okolicznościach i w stosunku do nikogo. Rozumiesz?

Ashton oczywiście nie rozumiał, gdyż był za mały, jednak lekcja powtarzana dzień po dniu spowodowała, że zaczynał rozumieć znaczenie tego, do czego zmierzał Burra-Sahib (chłopiec w myślach nigdy nie nazywał ojca inaczej), mówił mu o tym również wujek Akbar, opowiadając różne historie i cytując Świętą Księgę, by zilustrować tezę, że „zwykły człowiek jest wspanialszy niż królowie”, i że kiedy Ashton dorośnie i stanie się mężczyzną, sam tę prawdę odkryje. Musi więc nieustannie starać się być uczciwy, bo w tamtych czasach wiele nieprawości czynili ludzie opanowani żądzą władzy.

— Dlaczego ludzie się temu poddają? — pytał Akbara Chana Hilary. — Są ich przecież miliony wobec garstki skupionej w Kompanii. Dlaczego nikt nic nie robi, nikt nie stawia oporu?

— Pewnego dnia do tego dojdzie — odparł łagodnie Akbar.

— Im prędzej, tym lepiej — rzucił ostro Hilary, chcąc jednak być sprawiedliwym, dodał, że w tym kraju jest też pewna liczba uczciwych sahibów, takich jak Lawrence, Nicholson i Burns, jak Mansel i Forbes, jak młody Randall w Lundżore i setka innych, ale są też inni, w Simli i Kalkucie, których należy pozbawić władzy — nadęci, chciwi i tępi starzy mężczyźni stojący jedną nogą w grobie, o umysłach zmętniałych od słonecznego żaru i zadufania, z chorobliwym poczuciem własnej ważności. W stacjonującej w Indiach armii trudno było znaleźć brytyjskiego oficera poniżej siedemdziesiątki.

— Nie jestem człowiekiem wyzutym z uczuć patriotycznych — zaznaczył z naciskiem Hilary — nie widzę jednak niczego chwalebnego w głupocie, niesprawiedliwości i najzwyklejszej niekompetencji, jaka pleni się na eksponowanych stanowiskach. A wszystkie te plagi w wielkiej obfitości dotykają dzisiejszą administrację.

— Nie będę się z tobą na ten temat spierał — odrzekł Akbar Chan. — To jednak przeminie i dzieci waszych dzieci zapomną o przewinach, a będą pamiętać tylko o tym, co chwalebne, podczas gdy nasze wnuki zachowają w pamięci jedynie uciemiężenie, odrzucając wszystko, co uczyniliście dobrego. A przecież jest tego niemało.

— No dobrze, dobrze. — Hilary zaśmiał się sztucznie. — Niewykluczone, że sam jestem nadętym i ograniczonym starym głupcem. I może gdyby te wszystkie tępaki z Kompanii, na których sarkam, były Francuzami, Holendrami albo Niemcami, nie przejmowałbym się tym wszystkim aż tak bardzo, uznając, że przecież niczego innego nie można się było po nich spodziewać i umacniając się w poczuciu własnej wyższości. Ale martwię się, bo ci ludzie należą do mojej nacji i chciałbym, żeby reprezentowali to, co najlepsze.

— Tylko Bóg jest doskonały — zauważył sucho Akbar. — My zaś, jego stworzenia, bez względu na kolor skóry jesteśmy źli i ułomni. Są jednak wśród nas tacy, którzy łakną prawości, i w nich cała nadzieja.

Hilary nie napisał już więcej ani jednego sprawozdania z działalności Kompanii Wschodnioindyjskiej, Generalnego Gubernatora i Rady, zwracając się ku sprawom, które zawsze interesowały go najbardziej. Powstałe w wyniku tego rękopisy, w przeciwieństwie do zaszyfrowanych raportów, wysyłane były zwykłą drogą pocztową. Otwierano je i sprawdzano, a władze utwierdzały się w swojej opinii, że profesor Pelham-Martyn jest tylko ekscentrycznym erudytą pozostającym poza wszelkimi podejrzeniami.

Raz jeszcze obóz zwinął namioty i zostawiając za sobą palmy i świątynie południa, ruszył powoli na północ. Ashton Hilary Akbar obchodził swoje czwarte urodziny w stolicy Mogołów, otoczonym murami centrum Delhi, gdzie Hilary musiał dokończyć, zredagować i wysłać rękopis swojej najnowszej, i ostatniej, książki. Wujek Akbar wykorzystał okazję, ubrał Asha w najpiękniejszy strój muzułmański i zabrał na modły do Dźama Masdźid, przepysznego meczetu wybudowanego przez cesarza Szahdżahana, naprzeciwko murów LalKil, wspaniałego Czerwonego Fortu na brzegach rzeki Jamuny.

Ponieważ był piątek, meczet pękał w szwach. Tłum był tak wielki, że mnóstwo ludzi, nie znajdując miejsca na dziedzińcu, wspięło się na wrota. Dwóch z nich spadło ponosząc śmierć na miejscu.

— Tak było im sądzone — stwierdził wujek Akbar i wrócił do modłów. Ash bił pokłony, klękał i wstawał, naśladując innych wiernych, a później wujek Akbar nauczył go modlitwy Szahdżahana, zwanej chutpa, zaczynającej się od słów:

O, panie! Uczyń łaskę wierze islamu i jego wyznawcom poprzez zapewnienie nieustającej władzy i majestatu Twego wiernopoddańczego sługi Sułtana, syna Sułtana, Cesarza, syna Cesarza, Władcy dwóch Kontynentów, Pana Dwóch Mórz, Wojownika w służbie Boga, Cesarza Abdula Muzafara Szahabuddina Muhammada Szahdżahana Gaziego…

— Coto jest morze? — dociekał Ash. — I dlaczego mówi się tylko o dwóch morzach? Kto wreszcie sprawił, że ci dwaj ludzie spadli z wrót i się zabili?

Sita odpowiedziała ubraniem swego przybranego syna w religijny strój hindu i zabrała go do świątyni znajdującej się w obrębie murów, gdzie za kilka miedziaków kapłan w żółtej szacie naznaczył mu czoło małą plamką czerwonej mazi. Potem Ash przyglądał się, jak Daja Ram odprawia pudźęprzed starożytnym bezkształtnym głazem symbolizującym boga Sziwę.

Akbar Chan miał w Delhi wielu przyjaciół i w normalnej sytuacji chciałby zabawić tam dłużej, tego jednak roku uświadomił sobie istnienie dziwnych, niepokojących, ukrytych prądów, a rozmowy z przyjaciółmi wyprowadzały go z równowagi. Po mieście krążyło mnóstwo niesamowitych pogłosek, a na wąskich hałaśliwych uliczkach i zatłoczonych bazarach dawało się wyczuć napięcie i złowieszcze, tłumione podniecenie. Wywołało to w Akbarze uczucie silnego lęku i świadomość nadciągającego nieszczęścia.

— W powietrzu wisi coś niedobrego — oznajmił. — To źle rokuje ludziom twojej rasy, mój przyjacielu, i nie chciałbym, żeby naszemu chłopcu stała się krzywda. Wyjedźmy stąd tam, gdzie powietrze jest czystsze. Nie lubię miast. W nich rodzi się głupota, tak jak na kupie łajna lęgną się muchy i robaki. A tu wykluwa się coś jeszcze gorszego.

— Masz na myśli powstanie? — zapytał nieporuszony Hilary. — To dotyczy połowy Indii. Sądzę też, że im prędzej to nastąpi, tym lepiej. Potrzebujemy jakiegoś wybuchu, który oczyści atmosferę i wytrąci tych matołów w Kalkucie i Simli ze stanu egoistycznej błogości.

