Czynnik ryzyka - Jakub Ćwiek - ebook + audiobook

Czynnik ryzyka ebook i audiobook

Ćwiek Jakub

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Zemsta najlepiej smakuje na chłodno? Co kryje się za brutalnymi morderstwami? Czy mroczna tajemnica z rodzinną tragedią w tle, wyjdzie na jaw, a winni poniosą konsekwencje? Jakie ryzyko jesteś w stanie podjąć w drodze na szczyt? Odpowiedzi na część tych pytań znajdziecie w opowiadaniu Jakuba Ćwieka „Czynnik ryzyka”. I pamiętajcie moon=księżyc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 32

Rok wydania: 2023

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 15 min

Rok wydania: 2023

Lektor: Jacek Rozenek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZYNNIK RYZYKA

Maćkowi, bratu w Watasze

Z początku myślałem, że Krótki kręci. Bo cała ta bajera była w jego stylu – filmowo efekciarska, przeładowana detalami, zupełnie nierealna. Jakby wychodził z założenia, że jedyne, czego może spróbować, tłumacząc się z czegoś takiego, to: „Hej, przecież nie wymyśliłbym czegoś tak posranego, gdyby to nie była prawda, nie?”.

I nawet mu się nie dziwiłem, faktycznie nie miał zbyt wielu innych opcji.

Potem jednak, gdy wziąłem go na poważniejsze spytki, on szedł z tą historią w zaparte. Trzymał się swojej wersji kurczowo, a do tego radził sobie, mimo że brałem go pod włos, zmieniałem kolejność wydarzeń, o które pytałem, albo kazałem wszystko opowiadać od tyłu. Gdy całe to psychologiczne mambo jambo nie pomogło, po kolei łamałem mu palce, rwałem zęby i obiecałem solennie zająć się skrupulatnie każdą kobietą w jego rodzinie. Płakał wtedy, błagał o litość, ale gdy nawet spróbował wziąć to wszystko na siebie, brzmiało to jeszcze głupiej. Wyglądał, jakby naprawdę nie miał pojęcia, co powiedzieć, by uratować własną dupę. Więc mu w końcu uwierzyłem.

Według jego opisu facet był wielki. Szeroki w barach, prawie dwa metry wzrostu, dobrze zbudowany. Długowłosy, brodaty, ale tak normalnie, zdrowo. Ani nie niedbały, zarośnięty niedźwiedź, ani żadna z tych pedalsko-fikuśnych mód, co to ma z cipy w rurkach zrobić nagle faceta. Po prostu miał brodę. Do tego dżinsy, biała koszulka, na nią flanela z podwiniętymi rękawami; Krótki podał nawet, w jaką kratkę. Na lewym przedramieniu tatuaż przypominający szeroką bransoletę, maskujący paskudną, źle zagojoną bliznę. Przyszedł od strony lasu i stojący za barem Krótki był przekonany, że to kolejny turysta, któremu gdzieś po drodze zepsuł się samochód.

Też bym tak pewnie pomyślał. Gdy takie coś zdarzy ci się w lasach okalających osiemdziesiątkę czwórkę, to zwykle jesteś w dupie. Nigdzie nie zadzwonisz, bo w okolicy zasięg mają tylko pogranicznicy i nasi, a z przejeżdżających raz na ruski rok samochodów może jeden na dziesięć zatrzyma się, by pomóc. Pozostali kierowcy nawet na ciebie nie spojrzą, już nie wspominając o zwalnianiu. Cokolwiek by mówiła o nas reszta kraju, nauczyliśmy się pilnować własnych spraw. Jedyną opcją takiego nieszczęśnika jest więc ryzykowny spacer poboczem przez nawet kilkanaście kilometrów.

„Ale ten nie wyglądał na zmęczonego spacerowicza” – wyjaśnił barman. „Był wyluzowany, uśmiechał się trochę jak filmowy gwiazdor i zachowywał się tak, jakby zaraz miał zawołać: «Kolejka dla wszystkich!»”.

O ile dobrze policzyłem i zrozumiałem z opowieści Krótkiego, nieznajomy nie wykosztowałby się specjalnie. Słodka Marysieńka zaliczała komplety tylko w maju, gdy komuś z wioski wypadała komunia, a tak to z rzadka dobijała do połowy zajętych stolików. Nie pomogły specjalnie Kuchenne rewolucje czy inne fantazyjne pomysły, na które właściciela, starego Stacha, naciągnął jego siostrzeniec z Warszawy. Przez te reklamy w portalach, ogłoszenia w serwisach turystycznych i groupony na agro mało brakowało, a poszliby z torbami, ale potem Stach spuścił dzieciaka po brzytwie i jakoś się odkuli. Po warszawskiej przygodzie zostały obrusy w miejsce cerat, nowe lampy i kilka pozycji w menu. No i dyplom od TVN-u z podpisem Magdy Gessler przy drzwiach do kibla.

No i tego dnia zajęte były podobno cztery stoliki. W kącie przy oknie trzech pauzujących truckerów łoiło wódę na szklanki, przy barze siedział Turek, kumpel Krótkiego, a na środku sali pod brudnym świetlikiem zajęła miejsce jakaś młoda para turystów, którzy przyjechali tu niebieską toyotą yaris na wrocławskich blachach. Jedyne, co barman mógł powiedzieć o tej dwójce, to że on sprawiał wrażenie gogusia, który właśnie zrzucił krawat, a ona miała brązowe włosy, świetny cyc i wyglądała, jakby ruchała się jak złoto. I że jedli schabowe, choć chcieli de volaille’e. Tylko że tych były tylko cztery i zamówiły je chłopaki z trasy, mówiąc, że będą do pół godziny.

No ale ten brodaty gość. Krótki nie pamiętał, czy się rozglądał. Na pewno pierwsze kroki skierował do baru; idąc, sięgnął do tylnej kieszeni. Wyglądało, jakby wyciągał portfel, ale była to talia sfatygowanych, pokancerowanych kart. Przetasował je, przejrzał, po czym położył na barze dwójkę karo, na której flamastrem drukowanymi literami napisano dwa zdania: „Nie mówię po polsku. Mówisz po angielsku?”.

„Trochę niby mówię” – wyjaśnił mi Krótki jeszcze za pierwszym razem, gdy miał zdrowe palce i zęby. „Ale się wstydzę przy obcych, to mu mówię, że nie”.