Daj mi więcej - Paulina Klepacz - ebook
Opis

Pola i jej chłopak Tomasz przyjeżdżają do stolicy z optymistycznym planem na życie. Życie jak z pierwszych stron gazet – kolorowe, beztroskie, dostatnie. Wprowadzają się do niewielkiego mieszkania. Oboje szukają pracy, za wszelką cenę chcą odnaleźć swoje miejsce w wielkomiejskim chaosie. Ona, przekonana o stabilności ich związku, snuje plany na przyszłość. On dla kariery jest gotów na wszystko, także na romans z wpływowym producentem z telewizji. Pola początkowo ignoruje sygnały, które świadczą o tym, że ich młodzieńcza miłość nie ma już racji bytu. Ale jak długo może oszukiwać samą siebie? Na gruzach naiwnych marzeń, Pola i Tomasz będą musieli zbudować nowe dojrzałe tożsamości – już nie niewinne, ale bardziej otwarte na to, co zafunduje im kapryśna rzeczywistość.

Powieść niepokojąca i intrygująca jednocześnie.

Jakub Żulczyk

Świeże spojrzenie na postnowoczesność, w której łatwo się zagubić. Takie książki jak Daj mi więcej pomagają wyprostować gdzieś ten napływ informacji, osób i emocji, który miał skończyć się wraz z okresem dojrzewania, a trwa do dziś. Ta książka naprawdę daje więcej. A przy okazji wciąga bez reszty.

Patryk Chilewicz

Pokolenie Seksu w Wielkim Mieście bezpowrotnie przeminęło. Daj mi więcej to już nowa generacja – Girls. Dla Klepacz, znanej z felietonów eksplorujących seksualność, nie ma tabu. Dlatego to książka bezkompromisowa, nieustępliwa, szorstka i do bólu bezwzględna. Taka jak rzeczywistość każdej kobiety, która oczekuje więcej i nie boi się tego powiedzieć. Z tym, że „więcej” to często tylko gorzka ułuda.

Maja Chitro, enter the ROOM

Paulina Klepacz (ur. 1987) – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Dziennikarka związana z magazynem „enter the ROOM”. Specjalizuje się w tematyce związanej z seksualnością i jej społecznymi wymiarami. Mieszka i pracuje w Warszawie. Daj mi więcej to jej literacki debiut.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

© for the text by Paulina Klepacz. All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7758-905-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Pisanie niszczy wszelki głos, wszelkie źródło i wszelki początek.

Roland Barthes, Śmierć autora[1]

* * *

– Narzeczona… – cedzi Stary przez zaciśnięte zęby, prycha i drwiąco wydyma te swoje usta.

Tylko jego tu brakowało! Jakbym zobaczyła ducha. Co on robi w klubie dla nastoletnich ciot?! Patrzę na Tomka. Jest zmieszany, ale uśmiecha się do Starego kącikiem ust. Głupio się uśmiecha. Bierze mnie za rękę i ciągnie do drugiego baru.

– Nie wiedziałem, że tu będzie… – zaczyna.

– Mhm.

Nie chce mi się tego komentować. Żołądek mam ściśnięty, wszystkie okropne wspomnienia wróciły i zalały moją głowę falą nieprzyjemnego gorąca. I ta jego mina, te zmarszczki, przeszywające zimne spojrzenie, wydęte kpiąco wargi. „Narzeczona” huczy mi w głowie i nie może tego zagłuszyć tętniąca w klubie muzyka ani wypity alkohol.

Mdłe światło, gęsty papierosowy dym, podeszwy butów kleją się do podłogi. Zaczynam mieć dość. Poza tym śmierdzi potem, cała się lepię, a na samą myśl o kolejnym drinku robi mi się niedobrze. Idę jednak razem z nim po następną whisky z colą, wódkę z red bullem. Jak tu teraz wyjść? Stary na pewno skorzysta z okazji. Przepychamy się przez tłum i czekamy w długiej kolejce, więc jednak zbieram się w sobie i postanawiam przerwać niezręczną ciszę.

– Dlaczego nazwał mnie narzeczoną, dlaczego był taki drwiący? – wyrzucam z siebie na jednym oddechu i jestem wściekła, bo głos lekko mi drży.