— Masz rację, jednak eksplozja zabija i nie chcę, żeby mój chłopiec musiał płacić za błędy rodaków.

— Chciałeś chyba powiedzieć „twój chłopiec” — poprawił go nieco szorstko Hilary.

— No więc nasz. Chociaż on bardziej lubi mnie niż ciebie.

— Tylko dlatego że go rozpieszczasz.

— Nie sądzę. Jest tak, ponieważ go kocham, i on o tym wie. Jest synem twojego ciała, lecz mojego serca, i nie chciałbym, żeby, kiedy w końcu rozpęta się burza, spotkała go jakaś krzywda. Czy ostrzegłeś już swoich przyjaciół w garnizonie?

Hilary odparł, że robił to wiele razy, jednak nikt nie chciał mu wierzyć, i cały kłopot polega zarówno na tym, że nie tylko ludzie na wysokich stanowiskach, członkowie Rady w Kalkucie i urzędnicy państwowi w Simli, wiedzą zbyt mało o stanie umysłów tych, którymi rządzą, ale też na tym, że podobną ignorancję wykazuje również wielu oficerów armii.

— Nie tak to bywało w dawnych czasach. — Akbar westchnął z żalem. — Teraz jednak generałowie są starzy, grubi i znużeni, ich oficerowie zaś zmieniają się tak często, że nie mają czasu poznać obyczajów swoich podwładnych czy dostrzec oznak niepokoju wśród sipajów. Nie podoba mi się ta historia z Barakpurem. To prawda, że zbuntował się tam tylko jeden sipaj, kiedy jednak zastrzelił swojego oficera i groził, że zabije samego Naczelnego Sahiba, reszta jego towarzyszy przyglądała się w milczeniu, nie próbując temu przeciwdziałać. Myślę jednak, że niesłusznie rozwiązano ten pułk po powieszeniu winowajcy, ponieważ mamy teraz trzystu pozbawionych zwierzchnictwa mężczyzn, którzy dołączą do innych niezadowolonych. Sądzę, że wynikną z tego kłopoty. I to bardzo szybko.

— Ja też. A gdy to nastąpi, moi rodacy będą jednocześnie zaszokowani i rozzłoszczeni takim brakiem lojalności i niewdzięcznością. Przekonasz się.

— Być może, jeśli to przeżyjemy — odrzekł Akbar Chan. — I dlatego właśnie powtarzam: ruszajmy w góry.

Hilary spakował część swoich rzeczy do pudeł, a pozostałe zostawił w domu znajomego w garnizonie za pasmem wzgórz. Przed opuszczeniem Delhi zamierzał napisać kilka zaległych od lat listów, lecz raz jeszcze odłożył to na później; Akbar Chan naglił do odjazdu, ponadto uznał, że kiedy już znajdą się w górach, w ciszy i spokoju, będzie mnóstwo czasu na takie nudne zajęcie. Korespondencja była tak bardzo zaniedbana, że dodatkowy miesiąc lub dwa nie zrobią większej różnicy. Uspokojony takim rozumowaniem, władował stos niezałatwionych listów — wśród których znajdowało z pół tuzina przesyłek adresowanych do jego zmarłej żony — do kartonowego pudła opatrzonego napisem „pilne” i przeszedł do ciekawszych spraw.

Istnieje książka, która ukazała się jesienią 1856 roku (Nieznane dialekty Hindustanu, tom I, autor H.F. Pelham-Martyn, doktor nauk przyrodniczych, członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, członek Armii Zbawienia itd, itp.), opatrzona dedykacją:

Ashtonowi Hilaremu Akbarowi w nadziei, że książka ta obudzi w nim zainteresowanie przedmiotem, który dla autora był źródłem niewyczerpanej radości.

H. F. P-M.

Wówczas jednak i Hilary, i Akbar Chan już od pół roku spoczywali w mogiłach i nikt nie zadał sobie trudu, by dociec, kim był Ashton Hilary Akbar.

Wyprawa posuwała się na północ w kierunku niziny Teraj u podnóży Himalajów, i właśnie tam na początku kwietnia, kiedy nadeszły cieplejsze dni i skończyły się zimne noce, spadła na nich klęska.

Niewielka grupka pielgrzymów z Hardwaru, której udzielili gościny, przywlokła do nich cholerę. Jeden z przybyłych zmarł jeszcze przed świtem, a jego towarzysze rozpierzchli się, zostawiając ciało, które służba znalazła rano. Do wieczora zaraziło się trzech ludzi Hilary’ego, a cholera dokonała swego ohydnego dzieła tak szybko, iż żaden z nich nie doczekał brzasku. W obozie wybuchła panika — wiele osób porzuciło swoje mienie i się ulotniło. Następnego dnia zachorował Akbar Chan.

— Uciekaj stąd — wyszeptał do Hilary’ego. — Zabierzchłopca i wynoś się szybko, bo inaczej ty także umrzesz. Nie przejmuj się. Jestem stary, kulawy, bez żony i dzieci, dlaczego więc miałbym obawiać się śmierci? Ty jednak masz tego chłopca… a synowi potrzebny jest ojciec.

— Ty byłeś dla niego lepszym ojcem niż ja — rzekł Hilary, trzymając przyjaciela za rękę.

Akbar Chan się uśmiechnął.

— Wiem o tym, ponieważ do niego należy moje serce i ja nauczyłbym go… nauczyłbym… Ale już na to za późno. Wyruszajcie jak najszybciej.

— Nie mamy dokąd pójść. Kto potrafi uciec przed cholerą? Jeśli się stąd ruszymy, ona pójdzie za nami. Słyszałem, że w Hardwarze każdego dnia umiera ponad tysiąc osób. Tu będzie nam o wiele lepiej niż w miastach, a tobie wkrótce się poprawi. Masz silny organizm i wyjdziesz z tego.

Akbar Chan jednak umarł.

Hilary bardziej opłakiwał stratę przyjaciela niż śmierć żony. Po pogrzebie poszedł do namiotu, gdzie napisał listy: jeden do brata mieszkającego w Anglii, drugi do swojego prawnika. Do pism załączył pewne dokumenty i zachowane dagerotypy. Z całości sporządził mały pakiet, który starannie zawinął w kawałek impregnowanego jedwabiu. Kiedy już się z tym uporał i zapieczętował pakunek woskiem, znów sięgnął po pióro i zaczął pisać trzeci list, ten tak bardzo spóźniony list do brata Isobel, Williama Ashtona, do tej pory nienapisany, choć przez wiele lat nosił się z myślą o dopełnieniu tego obowiązku. Niestety, odkładał to zbyt długo. Cholera, która zabiła jego przyjaciela, wyciągnęła kościstą rękę i trąciła jego ramię —pióro wysunęło mu się z palców i spadło na podłogę.

Godzinę później, wydobywając się na chwilę z kleszczy agonii, Hilary złożył kartkę z niedokończonym listem, z wielkim trudem ją zaadresował i zaczął wołać tragarza, Karima Buksa, jednak on również był umierający i dopiero po długim czasie Sita, gnana niepokojem przez porażony epidemią obóz, nadeszła z latarnią sztormową i jedzeniem dla Burra-Sahiba.

Dziecko było z nią, kiedy jednak ujrzała, w jakim stanie jest jego ojciec, wypchnęła Asha z zakażonego namiotu i nie pozwoliła mu wchodzić do środka.

