Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 140 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czysta radość - Danielle Steel

Znów nadszedł czas. By spróbować szczęścia. By dopełnić swoje życie w najbardziej niespodziewany sposób. By znaleźć towarzysza do podróży po świecie.

I tak słynna pisarka zaczyna wytrwałe poszukiwania. Któż by przypuszczał, że idealnym wyborem będzie filigranowa długowłosa kruszyna chihuahua o imieniu Minnie Mouse? To była miłość od pierwszego wejrzenia...

 

Od przybycia maleńkiego pieska o ogromnej osobowości do domu pisarki w San Francisco po wspólne zakupy w Paryżu – Danielle Steel wspomina swoje przygody z Minnie. Chwile, które sprawiają, że psy stają się częścią rodziny i wnoszą magię do naszego domu.

Opinie o ebooku Czysta radość - Danielle Steel

Fragment ebooka Czysta radość - Danielle Steel

Korekta

Anna Feliga

Joanna Egert-Romanowska

Projekt graficzny okładki

Derek Walls

Zdjęcie na okładce

Alessandro Calderano

Tytuł oryginału

Pure Joy

The Dogs We Love

Copyright © 2013 by Danielle Steel

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5359-6

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dla moich ukochanych dzieci, tych, co kochają psy, i tych, co nie kochają: Beatrix, Trevora, Todda, Nicka, Sam, Victorii, Vanessy, Maxxa i Zary, za wszystkie dobre chwile, które przeżyliśmy z naszymi szalonymi i uwielbianymi psami, w przeszłości i obecnie.

A także dla Simona, Tippy, Birdie, Pretzela, Tallulah, Gidget, Nancy, Minnie, Gracie, Ruby, Meg i Hope oraz dla tych, które zachowujemy w czułej pamięci: Jacka, Roya, Paddingtona, Tilly, Molly, Mii, Chiquity, Loli, Tiger Lily, Annabelle, Grety, Cookie, Licorice, Victoire i Oza, i odrobinkę mniej czułej – Trixie i Sweet Pea.

Dla Cassio, który z taką mądrością, miłością i oddaniem troszczy się o mnie, moją rodzinę i nasze psy.

Dla mojej cudownej przyjaciółki Victorii Fay Leonard, która wie wszystko na temat psów i potrafi najlepiej doradzić.

Dla Alexa, który też kocha Minnie.

I dla Johna, Wielkiego Miłośnika Psów, który to wszystko zapoczątkował.

Z miłością,

D.S.

Wstęp. Minnie i ja

Minnie w kuchni paryskiego mieszkania, na ulubionym posłaniu obok mojego biurka

fot. Alessandro Calderano

W moim życiu zawsze były aspekty nieco komediowe, choć nie zawsze patrzę na to w ten sposób. Rodzina złożona z dziewięciorga dzieci, jedenastu (w porywach) psów i wietnamskiej świnki nieuchronnie stwarza rozmaite nietypowe sytuacje, które nawet ja w swoim czasie odbierałam jako zabawne. Ktoś kiedyś zaproponował nakręcenie serialu telewizyjnego, bazującego na życiu naszej rodziny, ale odmówiliśmy. My? Śmieszni? W życiu! No dobrze… może odrobinę. Ale dopiero teraz, gdy przywołuję w pamięci różne sytuacje związane z naszymi psami, zdaję sobie sprawę, jak pocieszne były niektóre z nich.

Większość dzieci już dorosła i jest na swoim, psami się podzieliliśmy (często chodzę niańczyć moje „psie wnuki”) i liczba zwierząt w naszych domach jest obecnie zbliżona do normalnej. Ale dopiero teraz maleńka, ważąca zaledwie pół kilo ośmiotygodniowa „kieszonkowa” suczka chihuahua o długiej białej sierści tak mnie chwyciła za serce, że postanowiłam o niej napisać, a także opowiedzieć o innych psach, jakie były obecne w moim życiu. Wystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że to gwiazda. Nazywa się Minnie Mouse i najchętniej spoczywa w pozie sfinksa, ze skrzyżowanymi miniaturowymi łapeczkami, na którymś ze swoich różowych posłań i patrzy na mnie wielkimi brązowymi oczami.

Nigdy nie sądziłam, że zakocham się w tak mikroskopijnym pieseczku. Kiedy jedna z moich córek jako jedenasto- czy dwunastolatka dostała w prezencie chihuahuę, stanowczo sprzeciwiałam się przyjęciu tak maleńkiego stworka. Bałam się, że go rozdepczemy, że zdarzy się coś strasznego. Był taki kruchy! Twierdziłam z uporem, że pies tej wielkości nie wchodzi w rachubę. Przekonałam się jednak, że pomimo skromnych rozmiarów Chiquita, nasza pierwsza chihuahua, miała silną, wyrazistą osobowość. Odeszła od nas, dopiero gdy miała szesnaście lat. Niemal do samego końca była chętna do zabawy, zdrowa i pełna życia. Regularnie odwiedzała mnie w San Francisco, po tym jak wraz z moją córką przeprowadziła się do Hollywood. Chiquita była gwiazdą!