– Nie histeryzuj. Nie mam pojęcia. Przecież dobrze wiesz, że on nie jest normalny. To nie moja wina, że tu przyszedł.

Sączę wystanego drinka, jednak wiem, że z zabawy nici, już nic nie poprawi mi humoru. Proponuję, żebyśmy poszli do domu, jednak Tomek nie chce o tym słyszeć. Przecież zawsze mogę iść sama. Kiedy znika w tłumie, wychodzę bez słowa. Jest mi już wszystko jedno. Na dworze zaczyna świtać, panuje przyjemny chłód, wreszcie można oddychać.

Ciągle jakieś kłamstwa, ciągle jacyś chłopcy! Wszystko, wszystko opiszę, wszystko, myślę coraz bardziej wzburzona, idąc pustą ulicą obok pedalskiego parku za muzeum. Staram się iść szybko, ale cholerne szpilki cisną i hamują tempo. W dodatku czuję w kościach, że lada moment dostanę okresu… Opiszę wszystko. I o okresie też! Bo przecież zawsze jestem przed, w trakcie lub po. Zawsze ten cholerny okres, niesprawiedliwość dziejowa. I niech mi to powieścią menstruacyjną nazywają. Proszę bardzo! Każdy pieprzony facet bez względu na orientację powinien mieć choć raz w życiu okres. Bolesny. Jeden ketonal, drugi ketonal, no-spa. Wreszcie docieram do domu. Zamykam drzwi, szpilki rzucam w kąt, idę siku i spać.

Rozdział I

Stłumione jesienne słońce… Musi być epicko. Sienkiewicz, Orzeszkowa… Tak w szkole uczyli. Może najlepiej za siedmioma górami, lasami, morzami… Lub bardziej światowo: Once upon a time… Niestety jest mało poetyckie tu i teraz w brudnym przedziale pospiesznego pociągu Polskich Kolei Państwowych. W dodatku to słońce. Wysuwa się zza chmur coraz śmielej. W oczy razi. Policzki przypieka. Pociąg jedzie już niemiłosiernie długo, po prostu się wlecze. Przez brudne szyby można podziwiać łąki, majaczące w oddali miasta, góry śmieci, przewrócone betonowe słupy. Cuda natury. To tyle, jeśli chodzi o okoliczności. Teraz czas na bohaterów. W przedziale jest nas tylko dwoje, więc podróżujemy niemal luksusowo – zwykle kończy się przecież siedzeniem na walizce w ciasnym korytarzu, którym co pięć minut ktoś przechodzi do toalety.

– Uwielbiam takie podróże – mówi Tomasz. Odkłada wczorajszą gazetę na stolik pod oknem i przeciąga się rozkosznie, leniwie. – Może bym się teraz przespał…

– Nie śpij! Może zamiana? – Wyciągam do niego rękę z książką. Podaje mi gazetę. Otwieram z szelestem.

– Ustawy aborcyjnej znowu nie będzie – oznajmia, zaglądając mi przez ramię.

– My już chyba tego nie doczekamy – wzdycham.

– Przeczytaj ten reportaż o podziemiu aborcyjnym na następnej stronie. Mocny. To jest świetny temat na telewizyjny dokument. Już to widzę: intymny półcień, jedna kamera…

– Myślisz, że telewizja by to puściła? Po raz setny woleliby tłuc jakieś Moje wymarzone wesele, Mój orgazm na porodówce…

– A! Zapomniałem ci powiedzieć! Spotkałem wczoraj na stacji benzynowej Olę i Maćka.

– Też byli w Miasteczku?

– Nie tylko byli, ale nawet wrócili! Mają ślub i wesele w przyszłym roku. Potańczymy! – Cieszy się, ręce zaciera, nogami w powietrzu wywija, już mnie niemal bierze w obroty.

– Naprawdę?!

– No, serio. Rozglądają się za mieszkaniem i organizują ślub.

– Ze względów ekonomicznych może to jest niezłe posunięcie…

– Wróciłabyś do Miasteczka? Pola!

– Sama nie wiem. Teraz to już chyba nie…

– No właśnie.

– Ale jak nam się nie uda? Jak po studiach nie znajdziemy pracy takiej, jakbyśmy chcieli?