— Dobrze zrobiłaś — wydyszał Hilary. — Zawsze mówiłem, że jesteś rozsądną kobietą. Opiekuj się nim, Sito. Zabierz go do swojej rodziny, nie pozwól mu… — Zrozumiał, że nie zdoła dokończyć zdania, więc znalazł po omacku złożoną kartkę i opieczętowany pakiecik i wcisnął jej do ręki. — Pieniądze są w blaszanym pudełku, zabierz je. O tak, dobrze. Powinno wam wystarczyć na dotarcie do…

Targnęła nim kolejna konwulsja, więc Sita, chowając pieniądze i papiery w fałdach sari, wyszła na dwór, chwyciła chłopca za rączkę i pospiesznie zaprowadziła do jego namiotu, gdzie ułożyła go do snu, po raz pierwszy ku oburzeniu dziecka bez śpiewania piosenek i opowiadania bajek, co zawsze było częścią rytuału zasypiania. Hilary zmarł tej nocy, a do popołudnia następnego dnia cholera pochłonęła cztery następne istnienia, wśród nich Daja Rama. Pozostali przy życiu, a była ich garstka, ogołocili opuszczone namioty ze wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, i zabrawszy konie i wielbłądy, umknęli na południe, na nizinę Teraj, porzucając właśnie owdowiałą Sitę, gdyż obawiali się, że może być zarażona przez zmarłego męża. Przy Sicie został czteroletni sierota — Ash-baba.

Po latach Ash nie pamiętał wielu rzeczy, jednak ta noc zapadła mu głęboko w pamięć: gorąco i księżycowa poświata, odrażające głosy szakali i hien wadzących się między sobą przy akompaniamencie warczenia w odległości rzutu kamieniem od mizernego namiotu, w którym drżąca Sita przykucnęła obok niego i nasłuchując, próbowała bez powodzenia rozwiać jego lęki i skłonić go, by zasnął. Łopot skrzydeł i krakanie ciężkich z przejedzenia sępów, które obsiadły drzewo sal,wreszcie mdlący odór rozkładu i poczucie dojmującego osamotnienia w sytuacji, której nie potrafił zrozumieć, a nie było nikogo, kto mógłby mu cokolwiek wyjaśnić.

Ash nie czuł strachu, ponieważ nigdy dotąd nie miał powodu, żeby czegokolwiek się bać, zaś wujek Akbar uczył go, że mężczyźnie nigdy nie wolno okazywać lęku. Z natury był dzieckiem nieprzeciętnie odważnym, a życie w obozie, który wędrował przez dżunglę, pustynie i dziewicze łańcuchy górskie, pozwoliło mu poznać zwyczaje dzikich zwierząt. Nie rozumiał jednak, dlaczego Sita płacze i drży, i dlaczego nie pozwoliła mu zbliżyć się do Burra-Sahiba, nie pojmował też, co przydarzyło się wujkowi Akbarowi i innym. Wiedział, że nie żyją, ponieważ oglądał już kiedyś śmierć: zastrzelone tygrysy, a gdy pozwolono mu przyczaić się w makanie, ambonie zawieszonej na drzewie,u boku wujka Akbara — zdobycz, na którą czatowali, a także kozy i młode byczki powalone i na wpół pożarte poprzedniego dnia przez tygrysa. I czarnego kozła, kaczkę i kuropatwę upolowane na obiad. Wszystkie te stworzenia były nieżywe, ale przecież wujek Akbar nie mógł być tak samo martwy jak one. Musi istnieć coś niezniszczalnego, coś, co zostaje po mężczyznach, którzy z tobą spacerowali, rozmawiali, opowiadali ci historie, po mężczyznach, których kochałeś i darzyłeś szacunkiem. Tylko gdzie to się podziało? Wszystko było bardzo zagadkowe i Ash nic z tego nie rozumiał.

Sita ściągnęła cierniste gałęzie, które przedtem osłaniały obóz, by spiętrzyć je wysoko wokół namiotu Asha. I całe szczęście, że to zrobiła, gdyż koło północy para lampartów przegnała szakale i hieny, zdobywając sobie pierwszeństwo w oczekiwaniu na biesiadę, przed świtem zaś nad drzewamiponiósł się ryk tygrysa, a potem, w dziennym świetle, w odległości metra od ich wątłej ciernistej zapory, ujrzeli ślady jego łap.

Tego ranka zabrakło mleka, zostało też bardzo mało jedzenia. Sita jednak dała dziecku resztkę ciapatów, czyli przaśnych indyjskich chlebków, po czym zawiązała w tobołek kilka rzeczy, wzięła Asha za rękę i uwolniła go od koszmaru śmierci i pustki, którymi straszył obóz.

2

Sita nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat, lecz wyglądała na dwa razy starszą. Przyczyniły się do tego ciężka praca, coroczne ciąże, wydanie na świat pięciorga dzieci, wreszcie gorycz i rozczarowanie, kiedy wszystkie po kolei traciła. Nie umiała czytać ani pisać i nie była zbyt rozgarnięta, odznaczała się jednak odwagą, lojalnością i pełnym miłości sercem, nigdy więc nie przeszło jej przez myśl, by zatrzymać pieniądze, które dostała od Hilary’ego, i nie wykonać jego poleceń. Kochała synka Hilary’ego od chwili jego narodzin, teraz zaś jego zmarły ojciec powierzył go jej opiece i kazał zwrócić chłopca rodzinie. Poza nią nie było nikogo, kto mógłby zająć się Ashem-babą, wzięła więc ten obowiązek na siebie i musiała go wypełnić.

Sita nie miała pojęcia, o jaką rodzinę chłopca chodzi, jednak nie przejęła się tym zbytnio, zapamiętała bowiem nazwisko sahiba pułkownika i numer jego domu w kwaterach wojskowych w Delhi, gdzie ojciec Asha-babyzostawił większą część swoich rzeczy. Zabierze więc dziecko do Delhi, do sahiba Abuthnota i jego memsahib, która wszystkim się zajmie, a ponieważ z pewnością będą potrzebowali ajah, niańki, Sita zostanie z chłopcem.

Delhi leżało daleko na południu, jednak ona nigdy nie zwątpiła, że uda im się tam bezpiecznie dotrzeć; mimo że pieniądze zabrane zblaszanego pudełka miały dla Sity niewyobrażalną wartość, to ich posiadanie budziło w niej niepokój, iż w czasie podróży ściągną na nich czyjąś niepożądaną uwagę. Ubrała więc Asha w najbardziej zniszczoną odzież i ostrzegła, żeby w żadnym wypadku nie rozmawiał z obcymi.

Kiedy miasto Mogołów znalazło się w zasięgu ich wzroku, był już maj. Ash ważył zbyt dużo, by mogła go nieść, zwyjątkiem krótkich odcinków, i mimo jego dużej, jak na dziecko, wytrzymałości, pokonywali najwyżej kilka kilometrów dziennie. Choć o tej porze roku zwykle było chłodno, tym razem robiło się coraz bardziej gorąco i długie upalne dni sprawiały, że nie szli zbyt szybko. Ash przystał na tę podróż bez sprzeciwu, bo nie znał jej prawdziwych przyczyn, a do ciągłych zmian scenerii był przyzwyczajony od dawna. Jedynymi stałymi elementami jego życia byli Sita, wujek Akbar i Burra-Sahib oraz Daja Ram, Kartar Singh, Swaba Gul, Tar Ćand, Dunno i dwadzieścia innych osób. Teraz jednak wszyscy zniknęli, została tylko Sita, a wraz z nią Indie i tak dobrze znana sceneria.

