Daję ci wieczność. Akt trzeci: Pieśń słowika - Agata Suchocka - ebook

Daję ci wieczność. Akt trzeci: Pieśń słowika ebook

Agata Suchocka

0,0

Opis

Arapaggio – samotny drapieżnik i artysta rozmiłowany w malowaniu nocnych krajobrazów – decyduje się zakończyć swoją egzystencję po tym, jak miłość jego życia przepada bez śladu. Ratuje go nietypowa bohaterka: piękna ladacznica Józefina, polująca na nazistowskich oficerów w szarpanym wojną Wiedniu. Aby okazać wdzięczność, Arapaggio przeprowadza ją na stronę ciemności i obiecuje uczynić Królową Nocy. Czy temperamentna kurtyzana wygra bitwę o jego serce z duchem dawno utraconej miłości? Czy dowie się, kim jest anioł obserwujący ją z portretów, ktoś, kto zostawił malarza z niemożliwą do zagojenia raną w sercu?
Tymczasem ów anioł postanawia wrócić do miasta i domu, w którym porzucił ukochanego. Po drodze przez targaną wojną Europę wspomina czasy, gdy spotkał go po raz pierwszy – czasy, w których był jeszcze śmiertelnym młodziutkim sopranistą u progu operowej kariery.
Wojenna kanonada przeplata się z echami barokowych arii w tej historii o miłości silniejszej niż czas i śmierć, o toksycznej zazdrości, o zawiedzionych nadziejach i złamanych sercach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Ilustracje

s. 3, 7, 17, 41, 61, 73, 95, 113, 127, 139, 155, 165, 177, 189, 203, 215, 231, 243, 255, 269, 285, 301, 311: © dahl101/stager_lee; s. 8, 26, 270: © Agata Suchocka; s. 42: © Agnieszka Różańska/merodi.arts; okładka, s. 49: © Dawid Boldys/Shred Perspectives Works; s. 91: © Shell Martin/monsh3lly/_lokitty; s. 137: © Mariusz Nawrot; s. 201: © Julian Sumisu/juleksumisu

Wydanie I, Chorzów 2021

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609, 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Agata Suchocka

ISBN 978-83-7835-833-6

Lascia ch’io pianga mia cruda sorte

E che sospiri la libertà…

Pozwól mi opłakiwać mój okrutny los

I tęsknić za wolnością…

aria Almireny z opery Rinaldo G.F. Händla

Prolog

królowa nocy

Śnił o piekle.

To był bardzo dobry sen, zapewne dlatego, iż był pierwszym od trzech wieków i zarazem ostatnim, jaki kiedykolwiek miał mu się przyśnić.

Wokół niego szalały płomienie; słyszał ich huk, ryk pożaru, który ogarniał cały świat i jego samego. Czuł piekący ból w każdym skrawku skóry lizanym przez zabójczy żar. Nie ma już odwrotu ani ucieczki. Nie miał również sił na to, by podnieść się i schronić przed tym obezwładniającym gorącem, które zdawało się atakować go od zewnątrz i jednocześnie trawić od środka. Umysł przekornie wypełniły obrazy dawno niewidzianych miejsc: neapolitańska zatoka, półmroczna alkowa, złote loki rozrzucone na poduszce, uchylające się powieki i w końcu turkusowe oczy wypełnione światłem.

Nagle jednak sen się zmienił.

Leżał nagi w nieznanym pomieszczeniu tonącym w mroku, na niewygodnym łóżku, przygnieciony do starego, wysłużonego materaca, którego sprężyny wbijały mu się w plecy, ciałem jakiejś cudownie pięknej diablicy. Musiała nią być, skoro pochłonął go piekielny żar. Nigdy nie wierzył w piekło, a przynajmniej nie w takie, jakim straszono go za młodu. Przez ostatnie dekady żył w piekle samotności i zwątpienia; po latach bezsensownej tułaczki każda wizja piekła zdawała mu się atrakcyjniejsza niż pusta wegetacja.

Takiej wersji jednak się nie spodziewał.

Diablica ujeżdżała go energicznie, odrzuciwszy do tyłu głowę. Śmiała się dziko zmysłowym, ochrypłym śmiechem, który przechodził w przeciągłe jęki, gdy posuwiście pracowała biodrami. Przytrzymywała ozdobioną trupią główką wojskową czapkę, która spadała jej na oczy, zgniatając burzę kruczoczarnych loków powiewających przy każdym zamaszystym ruchu, a ruchy te rozlewały się po jego ciele jak kojący balsam, gasząc falami rozkoszy potworny ból poparzonego ciała.

Jeśli tak właśnie wyglądało piekło, nie miał nic przeciwko spędzeniu w nim wieczności.

Zaczynał jednak tracić świadomość.

Turkusowe oczy z jego wspomnień zamknęły się i nagle jakby całe światło świata zgasło.

Sen gwałtownie się urwał, jak przepalona filmowa klisza, i zapadła całkowita, nieprzenikniona ciemność.

pieśń słowika

To było piekło.

Świat stał się właśnie tym, przeobraził się w coś gorszego nawet od piekła, którym straszono go, gdy był małym chłopcem.

Spodziewał się wszystkiego, co zapowiadano: płomieni, demonów, potępieńczych jęków, jednak to, co zgotowali sobie wzajemnie ludzie, przechodziło najkoszmarniejsze wyobrażenia.

Przetrwali rewolucję lutową i październikową, uciekając w głąb kraju, ale na to, co działo się wokół nich, nie mógł już dłużej patrzeć, nie mógł słuchać niemilknącego łoskotu i kanonady pocisków. Miał dosyć ukradkowego dobijania konających z głodu, miał dosyć udawania, że to, co dzieje się w mieście, jest normą podczas wojny.

Wojna…

Wspólnie przetrwali pierwszą wielką wojnę na kontynencie i miał wrażenie, że od jej zakończenia minęła zaledwie chwila, a momentami zdawało mu się nawet, iż w ogóle nie było pomiędzy dwiema wielkimi wojnami ani dnia pokoju, że świat tonął w salwach dział i huku wybuchających bomb nieprzerwanie od dziesięcioleci.

