Czyściec niewinnnych - Karine Giebel - ebook
Opis

"To miał być skok stulecia. Trzech opryszków: Raphaël, Will, Fred i prostytutka Christel napadają na sklep jubilerski i kradną łup wartości 30 milionów euro. Dochodzi do starcia z policją, jeden z przestępców zostaje ciężko ranny, ale udaje im się zbiec.  Szukają  pomocy i schronienia na francuskiej wsi. Tu postanawiają wziąć zakładnika… Zbrodniarze nawet nie przypuszczają, jakie tajemnice skrywa mroczna posiadłość i jej właściciele..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

PURGATOIRE DES INNOCENTS

Copyright ©  2012, Fleuve Noir, Département d'Universe Poche

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Magdalena Świtała, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-376-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Pascala, mojego brata

Prolog

Nie pamiętam już dokładnie. Tak jakbym pogrzebała to gdzieś, pod całymi metrami sześciennymi świadomości.

Obrazy, słowa, doznania, zapachy.

Ból.

Nic konkretnego.

Jakby to się nigdy nie zdarzyło.

Jakby to się nigdy  m n i e  nie zdarzyło.

A jednak się zdarzyło.

Ciągle żywa rana, okaleczenie, które krwawić będzie aż do śmierci. Blizna tak głęboka jak otchłań, w której się zgubiłam. Zapomniałam się.

Ciężko to wyjaśnić.

To po prostu zmieniło moje życie. Zrobiło ze mnie coś, nie wiem dokładnie co…

Każda kobieta na swój sposób reaguje na ten akt przemocy, którego nie da się zapomnieć.

Każda kobieta i każde dziecko.

Ci, którzy to przeżyli, wiedzą, o czym mówię. Inni nie mogą sobie tego wyobrazić, choćby nie wiem jak bardzo się starali.

Niewielu może to zrozumieć. Albo, niestety, zbyt wielu.

Ale każdy może osądzić. Tę istotę, którą się stałam.

Tak łatwo jest osądzać.

Tak trudno zrozumieć.

Nie tylko boli to tak, że chciałoby się umrzeć. To coś znacznie gorszego. Powoli drąży cię od środka. Pożera cię, aż pozostaje jedynie pusta wyschnięta powłoka.

Tak bardzo chciałabym, żeby mnie zabił. Żeby mnie wykończył. Dałby tym dowód miłosierdzia. Ale sądzę, że nie znał litości.

A ja zapomniałam, czym ona jest.

Zabrał mi wszystko, nic nie zostawił.

Tego dnia zrozumiałam, że można umrzeć kilka razy.

Ja umarłam w ponurym pokoju dawno temu. Tak dawno…

A jednak coś przetrwało. A raczej coś się tamtego dnia narodziło.

Coś, co chodzi i mówi zamiast mnie.

Wtorek, 4 listopada

Rozdział 1

15.00 – PARYŻ, PLACE VENDÔME

– Platynowy naszyjnik wysadzany diamentami, z jednym ośmiokaratowym diamentem w kształcie gruszki, dwoma żółtymi, jednym siedmio-, a drugim pięciokaratowym, i z dwoma różowymi, z których każdy ma dwa karaty.

Wyrecytował to z elegancją i dystynkcją w głosie. Niemal szeptem, tak bardzo nieprzyzwoicie to brzmi.

Teraz bacznie obserwuje twarz młodej kobiety, pewien, że wywarł na niej odpowiednie wrażenie. Ma zadziwiające oczy, które trochę go peszą. Lewe jest niebieskie, z lekkimi zielonymi refleksami. Prawe ciemnobrązowe. Dwa klejnoty, których oprawę stanowi delikatna matowa twarz. Zresztą bez makijażu. Jej oczy naprawdę nie potrzebują żadnych sztucznych zabiegów.

W tym naszyjniku wyglądałaby cudownie. Nie wszystkie kobiety są stworzone do noszenia trzech milionów euro na szyi.

Ale ona tak.

Królewska postawa, naturalna elegancja. Chyba jednak od niedawna pławi się w luksusie. To też jubiler wyczuwa. Ponieważ pośród jego gablot często przechadzają się niezwykle bogate klientki, szybko odróżnia te, które urodziły się w przepychu, od tych, które dopiero od niedawna cieszą się wielkim majątkiem.

Ta kobieta ma w sobie coś z buntowniczki, zarówno w samej postawie, jak i we wzroku. Coś niebezpiecznego, dzikiego. Zwierzęcego.

Towarzyszący jej czterdziestoletni mężczyzna też nie wygląda na typowego miliardera. Mimo garnituru od Armaniego i zdobiącego nadgarstek zegarka Audemars Piguet przywodzi na myśl raczej przestępcę. Stara blizna, która przecina mu prawy policzek, sprawia, że przypomina bandytę. Nie nadstawił lewego policzka, to oczywiste. Kolejny nuworysz… albo mafioso. Podnosi oczy na sprzedawcę, patrzy zimnym wzrokiem.

– Jest wspaniały – mówi.

– W istocie, wspaniały – potwierdza jubiler.

Do sklepu wchodzi trzeci klient, młody elegancki mężczyzna, którym natychmiast zajmuje się asystentka. Jubiler obserwuje go ukradkiem, po czym znowu skupia się na potencjalnych nabywcach. Jeżeli dziś sprzeda ten naszyjnik, to wyjątkowe cacko…

Kobieta o różnobarwnych oczach nie mówi nic. Nieruchoma, podziwia klejnot. Potem spogląda na męża – czy kochanka – i całkowicie odmienia ją uśmiech.

– Chcę mieć ten naszyjnik – mówi.

– Jest twój… Wszystko, co tu jest, należy do ciebie – dodaje mężczyzna. – Prawda, proszę pana?

Jubiler zaciska wargi, czuje nagle dziwną suchość w gardle.

– Prawda? – powtarza pytanie klient.

– Pan jest bardzo hojny – rzuca na próbę jubiler. – Albo bez pamięci zakochany!

– Ani jedno, ani drugie – odpowiada mężczyzna, odsłaniając połę marynarki.

Colt Double Eagle błyszczy prawie tak samo jak naszyjnik.

– Pan jest po prostu  u z b r o j o n y. 

16.30 – 300 KILOMETRÓW NA POŁUDNIE OD PARYŻA

Samochód terenowy pędzi po wąskiej, prostej, ale i pustej drodze.

Pośród pól, głębokich lasów, tajemniczych stawów. Domków Baby Jagi, wiejskich chałup z innej epoki bądź supernowoczesnych willi…

Sandra się spóźni. Ale to nieważne: poczekają. Bo mają tylko ją.

Tego popołudnia pięknie świeci słońce; a jeszcze rano wydawało się, że mgła nigdy nie ustąpi.

Tego ranka… Wyjechał o świcie. Sandra odprowadziła go wzrokiem, aż pogrążył się we mgle i straciła go z oczu. Lęk nie pozwolił jej już zasnąć, a przecież on za kilka dni wróci. Nieuniknione bolesne rozstanie. Musiał wyjechać, miał do wykonania misję. Niebezpieczną misję.

Ale ryzyko jest zawsze oszacowane.

Wróci bardzo szybko, nie zostawi mnie. Bo mnie kocha, bo jesteśmy jak dwie połowy tej samej istoty.

Nasze ciała się uzupełniają.

Na myśl o jego powrocie przeszywa ją dreszcz.

– Wczesnym popołudniem miał miejsce krwawy napad na słynny sklep jubilerski przy Place Vendôme w Paryżu… – Sandra zdejmuje nogę z gazu i pogłaśnia radio. – Złodzieje, trzej mężczyźni i kobieta, przystąpili do akcji tuż po piętnastej, udając zamożnych klientów. Ale gdy opuszczali sklep, wybuchła strzelanina… w wyniku wymiany ognia z siłami porządkowymi zginęła przypadkowa kobieta, a jeden policjant został ciężko ranny. Z naszych informacji wynika, że obrażenia odniósł także jeden z bandytów. Mimo to przestępcom udało się uciec z łupem, którego wartość wstępnie szacuje się na kilka milionów euro…

18.30

Ominęli policyjne zapory. Opuścili Paryż, wybierając słabo uczęszczane drogi.

Trzy godziny, trzysta kilometrów.

Trzej mężczyźni, jedna kobieta. W bagażniku audi biżuteria warta trzydzieści milionów euro. Double eagle, glock, beretta.

Litry benzyny, długie okresy milczenia. Pytania, obawy.

Ziarnko piasku w sprawnie przecież działającej maszynie.

Nieoznakowany samochód w złym momencie w dobrym miejscu. Nakrywają ich trzej gliniarze, gdy wybiegają ze sklepu jubilerskiego.

Przypadek? Pewnie tak. Chyba że… Zadzwonił do nich jakiś świadek? Ktoś wszczął alarm, a oni się nie zorientowali? Wydział do Walki z Przestępczością miał ich na oku i nie wiedział tak naprawdę, gdzie uderzą?

Strzały.

Pada Will. Pada kobieta na ulicy. Pada gliniarz.

Pada doskonały plan.

– Zdechnę, co? – jęczy William.

– Nie mów tak – protestuje Raphaël, spoglądając w lusterko wsteczne. – Nie pozwolę ci umrzeć.

– Ale ja się, do cholery, wykrwawiam…

– Uspokój się – odpowiada jego brat. – Będzie dobrze, zaufaj mi.

– Nie sądzę – mruczy William. – Nie sądzę…

Liczyli, że uda im się przynajmniej dotrzeć do kryjówki. Do znakomitej mety urządzonej wiele tygodni wcześniej. W niezbyt odludnym miejscu, żeby nie przyciągać uwagi, wyposażonej tak, że można by w niej wytrzymać oblężenie.

Tyle że w tym przypadku też coś poszło nie tak.

Na ulicy roiło się od mundurów, wszędzie błyskały koguty. Najpierw sądzili, że gliny przyjechały tu ze względu na nich. Potem zobaczyli straż, pogotowie. Pożar w domu obok, nie dało się dyskretnie podjechać. W tył zwrot i zmiana planu.

Jazda bez celu.

Pech ich prześladuje, nie chce się od nich odczepić. Zresztą strzelanina wszystko zmieniła. Nie mogliby się tam zatrzymać, za duże ryzyko, może są śledzeni.