Wędrowali bez pośpiechu, kupując jedzenie w mijanych wioskach i nocując głównie pod gołym niebem, aby w ten sposób uniknąć pytań, i pewnego wieczoru, gdy wokół unosiły się tumany złocistego kurzu, a na horyzoncie pojawiły się widmowe mury, kopuły i minarety Delhi, byli już bardzo wyczerpani. Sita liczyła na to, że dotrą do miasta przed zapadnięciem ciemności, i zamierzała spędzić noc u dalekiego krewnego Daja Rama. Prowadził on skład zboża w bocznej uliczce dzielnicy Chandni Chowk, gdzie Sita mogłaby wyczyścić i uprasować angielskie ubrania, które trzymała w tobołku, i wystroić Asha-babę przed zaprowadzeniem go do koszar. Tego dnia jednak pokonali już osiem kilometrów i choć wydawało się, że mury Delhi są bardzo blisko, słońce skryło się za horyzontem w chwili, gdy Sita i Ash byli zaledwie pół kilometra od mostu pontonowego, po którym musieli przejść na drugi brzeg Jamuny.

Od składu w mieście dzielił ich kolejny kilometr, a wkrótce miały zapaść nieprzeniknione ciemności. Została im jednak wystarczająca ilość jedzenia i wody na wieczorny posiłek, a ponieważ dziecko było zbyt zmęczone i śpiące, aby iść dalej, Sita zeszła nieco w bok od drogi, gdzie nad rumowiskiem głazów pochylało się drzewo pipal, czyli figowiec. Nakarmiwszy chłopca, rozpostarła między korzeniami drzewa koc i zaśpiewała Ashowi do snu starą rymowankę nianiek z Pendżabu, Are Ko-ko, Jareé Ko-ko, i ulubioną kołysankę:

Nini baba, nini,

Muckan, roti, cheeni,

Roti, muckan hogya,

Hamara baba sogya!

Śpij, maleńki,

Śpij, masło, cukier, chleb,

już zjedzony chlebek z masłem,

a mój mały zasnął.

Była ciepła, bezwietrzna i rozgwieżdżona noc, dzięki czemu z miejsca, wktórym leżała, otaczając ramieniem drobne ciałko chłopca, miała widok na oddzielone od nich równiną światła Delhi, migocące złociście na tle miękkich jak aksamit ciemności. Z rozrzuconych szeroko ruin starego Delhi dobiegało wycie szakali, a nietoperze i nocne ptaki o ostrych głosach buszowały nad ich głowami, nawołując się wśród gałęzi. Raz usłyszeli odrażający śmiech hieny ukrytej w kępie wysokiej trawy i krzątaninę kryjącej się w mroku poirytowanej mangusty. Były to jednak swojskie odgłosy, tak bliskie, jak dźwięk tam-tamów bijących w odległym mieście czy ostre brzęczenie cykad, więc Sita naciągnęła na twarz koniec chuddah, szala,i usnęła.

Obudziła się z pierwszym promieniem świtu, wyrwana ze snu przez mniej swojski odgłos — ostry, alarmujący tętent kopyt galopujących koni, krzyki mężczyzn i szczęk broni. Na drodze widać było jeźdźców zbliżających się od strony Merathu. Pędzili, jakby owładnięci byli szaleństwem lub uciekali przed pościgiem. Galopując przez równinę, zostawiali za sobą tuman kurzu, który wyglądał jak ogon białego dymu. Przewalili się niczym burza zaledwie w odległości rzutu kamieniem od drzewa pipal, strzelając w powietrze i pokrzykując, jak zwykle czynią mężczyźni podczas takiej galopady. Sita dostrzegła ich wytrzeszczone oczy i szaleństwo malujące się na twarzach, a także zakrzepłą pianę na napiętych z wysiłku bokach pędzących koni. Byli to sowarzy w mundurach jednego z pułków armii bengalskiej. Sowarzy z Merathu. Ich mundury wisiały jednak w strzępach, pokryte kurzem i poznaczone ciemnymi plamami — Sita nie miała wątpliwości, że to krew.

Między konary drzewa wpadła zabłąkana kula i Sita rzuciła się w dół, biorąc na ręce Asha, którego obudził hałas. W następnej chwili jeźdźcy przemknęli obok, a wzniecony przez nich wir kurzu ogarnął Sitę i chłopca dławiącą chmurą, która wypełniła jej płuca, sprawiając, że zaczęła kaszleć i z trudem łapała powietrze, ukryła więc twarz w fałdach sari. Zanim kurz opadł i Sita mogła zobaczyć, co się dzieje, kawalkada dotarła do rzeki, skąd dobiegło słabe, lecz w ciszy, jaka zapadła, wyraźne głuche dudnienie kopyt na moście.

Wrażenie, jakie wywarli na niej zdesperowani mężczyźni, którzy przemknęli, gnani strachem przed pogonią, było tak silne, że Sita chwyciła dziecko i pobiegła z nim w wysoką trawę, gdzie przykucnęła w oczekiwaniu na hałaśliwy pościg, który z pewnością musi się pojawić.

Siedziała tam prawie godzinę, uspokajając oszołomionego chłopca i błagając go szeptem, żeby zachowywał się spokojnie i nie robił hałasu. Nie usłyszała już jednak tętentu kopyt na trakcie wiodącym z Merathu, a cisza poranka przydawała wyrazistości dalekiemu trzaskowi strzelaniny i głosom mężczyzn wykrzykujących coś pod murami Delhi. Wreszcie ucichło również i to, wtapiając się w dźwięki powszedniego dnia budzącego się miasta i zwyczajne odgłosy indyjskiego poranka: skrzypienie studziennego kołowrotka, wołanie kuropatw na równinie i szarych żurawi nad rzeką, ostry krzyk pawia z łanów niezżętego jeszcze zboża oraz kląskanie szczurów drzewnych i świergot siedmioraczków (satbaj)i tkaczy. Na gałęziach drzewa pipalrozsiadł się pluton małp, a lekka bryza wiejąca od rzeki zachwiała łodygami wysokich traw, wywołując suchy monotonny odgłos, który zagłuszył wszystkie inne dźwięki.

— Czy to tygrys? — zapytał szeptem Ash, który wraz z wujkiem Akbarem niejednokrotnie siedział w ambonie, czyhając na zdobycz, więc znał się na tygrysach.

— Nie, ale nie możemy rozmawiać. Musimy być cicho — nakazała Sita. Nie umiała mu wytłumaczyć ani panicznego strachu, jaki wywołali w niej ci głośno krzyczący jeźdźcy, ani czego właściwie się bała. Jej serce biło jednak dwa razy szybciej niż zwykle i czuła, że nawet cholera i straszne chwile, jakie przeżyła ostatniej nocy w obozie, nie przeraziły jej tak bardzo, jak widok tych mężczyzn. Cholera była czymś znanym, tak jak choroba, śmierć i zwyczaje zwierząt, a w tym było coś więcej — coś niewytłumaczalnego i przerażającego…

Traktem przetoczył się wolno wóz zaprzężony w parę ospałych wołów i ten swojski, leniwy odgłos przywrócił jej spokój. Słońce wysunęło się nad linię dalekiego horyzontu i nagle nastał dzień, a Sita zaczęła oddychać spokojniej i równiej. Wstała ostrożnie, wyjrzała ponad suchymi trawami i zobaczyła pustą, zalaną słońcem drogę. Nic się na niej nie poruszało i ten bezruch był czymś niezwykłym; trakt wiodący z Merathu stanowi główne połączenie między Rohilkhandem, Oude i Delhi i jest zazwyczaj bardzo ruchliwy, Sita jednak o tym nie wiedziała i ta cisza dodała jej odwagi, choć nie kwapiła się, by deptać po piętach tym dzikookim jeźdźcom, uznała więc, że rozsądnie będzie chwilę odczekać. Zostało jeszcze trochę jedzenia, jednak resztkę mleka wypili poprzedniego wieczoru i oboje zaczynali odczuwać pragnienie.