Nie odnajdował się w świecie pełnym przemocy, choć przecież sam był jej narzędziem. Powoli gubił siebie, kawałek po kawałku, gubił gdzieś tę wrażliwość, która pozwalała mu trwać, która wypełniała noce pięknem, która sprawiała, że pobłażał swoim zmysłom i egzystował na pograniczu jawy i snu, wyśnionego dla niego dawno temu przez kogoś innego.

Teraz tego kogoś już przy nim nie było.

Nie potrafiła pomóc mu oswoić się ze zbyt szybko zmieniającym się agresywnym światem, w którym z trudem odnajdowała miejsce dla samej siebie. Byli jak dwa zbłąkane zwierzęta, nierozumiejące tego, co działo się wokół nich, zapędzone w zasadzkę, z której nie potrafiły uciec. I chociaż zdawało się jej, że wciąż go kocha, niemal tak intensywnie, jak wówczas, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, nie potrafiła przekuć tego wyimaginowanego przecież uczucia na czyny, nie potrafiła zrobić nic, co pomogłoby im pogodzić się z zastaną rzeczywistością, na którą nie mieli najmniejszego wpływu.

Przez lata tęskniła i czekała, idealizując go w marzeniach, a gdy w końcu zjawił się w jej progu, czar prysł. Okazał się kapryśny, humorzasty i arogancki, po kilku latach nie była w stanie znieść jego towarzystwa, jego wyniosłości, marudzenia, ciągłych narzekań. Pielęgnowane przez dekady wyobrażenia rozwiały się jak poranna mgła nad Newą.

Co wieczór patrzyła, jak jego czarna sylwetka znika w unoszącym się nad ulicą wilgotnym smogu. Stąpał, nie zostawiając śladów na śniegu. Co wieczór miała nadzieję, że nad ranem już nie wróci, a potem, gdy pierwsze tchnienie świtu zaczynało rozjaśniać horyzont, z niespokojnie bijącym sercem wyczekiwała go w oknie.

Wracał jednak, gdyż nie miał dokąd pójść.

Żyli obok siebie, niejako skazani na własne towarzystwo, początkowo skrycie, a potem już jawnie nim rozczarowani. Nie potrafiła zaleczyć rany, która ziała w jego sercu, zadana jego własną ręką. Była jak dziecko, domagające się od niego atencji i opieki, którymi nie mógł i nie chciał jej otoczyć.

Załamała się zupełnie w chwili, w której car i jego rodzina zostali zamordowani przez bolszewików. Tak bardzo chciała im pomóc, choć przecież wiedziała, że nic nie może zrobić. Uciekli razem w obawie przed zdemaskowaniem i odkryciem jej powinowactwa z carską rodziną. Żałowała, że wszyscy uwierzyli w to kłamstwo, w którym żyła tak długo, aż stało się prawdą. Pragnęła już tylko zapaść się pod ziemię, zasnąć i nigdy się nie obudzić, a on nie miał siły ani ochoty na leczenie jej bólu, tak dogłębnie pogrążony we własnym.

Gdyby wiedział, jak potoczą się losy miasta, nigdy nie wróciłby z nią do Petersburga. Nie było już Petersburga, miasto stało się Leningradem. Gubił się wśród politycznych perturbacji, których przez całe swoje życie starał się unikać. Nie obchodziły go rewolucje, nie obchodziły go strajki, demonstracje, przewroty i przejęcia władzy. Nie obchodziły go wojny i oblężenia. To nie był jego świat. Świat muzyki i sztuki, w którym spędził dzieciństwo i młodość, przepadł bezpowrotnie, pożarty przez maszyny śmierci.

Miał wrażenie, że jeśli pozostanie tutaj, z nią, to zapomni, kim jest, zapomni, co jest dla niego ważne, kogo tak naprawdę kocha, co trzyma go przy życiu.

Musiał wrócić do Wiednia.

Ta sama siła, która wchłonęła całą Austrię w trzewia Rzeszy, odcięła teraz od świata miasto, które było jego domem przez ponad cztery dekady. Czy istniała jakakolwiek szansa na to, by wydostał się z oblężonego Leningradu i dotarł do Wiednia przez szarpane wojną kraje, znikające z mapy jeden po drugim? Czy po drodze była jeszcze jakaś Polska, która w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wykwitła na mapie niby osobliwy kwiat, uważany przez świat za wymarły? Wizja podróżowania przez te nieznane mu tereny, wśród ludzi mówiących dziwacznymi językami, z widmem zostania rozerwanym na strzępy przez minę przeciwpiechotną czy zbłąkaną serię z karabinu maszynowego, napełniała go zgrozą. Jeszcze większym przerażeniem przepełniał go jednak sposób, w jaki teraz żyli, w ginącym z głodu mieście, będącym niegdyś centrum wszechświata.

Musiał wrócić do Wiednia.

Gdyby choć przez chwilę przypuszczał, że świat zmieni się w piekło, nigdy nie zdecydowałby się na samotną tułaczkę, którą podyktowała mu duma i jakiś trudny do zdefiniowania impuls, nakazujący wyrwanie się z wyimaginowanej niewoli. Przekonał się bowiem dogłębnie, że ta ucieczka była największym błędem, jaki kiedykolwiek popełnił. A teraz widział aż nazbyt wyraźnie, czym jest prawdziwa niewola.

Musiał teraz naprawić ten błąd, musiał wrócić i odszukać swój dom, jeśli ten jeszcze stał, a w nim odnaleźć miłość swojego życia. Miał jednak gorzkie przeświadczenie, że być może miłość ta wypaliła się wraz z wojenną pożogą, jeśli w ogóle jeszcze biło serce, w którym się tliła. W jego sercu tliła się przez cały czas, a w miarę gdy świat wokół zaczynał coraz intensywniej płonąć, i w nim na nowo rozgorzał ogień namiętności, o którym bezskutecznie próbował zapomnieć.

Ucałował na pożegnanie kobietę, która przez ostatnie lata była jego powiernicą, siostrą, matką i oblubienicą, po czym odszedł w noc rozświetlaną co chwilę łuną wojennej pożogi, zdecydowany przejść pieszo przez każdą napotkaną linię frontu, jeśli tylko będzie to konieczne.

