D'Artagnan - Aleksander Dumas - ebook + audiobook
Opis

Młody Gaskończyk D`Artagnan przybywa w 1625 roku do Paryża, gdzie zaprzyjaźnia się z trzema sławnymi muszkieterami: Atosem, Portosem i Aramisem. W tym czasie dwór Ludwika XIII jest miejscem walk między stronnictwem króla a potężnymi wpływami kardynała Richelieu. D`Artagnan wplątuje się w niebezpieczną grę, starając się pomóc Annie Austriaczce. Powodem intryg kardynała jest romans królowej z angielskim lordem Buckinghamem. Czterej muszkieterowie ponownie stają w obronie władczyni.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 43 min

Lektor: Igor Chmielnik

Popularność


ALEKSANDER DUMAS

D'Artagnan

ISBN: 978-83-7623-952-1

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału

D'Artagnan

Redaktor serii

Iwona Misiak

Korekta

Dorota Strojnowska

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie

Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.,2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-94

www.zielonasowa.pl

[email protected]

ROZDZIAŁ I | Królowa, żołnierz i łotr

Drugi czwartek lipca roku 1630 zapisał się złotymi zgłoskami w historii starożytnego miasta Lyon. W dniu tym bowiem zjechał tu cały dwór królewski z Paryża i miasto przybrało szczytne miano drugiej stolicy Francji. Ludwik XIII [Ludwik XIII – król Francji z dynastii Burbonów; panował od 1610 r.] i kardynał Richelieu [Armand Jean du Plessis de Richelieu (1585–1642) – francuski mąż stanu, kardynał; od 1624 r. pierwszy minister Ludwika XIII i faktyczny zarządca Francji. Dążył do zaprowadzenia silnej władzy absolutnej, zdobycia przez Francję pozycji mocarstwa.], którzy bawili z armią w Sabaudii, wrócili do Grenoble, a królowe wraz z dworem przybyły do Lyonu. Paryż opustoszał, a wszelkie sprawy dworskie zawisły pomiędzy Lyonem i Grenoble, gdyż królowa matka, Maria de Medici [Maria de Medici (1573–1641) – Maria Medycejska, królowa Francji, druga żona Henryka IV; regentka za małoletniości Ludwika XIII (1610–1617), później w konflikcie z synem, opuściła Francję w 1631 r.], sprawowała władzę regentki w czasie wojny [Wojna trzydziestoletnia 1618–1648.], w której król uczestniczył.

Na południe od placu des Terreaux, pomiędzy Saoną z lewej i Rodanem z prawej strony, wznosiły się mury klasztoru sióstr Benedyktynek. Potężne budynki, po których został dziś jedynie refektarz, dyszały pełnią towarzyskiego życia; tłumy pięknych pań w różnorodnych kostiumach, rycerze w zbroi i służba snuli się tu od wczesnego rana do późnej nocy. Muszkieterowie strzegli bram. Wybrukowany dziedziniec roił się od pojazdów. Na rzece, u stóp prześlicznego ogrodu otaczającego klasztor, kołysały się złocone barki królewskie. Królowe zamieszkały u gościnnych sióstr.

W jednym z górnych pokoi, przy kominku, w którym ognistymi językami strzelały polana, siedziała kobieta z listem w ręku. Odczytywała go silnie podenerwowana. Pokój, mimo gustownych draperii i pięknych kotar nad łóżkiem, nosił cechy pewnej surowości i prostoty, tak nieodzownych w klasztorach.

Kobieta mogła liczyć około trzydziestu lat, była więc w rozkwicie swej kobiecości. Ale jej piękne ciało, upudrowane hebanowe włosy i prześliczne ręce czyniły ją młodszą. Dumna twarz owiana była dziwnym smutkiem; majestat, jaki bił od niej, łagodziły uprzejmość i słodycz. Podczas odczytywania listu z jej pełnych życia oczu przebijała groza.

Aczkolwiek przykro mi jest zakłócać Ci spokój, muszę Cię ostrzec. Pewna, że list ten dojdzie do Twych rąk bezpośrednio, piszę otwarcie i proszę Cię o spalenie go po przeczytaniu.

W roku 1624, czyli sześć lat temu, niejaki Franciszek Thounenin był kuracjuszem Dompt i tam sporządził testament. W następnym roku przewieziono go do Aubain w pobliżu Wersalu, dzięki staraniom mej rodziny, z którą był spokrewniony. Dwa lata temu Thounenin umarł w Aubain. Na krótko przed śmiercią, w czasie wizyty w Dompt, uzupełnił testament dopiskiem. Kodycyl [Kodycyl – dodatek do testamentu.] zarejestrowano w Nancy wraz z oryginałem. Ów dodatek, napisany w obliczu śmierci, dotyczył pewnego dziecka. O kodycylu oczywiście nic nie wiedzieliśmy. Thounenin umarł wkrótce.

Dowiedziawszy się o dziecku, zajęliśmy się nim.

Testament został wykradziony z archiwum. Poszukiwania zarządzono natychmiast i wierzę, że dokument zostanie odzyskany i zniszczony. Żeby sprawa ta mogła mieć jakikolwiek związek z Tobą – wątpię. A gdyby dotyczyła Ciebie, droga przyjaciółko!… Śledzą mnie tu na każdym kroku, podejrzewają moich przyjaciół, jest mi bardzo trudno przedsięwziąć cokolwiek.

Jeśli to możliwe, poślij mi kogoś, komu bym mogła zaufać. Może nie będę miała już okazji swobodnego pisania do Ciebie, a przecież ważnym jest, by informować Cię o wszystkim, ostrzec przed niebezpieczeństwem. Adieu [Adieu (fr.) – żegnaj.]! Zniszcz ten list.