— Poczekaj tu — nakazała Ashowi. — Pójdę do rzeki i przyniosę wody. Nie ruszaj się stąd, moje ty serduszko. Siedź spokojnie, a nic ci się nie stanie.

Ash był posłuszny, ponieważ udzieliło mu się przerażenie Sity i po raz pierwszy w życiu poczuł strach. Choć, podobnie jak ona, nie potrafił powiedzieć, czego się boi.

Długo musiał czekać, ponieważ Sita poszła okrężną drogą i dotarła nad rzekę nieco powyżej miejsca, z którego droga prowadziła na most pontonowy, a więc tam, gdzie było najbliżej do wody. Z tego miejsca Sita mogła widzieć drugi brzeg, a na nim łachy piasku i wypełnione wodą sezonowe kanaliki Jamuny biegnące aż do Bramy Kalkuckiej, a także długą linię muru, który ciągnął się daleko poza Arsenał, do Wodnego Bastionu. Mogła też słyszeć, teraz nieco wyraźniejszy, hałas dolatujący z miasta, brzmiący z tej odległości niczym brzęczenie rozdrażnionych pszczół, którym przewrócono ul, tyle że tysiąc razy głośniej.

Najgłośniejszy w tej mieszaninie dźwięków był huk i trzask wystrzałów, pojedynczych albo połączonych w trzeszczące staccato. Niebo nad miastem pełne było ptaków — jastrzębi, stad kraczących wron, wystraszonych gołębi, to szybujących wkoło i opadających, to wznoszących się gwałtownie, jakby przeraziło je coś, co działo się niżej, na ulicach miasta. Tak, w Delhi tego dnia musiało dziać się coś bardzo niepokojącego, najlepiej będzie trzymać się od tego z daleka i nie próbować wchodzić do miasta, bo nic nie wiadomo. Szkoda, że zostało już tak mało jedzenia, ale dla dziecka wystarczy. No i przynajmniej będą mieli wodę.

Sita napełniła na płyciźnie mały mosiężny dzbanek, lotah, i umknęła z powrotem do bezpiecznego schronienia w wysokich trawach rosnących nad traktem z Merathu, starając się po drodze korzystać z osłony pojedynczych rozłożystych akacjii kęp trawy, by nikt jej nie zauważył. Zdecydowała, że zostaną tu do wieczora, by po zapadnięciu ciemności przekroczyć most, a następnie — obchodząc miasto — iść prosto do kwater wojska. Dla Asha-babybędzie to długa wędrówka, jeśli jednak odpocznie przez cały dzień… Wydeptała dla niego wygodniejsze miejsce w samym środku łanu trawy i choć było tam nieznośnie gorąco, brakowało powietrza, wszystko porywał pył, a Ash, nie pamiętając o strachu, zaczął się nudzić i denerwować, upał i przymusowa bezczynność sprawiły, że w końcu poczuł senność i tuż po południu zapadł w sen.

Sita również zasnęła, ukołysana powolnym skrzypieniem zaprzężonych w woły wozów, ciągniętych z mozołem w pyle drogi, a od czasu do czasu pobrzękiwaniem przejeżdżającej ekka, lekkiej dwukółki.Oba te odgłosy zdawały się świadczyć, że na trakt z Merathu wrócił normalny ruch i niebezpieczeństwo — jeśli w ogóle istniało — najprawdopodobniej już zniknęło. Sita widziała tylko posłańców zmierzających pospiesznie do BahaduraSzaha, Mogoła, z wiadomościami o jakimś poważnym wydarzeniu, które spowodowało w mieście wielkie poruszenie i świętowanie. Być może była to wiadomość o zwycięstwie bengalskiej armii w służbie Kompanii, odniesionym na jakimś dalekim polu bitwy, a może wieść o narodzinach syna na innym zaprzyjaźnionym dworze królewskim — królowej Wiktorii w Anglii, czyli w Belaicie?

Takie i podobne uspokajające domysły pozwoliły jej stępić ostre poczucie strachu, a poza tym nie słyszała już wrzawy miasta. Mimo iż lekki prąd powietrza, który unosił się od mokrego piasku i zakoli Jamuny, był za słaby, by podnieść kurz zalegający grubą warstwą na drodze, wystarczał, żeby rozkołysać wierzchołki wysokich traw i wypełnić jej uszy miękkim, mrukliwym szelestem. Wyruszymy, kiedy dziecko się obudzi, postanowiła Sita i nie zdążyła dokończyć tej myśli, bo złudzenie spokoju prysnęło. Przez równinę przetoczył się, niczym niewidzialna fala, gwałtowny wstrząs, wprawiając w drżenie trawy i ziemię pod stopami Sity. W ślad za tym nadciągnął przerażający huk, który rozszczepił pełną szelestów ciszę upalnego popołudnia, jak piorun rozłupuje sosnę.

Dzika gwałtowność tego huku wyrwała ze snu Asha, a zdrętwiałą ze strachu Sitę postawiła na nogi. Patrząc przez trawy, ujrzeli szeroki, gruby słup dymu unoszący się nad dalekimi murami Delhi — straszliwą wijącą się kolumnę z czapą w kształcie grzyba, przerażającą w świetle popołudniowego słońca. Nie mieli pojęcia, co to może być, i nigdy się nie dowiedzieli, że byli świadkami wybuchu w delhijskim magazynie, wysadzonym przez garstkę obrońców, którzy chcieli zapobiec przejęciu go przez wściekły motłoch.

Dym, później zabarwiony na różowo w złotych promieniach zachodzącego słońca, unosił się jeszcze przez kilka godzin, a kiedy Sita wreszcie zaryzykowała opuszczenie wraz z dzieckiem kryjówki, pierwsze promienie wiszącego nisko nad horyzontem księżyca pomalowały go srebrem.

Zawrócenie z drogi teraz, kiedy byli prawie u celu, nie wchodziło w grę. Gdyby jednak był jakiś inny sposób dotarcia do wojskowych kwater, Sita chętnie by z niego skorzystała. Nie odważyłaby się jednak przeprawić przez Jamunę, a na przestrzeni wielu kilometrów nie było innego mostu, musieli więc przejść przez most pontonowy, i tak też zrobili, idąc zalani szarą gwiezdną poświatą tuż za grupą weselników.

Po drugiej stronie rzeki zostali zatrzymani i wypytani przez uzbrojonych ludzi. Samotna kobieta z dzieckiem nie miała jednak dla nich większego znaczenia, więc pozwolono im iść dalej. Podczas gdy strażnicy przepytywali gości weselnych, rozwiązał się worek z pytaniami i odpowiedziami, dzięki czemu Sita zdobyła pierwsze informacje na temat wydarzeń tego dnia.

Hilary miał rację. Podobnie jak Akbar Chan. Było zbyt wiele zapiekłych żalów, które zostały zlekceważone, zbyt wiele nieprawości, które nie zostały rozpoznane i naprawione — ludzie nie mogli znosić tego w nieskończoność. Poszło o drobiazg, o smar konserwujący naboje, które wydano armii bengalskiej do stosowania w nowych karabinach. Powstało podejrzenie, że w skład tego smaru wchodzi, pół na pół, tłuszcz wołowy i wieprzowy, przy czym kontakt z tym pierwszym był świętokradztwem dla hinduistów, a zetknięcie się z drugim kalało muzułmanów. To był jednak tylko pretekst.