Raphaël nagle zatrzymuje S4 na skraju drogi. Głowa zaraz mu pęknie jak zbyt dojrzały owoc.

– Co ty wyrabiasz? – pyta nerwowo Fred.

– Siadaj za kierownicą, jestem wykończony.

Raphaël rozprostowuje napięte mięśnie, potem robi kilka kroków koło luksusowego samochodu. Zapala papierosa, dołącza do niego Fred; jest cały zakrwawiony, ma krew na rękach, na spodniach, na koszuli. Nawet na twarzy. Jakby to on dostał dwie kulki.

Christel się nie rusza. Siedzi na fotelu pasażera pogrążona w milczeniu, nie korzystając z tej przerwy choćby po to, żeby iść się wysikać. Nie patrząc na Williama, który dogorywa za jej plecami.

– Chodź, wsiadaj, spadajmy stąd – mówi Fred.

– Zamknij się – odpowiada spokojnie Raphaël. – Palę fajkę, chyba dasz mi skończyć?

Otwiera drzwi i przygląda się bratu leżącemu na tylnym siedzeniu przesiąkniętym krwią.

– Będzie dobrze, mały – obiecuje z uśmiechem, który ma wyglądać uspokajająco.

– Jak sądzisz, ile litrów krwi ma człowiek? – pyta William łamiącym się głosem.

– Nie wiem… Chyba coś około pięciu.

– Zgadza się – potwierdza Christel, nie odwracając się. – Faceci mają pięć do sześciu litrów, a kobiety cztery do pięciu.

– Chyba nie zostało mi jej już wiele!

– Opaska uciskowa skutecznie tamuje krew – mówi Raphaël, siadając. – A poza tym jesteś silny. – Kładzie sobie głowę brata na kolanach, przejeżdża mu ręką po włosach. – Znajdę jakieś rozwiązanie – dodaje. – Wytrzymaj… No już, Fred, ruszaj.

20.00

– Zatrzymujemy się w następnej wiosce – rozkazuje Raphaël. – Trzeba znaleźć lekarza.

– Zwariowałeś? – krzyczy Fred.

– Will potrzebuje natychmiast lekarza.

– Mowy nie ma! – protestuje kierowca.

Raphaël przysuwa się do zagłówka.

– Mówię, że zatrzymujemy się w następnej wsi – powtarza, nie podnosząc głosu. – Czy to jasne?

Fred parkuje na poboczu. Są w samym środku gęstego lasu, tak gęstego jak noc, która puka w szyby samochodu.

Fred wysiada z audi, Raphaël idzie za nim. Spotykają się przed maską.

Twarzą w twarz.

– Nie możemy tego zrobić, Raph, gliny siedzą nam na ogonie!

– Sądzisz, że dam zdechnąć własnemu bratu?

Fred nie odpowiada, kopie suchą gałąź.

– Co niby twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – pyta Raphaël.

– Powinniśmy byli pojechać na metę, jak tylko gliny się stamtąd zwinęły, to trzeba było zrobić! Tak jak od początku planowaliśmy.

– Równie dobrze moglibyśmy udać się prosto na komisariat! Czekają tam na nas, zrozum to wreszcie! Sądzisz, że to przypadek, że chcieli nas zwinąć przy wyjściu ze sklepu? Śledzili nas, a to znaczy, że nas namierzyli.

– Bredzisz! Gdyby nas śledzili, nie wysłaliby trzech niewydarzonych gliniarzy!… Powinniśmy byli jechać na metę…

– Za duże ryzyko – przerywa mu Raphaël. – Trzeba znaleźć nową kryjówkę. Ale najpierw lekarza dla Willa. Więc wsiadaj z powrotem za kierownicę i gnaj do najbliższego miasteczka.

Fred zagryza wargi i nie odpowiada. Wracają do audi. Raphaël głaska po policzku brata, który zdaje się spać, ale jęczy z bólu.

– Zajmiemy się tobą – mruczy. – Wytrzymaj… Nie zostawiaj mnie teraz.

20.20

Audi stoi wzdłuż chodnika z wygaszonymi światłami.

Raphaël zapisuje numer na paczce fajek. Christel podchodzi do niego i też czyta napis na tabliczce.

– S. Thuillier, weterynarz…  W e t e r y n a r z?!  Odbiło ci!

– Weterynarz to tak jak lekarz. Umie uśpić, zoperować i zeszyć.

– Jeśli tak mówisz – wzdycha młoda kobieta. – W końcu to twój brat… Nie mój.

Raphaël przechodzi na drugą stronę wąskiej uliczki i widzi, jak w oknie na pierwszym piętrze lekko odchyla się zasłona.

Wchodzi do przedpotopowej budki telefonicznej. Chyba tylko w zapadłej Francji można jeszcze znaleźć coś podobnego… Wybiera numer weterynarza, modląc się, by został automatycznie przekierowany do domu albo by automatyczna sekretarka podała mu telefon alarmowy.

Po czterech dzwonkach odzywa się kobiecy głos.

– Dobry wieczór pani, chciałbym rozmawiać z doktorem Thuillierem…

– To ja.

– Ach… Moje nazwisko Favier. Pozwalam sobie dzwonić, gdyż stoję pod pani gabinetem. Potrąciłem psa na drodze departamentalnej, jest ranny i nie wiem, co robić…

Po drugiej stronie lekarka ciężko wzdycha.

– Czy jest poważnie ranny?

– No, sam do końca nie wiem, ale nie może wstać ani chodzić…

– W takim razie to coś poważnego – dochodzi do wniosku doktor Thuillier. – Jaka to rasa?

– Wygląda na… labradora.

– Ma obrożę?

– Nic nie ma… Może mi pani pomóc?

– Już jadę. Będę za jakieś dziesięć minut.

– Bardzo dziękuję, czekam.

Kobieta się rozłącza, Raphaël się uśmiecha. Wraca do audi, Fred opuszcza szybę.

– Pani doktor już jedzie.

–  P a n i? 

– Tak,  p a n i. 

– Jakiś dziadek obserwuje nas przez okno.

– Widziałem – odpowiada Raphaël, zapalając papierosa.

– Musimy się stąd ciupasem zwijać.

– Nie trzęś się tak. Schowajcie się z Christel w uliczce. Ja zajmę się resztą…

Sandra wsiada do samochodu terenowego.

Zapowiada się nieprzyjemny wieczór, ale nie ma wyboru.

Taką ma robotę.

Z tego, co mówił ten gość, wynika, że pewnie będzie musiała uśpić psa. Nie ma teraz na to ochoty.

Nie teraz, gdy jego nie ma. Gdy za nim tęskni.

Gdy ledwie wróciła do domu po wyczerpującym dniu. Odwiedziła cztery gospodarstwa.

Nissan qashqai rusza drogą gruntową – to zaledwie kilkadziesiąt metrów – po czym wjeżdża na asfalt i przyspiesza.

Im szybciej dotrę na miejsce, tym szybciej będzie po wszystkim. Ten facet miał przyjemny głos. Niski, ciepły, zmysłowy. I przynajmniej nie zostawił konającego psa na skraju drogi jak co poniektórzy.

Światła z trudem przebijają się przez mgłę, która podstępnie przypuszcza kolejny atak, a przed świtem pochłonie całą równinę.

Po ośmiu minutach Sandra wjeżdża do Mermaisan. Do opustoszałego cichego miasteczka, które trochę przypomina cmentarz.

Dlatego właśnie on postanowił tu zamieszkać.

Ta cisza, samotność… Absolutny spokój.

Zatrzymuje nissana przed gabinetem, dostrzega sylwetkę mężczyzny, który do niej dzwonił. Jest dość wysoki, w ciemnym garniturze i koszuli.

– Dobry wieczór, nazywam się Thuillier.

Raphaël próbuje nie ścisnąć za mocno ręki, którą mu podaje.

– Dziękuję, że przyjechała pani tak szybko, pani doktor.

Sandra widzi krew na jego koszuli; labrador musi być naprawdę nieźle pokiereszowany.

– Gdzie jest pies?

– Z tyłu w moim samochodzie. W audi tu naprzeciwko.

– Trzeba go będzie zanieść do gabinetu.

– Nie ma problemu.

Podchodzą do czarnej limuzyny, Raphaël otwiera tylne drzwi, zaprasza panią weterynarz, by zajrzała do środka.

Sandra zastyga na chwilę w osłupieniu na widok młodego człowieka leżącego na siedzeniu. Jej wzrok zatrzymuje się na ranie na nodze. Wszędzie jest pełno krwi. Cofa się odruchowo i nagle czuje, jak coś twardego wbija się jej między żebra.

– Niech się pani nie rusza – rozkazuje łagodnie Raphaël. – Bo pociągnę za spust.

Sandra zamiera, zamyka oczy.

– Mój brat jest poważnie ranny, potrzebuję pani pomocy.

– Nie jestem lekarzem, jestem…

– …w stanie go opatrzyć, wiem o tym. Więc niech pani ze mną nie pogrywa.

– Proszę posłuchać, nie wiem dokładnie, w jakim stanie jest pana brat, ale wydaje mi się, że jest bardzo poważnie ranny. Nie mam w gabinecie sprzętu, by udzielić pomocy w takim przypadku. Trzeba go zawieźć do szpitala.

– To niemożliwe, więc pani musi się nim zająć. Chyba że woli pani zginąć, pani doktor?

– Proszę się uspokoić!

– Jestem całkowicie spokojny. I całkowicie zdeterminowany. Pójdziemy razem do pani gabinetu po to, co pani potrzebne, a potem stąd spadamy. Jedziemy do pani.

– D… do mnie?

– Tak, do pani. Najwyraźniej mieszka pani niedaleko. Ile osób jest u pani w domu?

– Mój… mój mąż i… trzej synowie.

Raphaël uśmiecha się za jej plecami.

– Bardzo źle pani kłamie, pani doktor.

Przyciska broń, z jej ust dobywa się krzyk.

– Jestem sama, mąż wyjechał.

– Świetnie, to brzmi znacznie lepiej. Proszę iść przodem, pani doktor. Tylko żadnych głupich numerów. Jeśli będzie pani grzeczna, wszystko będzie dobrze, może mi pani wierzyć.

Rozdział 2

Qashqai wjeżdża na błotnistą drogę gruntową, tuż za nim audi.