Maria

Autorką listu była Maria de Rohan, księżna Chevreuse, najzdolniejsza i najzaciętsza z wrogów kardynała. Kobietą, która odczytywała list, była Anna Austriaczka [Anna Austriaczka (1601–1666) – królowa Francji, żona Ludwika XIII.], królowa Francji, najpiękniejsza i najbardziej bezsilna z ofiar Richelieu.

Po przeczytaniu królowa zmięła list i rzuciła go do kominka, a kiedy już tylko popiół został po zwitku papieru, wsparła głowę na ręce i utonęła w głębokiej zadumie.

„Dobry Boże, co to wszystko ma znaczyć, o co właściwie im chodzi, jaki nowy cios gotują mnie czy moim przyjaciołom? – myślała Anna, w oczach której świeciły łzy. – I cóż ja biedna mam począć… kogo mam do niej posłać… komu mogę zaufać, skoro nie wolno mi widzieć nikogo na osobności, a i to za specjalnym pozwoleniem”.

W tym momencie zapukał ktoś lekko do drzwi. Królowa wyprostowała się, otarła szybko łzy, opanowała wzruszenie. Do pokoju weszła dona Estefania, jedyna z jej hiszpańskich dam dworu, która pozostała przy niej. Przybyła pokłoniła się nisko i rzekła:

– Wasza Królewska Mość, goniec oczekuje listów. Pani królowa matka prosi, byś własne, o ile są gotowe, wysłała razem.

– Leżą na moim biurku – odpowiedziała królowa. Domyślając się z oficjalnego przemówienia dony Estefanii, że goniec oczekuje przy drzwiach, dodała: – Ów goniec… jest tu pod ręką?

– Tak, pani. Jest nim pan d’Artagnan. Muszkieter.

– Ach… – szepnęła królowa zaskoczona – czekaj…

Na dźwięk wymienionego nazwiska twarz jej napłynęła krwią. Rumieniec ukrył się dyskretnie pod różem. Możliwe, że pamiętała to nazwisko, a może stanęły jej przed oczyma inne, lepsze dni, może wreszcie przeszyło ją wspomnienie o zmarłym Buckinghamie [George Villiers Buckingham (1592–1628) – książę, polityk angielski; zginął zamordowany.].

– Czy jest sam? – zapytała naraz gwałtownie.

– Tak, pani.

– Proś go. Podaj mi listy. Zamknij drzwi i zostań przy mnie.

Za chwilę d’Artagnan klęczał u stóp królowej, nachylony nad wyciągniętą do niego ręką. Z nabożeństwem dotknął jej ustami. Królowa, uśmiechając się, patrzyła w szczerą twarz rycerza, tak bardzo jej oddanego.

– Panie d’Artagnan, pan odjeżdża do Grenoble?

– Z pismami do Jego Królewskiej Mości, pani.

– Moje są gotowe. Proszę, podaj je, dono Estefanio.

Królowa wręczyła muszkieterowi podane jej listy. D’Artagnan pokłonił się i schował pakunek do kieszeni.

– Panie – zagadnęła królowa niepewnym głosem – czy zechciałbyś mi służyć?

D’Artagnan spojrzał na królową zdumiony.

– Moje życie do twych usług, pani – zawołał jednym tchem.

– Wierzę ci – oświadczyła królowa. – Mam powód ku temu, by wierzyć. Posądzają mnie o szybkie zapominanie oddanych mi usług. Lecz, panie d’Artagnan, ja tylko wydaję się zapominać o niektórych rzeczach – twarz królowej oblała się znów rumieńcem. – Pan de Bassompierre oświadczył, że służy królowi, swemu panu, i twierdzi, że obowiązkiem szlachcica jest przedkładać tę służbę ponad każdą inną.

D’Artagnan pochylił się. Oczy jego na chwilę zapłonęły.

– Pani – odparł żywo – Bogu najwyższemu dzięki, że jestem d’Artagnan, a nie pan de Bassompierre! Marszałek służy królowi, zwykły szlachcic królowej. Jeżeli Wasza Królewska Mość posiada najmniejsze zlecenie dla mnie, błagam o nie. Uważam za największe szczęście mego życia być na twych usługach. Jesteś dla mnie jedyną po Bogu.

Prawda świeciła w oczach młodego człowieka, szczerość przebijała w jego głosie.

– Ach, panie d’Artagnan! – westchnęła królowa. – Gdybyś ty był na miejscu pana de Bassompierre!

– Byłbym wówczas nieszczęśliwy, pani, gdyż jest on z armią, a nie tu.

Królowa spostrzegła znak przestrogi dony Estefanii. Czasu było mało.

– Dobrze więc – rzekła królowa. Zdjąwszy pierścionek z palca, wręczyła go rycerzowi. – Zabierz ten pierścionek do Dampierre, wręcz go pani de Chevreuse i powiedz jej, że ja cię posłałam. To wszystko. Ona powierzy ci ustnie pewne wiadomości dla mnie. Jedź, kiedy będziesz mógł, a skoro otrzymasz urlop, wracaj spiesznie. Nie mogę ci pomóc, a gdybym próbowała, byłbyś podejrzany.

D’Artagnan ukląkł, pocałował podane mu palce i wstał.

– Pani – rzekł z prostotą – moje życie, mój honor, moje całe przywiązanie należą do ciebie. Za zaufanie, jakim mnie obdarzyłaś, dziękuję ci.

Za chwilę już go nie było. Królowa oparła się wygodnie w fotelu. Drżąc lekko, patrzyła wystraszonym wzrokiem na swą damę dworu.

– Ach – rzekła półgłosem – może postąpiłam nierozważnie. Może źle zrobiłam.