– To jeszcze nie jest powód, żeby wracać i dzieci na prowincji robić. Nikt nie mówił, że będzie lekko. Ale razem damy radę. Komu ma się udać, jeśli nie nam? – Uśmiecha się, a ja mu uśmiechem odpowiadam. – W Mieście jest tyle możliwości, mamy wiedzę, pierwsze doświadczenia, znajomości. Wystarczy to dobrze rozegrać.

– Jednak jestem urodzoną pesymistką. A ty może i masz rację – mówię bez przekonania.

– Na pewno mam! A teraz zmiana tematu. Byłem u babci i mam mnóstwo plotek!

– No to opowiadaj!

Tak sobie rozmawiamy, szczebioczemy o tym, o tamtym, o siamtym, plotki, ploteczki, całuski. Patrzę na niego, jak tak mi opowiada, jak gestykuluje, uśmiecha się… Ludzie całe życie szukają, zmieniają, a ja trafiłam od razu. Trafiony, zatopiony. Lubię te jego płowe włosy, zielone oczy, ciepłe ręce. I nawet szparę między zębami. Chociaż kiedyś mnie strasznie drażniła. Lubię, gdy czyta mi plotki z gazet i opowiada. O telewizji, życiu, marzeniach. Uśmiecham się do siebie, do swoich myśli się uśmiecham, a on do mnie. W usta mnie całuje.

– A może bym się jednak przespał – mruczy mi do ucha.

– No wiesz… Myślałam, że uda nam się wreszcie porozmawiać.

– A o czym ty chcesz rozmawiać? Plotki opowiedziałem i idę spać.

– O nas. O nas chcę rozmawiać. Tyle spraw się nazbierało, tak mało mamy teraz czasu dla siebie – mówię, oponuję, choć jednocześnie myślę, czy nie przesadzam, czy nie doszukuję się problemów, nie szukam dziury w całym, bo generalnie to przecież dobrze jest, choć nigdy tak, żeby nie mogło być lepiej.

– Oj, Poleńko… – szepcze, pocałunkami próbuje mnie przekupić. – Obiecuję, że w domu porozmawiamy, na spokojnie, o czym tylko zechcesz.

– Zawsze tak mówisz, a potem z rozmowy nici – dąsam się.

– Nieprawda. Ale mam lepszy pomysł! Zabiorę cię jutro na kolację i wtedy pogadamy. Dwa w jednym!

– A to już lepiej śpij. – Wyciągam zza głowy moją podróżną poduszkę i podaję mu, starając się ukryć niezadowolenie.

Zaczynam wertować magazyny o gwiazdach, których stos Tomasz zakupił przed podróżą. Z kolorowych okładek tytuły krzyczą: tydzień po porodzie, tydzień po rozwodzie, tylko u nas, hot, tylko u nas celebryci za złotówkę plus VAT.

– O, jesteś w kronice towarzyskiej. – Szturcham go. Otwiera oczy.

– Aaa, tak. Widziałem już w kiosku. To drugi raz w „Alei Gwiazd”. Jeśli zaczną mnie jeszcze w innych gazetach pokazywać, to już będzie z górki.

– A to było na tym pokazie, na który poszedłeś z Emilianem?

– Tak. A co?

– Nie, nic. Tak tylko pytam.

Ten cały Emilian… Wszystko zaczęło się psuć, od kiedy go poznaliśmy. A raczej, kiedy Tomasz go poznał i uznał za przepustkę do wielkomiejskiej kariery w mediach. Wystarczy, że zadzwoni, a Tomasz już posłusznie leci. Jego telefony odbiera zawsze.

Poznali się na jakiejś imprezie, rozdanie nagród czy coś w tym stylu. Tomaszowi udało się tam dostać przez bliższe albo dalsze znajomości. Stroił się, szykował, bałaganu narobił i poszedł. Wrócił tuż przed świtem i nie zważając na to, że byłam zaspana, opowiadał mi zaaferowany, kto był, kto dostał nagrodę, kogo poznał. Na koniec dodał uradowany, że na afterparty podrywał go starszy facet podobny do jakiegoś znanego wokalisty, aktora, a może polityka. On sobie tańczył, a ten facet podszedł do niego, przedstawił się, coś zaczął opowiadać, komplementy prawić. Tomasz naturalnie na zaloty nie zareagował, ale co mu szkodziło pogadać. Najważniejsze w tej historii było jednak to, że facet okazał się producentem z telewizji. I że dał mu numer. Tomek temu facetowi.