– Jesteśmy na miejscu – mruczy Sandra.

Raphaël nie widzi wiele przez tę przeklętą mgłę, która całkowicie pochłonęła okolicę.

– Niech się pani zatrzyma przed drzwiami, wyłączy silnik i poda mi klucze.

Sandra wykonuje polecenie, audi staje tuż za nią.

– Niech pani wysiądzie.

Z trudem wychodzi z samochodu, drżą jej nogi. Raphaël natychmiast chwyta ją za ramię.

– Niech pani otworzy drzwi.

– Nie są zamknięte…

Wchodzą do domu, podczas gdy pozostała trójka czeka w S4. Sandra zapala światło, znajdują się w dużej jadalni. Raphaël nadal mocno trzyma ją za ramię, kobieta nie robi nic, żeby się wyrwać.

Jest przyzwyczajona do złych psów.

– Na pewno nikogo tu nie ma? – pyta przestępca, patrząc jej prosto w oczy.

Ma metaliczny wzrok delikatnie łączący błękit z szarością.

Metaliczny i magnetyczny.

Sandra przecząco kręci głową.

– OK, pójdziemy po resztę.

Wracają do audi, Raphaël przekazuje Christel broń i panią weterynarz.

– Nie odstępuj jej na krok, zrozumiano?

Christel wymierza broń w Sandrę, gdy tymczasem Fred i Raphaël wyjmują rannego z samochodu i prowadzą do domu, wspierając z obu stron.

Jest na skraju omdlenia, waży chyba z tonę.

– Spokojnie, Will, wytrzymaj! Jesteśmy już prawie na miejscu – mówi brat pokrzepiająco.

W środku Raphaël spogląda pytającym wzrokiem na Sandrę, która mówi:

– Połóżcie go tutaj.

Wskazuje duży drewniany stół rustykalny z ławami po obu stronach. Bardzo modny w tym regionie.

We dwóch podnoszą Williama i kładą na stole. Sandra bierze z kanapy pled, zwija i podkłada mu pod kark.

– Da się tu gdzieś schować S4? – pyta Raphaël.

– Co schować?

– Brykę!

– Garaże są na tyłach domu.

– Niech mi pani da klucze.

– Jeden jest otwarty…

Widać tutaj ludzie nie boją się złodziei. Poza lisami i borsukami pewnie mało kto pojawia się w tej dziurze zabitej dechami.

Idealna kryjówka.

Czyżby szczęście znowu zaczęło im sprzyjać?

– Fred, idź zaparkować furę i przynieś tu nasze rzeczy.

Fred natychmiast wykonuje polecenie, gdy tymczasem Sandra pochyla się nad napiętą i przeraźliwie bladą twarzą rannego. Zadanie będzie trudne; za długo czekali, stracił dużo krwi.

– Jak się pan czuje? – pyta cicho.

– Boli mnie. Nie mam już siły… Chce mi się pić.

– To normalne. Ale nie mogę panu teraz dać nic do picia, bo będę musiała podać narkozę.

Odwraca się do Raphaëla, który robi wrażenie bardzo zaniepokojonego.

– Czy on coś pił albo jadł w ostatnim czasie?

– Jadł o dwunastej obiad, a potem pił wodę.

– W samochodzie została moja torba.

– Christel ją przyniesie. Coś jeszcze?

– Jak on ma na imię?

– William, czyli Will.

Sandra znowu kieruje uwagę na pacjenta.

– Wszystko będzie dobrze, Williamie.

Odczuwa potrzebę uspokojenia go. Może dlatego, że sama umiera ze strachu.

Jest taki młody. Nie ma jeszcze trzydziestu lat. A jego życie wisi na włosku.

– Jest pani lekarką? – pyta.

Sandra się uśmiecha.

– Tak. Co prawda zwykle leczę innego rodzaju pacjentów, ale wszystko będzie dobrze.

– Czy ja umrę?

Otwiera usta, by odpowiedzieć, lecz ubiega ją Raphaël.

– Ależ skąd, nie umrzesz! Nie mów takich rzeczy… Pani doktor się tobą zajmie!

Sandra grzebie w torbie, którą właśnie przyniosła jej Christel. Wyjmuje rękawiczki chirurgiczne i różne narzędzia tortur.

William odwraca głowę w stronę tego sprzętu, a brat bierze go za rękę. Włożył spluwę za pasek, bo pani weterynarz nie wygląda na osobę, która chciałaby wyciąć im jakiś numer.

Sandra zwraca się do Christel, która najwyraźniej wyczerpana opadła na kanapę.

– Niech pani pójdzie do kuchni i zagotuje wodę w garnku.

Christel patrzy na nią krzywo. Ma zadziwiające oczy, każde w innym kolorze.

– Nie jestem twoją służącą!

– Zamknij się! – wrzeszczy Raphaël. – Rób, co ci każe, i lepiej się pospiesz!

Młoda kobieta wzdycha, ale wypełnia polecenie.

– Gówniany dzień! – mruczy, szukając kuchni.

Sandra wyjmuje z szafki nożyczki i zaczyna rozcinać spodnie rannego. Kula utkwiła mu w udzie, tuż nad kolanem.

– Niech mi pan pomoże go rozebrać – mówi.

We dwójkę zdejmują mu marynarkę, a potem Sandra rozcina koszulę. Will jest prawie nagi, zaczyna się trząść.

– Niech pan podkręci kaloryfery na maksimum – zarządza lekarka. – Nie może mu być zimno.

Rana na ramieniu jest lżejsza od tej drugiej; kula przeszła na wylot, wyrwała spory kawałek ciała na szczycie ramienia.

Wobec ogromu zadania Sandra ma jednak ochotę się poddać. Ale Raphaël czuwa tuż za jej plecami. Czuje jego wzrok śledzący każdy jej ruch, jego obecność ponad swoim ramieniem. To ją dekoncentruje.

Nie powinnam była, do cholery, odbierać telefonu!

Próbuje odzyskać zimną krew. Sprawnie wykonywać poszczególne ruchy. Uspokoić żałosne drżenie rąk. Zoperować poważnie rannego mężczyznę pod lufą pistoletu na zwykłym stole.

Spróbować ocalić mu życie, gdy jej życie jest zagrożone.

Teraz ona z kolei o mało nie mdleje, wczepia się w stół.

Znam ich twarze, imiona. Kiedy skończę, zabiją mnie.

Oczywistość tego stwierdzenia uderza ją jak smagnięcie biczem, brakuje jej tchu.

Raphaël podchodzi niebezpiecznie blisko, odzywa się do niej ledwie słyszalnym głosem.

– Nie pora się teraz załamywać. To sprawa życia i śmierci…

23.00

Raphaël i Fred niosą Williama na kanapę. Jest jeszcze nieprzytomny, przykrywają go kocem.

Sandra, wykończona, siedzi na ławie. Wyjęła kulę, zaszyła rany. Misja zakończona.

– Dobra robota – przyznaje Raphaël.

Nie odpowiada mu, nawet nie podnosi na niego wzroku.

Christel wyniosła ich rzeczy na piętro, skorzystała z tego, żeby się przebrać, zamieniając szykowną garsonkę na dziurawe dżinsy i podkoszulek z długimi rękawami.

– Są dwa pokoje na górze i jeden na dole – oznajmia. – Wybrałam jeden na górze.

– Jestem głodny – mówi nagle Fred. – Zrobisz nam coś do żarcia?

– Jeszcze czego! Jeśliś głodny, sam sobie radź!

– Przestańcie się drzeć – rozkazuje Raphaël. – Idźcie spać, ja zostanę z Willem.

– A ona? – pyta Fred, patrząc na Sandrę.

Lekarka podnosi głowę, jej wzrok napotyka spojrzenie Raphaëla.

– Przywiążemy ją do łóżka. Przykro mi, pani doktor, ale nie mam wyboru.

– To nie będzie konieczne. Muszę z nim zostać, być przy nim, na wypadek gdyby się obudził.

– Świetnie.

Fred opróżnia lodówkę, po czym znika na piętrze. Christel zostaje jeszcze kilka minut, pali papierosa na progu domu.

– Idę się przekimać – mówi. – Dobranoc…

– Dobranoc, moja śliczna – odpowiada Raphaël.

Młoda kobieta idzie na górę lekkim krokiem, Raphaël siada na oparciu kanapy, nie spuszczając wzroku z brata. Sandra powoli wraca do siebie; zupełnie naturalnie rusza w stronę kuchni, ale nagle czyjaś ręka łapie ją za ramię. Gwałtownie robi krok w tył.

– Gdzie pani idzie?

– Wypić szklankę wody, chyba mam prawo?

Raphaël zaciska dłoń.

– Nie ruszy się pani choćby o milimetr, nie pytając mnie o zgodę, czy to jasne?

Sandra łagodnie kiwa głową, on zwalnia uścisk.

– Pójdę z panią – dodaje.

Sandra odkręca kran, czuje, że wkrótce nogi odmówią jej posłuszeństwa. Tuż za plecami wyczuwa obecność Raphaëla. Nie umknie jego czujności, chyba że zmorzy go sen. Zresztą teraz jej nie zabije, może jeszcze być mu potrzebna.

– Kiedy wraca pani mąż?

Sandra się wzdraga, upuszcza szklankę, która rozpryskuje się w zlewie. Raphaël się uśmiecha.

– Więc kiedy wraca?

– Nie… nie wiem.

– Gdzie jest?

– W podróży. Wyjechał… służbowo. Zadzwoni i powie mi.

Wracają do jadalni, Sandra przysuwa fotel do kanapy. Sprawdza puls cudem odratowanego, dotyka mu czoła. Raphaël wpatruje się w nią uporczywie.

– Nie wiem, czy przeżyje – wyznaje Sandra szeptem.

Bandyta mruży oczy i zaciska wargi.

– Mam taką nadzieję – mówi. – Mam taką nadzieję  z   u w a g i   n a   p a n i ą. 

Staje tuż za nią, pochyla się. Kobieta czuje, jak jego ręce ciężko opadają na jej ramiona.

– Jego życie leży w twoim interesie – mruczy jej do ucha.

– Zrobiłam, co mogłam! – broni się Sandra. – Korzystając z tego, co miałam pod ręką…

Słyszy w jej głosie łzy, czuje drżenie jej ciała. Ściska mocniej.