Dokładnie pięćdziesiąt lat od dnia, kiedy to powstanie i rozlew krwi były następstwem podejmowanych przez Kompanię prób przymusowego wprowadzenia skórzanych kołnierzyków i nowego fasonu nakryć głowy w oddziałach wojskowych w Vellore w Madrasie, sipaje zaczęli podejrzewać spisek, mający na celu zniesienie kastowości — żarliwie czczonej przez wszystkich instytucji hinduistycznej. Powstanie w Welurze zostało stłumione szybko i brutalnie, podobnie jak inne rozruchy, które wybuchały w następnych latach. Kompania jednak nie dostrzegła groźnych zwiastunów nadciągającej katastrofy i z oburzeniem zareagowała na protesty przeciwko wprowadzeniu smaru do nabojów.

Pewien rozwścieczony sipaj w Barakpurze, niejaki Mangal Pandy z 34. Pułku Piechoty Indyjskiej, podżegając towarzyszy do powstania, postrzelił brytyjskiego adiutanta. Został powieszony, a jego kamratom, którzy w milczeniu przyglądali się popełnianiu tego przestępstwa, obcięto ręce. Pułk rozwiązano, a widząc narastające wzburzenie, rząd cofnął rozkaz dotyczący nowego rodzaju nabojów. Było już jednak za późno; sipaje uznali to za dowód, iż ich podejrzenia były słuszne, więc napięcie, zamiast zelżeć, osiągnęło niebezpieczny punkt. Z całych Indii nadchodziły wieści o podpaleniach i mimo iż sytuacja groziła wybuchem, a ludzie o przenikliwych umysłach doskonale wiedzieli o zbliżającym się kataklizmie, dowódca stacjonującego w Miracie 3. Pułku Kawalerii uznał za stosowne dać szkołę swoim podwładnym, nalegając, by używali nabojów będących kością niezgody. Osiemdziesięciu pięciu sowarów, którzy odmówili stanowczo, choć grzecznie, wykonania tego rozkazu, zostało aresztowanych, postawionych przed sądem wojskowym i skazanych na dożywotni obóz ciężkich robót.

Generał Hewitt, korpulentny, ospały jegomość, który skończył właśnie siedemdziesiąt lat, z ociąganiem zarządził przemarsz całej mirackiej brygady, podczas którego odczytano na głos, jakie wydano wyroki: z osiemdziesięciu pięciu ludzi publicznie zdarto mundury, założono im na nogi żelazne kajdany i zabrano do więzienia, w którym mieli spędzić resztę życia. Ten długo celebrowany przemarsz hańby okazał się jednak jeszcze większym błędem niż surowość kar, widok skutych sowarów wzbudził współczucie obserwującego ich tłumu i przez całą noc ludzie w koszarach i na targowiskach Merathu, kipiąc pełną rozżalenia wściekłością, knuli zemstę. Zagrażająca od tak dawna nawałnica runęła następnego ranka. Zgraja rozwścieczonych sipajów zaatakowała więzienie, uwolniła więźniów i zwróciła się przeciwko Brytyjczykom. Po całym dniu zamieszek, rzezi i przemocy sowarzy z 3. Pułku Kawalerii spalili i splądrowali bungalowy i popędzili do Delhi, by tam wznieść sztandar rewolucji i oddać szable w służbę Bahadura Szaha, tytularnego króla Delhi i ostatniego z Mogołów. To właśnie tych mężczyzn widziała Sita o świcie i uznała intuicyjnie za zwiastunów katastrofy.

Mogoł — jak się wydaje — nie od razu im uwierzył. Ponieważ w Meracie stacjonowało wiele brytyjskich pułków, spodziewał się, że lada godzina ruszą one w pościg za rebeliantami. I dopiero gdy nie doczekał się nikogo, uwierzył, że kawalerzyści 3. Pułku mówili prawdę, zapewniając go, iż żaden sahib z Merathu nie uszedł z życiem. Wkrótce też nadeszła wieść o podobnej rzezi wszystkich Europejczyków w Delhi. Część białych zabarykadowała się w składach i kiedy było już oczywiste, że nie da się ich dłużej utrzymać, wysadziła się razem z nimi w powietrze. Inni zostali wycięci przez własne oddziały lub padli ofiarą motłochu, który pospieszył z pomocą bohaterom z Merathu i urządził sobie polowanie na zabłąkanych na ulicach miasta Europejczyków.

Przysłuchując się tej relacji, Sita złapała Asha za rękę i odciągnęła w mrok, z dala od rozjarzonych pochodni, przerażona tym, że mógłby zostać rozpoznany jako Angrezii zasieczony przez straż pilnującą mostu. Ryk motłochu, trzask i zapadanie się płonących budynków były wymowniejszym ostrzeżeniem niż jakiekolwiek opowiadanie o niebezpieczeństwach czyhających w mieście. Zawróciwszy spod Bramy Kalkuckiej, Sita umknęła w ciemność w stronę Wodnego Bastionu, trzymając się wąskiego pasma niezarośniętego gruntu, ciągnącego się między rzeką a murami Delhi.

Teren był nierówny, pełen skalnych odłamków i innych pułapek, więc krótkie nóżki drepczącego obok niej Asha bardzo szybko osłabły. Tymczasem wzeszedł księżyc, a poświata bijąca od płonących domów rozjaśniała ciemność niczym światło słoneczne. Po przejściu niespełna kilometra napotkali kucyka, który wałęsał się bez celu między domami i stosami śmieci, i zabrali go ze sobą. Jego właścicielem był prawdopodobnie jakaś dhobi, pracz lub kosiarz trawy, który niezbyt starannie uwiązał zwierzę, albo też spiesząc do miasta, by wziąć udział w rabowaniu angielskich sklepów i domów, zapomniał o nim. Dla Sity był to dar niebios i tak też go przyjęła. Niepozorne stworzenie stało spokojnie, gdy umieściła na jego grzbiecie Asha, po czym usiadła za nim. Kucyk przywykł widocznie do znacznie większych ciężarów, gdyż na lekkie szturchnięcie piętą pokłusował dziarsko, trzymając się jakiejś niewidocznej ścieżki wijącej się między kamieniami, krzakami i kupami śmieci na stoku opadającym do miejskiej fosy.

Kopyta kucyka cicho stąpały po piaszczystym podłożu, a bawełniane ciemnoczerwone sari Sity wtapiało się w ciemność. Tej nocy na murach byli jednak ludzie, których podejrzenia wzbudzał każdy odgłos lub poruszenie, dwa razy więc ścigały ich ostre głosy, u stóp odbijały się rykoszetem kule albo przelatywały ze świstem nad głowami, by wpaść z pluskiem do rzeki. Wreszcie mieli za sobą Wodny Bastion i przeciwległy brzeg i posuwali się ostrożnie krótkim odcinkiem otwartej przestrzeni, która oddzielała Bramę Kaszmirską od ciemnego, przyjaznego gąszczu lasu Qudsia Bagh.

Usłyszeli za sobą trzask ostatnich wystrzałów, które nie wyrządziły im najmniejszej krzywdy, i po dziesięciu minutach znaleźli się w lesie, zostawiając za sobą Delhi — ciemny, nieregularny zarys murów i blanków, dachów i drzew, spośród których strzelały smukłe minarety meczetów, ostro zarysowane na tle łuny pożarów. Na prawo od nich płynęła rzeka, przed nimi i po lewej majaczyła długa linia Wzgórz, naturalnej skalnej bariery oddzielającej wojskowe osiedle od miasta.

