Daj nam ostatnią szansę - Abbi Glines - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Życie i śmierć
Rozpacz i nadzieja
 
To było prawdziwe uczucie. Miłość. Dlaczego więc pozwolił jej odejść?
Grant uświadamia sobie, że odrzucając Harlow, popełnił największy błąd swojego życia. Chciałby go naprawić, lecz Harlow nie daje mu szansy, ukrywając się u swojego brata w Teksasie. Mężczyzna jest w rozpaczy, a nie wie jeszcze najgorszego...
Harlow spodziewa się dziecka. Jednak przy jej wadzie serca nie powinna zachodzić w ciążę. Nie, jeśli sama chce pozostać przy życiu.
Czy Grant dostanie ostatnią szansę?
Czy Harlow zdecyduje się urodzić dziecko?
Czy miłość zwycięży?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Abbi Glines 2014

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: One More Chance

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Aleksandra Tykarska

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska

Zdjęcie na okładce: Shelly Strazis/Getty Images

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-656-3

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Dla mojego brata, Jody’ego Pottsa. To historia miłosna z Twojej przeszłości stanowiła inspirację dla tej opowieści o Grancie i Harlow. Nigdy jej nie zapomniałam, a teraz wiem, dlaczego została ze mną przez te wszystkie lata.

„Ta chwila, kiedy dociera do ciebie, że kompletnie spieprzyłeś swoje życie… Tak, znam tę chwilę. Aż za dobrze”.

– Grant Carter

Daj nam ostatnią szansę

Grant

„To ja, ale prze­cież wiesz. To już czter­dzie­sta ósma wia­do­mość… co ozna­cza, że nie wi­dzia­łem two­jej twa­rzy od czter­dzie­stu ośmiu dni. Nie przy­tu­la­łem cię. Nie oglą­da­łem two­je­go uśmie­chu. Nie wiem, gdzie je­steś, Har­low. Szu­ka­łem cię, kot­ku. Boże, ro­bi­łem, co mo­głem. Gdzie je­steś? Czy ty w ogó­le od­słu­chu­jesz te wia­do­mo­ści? Two­ja pocz­ta gło­so­wa to wszyst­ko, co mi po to­bie zo­sta­ło. Spie­przy­łem spra­wę. Spie­przy­łem jak cho­le­ra. Za­dzwoń do mnie albo od­bierz na­stęp­nym ra­zem, albo cho­ciaż wy­ślij mi ese­me­sa. Nie, za­dzwoń. Ese­mes to na nic. Mu­szę usły­szeć twój głos. Ja po pro­stu… mu­szę cię zo­ba­czyć, Har­low. Ni­cze­go nie na­pra­wię, je­śli nie będę mógł cię przy­tu­lić...”

PIP

Ko­lej­na prze­rwa­na wia­do­mość. Cho­ler­na pocz­ta gło­so­wa ni­g­dy nie da­wa­ła mi do­koń­czyć. Ale też nie mia­łem pew­no­ści, czy Har­low w ogó­le od­słu­chu­je te na­gra­nia. Dzwo­ni­łem, cho­le­ra, każ­de­go wie­czo­ru, od­kąd ode mnie wy­szła, i cią­gle nic. Po­je­cha­łem do domu jej taty w Los An­ge­les, ale ni­ko­go tam nie było, cho­ciaż nie mo­głem się o tym prze­ko­nać na wła­sne oczy – w ogó­le nie wpusz­czo­no mnie za bra­mę. Straż­nik gro­ził, że za­dzwo­ni na po­li­cję.

Rush za­pew­niał mnie, że nie ma jej w Be­ver­ly Hills. Ale wie­dział, gdzie jest. Tego dnia, kie­dy po raz ostat­ni wy­szła ode mnie, po­in­for­mo­wa­ła go, do­kąd się wy­bie­ra, lecz on nie za­mie­rzał mi tego po­wie­dzieć. Mó­wił, że Har­low po­trze­bu­je cza­su i że mu­szę jej go dać. Tam­te­go wie­czo­ru, gdy nie chciał mi zdra­dzić miej­sca jej po­by­tu, po raz pierw­szy, od­kąd się zna­my, wal­ną­łem go pię­ścią w twarz. Przy­jął cios i otrzą­snął się, jak przy­sta­ło na ta­kie­go twar­dzie­la jak on. A po­tem ostrzegł mnie, że­bym nie pró­bo­wał ro­bić tego wię­cej. Ro­zu­miał mnie, ale na­stęp­nym ra­zem na pew­no by mi od­dał.

Czu­łem się jak gno­jek, że go ude­rzy­łem. Chro­nił Har­low, a ona po­trze­bo­wa­ła ko­goś ta­kie­go. Po pro­stu nie mo­głem znieść tego, że nie mam moż­li­wo­ści jej przy­tu­lić. Ani wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go za­cho­wa­łem się jak pa­lant.

Bla­ire do­pie­ro nie­daw­no znów za­czę­ła ze mną roz­ma­wiać. Była taka wście­kła, kie­dy zo­ba­czy­ła siń­ca na twa­rzy Ru­sha i jego roz­kwa­szo­ny nos. Nie od­zy­wa­ła się do mnie pra­wie przez mie­siąc.

Nie mia­łem ni­ko­go, z kim mógł­bym po­ga­dać, z wy­jąt­kiem pocz­ty gło­so­wej Har­low.

Bu­dzi­łem się rano i sze­dłem do ro­bo­ty – pra­co­wa­łem fi­zycz­nie na bu­do­wie zwią­za­nej z jed­nym z mo­ich zle­ceń. Mu­sia­łem się zmę­czyć, żeby móc spać w nocy. Kie­dy tyl­ko słoń­ce za­cho­dzi­ło i nie mo­głem dłu­żej za­su­wać, wra­ca­łem do domu, ja­dłem coś, bra­łem ką­piel, dzwo­ni­łem na pocz­tę gło­so­wą Har­low i kła­dłem się spać. A na­stęp­ne­go dnia po­wta­rza­łem to wszyst­ko od po­cząt­ku.

Nan­net­te za­prze­sta­ła prób skon­tak­to­wa­nia się ze mną. Kon­se­kwent­nie nie od­bie­ra­łem jej te­le­fo­nów ani nie otwie­ra­łem drzwi, kie­dy fa­ty­go­wa­ła się oso­bi­ście, aż wresz­cie do­tar­ło do niej i zo­sta­wi­ła mnie w spo­ko­ju. Jej wi­dok una­ocz­niał mi tyl­ko cały ból, jaki spra­wi­łem Har­low, nie chcia­łem jej wi­dzieć. Nie po­trze­bo­wa­łem do­dat­ko­we­go przy­po­mi­na­nia tego wszyst­kie­go, co na­ro­bi­łem, żeby zra­nić Har­low.

Czy moż­na nie­na­wi­dzić sa­me­go sie­bie? Bo by­łem, cho­le­ra, pra­wie pe­wien, że w moim przy­pad­ku do­szło wła­śnie do tego. Dla­cze­go nie za­pa­no­wa­łem nad tymi bzde­ta­mi, któ­re wy­le­wa­ły mi się z ust, kie­dy ostat­ni raz wi­dzia­łem Har­low? Za­wa­li­łem spra­wę. Zra­ni­łem ją. Przy­po­mi­na­jąc so­bie wy­raz jej twa­rzy, gdy ci­ska­łem się, za­rzu­ca­jąc jej, że nie po­wie­dzia­ła mi o swo­jej cho­ro­bie, do­słow­nie nie by­łem w sta­nie spoj­rzeć w lu­stro. Ona na­praw­dę się bała, a ja przej­mo­wa­łem się sobą i mo­imi pie­przo­ny­mi lę­ka­mi. Jak mo­głem się stać ta­kim ego­istą? Tak pa­ni­ko­wa­łem, że ją stra­cę, a spra­wi­łem je­dy­nie, że ucie­kła ode mnie.

By­łem łaj­da­kiem, łaj­da­kiem bez ser­ca. Nie za­słu­gi­wa­łem na nią, ale pra­gną­łem jej bar­dziej niż od­de­chu.

Tra­ci­łem cen­ny czas, któ­ry mógł­bym z nią spę­dzać. Chcia­łem się upew­nić, że jest bez­piecz­na i oto­czo­na wła­ści­wą opie­ką. Chcia­łem być przy niej, żeby się o nią trosz­czyć i dbać o jej zdro­wie. Pil­no­wać, by z jej ser­cem wszyst­ko było, jak na­le­ży. Nie ufa­łem ni­ko­mu in­ne­mu, tyl­ko ja mo­głem utrzy­mać ją przy ży­ciu. Cho­le­ra! Sama myśl, że mo­gła­by umrzeć, roz­ry­wa­ła mi pierś i mu­sia­łem się zgiąć wpół, żeby zła­pać od­dech.

– Mu­sisz do mnie za­dzwo­nić, kot­ku. Nie mogę tak żyć. Mu­szę być z tobą! – wy­krzyk­ną­łem w pust­kę po­ko­ju.

Harlow

Sie­dzia­łam na beli sia­na, ko­la­na pod­cią­gnę­łam pod bro­dę, rę­ka­mi opla­ta­łam łyd­ki i pa­trzy­łam, jak mój przy­rod­ni brat Mase ujeż­dża mło­de­go ara­ba czy­stej krwi, któ­ry do­pro­wa­dzał go do sza­łu. Było mi ła­twiej, kie­dy mo­głam się sku­pić na czymś in­nym niż wła­sne my­śli. Stwier­dzi­łam, że bar­dziej niż mo­imi pro­ble­ma­mi mar­twię się, czy Mase nie skrę­ci so­bie kar­ku.

Wie­czór i tak na­dej­dzie zbyt szyb­ko. Mój te­le­fon za­cznie dzwo­nić, a po­tem roz­le­gnie się dźwięk in­for­mu­ją­cy mnie, że zo­sta­wił mi ko­lej­ną wia­do­mość na po­czcie gło­so­wej. I przez na­stęp­nych kil­ka go­dzin będę się ga­pić na ścia­nę, tar­ga­na sprzecz­ny­mi uczu­cia­mi. Chcia­łam od­słu­chać wia­do­mo­ści Gran­ta. Tę­sk­ni­łam za nim. Tę­sk­ni­łam za brzmie­niem jego gło­su. Tę­sk­ni­łam za do­łecz­ka­mi w po­licz­kach, kie­dy się uśmie­chał. Ale nie mo­głam, na­wet je­śli na­praw­dę ża­ło­wał, a co do tego nie mia­łam wąt­pli­wo­ści po tylu te­le­fo­nach i de­spe­rac­kiej pró­bie przedar­cia się przez ochro­nę do domu taty.

Bał się pa­nicz­nie, że zno­wu stra­ci oso­bę, na któ­rej mu za­le­ży. Gdy­bym mu po­wie­dzia­ła, że no­szę w so­bie na­sze dziec­ko i mogę nie prze­żyć po­ro­du, oba­wiam się, że chciał­by, bym zro­bi­ła to, do cze­go na­ma­wiał mnie Mase. To samo za­le­ca­li zresz­tą le­ka­rze.

Ko­cha­łam Gran­ta Car­te­ra. Bar­dzo go ko­cha­łam. Ale rów­nie moc­nym uczu­ciem da­rzy­łam jesz­cze ko­goś. Roz­luź­ni­łam ręce opla­ta­ją­ce nogi i po­ło­ży­łam dłoń na brzu­chu. Na­dal był pła­ski, ale wi­dzia­łam to ma­leń­kie ży­cie we­wnątrz mnie na ul­tra­so­no­gra­fie. Jak kto­kol­wiek mógł ocze­ki­wać, że usu­nę to dziec­ko? Już je ko­cha­łam. I ko­cha­łam jego ojca. Nie spo­dzie­wa­łam się, że kie­dy­kol­wiek do­świad­czę ta­kich uczuć. To było ma­rze­nie, z któ­re­go zre­zy­gno­wa­łam daw­no temu.

Pra­gnę­łam tego dziec­ka. Chcia­łam, żeby żyło. Żeby mia­ło wspa­nia­łe, uda­ne, bez­piecz­ne ży­cie, peł­ne mi­ło­ści. Moja bab­cia była bar­dzo sta­now­cza w swo­im prze­ko­na­niu, że abor­cja jest zła. Za­wsze się za­sta­na­wia­łam, czy zmie­ni­ła­by zda­nie, gdy­bym to ja przez przy­pa­dek za­szła w cią­żę. Ale ni­g­dy nie prze­mknę­ło mi przez myśl, że będę w cią­ży z męż­czy­zną, któ­re­go ko­cham. Z męż­czy­zną, któ­ry spra­wiał, że pra­gnę­łam tego, cze­go nie po­win­nam.

Ist­nia­ła oba­wa, że może oni mają ra­cję, że nie prze­ży­ję po­ro­du. Ale ja wie­rzy­łam, że dam radę. Pra­gnę­łam tego dziec­ka. Pra­gnę­łam je ko­chać, przy­tu­lać, po­ka­zać mu, że zro­bię dla nie­go wszyst­ko. Ma­rzy­łam o wła­snym dziec­ku. Chcia­łam tego wy­star­cza­ją­co moc­no, żeby żyć. By­łam prze­ko­na­na, że mogę je uro­dzić. I uro­dzę.

Szko­da, że Mase nie po­tra­fił tego zro­zu­mieć. Okrop­ne było wi­dzieć w jego oczach strach za każ­dym ra­zem, kie­dy zer­kał na mój brzuch. Był prze­ra­żo­ny, bo mnie ko­chał. Nie chcia­łam go stra­szyć, ale mu­siał mi za­ufać. Dam radę. Samą tyl­ko siłą woli zdo­łam uro­dzić to dziec­ko i żyć. Zu­peł­nie jak­by Mase sły­szał moje my­śli – ze­sko­czył z ko­nia i wbił we mnie wzrok. Ta cią­gła tro­ska. Pa­trzy­łam, jak od­pro­wa­dza ara­ba do staj­ni. By­li­śmy tu cały ra­nek, a te­raz na­de­szła pora lun­chu.

Oj­czym Mase’a dał mu tro­chę zie­mi na ty­łach swo­jej po­sia­dło­ści, a mój brat wy­bu­do­wał tam małą cha­tę z bali. Tak się szczę­śli­wie dla mnie zło­ży­ło, że w tym li­czą­cym sto dwa­dzie­ścia me­trów kwa­dra­to­wych dom­ku znaj­do­wa­ły się dwie sy­pial­nie. Nikt nie wie­dział o tym miej­scu, bo było do­brze scho­wa­ne wśród drzew, tak więc kie­dy przed­sta­wi­cie­le me­diów zja­wi­li się przed do­mem mat­ki Mase’a, ona po­in­for­mo­wa­ła ich po pro­stu, że nas tu nie ma, i za­gro­zi­ła, że je­śli nie opusz­czą po­se­sji, za­dzwo­ni na po­li­cję. Te­raz, gdy me­dia wie­dzia­ły, że je­stem cór­ką Kira, było mi trud­niej się ukry­wać.