Patrzyła za jego ciemną wysoką sylwetką i wiedziała, że tym razem już nie wróci. Musiała nauczyć się nie tęsknić tylko po to, by w chwilach, w których ich spojrzenia się spotykały, odwracać wzrok.

A on, bez względu na wszystko, musiał dotrzeć do Wiednia.

I

królowa nocy

Otworzył oczy.

Niski sufit nad jego głową pokrywała łuszcząca się farba, przypominająca kępy porostów na korze starego drzewa. Nie sposób było nazwać koloru ścian pomieszczenia znajdującego się w suterenie, jak się od razu zorientował. Jedyne okienko, tuż pod sufitem, zasłaniała pokryta czarnymi plamami pleśni kotarka z wyliniałego aksamitu o równie nieokreślonej barwie. Wszystko wokół miało jakiś niedefiniowalny odcień kurzu i woniało rozkładem.

– Och, Sturmbannführer…! – Usłyszał gdzieś spod swojej pachy. – Nie spodziewałam się pana wizyty, ale doprawdy, spisał się pan… po oficersku…

Czyj to był głos?

Ból odbierał mu jasność myślenia, miał wrażenie, że ktoś polewa jego ciało wrzątkiem. Paliła go twarz i dłonie, a śniade ramię spoczywające na jego piersi odczuwał jak rozpaloną do czerwoności sztabę żelaza.

Uniósł się na łokciach, a na wpół leżące na nim kobiece ciało zsunęło się na zarzucony jakimiś szmatami, będącymi niegdyś zapewne pościelą, materac.

– Już idziesz? – Ciało uniosło się jak poderwane oddolnym podmuchem i jego oczom ukazała się diablica ze snu, piękność z burzą kruczoczarnych loków, wciąż przykrytych opadającą na kocie oczy esesmańską czapką i twarzą upadłej bizantyjskiej Madonny.

Kobieta przeciągnęła się, czapka spadła ze stukotem na podłogę, a nad jego twarzą zatańczyły krągłe, jędrne piersi. Jej skóra miała piękny ciepły kolor, właściwy ludziom południa Europy.

Albo Cyganom.

Opadła na niego i poczuł się tak, jakby ktoś żywcem obdzierał go ze skóry. Z trudem powstrzymał cisnący się do gardła zbolały jęk. Syknąwszy z bólu, wyswobodził się z usiłujących opleść go ramion i wstał z trudem, rozglądając się po niewielkim pokoiku.

Dobrze, że nie stracił ostrości wzroku, choć odnosił wrażenie, że ma w oczodołach żarzące się węgle.

Pod oknem stało krzesło i rozklekotany stolik, zarzucony poszczerbionymi naczyniami, z których resztki jedzenia zdawały się wychodzić o własnych siłach.

– Przepraszam za bałagan… – Kobieta wygramoliła się z łóżka. – Zazwyczaj oficerowie zapraszają mnie na kolacje i… śniadania do swoich kwater, ale pan, majorze, pojawił się tak nagle tuż przy moim… eee… apartamencie, zdawał się pan taki zagubiony…

– Przestań – odrzekł cicho, podchodząc do stojącej w kącie szafy.

Do uchylonego skrzydła drzwi było przymocowane pęknięte lustro i poczuł zalewającą go nagle falę paniki na widok swojego odbicia. Ona oczywiście nie mogła nic dojrzeć w niemal całkowitej ciemności, na swoje szczęście zresztą.

Nie miał już twarzy.

W jej miejscu znajdowała się maska spękanej, zwęglonej skóry; rana zbiegała w dół na kształt trójkąta, spalony był każdy fragment ciała, który nad ranem wyłaniał się spod rozchełstanej koszuli. Koszuli nie miał już na sobie, był całkowicie nagi, z groteskową spaloną maską zamiast twarzy, z ranami na piersi i dłoniach. Włosy pozostały jednak nienaruszone: krótkie i sztucznie rozjaśnione. Spod zwęglonych powiek, których nie był w stanie do końca zamknąć, patrzyły na niego rozszerzone bólem jasnozielone oczy.

– Mam tu gdzieś świecę… – Kobieta podeszła po omacku do stolika i błądziła po nim dłońmi w poszukiwaniu ogarka. Dostrzegł go i dyskretnie odsunął poza jej zasięg.

– Nie zapalaj – rzekł, a jego głos wydał mu się zgrzytem gwoździa po blasze. – Bolą mnie oczy.

– Jak chcesz, majo…

– Nie nazywaj mnie tak! – Dotknął swojej twarzy, obserwując jednocześnie odbicie kobiety w lustrze. Ubierała się zręcznie w jakąś niedorzeczną suknię, połyskującą w ciemności garniturem tanich cekinów, pełnym ubytków.

– A jak mam pana nazywać? Nie powiedział mi pan, jak ma na imię.

– Arapaggio – odrzekł bezwiednie, zanim ugryzł się w język. To nie było imię odpowiednie dla esesmańskiego oficera. Jak się teraz nazywał? Schmidt? Salzmeier? Ach, tak, von Meurer… Było jednak za późno na kłamstwo.

– Arapaggio? Jesteś Włochem? Wyglądasz na Niemca. Jesteś taki na wskroś… aryjski – szepnęła, a jej głos nabrał chropawej, uwodzicielskiej zmysłowości.

Znał ten typ dziwek.

Prosperowały, obsługując oficerów wysokich rangą, podkładały się mordercom, jakby byli najzwyklejszymi w świecie klientami. Wzięła go za takiego właśnie oficera. A za kogo niby miała wziąć? Przecież jeszcze kilka godzin wcześniej miał na sobie mundur, a w kieszeni dokumenty potwierdzające stopień wojskowy i tożsamość.

Poczuł do niej nić sympatii, niewystarczającą jednak, aby ocalić ją od śmierci z jego ręki. Im prędzej się jej pozbędzie, tym lepiej.