W kwaterach wszędzie widać było światła — w bungalowach, koszarach, mesach i pomieszczeniach obozowego personelu. Blask, jaki bił od nich w nocne niebo, zazwyczaj wyglądał swojsko, dziś jednak poświata była jaśniejsza i pełgająca, nasilała się lub bladła, jakby i tam szalały pożary. Sita pomyślała, że sahibowie musieli rozpalić ogniska, by oświetlić teren dookoła kwater i zapobiec atakom prowadzonym pod osłoną ciemności. Wydało jej się to bardzo roztropnym pomysłem, choć mogło być niebezpieczne dla niej, gdyż na drodze łączącej miasto ze Wzgórzami byli uzbrojeni ludzie, szybko przemykające pieszo lub konno postacie. Sita domyślała się, że to powstańcy lub szabrownicy. Im prędzej dotrze z dzieckiem do bezpiecznego schronienia, jaki da im bungalow sahiba Abuthnota, tym lepiej. Rozsądniej jednak będzie poczekać tu, między dającymi osłonę drzewami i zaroślami, do czasu, aż ruch na drodze do kwater będzie mniejszy.

Nagle kucyk stanął jak wryty, o mało ich nie zrzucając. Tkwił bez ruchu, parskając głośno, zaniepokojony, a kiedy Sita ponagliła go piętą, wykonał taki ruch, jakby zamierzał iść w przeciwnym kierunku. Musiała więc zsiąść.

— Dekho! Patrz! — odezwał się Ash, który w ciemności widział prawie tak dobrze, jak kucyk. — Tam w krzakach ktoś jest.

W jego głosie brzmiało raczej zaciekawienie niż niepokój. Jeśli do tej pory milczał, to tylko dlatego że nigdy nie był szczególnie rozmowny, wyjąwszy pogawędki z Akbarem Chanem. Strzały i krzyki wzbudzały najwyżej jego ciekawość, ponieważ wujek Akbar zabierał go na strzelanie, zanim chłopiec nauczył się chodzić, i jedyne, co go w tej chwili niepokoiło, to strach Sity oraz to, że nie chciała lub nie potrafiła wyjaśnić ich nowej sytuacji ani dlaczego tak nagle opuściły go wszystkie osoby, które znał w swoim krótkim życiu. Wszystkie oprócz niej. Tak jak dzieci na całym świecie podchodził z rezygnacją do dziwacznego zachowania dorosłych i uznawał je za coś naturalnego. Wiedział, że Sita znów jest zaniepokojona, tym razem osobą leżącą w krzakach. Niespokojny był także kucyk, więc Ash poklepał jego drżący grzbiet i szepnął uspokajająco:

— Daro mut, nie bój się, to tylko memsahib, która śpi.

Kobieta w krzakach leżała w dziwnej pozycji, jakby czołgała się na rękach i kolanach przez splątane poszycie, aż wreszcie padła z wyczerpania i zasnęła. Przebłyskujące przez liście czerwone światło płonących budynków pozwalało stwierdzić, że jest to bardzo otyła dama ubrana w krynolinę z krepy w szaro-białe paski, z fiszbinami, i liczne halki pod sutą spódnicą, co czyniło ją jeszcze grubszą. Kobieta nie była jednak pogrążona we śnie. Nie żyła. Musiała należeć do białych, którzy próbowali ujść rzezi w mieście, i umarła z przerażenia lub na atak serca, bo nie widać było u niej żadnych obrażeń, pomyślała Sita, wzdrygnąwszy się na widok tego okazałego i nieruchomego kształtu. Niewykluczone, że i ona próbowała dotrzeć do wojskowych kwater i być może w ciemnościach kryją się również inni angielscy uciekinierzy albo polujący na nich buntownicy.

To ostatnie przypuszczenie zatrwożyło Sitę, jednak po chwili namysłu doszła do wniosku, że w gąszczu stratowanego ogrodu doskonale byłoby słychać odgłosy zbliżającej się pogoni i że nie można prowadzić pościgu bez pochodni oświetlających drogę. Noc była spokojna i jedyne dźwięki, jakie słyszała Sita, dobiegały od strony drogi, mogli więc spokojnie tu poczekać.

Sita spętała kucyka, żeby nie uciekł, i wymościła w trawie gniazdko dla dziecka, następnie, nakarmiwszy je ostatnimi okruchami ciapaty, ukołysała do snu, szepcząc do ucha historię o dolinie wśród gór, gdzie pewnego dnia zamieszkają w domu o płaskim dachu, stojącym w sadzie, i będą mieli kozę i krowę, i małpkę, i kota…

— Ikucyka — dodał sennie Ash. — Musimy zabrać ze sobą kucyka.

— Oczywiście, że zabierzemy tam kucyka. Będzie nam pomagał nosić dzbany z wodą z rzeki, a także drewno do naszego paleniska, bo kiedy zapada noc, w położonej wysoko w górach dolinie robi się chłodno — chłodno i przyjemnie. A wiatr, który przewiewa lasy, pachnie sosnowymi szyszkami i śniegiem, szumiąc szszuuu…. szszuuu… szszuuu…

Ash sapnął ze szczęścia i usnął.

Sita czekała cierpliwie godzina za godziną, aż poświata na niebie przygasła, a gwiazdy odzyskały jasność. Wówczas, wyczuwając nadchodzący brzask, wzięła na ręce śpiące dziecko i chyłkiem wymknęła się z Qudsia Bagh, aby przebyć ostatni etap ich długiej wędrówki do delhijskiego garnizonu.

Droga była szara i pusta, pokryta grubą warstwą kurzu, od rzeki i długich połaci wilgotnego piasku wiało chłodem, w powietrzu wyczuwało się zapach dymu i odór rozkładu, a cisza potęgowała każdy najlżejszy dźwięk — trzask suchej gałązki pod stopą, stuknięcie kamyka potrąconego przez kopyto kucyka, a także nierówny oddech Sity. Wydawało jej się, że słychać ich na kilometr, skłoniła więc kucyka do szybszego biegu, kopiąc go w boki bosymi piętami i nawołując bezgłośnym szeptem do pośpiechu.

Ostatnim razem Sita i Ash jechali tą drogą w powozie. Odniosła wtedy wrażenie, że odległość między Bramą Kaszmirską a kwaterami wojska jest niewielka. Teraz jednak wydawało jej się, że droga nie ma końca, i zanim dotarli do grzbietu Wzgórz, niebo zszarzało pierwszą zapowiedzią poranka, a jednolite dotychczas kształty po obu stronach drogi stawały się skałami i karłowatymi ciernistymi drzewami. Gdy droga zaczęła opadać w dół, jechało im się o wiele łatwiej. Szybko zeszli ze zbocza, a wciąż panująca cisza dodała Sicie otuchy. Jeżeli mieszkańcy kwater mogą sobie pozwolić na tak spokojny sen, oznacza to, że nie wydarzyło się tu nic złego i kłopoty się skończyły — albo nawet tutaj nie dotarły.

O tej porze nigdzie nie paliły się światła i na drogi, domy i ogrody spływał spokojny brzask. Nagle jednak smród spalenizny stał się bardziej intensywny i nie był to tak dobrze znany zapach węgla drzewnego lub spalanego nawozu, lecz o wiele ostrzejszy swąd tlących się belek i poszycia dachów, a także spieczonej ziemi i cegieł.

Wciąż było jeszcze zbyt ciemno, by dostrzec coś więcej niż tylko zarysy drzew i bungalowów, i chociaż cichy stukot kopyt kucyka, gdy jechali bitą drogą, był dobrze słyszalny, nikt ich nie zaczepił. Wydawało się, że wartownicy również śpią.

Bungalow Abuthnotów stał w bliższej części kwater przy spokojnej, ocienionej drzewami uliczce, i Sita nie miała większych trudności ze znalezieniem go. Przed bramą zsiadła z kucyka, postawiła dziecko na ziemi i zaczęła rozsupływać swój tobołek.