– Może… Ale jeśli on zejdzie, obiecuję ci, że zajmę się tobą osobiście. Jeśli Will umrze,  t y   t e ż  umrzesz.

Środa, 5 listopada

Rozdział 3

4.40

William czasami otwiera oczy. Nie wydaje się jednak, by w pełni odzyskał przytomność, jęczy i wypowiada bezsensowne słowa. Raphaël trzyma go za rękę, próbuje uspokoić. W tej chwili myśli o ich matce.

Dziwne, lecz myśli o niej przy każdym napadzie. Jak smarkacz, który wie, że zrobił coś złego. A przecież od dawna nie jest już dzieckiem. I od dawna jej nie ma już na tym świecie.

Ale w ciszy tego nieznanego domu składa jej uroczystą obietnicę: „Will nie umrze. A wiesz, że zawsze dotrzymuję słowa”.

William, najmłodszy z trójki braci.

Raphaël jest najstarszy. Anthony, drugi z rodzeństwa, zginął na marsylskim chodniku w pewien lipcowy wieczór. Dwie kule trafiły go w serce, jedna w głowę. Zszedł na złą drogę, popełnił błędy, których w tym środowisku się nie wybacza.

Raphaël myśli także o nim. Nie chce stracić drugiego brata.

Jego zmęczony wzrok odrywa się na moment od Williama i wędruje ku Sandrze, która mniej więcej przed godziną zasnęła w fotelu. Mimo że Raphaël przysiągłby, iż strach nie pozwoli jej usnąć, wbijając się niczym szpikulec w jej ciało.

Jeśli Will umrze, ty też umrzesz.

Ale zmorzył ją sen. On natomiast nie zmrużył nawet oka.

Przez kilka minut z przyjemnością ją obserwuje, przygląda się jej twarzy, która nie ma w sobie nic anielskiego. Wąski nos, mocno zarysowana szczęka. Twarde rysy, które ledwie łagodzą długie popielate włosy, błyszczące i delikatne jak jedwab. Duże, bardzo jasne zielone oczy, wydatne usta, które nie znają uśmiechu. Za to pewnie potrafią gryźć.

Z tej kobiety emanuje coś nieokreślonego, niepokojącego. Jak synkopowana, urywana, poszatkowana muzyka. Fascynująca niedoskonałość.

William znowu jęczy, Raphaël ściska go za rękę.

Wpadli po uszy w gówno, wie o tym. Cień wieżyczek strażniczych i męki w ponurej celi unosi się nad ich głowami.

Uratować Williama, ale nie tylko od śmierci. Również od więzienia. Które jest może znacznie gorszą karą.

Willa, którego noga nigdy nie stanęła w zakładzie karnym, nie licząc wizyt u starszego brata.

Ma 43 lata, z czego czternaście spędził za kratami. Wie, że jeśli tam wróci, już nigdy nie wyjdzie. Chyba że przy pomocy wspólników. Albo nogami do przodu.

Ale nie Will, nie. Musi go chronić przed tym piekłem.

Will, który właśnie wyszeptał jego imię, zawołał go z czeluści sztucznej śpiączki.

– Jestem przy tobie – odpowiada Raphaël, miażdżąc mu dłoń. – Jestem…

Stan Willa się pogarsza, jest niespokojny. Ma gorączkę, cierpi.

Raphaël delikatnie potrząsa lekarką. Jej powieki unoszą się, krzyczy ze strachu. Prostuje się, patrzy na niego z przerażeniem.

– Spokojnie… Z Willem jest gorzej.

Sandra klęka koło rannego, mierzy mu puls i dotyka czoła.

– Otwarł oczy? – pyta.

– Nie do końca. Co mu jest?

– Cierpi.

– Może mu pani chyba dać jakąś tabletkę przeciwbólową, nie?

– Poszukam czegoś.

Idzie za nią krok w krok aż do maleńkiej łazienki na parterze. Sandra szybko wyjmuje pudełko z szafki z lekarstwami i natychmiast wraca do młodego człowieka.

– Trzeba rozpuścić to w szklance wody i dać mu do wypicia.

Gdy podaje mu saszetkę, twarz Raphaëla tężeje.

– Masz mnie za idiotę… Ty mu to dasz, a ja nie zostawię cię samej ani na sekundę. Jeśli sądzisz, że uda ci się mnie gdzieś wysłać, żebyś mogła zwiać, to się mylisz.

Przez jakiś czas mierzą się wzrokiem.

– Zresztą zamknąłem drzwi na klucz i mam go w kieszeni – dodaje Raphaël. – Tak samo jak klucze do twojej bryki.

– W takim razie czego się pan boi? – kpi z niego Sandra.

Nie brak jej odwagi. Raphaël się uśmiecha.

– Mogłabyś całkiem śmiało wyjść przez okno. Więc przestań ze mną dyskutować i daj mu lekarstwo. Bo jak nie, to się zdenerwuję… Chcesz zobaczyć, jak wyglądam, gdy się zdenerwuję?

– Czuje się pan silny, bo ma pan broń!

Raphaël uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Nie potrzebuję spluwy, żeby cię uciszyć, możesz mi wierzyć na słowo.

Sandra dalej przygląda mu się w blasku lampki z masy szklanej. Raphaël ma na sobie poplamioną krwią koszulę i pistolet automatyczny w zasięgu ręki. Do tego blizna na twarzy, brutalny wzrok.

Jest przerażający.

Kobieta kapituluje i idzie do kuchni. Przygotowuje lekarstwo, machinalnie mieszając łyżeczką roztwór w szklance.

Jak się stąd wydostać? Jak uniknąć pewnej śmierci?

Gdy tylko młodszy brat poczuje się lepiej, znowu wyruszą w drogę, ale przedtem będą chcieli zatrzeć ślady. Usunąć niewygodnych świadków.

Może dzisiaj. Albo jutro.

– Będziesz to mieszać godzinami? – pyta Raphaël.

Ręka Sandry nieruchomieje, jej wzrok pada na blok z sześcioma nożami kuchennymi. Leżą w odległości zaledwie kilku centymetrów. Otwiera drzwiczki pod zlewem, wyrzuca pustą saszetkę.

No dalej, wykaż się odrobiną odwagi, Sandro! Jesteś w stanie to zrobić…

Jej ręka ociera się o drewniany blok. Chwycić rękojeść największego noża, odwrócić się, wbić mu go w brzuch. Zaskoczony nie zdąży wyjąć zza pleców pistoletu.

Pochyla się, żeby wypić łyk wody prosto z kranu, wykorzystuje ten moment i zerka w bok. Jej cel stoi dwa metry dalej oparty o ścianę, z założonymi rękami.

Kobieta osusza wargi, wyciera ręce w ścierkę.

Teraz.

Gdy obudzą się pozostali, będzie za późno, nie będziesz miała żadnych szans.

Kładzie ścierkę obok bloku, staje dokładnie na wprost noży.

Teraz.

Zręczny, szybki, bezszelestny ruch.

Raphaël zdążył tylko wyciągnąć rękę, żeby zmienić kierunek ostrza. Sandra wydaje coś w rodzaju okrzyku wojennego – lub okrzyku przerażenia – i natychmiast ponawia atak.

Słusznie, bo przestępca nie ma czasu sięgnąć po broń, stara się jedynie uniknąć ciosu, który rozpłatałby go na pół. Łapie ją za nadgarstek, ale ostrze wbija mu się w przedramię. Teraz on wrzeszczy, tym razem z bólu. Wytrzymuje jednak, wykręca jej rękę, aż Sandra wypuszcza broń.

Wolną dłonią uderza go z całej siły w głowę.

Furia, która pokazuje szpony. Histeryczka nieświadoma niebezpieczeństwa.

Udaje mu się unieruchomić jej ręce, odpycha ją mocno. Sandra traci równowagę, wpada na stół, przewraca się.

Strach dodaje jej energii, więc wstaje, próbuje uciekać.

Raphaël mocno chwyta ją za włosy, wykręca jej kark.

Kobieta znowu krzyczy.

Już widzi się martwa.

Czuje, jak lufa colta wchodzi jej do gardła. Szare oczy błyszczą z wściekłości.

Strzeli. To już koniec.

Przygważdża ją do ściany, przyciska pistolet, który miażdży jej przełyk.

– Jeden ruch, a rozwalę cię.

Odezwał się cicho, Sandra zastyga. Nie wykonuje żadnego gestu, zapomina nawet o oddychaniu. Zresztą z kawałkiem metalu wbitym w gardło trudno oddychać.

– Chcesz się ze mną zabawić, tak?

Raphaël twarzą dotyka jej twarzy, sączy groźby do ucha. Do samego mózgu. Sandra zaczyna drżeć, nie jest w stanie nad sobą zapanować.

– Rozcięłaś mi ramię, dziwko. I zapewniam cię, że mi za to zapłacisz…

Raphaël cofa się odrobinę, lufa double eagle’a przesuwa się w dół wzdłuż jej szyi, między piersiami, na brzuch. Powoli. A mężczyzna wpatruje się jej w oczy. Broń zastępuje silna ręka, która dociska ją do ściany. Spluwa podjeżdża trochę wyżej, potem znowu wbija się tuż pod mostkiem.

Powietrze więźnie Sandrze w płucach, pozostaje w nich zduszony krzyk. Mimo to nie błaga go wzrokiem.

– Wydaje mi się, że nie zrozumiałaś, kim jestem – mruczy Raphaël. – Więc ci wytłumaczę…

Rozdział 4

Niepewnie budzi się świt.

Zachmurzone niebo daje drapieżnikowi jeszcze chwilę oddechu.

Teraz stoi na czatach. Do działania przystąpi za dnia. Może dziś po południu, jeśli nadarzy się okazja. Jeśli spełnione będą wszystkie warunki.

Nigdy nie należy podejmować niepotrzebnego ryzyka.

Zresztą po co się spieszyć? Najbardziej upojny jest zawsze moment polowania. Ten, w którym przygotowuje atak, setki razy powtarza sobie scenę w myślach.

Gęsia skórka na nogach, na plecach, na ramionach. Nawet na karku.

Moment, w którym nic jeszcze nie jest przesądzone.

Moment pragnienia, może silniejszego niż samo pożądanie. Bo wyobraża sobie rozkosz, uwzniośla ją, czyni większą, niż kiedykolwiek będzie. Umysł podąża zawsze o wiele dalej niż czyny.

