Daj się pokochać dziewczyno - Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk - ebook

22 osoby właśnie czytają

Opis

Poznaj sekret udanych relacji

Jak kochać mądrze siebie i partnera? Jak znaleźć prawdziwe uczucie? Jak wskrzesić ogień w długotrwałym związku? Jak pozbierać się po zdradzie i na nowo uwierzyć w miłość?

Wielu z nas zadaje sobie podobne pytania. Psychoterapeutka Katarzyna Miller nie daje prostych odpowiedzi ani nie składa pustych obietnic. Przekonuje, że prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z cierpieniem, podporządkowaniem drugiej osobie, ani z oddaniem wolności. Nie znosi poświęceń, ale jest prawdziwym zachwytem nad światem, nad sobą i innymi ludźmi. Daleka jest od deklaracji: „bez ciebie wszystko traci sens”, a bliższa stwierdzeniu: „z tobą jest mi lepiej, przyjemniej i radośniej niż bez ciebie”. Nie deklaruje: „dla ciebie zrobię wszystko”, lecz zapewnia: „kocham cię, bo jesteś. Po prostu”. I taką miłość warto praktykować.

A pomogą w tym mądre i zabawne rozmowy Katarzyny Miller z dziennikarką Joanną Olekszyk.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, m.in. Instrukcja obsługi toksycznych ludzi, Życie jest fajne, Instrukcja obsługi kobiety, Kup kochance męża kwiaty, Nie bój się życia, Chcę być kochana tak jak chcę, Instrukcja obsługi faceta, Seksownik, Zrób to kochanie (Wydawnictwo Zwierciadło). Na stałe współpracuje z miesięcznikiem „Zwierciadło

Joanna Olekszyk – dziennikarka, redaktor naczelna miesięcznika „Sens”. Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa UW.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekty: Melanż
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®
Ilustracja na okładce: MIROSŁAWA SZAWIŃSKA
Skład, łamanie: Plupart
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2019 Text © copyright by Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN: 978-83-8132-076-4
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12
Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

Zanim zaczniemy...

Joasia: Kasiu, jaka jest właściwie twoja specjalność? W czym pomagasz ludziom?

Kasia: Kiedyś byłam specjalistką od alkoholików, a teraz jestem specjalistką od normalnych ludzi (śmiech), a zwłaszcza od kobitek. Choć chłopcy też do mnie przychodzą, i pary.

Joasia: A ja sądziłam, że twoja specjalność to miłość. Nie po nią ludzie do ciebie przychodzą?

Kasia: A tak, przychodzą przede wszystkim po miłość.

Joasia: Są tego świadomi?

Kasia: Nie, nie wszyscy. Jeśli są, to już jest bardzo dużo, to znaczy, że są ze sobą w niezłym kontakcie, że już przyjmą pewne rzeczy. Ja też chodziłam do psychoterapeutów po miłość. Miałam nawet takiego cudownego terapeutę, którego kiedyś spytałam: „Kochasz mnie?”. „Oczywiście, że cię kocham” – odpowiedział. Jak o to samo pytają mnie moi pacjenci, też im mówię: „Oczywiście. Jak cię nie kochać?”.

Joasia: Oni przychodzą po to, by usłyszeć te słowa czy żebyś znalazła im partnera lub partnerkę?

Kasia: Oni chcą to po prostu od kogoś usłyszeć. Ale po partnera też przychodzą, masami, zwłaszcza kobiety. Atrakcyjna pani mówi: „Mam 39 lat i chcę, żeby pomogła mi pani znaleźć partnera”. „No dobrze” – mówię – „ale przecież ja nie swatka”. „Ale niech mi pani powie, jak się szuka”. „W ogóle się nie szuka”. „Pani żartuje”. „A co będzie, jeśli pani nie znajdzie partnera?”. „Ja sobie tego nie wyobrażam”. „A jak pani teraz żyje?”. „Żyję bez”. „I jakie jest to życie?”. „No jakoś żyję”. „A nie może tak pani żyć jak teraz?”. „Ale ja nie chcę”. „Ja panią rozumiem, że pani nie chce. Ale co to ma znaczyć dla świata, dla życia i dla wszystkich mężczyzn, że pani nie chce? To jest pretensja. I przychodzi pani do mnie, żebym co ja z tym zrobiła?”. „Bo pani na pewno wie, co zrobić, żeby mieć faceta”. „Gdybym ja to wiedziała, to ja bym była bogatsza niż ten facet od Facebooka. Wie pani, co by baby zrobiły, gdyby się dowiedziały?”. „Pani ze mnie żartuje”. „Ale kochana, nikt pani tak poważnie jak ja dawno nie traktował” (śmiech).

Trochę sobie oczywiście pożartuję, ale tak naprawdę ja tej pani bardzo współczuję. Bo kiedy ma się tak jak ona, to całe życie skupia się na tym jednym jedynym oczekiwaniu, które – jeśli się nie spełni – będzie oznaczało, że jest się osobą przegraną. „Niech pani zobaczy, ile pani ma” – mówię zatem do niej. „W końcu tym, co pani ma, ma pani tych facetów do siebie przekonać. Jeśli pani jest taką marudzącą, zgorzkniałą i zniechęconą babą, co to nie wie, jak żyć, to niby dlaczego ktoś miałby chcieć być z panią?”. I ona zaczyna się już wtedy troszeczkę zastanawiać, jeśli zechce, oczywiście... Ale przeważnie kobiety już na tym etapie chcą.

„W pracy sobie pani dobrze radzi. Ludzie panią lubią, szanują. Pieniądze pani zarabia. Potrafi pani tyle rzeczy” – wyliczam. To jest w ogóle syndrom naszych czasów – dziewczyny superogarnięte z zewnątrz, a w środku dziumdzie i dzidzie, płaczące, że są same.

Więc mówię znów: „Kochana, jak jesteś pusta w środku, jak ze sobą nie obcujesz i się nie lubisz, to dopóki tej pustki w sobie nie wypełnisz, z czym ma obcować ten ktoś, kto ciebie wybierze? Ładna jesteś, ubrana dobrze, dużo zarabiasz, ale co oprócz wielkiej tęsknoty i wielkiego głodu wniesiesz do tego związku?”.

Joasia: Czasem tej pustce i tęsknocie towarzyszy ogromne wewnętrzne spięcie...

Kasia: Dlatego powtarzam babom: „puść się”. To jest najważniejszy przekaz – puść się! I seksualnie, i mentalnie, i cieleśnie. Rozluźnij mięśnie, odetchnij, wypuść głos, śmiej się, krzycz, płacz. Płakać to one jeszcze potrafią, nie powiem, tylko to jest taki płacz do siebie, raczej implozja niż eksplozja. One płaczą tak naprawdę nad sobą.