— Co robisz? — zapytał zaciekawiony Ash. Ponieważ był głodny, miał nadzieję, że Sita chce dać mu coś do jedzenia. Ona jednak wyjęła marynarskie ubranko, które zamierzała włożyć Ashowi w domu kuzyna Daja Rama, kupca zbożowego. Nie uchodziło bowiem, by syn Burra-Sahiba został przedstawiony rodzinie swojego ojca w zakurzonym i poplamionym ubraniu ulicznika. Sita musi więc dopilnować, by chłopiec wyglądał jak należy. Strój był pognieciony, lecz czysty, a buty wypucowane do połysku. Memsahib z pewnością wykaże zrozumienie i chyba wybaczy tę niewyprasowaną odzież.

Ash westchnął z rezygnacją i bez oporu pozwolił się ponaglać przy wkładaniu znienawidzonego marynarskiego kompletu. Wyglądało na to, że od czasu, kiedy miał go na sobie po raz ostatni, urósł, ubranie było bowiem nieznośnie ciasne, a kiedy przyszło do wciągania europejskich sznurowanych bucików, okazało się to praktycznie niemożliwe.

— W ogóle się nie starasz, piara, mój drogi — karciła chłopca bliska łez Sita, na wpół znużona, na wpół zirytowana. — Wciskaj mocno… mocniej.

Kiedy wszystkie wysiłki spełzły na niczym, pozwoliła mu przydeptać tyły bucików i założyć je niczym pantofle bez pięt. Białemu marynarskiemu kapeluszowi z szeroką niebieską wstążką też nie posłużyła długa podróż w tobołku, Sita jednak wyprostowała go energicznie, a pod brodą chłopca delikatnie umocowała elastyczną tasiemkę.

— Teraz wyglądasz zupełnie jak sahib, serce mojego serca — szepnęła i go pocałowała. Otarła łzę skrajem sari i zapakowawszy do tobołka porzucone ubrania, wstała i poprowadziła Asha w górę podjazdu wiodącego do domu.

W pierwszym nikłym blasku świtu ogród przybrał już szarosrebrzystą barwę, a doskonale widoczny bungalow Abuthnotów stał w ciszy, która była tak uderzająca, że kiedy podeszli bliżej, usłyszeli szybki tupot łap na słomianej macie i z mroku otwartych drzwi wejściowych wyłonił się ciemny kształt, by pomknąć przez werandę i susami przemierzyć trawnik. Nie był to pies sahiba ani nawet jeden z tych psich włóczęgów, które myszkują po bazarach na terenie wojskowych kwater, lecz hiena z wysoko osadzonymi barkami i groteskowo niedorozwiniętym zadem, hiena, która niewątpliwie w świetle nadchodzącego dnia…

Sita stała bez ruchu, a jej serce w kolejnym przypływie strachu zaczęło bić jak szalone. Słyszała cichnący szelest liści pod łapami znikającej w zaroślach hieny, a spod bramy, gdzie stał kucyk, dobiegał do niej odgłos miarowego przeżuwania. Z wnętrza domu nadal jednak nie dochodził żaden dźwięk, podobnie jak ze znajdujących się za nim pomieszczeń dla służby, a tam z pewnością ktoś powinien być już na nogach i się krzątać. Gdzież podziewa się chowkidarstrzegący bungalowu? Spojrzenie Sity zatrzymało się na małym białym przedmiocie leżącym na żwirowej ścieżce prawie pod jej stopami. Pochyliła się wolno i go podniosła. Był to satynowy bucik na wysokim obcasie. Takie buty Sita widywała u białych dam, gdy zakładały je z okazji wieczornych balów czy też burra khana, uroczystego proszonego obiadu — rzecz zupełnie niestosowna w tym miejscu i o tej porze.

Przebiegła przerażonym wzrokiem cały trawnik i rabatki, i dopiero teraz dostrzegła inne porozrzucane przedmioty — książki, skorupy potłuczonej porcelany, strzępy ubrań, pończochy… Sita odrzuciła satynowy trzewik, zawróciła i pobiegła do bramy, ciągnąc za sobą Asha, którego następnie wepchnęła w cień drzewa pieprzowego.

— Zostań tam, piara — nakazała mu głosem, którego Ash nigdy dotąd u niej nie słyszał. — Idź tam, zaszyj się w cieniu i bądź cicho. Najpierw sprawdzę, czy ktoś jest w domu, a potem po ciebie wrócę. Jeśli mnie kochasz, nie rób najmniejszego hałasu.

— Czy przyniesiesz mi coś do jedzenia? — zapytał niecierpliwie Ash i dodał z westchnieniem: — Jestem taki głodny.

— Tak, tak. Z pewnością coś znajdę. Przyrzekam ci. Tylko siedź tu spokojnie.

Zostawiła go i przemierzyła trawnik. Zebrawszy całą odwagę, weszła ostrożnie po stopniach wiodących na werandę, a potem do pogrążonego w milczeniu domu. Nie spotkała tam nikogo. W ciemnych pustych pokojach leżały połamane meble i piętrzyło się rumowisko pozostawione przez rabusiów, którzy zabrali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a resztę rozmyślnie zniszczyli. Pomieszczenia dla służby również ziały pustką i widać było ślady prób podpalenia domu. Dom jednak nie zajął się ogniem i za wyłamanymi drzwiami spiżarni wciąż było dużo jedzenia, którego nikt nie miał ochoty ukraść, być może dlatego, że kasta, do której należeli szabrownicy zabraniała im dotykania tych produktów.

W innych okolicznościach Sita mogłaby mieć podobne skrupuły, teraz jednak zawinęła w przedarty na pół obrus tyle jedzenia, ile tylko mogła unieść. Był tam chleb i zimne curry, miska dhalui resztki ryżowego puddingu, trochę gotowanych ziemniaków i świeżych owoców, placek z konfiturami i pół śliwkowego ciasta, a także kilka rodzajów herbatników. Było tam też mleko, niestety skwaśniałe, oraz kilka konserw, zbyt ciężkich jednak, by je nosić. W stosie potłuczonych butelek znalazła się jedna nienaruszona i choć była otwarta, wokół leżało mnóstwo korków, więc Sita napełniła ją wodą zaczerpniętą ze stojącego przed kuchnią dużego glinianego chati i pospieszyła do Asha.

Niebo rozjaśniało się z każdą minutą i wkrótce wczorajsi szabrownicy i inne bazarowe łotry obudzą się po nocnych zamieszkach i wrócą tu, by sprawdzić, czy nie zostało jeszcze coś cennego. Niebezpiecznie było pozostawać tu choćby chwilę dłużej. Najpierw jednak Sita musi zdjąć z chłopca zdradzające go marynarskie ubranko. Zrobiła to drżącymi rękami i z pełnym niepokoju pośpiechem.

Ash nie rozumiał, dlaczego Sita zadała sobie tyle trudu, by ubrać go w ten strój tylko po to, żeby zaraz go z niego zerwać. Był jej jednak za to wdzięczny i poczuł ulgę, widząc, że już nigdy nie będzie musiał tego zakładać, gdyż Sita zostawiła mundurek pod drzewem pieprzowym. Chłopiec pochłaniał zimny pudding, podczas gdy ona napełniła mosiężny dzbanek wodą z małej studzienki znajdującej się między stratowanymi krzakami oleandra, a dla kucyka wyciągnęła wodę w skórzanym wiadrze. Kiedy już się z tym wszystkim uporała, dosiedli swojego małego wierzchowca i wyruszyli w szaroperłowym świetle wstającego dnia w kierunku Wielkiego Szlaku Drzewnego, który wiódł na północ — do Kurnalu i Pendżabu.

Kucyk