– Nie postąpiłaś źle, pani, ufając temu młodemu człowiekowi – zapewniała ją dona Estefania. – Jego mundur dowodzi męstwa, z twarzy jego bije przywiązanie do ciebie. Bądź spokojna, on pojedzie do Dampierre.

Królowa pochyliła głowę.

D’Artagnan, na którego czekał na dziedzińcu osiodłany koń, nie miał czasu, by pożegnać się z Atosem w kwaterze muszkieterów. Listy Anny Austriaczki i Marii de Medici były pilne. O ważności ich można było sądzić z tego, że powierzono je oficerowi gwardziście, a nie zwykłemu gońcowi pocztowemu. D’Artagnanowi nie pozostawało więc nic innego, jak dosiąść konia i pędzić do Grenoble, gdzie stali na kwaterze król i kardynał. Było popołudnie, d’Artagnan miał dotrzeć do celu podróży na drugi dzień przed północą.

W pięć minut później opuszczał dziedziniec klasztorny, a w dziesięć minut potem mijał bramy Lyonu.

Gdy znalazł się już w polu, rozmyślał nad ostatnio przeżytymi chwilami. Zdawało mu się, że kilka minut spędzonych w pokoju królowej było snem. Ale nie, na dowód rzeczywistości miał pierścionek na palcu. Był to prześliczny szafir, okolony brylancikami. To nie był pierścionek dla kawalera. Na piersiach nosił d’Artagnan szkaplerz [Szkaplerz – medalik.], ofiarowany mu przez matkę na łożu śmierci. Jadąc, dobył go z zanadrza, umocował pierścionek na łańcuszku i wsunął wszystko z powrotem. Jako rzekł, służba królowej była jedyną po Bogu.

„Należy mi się urlop – rozmyślał w duszy – muszę go otrzymać. Zabiorę z sobą Atosa i pojedziemy do Dampierre. Jak cudownie wszystko się składa. I pomyśleć tylko, że widziałem ją na własne oczy, dwukrotnie ucałowałem jej rękę, patrzyłem w jej oczy i co najważniejsze, pamiętała o mnie! Że też nie zapomniała. Przeklęty kardynale, tak prześladować anioła z nieba”.

D’Artagnan jechał niebaczny na nic, co się wokół niego działo, jechał w ekstazie wspomnienia tak bliskich chwil szczęścia.

Francja wojowała z Hiszpanią, Włochami i Sabaudią, jednym słowem ze wszystkimi państwami, które tworzyły cesarstwo Habsburgów. Richelieu i król po zwycięstwie nad Sabaudią wrócili do Grenoble. Obydwie królowe sprowadziły dwór do Lyonu. Ludwik XIII usiłował ściągnąć matkę do Grenoble, by ewentualnie pogodzić ją z kardynałem. Dumna Maria de Medici odmówiła prośbom króla i odmowę tę wiózł właśnie d’Artagnan.

Ponieważ d’Artagnan zmieniał konie na każdej stacji pocztowej, nie oszczędzał ich bynajmniej. Mimo to pośpiech jego był hamowany, a to z powodu błotnistych dróg. Jedyną pociechą dla niego była myśl, że inni na jego miejscu nie osiągnęliby większej szybkości.

Zmrok następnego dnia zastał muszkietera blisko pięć mil od celu podróży. Ostatnia stacja pocztowa nie dopisała mu wypoczętym koniem i musiał jechać dalej na dobrze już przemęczonym wierzchowcu. Biedne zwierzę gwałtownie opadało z sił. D’Artagnan nie zrażał się tym wcale i poklepując kark konia, dogadywał głośno:

– Zdechnij, jeśli już taka twoja wola, ale dowieź mnie do Grenoble przed północą.

Blady księżyc rzucał smugi srebrzystego światła na ciemne wody rzeki Lizery, wdzierał się pomiędzy przydrożne drzewa i rysował fantastyczne cienie na drodze, spowitej w tumany kurzu. Droga wiła się serpentyną w górę lub spadała w dół, wreszcie ginęła linią w lesie.

Na jednym z zakrętów jeździec, poczuwszy, że koń słabnie, szarpnął uzdę, jak gdyby chciał go podtrzymać. Dogorywające zwierzę wydało przeraźliwy jęk, co utwierdziło rycerza w przypuszczeniach, że są to już ostatnie chwile jego żywota.

Naraz rozległ się strzał z pistoletu, a w kilka chwil później głośniejszy z rusznicy [Rusznica – ręczna broń palna o długiej lufie, używana w XV–XVII w.]. W ślad za tym rozdarł powietrze okropny krzyk człowieka.

D’Artagnan chwycił za broń i byłby niewątpliwie pospieszył na pomoc, gdyby koń nie odmówił posłuszeństwa; widać zwierzę dobywało ostatnich sił, by utrzymać się na nogach. Tymczasem na miejscu wypadku kilka głosów ludzkich nawoływało się i po chwili dał się słyszeć tętent końskich kopyt.

„Bandyci – rozumował d’Artagnan – najwidoczniej napadli kogoś przede mną”.

Wyczerpany koń uszedł jeszcze kilka kroków i stanął. Nogi mu się rozsuwały, łeb opadał ku ziemi. Jeździec zeskoczył z siodła i skierował kroki w stronę, skąd dochodziły jęki konającego. Domyślał się, że osobą swą wystraszył bandytów. Na pobliskim pagórku dojrzał w świetle księżyca rozciągniętą postać człowieka. Obok stał koń, z zaciekawieniem śledzący zbliżającego się rycerza.