Joasia: Ale czy nie jest winne temu przekonanie, które nam się wkłada do głów od dziecka...

Kasia: ...stop, nie powtarzajmy go! Nie wolno powtarzać rzeczy, które są negacją.

Joasia: To zamienię je w pytanie: Czy życie bez miłości ma sens?

Kasia: Ale co to znaczy: życie bez miłości? Nie ma życia bez miłości! Tej miłości jest w nim mnóstwo: do dobrego jedzonka, do dzieci, do starszych ludzi, do mamusi i tatusia – o ile jest za co, do przyjaciółek i przyjaciół, do słońca na niebie...

Joasia: I to jest cały czas ta sama miłość?

Kasia: To jest zachwyt życiem! Aprobata życia, radość, że się jest, poczucie ciekawości, czasem też tęsknoty, pragnienia... Ja też przeszłam ten etap, że się co chwila w kimś zakochiwałam i wierzyłam, że teraz to już TEN. Żaden nie był TYM, choć to byli bardzo fajni faceci. Zwyczajnie po jakimś czasie okazywało się, że coś mi w nich nie pasuje. Teraz jestem z jednym facetem od 30 lat, co prawda z przerwami, i wiesz, co dzięki temu odkryłam i co z upodobaniem powtarzam? Że jeden facet to wszyscy faceci, jedna kobieta to wszystkie kobiety. Co ja sobie będę ich zmieniać, jak ja z każdym będę miała podobny albo różny rodzaj jakichś niespełnień.

Mężczyzna nie jest od tego, żeby spełniał kobietę całą, tylko kawałek jej życia. Fajnie jest być z kimś, z kim można wymienić dobrą energię, pomóc sobie czasem, pośmiać się i pokłócić, ale nie wymyślajmy sobie, że to jest jedyna miłość w życiu, bo wtedy robimy się skrajnie egocentryczni. „To mój facet i koniec”. A reszta świata to niby co? Chcę powiedzieć, że najważniejsza jest miłość do życia. Ja kocham życie, choć czasem jestem na nie wściekła, ale wtedy wiem, że jestem wściekła na samą siebie.

Joasia: Życie zawsze jest fair?

Kasia: Życie jest, jakie jest. Nie jest zawsze fair. Burza nie jest przecież fair ani nie fair. Po prostu jest. Zresztą burzę też kocham.

Kiedy się zaczynam złościć na życie, to pytam siebie: „Miller, spokojnie, o co masz do siebie pretensję?”. Oczywiście w warstwie zewnętrznej mogę mieć pretensję do chłopa, do kogoś, do rządu (nie wiem dlaczego, ale mam), wtedy jednak zawsze oznacza to, że moje wewnętrzne dziecko się z czymś nie uporało. Gdy pojawia się takie podenerwowanie lub pretensja, to znaczy, że to dziecko w sobie trzeba ukoić, dać mu coś albo je za coś przeprosić. Mój wewnętrzny rodzic, czyli moja dobra wewnętrzna mama, którą w sobie w miarę wypracowałam, bo jeszcze dużo pracy przede mną, potrafi już spytać moje wewnętrzne dziecko, wysłuchać je i powiedzieć: „Na razie nie wiem, co z tym zrobimy, ale już wiem, o co ci chodzi”. Bo mama nie musi wiedzieć. I nie musi wiedzieć od razu. Ważne, żeby powiedziała dziecku: „Kiedy będę wiedziała, to ci powiem, albo coś razem wymyślimy”.

Joasia: Czy jako psycholożka i dojrzała kobieta, która niejedno w życiu przeżyła, wierzysz w miłość?

Kasia: Wierzę. Tylko że to jest bardzo trudna rzecz dla niekochanych ludzi, a łatwa dla kochanych. Niemniej jednak można się jej nauczyć. Najlepszą drogą jest kochać siebie i innych, ale najpierw siebie. A potem się widzi przyrosty – tolerancji, braku zazdrości o coś. Dla mnie najważniejszym momentem w moim rozwoju było to, że przestałam zazdrościć. To znaczyło, że coraz bardziej siebie kocham. Bo jeżeli coś mi się u kogoś podoba, a tego nie mam, to znaczy, że ja tego chcę i albo to sobie dam, albo nie. Jak się kocham i lubię, to ja sobie zacznę dawać. Może nie od razu, może powoli, może ktoś mi da – też się czasem zdarza – ale w końcu to dostanę.

Joasia: Kiedy już pokochamy siebie, możemy zacząć kochać innych. Dla wielu nie ma nic wspanialszego od miłości romantycznej...

Kasia: Nie znoszę miłości romantycznej. Sądzę, że wyrządziła nam strasznie dużo krzywdy i nadal wyrządza. Lubię fajne komedie romantyczne, bo są słodkie i sama się na nich bawię i wzruszam, a i czasem sobie myślę, jaki to by był ten najfajniejszy facet. Ale wiem, że to tylko nasze marzenia. Niezależnie od tego miłość między kobietą i mężczyzną czy między dwoma mężczyznami czy dwiema kobietami – jest strasznie fajną rzeczą. To, że ciągnie nas do siebie, że mamy jakiś interes do drugiej osoby – jest fascynujące.

Joasia: Nie sądzisz, że miłość romantyczna trochę pogardza innymi rodzajami miłości? Jakby mówiła: „Tylko ja się liczę, inne nie mają znaczenia”.

Kasia: To nie miłość tak robi, tylko ludzie. Te dziewczyny, które mówią: „Mam puste życie, bo nie mam faceta”. One marzą, że przyjdzie facet i pokocha je za wszystko i za wszystkich. Za nie same też. To jest nieprawda i niemożność oraz skrajny egocentryzm. „Moja droga redakcjo, jestem taka samotna”. A może byś się rozejrzała i zobaczyła innych samotnych? Zajęła nimi albo razem z nimi coś zrobiła – zaraz nie będziesz samotna. „Marzę, by ktoś mnie zrozumiał”. A kogo ty rozumiesz? Nawet siebie samej nie rozumiesz. Nie wiem, czy to bardziej mnie wkurza, czy zasmuca.

Joasia: W jaką miłość ty wierzysz?

Kasia: W miłość najwyższą, czyli agape. W miłość duchową, która ogarnia wszystko, co żyje. Ludzi, zwierzęta, rośliny, naturę. Jesteśmy częścią tego wszystkiego, sam fakt, że żyjemy, jest jakimś darem i wyjątkiem. Spójrz, ilu ludzi się nie rodzi.