Nadal jednak byłam przekonana, że to rasa nie dla mnie. Ilekroć w życiu uznamy, że czegoś nie chcemy (czy to chodzi o randki, dom, sąsiedztwo, pracę, partnerów, czy o psy), zwykle los śpieszy z interwencją, by otworzyć nam oczy i dowieść, że byliśmy w błędzie. Tak więc pewnego zimnego listopadowego dnia w sklepie zoologicznym w Nowym Jorku ja, mająca się za twardą, otrzaskaną i niepodlegającą łatwym wzruszeniom (a także upartą) – nieoczekiwanie się zakochałam.

Dziś, po upływie dwóch lat, romans wciąż kwitnie. Przedmiotem moich uczuć jest ważąca obecnie kilogram chihuahua, Minnie Mouse, najmilszy i najbardziej uroczy pies, jakiego kiedykolwiek miałam. A rasa jest jeszcze lepsza, niż myślałam. Dzięki niej dowiedziałam się o życiu z psem więcej, niż nauczyły mnie wcześniej wszystkie inne. To dlatego widzi się teraz na ulicy (i w domach) tak wiele piesków rasy chihuahua – są bystre, wesołe, łatwe w opiece i rozkoszne pod każdym względem. Minnie Mouse to moja radość. Dzięki niej się śmieję.

Choć przed laty odrzuciłam propozycję serialu o naszej rodzinie, chcę wam teraz opowiedzieć o różnych zabawnych, z lekka zwariowanych sytuacjach, jakie zaliczyliśmy w rodzinie w związku z psami, o moim obecnym życiu z Minnie i podzielić się różnymi praktycznymi doświadczeniami co do życia z psem, jakie zgromadziłam z biegiem czasu.

Jeśli chodzi o Minnie, to jest kompletnym absurdem, że zawojowało moje serce coś tak mikroskopijnego, ale zawojowało. To dowód, że nigdy nie należy mówić „nigdy”, inaczej wkrótce potem zrobimy to, czego zarzekaliśmy się nigdy nie zrobić, będziemy mieć psa, którego pod żadnym pozorem nie chcieliśmy mieć, i prowadzać maciupeńką, czarującą istotkę na różowej, nabijanej diamencikami smyczce. Wy także możecie oszaleć na punkcie jakiejś kieszonkowej chihuahuy, bo mieć szczeniaka czy psa, którego się kocha, to czysta radość… i tym właśnie jest dla mnie Minnie!!!

Z miłością, D.S.

1. Pies(y) i ja

Gidget

fot. Danielle Steel

Nigdy nie uważałam się za klasyczną „psiarę”, w tym skrajnym sensie, w jakim niektórzy ludzie bywają „psiarzami”, a inni „kociarzami” czy „koniarzami”: chodzą na wystawy koni czy psów, są obsesyjnie oddani swoim zwierzętom i wiedzą wszystko na temat ich ras. Z drugiej strony, zdecydowanie nie jestem kociarą, bo mam na koty ostre uczulenie. Jako dziecko pięcio- czy sześcioletnie zwykłam odwiedzać kota najbliższych sąsiadów i za każdym razem wracałam z oczami tak spuchniętymi, że zostawały z nich tylko szparki, łzawiłam, ciekło mi z nosa i miałam trudności z oddychaniem. Kiedy pozostawałam z nimi dłużej, dostawałam ataku astmy i wracałam do domu zakichana, zakaszlana, ledwie widząca na oczy, a matka mówiła: „Znowu chodziłaś do kota, tak?” Pomiędzy jednym a drugim kichnięciem moja twarz momentalnie przybierała wyraz niewinności: „Ja? Do kota? Nie… Po co?”

W końcu przestałam bywać u kota sąsiadów. Alergia uniemożliwiła mi bliższe poznanie kotów, tak więc te wszystkie rozkoszne rzeczy, które opowiadają o nich ich wielbiciele, są dla mnie abstrakcją. I chyba najbardziej warte odnotowania spotkanie z kotem, jakie mi się przydarzyło, miało miejsce w domu Elizabeth Taylor. Skontaktowała się ze mną przed laty, żeby porozmawiać o przerobieniu dla niej jednej z moich książek na filmowy scenariusz. Zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie, które spotęgowało się jeszcze bardziej, gdy zaprosiła mnie do siebie do domu. Taka okazja! Strasznie chciałam poznać osobiście legendę kina i zobaczyć, jak mieszka. Okazała się bardzo miła, byłam nią oczarowana. W czasie rozmowy do pokoju wszedł kot. „O nie, to się źle skończy” – pomyślałam. I czy to pod wpływem autosugestii, czy też naprawdę, momentalnie zaczęło mnie łaskotać w nosie i pod powiekami. Nie dałam tego po sobie poznać i rozmawiałyśmy dalej, gdy wtem wśliznął się kolejny kot. Po paru minutach po pokoju przechadzało się ich cztery czy pięć. Zaczęłam się krztusić i wiedziałam, że lada moment dostanę ataku astmy.