Skończył opowiadać i poszedł spać. Jak gdyby nigdy nic. A ja nie mogłam zasnąć, bo pewnie, dlaczego nie, skoro pracuje w telewizji, to nie mogło być inaczej, trzeba było mu dać swój numer telefonu. Bo on na pewno pomoże znaleźć wymarzoną pracę i nic nie będzie chciał w zamian. Zupełnie bezinteresownie. PCK, PAH i WOŚP razem wzięte! Przecież on pewnie co drugiego chłopaka spragnionego kariery na to podrywa. Może nawet w telewizji nie pracuje?

Jednak pracował. Nie wiem, któremu z nich bardziej zależało, ale ta znajomość się rozwijała. Wkrótce i ja poznałam Emiliana Mościckiego i szybko porzuciłam wszelkie obawy pełna wiary, nadziei i miłości. Obaj utwierdzili mnie w przekonaniu, że to zwykła znajomość, przyjaźń, koleżeństwo. Chodzimy nawet razem na premiery, pokazy, wernisaże, a raczej Stary – bo tak go nazywam za jego plecami – wspaniałomyślnie nas ze sobą zabiera. Jednak przede wszystkim zabiera Tomka, uczy tajników produkcji, pokazuje świat telewizji od kuchni.

Drzwi do naszego przedziału otwierają się z trzaskiem i do środka bezceremonialnie pakuje się starsza kobieta, obficie skropiona ciężkimi perfumami, od których wierci w nosie. To chyba Pani Walewska, o ile je jeszcze produkują. Tomasz pomaga naszej nowej współpasażerce z bagażami i zaczynają się rozmowy o życiu. Jak to w podróży.

– Studenci? – zagaja pani i uśmiecha się do nas porozumiewawczo.

– Niezupełnie – odpowiada ochoczo Tomasz. – Studiujemy, pracujemy…

Widzę, że jest w swoim żywiole. Zaraz zacznie pytać, opowiadać, z panią opinie wymieniać jak z najlepszą koleżanką. Zaraz mu ona cały swój życiorys na poczekaniu przedstawi. Co jej szkodzi. Już się do niego promiennie uśmiecha, już porozumienia nić nawiązana. Może on jednak reportaże powinien robić? Może jak ta Jaworowicz z interwencjami jeździć? O życiu i innych nieszczęściach opowiadać? Niczym spowiednik wysłuchiwać?

– Tacy młodzi i już pracują?! Jak ta młodzież musi dzisiaj gonić. – Kobieta kręci głową.

– Im wcześniej się zacznie, tym lepiej. Trzeba zdobywać doświadczenie – mówi Tomek.

– A jesteście już małżeństwem? – dopytuje się i nas lustruje, jak tak siedzimy blisko siebie, w uściskach, w objęciach.

On na to, że nie, nie, ale tak jakby. Że mieszkamy razem i tak dalej. Wszystko po kolei. Zaczęło się klasycznie – to samo liceum, małe miasto, wielkie nadzieje.

Na kogoś takiego czekałam. Doskonale pamiętam, jak na jednej z pierwszych randek siedzieliśmy na nasypie kolejowym i patrzyliśmy na pociągi jadące w stronę Miasta. Siedzieliśmy i zwierzaliśmy się sobie naiwnie z naszych marzeń o karierze w Mieście, że ślub to może nie, ale wspólne mieszkanie i osobne konta, jedno dziecko, może pies. Podobne plany, marzenia i ambicje. Idealnie dobrana para. Młodzi, piękni, zdolni. Itepe, itede, itepe…

Więc szkolna, licealna miłość. Tak, tak, słodko, romantycznie. Pani też tak męża poznała, jak się okazuje. W technikum ekonomicznym. Tak, tak, studiujemy, dziennie, humanistycznie. Może kierunki niezbyt przyszłościowe, z pracą różnie, ale próbujemy, nie poddajemy się, robimy, co się da. Generalnie w mediach. Trzeba się jakoś zaczepić, a potem już się samo kręci. No, w mediach owszem, łajdactwo, ale też sporo możliwości, elastyczne godziny, można łączyć ze studiami. A ślub kiedy, a dzieci? Nie spieszy nam się, co? No i jak my tak w tym grzechu żyjemy…

– A twoi rodzice, córeczko? – Pani nie daje za wygraną, w głowie jej się nie mieszczą związki partnerskie i rodzicielska aprobata takich wybryków. – Nic przeciwko takiemu układowi nie mają? Bo chłopcom to się jednak na więcej pozwala, wiadomo.