Agape to miłość, na którą chwilami nas stać, zwykle kiedy jesteśmy nakarmieni spokojem, bezpieczeństwem, bliskością. Oczywiste jest więc, że aby tak kochać, trzeba mieć w miarę dobre życie, a przynajmniej je wygrać w jakimś momencie albo dostać od ludzi wsparcie, żeby je wygrać. Człowiek, który był w życiu maltretowany i męczony, nie zaznał nigdy miłości. Zna tylko jej głód. Czuje więc głód i kupę złości, żalu i pretensji. Są ludzie uszkodzeni, niestety. I tacy ludzie uszkadzają innych. Myślę, że ci, którzy kochają miłością duchową, są jak plaster na świat, lekarstwo.

Miłość prawdziwa jest miłością nieoczekującą, dającą, ale nie na zasadzie „oddajesz wszystko”. Nie chodzi o to, że ja mam być dla kogoś wyłącznie dobra, czasem muszę kogoś otrzeźwić, kochając go jednocześnie. Jest takie cudne pojęcie „twarda miłość”, które wprowadziła do leczenia alkoholików Stephanie Brown. Jeśli kochasz alkoholika, to go nie myjesz i nie ściągasz z klatki schodowej, tylko go tam zostawiasz, żeby zobaczył, do czego sam się doprowadza i czy chce dalej tak żyć. To jakby zaprzeczenie powszechnie rozumianej miłości, która ludziom kojarzy się głównie z nadopiekuńczością lub romantyzmem we dwoje. Ale to tylko namiastki miłości, prawdziwa miłość jest przede wszystkim mądra.

Różne odcienie miłości

Według amerykańskich badaczy Susan i Clyde’a Hendricksów istnieje sześć rodzajów miłości i każdy z nas może przeżywać to uczucie w inny sposób:

EROS – miłość namiętna i romantyczna. Pożądanie.

LUDUS – miłość przeżywana jako rodzaj gry, zabawy. Dająca przyjemność, niezależna.

STORGE – miłość przyjacielska (według Greków storge to miłość wynikająca z przynależności, na przykład do rodziny, a miłość przyjacielska to filia, harmonijna, spokojna).

PRAGMA – miłość praktyczna, racjonalna, bezpieczna, rozumna.

MANIA – miłość obsesyjna, czyli nieustanne wzloty i upadki, lawirowanie między pochłaniającą bliskością a poczuciem odrzucenia.

AGAPE – miłość altruistyczna, bezinteresowna. Miłość mimo wszystko.

CZĘŚĆ 1

CODZIENNOŚĆMOŻE BYĆ JAK BAJKA

ROZDZIAŁ 1

Zakochaj sięwe własnym mężu

Zmęczeni pracą, życiem, a czasem i sobą nawzajem, gonimy za ekscytacją, odmianą, czymś zupełnie nowym. Szukamy miłości, ale powoli przestajemy w nią wierzyć. Podobnie jak w to, że można być szczęśliwym z jedną osobą przez całe życie. Albo po kilku nieudanych związkach. Jak kochać mądrze i trwale? Jak żyć, żeby chciało nam się tak kochać?

Joasia: Żyjemy w czasach rzeczy jednorazowego użytku. Zamiast naprawiać, wymieniamy na nowe. Rodzi się pokusa, żeby przełożyć to na relacje. Nie masz wrażenia, że w tej materii czasem też zbyt szybko się poddajemy? Wyrzucamy na śmietnik jeszcze całkiem dobrze funkcjonujący związek tylko dlatego, że trochę się zaczął psuć?

Kasia: Prawda, zbyt szybko się poddajemy – i to w wielu dziedzinach. Moim zdaniem jest to bezpośrednio związane z rodzajem wychowania, jakie nam się funduje. Jesteśmy niecierpliwi, bo nasi rodzice nie byli wobec nas cierpliwi. Nie dawali nam prawa do tego, żebyśmy na przykład bardzo spokojnie i bez pośpiechu nauczyli się zawiązywać sobie sznurówki albo jeść łyżką zupę. Dziecko bez przerwy jest popędzane przez dorosłych. Oczywiście rodzice samych siebie tak popędzają, ale poprzez to popędzają też swoje dzieci. Dlaczego nazywamy nasze czasy szybkimi? Właśnie dlatego. Ciągle słyszę i czytam, że czas tak szybko leci. A gówno prawda! Czas nie biegnie ani szybciej, ani wolniej – to od nas zależy, jak go postrzegamy i co z nim robimy. Jeśli zaczynasz urlop z myślą, że zaraz się skończy, to nic dziwnego, że czas ci pędzi jak szalony. Jeśli idziesz na randkę i nie oddajesz się przyjemności patrzenia na tę drugą osobę i trzymania jej za łapkę, tylko myślisz gorączkowo: „No, ciekawe, czy pójdziemy dziś do łóżka” albo: „Kiedy on mnie wreszcie pocałuje?”, tracisz całą przyjemność tej chwili.

Joasia: Jak rozumiem, postulujesz o coś, co można nazwać...

Kasia: ...celebracją życia. Rzecz dziś bardzo unikalna. Niektórzy mówią, że celebrują życie w święta, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć – z moich obserwacji wynika, że raczej zapieprzają... Bo najpierw trzeba kupić, potem ugotować, podać, posprzątać, podać następne – gdzie tu jest celebracja?

A jak ktoś śpiewa piosenkę „Zamienię ciebie na lepszy model”, to wszyscy się cieszą, i choć przyznaję, jest to zabawny i przyjemny utwór, to jednak też i smutny. Wszyscy zgodziliśmy się na to, że jesteśmy takimi modelami – głównie do oglądania i oceniania: tu za dużo, tu za krótko, a tu nie ten kolor... Ciągle coś trzeba poprawiać i zmieniać.

Joasia: Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jak słyszy, że jakaś kobieta zmieniła wszystko: wygląd, pracę, a potem partnera – to zaczyna się o nią martwić.

Kasia: No bo jest w tym przymus uznania dla jej wielkiej zmiany. Wszyscy mają się cieszyć, że schudła, i wszyscy mają się cieszyć, że ma nowego faceta. Ale czasami nowy jest gorszy od starego. Taki przykład: jak pomaluję sobie u kosmetyczki brwi, to się cieszę, że nie muszę ich codziennie malować i dzięki temu dobrze wyglądam od rana i mogę zaoszczędzić czas, ale nie spodziewam się, że dzięki nowym brwiom moje życie się odmieni. Po zmianach spodziewajmy się tylko konkretnych rezultatów, nie magii, raczej zadowolenia niż natychmiastowego szczęścia. Więcej dobrego wyniknie z tego, że dzięki temu, że schudłaś, będziesz bardziej zadowolona. W związku z tym zrobisz więcej miłych i dobrych rzeczy i na więcej będziesz miała ochotę. To są realne plusy. Na tym polega zmiana, ale nie na tym, że nagle świat się w tobie zakocha, bo inaczej wyglądasz. Świat może tego nawet nie zauważyć.