Dawno już wybrał swoją ofiarę. Wyłonił ją spośród potulnego stada. To było w zeszłym miesiącu… Dzisiaj czatowanie się skończyło, czas przejść do działania. Zasiąść do uczty.

Ona tu jest. Za tym oknem na pierwszym piętrze. Za uchylonymi okiennicami.

Ona tu jest, czeka na niego.

Nie wie jeszcze, kim on jest, ale czeka na niego, to pewne.

Piękna. Taka piękna.

Niewysoka, jasnowłosa, smukła. Twarz świętej, różowe jędrne wargi, które delikatnie przygryza zębami. Mały lekko zadarty nosek. Biała mleczna skóra. Duże jasne, roześmiane oczy.

Ona wie.

Wie, jakie wrażenie wywiera na mężczyznach takich jak on. I gra tym. Bezlitośnie i bezwstydnie się bawi.

Perwersyjny anioł, któremu nie można się oprzeć.

Tylko że z nim się nie gra.

Jest piękna, to fakt.

I jest dziewicą.

Ale długo nią już nie pozostanie.

Rozdział 5

5.30

Świt zakrada się, otaczając dom.

Tak jak oni.

W śmiertelnej ciszy przygotowują się do uderzenia. Batalion w zwartym szyku, w kominiarkach, uzbrojony po zęby.

Gotowi, by z tym skończyć, gotowi na wszystko.

Gotowi w razie potrzeby zabijać.

Brzmi sygnał do ataku, taran rozwala drzwi, oddział wpada do domu. Zgiełk wrzasków, gróźb, wezwań.

Raphaël budzi się zlany potem, z ręką na kolcie. Wstrzymuje oddech, nasłuchuje.

Żadnego podejrzanego hałasu. Ani kroków, ani głosów. Jedynie bolesne jęki brata.

Więc zamyka oczy, powracając mimowolnie do swojego ulubionego koszmaru… Choć już nie śpi.

Wdzierają się siłą, mierząc z broni automatycznej do samotnego mężczyzny. Jakby mógł stanowić zagrożenie dla całego oddziału. Może zresztą mógłby.

Ale to wszystko jest kompletnie bezużyteczne. Bo wie, że przegrał i nie może zrobić nic innego, jak tylko się poddać. Albo umrzeć.

Bo to gra, a on przestrzega jej reguł.

Pada na kolana, zakładając ręce na kark.

Dziwna gra.

Bo takie wybrał życie.

Na tym polega ryzyko, które tak kocha. Tak samo jak pieniądze i wolność.

Wolność, którą właśnie utracił, i to na długo.

Ubrani na czarno mężczyźni przyciskają go do ziemi, zakładają mu kajdanki. Czuje na karku lufę karabinu automatycznego. Przy najmniejszym ruchu…

Podnoszą go, staje twarzą w twarz z dowódcą oddziału. Tak wiele można wyczytać w ich oczach. Szacunek, wściekłość, odrobinę złości.

Musieliśmy się, do cholery, nieźle za tobą nabiegać…

Raphaël w końcu uśmiecha się do niego.

Brawo! Ja przegrałem, a ty wygrałeś. Ale tylko bitwę, nie wojnę.

Gliniarz z oddziałów elitarnych nie triumfuje, zachowuje się powściągliwie. Bo on też wie. Że Raphaël to nie drobny złodziejaszek, nie jakaś marna płotka. To, jak się mawia, niezła sztuka. Gość, który budzi lęk i szacunek, choć walczy w obozie wroga.

Mężczyzna, który nauczył się zasad i nigdy się ich nie wyrzeknie.

Pieniądze, ryzyko, wolność, honor. Przemoc.

Wrogi oddział wiezie go w dobrze mu znanym kierunku.

Początek męki.

Trafia pod numer 36 przy Quai des Orfèvres, do Wydziału do Walki z Przestępczością, na wielogodzinne przesłuchanie. Czysta strata czasu, bo natychmiast się przyznaje. Patrząc im prosto w oczy. Ale nigdy nie wyda wspólników, choćby go torturowali.

Potem gabinet sędziego, długie noce w areszcie śledczym.

I więzienie. Izolatka.

Męki ciąg dalszy.

To jest gra.

Dziwna gra.

Proces – już trzeci.

Kara – za każdym razem bardziej surowa.

Z punktu widzenia prawa karnego lepiej zgwałcić kobietę, niż włamać się do sejfu w banku. Sięgnąć po broń, by zabrać pieniądze z miejsca, gdzie leżą – oto niewybaczalna zbrodnia w oczach sprawiedliwości… Naprawdę ślepej, nie ma co do tego wątpliwości.

Kolejny zakład karny.

Dla sprawców napadów nie ma litości. Dobrze się składa, bo o nią nie proszą.

To przecież gra.

Nieraz, a właściwie często, gra w durnia.

Znowu izolatka. Cele, ciemność i samotność. Trzeba wytrzymać. Stać mocno na nogach, żeby nie oszaleć. Niestrudzenie powtarzać sobie, kim się jest, dlaczego się tutaj trafiło. I co zrobi się później.

Stać, by nie oszaleć.

A potem, pewnego dnia, wolność. Po długich latach… Wolność, której człowiek może stawić czoło, bo nigdy nie ustąpił.

Koniec męki. Ale na jak długo?

Zacząć od nowa. Na tym też polega gra.

Raphaël łagodnie zapada w sen z dłonią na rękojeści spluwy. Na zewnątrz zrywa się wiatr, jakby chciał rozwiać mgłę w jego głowie, do której wślizgują się inne obrazy…

Pękają szklane gabloty, klejnoty wpadają do worków. Wszystko dzieje się tak szybko.

Opada poziom adrenaliny, która wcześniej wystrzeliła w górę.

Zegar tyka.

Szybko, trzeba się spieszyć.

Dwaj mężczyźni i kobieta leżą twarzami do podłogi. Są przerażeni.

Rozpryskują się kolejne gabloty. Rozbite młotkami. Klejnoty zmieniają właścicieli.

Szybko, trzeba się spieszyć.

Rzuca okiem na zewnątrz; nie dzieje się nic niepokojącego. Fred stoi przy samochodzie, silnik pracuje na luzie.

Wszystko jest pod kontrolą. Taka jest zasada, jeśli nie chce się przegrać.

Jeśli nie chce się wszystkiego stracić.

Ostatnia gablota, ostatnie klejnoty. Ostatni skok.

Mistrzowski skok.

Jeszcze rzut oka na mityczny plac, symbol luksusu, pieniądza. Wyrafinowania, bogactwa. Nieprzyzwoitości. Na tę świątynię, którą z niewypowiedzianą radością mają czelność profanować.

Czas wyjść, zachowując spokój. Jakby się nic nie stało. Wystarczy otworzyć drzwi i dojść do samochodu. To zaledwie kilka metrów. Najbardziej ryzykownych metrów.

Raphaël kładzie rękę na szklanych drzwiach w momencie, gdy biały samochód z trzema facetami w środku zwalnia. A potem zatrzymuje się na wprost sklepu jubilerskiego.

Ziarnko piasku, którego tak się obawiali.

William zrozumiał, Raphaël też.

To już nie jest mistrzowski skok, tylko o jeden skok za dużo.

Mężczyźni wysiadają z samochodu, wzrok jednego z nich napotyka wzrok Raphaëla. Kluczowy moment.

William jest młody, nie dość doświadczony. Nieruchomieje, policjanci także.

Nie powinienem był, do cholery, zabierać go na ten skok!

Jeden z gliniarzy cofa się w stronę samochodu. To dziwne; wszystko dzieje się szalenie szybko, a przecież… Czuje się jak na filmie puszczanym w zwolnionym tempie.

Will wpada w panikę, wyjmuje berettę. To początek końca.

A jednak on nie strzeli, nie zdąży. Fred jest szybszy.

Jeden z policjantów pada na ziemię, maszyna się zacina.

Fred chowa się za samochodem, gliny też.

Wymiana ognia. Jakaś kobieta osuwa się na ziemię bez jednego krzyku. A dookoła słychać tyle krzyków…

To wbrew regułom gry.

Teraz z kolei pada William trafiony dwukrotnie.

Raphaël sądzi, że nie żyje, widzi go martwym. Serce ściska mu się tak, że prawie się dusi.

Wrzeszczy, znowu podnosi powieki. Raptownie się budzi.

Zlany potem zaciska ręce na oparciach fotela, na którym spał. Jego wzrok natychmiast pada na Williama. Oddycha, żyje. Ciśnienie opada o milimetr.

Ten nowy koszmar nie przestanie go prześladować. Noc w noc.

Tym razem nie uda mu się już zasnąć. A przecież nie odpoczywał niemal od 36 godzin.

Numer 36. Siedziba Wydziału do Walki z Przestępczością, przedsionek więzienia.

Tam, dokąd nie chce wrócić.

Więc nie ma ochoty znowu zasnąć.

To też jest częścią gry.

Gry, do której nagle traci serce.

6.30

Ma wrażenie, że ocknął się po długiej podróży pod ziemią. Że wynurzył głowę z wody. Lub wyszedł z grobu.

Rozgląda się.

Raphaël.

Siedzi tuż obok kanapy w skórzanym fotelu. Bierze go za rękę i uśmiecha się.

– Jak się masz, braciszku?

William chciałby odpowiedzieć, ale czuje się tak, jakby miał poparzone gardło. Próbuje wydobyć z niego jakiś dźwięk.

– Źle.

– Teraz już wszystko będzie dobrze.

– Gdzie… jesteśmy?

– U lekarki, która opatrywała cię wczoraj wieczorem. Pamiętasz?

William kręci głową.

– Chce ci się pić? Przynieść ci wody?

Potakuje.

– Zaraz wracam, nie ruszaj się.

Raphaël przeciąga się, po czym idzie do kuchni. Po drodze rzuca okiem na Sandrę.

Siedzi na ziemi. Z mocno związanymi rękami i nogami, zakneblowana. Udało się jej doczołgać do stołu, oprzeć plecami o nogę z masywnego drewna. Ma ślady na szyi, tam, gdzie ściskał ją jak wariat. Pewnie również siniaka na klatce piersiowej, tam, gdzie wbijał jej lufę pistoletu.

Gdy ją mija, ich spojrzenia się krzyżują. Sandra natychmiast spuszcza wzrok.

Zrozumiała, kto z nich dwojga jest silniejszy.

Zrozumiała reguły gry.

Raphaël wyjmuje szklankę z szafki lewą ręką, nią także nalewa wodę z kranu. Jego prawa dłoń jest niemal sparaliżowana, piekielnie boli go ramię, choć Sandra doskonale je opatrzyła. Niełatwo było jej to zrobić, gdy klęczała z pistoletem przystawionym do skroni.

Ale zawsze należy naprawiać błędy. To podstawowa zasada.

Raphaël odrobinę słodzi wodę i niesie ją bratu, który z wielkim trudem siada. Nie wyjadą dziś; Will jest za słaby. A poza tym lepiej odczekać, aż gliny się uspokoją. Teraz są w gotowości bojowej. Na sto procent wszędzie rozstawili zapory. Audi musi zniknąć, przyjdzie im  p o ż y c z y ć  inny samochód. Trudno będzie znaleźć jakąś torpedę w tej zapadłej dziurze, gdzie jest dwa razy więcej krów niż mieszkańców.

Ale tu są bezpieczni, Raphaël jest o tym przekonany. Więc mogą chwilę odetchnąć.

Will znowu zamknął oczy, jakby stracił przytomność z gorączki.

Sandra wierci się, jęczy. Przestępca kuca naprzeciw niej, brutalnie zrywa jej knebel.

– Co się tak miotasz?

Sandra się waha. Ma zamiar z powrotem ją zakneblować, gdy w końcu wyznaje:

– Nie wytrzymam już dłużej…

– Co?

– Chce mi się sikać, do cholery!

Raphaël chwyta leżący na stole nóż kuchenny ze śladami własnej krwi, oczy Sandry napełniają się przerażeniem. Ale rozcina tylko więzy krępujące jej kostki. Podnosi ją, łapie za ramię i prowadzi do toalety na parterze.

Nie ma okna, więc może ją zostawić samą.

– Może mi pan też rozwiązać ręce?

Raphaël wzdycha.

– Obróć się.

Przecina sznurek na nadgarstkach, patrzy jej prosto w oczy.

– Jeśli zamkniesz zasuwkę, rozwalę drzwi, a potem skuję ci mordę, jasne?

Kiwa głową, Raphaël zamyka drzwi i czeka w korytarzu. Po kilku minutach, które dłużą mu się w nieskończoność, postanawia przyspieszyć bieg wydarzeń.

– Mam po ciebie iść czy co?

Odgłos spuszczanej wody, drzwi powoli się otwierają. Raphaël jest ostrożny, obawia się niemal, że rzuci się na niego ze szczotką do kibla. Ale Sandra stoi spokojnie, pewnie ma nadzieję, że nie będzie już musiała znosić pęt i knebla. Znowu chwyta ją za ramię i szybko prowadzi do kuchni.

– Zrób mi kawę.

Czuje, że kobieta ma ochotę się zbuntować, ale pilnuje się, by nie otworzyć ust.

– A poza tym jestem głodny. Masz coś do żarcia?

Ostatecznie Sandra nie może się powstrzymać, by nie odpowiedzieć:

– Niewiele, ale będzie się pan musiał tym zadowolić. Chyba że woli pan, żebym pojechała do piekarni w miasteczku? Mają doskonałe croissanty.

Raphaël się uśmiecha. Dziewczyna zdecydowanie ma tupet.

– Chciałabyś pojechać do miasteczka, co?… A może zamiast tego pójdziemy do twojej sypialni?

Sandra blednie, a on szeroko się uśmiecha.

– Nie?… Więc stul pysk i zrób mi śniadanie.

Sandra piorunuje go wzrokiem, po czym przystępuje do pracy. Trudno wykonywać nawet codzienne gesty, gdy ten gość śledzi każdy jej ruch.

– I nie zbliżaj się już do noży… Bo każę ci je po kolei połknąć.

Sandra wsypuje kawę do filtra, włącza ekspres. Potem wyjmuje rzeczy z lodówki, kładzie je na stole. Masło, dżem, szynkę.

Nagle zastyga. Jest tuż za nią. Bardzo blisko, zbyt blisko. Obejmuje ją w talii, kładzie jej rękę na szyi.

– Puść mnie!

– Gdzie twój facet?

– Mówiłam już… w delegacji.

– Nie powinien zostawiać cię samej. To nieostrożne z jego strony. Jesteś pewna, że mu na tobie zależy?

Sandra zamyka oczy, czuje, jak skręcają się jej kiszki.

– Czym się zajmuje? – pyta dalej Raphaël.

Przykleja się do Sandry tak, że pistolet, który ma za paskiem, wbija się jej w krzyże. Przygwożdżona do stołu nie może wykonać żadnego ruchu. Domyśla się tylko, że odepchnięcie go stanowiłoby poważny błąd.

– Zadałem ci pytanie.

Sandra się zastanawia. Powiedzieć prawdę? Skłamać?

Orzeł czy reszka?

– Jest…

Ręka Raphaëla zaciska się lekko na jej gardle.

– Jest kim?

– Żandarmem.

Powiedziała to tak cicho, że wydaje mu się, iż nie zrozumiał.

– Kim?

– Żandarmem.

Raphaël stoi przez chwilę z otwartymi ustami. Ściska ją jeszcze mocniej, Sandra zaczyna się dusić.

– Masz mnie za idiotę?… Sądzisz, że się stąd zwinę, tak? Myślisz, że mnie wystraszysz?

– Nie próbuję pana przestraszyć, tylko odpowiadam na pytanie. Przysięgam!

Raphaël cofa się, Sandra się odwraca.

– W tej dziurze nie ma żandarmerii!

– Nie, on… pracuje sześćdziesiąt kilometrów stąd, w Châteauroux. Codziennie dojeżdża do pracy. Ale teraz jest na delegacji w związku z pewnym śledztwem. To skomplikowana sprawa… chodzi o zabójcę. Prawdziwego psychopatę, jak twierdzi. Mężczyznę, który atakuje dzieci. A właściwie nastolatki.

Na twarzy Raphaëla widać napięcie. Spodziewała się tego. Ale nie wie, czego spodziewać się później.

Orzeł czy reszka?

– Miał spotkać się z kolegami w północnej Francji, chyba gdzieś niedaleko Lille… Bo ten świr grasował też tam… I tyle, teraz wie pan wszystko.

– Radzę ci mówić prawdę – grozi przestępca lodowatym głosem.

– Powiedziałam prawdę. Słowo!

Czuje, że jest z nim szczera. Zbyt przerażona, by kłamać.

Szlag!… Jakie było prawdopodobieństwo, że wylądują u gliniarza? Jeden do ilu milionów? Bez wątpienia do kilkudziesięciu. Zwłaszcza tutaj, pięćdziesiąt kilometrów od najbliższego komisariatu czy posterunku żandarmerii.

Widocznie prześladuje ich pech.

– Pewnie wyjedzie pan z bratem, zanim on wróci.

Raphaël uśmiecha się z przymusem.

– Boisz się, że go rozwalę, tak?

– Niech pan wyjedzie, proszę! Pański brat w ciągu dnia poczuje się lepiej, będą go państwo spokojnie mogli zabrać.

– Nie ty decydujesz! Wiem, co mam robić, i wyjadę, kiedy będę chciał.

– Niech pan wyjedzie przed jego powrotem – błaga jeszcze Sandra. – Nie wydam pana. Mogę dać panu pieniądze!

–  P i e n i ą d z e? 

Wybucha śmiechem, Sandrę przeszywa dreszcz.

– Możesz zachować kasę dla siebie! Bierzesz mnie za kieszonkowca czy co?! Mam w bagażniku kilkadziesiąt milionów euro!

Kobieta zaczyna się trząść, a on kopie krzesło.

– Cholerny świat! – wrzeszczy. – Cholerny świat!

Traci zimną krew, próbuje się opanować. Nic nie przebiega zgodnie z planem. Wszystko idzie nie tak. Toczy się po równi pochyłej.

Nieudany skok, polała się krew. Po raz pierwszy.

Gliniarz na reanimacji, jego kumple będą się starali za wszelką cenę ich zgarnąć. Albo zabić.

Tak, będą strzelali na oślep.

Sądził, że znalazł świetną kryjówkę, a oto dowiaduje się, że wpadł do nory gliniarza. Czy raczej żandarma, ale na jedno wychodzi. Może to nawet gorzej.

Koszmar.

Podnosi krzesło, które wcześniej kopnął, przygląda się struchlałej Sandrze schowanej w rogu kuchni.

– I co z tą kawą?

– Tak… już.

Chwyta filiżankę, ale tak bardzo drży, że ją upuszcza. Filiżanka rozbija się na płytkach, Raphaël podnosi wzrok do nieba.

– Cholera jasna! – krzyczy kobieta.

Kuca, żeby pozbierać kawałki, rozcina sobie palec, podnosi go do ust. I nagle wybucha płaczem. Opada na pośladki i dalej niepowstrzymanie łka, wylewając całe tony lęku. Cały ten strach, który zbierał się w niej od wielu godzin.

Strach, że umrze, że nigdy go już więcej nie zobaczy. Że padnie ofiarą tego mężczyzny, nieznajomego z twarzą pooraną bliznami.

– Niech się pani uspokoi – rozkazuje sucho Raphaël.

Sandra próbuje zatrzymać potok łez, lecz na próżno. Wstrząsają nią kolejne spazmy. Wstaje, zgina się wpół.

– Spokój – powtarza Raphaël. – Niech pani przestanie się mazać. I to już!

Sandra stara się jak może, ociera oczy. Raphaël prowadzi ją do krzesła, zmusza, by usiadła. Ostatecznie to on podaje jej kawę. Siada naprzeciw niej przy stole, patrzy na nią z czymś w rodzaju zniechęcenia.

– Przestań płakać – żąda raz jeszcze. – Działasz mi na nerwy!

Mówi łagodniej, po dłuższym czasie udaje się jej uspokoić.

– Jeśli będziesz robić to, co ci każę, oszczędzę cię – dodaje.

– Kłamie pan!

– Nigdy. Ale jeśli raz jeszcze spróbujesz mnie zranić, to…

– Nie chciałam pana zabić… tylko uciec.

– Też coś! To naprawdę nie był dobry pomysł. Postaraj się, żeby William przeżył, i nie waż się nic kombinować… Nie jestem mordercą, ale jeśli mnie do tego zmusisz, nie będę się wahał. Jestem gotowy na wszystko, żeby ocalić brata. I własną skórę też.  N a   w s z y s t k o,  rozumiesz?

Jego głos znowu jest zimny i ostry jak nóż.

– A teraz wypij kawę. I przestań się mazać jak jakaś siksa. Chcę, żebyś poszła do mojego brata, chyba nie czuje się najlepiej.

Sandra bierze głęboki wdech, próbuje się opanować.

– Jest poważnie ranny – mruczy.

– Wiem. Jakie ma szanse?

– Proszę?

– Jakie ma szanse, żeby z tego wyjść?

– Nie wiem… Boję się zakażenia. Nie mam antybiotyków i…

– To je zdobądź – warczy Raphaël. Przysuwa twarz do jej twarzy. – I nie zapominaj, że jeżeli Will umrze, ty umrzesz razem z nim.

Nagle słyszą odgłos kroków, obracają się w stronę drzwi.

– Cześć – mamrocze Fred.

Siada za stołem, jakby czekał, aż zostanie obsłużony. Kiedy Sandra idzie po filiżankę dla niego, śledzi ją wzrokiem.

– Co ci się stało w rękę? – pyta nagle.

Raphaël jest lekko zakłopotany.

–  P a n i  próbowała mnie podziurawić – wyznaje w końcu.

– Ach tak? – dziwi się Fred, przyglądając się jej. –  P a n i  chce zdechnąć marnie czy co?

Stojąc przy zlewie,  p a n i  wpatruje się w swoje stopy.

– Teraz już wszystko w porządku – dodaje Raphaël, zapalając papierosa. – Zrozumiała, że musi być grzeczna.

– Jesteś pewien? Bo jak chcesz, to mogę ją uspokoić.

– To nie będzie konieczne – zapewnia Raphaël. – Jest mi potrzebna, żeby zająć się Willem.

– Jak on się czuje?

Wreszcie o to pyta!

– Niedobrze… Nie nadaje się do podróży.

Dwaj mężczyźni mierzą się wzrokiem. Fred najwyraźniej nie ma ochoty zatrzymywać się na dłużej w tej dziurze.

– Mimo wszystko lepiej by było, żebyśmy się dziś stąd zmyli.

– Mowy nie ma – odpowiada Raphaël. – Mówię ci, że on nie może nigdzie jechać. A poza tym jesteśmy tu bezpieczni.

– Posłuchaj, Raph, myślę, że…

– Nie jesteś od myślenia. To ja podejmuję decyzje, OK?

– Uspokój się, człowieku. Możemy to chyba przedyskutować, nie?

– Nie. Zostaniemy tutaj, póki nie stanie na nogi.

Fred z hukiem odstawia filiżankę na blat. Potem bez słowa wychodzi z kuchni. Raphaël wzdycha, nalewa sobie drugą kawę, po czym robi kanapkę z szynką.

I pluje sobie w brodę.

Chyba mnie pokopało w tym więzieniu… Co mi odbiło, że zdecydowałem się na skok z tym gościem i z tą wariatką?

Z gościem, którego ledwie zna. Co prawda jeden ze starych kumpli poznał go w pudle i uznał, że można mu ufać, ale… A ta laska jest kompletnie porąbana.

Powinien mieć się na baczności. Nie może na nich polegać. Nagle ma wrażenie, że jest samotny, straszliwie samotny.

– Nie stój za moimi plecami. Chodź tu i usiądź naprzeciwko mnie.

Sandra wykonuje polecenie, Raphaël znowu pogrąża się w myślach, kończąc śniadanie.

Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdy wychodzili ze sklepu jubilerskiego. Mogli wziąć któregoś ze sprzedawców jako zakładnika i uciec bez jednego wystrzału.

Ale nie, ten kretyn musiał sprzątnąć gliniarza i jakąś kobietę!

Teraz nie są już tylko złodziejami. Stali się zabójcami.

To wszystko zmienia.

Wyznaczono cenę za ich głowy.

Wysoką cenę.

Rozdział 6

8.30

Mgła jeszcze nie ustąpiła, dalej otula krajobraz wilgotną przenikliwą powłoką. Fred stoi nieruchomo na progu oparty ramieniem o futrynę, patrząc ze znudzeniem na te białe zimne opary.

– Powinieneś wejść do środka – zwraca mu uwagę Raphaël. – Ktoś może cię zobaczyć…

– Przy tej przeklętej mgle raczej mi to nie grozi!

Fred zgadza się jednak wejść do domu i zamyka drzwi od środka, przekręcając dwa razy klucz. Przechodzi przez kuchnię, w której Christel raczy się obfitym śniadaniem, wychodzi z niej z parującą filiżanką kawy.

Raphaël nie opuszcza fotela, nieustannie czuwając nad snem Williama bardziej przypominającym śpiączkę niż spokojny odpoczynek.

Dwaj bracia trzymają się za ręce i są nierozłączni. Zbyt długo dzieliły ich mur i druty kolczaste.

Jeden był w środku, a drugi na zewnątrz. Obaj czekali na jedną i tę samą wolność.

Sandra siedzi tuż obok na jednej z ław stojących wzdłuż dużego rustykalnego stołu. Ledwie się rusza, kołysze się tylko lekko w przód i w tył.

Fred wchodzi do małego pomieszczenia, do którego prowadzą z salonu drzwi ozdobione szybą z trawionego szkła. To rodzaj małego biura bez okna, z zamykaną na klucz drewnianą szafą, dwoma stojącymi obok siebie komputerami najnowszej generacji i drukarką. Przestępca siada na krześle obrotowym, włącza jeden komputer i czeka. Oszuka na chwilę nudę, surfując po necie… Ale na ekranie pojawia się komunikat, że trzeba wpisać hasło. Wtedy Fred odpala drugiego PC-ta i napotyka tę samą przeszkodę.

Zagląda do salonu i pyta Sandrę:

– Jakie jest hasło do komputera?

– Nie mam pojęcia. Wyłącznie Patrick je zna.

– Jaja sobie ze mnie robisz?

– Nie! Nie tykam jego komputerów, nie znoszę tego.

– Ach tak? A dlaczego twój mąż tak pilnuje swoich zabawek? Nie chce, żebyś wiedziała, jakie strony odwiedza, tak? Ogląda pornosy czy co?

Sandra wzrusza ramionami.

– Nie mam pojęcia, mówię panu. I nie obchodzi mnie to.

Fred wzdycha, po czym siada naprzeciw niej. Ogląda dokładnie pomieszczenie, żeby zabić nudę, a może strach. Masywna, zbyt bogato zdobiona drewniana komoda z blatem z cętkowanego marmuru, na którym króluje brzuchaty porcelanowy Budda w otoczeniu dzieci. Fred uważa, że przypomina zboczeńca, bo ci wszyscy malcy tak lepią się do niego… Nędznie wyposażona biblioteczka, kredens z orzecha ozdobiony wypchaną sową na gałęzi. Uznaje, że wnętrze jest ponure, urządzone brzydko i w złym guście. Żadnego wyrafinowania, może poza zegarem z wahadłem rtęciowym i jeźdźcem z brązu. Zadziwiające jak na kobietę, która ma za sobą tyle lat studiów, tak starannie się wysławia i wydaje się dobrze wykształcona. Zaczyna się wtedy zastanawiać, jaki zawód wykonuje ten mąż, który zdaje się być duchem… Wyciąga rękę i podnosi mosiężną ramkę, w której żółknie stare zdjęcie. Sandra i jakiś mężczyzna. Ani chybi ten słynny mąż… Zaskakuje go, że Sandra się nie uśmiecha. Więc dlaczego wybrała właśnie tę fotografię, aby ozdobić jadalnię? Wygląda na tym zdjęciu na osobę smutną i surową. Zresztą zawsze tak wygląda.

Poza tym nie ma żadnego powodu, by się uśmiechać, odkąd na swoje nieszczęście pojawiła się na ich drodze, gdy uciekali przed policją.

– To twój facet? – pyta Fred.

Sandra po prostu kiwa głową, nie patrząc nawet, co trzyma w rękach.

– Coś podobnego, jest od ciebie znacznie starszy!

– A co to pana obchodzi?

– Ej! Nie mów do mnie tym tonem, OK?

– Proszę nie ruszać moich rzeczy! Niech pan odłoży to zdjęcie!

– Ciszej tam – syczy Raphaël. – Will potrzebuje snu.

Młody człowiek otwiera jedno oko, po czym natychmiast je zamyka. Dom znowu pogrąża się w ponurej ciszy; dobiega do nich jedynie niski głos Christel, która nuci w kuchni znaną melodię. Arię operową, którą wciąż podśpiewuje.

Raphaël spogląda na zegarek i podnosi wzrok na Sandrę.

– Pracujesz z kimś w swoim gabinecie?

– Tak, mam asystentkę.

– O której zwykle zaczynasz pracę?

– Koło dziewiątej.

– I na co czekasz, żeby uprzedzić asystentkę?

– Ja… nie wiem.

– Może myślisz, że pójdziesz do roboty? – pyta Fred.

– Ale mam umówione spotkania i…

– Stop! – przerywa jej Raphaël tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zadzwoń do sekretarki, daj ją na głośnik. Powiedz, że jesteś chora, nie możesz się ruszyć z łóżka i nie przyjdziesz do pracy. Ani dziś, ani jutro.

Podnosi się z fotela, bierze telefon bezprzewodowy i wciska go Sandrze do ręki.

– Tylko bez żadnych sztuczek – dodaje.

Sandra wybiera numer, włącza głośnik. Po trzech sygnałach odbiera jej sekretarka.

– Dzień dobry, Amélie, mówi Sandra. Niestety nie będę mogła przyjść dzisiaj do pracy. Jestem chora, dopadła mnie jakaś grypa… nie jestem w stanie wstać z łóżka.

– Oj! Była pani u lekarza?

Sandra z wahaniem spogląda na Raphaëla, który odpowiada jej skinieniem głowy.

– Nie, mam co potrzeba w domu, sama się będę leczyć.

– Powinna pani do niego zadzwonić – nalega Amélie macierzyńskim głosem. – Zwłaszcza że pani mąż wyjechał.

– Jeżeli mi się do jutra nie poprawi, zadzwonię – obiecuje Sandra.

Raphaël kładzie rękę na gardle, jakby miał anginę, każąc jej zmienić głos. Sandra próbuje udawać osłabioną i zachrypniętą, ale efekty pozostawiają wiele do życzenia. Wydaje się głównie zestresowana.

– Czy może pani odwołać wizyty i zawiadomić osoby, do których miałam pojechać?

– Oczywiście, zajmę się tym. Kiedy zamierza pani wrócić do pracy?

– No cóż… Na pewno nie jutro. Może pojutrze. Przynajmniej taką mam nadzieję…

– OK, spróbuję się zająć najpilniejszymi przypadkami i przesunąć całą resztę. Potrzebuje pani czegoś? Mogę wpaść w przerwie obiadowej, jeśli pani chce…

I znowu Sandra się waha, Raphaël przecząco macha ręką, ale młoda kobieta postanawia przejąć inicjatywę.

– Gdyby mogła mi pani przywieźć amoksycylinę… Chyba mi się skończyła, a będę jej potrzebować.

Raphaël marszczy brwi, wymienia zaniepokojone spojrzenia z Fredem.

– Nie ma sprawy!

– Będę leżeć, więc wystarczy, jak zostawi ją pani w skrzynce.

– Zgoda.

– Bardzo dziękuję, Amélie. I w razie jakichś problemów proszę do mnie dzwonić.

– Spróbuję dać pani spokój! Niech pani wraca do zdrowia i o nic się nie martwi. Proszę tylko dawać znać, co u pani słychać.

– Zadzwonię jutro. Jeszcze raz pani dziękuję.

Sandra odkłada telefon na podstawę.

– Co to jest, to amoksy coś tam? – pyta Raphaël.

– Antybiotyk dla pańskiego brata.

– Świetnie, pani  d o k t ó r…  Widzę, że zależy ci na własnym życiu, to dobrze!

– Nie boję się śmierci – odpowiada, patrząc na niego wyzywająco. – Zresztą codziennie ją zadaję.

Raphaël uśmiecha się nieco zaintrygowany.

– Komuś, kto boi się śmierci, nie musi zależeć na życiu, to dwie różne rzeczy.

– Teraz muszę pójść do koni.

– Do jakich koni?

– Do moich koni. Tych, które są na zewnątrz.

– Zajmij się raczej moim bratem.

– Pański brat śpi. A moje konie nie. A poza tym nie zabierze mi to dużo czasu.

– Zastanowimy się nad tym później.

– Czy mam przynajmniej prawo wziąć prysznic i przebrać się? Musi pan wiedzieć, że wczoraj, gdy pan do mnie zadzwonił, właśnie wróciłam do domu po długim dniu pracy.

Raphaël podnosi wzrok do nieba.

– Zgoda, Christel z tobą pójdzie.

– Nie potrzebuję nikogo, żeby wziąć prysznic!

Tym razem Raphaël traci cierpliwość. Chwyta Sandrę za ramię, przyciąga ją brutalnie do siebie.

– Przestań mnie wkurzać. Nie spałem od dwóch dni i wysiadają mi nerwy, jeśli rozumiesz, co mam na myśli… Więc nie dyskutuj ze mną, bo znowu przywiążę cię do stołu i zaknebluję ci pysk.

– W łazience jest okno – dodaje niedbałym tonem Fred. – Wychodzi na dach garażu. Więc nie będziemy ryzykować, puszczając cię tam samą.

Christel zjawia się we właściwym momencie.

– Zechcesz z nią pójść? – pyta Raphaël. – Chciałaby wziąć prysznic.

– Oczywiście – odpowiada Christel z ohydnym uśmiechem. – Ty tu rozkazujesz, szefie!

Raphaëlowi nie podoba się jej bezczelność, ale udaje, że nic nie słyszał, i podaje jej swój pistolet; Christel bierze Sandrę za rękę i ciągnie ją w stronę schodów.

– Na co czekasz?

– Mogłaby się pani odwrócić…

– I co jeszcze?

Christel stoi przed drzwiami do łazienki z bronią w ręku. Sandra zdjęła sweter, ale do tego się ograniczyła, najwyraźniej nie będąc w stanie się rozebrać w obecności uzbrojonej nieznajomej patrzącej lodowatym wzrokiem.

– Nie odwrócę się – uprzedza ją Christel. – Nie chcę, żebyś rzuciła mi czymś w głowę i uciekła, moja droga!

– Nie mam takiego zamiaru. Chcę tylko wziąć prysznic i przebrać się.

– Oczywiście – mówi dalej Christel niskim, niemal przyjemnym głosem. – Jesteś bezbronna jak nowo narodzone jagnię… Wystarczy spojrzeć na ramię Raphaëla, żeby się o tym przekonać!

Podchodzi bliżej, wolno, z uśmiechem na ustach. Zaczyna krążyć wokół niej, oglądając ją od stóp do głów. Potem nagle przytyka lufę do jej ramienia i wolno przesuwa ją w dół po gołej skórze.

– Boisz się mnie? – szepcze jej do ucha.

– Nie, ale…

– Popełniasz błąd, wiesz.

– Popełniam błąd?

– Nie bojąc się mnie. Mogłabym cię zabić. Tu, teraz. Albo zrobić ci coś innego… Różne rzeczy. – Wolną ręką muska szyję Sandry. – Masz cudowną skórę – mruczy. – Taką miękką… Co za rozkosz.

– Jestem wam potrzebna, żeby zająć się Williamem – przypomina pospiesznie Sandra.

– Willem? Może zdechnąć, wszystko mi jedno. Chociaż nie, wręcz przeciwnie: dostałabym większą działkę!

Christel wybucha śmiechem, Sandrę przebiega dreszcz.

– Sądzisz, że nie jestem w stanie cię zabić? – odzywa się znowu kobieta, trzymając palec na spuście. – Wiesz, podobno jestem nienormalna… Kompletnie szalona!

Sandra przełyka ślinę.

– Tak rzeczywiście twierdzi Raphaël. Ale moim zdaniem pani nie wygląda na… wariatkę.

– Naprawdę? Raphaël powiedział ci, że jestem porąbana?

– Tak. To znaczy nie mnie… swojemu bratu.

Pistolet nadal dotyka jej skóry, ślizgając się raz w górę, raz w dół, w zależności od woli tej, która trzyma go w ręku. Jego lodowaty dotyk sprawia, że Sandra dostaje gęsiej skórki.

– A więc Raphaël mówił o mnie tej nocy, tak?

Sandra potakująco kiwa głową.

– Słyszałam, jak zwierza się bratu. Wspomniał o pani. I… o tym drugim mężczyźnie, Fredzie. Myślał, że śpię, ale wszystko słyszałam.

– I co powiedział?

– Jeżeli to powtórzę, może się to pani nie spodobać. Może się pani zdenerwować…

Dziwny wzrok Christel ciemnieje. Lufa pistoletu wbija się w czoło Sandry, która zamyka oczy.

– Jeżeli mi nie powtórzysz, rozwalę ci łeb. Całe ściany będą brudne.

– Powiedział, że… powiedział bratu, że nie ma do was zaufania. Do was obojga. Że nie można na was polegać. Że znajdzie sposób, żeby się was pozbyć przy pierwszej okazji. Że podzielą się łupem we dwójkę. Bo to wasza wina, że skok zakończył się tak, jak się zakończył.

Sandra bierze wdech.

– Powiedział to wszystko? – mruczy Christel.

– Tak. Ale… jego brat był właściwie w śpiączce, chyba go nie słyszał… tak jakby mówił do siebie, rozumie pani?

– Rozumiem.

Christel opuszcza broń i cofa się o parę kroków. Sandra oddycha z ulgą.

– No idź już pod ten prysznic. Jeśli się nie pospieszysz, Raphaël przyjdzie na górę. Nie chciałabyś chyba, żeby zajął moje miejsce, prawda?

– Nie… Niech mu pani nie mówi, że z panią rozmawiałam – błaga Sandra. – Bo mnie zabije.

– Wiesz, niezależnie od tego, co zrobię, jestem przekonana, że cię zastrzeli, gdy jego braciszek poczuje się lepiej. Zauważ, że nie ma wyboru…

9.45

Raphaël stoi z zamkniętymi oczami pod strumieniem ciepłej wody, nie chce mu się wychodzić spod prysznica.

Pozwala to trochę złagodzić zmęczenie, ale nie strach. Nie jest już w stanie myśleć, nie widzi żadnego rozwiązania.

Będzie improwizował w zależności od rozwoju sytuacji, znajdzie sposób, by wyszli z tego czarnego gówna, w którym tkwią po szyję.

Do załatwienia jest kilka problemów. Trzeba się nimi zająć po kolei.

Po pierwsze, Will. Uratować go, doprowadzić do tego, żeby stanął na nogi.

Potem trzeba znaleźć bezpieczną kryjówkę, gdzie będą mogli się schronić, zaszyć się może na długie tygodnie. A w tym celu należy zdobyć nowy samochód i zwinąć się stąd. Wymykając się gliniarzom, którzy prędko o nich nie zapomną.

Może wystarczyłaby jakaś nowsza furgonetka… Wieśniacy chyba mają furgonetki!

Pozostaje ostatni problem do załatwienia: Sandra.

Tak, będzie improwizował.

Wreszcie zakręca kurek, chwyta ręcznik kąpielowy użyczony za darmo przez dziwną panią domu. Wychodzi z wanny, szybko się wyciera. Następnie lustruje zawartość małej szafki i etażerek. Niewiele świadczy o obecności mężczyzny w tym domu… Poza dwoma szczoteczkami do zębów, niemal pustą buteleczką Fahrenheita i elektryczną maszynką do golenia, którą włącza nad umywalką; dobrze się składa, bo swoją zapomniał wrzucić do torby.

Skończył się golić, ale jeszcze chwilę stoi przed lustrem. Żeby zobaczyć swoją twarz w całości, musi się odrobinę schylić. Wnosi z tego, że gliniarz, który tu mieszka, nie jest zbyt wysoki.

Ogląda się przez dłuższy czas w lustrze. Jakby szukał odpowiedzi. Powodów, które doprowadziły go aż do tego miejsca.

Do tego, że spędził ponad czternaście lat za kratkami.