Ona do córki właśnie jedzie, na Dworcu Wschodnim wysiada, po drugiej stronie rzeki sobie kupili, w nowym budownictwie, mieszkanie duże, rozkładowe, tam taniej, po tamtej stronie, a ona im przy dziecku w tygodniu pomaga, bo oni zajęci tacy, w marketingu pracują czy tam w bankowości. Finanse, strategie, tęgie głowy. Więc ona poleca po tamtej stronie, na tych nowych osiedlach – ładnie, bezpiecznie, domofon, furtka, brama. A z dzieckiem nie ma co czekać. Córka prawie do trzydziestki czekała i miała problemy. A co dopiero mają powiedzieć te pierworódki, co koło czterdziestki rodzą? Kochaneczki, jak się poczyta, jak to teraz wszystko wygląda, to włos się jeży, skóra cierpnie. Świat stanął na głowie, stanął, stoi i ani myśli się odwrócić. W okolicach Dworca Centralnego, gdy już zbieramy się do wyjścia, pani nam powodzenia jeszcze życzy, kariery, mieszkania i ślubu. No bo taka śliczna para, śliczna miłość, czego do szczęścia więcej potrzeba. Słodkiego, miłego życia…

No tak, jesteśmy młodzi, piękni i świat stoi przed nami otworem, myślę z przekąsem. W głębi duszy staram się w to wierzyć. Niebo to my odarci z gwiazd – jak w tej piosence. Zabieramy bagaże i wytaczamy się na zalany jaskrawym światłem peron dworca. Oczywiście żadne schody ruchome nie działają.

W domu jest jeszcze mniej poetycko. Już od progu czuję słodkawą woń rozkładającego się trupa. Rzucam klucze na komodę w przedpokoju. Dużą, toporną, pamiętającą głęboki PRL, pokrytą brzydką brązową politurą. Oczywiście – niewyrzucone śmieci, góra naczyń w zlewie, w kieliszkach na stole resztki alkoholu.

– Chyba prosiłam cię, żebyś przed wyjazdem wyrzucił śmieci i posprzątał! Jak można narobić takiego bałaganu w jeden dzień?!

– Był Emek.

– Domyśliłam się, że ktoś ci musiał pomóc. – Macham mu przed oczami pustą butelką po whisky, o którą się prawie potknęłam.

Zdejmuję płaszcz i od razu biorę się do naczyń. Szybciej i dokładniej posprzątam sama. Bez zbędnych próśb, gróźb i niespełnionych obietnic. Szumi lecąca z kranu woda, a w głośnikach śpiewa Alicja Majewska o odkrywaniu nieznanej miłości. Na przeboje w stylu retro mu się zebrało, myślę, szorując zawzięcie patelnię z resztek jajecznicy. Nagle czuję jego ręce na swoich biodrach, ciepły oddech na karku. Zaczyna mnie całować. Miejsce koło miejsca. Jego ręce wędrują powoli w dół. Coraz niżej. Wprost do moich majtek. Zaciąga mnie do łazienki i sadza na pralce. Opieram stopy o umywalkę naprzeciwko, zsuwam się na brzeg pralki i unoszę biodra, podpierając się rękami, żeby łatwiej mu było we mnie wejść. Wchodzi. Jest mokro, nawet za mokro. Nieposłuszny członek już chce się wyśliznąć, ale go nie puszczam. Tomek zaczyna uderzać nim coraz mocniej i mocniej. Po chwili dopasowuję się do tego rytmu i zapieram rękami i nogami, by nie spaść. Teraz trochę wolniej. Po chwili wysuwa się ze mnie. Ale to chyba jeszcze nie koniec. Ujmuje mnie za biodra. Będzie numer popisowy. Powolutku sunie nosem po moim wzgórku łonowym. Dochodzi do warg. Najpierw bada wszystko językiem, wsuwa w głąb jego koniuszek, delikatnie liże. Po chwili już bez opamiętania dziko pieści i gryzie, nie zważając na moje jęki. Odpycham jego głowę, ale wcale nie chcę, żeby przestał. Nie przestaje. Tylko mocniej ściska moje biodra.