Ranny był nieprzytomny. D’Artagnan pospieszył ku niemu, wypuścił z zaciśniętej ręki lejce i delikatnie podniósł jego na pół martwą głowę. Kula przeszyła ciało nieszczęsnego podróżnika, jego ubranie zbroczone było krwią. Nie było dla niego ratunku – umierał. Jasne światło księżyca pozwoliło muszkieterowi przypatrzeć się bliżej twarzy napadniętego. Nie bez obrzydzenia dopatrzył się d’Artagnan w rysach konającego brutalności i fałszu.

– Lokaj w ubraniu swego pana – powiedział półgłosem – albo łotr.

Widocznie głos ludzki dotarł do nieprzytomnego, gdyż ten po chwili otworzył oczy i wlepił je w muszkietera. Wargi lekko się poruszyły.

– Odkryłem wszystko – silił się mówić głośno – wszystko! Bassompierre… du Vallon… ów fałszywy ksiądz d’Herblay… dowody. Dokument wysłano na przechowanie do Londynu… za tydzień będzie w Paryżu… mamy wszystko, wszystko. A ponad wszystko ona, ona sama…

Ledwo dosłyszalny głos umilkł. D’Artagnan zerwał się na równe nogi z przerażeniem.

– Du Vallon! Portos! – zakrzyknął. – D’Herblay! Aramis! Cóż to ma znaczyć? Czy to jest możliwe? Czy ja śnię?

W tej chwili umierający chwycił go kurczowo za nogę, jak gdyby próbował wstać. Przedśmiertnym wysiłkiem zawołał wyraźnie i głośno:

– Ojcze Józefie, powiem wszystko. Betstein jest opiekunem dziecka. Fałszywa metryka była sporządzona przez księdza Thounenina. Dziecko jest w klasztorze Benedyktynów w St. Saforin. Przeor ma pierścień, ja postarałem się o duplikat. Ja mam list od d’Herblaya, on został raniony, du Vallon zabity… zabrał papiery. Jego Eminencja musi wiedzieć, poślij Montforge’a do Paryża… do Paryża…

Ranny osunął się na ziemię, zakaszlał ciężko, zacharczał i uspokoił się. W sekundzie oprzytomniał. Spojrzał dzikim wzrokiem na klęczącego nad nim.

– Gdzie jestem? – zawołał. – Kim ty jesteś?

– Jestem d’Artagnan, porucznik…

– O Jezu! – krzyknął leżący i wyzionął ducha.

D’Artagnan powstał. W jednej ręce trzymał złoty sygnet z obcymi mu znakami, w drugiej dwa listy i paczkę zalakowaną kilkoma pieczęciami. Przypatrzył się pieczęci bliżej – była to pieczęć używana przez Aramisa.

Aramis, Portos! Oszołomiony tym wszystkim, co słyszał, d’Artagnan oglądał listy. Jednego nie mógł odczytać, ale rozpoznał drobny charakter pisma Aramisa. Drugi, krótki, napisany był dostatecznie wielkimi literami, żeby można go było z łatwością przeczytać. Musiała go pisać osoba bardzo zdenerwowana. Kilka słów pokrywało cały arkusz:

Panie opacie d’Herblay!

Nie pisuj do mnie więcej. Nie odwiedzaj mnie. Nie myśl o mnie. Dla Ciebie umarłam na zawsze.

Maria Michon

– Co u diabła! – zawołał d’Artagnan. – Maria Michon… wszak to miłość Aramisa, a więc ni mniej, ni więcej tylko księżna Chevreuse! Do diaska! Co też ja tu za odkrycia porobiłem?

D’Artagnan zbladł jak śmierć, kiedy przypomniał sobie słowa umierającego: „Portos nie żyje, Aramis jest ranny”. Atos otrzymał list od Aramisa przed miesiącem. Aramis był wówczas w drodze do Lotaryngii w celach nieznanych. Portos wystąpił z wojska, ożenił się i zamieszkał gdzieś na prowincji.

Zatopiony w rozmyślaniach d’Artagnan darł w drobne kawałki list Marii Michon i rzucał je w powietrze. Zapieczętowany pakiet schował do kieszeni, później chciał go zniszczyć. List zaczął studiować ponownie, ale bez rezultatu – wsunął go również do kieszeni. Pierścień włożył na palec.

„Ciekawe! – rozmyślał podrażniony. – Jaką tajemnicę zabrał ten szpieg do grobu? Bassompierre – największy pan we Francji, kochanek tysiąca kobiet, mój biedny, głupiutki, ale uczciwy Portos, mój krewki, przebiegły intrygant Aramis? I ona – samiuteńka. Co ten łotr miał na myśli?”.

Nagle przyszła mu do głowy straszna myśl. A może zmarły był jednym ze szpiegów milczącego kapucyna, sekretarza Richelieu? Człowieka, który zorganizował cały system szpiegowski, bez którego porady Richelieu rzadko kiedy działał. Jego Szara Eminencja, ojciec Józef Le Clerc, pan na Tremblay [Franciszek Józef Le Clerc Tremblay – kapucyn, jeden z zaufanych ludzi Richelieu.].

– Ona sama – powtórzył d’Artagnan, przypisując tym słowom coraz większe znaczenie. – A ponad to wszystko ona sama. – Ton, w jakim słowa te były wypowiedziane, więcej mówił, aniżeli same słowa. – Co on odkrył? O kim on mówił? Co to za dziecko? Kim jest Betstein? – d’Artagnan otarł z czoła zimny pot. – W każdym razie mówił prawdę, on sam poczynił odkrycia w objęciach śmierci.

Muszkieter rozejrzał się wokół i skierował kroki do swego wierzchowca. Biedne zwierzę stało w tej samej pozycji z rozkraczonymi nogami i łbem przy ziemi, w dalszym ciągu konało. D’Artagnan dobył z torby przy siodle pisma królewskie, wsunął pistolet do pochwy i ruszył do konia zmarłego szpiega.