Joasia: Na wspomnianej liście zmian ta dotycząca partnera była przedstawiona niczym jeden z porządków, jakie możesz zrobić w swoim życiu, tak jak przemeblowanie mieszkania. Trochę się przeciwko temu buntuję...

Kasia: Rzeczą zrozumiałą w częstszych zmianach partnera jest to, że dzięki postępowi medycyny żyjemy obecnie coraz dłużej i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach może się okazać, że jeden partner nie jest kompatybilny z naszym życiowym rozwojem. Jeżeli para poznała się w podstawówce i od tego czasu są razem, mają dzieci i strasznie długi staż – to dla jednych będzie to cudowne, a dla innych męczące i nudne. Gorzej, jak tylko dla jednej strony będzie męczące, a dla drugiej cudowne. Ludziom w trakcie życia zmieniają się punkty widzenia, po kilkudziesięciu latach mogą mieć zupełnie inne cele, niż mieli na początku znajomości – jeśli partner nie zmienia się w takim tempie i kierunku jak ty, możecie po jakimś czasie nie mieć już ze sobą o czym rozmawiać.

Kiedyś wizja bycia z kimś do końca życia była dla mnie przerażająca. Dziś mogę ze zdziwieniem wyznać, że jestem w niezłym związku od 30 lat, choć, jak już mówiłam, z przerwami, i myślę, że to całkiem normalna rzecz. I chwilami fajna. Oczywiście czepiam się go czasami, on mnie też, ale myślę, że każdego bym się czepiała, choć pewnie w innej sprawie. Może więc zmieniamy partnerów, bo chcemy się poczepiać kogoś o inne rzeczy (śmiech).

Joasia: Ale słyszałam też takie wyznanie – mężczyzny, który ma już czwartą żonę – że dziś widzi, że tak naprawdę mógł być szczęśliwy już z tą pierwszą.

Kasia: To samo słyszałam od jednej kobitki: „Po cholerę mi trzeci mąż, jak pierwszy był najlepszy”. Jedna z moich pacjentek nazwała to kiedyś ładnie „smok poganiacz” – myślę, że wielu z nas ma go w sobie. Ten smok podpowiada: „Jest dobrze, ale stać cię na więcej”, „Zmień coś, bo jakiś zastój się zrobił” i „Co ludzie powiedzą, że wy ciągle razem, z tym samym chłopem”. Dlatego zdarza nam się czasem psuć całkiem udane związki. Oczywiście każdy bardzo fajny związek z czasem nieuchronnie zmierza do kryzysu, ale po to, by go wspólnie przepracować. Znam wiele przykładów par, które po przepracowanych zdradach dostały takiego wiatru w żagle, że tylko zazdrościć. Przegadali, co trzeba, przyznali, że oddalili się od siebie i że zdrada znów ich zbliżyła – zrozumieli, że wcale nie chcą się rozstawać. Prawda jest taka, że gdyby ludzie dobrze się dobierali, to naprawdę mogliby większość życia przeżyć szczęśliwie w jednym związku. Ale zwykle ludzie nie są dobrze podobierani – czasem łączą się w pary całkiem przypadkowo, a bo ktoś mnie porzucił i teraz chcę pokazać, że wcale nie jestem taka kiepska, a bo nie było kogoś lepszego...

Joasia: ...albo wprawdzie się nie kochamy, ale się lubimy.

Kasia: O, to już jest bardzo dużo. Wtedy można się tylko zastanowić, co dobrego zrobić, żeby dołożyć tu odrobinę iskry... To może być lepszy początek niż zacząć od czystej namiętności, bo ta potrafi spalić na węgiel i zostawić związek na zgliszczach. Owszem, są małżeństwa, które tę początkową namiętność potrafiły przekształcić w bardzo głębokie przywiązanie, czyli prawdziwą miłość. Ale to zdarza się rzadko. Moja znajoma mi niedawno wyznała: „Ach, szkoda że ja tego mojego Adama nie spotkałam kilkanaście lat wcześniej, bo ja bym chciała przeżyć z nim całe życie”, na co jej odpowiedziałam, że wtedy pewnie by go nie doceniła.

Joasia: Często podajesz przykład pary, która pobierała się cztery razy...

Kasia: Tak, ale my z Edkiem też jesteśmy takim przykładem. Co prawda nigdy się nie pobraliśmy, ale nie raz i nie dwa się rozstawaliśmy, to znaczy, uczciwie mówiąc, to ja się rozstawałam. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Z jednej strony mam głębokie poczucie, że jest to mi najbliższy na świecie człowiek, a z drugiej bardzo mnie wkurza i mi przeszkadza – bo jest zupełnie inny ode mnie. Więc co jakiś czas miałam go zwyczajnie dosyć i mówiłam: „Już dłużej nie dam rady”. Rozstawaliśmy się i wiązaliśmy z innymi partnerami, ale po jakimś czasie wpadaliśmy na siebie i okazywało się, że nie chcemy być z nikim innym, tylko ze sobą. Jest między nami coś, co nas razem trzyma. Niektórzy nazywają to karmą – to ładny pomysł, choć troszkę zdejmujący z człowieka odpowiedzialność...

Joasia: Kilka lat temu na łamach SENSu opisywaliśmy ciekawe zjawisko: ludzie rozstawali się ze swoimi partnerami i wracali do miłości ze szkolnych czasów.

Kasia: I czasem byli rozczarowani, a czasem okazywało się to strzałem w dziesiątkę, prawda? Cóż, miłość z czasów szkolnych ma taki żar, świeżość i wbrew pozorom tak wielką głębię, wielkie nadzieje i taką niesamowitą wyjątkowość, że można tęsknić za tym całe życie. Poza tym młodość ma to do siebie, że za nic nie odpowiada – poza sobą i samą miłością.

Joasia: Dlaczego chcemy wrócić do stanu pierwszego zakochania – z tą samą albo z inną osobą?