– Posłuchaj mnie… – rzekł cicho, manipulując niepewnie przy swojej twarzy, nie bardzo zdecydowany, czy dotykać jej, czy nie. Skóra łuszczyła się płatami przypominającymi farbę na suficie. – Jak się tu znalazłem? – szepnął, zdzierając jej fragment z policzka.

Odetchnął z ulgą, odkrywszy pod spodem blade, delikatne ciało, pulsujące pod jego palcami. Odrzucał martwe tkanki na podłogę, w końcu temu zapyziałemu pomieszczeniu nic już nie mogło bardziej zaszkodzić. Zdecydowany był za kilka chwil puścić tę ruderę oraz jej mieszkankę z dymem.

– Znalazłam pana na balkonie, tuż przed świtem. Zdaje się, że za dużo pan wypił… Wracałam z hotelu, tu niedaleko, za rogiem. Założę się, że balowałam z pana przełożonymi! – Zaśmiała się, a ten dźwięk spłynął dreszczem po jego kręgosłupie. Nie musiała nic robić, żeby doprowadzać jego zmysły do szaleństwa, nawet teraz, gdy był w tak opłakanym stanie. Miał ochotę posiąść ją raz jeszcze zanim pozbawi ją życia i podpali tę melinę.

Teraz już nie miał wątpliwości, że jej dzika jazda na jego ciele była retrospekcją, a nie snem.

– Masz jakieś imię? – zapytał, złuszczając skórę z dłoni, jakby zdejmował rękawiczki.

– Józefina – odparła, unosząc kształtną nogę i oblekając ją w pocerowaną pończochę. Bez trudu ubierała się po ciemku, jak to dziwka.

– Józefina… – mruknął, schylając się po koszulę. Gdzieś w pobliżu łóżka walały się bryczesy i kurtka od munduru.

No tak, stał się majorem. Tak na wszelki wypadek.

Długo szukał wystarczająco podobnego do siebie oficera. Przywłaszczył sobie jego mundur, dokumenty, tożsamość. Przywłaszczył sobie jego życie, dosłownie i w przenośni. Zaprzyjaźnione dziwki obcięły i rozjaśniły mu włosy, tak że podobieństwo stało się uderzające. I choć nigdy nie musiał faktycznie odgrywać przed ludźmi zamordowanego esesmana, czuł się bezpieczny i anonimowy, przemykając w ciemności odziany w mundur zwycięzcy.

Nie był zwolennikiem nazistowskiej ideologii, nie był zwolennikiem żadnej ideologii. Faszyzm odrzucał go, a pompatyczna oprawa wojny napawała wstrętem. Eksterminacja całych nacji była złem, którego nawet jego wielowiekowy umysł nie potrafił zrozumieć i usprawiedliwić, a przecież pamiętał czasy inkwizycji. Krematoryjny dym do złudzenia przypominał swąd stosów.

Ten konflikt zbrojny musiał się jednak wkrótce skończyć, jak wszystkie poprzednie, których był świadkiem. Nauczyły go one jednego – zawsze stawać po stronie, na którą przechylała się szala zwycięstwa. A w danym momencie wszystko wskazywało na to, iż to właśnie Niemcy wygrają tę wojnę.

Józefina uniosła się z barłogu, odziana w suknię, której czasy świetności dawno już minęły, i ponownie podeszła do stolika w poszukiwaniu świecy. Tym razem jej tego nie utrudniał, bo odzyskał już twarz. I choć zregenerowane pod poparzeniami ciało bolało tak, że zaciskał szczęki, wyglądał całkiem normalnie.

Schylił się po spodnie i naciągnął je zanim zapaliła świecę. Wsunął nogi w oficerki, myśląc, jak bardzo spodobałyby się Lotharowi. Postanowił mu je sprezentować, gdy zakończy już te idiotyczne przebieranki, gdy zakończy się ta idiotyczna wojna. Jego przyjaciel z pewnością uznałby tę maskaradę za szalenie zabawną.

– Majorze Arapaggio… – szepnęła kobieta, unosząc ze stołu nóż i ukrywając go za podwiązką.

Była odważna, to trzeba jej było przyznać. Potem zapaliła świecę, pocierając zapałką o ścianę.

Czuł jej zdenerwowanie, gdy obserwowała, jak zakłada koszulę; niby od niechcenia szczotkowała włosy, nie spuszczając z niego wzroku. Jej dłoń drżała nieznacznie. Z pewnością przeszukała jego kieszenie i znalazła dokumenty, w których widniało nazwisko Friedrich von Meurer. Stała się czujna, odkrywając, że kłamał.

– Majorze Arapaggio… – powtórzył po niej, sięgając po kurtkę. Miał nadzieję, że nie znalazła ukrytego w sekretnej kieszeni sztyletu. – Brzmi idiotycznie, prawda? – Wsunął rękę do rękawa. – Nie jestem żadnym majorem. Zabiłem tego drania, po czym ukradłem jego mundur i papiery. – Skoro i tak zamierzał ją zabić, równie dobrze mógł powiedzieć jej prawdę. Czuł, jak powietrze gęstnieje od napięcia między nimi. – Nienawidzę esesmanów… – Zniżył głos do szeptu.

Poczuł w ustach posmak krwi Friedricha von Meurera, jego ostatnie tchnienie smakowało jak doprawione pieprzem.

– A ty podkładasz się im z taką swobodą… – dokończył, postępując krok do przodu.

Stężała, odkładając szczotkę i błyskawicznie sięgając pod sukienkę.

Uchwycił bez trudu jej nadgarstek, gdy zręcznie zamierzyła się do zadania ciosu. Gdyby był Friedrichem von Meurerem, pewnie udałoby jej się wbić ostrze w jego szyję. Doskonale wiedziała, co robi, działała z zaskoczenia, z pewnością już zabijała w ten sposób.

Ale nie tym razem.

– Wyglądasz na Cygankę… – szepnął, przygniatając jej ciało do swojej twardej piersi. Sapnęła, tracąc oddech i upuściła nóż, który z głuchym brzękiem upadł na brudną drewnianą podłogę. – Nie brzydzą się kłaść na tobie? Według nich jesteś istotą niższą…

– A ty się nie brzydziłeś, Aryjczyku? – wydusiła z siebie, mrużąc oczy. – Wolę dawać im dupy, niż dać się zabić, jak reszta mojej rodziny! – syknęła, po czym plunęła mu w twarz.