– Wspaniały koń – zauważył. – Najwidoczniej jest to jeden z cudów Opatrzności, o których księża tak często mówią. Ten łotr zginął z ręki innych łotrów w stosownej chwili – kiedy mój koń odmawiał służby. Tak, usadowimy się w siodle i dopatrzymy, by listy mimo wszystko doszły do rąk króla o północy. Opatrzność bardziej dziś sprzyja Ludwikowi XIII aniżeli jego ministrowi wojny, przemiłemu kardynałowi Richelieu.

D’Artagnan dosiadł konia, przekonał się jednak, że poprzednik miał dłuższe nogi, trzeba więc było podciągnąć strzemiona.

– Teraz – mówił do siebie, poprawiając strzemiona – gdyby dobry Atos był na moim miejscu, uznałby za swój obowiązek pospieszyć ze słówkiem do Jego Eminencji. Byłoby bardzo grzecznie i z mojej strony tak postąpić… Ale co, u licha, zawiera list od Aramisa? Nie wygląda mi to na mądrego Aramisa, by powierzać swój kark otwartemu listowi. Dlaczego imię Portosa jest łączone z nazwiskiem Bassompierre’a? Najbardziej tajemniczy jest ów Betstein; ukrywa on to dziecko, pielęgnuje… a jaki to ma związek z przeorem Benedyktynów? Niewątpliwie kardynał Richelieu odpowiedziałby mi na te wszystkie pytania, ale dla świętego spokoju poszukam odpowiedzi gdzie indziej.

I znów przyszły mu na myśl te znamienne słowa: „…a ponad wszystko ona, ona sama!”. Odnosił wrażenie, że umierający mówił o kobiecie wysoko postawionej.

– Ale za daleko się posuwam! – zgromił się d’Artagnan. – Zresztą we Francji są dwie królowe. Na pewno sprawa wikła się około jakiejś nowej intrygi Bassompierre’a. Najbardziej tajemniczy wydaje mi się wyrok z trzyletniej rozprawy w wysokim sądzie w Rouen. Intrygi jego dotyczyły przeważnie wielkich domów i powstawały na tle licznych wyznań miłosnych.

Doszedłszy do takiej konkluzji, muszkieter poweselał.

– Do licha! – zawołał głośno. – Przypisuję zbyt wiele drobnostce. Rzucił jeszcze raz okiem na trupa, przeżegnał się i chwyciwszy konia za lejce, odetchnął z wyraźną ulgą. – Gdybyś tak słów parę dodał do swych rewelacji, mój dobry łotrze! Dziękuję ci zresztą i za to, twoja tajemnica u mnie niby w grobie. Bywaj! A teraz do Grenoble!

Spiął konia ostrogami i zginął w tumanie kurzu.

ROZDZIAŁ II | Dowód, że ani król, ani minister nie rządzą Francją

Latem roku 1630 cała Francja tarzała się w wojnie, zdradzie i zamieszkach cywilnych.

Faktem było niezbitym, że La Rochelle padło, że protestanci byli zgnieceni, że Anglii podyktowano warunki – ale to należało już do dnia wczorajszego. Dziś Richelieu prowadził wojska w Sabaudii do zwycięstwa nad cesarstwem, choć sam stał nad przepaścią. Z wewnątrz kraju wiały wichry, by go zepchnąć w tę przepaść.

Kardynał odkrył taki stan rzeczy w chwili, kiedy dowiedział się, że najbardziej zacięci wrogowie kraju znajdują się w jego granicach.

Ludwik XIII, syn Henryka z Nawarry [Henryk z Nawarry – Henryk IV (1553–1610) – król Nawarry od 1562, Francji od 1589; w czasie wojen religijnych we Francji przywódca hugenotów.], został mianowany królem. Maria de Medici, wdowa po Henryku, nie mogła zapomnieć o tym, że mąż jej był rzeczywistym władcą Francji. Armand du Plessis [Armand du Plessis – kardynał Richelieu], prawdziwy rządca Francji, uważał, że Francja powinna rządzić Europą. Trójkąt ten miał różne boki.

Ludwik był królem złym i zazdrosnym, lecz ambitnym dostatecznie, by urobić sobie przydomek „Sprawiedliwego”. Bał się osobistych sił Richelieu jako człowieka, a powierzył rządy Richelieu jako kardynałowi. Nie zawahał się ani chwili mianować kardynała głównym dowódcą wojsk. Drżał przed matką, nienawidził brata, księcia Orleanu, nie ufał otaczającym go dygnitarzom – uznał przy tym za stosowne zepchnąć odpowiedzialność za rządy na mocniejsze ramiona. Królowa matka nie cierpiała kardynała z duszy i serca. Nienawidziła go, ponieważ odebrał jej wpływ na króla, ponieważ zawiódł wojującą armię do jej ukochanej Italii, ponieważ sprawował rządy tak dobrze, jak ona źle to czyniła, wreszcie dlatego, że on był Richelieu, a ona Maria de Medici. A najbardziej bolało ją to, że ona właśnie utorowała mu drogę z gminu do świetności. Dlatego otoczenie jej składało się z zapamiętałych wrogów kardynała, z książąt krwi i najdostojniejszej szlachty Francji.

Richelieu spostrzegł, że jego stanowisko się chwieje. Zwyciężył matkę, zmaltretował królową Annę Austriaczkę, zmiażdżył rodzinę Vendôme’ów, zniszczył hugenotów [Hugenoci – wyznawcy kalwinizmu we Francji.] i wygnał Chevreuse’ów. Był zwycięzcą – ale nie był panem sytuacji. Powstrzymał wprawdzie burzę zawiści i nienawiści, ale rozproszone siły wrogów gromadziły się ponownie.

Największą siłą Richelieu był fakt, że nikt nie był w stanie zmierzyć i określić jego władzy. Książęta posiadali ziemię, bogactwa i rangę, wielka szlachta cieszyła się władzą, książę Orleanu, następca tronu, był nietykalny, a Richelieu miał zwykłego śmiertelnika, kapucyna. Ojciec Józef był zaufanym sekretarzem kardynała, a brat jego, Karol du Tremblay, sprawował rządy w Bastylii [Bastylia – twierdza paryska z XIV w., później sławne więzienie.].

Ów braciszek był jedynym człowiekiem we Francji, który nie pragnął niczego, nie przyjmował nagród ani się o nie ubiegał. Służył kardynałowi i poczytywał to sobie za wielki zaszczyt i honor. Nie czyniono nic we Francji bez jego zgody i we wszystkim posługiwano się jego radą. Minister polegał na jego dyplomacji, kardynał – na jego mądrości, generał – na jego znajomości ludzi i wojska. Dygnitarz w szacie kardynalskiej opierał się na człowieku w skromnym habicie zakonnika.

W kwaterze kardynała Richelieu w Grenoble ci dwaj ludzie prowadzili żywą rozmowę.

Ojciec Józef, który spowodował oblężenie La Rochelle, który napisał obszerne dzieło o Machiavellim [Machiavelli Niccolo (1469–1527) – czołowy pisarz społeczny i polityczny odrodzenia; historyk i dyplomata. Twórca tzw. makiawelizmu; autor sławnego Księcia.], i który był ostoją swego pana, był człowiekiem wysokim i barczystym, na twarzy nosił widoczne ślady ospy. Niegdyś włosy jego były rude, dowiedziawszy się jednak, że król nie znosił tego koloru, przed trzydziestym rokiem życia posiwiał jak gołąbek. Jego małe, mądre oczy kryły w sobie wiele ognia.

Richelieu, o bardziej imponującym wyglądzie, znajdował się u szczytu swej męskości. Był przystojny – doceniał więc tę wartość mężczyzny i korzystał z niej w pełni; był dumny i używał dumy niby maski w razie potrzeby; ponad wszystko jednak był wyjątkowo bystry, szybko się orientował i dowiódł tych zalet w stosunku do swego sekretarza. W związek ten, dzięki przezorności kardynała, nie wkradł się nigdy cień nieporozumienia. W tej chwili, w rozmowie z zakonnikiem, wszystkie jego arystokratyczne cechy znalazły pełne zastosowanie. Jego przenikający wzrok, zatopiony w braciszku, był niespokojny, a nawet melancholijny.

– Mój przyjacielu i ojcze – mówił kardynał – wydaje mi się, że sytuacja jest zbyt groźna, bym nadal pozostawał z dala od Paryża. Królowa nie dała nam następcy tronu, intrygi dojrzały, król nalega, abym przybył do armii. Najlepiej uczynię, gdy podam się za chorego, oddam dowództwo Crequyowi lub Bassompierre’owi i wrócę do stolicy.

Ojciec Józef przywykł już do nagłych decyzji kardynała.

– Doskonale, Wasza Eminencjo, doskonale! – przyklasnął kardynałowi swym suchym, flegmatycznym głosem. – Spowiednik króla pisze, byś tak uczynił. Myśl ta jest bodaj najlepsza. Tylko niestety, wiedz, że wprowadzenie jej w czyn nie posunęłoby spraw Francji naprzód.

– Czy zatem interesy Francji domagają się usunięcia mnie z krzesła ministerialnego?

Zakonnik, który pisał coś w tej chwili, odsunął papiery, złożył obydwie ręce na biurku i wpatrywał się w kardynała.

– Najwidoczniej Wasza Eminencja był zbyt zajęty działaniami wojennymi, by pomyśleć i o innych sprawach. Czy mogę się wypowiedzieć?

– Mów, kaznodziejo! – uśmiechając się, Richelieu usiadł wygodnie w fotelu.

– A więc – zabrzmiał niewzruszony, nieugięty głos kapucyna – rozpoczynając wojnę przeciwko domowi austriackiemu, jak postąpiliśmy teraz, Wasza Eminencja podjął nitki polityki uprawianej wówczas, kiedy zmarł Henryk IV. Bardzo dobrze! Osobiście uważam, że dobro Francji wymaga, byś pozostał na swym stanowisku. Oto moje argumenty.

Richelieu pochylił lekko głowę w stronę kapucyna, jak gdyby z góry aprobował jego motywy.

– Ci, którzy by Waszą Eminencję pozbawili urzędu – obie królowe i pewne rody w kraju – są większymi wrogami Francji aniżeli nieprzyjaciele zewnętrzni. Tak jak książę de Rohan, przekładają oni własne interesy ponad interesy Francji. Staje się jasne, że Francja nie może być nadal państwem podzielonym na wrogie sobie obozy.

– O ile oczywiście ci wrogowie mogą Francji zaszkodzić.

– Mogą. Jedna bitwa przegrana, jedno cofnięcie się armii pod dowództwem Waszej Eminencji będzie dla wrogów sygnałem do działania.

– Możliwe – odrzekł Richelieu – gdyby takie niebezpieczeństwo istniało.

– Niestety, w przeciągu dwóch miesięcy tak się stanie.

Kardynał spojrzał na zakonnika przerażony.

– Casale jest oblegane przez wojska cesarskie – ciągnął ojciec Józef. – Nasze rezerwy są niedostateczne, miasto musi wpaść w ręce wroga. To będzie poważnym ciosem dla Francji, a jeszcze większym dla Waszej Eminencji. Pewna myśl powstała w mej głowie – zakonnik dotknął ręką pliku papierów – i na niej zbudowałem plan do waszej aprobaty.

– Mów – rzekł Richelieu – ucho często mniej zwodzi od oka.

– Dobrze więc. Francuzi zapomnieli o tym, że w przyszłym miesiącu Cesarski Sejm zbierze się w Ratysbonie.

– Wiem o tym – kardynał poruszył się rozmyślnie. – Cóż z tego?

– Według prawa nie wolno cesarzowi zawierać pokoju bez zezwolenia Sejmu.

– Pokoju? Kto mówi o zawarciu pokoju? – zawołał głośniej kardynał.

– Rzecz godna zastanowienia, Wasza Eminencjo. Jestem przekonany, że cesarz zawarłby natychmiastowy pokój z Francją, gdyby projekt taki wysunięto należycie przed Sejmem. Zaznaczam – gdyby go przedstawiono należycie.

– Tak myślisz? – wtrącił Richelieu oschle. – Sejm odmówi.

– Otóż to… chodzi jednak o to, by nie odmówił. Myślałem także o Gustawie Adolfie [Gustaw II Adolf (1594–1632) – król Szwecji od 1611 r.], który jest najzaciętszym wrogiem Austrii…

Kardynał uniósł się:

– Arcyheretyk! Arcywróg Świętego Kościoła!

– I arcygenerał w całej Europie – dodał spokojnie kapucyn. – Gustaw Adolf zawarłby chętnie traktat przyjaźni z Francją, oczywiście gdyby i tu projekt przedłożono należycie. Wynik byłby taki: Francja zawiera pokój z Austrią z jednej strony, a z drugiej traktat z najgorszym wrogiem Austrii.

– I co zyskuje? – zapytał Richelieu. Kardynał wiedział, że czterech sekretarzy ojca Józefa odpowiada za stały kontakt nie tylko z politycznymi i religijnymi sprawami Europy, ale także całego świata.

– Czas, by uporządkować jej wewnętrzne sprawy. Unikniemy upokarzającego odwrotu wojsk. Pod koniec lata minister będzie w Paryżu i bynajmniej nie jest to za wcześnie dla dobra kraju. Jego Królewska Mość upiera się, by stanąć na czele wojsk. Zdrowotny stan armii jest zatrważający. Wojsko jest formalnie dziesiątkowane przez febrę i inne zaraźliwe choroby.

– Ach! – kardynał zmarszczył brwi.– Ach, gdyby król umarł!…

– Niech Bóg zachowa! Wówczas rządziłby krajem jego brat.

Richelieu uśmiechnął się niedwuznacznie. Książę Orleański na tronie to kardynał Richelieu w Bastylii.

– I wszystkim tym wypadkom dałoby się zapobiec? – cedził minister przez zęby.

– Dzięki zwróceniu baczniejszej uwagi na Sejm w Ratysbonie.

– Król nigdy by się na to nie zgodził.

– Pozwól, Wasza Eminencjo, królowi dowodzić wojskami w Sabaudii, a zgodzi się na wszystko. Oprócz tego wpływy królowej Anny Austriaczki będą nam w tym pomocne.

Richelieu zamyślił się na chwilę. Roztrząsał dobre strony rady kapucyna, aczkolwiek wiedział, że jakikolwiek pokój z Austrią nie może być korzystny. Pokój z cesarzem byłby zaledwie zewnętrznym pokojem dla Francji.

– Taki pokój nie mógłby trwać długo – wypowiedział półgłosem.

– Monseigneur [Monseigneur (fr.) – Wasza Świątobliwość.], niechaj trwa tylko do wiosny.

– Słusznie.

– A jeszcze i to trzeba mieć na uwadze, że nikt we Francji nie uwierzy, żeby pokój można osiągnąć. Osiągnąć go może tylko właściwy człowiek.

– Przyznaję ci słuszność. Tym człowiekiem jest Bassompierre. Wszak był ambasadorem w Hiszpanii i Anglii. Jest przy tym bogaty, popularny i pełen najwyższych zalet. Kochają go wszyscy i wszędzie…

– Bardzo go kochają – poprawił kapucyn zgryźliwie, wywołując uśmiech na twarzy kardynała. Bassompierre był nieraz rywalem Henryka IV; jeżeli księżna de Chevreuse sprowadzała na bezdroża książąt, Bassompierre czynił to samo z królowymi.

– W istocie, Bassompierre jest oddany królowej matce – zaczął Richelieu powoli – i…

– Jest drugim kapitanem Francji, podczas gdy Wasza Eminencja jest pierwszym.

– Nie jest przy tym ambitny. Wywiązałby się z zadania świetnie.

– Bardzo, Monseigneur, tym bardziej, że jest potajemnie ożeniony z księżną de Conti.

– Co? – Richelieu zerwał się z fotela i spojrzał badawczo na zakonnika. – Siostra Guise’ów [De Guise – Gwizjusze; francuski ród książęcy, wpływowy w XVI–XVII w.]? Niemożliwe! Ożeniony potajemnie?

– Z księżniczką, która kilka lat temu wydała mu synka na świat.

Minister usiadł ponownie. Otwierało się przed nim morze domysłów. Bassompierre, marszałek Francji, który drwił sobie z tytułu księcia i księstwa i był zadowolony z rangi naczelnego dowódcy szwajcarskiej gwardii, który czuł się szczęśliwy, będąc największym hazardzistą, kochankiem i trwonicielem pieniędzy, ten Bassompierre… Biada, jeśli ten człowiek będzie nadal szczęśliwy. Faworyt króla, oddany królowym, a niezależnie od tego cieszący się zaufaniem kardynała, marszałek Bassompierre był pierwszym i najpotężniejszym kawalerem Francji, trzymającym się z dala od wszelkich intryg i spisków. Lecz teraz, kiedy ożenił się z siostrą księcia de Guise, wszystko się zmieniło. Stale go podejrzewano. Książęta przeciągnęli go na swoją stronę.

– Bassompierre – odezwał się ojciec Józef – posiada w swym domu sześć kasetek z listami. Z kluczami od tych kasetek nie rozstaje się nigdy. Co jest ciekawe, Monseigneur, marszałek jest Lotaryńczykiem o bardzo znacznych wpływach. Wprawdzie nie był nigdy ambitny, ale też i nie obawiano się o niego. Ale teraz…

– Ale teraz… – powtórzył Richelieu. – Tak, rozumiem to dobrze. Któż więc teraz może jechać do Ratysbony? Kto posiada tyle sprytu, by zwieść niemieckich książąt, poigrać z nimi i owinąć ich wokół swego palca?

– Decyzja zależy od Waszej Eminencji, jeśli wybór spotka się z waszym uznaniem…

Richelieu obrzucił zakonnika bystrym wzrokiem.

– Pokój musi być zawarty?

– Za każdą cenę, Monseigneur.

– Dobrze więc. Ty pojedziesz.

Ojciec Józef przybrał minę wielce zdziwionego.

– Monseigneur, naigrawasz się ze mnie. Ja, w tym skromnym habicie, mam się pokazać pomiędzy książętami, elektorami, ambasadorami i innymi wielkościami? Nie, nie! Jestem zbyt małym człowiekiem dla tak wielkich obowiązków.

Charakterystyczną cechą kardynała było, że słuchał tego człowieka do końca jego przemówienia, ważył jego rady i sądy i aprobował jego odkrycia, by po chwili samemu opanować sytuację i w mig decydować.

Rewelacyjna wiadomość o małżeństwie Bassompierre’a z księżną de Conti poruszyła go, zaalarmowała i przeraziła. Że Bassompierre był kochankiem księżnej i że powiła mu syna, nie miało dla niego znaczenia. Ale że marszałek połączy się z domem Guise’ów znaczyło wszystko. Richelieu w mgnieniu oka ujrzał niebezpieczeństwo, jakie mu zagrażało. Trzeba zapomnieć o wszystkim innym; należy odłożyć sprawy państwa na bok i zająć się własnymi interesami wewnątrz kraju.

Richelieu orientował się doskonale w misji, jaka przypadała posłańcowi do Ratisbony. Wysłańcem mógł być jedynie wytrawny, doświadczony kuglarz [Kuglarz – iluzjonista.], w przeciwnym razie przegrana stawała się nieunikniona. Niemieccy książęta, którzy marzyli o zgnieceniu Francji, nie będą tacy skorzy do zawarcia pokoju. Nie będzie taki również Ludwik XIII, któremu się śniła władza Henryka IV. Richelieu musiał zająć się sprawami na miejscu, we Francji, wysłańcem do Ratysbony musi być zatem drugi po Richelieu.

– Dość tego – zawołał kardynał. – Mój przyjacielu, pojedziesz do Ratysbony. Bulart de Leon, obecny ambasador w Szwajcarii, będzie posłem, a ty jego pomocnikiem. Cała praca spocznie w twoich rękach.

– Wedle życzenia Waszej Eminencji – odpowiedział z uległością kapucyn.

Na myśl o intrydze, jaka miała się przewinąć pomiędzy jego palcami w Ratysbonie, oczy kapucyna zapłonęły ogniem. Ten człowiek, który z łatwością przeglądał ludzi na wskroś i czytał ich myśli, nie mógł się spodziewać większej okazji w życiu. Zakpić sobie z niemieckich książąt – oto rozkoszne zadanie.

– A traktat z Gustawem Adolfem?

– Również w twoich rękach – rzekł Richelieu niecierpliwie.

– Chodź! Czekają cię tygodnie, a może miesiące pobytu w Ratysbonie. Musisz wyjechać natychmiast, pozyskam dla ciebie wszelkie uprawnienia i pełnomocnictwa. Na szczęście Bulart de Leon znajduje się teraz w Lyonie na królewskim dworze. Musimy posłać po niego. Ale… ale…

Minister nie dokończył zdania. Pogrążył się w własnych myślach i smukłymi palcami wystukiwał takt na poręczy krzesła. Czynił to zawsze, kiedy znalazł się w obliczu groźnej chwili, która, nie wiadomo skąd, ale musiała nadejść. I tak miał zostać sam z gromadą ukrytych wrogów, czyhających na każdą okazję, by go pognębić, rozstać się z człowiekiem, który aresztował marszałka d’Ornano, pokrzyżował plany księcia orleańskiego, wykrył spisek Chalais i był jawnie oskarżony o zamordowanie Buckinghama. Jak można się rozstać z takim człowiekiem w tej chwili?

Kiedy Richelieu zbudził się z zadumy, decyzja była już podjęta.

– Mój przyjacielu – raz jeszcze w jego oku błysnęło złowrogie światełko – wszystko rozwiąże się w Ratysbonie, wszystko spoczywa w twoich rękach. Otrzymasz pełne prawo wypowiadania się w imieniu Francji. A co się tyczy spraw tutaj… no! W każdym razie jedna rzecz jest załatwiona. Przejdźmy do innych. Jaka jest twoja rada?

– Najprostsza w świecie – żywe oczy braciszka, pełne triumfu, naraz zmalały, stały się myślące, przenikliwe. Spokojny, zimny głos nie zdradzał żadnych emocji; zawsze tak wygłaszał zasady teologii, nie wszczynając dyskusji. – Jedna tylko osoba może pozbawić ministra teki.

– Oczywiście.