Kasia: Myślę, że jest to swoisty powrót do niewinności. Wszyscy jako bardzo młodzi ludzie mówimy sobie: „Nie będę jak moi starzy, nie będę poganiał swoich dzieci, nie będę krzyczała na męża, nie będę się podlizywać szefowi”, „Będę działać tylko w zgodzie z moimi wartościami”, a kilka lub kilkanaście lat później robisz wszystko podobnie jak rodzice. Kiedy ludzie mają poczucie, że zdradzili swoje ideały, że się sami na sobie zawiedli, to co im zostaje? Dawna miłość na przykład. Może być tęsknotą za otworzeniem nowego rozdziału, powrotem do tego momentu, w którym to dorosłe życie dopiero się zaczynało. Jeśli ludzie byli w stanie zachować w sobie Wewnętrzne Dziecko, które nie dało się stłamsić i zagłuszyć, to powrót do siebie z czasów pierwszej miłości, tej niesamowitej radości i wiary, jest możliwy. Na ile się uda to zachować na dłużej, to już inna sprawa.

Sama znałam cudowną parę, która spotkała się po latach. Byli w sobie zakochani w szkole, potem on wyjechał za granicę i miał cztery żony, z którymi był względnie szczęśliwy, ona została i miała dwóch mężów, z którymi była nieszczęśliwa. Kiedy po kilkudziesięciu latach wrócił do Polski i się spotkali, nie mogli się nadziwić, co robili osobno przez tyle lat. Byli tak zgrani, miało się wrażenie, że nie wkładają w to bycie razem żadnego wysiłku.

Joasia: Piękny przykład dojrzałego uczucia. Stanu, mam wrażenie, niedocenianego.

Kasia: Masz rację, przeceniamy stan z początku związku, a nie doceniamy dojrzewania, nie doceniamy odpowiedzialności. Świat ludzki jest, niestety, światem niedorobionym. Większość idzie po linii najmniejszego oporu, bo nie nauczono ich czerpania satysfakcji z przezwyciężania siebie i z uczenia się nowych rzeczy. Nie chwalimy siebie, nie doceniamy swoich osiągnięć i w związku z tym mamy tak mało radości z ciężkiej pracy, jaką wykonujemy.

Joasia: A jak to przekłada się na związek?

Kasia: Ano tak: „Ja jestem zmęczona, ty jesteś zmęczony, odczep się ode mnie, sam wiesz, jakie jest to wszystko trudne”. Albo: „Marudzę, bo ty marudzisz, marudzę, bo już nie daję rady”. To, że oboje jesteśmy w podłym stanie, nie jest żadnym powodem do tego, żeby się poczuć blisko, tylko dalej od siebie. A przecież warto powiedzieć sobie: „Ponieważ oboje jesteśmy zmęczeni, zróbmy sobie kąpiel, herbatkę lub napijmy się winka”, a może się zdrzemnijmy, pobawmy z psem, obejrzyjmy z dziećmi jakiś film i chwilowo nic od siebie więcej nie chciejmy. I nie przenośmy na drugą osobę frustracji, którą przynieśliśmy z innego miejsca. Ale to wymaga wysiłku, o wiele łatwiej jest sobie odpuścić. Tym bardziej że tam – w pracy czy na ważnym spotkaniu – się pilnowałaś, a tu to przecież twój chłop, dla niego tak starać się nie musisz.

Joasia: Jesteśmy milsi dla obcych osób niż dla tych najbliższych?

Kasia: Wielokrotnie błagałam moją mamę: „Bądź dla mnie tak miła jak dla obcych ludzi albo tych, których nie lubisz”. To jakoś osmotycznie chyba przenika w głąb nas, że na swoich się warczy, a do obcych się mówi: „A dzień dobry pani, ależ nie, nie przeszkadza pani, nic się nie stało”. I kto oberwie potem za taką chwilę sztucznego uśmiechu? Mąż albo dzieci, czyli domownicy.

Joasia: Porozmawiajmy chwilę o pracy nad związkiem.

Kasia: Jeśli człowiek jest troszkę kumaty, to wie, że – czegokolwiek by to dotyczyło – ile włoży, tyle wyjmie. Wszyscy wiedzą, że warto inwestować w firmę, bo to się opłaci, ale niewiele się mówi o tym, że warto inwestować też w swój związek i rozwój. W pracy jest to dla nas zrozumiałe, że najpierw jest potrzebny wysiłek, żeby był efekt. A w pozostałych sferach życia oczekujemy, że samo się ułoży.

Joasia: No ale z drugiej strony, jeśli ciągle musisz w coś wkładać dużo wysiłku – i mówię tu już o związku – to może nie jest on taki dobry, jak ci się wydaje...

Kasia: Ale co to znaczy „wkładać w coś dużo wysiłku”? Może to, że na przykład zechcecie przez dwa dni nie wychodzić z łóżka? Robicie sobie szlafrokowy weekend, jecie śniadanko i pijecie kawkę w łóżku, gadacie sobie głupoty, co i rusz trochę seksu, troszkę przytulania, troszkę spania, troszkę oglądania filmów, a troszkę drapania po plecach – to jest właśnie wkładanie wysiłku i inwestowanie w związek. Czego przeciwieństwem jest na przykład to, że każde siedzi przy swoim laptopie i nawet na siebie nie spojrzą.

Joasia: Albo inaczej: wracasz padnięta do domu i on od progu czymś cię denerwuje. Ty, zamiast odruchowo wyładować na nim złość, mówisz: „Chwileczkę, daj mi pięć minut”, wchodzisz do łazienki, bierzesz prysznic, robisz kilka głębokich oddechów...

Kasia: Tak jest – na tym właśnie polega ta praca i ten wysiłek. Na wstrzymaniu odruchu roszczeniowego wewnętrznego bachora, który marudzi i kaprysi, bo chciałby, żeby ktoś go trochę porozpieszczał. Za darmo.

Joasia: A widzisz, mnie się długo wydawało, że praca polega na tym, żeby wiecznie komuś ustępować, bardziej się starać, myśleć za dwoje, poświęcać się...

Kasia: Bez poświęcania się mogłoby być na przykład tak – ja w mój związek wkładam więcej wysiłku, ewidentnie. I dawno sobie powiedziałam, że jakbym nie chciała, tobym tego nie robiła. Ja to lubię i ja to umiem. W jednych dziedzinach robię więcej, ale mi to nie przeszkadza – ja urządzam nasze mieszkania, planuję życie towarzyskie i ja zawsze myślę o prezencie, jak do kogoś idziemy. On wiedzie prym w innych sprawach, na przykład technicznych. Jesteśmy dla siebie wzajemnie dobrzy, żadne z nas nie jest męczennikiem miłości. Doceniamy swoją różnorodność i czerpiemy z tego obustronne korzyści.

Joasia: Sądzisz, że jest możliwa reaktywacja miłości w wieloletnim związku?

Kasia: Tak, ale pod warunkiem, że najpierw zreaktywujemy miłość do samych siebie. Bo wtedy mamy z czego czerpać.

Joasia: Można się na nowo zakochać we własnym mężu?

Kasia: Absolutnie.

Joasia: A czego do tego trzeba?

Kasia: Przede wszystkim potrzeba zwolnienia obrotów, trzeba popytać samą siebie o to, czego mi brakuje i czy zdobycie tego jest w zasięgu ręki – a bardzo dużo rzeczy jest w zasięgu naszej ręki. Jeśli nie jest, to przestańmy się wreszcie siebie czepiać. To samo dotyczy partnera – jeśli nie jest nam w stanie dać tego, czego chcemy, przestańmy się go czepiać. Zgódźmy się na pewne rzeczy, bo one już inne nie będą. Natomiast są sprawy, które można odświeżyć. Na przykład wprowadzić jakieś wyjątkowo miłe nowe zwyczaje. Powiedzieć coś inaczej niż zwykle, zrobić coś dla drugiej osoby. Oczywiście, jeśli ci się chce. Jeśli ci się nie chce, nie rób nic – tylko potem nie miej pretensji.

Joasia: Może przydałaby się też zmiana myślenia? Na przykład by zacząć nawyki partnera, które cię do tej pory denerwowały, postrzegać jako jego część składową. Może nawet uroczą. Na zasadzie: „on tak ma, i już”.

Kasia: Jesteś mądrą kobietą, bo to jest właśnie największa sztuka, kochać kogoś tak po prostu. I z taką całkowitą akceptacją: „on tak ma”. W skrócie o to w tym wszystkim chodzi. Warto też przełożyć to na siebie, powiedzieć sobie i innym: „ja tak mam”. Mnie nie przeszkadza na przykład, jak ktoś mnie krytykuje, mówię wtedy: „Ale tobie się to może nie podobać, ja to rozumiem i nawet szanuję, ale niezbyt mnie to dotyka, bo niespecjalnie mogę coś z tym zrobić, a po drugie, nie zamierzam, więc po co masz sobie gębę strzępić?”. To jest właśnie to pytanie: Po co to robisz? Po co wszyscy to robimy? Odpowiedź jest prosta: dla poczucia czegoś znanego. Zawsze wygrywa to, co znane. Jeśli mieliśmy taki dom lub takie życie, że wiecznie było w nim marudzenie albo narzekanie, albo przynajmniej brak radości i chwalenia, to tego będziemy szukać i oczekiwać w życiu. Chyba że ktoś nad sobą naprawdę mocno popracuje, ale rzadko kto chce.

Joasia: Co powiedziałabyś kobiecie, która jest po kilku nieudanych związkach i trochę wątpi w miłość...?

Kasia: Że nigdy nie wiadomo, czy kolejny nie będzie cudny.

Joasia: A tej, która jest w związku, ale też zaczęła wątpić...

Kasia: Napisałam kiedyś takie słowa w piosence: „Bo miłości jest tyle, ile trzeba nam. Warto mieć do niej bilet, warto stukać do bram”. Tyle jej jest, więc ją bierzmy. Zacznijmy od akceptacji siebie, a potem akceptacji tych, co do których nie jesteśmy zbyt szlachetne, że tak to ujmę. Po prostu popracujmy nad sobą. Oczywiście, jeśli ktoś nas rani czy niszczy – to coś zupełnie innego, ale jeżeli on się po prostu uwalił na kanapie, to niech leży. A co ci do tego? Kocury tak mają, że lubią leżeć na kanapie. Bo widzisz, w życiu to jest tak: albo będziesz chciała strasznie dużo rzeczy, które są nierealne, i nie będziesz ich miała, albo zobaczysz to, co masz, i się z tego ucieszysz. Czasu jest tyle, ile nam potrzeba, a życie jest długie i wszystko się w nim zmieści.

ROZDZIAŁ 2

Nuda w związku?Tylko dla nieciekawych

Męczy cię rutyna, powtarzalność, jednowymiarowość? To, że on zawsze zamawia to samo w restauracji i nigdy nie ma pomysłów na wspólny wyjazd? A może to samą sobą jesteś znudzona?

Joasia: Wszędzie straszą nudą. Wydaje się, że to także główna bolączka dzisiejszych związków. Jak spojrzę na małżeństwa z pokolenia moich dziadków czy pradziadków, to wiele rzeczy mogło doprowadzić do ich rozpadu – brak pieniędzy, zdrada, ale nie nuda. Czy XIX-wieczne żony nudziły się w swoich związkach?

Kasia: Na pewno się nudziły, natomiast obecnie mamy do czynienia z nową nudą, która polega na tym, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko ma być atrakcyjne, ma być już, szybko i jedno za drugim. Kiedyś normalne było, że na coś czekasz, że najpierw coś robisz i robisz, a dopiero potem coś z tego masz. Kiedyś ludzie zwyczajnie wiedzieli, że to droga jest szczęściem, nie osiągnięcie celu. Teraz już nie chcą tego wiedzieć, bo inaczej się ich wychowuje, a właściwie w ogóle się nie wychowuje. Mają tylko przykład płynący z mediów, który mówi, że musi być kolorowo, głośno i szybko. Że to jakiś kretyn ma mnie rozśmieszać, a nie ja siebie. Nuda obecnie stała się rodzajem wypalenia, zniecierpliwienia, ale również ogromnej roszczeniowości, która rośnie w potęgę.

Joasia: Na dodatek żyjemy w dyktaturze szczęścia, które ma być obezwładniające i nieskończone.

Kasia: Ale to jakieś zaprzeczenie szczęścia. Bo co tak naprawdę znaczy być szczęśliwym? Cieszyć się z kolejnych kroków, etapów dochodzenia do czegoś, z samej drogi. Oczywiście na tej drodze może dopaść mnie zmęczenie – no to się położę, też miło. Poczekam. Na drodze mogę spotkać też różnych ludzi, z niektórymi przejdę się dłużej, z innymi tylko chwilę. Ale to nie będą za każdym razem jakieś niesłychane atrakcje. To ja mam dostrzec w tych zdarzeniach coś ciekawego. Powiedz, dlaczego obecnie jest coraz mniej aktorskiej piosenki, a coraz więcej panienek, które rozebrane do golasa fikają na scenie nogami? Pewnie, że można podziwiać ich piękne włosy, piękne figury, ale przecież one wszystkie są identyczne! Bo mają służyć jedynie do rozrywki. One nie są postaciami, osobowościami, nie budują z widzami relacji.

Joasia: Od związku też oczekujemy rozrywki.

Kasia: Ma być mi z tobą wesoło i śmiesznie, a na dodatek masz wiedzieć, czego ja chcę. No ale przepraszam bardzo, szanowna pani sama nie wie, czego chce. Siebie nie zna, nie rozumie, ma pretensję do świata i oczekiwanie, by nagle on, ten jeden jedyny wybrany, przyszedł i wybawił ją ze wszystkich kłopotów. Zawsze jak prowadzę warsztaty dla dużych grup kobiet, zadaję im jedno pytanie: „Czego chcą dziewczynki?”. Otóż: „Dziewczynki chcą więcej”. Takie podejście zwykle bierze się z tego, że rodzice nie mają czasu dla dzieci, ale też pomysłów na to, jak ten czas spędzić, gdy już go znajdą. Mało tego, nie starają się im pokazywać świata, tylko przekupują zabawkami czy słodyczami – wszystkim tym, co jest na chwilę. A żeby pojechać z dzieckiem i pokazać mu Roztocze, trzeba czasu i pomysłu.

Joasia: Ostatnio doszłam do wniosku, że najfajniejszy prezent jest wtedy, gdy ktoś ci ofiarowuje czas. Ale czas intencjonalny, przeznaczony dla ciebie.

Kasia: Jeśli partner pamięta o drobnych rzeczach, na przykład chce mu się pojechać rano do piekarni po dokładnie takie bułki, jakie lubisz, czy to nie porusza?! Sam rogalik w tym wszystkim jest najmniej ważny, liczy się właśnie intencja. Pamiętasz taki film z Barbrą Streisand i Jeffem Bridgesem, „Miłość ma dwie twarze”? Jest tam piękna scena, w której on w restauracji prosi kelnera, aby pamiętał, żeby podać jej osobno do sałatki sos i żeby jarzyny się nie stykały, bo ona tak właśnie lubi. I ona patrzy na niego, wzruszona, bo jeszcze nikt czegoś takiego dla niej nie zrobił. To jest miłość! Także wtedy, kiedy żona w eleganckiej restauracji pyta kelnerkę: „A macie może schabowego, bo mój mąż najbardziej lubi schabowe?”, zamiast: „No nie, a ty znowu ten schabowy, zamówiłbyś coś innego, przecież to elegancka restauracja”.

Joasia: Ale przecież to, że tak się dobrze znamy, to jest ta nuda, która nam przeszkadza!

Kasia: A to jest właśnie bliskość. Ja na przykład uwielbiam opowiadać dowcipy, mam ich dużo w repertuarze, ale z konieczności często je powtarzam. Mój Edek zna je wszystkie, więc kiedy słyszy któryś po raz enty, marudzi: „A ty znowu opowiadasz ten sam kawał”. Więc mówię mu: „Misiu, tak samo jak ty opowiadasz ciągle o swoich odkryciach”. Poza tym ludzie powtarzają to, co dla nich ma wagę, to, co im się ładnie wyszlifowało, co jest gotowe do pokazywania. Pewnie, że za każdym razem, jak on będzie wygłaszał swoje teorie o Putinie, mogę zacząć fukać, bo przecież je znam. Z drugiej strony, gdyby on teraz nagle zaczął mówić coś innego, to byłby człowiekiem bez stałych poglądów. Trzeba mieć ciekawość drugiej osoby. I tu wracamy do rzeczy najważniejszej: jeżeli nie mam dla siebie ciekawości, to nie wykrzeszę jej dla kogoś innego.

Mało mamy dla siebie zachwytu i bezinteresownej życzliwej uwagi. Ponieważ ludziom tak brakuje poczucia własnej wartości, strasznie chcą, żeby im mówić miłe rzeczy. I boją się, że jak sami powiedzą komuś coś miłego, to stracą. A przecież to wraca. Inwestowanie polega na tym, że się wysyła pieniądze, by zarabiały, a nie trzyma je w portfeliku. Oczywiście od zbuków nic nie dostaniemy. Jeśli ty do kogoś dzwonisz i on też dzwoni, jeśli ty go gdzieś zapraszasz, ale i on ciebie zaprasza – wtedy warto. Bo będziecie razem pomnażać zyski z tej inwestycji. Natomiast jeśli nie ma odzewu, nie ma zwrotu – przestań. Dziewczyny uwielbiają się w ten sposób zakochiwać, i to je rujnuje.

Joasia: A czy one się nie zakochują dlatego, że raz się zwróciło i mają nadzieję, że może jeszcze się powtórzy?

Kasia: Moim zdaniem jest jeszcze jeden, o wiele gorszy, powód takiego „przeinwestowania” – one nie wiedzą, co zrobić, kiedy coś dostają. Bo są nienauczone bycia kochaną. Są nauczone tego, jak ładnie wyglądać. I idzie potem taki, jak ja to mówię, ładny zameczek w świat, tylko jak facet jej powie: „O, jaka jesteś ładna”, to ona jest w szoku: „Ojej, no coś takiego”. Na Zachodzie dziewczyna mówi: „Dziękuję, ty też jesteś całkiem niezły”. Która w Polsce tak powie?

Joasia: Oj, znalazłoby się kilka.

Kasia: No tak, może by się znalazło, ale żeby powiedzieć coś takiego swojemu partnerowi czy mężowi? Już niewiele. Przecież to on ma mi mówić komplementy i traktować tak samo jak wtedy, kiedy się we mnie zakochał. A to straszny błąd! Powodem do bardzo dużych cierpień i strasznie dużych rozczarowań są też nasze marzenia. Większość ludzi nie wynosi z domu przykładów dobrych związków. Dlatego postanawiają: „U mnie będzie inaczej”. Tylko skąd mają wiedzieć, co to znaczy „inaczej”?

Joasia: Z literatury i filmów?

Kasia: Raczej własnych wyobrażeń i marzeń. Skoro w domu rodzice się kłócili, to w moim związku nie będzie kłótni. Już nie mówię o domach, w których się poniża i krzywdzi – wychodzą z nich tak sponiewierane istoty, że jak im potem ktoś poda mały palec od lewej ręki, to one będą uważały, że to jest dawca. Z kolei z takich domów, gdzie nie było przemocy, ale była uszczypliwość czy brak życzliwości, wychodzi zwykle marzenie, żeby on mnie nigdy nie uraził.