Lądujemy w łóżku. Koce, pierzyny, poduszki. My w tym wszystkim, w tej całej pościeli z jedzeniem na wynos. Wystarczy do tego jeszcze jakiś serial włączyć. Choćby Matki, żony i kochanki. Jak za czasów podstawówki. Może i sentymenty się mnie trzymają. On się upiera przy tym swoim kinie. Tramwaj zwany pożądaniem po raz setny… Nie zniosę tego. Marszczę się, krzywię się. On oczami przewraca. To może Ostatnie tango w Paryżu? Pewnie! Idealne do kolacji! Czy sceny z masłem nie lubię, pyta i język mi pokazuje. Trzeba znaleźć jakiś kompromis. Na to wszystko jego telefon dzwoni. Bierze, patrzy, do łazienki leci. Pewnie Stary.

Było miło, ale się skończyło. Wychodzi z Emilianem. Niechętnie się przyznaje. Ręcznika w szafie szuka, wyrzuca z tej szafy jeden po drugim. Ten za duży, ten za mały. Ten nie chłonie wody, tamten już tylko na szmatę do podłogi. Na pokaz jakiś idą. Projektant młody, lecz obiecujący. Emilian nie miał niestety więcej zaproszeń. Tomasz przepraszającą minę robi. Nic nie szkodzi. Mam co robić. No to dobrze, to idzie do kąpieli.

Leje tę wodę i leje. Do tego pewnie robi sobie pianę, dużo piany. Ledwie wszedł do wody, a już mnie do łazienki woła. Jak zwykle. Już idę, idę. Siadam na pralce. On ciało dokładnie namydla. I mówi. Że ten film, to Blue Valentine, wciąż ma w głowie. Tak mu utkwił, tak mu zapadł w pamięć. Trzeba będzie kupić, gdy wyjdzie na DVD. I że to odważne tak nakręcić, taką scenę, jak on robi jej tę minetę. Że nareszcie nie nudy, nie misjonarz lub na jeźdźca, tylko właśnie oral. I że facet kobiecie, a nie na odwrót. Feminista się znalazł, śmieję się. I czy on dobrze robi, dopytuje się. Wiadomo. Najlepiej. No. Wyciera się, buziaka mi daje i goły taki, mokry jeszcze, do pokoju idzie. Wkłada czyste majtki. To teraz golenie, mycie zębów, a przede wszystkim tej przerwy, tej szpary między jedynkami – zawsze mu tam jakieś jedzenie zostanie, więc czyści ją natrętnie po kilka razy dziennie, a o aparacie nawet nie chce słyszeć, bo uważa, że z diastemą mu do twarzy. Na koniec najważniejsze – włosy! Pasta, lakier, wosk. No i jeszcze ubieranie się, strojenie, kompletowanie garderoby. Ten krawat czy ten, te spodnie czy tamte? A buty? Gotowy! To buziaczki. A kluczy nie bierze, bo przecież będę w domu.

– Pokazuj pierścionek, pokazuj! – krzyczy Karolina i wszystkie trzy rzucamy się na spóźnioną Sonię.

– I naprawdę zabrał cię w nocy na dach? – docieka Karolina.

– Owszem, romantycznie do bólu. – Sonia się krzywi. – W korpo wszyscy mieli z tego niezły ubaw, kiedy opowiadałam, jak szłam w wąskiej ołówkowej spódniczce, taka prosto z pracy, jak zawsze nadgodziny, jak szłam w lakierowanych szpileczkach po drabince, żeby wyleźć na ten cholerny dach.

– Dobrze, że nie spadłaś z wrażenia – śmieje się Majka.

– Ale ci zrobił niespodziankę – Karolina jest pod wrażeniem.

– Jakby mi ktoś nagle kazał wyłazić na dach wieżowca, tobym domyśliła się od razu, co jest grane – mówię.

– No raczej – dodaje Maja.