Wówczas podjęłam jedną z tych przełomowych życiowych decyzji: czy mam się przyznać do mojej słabości i wybiec z pokoju, czy wytrzymać i nie przegapić okazji do kontaktu z ikoną kina, którą od tak dawna chciałam poznać? Zdecydowałam, że nawet jeśli padnę trupem w jej salonie, to trudno. Wytrwałam tak długo, jak mogłam, łzawiąc, kichając i krztusząc się. Byłam pewna, że wszystko skończy się tak, że Taylor zadzwoni po pogotowie, a ja umrę w jej salonie na atak astmy. Gdy spotkanie dobiegło końca, ledwie byłam w stanie oddychać. Z projektu ostatecznie nic nie wyszło, ale udało mi się spędzić z legendą kina bitą godzinę. Było to moje ostatnie poważne spotkanie z kotami. Odtąd, jeśli jestem do kogoś zaproszona, pytam, czy w domu jest kot. Wychodzę na beznadziejną neurotyczkę, ale oszczędzam ludziom konieczności dzwonienia po półgodzinie pod numer 911. Tak więc koty nie są i nie mogą być elementem mojego krajobrazu.

Właściwie to prędzej jestem „dzieciarą”, o czym świadczy fakt, że mam dziewięcioro dzieci. Nigdy nie potrafiłam oprzeć się dziecku, zwłaszcza gdy chodzi o własne.

Ale psy były elementem mojego życia już od dzieciństwa. Niektóre utkwiły mi w pamięci bardziej niż inne. Aż do niedawna nie zdarzyło mi się mieć psa z prawdziwym nosem. Kiedy byłam mała, mieliśmy w domu mopsy. Moim pierwszym psem był płowy mops imieniem James, którego uwielbiałam. Niestety, odszedł tego samego roku, co moja matka, kiedy miałam sześć lat, i obie te śmierci musiały być dla mnie wielką traumą, bo choć psy były stale obecne w moim życiu, przez wiele lat, aż do dorosłości, nie potrafiłam się do żadnego przywiązać na serio. Mimo to myślę, że w pewnym sensie jestem psiarą, ponieważ lubię psy. W moim paryskim mieszkaniu wszędzie stoją ich wielobarwne statuetki autorstwa różnych artystów współczesnych.

Jeszcze długo po śmierci mojego ukochanego mopsa (na atak serca, co było bardzo smutne) ojciec trzymał w domu przedstawicieli tej rasy. W tamtym czasie jednak psy nie były w moim życiu sprawą ważną.

Po czym, już jako osoba dorosła, zdecydowałam się adoptować psa ze schroniska, rozkosznego trzymiesięcznego baseta imieniem Elmer (przyszedł do nas z imieniem). Był „arlekinem”, to znaczy miał sierść białą w czarne łaty. Był to jeden z najzabawniejszych psów, jakie kiedykolwiek miałam, choć miał osobowość, która pasowała do jego smutnych oczu o rozciągniętych, opadających dolnych powiekach. Jako szczeniak przydeptywał sobie w biegu wielkimi łapami uszy i zarywał nosem w podłogę, po czym siadał i szczekał na mnie oskarżycielsko, tak jakbym to ja go zbiła z nóg. A przysięgam, że nie.

Byłam wtedy młodą, początkującą pisarką i mój budżet był dosyć napięty. Elmer zaś nauczył się otwierać przyciskiem lodówkę i była to jego ulubiona sztuczka. Gdy po całym dniu pracy (w charakterze copywriterki) wracałam do domu, Elmer leżał w kuchni na podłodze, rozciągnięty jak długi, wyczerpany wyżarciem mi z lodówki wszystkiego do ostatniego kęsa. W końcu musiałam zainstalować furtkę do kuchni, bo inaczej zeżarłby cały dom, ale go kochałam. Baset to w zasadzie pies myśliwski, tak więc zaledwie otwierasz drzwi, mknie przed siebie jak strzała. Elmer uciekł mi tak dziesiątki razy, po czym znajdowałam go na drugim końcu miasta. Inną niezbyt miłą cechą baseta jest to, że potwornie wyje, jeśli pozostawiasz go samego dłużej niż pięć minut, a sąsiedzi mają wtedy ochotę cię zabić. W końcu musiałam zabierać go do pracy, bo samego w domu zostawić go nie mogłam.

Pomimo jego żarłoczności i wycia kochałam go. Był słodkim, kochanym psem. Spał ze mną w łóżku, kompletnie nieświadom, że miał być psem stróżującym, i spokojnie potrafiłby przespać nawet wojnę. Nie sądzę, aby wiedział, że jest psem… dopóki w jego życiu nie pojawił się baset-dziewczyna i wszystko się zmieniło. Spokojny, leniwy, zaspany Elmer (który pewnego dnia zjadł cały krąg sera gouda, razem z czerwonym woskiem i całą resztą, i przez trzy dni chorował na żołądek) nagle się przebudził: odkrył płeć żeńską!

Mój weterynarz miał suczkę, którą chciał komuś oddać, i zgodziłam się wziąć ją tytułem próby na weekend, żeby zobaczyć, jak im się będzie układało. Pomyślałam, że Elmerowi może być miło, jeśli będzie miał koleżankę. Przez cały weekend suczka zachowywała się nienagannie i wszystko było bez zarzutu. W poniedziałek rano zadzwoniłam i zgodziłam się na adopcję, wieczorem zaś wyszedł na jaw prawdziwy charakter Maude. Wyła jeszcze głośniej niż Elmer, była nerwowa i zbzikowana, a po tygodniu ugryzła dziecko sąsiada. Mądry poprzedni właściciel odmówił przyjęcia jej z powrotem (nie sądził, by było to dla niej dobre, jeśli zostanie „odrzucona” po raz drugi… uuch… tak więc zostałam załatwiona). Musiała chodzić w kagańcu. I w jedną noc zmieniła Elmera w psa – zamiast radosnego, łatwego w obejściu faceta, jakim był do tej pory. Maude miewała też „potomstwo”, parę razy w roku dostawała urojonej ciąży. Adoptowała w charakterze szczeniaka mój pantofel, co od czasu do czasu wywoływało kryzys w mojej garderobie, jeśli akurat był to pantofel potrzebny mi do pracy czy na randkę.

Trzymałam je przez parę lat, ale odkąd doszła Maude, nie był to zbyt cudowny układ. We dwójkę stanowiły potężną siłę. Kiedy moja córka podrosła, zaczęła je wyprowadzać na spacer, i pewnego razu pociągnęły ją za sobą wzdłuż ulicy, tak że wyglądała niczym powożący rydwanem Ben Hur. W końcu zgodziliśmy się wszyscy, że potrzebny im jest dom na wsi, i znalazłam rodzinę, która z radością je przyjęła. Wstyd mi to powiedzieć, ale ich odejście przyjęłam z ulgą. Było przy nich mnóstwo pracy, a odkąd doszlusowała Maude, Elmer nigdy już nie był taki słodki. (Psy często stają się bardziej „psie”, jeśli jest ich więcej niż jeden).

Potem przez jakiś czas żyłam sobie spokojnie bez psów i nie mogę powiedzieć, żeby mi ich brakowało. Elmer i Maude dały mi w kość, niełatwo było radzić sobie z tym ich wyciem, ucieczkami i pożeraniem wszystkiego, co tylko w domu nadawało się do pożarcia.

Kiedy jednak wyszłam za mąż za prawdziwego psiarza, zwierzęta te na nowo wkroczyły w moje życie, i to gremialnie. Mój narzeczony miał bardzo wiekowego czarnego jamnika-miniaturkę, którego uwielbiał i któremu przytrafił się wyjątkowo zły moment, aby umrzeć: w weekend, podczas którego wzięliśmy ślub. Tak więc nazajutrz po weselu mój świeżo upieczony mąż spędził cały dzień na opłakiwaniu swojego zmarłego psa. Nie był to ten radosny scenariusz, który miałam w głowie, toteż przez kolejne trzy dni biegałam po różnych hodowlach, żeby znaleźć mu kolejnego zwierzaka. Byłam zachwycona, kiedy udało mi się znaleźć takiego samego czarnego jamnika-miniaturkę jak ten, którego stracił. (Na szczęście nie planowaliśmy wyjazdu w czasie miesiąca miodowego, miałam więc czas na szukanie). Była to suczka, uroczy, słodki szczeniaczek. Włożyłam ją do dużego niebieskiego pudełka od Tiffany’ego, w które zapakowany był jeden z naszych ślubnych prezentów, i wieczorem wręczyłam mężowi. Był zachwycony i nazwał ją Sweet Pea. (Na siebie mówiliśmy nawzajem „Popeye” i „Olive”, tak więc było to nasze pierwsze „dziecko”).

W