Od tam­tej pory mie­li­śmy spo­kój. Nie jeź­dzi­li­śmy do mia­sta i mo­głam się za­szyć w cha­cie Mase’a. Nie li­cząc wi­zy­ty u gi­ne­ko­lo­ga po­łoż­ni­ka, do któ­re­go za­bra­ła mnie Ma­ry­ann, po­zo­sta­wa­łam w od­osob­nie­niu. Tata dzwo­nił kil­ka razy. Nie po­wie­dzia­łam mu o cią­ży, ale sama się do­wie­dzia­łam do­pie­ro w ubie­głym ty­go­dniu.

Mase chciał po­wie­dzieć Ki­ro­wi. Był pe­wien, że tata zdo­ła mnie zmu­sić do abor­cji. Ja uwa­ża­łam, że to bez­ce­lo­we. W głę­bi ser­ca wie­dzia­łam, co zro­bię. I nikt nie mógł tego zmie­nić. A je­śli na­wet moja wola ży­cia oka­że się nie­wy­star­cza­ją­ca, moje dziec­ko i tak bę­dzie ko­cha­ne. Je­dy­na oso­ba, któ­ra trwa­ła przy mnie w tym wszyst­kim, za­pew­ni­ła mnie, że wy­cho­wa je i bę­dzie ko­chać jak wła­sne. Ma­ry­ann Colt była mat­ką, jaką po­win­no mieć każ­de dziec­ko. Kie­dy by­łam mała i od­wie­dza­łam Mase’a, jego mama pie­kła nam cia­stecz­ka i za­bie­ra­ła nas na pik­ni­ki. Wie­czo­rem utu­la­ła nas do snu, a kie­dy już po­ca­ło­wa­ła Mase’a w po­li­czek i za­pew­ni­ła, że go ko­cha, pod­cho­dzi­ła do mnie i ro­bi­ła to samo. Jak­bym była jej cór­ką.

Ma­ry­ann wie­dzia­ła, co to zna­czy być mat­ką. Ro­zu­mia­ła moją po­trze­bę, żeby chro­nić to dziec­ko. Trzy­ma­ła mnie za rękę, kie­dy ba­da­nie po­twier­dzi­ło, że na­praw­dę je­stem w cią­ży. I nie pła­ka­ła ze zmar­twie­nia, tyl­ko z ra­do­ści. Była szczę­śli­wa, bo czu­ła moje szczę­ście. Tam­te­go wie­czo­ru po raz pierw­szy by­łam świad­kiem kłót­ni po­mię­dzy Mase’em a jego mat­ką. Ma­ry­ann sta­ła po mo­jej stro­nie, kie­dy tłu­ma­czy­łam, dla­cze­go nie zde­cy­du­ję się na abor­cję. Mase był wście­kły. Skoń­czy­ło się na tym, że bła­gał mnie, abym się jesz­cze za­sta­no­wi­ła.

By­łam prze­ko­na­na, że z Gran­tem by­ło­by go­rzej. Wma­wia­nie so­bie, że o mnie za­po­mniał albo że mu nie za­le­ży, było bez­ce­lo­we. Wie­dzia­łam le­piej. Wciąż dzwo­nił do mnie co­dzien­nie i zo­sta­wiał wia­do­mość. Chciał, że­bym mu wy­ba­czy­ła i może na­wet był go­tów za­ry­zy­ko­wać i ko­chać mnie mimo mo­jej wady ser­ca. Ale te­raz ry­zy­ko było dużo więk­sze. I osta­tecz­nie nie są­dzi­łam, że star­czy mu siły, żeby to znieść. Nie mo­głam za­po­mnieć słów, któ­re wy­po­wie­dział, kie­dy wi­dzie­li­śmy się po raz ostat­ni. Nie mie­li­śmy już szans.

– Do­brze się czu­jesz? – Głos Mase’a wy­rwał mnie z za­my­śle­nia. Dło­nią osło­ni­łam się przed słoń­cem i spoj­rza­łam na nie­go, mru­żąc oczy. Miał na so­bie wy­bla­kłe dżin­sy i nie­bie­ską ko­szu­lę w kra­tę. Po po­ran­nych za­ję­ciach cały był po­kry­ty cien­ką war­stwą pyłu, zsu­nął na tył gło­wy kow­boj­ski ka­pe­lusz i ocie­rał pot z czo­ła szmat­ką, któ­rą wy­jął z tyl­nej kie­sze­ni.

– Nic mi nie jest. Po pro­stu by­łam po­grą­żo­na w my­ślach – wy­ja­śni­łam.

Wy­cią­gnął do mnie rękę.

– Chodź, pój­dzie­my coś zjeść. Mama pew­nie po­da­je już do sto­łu.

Ma­ry­ann co­dzien­nie go­to­wa­ła na lunch peł­ny po­si­łek. Mó­wi­ła, że jej chłop­cy mu­szą się na­jeść, żeby mieć siłę ha­ro­wać w go­spo­dar­stwie. Oj­czym Mase’a na­dal pod­pie­rał się la­ską po tym, jak spadł z trak­to­ra, cho­ciaż zdję­li mu już gips. Mase od ja­kie­goś cza­su za­stę­po­wał go w więk­szo­ści prac go­spo­dar­skich i wy­raź­nie mu ulży­ło, że oj­czym wra­ca do for­my. Ho­do­wał by­dło na mię­so, jego pra­ca była bar­dzo cięż­ka. Mase przy­wykł tyl­ko do tre­no­wa­nia kil­ku koni.

Uję­łam dłoń bra­ta i po­zwo­li­łam mu ścią­gnąć się z beli sia­na. Nie chcia­łam przy­znać, że je­stem osła­bio­na z po­wo­du bra­ku ape­ty­tu. Nie mia­łam mdło­ści zwią­za­nych z cią­żą, ale tę­sk­ni­łam za Gran­tem. Pra­gnę­łam go na­wet te­raz. Chcia­łam dzie­lić z nim moją ra­dość. Pa­trzeć, jak się uśmie­cha, słu­chać, jak się śmie­je. Chcia­łam wię­cej, niż był w sta­nie mi dać.

– Nie uśmie­cha­łaś się od wie­lu dni – ode­zwał się Mase, pusz­cza­jąc moją dłoń.

Otrze­pa­łam spodnie z sia­na i uda­ło mi się wzru­szyć ra­mio­na­mi.

– Nie za­mie­rzam cię okła­my­wać. Tę­sk­nię za nim. Ko­cham go, Mase. Mó­wi­łam ci już.

Mase zrów­nał krok z moim, gdy szli­śmy w stro­nę wiel­kie­go bia­łe­go domu jego ro­dzi­ców – z oka­la­ją­cą go we­ran­dą i kwia­ta­mi w do­nicz­kach pod okna­mi. Mase do­ra­stał, wio­dąc ide­al­ne ży­cie – ta­kie, w któ­re dzie­ci mo­je­go po­kro­ju nie uwie­rzą, do­pó­ki go nie zo­ba­czą na wła­sne oczy. Chcia­łam, żeby moje dziec­ko mia­ło ta­kie samo.

– Od­bierz dziś te­le­fon od nie­go, za­miast go zmu­szać do na­gry­wa­nia ko­lej­nej wia­do­mo­ści. On chce usły­szeć twój głos. Daj mu przy­naj­mniej tyle. Może wte­dy po­czu­jesz się le­piej – po­wie­dział Mase. Nie po raz pierw­szy na­ma­wiał mnie do od­bie­ra­nia te­le­fo­nów Gran­ta. Nie po­wie­dzia­łam mu, dla­cze­go wy­je­cha­łam. Nie znio­sła­bym świa­do­mo­ści, że mój brat nie­na­wi­dzi Gran­ta. Nie zro­zu­miał­by, dla­cze­go Grant za­re­ago­wał tak, a nie ina­czej. I ni­g­dy by mu nie wy­ba­czył. Któ­re­goś dnia sta­ną się ro­dzi­ną. Na­sze dziec­ko spra­wi, że będą ro­dzi­ną.

A je­śli mnie za­brak­nie…

– Upar­ta je­steś, Har­low Man­ning. Wiesz o tym? – Trą­cił mnie łok­ciem w ra­mię.

– Od­bio­rę, kie­dy przyj­dzie pora. Jesz­cze nie na­de­szła.

Mase wes­tchnął sfru­stro­wa­ny.

– No­sisz jego dziec­ko. On musi się do­wie­dzieć. To nie w po­rząd­ku, co ro­bisz.

Od­gar­nę­łam z twa­rzy ko­smy­ki wło­sów, któ­re wy­su­nę­ły się spod gum­ki spi­na­ją­cej mój koń­ski ogon. Mase nie zro­zu­mie, dla­cze­go nie mogę po­wie­dzieć Gran­to­wi. Mia­łam dość roz­ma­wia­nia z nim na ten te­mat.

– Nikt mnie nie prze­ko­na, że­bym po­świę­ci­ła moje dziec­ko. Nie wy­bio­rę sie­bie kosz­tem tego ma­leń­stwa. Nie mogę. I nie zro­bię tego. Ja po pro­stu… Nie proś mnie wię­cej o to, tyl­ko zro­zum, że mu­szę tak po­stą­pić.

Mase ze­sztyw­niał. Każ­de przy­po­mnie­nie tego, że ry­zy­ku­ję ży­cie, wy­trą­ca­ło go z rów­no­wa­gi. Ale to było moje ży­cie i mój wy­bór. Nie zmu­sza­łam go, żeby się ze mną zga­dzał. Szli­śmy do domu w mil­cze­niu.

Ma­ry­ann sta­ła przy ku­chen­ce, ubra­na w nie­bie­sko-bia­ły far­tuch w grosz­ki, ozdo­bio­ny z przo­du – o czym wie­dzia­łam – mo­no­gra­mem. Do­sta­ła go ode mnie w pre­zen­cie, kie­dy mia­łam sie­dem­na­ście lat. Gdy siat­ko­we drzwi za­trza­snę­ły się za nami, Ma­ry­ann obej­rza­ła się przez ra­mię i uśmiech­nę­ła.

– Pra­wie go­to­we. Na­kryj­cie do sto­łu, do­brze? – po­pro­si­ła, po czym znów po­chy­li­ła się nad ku­chen­ką.

Mase pod­szedł do szu­fla­dy ze sztuć­ca­mi, a ja po­szłam po ta­le­rze. To sta­ło się już ru­ty­ną. Kie­dy po­ło­ży­li­śmy czte­ry na­kry­cia, uda­łam się po dzban­ki, na­peł­ni­łam je lo­dem i słod­ką her­ba­tą.

– Dzi­siaj pięć na­kryć. Ma­jor bę­dzie na lun­chu. Dzwo­nił rano i po­wie­dział, że już do nas je­dzie. Tata zgo­dził się za­trud­nić go na pół roku. Ma­jor po­trze­bu­je się ode­rwać od do­mo­wych na­pięć, a nam przy­da się tu­taj do­dat­ko­wa para sil­nych rąk.

Z tego, co pa­mię­ta­łam, Ma­jor był ło­bu­zem. Chu­dym i wred­nym ło­bu­zem. Ale też ostat­ni raz wi­dzia­łam ku­zy­na Mase’a, kie­dy ten miał dzie­sięć lat, więc od tam­tej pory mógł się zmie­nić. Po­wi­nien mieć te­raz wię­cej niż metr trzy­dzie­ści pięć i pew­nie nie no­sił już apa­ra­tu na zęby.

– Wu­jek Chap na­dal za­mie­rza się roz­wieść? – spy­tał Mase, marsz­cząc z tro­ską czo­ło. Ni­g­dy nie roz­ma­wia­li­śmy o jego ku­zy­nie, głów­nie dla­te­go, że za każ­dym ra­zem, gdy Mase o nim wspo­mi­nał, Ma­jor miesz­kał w in­nym kra­ju. Wu­jek Chap był twar­dzie­lem z pie­cho­ty mor­skiej. Poza tym jego ży­cio­wym ce­lem wy­da­wa­ło się po­ślu­bie­nie jak naj­więk­szej licz­by pięk­nych mło­dych ko­biet. Ma­jor za­wsze miał ja­kąś nową mamę. Tyle pa­mię­ta­łam.

Ma­ry­ann wes­tchnę­ła i po­sta­wi­ła na sto­le ta­lerz z bu­łecz­ka­mi.

– Naj­gor­sze, że tym ra­zem nie cho­dzi o ja­kąś ślicz­not­kę szu­ka­ją­cą spon­so­ra. Hil­la­ry tak­że chcia­ła Ma­jo­ra i naj­wy­raź­niej go zdo­by­ła. Ma­jor po­peł­nił błąd, no i Chap nie jest zbyt przy­chyl­nie na­sta­wio­ny do żony i syna. Chło­pak nie może te­raz wró­cić do domu i po­ka­zać się ojcu, nie chce też wra­cać do col­le­ge’u. Jest za­gu­bio­ny i nie­szczę­śli­wy.

Mase po­sta­wił dzba­nek z her­ba­tą na sto­le i rzu­cił mi zdzi­wio­ne spoj­rze­nie. Nie wie­dział o tym wcze­śniej. Cie­ka­we.

– Chcesz po­wie­dzieć… że Ma­jor prze­le­ciał swo­ją ma­co­chę?

– Nie mów „prze­le­ciał” – upo­mnia­ła go Ma­ry­ann. – Ale ow­szem, to wła­śnie zro­bił. Z tym że Hil­la­ry jest od nie­go tyl­ko o czte­ry lata star­sza. Cze­go Chap się spo­dzie­wał? Jest star­szym pa­nem, oże­nił się z mło­dą dziew­czy­ną, po czym zo­sta­wił ją w domu ze swo­im pięk­nym sy­nem, a sam bez prze­rwy pra­co­wał.

Mase gwizd­nął ci­cho, po czym za­chi­cho­tał.

– Ma­jor prze­le­ciał swo­ją ma­co­chę – po­wtó­rzył.

– Już do­syć. On tu bę­dzie lada chwi­la i wiem, że jest za­że­no­wa­ny całą tą hi­sto­rią. Bądź miły. Za­py­taj go o col­le­ge i o jego pla­ny na przy­szłość. Tyl­ko nie mów nic o Hil­la­ry i jego ojcu.

Bar­dzo się sta­ra­łam nie oka­zać mego nie­po­mier­ne­go zdu­mie­nia. Za nic nie mo­głam so­bie wy­obra­zić Ma­jo­ra pięk­nym. Ale też zna­łam go jako dzie­się­cio­lat­ka, a te­raz miał dwa­dzie­ścia je­den lat i był po­cią­ga­ją­cy dla ko­bie­ty, któ­ra nie po­win­na go pra­gnąć.

Roz­le­gło się ener­gicz­ne pu­ka­nie i oczy nas wszyst­kich zwró­ci­ły się w stro­nę drzwi aku­rat w mo­men­cie, gdy do­ro­sła wer­sja Ma­jo­ra Col­ta wkro­czy­ła do kuch­ni.

Jego zie­lo­ne oczy mia­ły szma­rag­do­wy od­cień. Zdzi­wi­ło mnie, że tego nie pa­mię­ta­łam. Na jego twa­rzy po­ja­wił się nie­pew­ny uśmiech, gdy spo­glą­dał to na ciot­kę, to na Mase’a. Ob­rzu­ci­łam prze­lot­nym spoj­rze­niem resz­tę jego po­sta­ci. Mu­siał mieć co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt i był w każ­dym szcze­gó­le do­brze zbu­do­wa­ny. Krót­kie rę­ka­wy sza­re­go T-shir­tu od­sła­nia­ły sil­ne, mu­sku­lar­ne ręce, któ­re ogrom­nie przy­po­mi­na­ły mi ręce Mase’a.

– Więc spa­łeś ze swo­ją ma­co­chą. – To były pierw­sze sło­wa, któ­re prze­rwa­ły ci­szę. Oczy­wi­ście pa­dły z ust Mase’a.

– Ma­sie Colt-Man­nin­gu, wy­gar­bu­ję ci skó­rę – skar­ci­ła go Ma­ry­ann su­ro­wym to­nem, szyb­ko wy­cie­ra­jąc dło­nie o far­tuch i pod­cho­dząc do go­ścia.

Nie­znacz­ny uśmie­szek, któ­ry roz­cią­gnął usta Ma­jo­ra, gdy ten pa­trzył na Mase’a, ka­zał mi przy­pusz­czać, że może Ma­jor nie za­mie­rzał aż tak prze­ży­wać jego przy­ty­ków, jak są­dzi­ła Ma­ry­ann. Nie był w koń­cu dzie­cia­kiem, któ­re­go nie­cnie wy­ko­rzy­sta­no. Był fa­ce­tem w każ­dym calu.

Już się od­wra­cał w stro­nę Ma­ry­ann, kie­dy na­gle za­marł, do­strze­ga­jąc mnie. Chwi­lę trwał w bez­ru­chu, po czym się uśmiech­nął. Tym ra­zem był to szcze­ry sze­ro­ki uśmiech. Roz­po­znał mnie. Nic dziw­ne­go, sko­ro przez ostat­nie dwa mie­sią­ce moja twarz po­ja­wia­ła się we wszyst­kich me­diach.

– A niech mnie, je­śli to nie jest Pan­na Za­gi­nio­na – ode­zwał się. – Je­steś jesz­cze ład­niej­sza niż na tych zdję­ciach, któ­re po­ka­zu­ją w te­le­wi­zji.

– Hola! – włą­czył się Mase, jed­nym kro­kiem sta­jąc mię­dzy Ma­jo­rem a mną. – Wi­dzę, że zro­bił się z cie­bie ca­sa­no­va, ale ona po­zo­sta­je poza two­im ro­man­so­wym za­się­giem. Wu­jek Chap na pew­no wkrót­ce spra­wi so­bie nową żon­kę, a wte­dy bę­dziesz mógł spraw­dzić, ile cza­su zaj­mie ci do­bra­nie się do jej maj­tek.

– Do­syć tego! – wy­krzyk­nę­ła Ma­ry­ann, ude­rza­jąc Mase’a w rękę niby nie­grzecz­ne dziec­ko, po czym przy­cią­gnę­ła Ma­jo­ra do sie­bie, żeby go uści­skać na po­wi­ta­nie. – Bar­dzo się cie­szy­my, że tu je­steś. Nie zwa­żaj na te ża­ło­sne żar­ty ku­zy­na. On nie zna mia­ry i prze­pra­szam cię za to.

Ma­jor od­wza­jem­nił uścisk ciot­ki i wy­krzy­wił się zło­śli­wie do Mase’a nad jej gło­wą, któ­ra nie się­ga­ła mu na­wet do ra­mie­nia.

– Dzię­ku­ję, cio­ciu Ma­ry­ann. Nie będę się nim przej­mo­wał. Dam so­bie radę, nie martw się.

– Nie do wia­ry. Fa­cet prze­spał się z żoną swo­je­go sta­re­go, a ty bie­rzesz go w obro­nę i cac­kasz się z nim, jak­by to on był ofia­rą – po­wie­dział Mase, ale w jego gło­sie nie czu­ło się ura­zy. Uśmie­chał się przy tym.

Drzwi znów się otwo­rzy­ły i do domu wszedł oj­czym Mase’a. Na­wet ku­le­jąc, miał im­po­nu­ją­cą syl­wet­kę. Wszy­scy Col­to­wie byli wy­so­cy.

– Cie­szę się, że przy­je­cha­łeś, chłop­cze – zwró­cił się do Ma­jo­ra. – Ale je­stem głod­ny, więc bę­dziesz mu­siał wy­pu­ścić moją żonę z ob­jęć, żeby mo­gła mnie na­kar­mić.

Ma­jor ro­ze­śmiał się gło­śno i na­tu­ral­nie, co spra­wi­ło, że wszy­scy się uśmiech­nę­li­śmy.

Grant

„Wia­do­mość pięć­dzie­sią­ta pią­ta. Co­dzien­nie mam na­dzie­ję, że już po raz ostat­ni tra­fiam na two­ją pocz­tę gło­so­wą. Że w koń­cu od­bie­rzesz. Chcę tyl­ko usły­szeć twój głos i upew­nić się, że je­steś bez­piecz­na i szczę­śli­wa. Pra­gnę, że­byś była szczę­śli­wa. Je­stem, kur­de, w roz­syp­ce. Nie mogę spać. Cały czas o to­bie my­ślę. Tę­sk­nię za tobą, kot­ku. Okrop­nie tę­sk­nię. Cho­ler­nie. Świa­do­mość, że je­steś cała i zdro­wa, po­mo­gła­by mi. Rush za­pew­nia mnie, że wszyst­ko u cie­bie do­brze, ale mu­szę usły­szeć to od cie­bie. Wszyst­ko… zro­bię wszyst­ko. Tyl­ko ze mną po­roz­ma­wiaj”.

PIP

Nie­na­wi­dzi­łem tego dźwię­ku. Wy­śmie­wał się z mo­je­go cier­pie­nia i prze­ry­wał tych kil­ka­na­ście se­kund, kie­dy mia­łem po­czu­cie, że mó­wię do ucha Har­low. Ale ona praw­do­po­dob­nie w ogó­le nie od­słu­chi­wa­ła mo­ich wia­do­mo­ści. By­łem pra­wie pe­wien, że od­dzwo­ni­ła­by, gdy­by wy­słu­cha­ła choć­by jed­ne­go z tych roz­pacz­li­wych na­grań. Nie po­tra­fi­ła­by mnie zi­gno­ro­wać.

Rush po­wie­dział mi, że nie za­trzy­ma­ła się u mat­ki Mase’a w Tek­sa­sie, ale by­łem go­tów od­wie­dzić przy­rod­nie­go bra­ta Har­low i spraw­dzić, co on wie. Nie dba­łem o do­dat­ko­we środ­ki bez­pie­czeń­stwa, przed któ­ry­mi mnie ostrze­ga­no. Mo­gli mnie wsa­dzić do wię­zie­nia, je­śli dzię­ki temu zdo­łał­bym uzy­skać ja­kieś od­po­wie­dzi. Dał­bym wszyst­ko, żeby się do­wie­dzieć, gdzie jest Har­low.

Za­dzwo­nił mój te­le­fon i na mo­ment ser­ce mi sta­nę­ło. Przez uła­mek se­kun­dy po­zwo­li­łem so­bie mieć na­dzie­ję, że to Har­low. Cho­ciaż w głę­bi du­cha wie­dzia­łem, że to nie­moż­li­we. Zer­k­ną­łem na wy­świe­tlacz i zo­ba­czy­łem imię Ru­sha. On nie był Har­low, ale tyl­ko za jego po­śred­nic­twem mo­głem się z nią skon­tak­to­wać.

– Cze­go?! – rzu­ci­łem do te­le­fo­nu, wpa­tru­jąc się w su­fit.

– Nie wiem, dla­cze­go w ogó­le jesz­cze dzwo­nię do ta­kie­go gbu­ra jak ty – od­parł Rush.

Ja też nie mia­łem po­ję­cia. Ale sko­ro dzwo­nił, od­bie­ra­łem. Na­wet je­śli nie wie­dział, gdzie jest Har­low, tyl­ko z nim mo­głem o niej po­roz­ma­wiać. Czu­łem, że mnie ro­zu­mie. Być może był je­dy­ną oso­bą, któ­ra po­tra­fi­ła zro­zu­mieć moją udrę­kę.

– Póź­no już – po­wie­dzia­łem.

– Nie tak zno­wu póź­no. Bla­ire wła­śnie po­szła na górę uko­ły­sać Nate’a do snu.

Rush miał te­raz swo­je szczę­śli­we ży­cie. Żonę, któ­rą uwiel­biał. Syna, za któ­rym prze­pa­dał. Cie­szy­łem się, że ma wszyst­ko, cze­go kie­dy­kol­wiek pra­gnął. Ża­den z nas nie za­znał ni­g­dy nor­mal­nej, zdro­wej ro­dzi­ny. A te­raz on ją miał. Ale ja… może też mógł­bym, gdy­by Har­low na­dal tu była. Może.

– Wiem, że nie je­steś w na­stro­ju do ga­da­nia, ale tak tyl­ko dzwo­nię, by spraw­dzić, co u cie­bie. Za­nim Bla­ire po­szła na górę, za­su­ge­ro­wa­ła, że­bym za­dzwo­nił i za­py­tał, jak się mie­wasz.

Wy­glą­da­ło na to, że Bla­ire na­praw­dę mi wy­ba­czy­ła. Ża­ło­wa­łem, że nie mogę za­pew­nić Ru­sha o moim do­brym sa­mo­po­czu­ciu: że mogę nor­mal­nie od­dy­chać i ból już nie roz­ry­wa mi pier­si, że nie czu­ję się za­gu­bio­ny i bez­rad­ny. Nie­ste­ty nie mo­głem tego zro­bić. Praw­da była taka, że po­trze­bo­wa­łem Har­low.

– A jak ty się czu­łeś, kie­dy Bla­ire ode­szła? – za­py­ta­łem, z góry wie­dząc, co od­po­wie. By­łem wte­dy przy nim. Zmu­sza­łem go, żeby w ogó­le wy­cho­dził z domu.

– Źle – od­parł. – Wiesz, że by­łem w kom­plet­nej roz­syp­ce.

– Taaa. – To była moja je­dy­na od­po­wiedź. Wte­dy go nie ro­zu­mia­łem. Do­pie­ro te­raz wszyst­ko na­bra­ło sen­su. Był roz­dar­ty, a każ­de­go dnia mu­siał uda­wać, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, kur­czo­wo trzy­ma­jąc się na­dziei, że Bla­ire do nie­go wró­ci. – Prze­pra­szam, że cię wte­dy zmu­sza­łem do wy­cho­dze­nia z domu. Nic nie ka­po­wa­łem.

Wy­dał prze­cią­głe, chra­pli­we par­sk­nię­cie.

– Moż­li­we, że to mi tro­chę po­mo­gło. Nie prze­pra­szaj. Sie­dze­nie na tył­ku i roz­trzą­sa­nie wszyst­kie­go w kół­ko roz­wa­li­ło­by mnie jesz­cze bar­dziej. Ja, w prze­ci­wień­stwie do cie­bie, nie mia­łem pra­cy, w któ­rej mógł­bym się za­tra­cać każ­de­go dnia.

– Roz­ma­wia­łeś z nią? – Nie mo­głem się po­wstrzy­mać, by o to nie spy­tać. Po­trze­bo­wa­łem cze­goś. Cze­go­kol­wiek.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Jest bez­piecz­na. Py­ta­ła o cie­bie. Po­wie­dzia­łem jej, że wy­glą­dasz okrop­nie i w ogó­le mar­nie z tobą.

Gdy­by od­słu­chi­wa­ła moje wia­do­mo­ści, już by to wie­dzia­ła. Dzwo­niąc do niej, ni­cze­go nie ukry­wa­łem. By­łem wo­bec niej cał­ko­wi­cie szcze­ry, ob­na­ża­łem swo­ją du­szę.

– Czy ona mi kie­dyś wy­ba­czy? – za­py­ta­łem, za­my­ka­jąc oczy i bo­jąc się jego od­po­wie­dzi.

– Już ci wy­ba­czy­ła. Po pro­stu nie jest jesz­cze go­to­wa, by znów się otwo­rzyć. Ma w tej chwi­li bar­dzo dużo na gło­wie. Mat­kę i Kira, no i te­raz to… daj jej tro­chę cza­su.

Sko­ro mi wy­ba­czy­ła, to dla­cze­go nie od­słu­chi­wa­ła mo­ich wia­do­mo­ści? Dla­cze­go nie od­bie­ra­ła mo­ich te­le­fo­nów?

– Po­wiedz jej, że chcę tyl­ko usły­szeć jej głos. Nie musi dłu­go ze mną roz­ma­wiać, wy­star­czy mi­nut­ka. Chcę jej po­wie­dzieć, że ją ko­cham. Że jest mi przy­kro. Ja… po­trze­bu­ję jej tyl­ko po­wie­dzieć, że jest mi po­trzeb­na.

Rush mil­czał chwi­lę. Każ­dy inny śmiał­by się z mo­jej sła­bo­ści. Nie on.

– Po­wiem jej. Prze­śpij się tro­chę. I od­zy­waj się od cza­su do cza­su. Bla­ire mar­twi się o cie­bie.

Z tru­dem prze­łkną­łem śli­nę, taką mia­łem gulę w gar­dle. Po­że­gna­li­śmy się, a ja upu­ści­łem te­le­fon na pierś i za­mknąw­szy oczy, przy­wo­ły­wa­łem ob­ra­zy Har­low. Tyl­ko one mi po­zo­sta­ły.

Harlow

– Dzwo­ni twój te­le­fon – po­wie­dział Mase, wy­cho­dząc z domu i idąc w moją stro­nę z ko­mór­ką w wy­cią­gnię­tej dło­ni. Sie­dzia­łam po­grą­żo­na w my­ślach na huś­taw­ce, któ­ra wi­sia­ła w ogro­dzie od cza­sów, kie­dy by­li­śmy dzieć­mi.

– Kto to? – spy­ta­łam, bo­jąc się spoj­rzeć. Moja sta­now­czość sła­bła. Je­śli to Grant, nie by­łam pew­na, czy zdo­łam dłu­żej go igno­ro­wać.

– Bla­ire – od­parł Mase i rzu­cił mi te­le­fon na ko­la­na. – Idę do staj­ni. Mają przy­wieźć pa­szę, poza tym mu­szę po­ka­zać Ma­jo­ro­wi, ja­kie obo­wiąz­ki będą na­le­ża­ły do nie­go, sko­ro już tu jest. Mu­sisz po­roz­ma­wiać z Bla­ire. A po­tem po­myśl o tym, żeby za­dzwo­nić do Gran­ta.

Do­tknę­łam „Od­bierz” w ko­mór­ce, po czym przy­ło­ży­łam ją do ucha.

– Halo?

– Cześć. Nie mia­łam od cie­bie żad­nych wie­ści od kil­ku dni. Chcia­łam się do­wie­dzieć, jak tam spra­wy. – Bla­ire nie wie­dzia­ła o cią­ży. Ufa­łam jej we wszyst­kim poza za­cho­wa­niem ta­jem­nic przed Ru­shem. Po­wie­dzia­ła­by mu, a wte­dy Rush po­in­for­mo­wał­by Gran­ta. Nie mógł­by po­stą­pić ina­czej. Więc nie mo­głam zdra­dzić mo­je­go se­kre­tu.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – od­par­łam, cho­ciaż na­wet mnie nie prze­ko­ny­wał mój ton. – A co u was? – spy­ta­łam ogól­nie, bo nie by­łam w sta­nie wy­mó­wić jego imie­nia.

– Cho­dzi ci o to, co u Gran­ta? Nie naj­le­piej. Cią­gle ten sam sche­mat. Dużo pra­cy i mało snu. Nie roz­ma­wia z ni­kim poza Ru­shem, a te­raz co­dzien­nie go bła­ga, żeby mu po­wie­dział, gdzie cię szu­kać. Jest ża­ło­sny, Har­low. Po­trze­bu­je usły­szeć twój głos.

Ser­ce mi się ści­snę­ło i za­mru­ga­łam, żeby po­wstrzy­mać łzy. Świa­do­mość, że Grant cier­pi, była trud­na do przy­ję­cia. Ale jak mo­głam do nie­go za­dzwo­nić i nie zła­mać się, nie wy­znać, jak bar­dzo za nim tę­sk­nię? A to by w ni­czym nie po­mo­gło. Po­czuł­by się jesz­cze bar­dziej zra­nio­ny, gdy­bym mimo to nie chcia­ła mu po­wie­dzieć, gdzie prze­by­wam.

– Nie je­stem jesz­cze go­to­wa – od­rze­kłam Bla­ire.

Przy­ja­ciół­ka wes­tchnę­ła, a w tle usły­sza­łam śmie­ją­ce­go się Nate’a. Dzie­cię­cy śmiech był wła­śnie tym, cze­go po­trze­bo­wa­łam, żeby przy­po­mnieć so­bie, dla­cze­go nie mogę wy­ja­wić Gran­to­wi, co się dzie­je.

– Bla­ire, mogę cię o coś spy­tać? – To py­ta­nie wy­mknę­ło mi się, za­nim zdą­ży­łam się po­wstrzy­mać.

– Ja­sne – od­par­ła.

Cien­ki gło­sik Nate’a za­czął raz po raz wy­krzy­ki­wać: „Tata!”.

– Za­cze­kaj se­kund­kę. Rush wła­śnie wszedł do domu, a Nate cie­szy się na jego wi­dok. Przej­dę do dru­gie­go po­ko­ju – po­wie­dzia­ła Bla­ire.

Pra­gnę­łam tego, co mia­ła Bla­ire. Naj­bar­dziej na świe­cie… chcia­łam wła­śnie tego. Chcia­łam pa­trzeć na Gran­ta z na­szym dziec­kiem. Z dziec­kiem, któ­re stwo­rzy­li­śmy. Z dziec­kiem, któ­re no­si­łam w so­bie. Ale czy Grant też by tego pra­gnął?

– Do­bra. Te­raz będę cię le­piej sły­szeć. O co chcia­łaś mnie spy­tać?

Moc­no za­ci­snę­łam po­wie­ki, mia­łam na­dzie­ję, że nie po­peł­niam błę­du.

– Czy za­nim Nate się uro­dził, od­da­ła­byś za nie­go ży­cie? Czy ko­cha­łaś go aż tak bar­dzo?

Bla­ire mil­cza­ła przez kil­ka se­kund, a ja po­my­śla­łam, że po­wie­dzia­łam za dużo. Że do­my­śli się, dla­cze­go o to py­tam.

– Był czę­ścią Ru­sha i mnie. Zro­bi­ła­bym dla nie­go wszyst­ko od mo­men­tu, kie­dy do­wie­dzia­łam się, że no­szę go w so­bie. Więc tak – od­par­ła. Wy­po­wie­dzia­ła te sło­wa po­wo­li i jak­by z wy­sił­kiem, ale czu­łam, że mówi szcze­rze. Wie­dzia­łam też, że zro­zu­mia­ła­by mój wy­bór. – Ale Rush na pew­no nie czuł tego tak samo – do­da­ła.

By­łam tak po­ru­szo­na, że z tru­dem wy­krztu­si­łam w od­po­wie­dzi:

– Tak. Tak my­śla­łam. Ja… mu­szę koń­czyć. Za­dzwo­nię póź­niej.

Nie cze­ka­łam na jej od­po­wiedź – roz­łą­czy­łam się, upu­ści­łam te­le­fon na ko­la­na i za­kryw­szy twarz dłoń­mi, da­łam upust roz­pa­czy. Pła­ka­łam nad ży­ciem, któ­re­go praw­do­po­dob­nie nie zdo­łam dać mo­je­mu dziec­ku, nad ewen­tu­al­no­ścią, że być może już mnie nie bę­dzie, kie­dy ono się uro­dzi, a tak­że nad wspól­nym ży­ciem z Gran­tem, któ­re­go bar­dzo pra­gnę­łam, ale ba­łam się, że nie bę­dzie to moż­li­we. Pła­ka­łam tak dłu­go, aż wy­czer­pa­łam wszyst­kie łzy. Wte­dy po­ło­ży­łam dło­nie na brzu­chu i sie­dzia­łam, po­zwa­la­jąc, by lek­ki wie­trzyk su­szył moją za­la­ną łza­mi twarz. Nad­szedł czas, że­bym zna­la­zła w so­bie siłę do zro­bie­nia tego, co mu­sia­łam. Skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­dzia­ła, że nie boję się śmier­ci. Ba­łam się strasz­li­wie, ale by­łam go­to­wa za­ry­zy­ko­wać, je­śli dzię­ki temu moje dziec­ko bę­dzie żyło. To ży­cie było czę­ścią mnie i męż­czy­zny, któ­re­go ko­cha­łam. Je­dy­ne­go, któ­re­go kie­dy­kol­wiek ko­cha­łam i będę ko­chać.