Była tak niedorzecznie odważna, nawet w obliczu śmierci!

– Nawet nie wiesz, co zrobiłaś, sprowadzając mnie z tego balkonu… – szepnął, schylając się i podnosząc nóż, wciąż nie wypuszczając jej z uścisku. Patrzyła na niego rozszerzonymi strachem i wolą życia oczyma. Były piękne, ciemne, w kształcie migdałów. Włożył nóż do jej dłoni. – Chciałem się zabić, Józefino… – rzekł, odchylając głowę do tyłu, a gdy błyskawicznym ruchem uniosła rękę i zagłębiła ostrze w jego szyi, dokończył, choć miał przecież paść martwy: – Zmieniłem jednak zdanie…

pieśń słowika

Nie było przecież możliwe, by dojrzał jego oczy z tak dużej odległości. A przecież patrzył w nie, gdy połyskiwały w ciemności loży, jak podświetlone szmaragdy.

Nigdy wcześniej nie widział tak intensywnie zielonych oczu. Nigdy nie widział takiego ognia w niczyim spojrzeniu.

Przechadzał się po scenie, usiłując nie okazać zniecierpliwienia w oczekiwaniu na swoją arię. Orkiestra starała się, jak mogła, ale przecież nikt nie przychodził do opery po to, aby słuchać orkiestry. Liczyły się tylko solowe głosy.

Odczuwał każdy centymetr swego ciała intensywniej niż zazwyczaj. Fiszbiny gorsetu oplatały talię jak sztywne, chłodne palce, utrzymując go w niepokojącym uścisku, jednocześnie odbierającym oddech i przydającym mu mocy. Przyzwyczaił się, w końcu nie pierwszy raz miał na sobie ciężką, niewygodną suknię. Na scenie trzeba było zarówno olśniewająco wyglądać, jak i nieskazitelnie brzmieć.

Lakierowana skóra trzewików wbijała się w jego stopy, a piana koronki łaskotała ramiona przy każdym ruchu. Czuł ciężar sznurów pereł w misternie utrefionych włosach, ciężar warstw bielizny i sutych spódnic. Lepkość czernidła na powiekach była drażniąca, podobnie jak dym lamp na rampie. Puder zdawał się pokrywać jego twarz grubą, nieelastyczną skorupą, odczuwał to tak, jakby miał na twarzy szczelnie przylegającą maskę.

To idealne przebranie uczyniło z niego kobietę, choć przecież pod warstwami makijażu i suknią wcale nią nie był.

To wszystko było tylko złudzeniem, teatralną sztuczką, mającą przekonać publiczność o tym, że stojący przed nimi sopranista stał się na potrzeby przedstawienia płochą Julią, która za chwilę zacznie wyśpiewywać arię o swej nieszczęśliwej miłości. Przez te kilka godzin oni wszyscy w to wierzyli. On również w to wierzył.

Publika była o tym przekonana, ludzie wstrzymywali oddechy, czekając, aż to przecudnej urody dziewczę otworzy usta i rozpocznie swą tęskną pieśń. Mężczyźni pochylali się na krzesłach, porzucając niedojedzone kolacje i karty, kobiety zaś wstrzymywały ruchy wachlarzy lub wręcz przeciwnie, zaczynały szaleńczo nimi machać. Sala zamarła w oczekiwaniu, bojąc się, czy głos tej nieziemsko pięknej istoty zdoła dorównać jej urodzie. A trzeba przyznać, że garderobiane wyjątkowo się postarały, w końcu to była premiera.

Nie obchodziło go, co ci wszyscy ludzie sobie pomyślą. Był pewien zarówno swej urody, jak i trenowanego od lat głosu. Nastał wieczór jego debiutu i zamierzał uczynić go wieczorem swego triumfu.

Jednak w chwili, gdy dojrzał te oczy wysoko ponad rzędami krzeseł, wszystko inne straciło znaczenie. Miał wrażenie, że tłum ludzi pokrytych krzykliwym makijażem i nie zawsze prawdziwymi klejnotami, odzianych w niedorzeczne peruki, zlanych duszącymi pachnidłami, mającymi ukryć odór niedomytych ciał, rozpłynął się wraz z dymem świateł rampy.

Zdawało mu się, że chłonie to spojrzenie przez całą wieczność, a przecież trwało zaledwie ułamek sekundy, nim maestro uniósł rękę, po czym zaintonował na klawesynie pierwsze takty arii.

Zamknął oczy i uderzył w pierwszy dźwięk z mocą, która zdziwiła nawet jego samego. Krystaliczny głos uniósł się pod sklepienie i zdawało się, że nie tylko publika, ale i ściany jęknęły z rozkoszy, słysząc go.

On jednak śpiewał tylko do właściciela tych szmaragdowych oczu w loży. Nagle nie było ważne to, czy opera odniesie sukces, czy ten występ rozpocznie jego spektakularną karierę, o której marzył od dekady, dla której poświęcono jego nienarodzone dzieci i okaleczono jego ciało. Liczyło się tylko to, by właściciel tych oczu zrozumiał, że tego wieczoru śpiewa tylko dla niego i każdy banał przesłodzonego tekstu staje się w jego pieśni najszczerszą prawdą, wyznaniem płynącym z głębi serca. Nagle te wszystkie zapewnienia o dozgonnej miłości stały się prawdziwe. I nie liczyło się to, że Julia za moment umrze.

Spektakl nabierał rozpędu.

Zwolennicy Canarella, primo uomo, odtwórcy głównej męskiej roli, daremnie próbowali zagłuszać jego arie. Nie miał zamiaru pozwolić przepędzić się ze sceny byle klakierom; wściekłość przydawała jego anielskiemu głosowi nowej zmysłowości, która sprawiła, że w połowie drugiego aktu wszelkie krzyki i gwizdy ucichły, a cała sala zgodnie pochlipywała ze wzruszenia nad tragicznym losem kochanków.

Triumfował, choć daleko jeszcze było do końca.

Wciąż zerkał w stronę loży po lewej stronie i gdy pod koniec spektaklu nie dojrzał w niej wpatrzonych w siebie zielonych oczu, poczuł pod żebrami ukłucie paniki. Gorset zaczął go dusić i ledwie zdołał dokończyć ostatnią arię, na szczęście najwymyślniejszą wokalną ekwilibrystykę miał już za sobą. Krew odpłynęła mu z twarzy, gdy się kłaniał i miał wrażenie, że za moment zemdleje.

Gdy kurtyna opadła, tłum muzyków i chórzystów rzucił się ku niemu. Nie słyszał ich głosów, był półprzytomny ze zmęczenia i pobladły z wysiłku. Brakowało mu tchu. Poklepywały i głaskały go jakieś dłonie, całowały jakieś usta, tłum ludzi zdawał się podawać go sobie z rąk do rąk, aż w końcu wśród wiwatów i pełnych euforii pokrzykiwań dotransportowano go do garderoby, gdzie usłużne ręce krawcowych i perukarek wyłuskały go z sukni i gorsetu, wyplątały perły z jego włosów i pomogły zmyć z twarzy grubą warstwę makijażu.

Gdy został sam, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać.

Przez ponad dekadę czekał na ten wieczór, a teraz nie potrafił napawać się swoim niewątpliwym triumfem. Myślał tylko o tym, że wśród przetaczającego się za kulisami tłumu nie było właściciela szmaragdowych oczu, które rzuciły na niego urok podczas przedstawienia. Właśnie spełniały się jego okupione krwią, potem i katorżniczą pracą marzenia, a on nie potrafił się tym cieszyć.

Narzucił na siebie koszulę i nowy, błękitny surdut, który kilka dni wcześniej dostał od maestra Fioriego, uczącego młodszych chłopców, po czym opadł na krzesło przed toaletką, chcąc jeszcze przez chwilę odpocząć w ciszy, bez nachalnej obecności innych muzyków.

Bez lepkich spojrzeń Fioriego.

Choć to nie jego kompozycję dziś wystawiano, był na widowni. Nikt nie chciał przegapić debiutu wschodzącej gwiazdy konserwatorium. O przedstawieniu już od kilku tygodni huczało w całym Neapolu.

Fiori był niezmiernie zdolnym wenecjaninem, który pojawił się w konserwatorium dwa lata wcześniej, nie miał jednak szans przebicia się, póki żył stary grzyb Montini. I mimo tego, że utwory młodego kompozytora były o wiele bardziej finezyjne niż banalne melodyjki starucha, Fiori musiał cierpliwie czekać na jego ustąpienie. Albo zgon. Tak to już się odbywało. Muzyczny światek rządził się mnóstwem niepisanych zasad, które każdy aspirujący muzyk musiał jak najszybciej przyswoić.

Nie miał ochoty nikogo widzieć.

Uniósł wzrok i spojrzał na własne odbicie: blada, pokryta resztkami pudru twarz, wilgotne, lepiące się do czoła włosy. Tylko w jego ogromnych turkusowych oczach płonął ogień, taki sam, jaki dostrzegł w oczach tajemniczego mężczyzny w loży.

Otworzył drzwi i z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem podążył razem z Montinim i kilkoma najbardziej zasłużonymi muzykami do garderoby Canarella, primo uomo, aby mu pogratulować, choć wiedział przecież, że był od niego lepszy. To jednak Canarello był gwiazdą, to jego nazwisko wydrukowano największymi literami na afiszach i to on miał zgarnąć większość pochwał i oklasków. Zamierzali udać się na przyjęcie do domu jego mecenasa.

Nie miał na to najmniejszej ochoty.

W owych czasach posiadanie kochanka czy kochanki było niemal obligatoryjne. Posiadanie kochanka czy kochanki tej samej płci stało się modne. Jednakże to utrzymywanie kastrata sprawiało, że jego mecenas, będący zwykle znudzonym zmysłowymi przyjemnościami starzejącym się arystokratą, urastał w oczach społeczeństwa do prawie tak ważnej roli, jaką podejmował na scenie jego podopieczny. Nie było istotne, czy miał rodzinę, dzieci, czy może był duchownym.

Kastraci, mimo tego, że wykluczeni z małżeństwa przez Kościół, byli jednocześnie postrzegani przez niego jako aniołowie, uświetniający swoimi głosami msze w większości nie tylko włoskich świątyń. I tak samo jak aniołowie tracili swoją cielesność, tracili swoją płciowość. Jako istoty bezpłciowe pozostawali więc poza wszelkim cielesnym grzechem, a co za tym idzie, obcowanie z nimi nie piętnowało nikogo, nawet duchownych, mających jakoby żyć w celibacie. Biblia wspominała wprawdzie o zakazie spółkowania z mężczyznami, nic jednakże nie mówiła o istotach pozostających poza jasną przynależnością do jednej lub drugiej płci.

Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał, choć podświadomie wiedział, że i on wpadnie w końcu w ręce któregoś z tych lubujących się w wynaturzeniach „protektorów”. Miał tylko nadzieję, że nie będzie to stary biskup Pioggio, rozpaczający po niedawnym wyjeździe swojego ostatniego pupila na koncerty na północ kraju. Montini niejednokrotnie wspominał o tym, że należałoby złożyć mu wizytę, jednak on puszczał te sugestie mimo uszu. Chciał sam osiągnąć sukces, ciężką pracą i talentem, a nie pieniędzmi i koneksjami jakiegoś sprośnego starucha, w zamian roszczącego sobie prawo do jego wdzięków. Sama myśl o tym, że mógłby wylądować w łóżku takiego mecenasa, napawała go wstrętem.

Obawiał się, że pierwsze licytacje mogą rozpocząć się właśnie dzisiaj, podczas przyjęcia, na które za moment mieli się udać. Wieczór był ciepły, a bal odbywał się niedaleko opery, więc przeszli głośną, hałaśliwą kawalkadą z gmachu teatru do pobliskiej willi mecenasa. Canarello, odziany w brokatowy surdut, z niedorzecznie wielką peruką zatkniętą na głowie, kroczył przodem i puszył się niby paw, machając do zaczepiających go ludzi, wylewających się spomiędzy kolumienek podpierających portyk przed wejściem. Trzeba było przyznać, że śpiewak wciąż wyglądał imponująco, choć zaczynał się już zaokrąglać. Natura obchodziła się z kastratami wyjątkowo okrutnie: najpierw wyrastali wysocy i chudzi, by po kilku latach nabierać iście matronowych krągłości.

Na szczęście on był jeszcze bardzo młody, a jego ciało nie zdążyło rozwinąć nienaturalnych proporcji. Owszem, miał wyjątkowo długie kończyny, pajęcze dłonie i rozrośniętą od nieustannego śpiewu klatkę piersiową, ale nauczył się poruszać i gestykulować w ten sposób, by uczynić z tych cech atuty.

Teraz też, idąc wśród tłumu rozentuzjazmowanych muzyków, starał się stawiać nie za długie kroki i nie poruszać zbyt zamaszyście rękami. Na szczęście nikt nie zwracał na niego zbytniej uwagi, ale przeczuwał, że to się zmieni, gdy ludzie zorientują się, iż to właśnie on skrywał się pod suknią i makijażem Julii.

Ledwie trzymał się na nogach, był zmęczony i głodny. Zamierzał pokręcić się wśród gości, napić wybornego wina, z zamiłowania do jakiego znany był mecenas Canarella, i wymknąć się do konserwatorium zanim komukolwiek przyjdzie do głowy wystawić go na licytację rozochoconym arystokratom.

Wszystko wokół zdawało mu się snem.

Stał sztywno u boku napuszonego jak paw Canarella i z trudnym do ukrycia obrzydzeniem przyglądał się, jak jego opiekun pieje z zachwytu nad talentem swego wybitnego podopiecznego. Śpiewak tymczasem wdzięczył się jak tresowana małpa. Cóż za farsa!

On sam kłaniał się i odpowiadał na pozdrowienia i pochwały, ale miał wrażenie, że ktoś inny robi to za niego. Nieustannie rozglądał się w poszukiwaniu szmaragdowych oczu i pogrążał w coraz czarniejszej rozpaczy, gdy godziny mijały, lecz wciąż ich nie dostrzegł.

Ten mężczyzna musiał być kimś przyjezdnym, kto odwiedził Neapol w sezonie operowym. Nie było przecież możliwe, by wcześniej przegapił kogoś takiego. Z drugiej jednak strony dzisiejsze przyjęcie było w zasadzie jego debiutem w towarzystwie, dopiero miał zacząć się w nim udzielać, o ile Montini w ogóle zamierzał zezwolić mu na takie rozrywki. Znając starucha, mógł z całą pewnością stwierdzić, że nie zamierzał.

Musiał więc poużywać sobie tego wieczoru, ile tylko się da, choć tak naprawdę wcale nie był w humorze do świętowania. Na szczęście Canarello nie pozwolił na to, by ktokolwiek zapomniał, kto jest gwiazdą spektaklu i goście szybko stracili zainteresowanie młodym odtwórcą roli Julii. On sam nie zamierzał im się narzucać.

Po dwóch godzinach był już kompletnie pijany i gdy zegar wybił drugą, zaczepił jakiegoś lokaja i zażądał odprowadzenia się do tylnego wyjścia. Chciał wymknąć się niezauważony i wrócić do konserwatorium, po czym zaszyć się w swoim pokoju i płakać w poduszkę. Wizja snucia się po opustoszałych ulicach w poszukiwaniu kolasy wydawała mu się mało atrakcyjna, biorąc pod uwagę fakt, że ledwo trzymał się na nogach, wyszedł jednak na tylne schody, eskortowany przez obojętnego, na wpół śpiącego służącego, i rozejrzał się za powozem.

Ten natychmiast podjechał, jakby woźnica tylko czekał nieopodal na jego pojawienie się. Może faktycznie wyglądał takich gości, pragnących wcześniej udać się na spoczynek? Bale zazwyczaj trwały do świtu.

Czarna lakierowana skrzynia wozu zakołysała się na resorach. Drzwiczki powozu uchyliły się i ze środka wysunęła się biała dłoń, duża i silna, która sugestywnym gestem zapraszała go do środka. Wahał się tylko przez moment, choć przecież nie miał pojęcia, do kogo należała. Musiał jednak wsiąść, po prostu nie był w stanie zwalczyć w sobie tego pragnienia. Uchwycił wyciągniętą rękę i po chwili wpadł do wnętrza powozu, wprost na kolana siedzącego w nim mężczyzny.

Gdy spojrzał w jego twarz, śmiejąc się półprzytomnie, zamarł ze zdumienia. Odczuł niespodziewany i nagły spazm pożądania, który rozlał się w dole jego brzucha na widok połyskujących w ciemności szmaragdowych oczu.

To musiał być sen.

Mężczyzna patrzył na niego bez słowa, jego ciało zdawało się wykute z marmuru, siedział nieruchomo niby posąg. Powóz ruszył i szarpnięcie konia sprawiło, że naparli na siebie jeszcze mocniej. Gorąco rozlało się po całym ciele młodziutkiego sopranisty.

Miał ochotę od razu rzucić się na tajemniczego mężczyznę, przywrzeć ustami do jego wąskich, zaciśniętych w nieodgadnionym grymasie warg, wpleść palce w burzę długich, drobno kręconych loków koloru świeżej rdzy, otaczających jego twarz niczym piana. Mężczyzna był młody, potężny i w jakiś niepokojący sposób przystojny. Jego twarz była pełna kontrastów: miał wyraziste, groźne oczy, szlachetny, nieco orli nos i wymownie uśmiechnięte usta. Widział to wszystko, jakby to oblicze wyświetliło się pod jego powiekami, w końcu w powozie było kompletnie ciemno. A może po prostu wyobraził go sobie, może chciał, by tak właśnie wyglądał?

– Jedziemy do ciebie, panie? – wykrztusił w końcu, zastanawiając się, jak smakowały jego usta, jakie w dotyku było jego nagie ciało, jak by to było poczuć tę burzę loków między swoimi udami.

Takie zabawy nie były mu obce. Nie pierwszy raz wsiadł do powozu tylko po to, by pozwolić wywieźć się do jakiegoś łóżka. Tym razem jednak chciał, aby był to ostatni raz.

– Nie boisz się tak wozić z obcymi mężczyznami, Uccellino? – głos jak pomruk wulkanu wypełnił wnętrze powozu i zdawało się, że za moment je rozsadzi. Cóż za wspaniały, złowrogi, zniewalający głos… Mężczyzna mówił w dialekcie neapolitańskim twardo, z obcym akcentem.

– Nie jesteś obcy, panie… – odrzekł śpiewak cicho, sadowiąc się wygodniej na jego kolanach. Czuł pod pośladkami jego silne uda i… o tak! Mężczyzna natychmiast zareagował na jego bliskość. – Widziałem cię w loży, w operze… Podobał ci się mój występ?

– Zdradź mi swoje prawdziwe imię, Ptaszyno… – Usta mężczyzny zbliżyły się do jego twarzy, poczuł ich muśnięcie na swoich. Zakręciło mu się w głowie od dotyku jego warg, były chłodne i gładkie.

– Moje imię…? – wydyszał, wbijając palce w sztywne rude loki. – Nazywaj mnie, jak chcesz…

– Twoje imię, Uccellino…! – Mężczyzna oplótł go ramionami tak ciasno, aż zabrakło mu tchu. – Wyjaw mi je!

– Sandro – szepnął w jego usta, czując, że nie zniesie dłużej tych tortur. Pragnął oddać mu się natychmiast, w tym powozie, na twardym skórzanym siedzeniu.

– Aleksander… – rozległo się w ciszy, wymruczane zmysłowo.

Włosy zjeżyły się na karku chłopaka, gdy usłyszał swoje imię wypowiedziane w taki sposób. Skąd pochodził ten mężczyzna? Z pewnością nie był Włochem! Nikt przedtem tak go nie nazywał, wiedział jednak, że już nigdy nie przedstawi się ani nie pomyśli o sobie inaczej niż „Aleksander”.

Kiedyś, jeszcze jako mały chłopiec, bawił się na dworze podczas burzy. Gdy piorun uderzył niebezpiecznie blisko, poczuł, jak wszystkie włoski jeżą się na jego ciele. To było jedno z najwcześniejszych, najintensywniejszych wspomnień. Teraz, słysząc swoje imię wypowiedziane tym głosem, poczuł się dokładnie tak samo.

Mężczyzna jakby odgadł jego myśli i brutalnie zepchnął go z kolan. Śpiewak upadł na siedzenie i poczuł dłoń przygniatającą jego policzek do zimnej skóry oparcia ławki. W chwilę później powiew chłodnego nocnego powietrza, wdzierający się przez szpary w okienkach, owiał jego obnażone pośladki. Nie zanosiło się na długie zaloty.

„Właśnie tak, bądź brutalny!” – myślał, czując stanowcze dłonie wplatające się we włosy, pociągające jego ciało w dół, tak że po chwili leżał na ławce, z głową przygniecioną do siedzenia. Czuł usta na karku, a po chwili tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewał. Przeszył go pierwszy rozkoszny spazm, mimo że alkohol tłumił sporą część bodźców. Mężczyzna poczynał sobie coraz śmielej, jego palce błądziły najpierw po jego obnażonym ciele, a po chwili znalazły się wewnątrz. Jęknął przeciągle, zaciskając zęby, a gdy poczuł na sobie ciężar potężnego ciała, zacisnął dłonie na krawędzi siedzenia, szykując się na atak. Było mu już wszystko jedno, co stanie się za moment. Pragnął tylko tej chwili brutalnej rozkoszy.

To był cudowny, wszechogarniający ból, szybko przeradzający się w rozkosz. Krzyczał z twarzą wciśniętą w siedzenie, gdy mężczyzna brał go bezlitosnymi posuwistymi pchnięciami. Szczytował, ocierając się o siedzenie, a po chwili potężne ciało znieruchomiało i opadło na niego. Kabinę wypełnił zduszony pomruk, a dłonie, nagle delikatne, zaczęły błądzić po jego szyi i głowie.

To wszystko było tak niespodziewane, tak intensywne, a on był tak zamroczony wypitym na przyjęciu winem, że nie miał pojęcia, jak do tego doszło, jak znalazł się we wnętrzu tego powozu, pod tym obcym brutalem, który tak bezpardonowo rozpoczął ich znajomość.

Wiedział jedno: nie chciał, aby ta znajomość skończyła się ot tak, aby powóz zatrzymał się przed bramą konserwatorium, gdzie wyrzucono by go, sponiewieranego. Nie przyznałby się do tego, bo przecież wcale się tym nie chełpił, jak niektórzy mu podobni, ale takie sytuacje już wcześniej mu się zdarzały. Robił po prostu to, czego od niego oczekiwano.

Rytmiczne kołysanie powozu nie pomagało mu odzyskać przytomności.

Po chwili stał się niesamowicie senny, jakby trwające pół nocy pijaństwo dopiero teraz spadło na niego z całą mocą. Poczuł unoszące go z siedzenia ręce; czyniły to tak łatwo, jakby nic nie ważył. Znów spoczywał na kolanach mężczyzny. Przytulił się do twardej piersi i wtulił twarz w jego włosy, sztywne i jednocześnie jedwabiste, po czym poczuł, że odpływa.

Nie zastanawiał się nad tym, dokąd jechali, czy ktoś go nie szuka, czy Montini się wścieknie, a tego ostatniego był akurat pewien. Mimo tego, że jeszcze przed momentem był zupełnie bezwolny, skazany na łaskę obcego człowieka, po raz pierwszy od bardzo dawna, może nawet po raz pierwszy w życiu, czuł się bezpieczny, w jego powozie, w jego objęciach.

Ostatnią świadomą myślą było to, że właśnie w tamtej chwili mógłby umrzeć w jego ramionach.