Męczy mnie ta „urazowość” Polaków, z której też się sama wygrzebywałam. Że jak się śmieją z czegoś po drugiej stronie ulicy, to na pewno ze mnie. Jest w tym egocentryzm i zupełny brak zainteresowania innymi ludźmi. I z tego biorą się problemy w związkach. Bo jak taka dziewczyna spotka już fajnego chłopaka, to nie ma mowy, żeby on chciał bardziej niż z nią na film iść z kolegami na piłkę. Przecież on ją kocha! A kochać to znaczy robić to, co ona chce. I cały czas z nią być. Bo ona sama nie wie, jak wypełnić sobie czas bez niego. I znów wrzucę kamyczek do ogródka rodziców: w polskich domach przeważnie nie pokazuje się dzieciom świata, żeby sobie znalazły to, co chciałyby robić. Zamiast tego jest pustka wewnętrzna, taki rodzaj niedorobienia, na które składa się niedokochanie, ale też nieumiejętność korzystania z tego, co oferuje nie tyle nawet świat, co po prostu duże miasto.

Wyobraźmy sobie teraz śliczną, zgrabną dziewczynę, która jest do tego zdolna i pracowita. Taka dziewczyna zawsze da sobie radę, więc ma już kupione i urządzone mieszkanie, w nim kotka albo pieska, kwiatki też. I ona mówi do mnie: „Przychodzę do domu i się rozjeżdżam na cztery, bo jestem sama”. Ja na to: „No dobra, a jakby on był, to co by się stało? Obydwoje byście się rozjechali na cztery?”. On na kanapie, a ona w kuchni i tylko przez ścianę płynęłaby taka nienawiść: „Znów nic nie wymyślił, nigdzie mnie nie zabierze”. Zamiast czerpania zadowolenia matki uczą nas mienia pretensji.

Joasia: Nieraz słyszałam od dziewczyn, że teraz jest fajnie, ale jak wspólnie zamieszkają, to się popsuje. Nie będzie odświętności, on nie będzie się starał.

Kasia: Dziewczyny mówią też: „Boję się, że on mnie zostawi po roku, bo się mną znudzi”. Czyli: „Teraz się okaże, jaka jestem mało ciekawa”. I ja wtedy mówię ten dość okrutny dowcip o pacjencie u lekarza: „Panie doktorze, nikt mnie nie zauważa”. „Następny proszę”. No więc może jesteś nieciekawa. Musimy sobie powiedzieć prawdę, bo inaczej nic z nią nie zrobimy. Jeśli ty sama sobą się nie ciekawisz, jeśli nie wiesz, co masz ze sobą zrobić, kiedy on wychodzi na mecz z kolegami czy ślęczy przy komputerze, to jak masz być dla niego ciekawa? Bardzo wiele kobiet mówi: „Po to mam faceta, by z nim i tylko z nim pójść do teatru, kina, na kolację, do sklepu czy załatwić sprawy w urzędzie”. A może jeszcze razem kupę pójdziecie zrobić?! Bo inaczej strasznie się rozdzielicie. Są pary, które tak się ze sobą dobrze czują, że wszystko robią razem, ale to nie jest żaden przepis, a poza tym to się rzadko zdarza. Najczęściej i najlepiej jest tak, że się rozstajemy, a potem znów spotykamy i znów rozstajemy. Fajnie wracać do domu, bo tego chcesz, a nie bo musisz. Jeśli kochasz siebie i życie, to nie uzależniasz swojego szczęścia od jednej osoby i nie masz pretensji, jeśli ona nie daje ci tego, co chcesz, bo sama sobie możesz to dać.

Joasia: Najpierw chcesz spędzać z nim każdą chwilę, a potem zaczyna cię nudzić. Czym tak naprawdę jesteś znudzona?

Kasia: Sobą.

Joasia: To jest ta prawda o nudzie w związkach?

Kasia: Tak, to najczęściej sobą samą się nudzimy. Chociaż czasem może nam się trafić strasznie nudny partner, tylko po co go brać? Chyba że chcesz mieć pewność, kto jest winny, jeśli się rozstaniecie.

Joasia: Pomyślałam sobie, że ze związkiem jest jak z wymarzonym mieszkaniem. Kiedy już je kupisz i urządzisz, powinnaś siąść w fotelu i z zadowoleniem patrzyć na to, co masz.

Kasia: Ja tak właśnie robię. Codziennie się budzę i myślę: „Ale ja mam ładnie”. Z Edkiem siedzimy w naszym domu w Kazimierzu i myślimy: „Ale mamy fajnie”. Więc jak ja mogę się znudzić czymś, co jest takie, jak chciałam.

Joasia: Skoro masz fajny dom, to czy nie sprawia ci przyjemności samo przebywanie w nim?

Kasia: Poleżeć sobie po śniadaniu i poprzewalać się w piżamach...? Niektórzy to potrafią. Dla innych „w domu” znaczy „nudno”. Ja najlepsze pomysły mam, gdy się wylenię. Leżę w łóżku trzy godziny, nic mi się nie chce, szczęśliwa jak prosiaczek, i raptem mam gotową piosenkę albo pomysł na książkę. To, co ludzie nazywają nudą, to często brak. Brak radości, brak umiejętności, brak uwagi. Zgaś sobie w domu wieczorem światło i staraj się poruszać bardzo cichutko, dotykając wszystkich przedmiotów, prowadząc samą siebie. Zobaczysz, ile się lęków pojawi, ile złości, niepewności. W swoim własnym domu! Cisza i ciemność – to nasi najwięksi przyjaciele, choć postrzegamy ich jako wrogów.

Joasia: I jeszcze spokój.

Kasia: Nie umiemy w nim wytrzymać. Z domów, w których się dzieje dużo raczej trudnych przeżyć, ludzie wynoszą lęk przed spokojem. Im się wydaje, że spokój jest pustką i obojętnością. I trzeba coś koniecznie z nim zrobić. Odpowiedzią jest zawsze: oddychać.

Joasia: Nie bójmy się nudy, bójmy się pustki w sobie?

Kasia: Oj, tak. Bo jeżeli facet rzeczywiście siedzi głównie przy komputerze, to zbyt wiele pożytku z niego nie będzie, ale może dla ciebie to jest OK, byle czasem się odezwał. Trudno znaleźć faceta, który ma wszystko: jest zabawny i wrażliwy, czuły i dziki.

Joasia: A może coś dzięki temu komputerowi ci załatwi?

Kasia: Na przykład zabukuje wyjazd z przyjaciółką. Kupi bilety, zarezerwuje hotel, ty pojedziesz, wrócisz i powiesz: „Kochanie, jesteś cudowny. Dzięki tobie świetnie się bawiłam”.

ROZDZIAŁ 3

Nie szukaj dziuryw całym