Za­nim po­zna­łam Gran­ta, nie wie­dzia­łam, ja­kie to uczu­cie ko­chać w peł­ni. Ob­ser­wo­wa­łam inne pary i fan­ta­zjo­wa­łam, że pew­ne­go dnia ja­kiś męż­czy­zna bę­dzie pa­trzeć na mnie z od­da­niem i uwiel­bie­niem w oczach. Wy­obra­ża­łam so­bie, że idę do oł­ta­rza u boku fa­ce­ta, któ­ry wi­dział i ko­chał tyl­ko mnie, z całą moją nie­po­rad­no­ścią, któ­ry ko­chał mnie i moje nie­do­sko­na­łe ser­ce. Przez chwi­lę by­łam pew­na, że go zna­la­złam…

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie czer­wo­ny pick-up do­dge na­le­żą­cy do Ma­ry­ann, któ­ry je­chał żwi­ro­wa­ną dro­gą pro­wa­dzą­cą z bia­łe­go domu do cha­ty Mase’a. Ma­ry­ann nie za­cho­dzi­ła tu od paru dni. Jej uwa­gę za­przą­tał Ma­jor. Wie­dzia­łam, że zbli­ża się ter­min mo­jej ko­lej­nej wi­zy­ty u le­ka­rza. Chcie­li mnie ba­dać co ty­dzień, bo na­le­ża­łam do gru­py wy­so­kie­go ry­zy­ka. Nie by­łam jed­nak pew­na, na któ­ry do­kład­nie dzień zo­sta­ła wy­zna­czo­na wi­zy­ta.

Przez osta­nie dwa dni nie cho­dzi­łam na lunch do du­że­go domu, tyl­ko zo­sta­wa­łam tu­taj. Sama. Czu­łam się w tym miej­scu bez­piecz­nie. Chcia­łam tak­że dać im czas na omó­wie­nie spraw ro­dzin­nych z Ma­jo­rem. Wie­dzia­łam, że nie czuł­by się swo­bod­nie, roz­trzą­sa­jąc swo­je pro­ble­my przy mnie. Nie na­le­ża­łam do jego ro­dzi­ny. Je­dy­ny kło­pot był taki, że nie mia­łam czym wy­peł­nić so­bie cza­su. Prze­by­wa­łam sam na sam z mo­imi my­śla­mi. Kie­dyś ucie­ka­łam w lek­tu­rę, ale te­raz nie mo­głam się ja­koś sku­pić na czy­ta­niu.

Cały czas my­śla­łam o Gran­cie i o przy­szło­ści.

Pick-up za­trzy­mał się, drzwicz­ki się otwo­rzy­ły uka­zu­jąc…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Pi­sa­nie dru­giej czę­ści hi­sto­rii Gran­ta i Har­low oka­za­ło się dla mnie zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nym do­świad­cze­niem. Ni­g­dy w ży­ciu tyle nie pła­ka­łam, pi­sząc, re­da­gu­jąc i czy­ta­jąc po­now­nie wła­sną książ­kę. Za­wsze ko­cha­łam Gran­ta. Ogrom­nie się cie­szę, że jego hi­sto­ria po­to­czy­ła się tak, a nie ina­czej. Był wy­jąt­ko­wy, więc za­słu­żył na wy­jąt­ko­wą opo­wieść.

Przede wszyst­kim chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać ze­spo­ło­wi wy­daw­nic­twa Atria, a zwłasz­cza wspa­nia­łej Jhan­te­igh Ku­pi­hea – nie mo­gła­bym pro­sić o lep­szą re­dak­tor­kę. Za­wsze jest bar­dzo przy­chyl­na i sta­ra się, żeby moje książ­ki wy­pa­dły jak naj­le­piej. Dzię­ku­ję, Jhan­te­igh, je­steś nie­sa­mo­wi­ta. Po­dzię­ko­wa­nia skła­dam tak­że Arie­le Fred­man i Va­le­rie Ven­nix za to, że nie tyl­ko same mają zna­ko­mi­te po­my­sły, ale rów­nież słu­cha­ją mo­ich oraz Ju­dith Curr za to, że dała mnie i moim książ­kom szan­sę. Dzię­ku­ję wszyst­kim in­nym w Atrii, któ­rzy przy­ło­ży­li rękę do wy­da­nia tej książ­ki. Je­stem Wam ogrom­nie wdzięcz­na.

Na po­dzię­ko­wa­nia za­słu­gu­je tak­że moja agent­ka Jane Dys­tel. W każ­dej sy­tu­acji za­wsze słu­ży mi po­mo­cą. Cie­szę się, że mam ją po swo­jej stro­nie w tym no­wym i cią­gle zmie­nia­ją­cym się świe­cie wy­daw­ni­czym. Z ko­lei bez Lau­ren Abra­mo, któ­ra zaj­mu­je się mo­imi pra­wa­mi za­gra­nicz­ny­mi, nie mo­gła­bym na­wet ma­rzyć o pod­bi­ciu za­gra­nicz­nych ryn­ków.

Dzię­ku­ję moim przy­ja­ciół­kom, któ­re słu­cha­ją mnie i ro­zu­mie­ją le­piej niż kto­kol­wiek. Col­le­en Ho­over, Ja­mie McGu­ire i Tam­ma­ro Web­ber – to Wy wspie­ra­ły­ście mnie naj­bar­dziej na świe­cie. Dzię­ki za wszyst­ko.

Po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się też moim pierw­szym ko­rek­tor­kom, Na­ta­shy To­mic i Au­tumn Hull. Obie je­ste­ście ge­nial­ne i za­wsze do­sko­na­le wie­cie, gdzie cze­goś bra­ku­je. Bar­dzo Wam dzię­ku­ję, że na­dą­ża­cie za moim zwa­rio­wa­nym har­mo­no­gra­mem. Kry­tycz­ne czy­ta­nie ksią­żek oso­by, któ­ra bez prze­rwy pi­sze coś no­we­go, nie jest ła­twym za­da­niem.

I wresz­cie dzię­ku­ję mo­jej ro­dzi­nie. Bez jej wspar­cia nie by­ło­by mnie tu. Mój mąż, Ke­ith, dba o to, że­bym mia­ła moją kawę i żeby dzie­ciom ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło, gdy ja mu­szę się za­mknąć w po­ko­ju i pi­sać, chcąc do­trzy­mać ter­mi­nu. Trój­ka mo­ich dzie­ci jest sza­le­nie wy­ro­zu­mia­ła, cho­ciaż gdy już się wy­ło­nię z pi­sar­skiej ja­ski­ni, ocze­ku­ją, że po­świę­cę im peł­ną uwa­gę – i tak wła­śnie ro­bię. Moi ro­dzi­ce wspie­ra­ją mnie przez cały czas. Nie prze­sta­li na­wet wte­dy, kie­dy po­sta­no­wi­łam pi­sać pi­kant­niej­sze ka­wał­ki. Dzię­ku­ję tak­że moim przy­ja­cio­łom, któ­rzy nie mają mi za złe, że ty­go­dnia­mi nie spo­ty­kam się z nimi, po­nie­waż pi­sa­nie po­chła­nia cały mój czas. Sta­no­wią moją naj­waż­niej­szą gru­pę wspar­cia i ko­cham ich z ca­łe­go ser­ca.

I oczy­wi­ście skła­dam po­dzię­ko­wa­nia moim czy­tel­ni­kom. Ni­g­dy się nie spo­dzie­wa­łam, że będę Was mia­ła aż tylu. Dzię­ku­ję za to, że czy­ta­cie moje książ­ki. Za to, że się Wam po­do­ba­ją i mó­wi­cie o nich in­nym. Bez Was nie by­ło­by mnie tu­taj. Pro­sta spra­wa.