– Taaak – Sonia wzdycha. – Nie dość, że z trudem się tam wspinałam, to byłam niemal pewna po co, więc szło mi podwójnie opornie.

– Miało być romantycznie, a wyszło jak zawsze – podsumowuje Majka.

– W końcu to tylko facet – dopowiada z uśmiechem Sonia. – Jednak się postarał, chociaż kolacja przy świecach w zupełności by wystarczyła. W domu. W restauracji umarłabym ze wstydu!

– Nie potrafisz docenić – obrusza się Karolina. – Ja bym chciała takie piękne, niezapomniane zaręczyny, ślub na jakiejś łące…

– W wianku z chwastów i na bosaka? – podpuszcza ją Maja.

– Matka by mnie zabiła – odpowiada ze śmiechem Karolina. – Taki wstyd przed całą rodziną! Nie wybaczyłaby mi tego never!

– No to w czym problem? – pytam. – Bierzcie ślub i tyle. Sama mu się oświadcz.

– Ale on poza tym swoim programowaniem świata nie widzi! Ma się oświadczyć po bożemu! Ma się postarać.

– To może mu chociaż zasugeruj? – radzi Sonia.

– Może… – Karolina wzdycha. – A macie już datę? Kiedy ten ślub?

– A musi być tak zaraz ślub? – Sonia marszczy czoło. – Ja nie mam na to czasu. Jeśli on wszystko zorganizuje, to ja się może łaskawie pobiorę.

– Też nie potrzebuję ślubu do szczęścia – oznajmiam.

– Ani ja – dorzuca Majka. – Nie ma sensu się ograniczać. Poza tym jestem zbyt mobilna, zbyt niestała, kochliwa, na kocią łapę to dla mnie w sam raz. Zresztą fashion people don’t get married. Kto by ze mną wytrzymał, z tymi moimi ciuchami?

– Ty przede wszystkim miejsca w domu nie masz na faceta przez te stylizacje. To nie dom, a skład ubrań. – Śmiejemy się. – Rekwizytornia.

– Cóż, a ja się najwyżej rozwiodę – kwituje Sonia.

– A ja jednak chciałabym, a on mi się nie oświadcza – Karolina dalej swoje. – Awansowałam w tej cholernej redakcji, wszystko mi się układa, zapisałam się na hiszpański, na jogę. Tylko ślubu mi jeszcze do szczęścia brakuje.

– I romantycznych oświadczyn ci brakuje – przypomina jej Maja.

– Nie można mieć wszystkiego – stwierdzam sentencjonalnie. – Czasem trzeba docenić to, co się ma.

– Wiecie co? Nawet jeśli się rozwiedziemy, pozabijamy czy co, to chyba tego dachu nie zapomnę – tanie bo tanie, ale widok był niezły. Będzie co opowiadać wnukom – mówi Sonia.

– A dzieci planujecie? – drążymy temat.

– Na pewno nie przed trzydziestką. Na razie nie mam czasu!

– O, akurat dziecko mogłabym mieć na stałe – oznajmia Maja. – Taką malutką, słodziutką córeczkę. Pięknie bym ją ubierała, czesała…

– I podrzucała co chwila do jednej z nas lub do swojej matki, ha, ha. Albo mieszkałaby z tatusiem, a ty byś była mamą na weekendy – prorokuje Sonia.

– No, jakbym miała dużo pracy, to pewnie tak…

– Albo jakbyś, kochana, robiła kolejną imprezę – dodaję.

– Ho, ho, ho. A ty nie planujesz dziecka z tym swoim Tomeczkiem?

– Na razie niczego nie planuję! Jestem zdecydowanie zbyt młoda na takie ekscesy!

– A zegar biologiczny przyspiesza! Tyka! Tik-tak, tik-tak! Nasze matki w tym wieku były już po ślubach i miały po dwójce dzieci. – Karola tupie. – Powinnyśmy do trzydziestki się z tymi dziećmi wyrobić.

– Ale to już nie te czasy, bejbe – zauważa Sonia.

– Dzieci nam nie w głowie. – Śmiejemy się i zamawiamy kolejne prosecco, gin z tonikiem, whisky na lodzie, czerwone wino…

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] R. Barthes, Śmierć autora, przekł. M.P. Markowski, „Teksty Drugie” 1999, nr 1–2.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz