Wydawca: WAB Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Czy zawsze będziesz mnie kochać? ebook

Joyce Carol Oates

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czy zawsze będziesz mnie kochać? - Joyce Carol Oates

22 niepokojące opowiadania jednej z najpopularniejszych amerykańskich autorek. Joyce Carol Oates jest co roku wymieniana pośród kandydatów do Nagrody Nobla. Potrafi zdemaskować ludzką naturę tak, że robi się „niewygodnie”. To, co ludzie ukrywają latami, z gracją wyciąga na światło dzienne. Specjalizuje się w ostrej krytyce społecznej, obnażaniu ludzkich tajemnic, uwiedzeń, kazirodztwa, przemocy czy gwałtu.

Opinie o ebooku Czy zawsze będziesz mnie kochać? - Joyce Carol Oates

Fragment ebooka Czy zawsze będziesz mnie kochać? - Joyce Carol Oates

Ja­mes Ca­rol Oates

CZY ZA­WSZE BĘDZIESZ MNIE KO­CHAĆ?

I INNE OPO­WIA­DA­NIA

Przełożyła Agniesz­ka Po­koj­ska

Tytuł ory­gi­nału: Will You Al­ways Love Me? and Other Sto­ries

Co­py­ri­ght © 2013 by the On­ta­rio Re­view, Inc.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Agniesz­ka Po­koj­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Gre­go­wi John­so­no­wi

I

Uczy­nek z sa­mot­ności

To był wy­pa­dek, był o tym prze­ko­na­ny.

Gdy­by tyl­ko nie pro­wa­dził sam. Gdy­by po­je­chał sa­mo­cho­dem służbo­wym.

Gdy­by wy­brał inną trasę przez mia­sto, ominął ten kawałek De­ca­tur Ave­nue. Gdy­by wy­je­chał z domu na przed­mieściu Wil­low Lake pięć mi­nut wcześniej czy później – nic by się nie stało.

Albo jeśli założyć, że coś się mu­siało stać, stałoby się co in­ne­go. Byłaby to inna hi­sto­ria.

Inne zakończe­nie, inne kon­se­kwen­cje.

A jego naj­praw­dziw­sze ja po­zo­stałoby nie­zmie­nio­ne. Nie­zbru­ka­ne.

Gdy­by miał ja­kie­goś świad­ka, kogoś przy so­bie.

Pasażera na sie­dze­niu obok. Dwo­je oczu, głos. Który po­wie­działby: „Nie!” albo „Co ty ro­bisz?!”, albo „Będziesz mu­siał się za­trzy­mać – za­trzy­maj się, proszę”.

Gdy­by było z nim jed­no z dzie­ci, na przykład Ka­tie, krzyknęłaby: „Tato, ha­muj!”.

Gdy­by była z nim jego żona, Dia­ne… ale czy umiałby wymyślić praw­do­po­dobną hi­sto­rię, w której Dia­ne mogłaby to­wa­rzy­szyć mu pod­czas go­dzin­nej jaz­dy po mieście, w dro­dze na ru­ty­no­we spo­tka­nie w in­te­re­sach w Hy­att Re­gen­cy po dru­giej stro­nie rze­ki? Prze­cież tyl­ko ko­chan­ko­wie, wciąż sie­bie cie­ka­wi, ogar­nięci gorączką pożąda­nia i za­bor­czości, po­je­cha­li­by w ta­kich oko­licz­nościach ra­zem, tyl­ko po to, żeby być ze sobą. A on i Dia­ne nie byli ko­chan­ka­mi ani nie byli już sie­bie cie­ka­wi.

Ale gdy­by był przy nim któryś z ko­legów z pra­cy, któryś z młodych, którzy go po­dzi­wia­li.

Oj­ciec, mat­ka…

Jakiś świa­dek, wszyst­ko jed­no kto, ktoś, kto go znał – nic by się nie stało.

A już na pew­no nie to, co – o czym był prze­ko­na­ny – było zwykłym wy­pad­kiem, uczu­cie pa­ni­ki, naciśnięcie pedału gazu; nie stałoby się ani to, ani to, co nastąpiło po­tem, pełna winy re­ak­cja, uciecz­ka z miej­sca wy­pad­ku – to, co wy­da­wało mu się właści­wym przestępstwem, nig­dy by się nie wy­da­rzyło.

Na par­kin­gu ho­te­lu Hy­att Re­gen­cy po­wo­li ob­szedł i obej­rzał sa­mochód z zewnątrz. Lewa stro­na przed­nie­go zde­rza­ka, drzwi od stro­ny kie­row­cy – owszem, był jakiś ślad czy ślady… wgnie­ce­nie w zie­lo­nej ka­ro­se­rii o me­ta­licz­nym połysku… tak nie­wiel­kie, że trze­ba by wie­dzieć, cze­go się szu­ka, aby je w ogóle do­strzec. Z całą pew­nością trze­ba by wie­dzieć, cze­go się szu­ka, aby je od­na­leźć.

Naj­bar­dziej za­gad­ko­wa kwe­stia, o którą Dia­ne na­tych­miast by za­py­tała: dla­cze­go po­je­chał na spo­tka­nie pry­wat­nym sa­mo­cho­dem?

Zwy­kle na po­dob­ne spo­tka­nia jeździł służbową li­mu­zyną z szo­fe­rem. Jego fir­ma dys­po­no­wała sześcio­ma li­mu­zynami, w tym dwie­ma dłuższy­mi niż stan­dar­do­we, z za­ciem­nia­ny­mi tyl­ny­mi szy­ba­mi, przez które z zewnątrz nic nie widać. Był człowie­kiem zajętym, bar­dzo zajętym, dla­cze­go więc miałby pro­wa­dzić sam, de­ner­wo­wać się w kor­kach na I-75, a po­tem na tra­sie nu­mer 16 przez śro­dek mia­sta, dla­cze­go miałby tra­cić go­dzinę ze swo­je­go cen­ne­go cza­su, dla­cze­go?

Przy­po­mniał so­bie, że kie­dy dzie­ci były bar­dzo małe, po­sta­no­wił, że co­dzien­nie po pra­cy poświęci dwa­dzieścia mi­nut wyłącznie im i po­czy­ta im na do­bra­noc. Gdy uro­dził się Rick, był taki młody, że na­wet so­bie wy­da­wał się chłopcem, ko­micz­nie nie­przy­sto­so­wa­nym do tak dużej od­po­wie­dzial­ności i nie­go­to­wym na taki przy­wi­lej, gdy przy­sia­dał na łóżku dziec­ka, któremu pra­wie za­my­kały się oczy, i prze­wra­cał gru­be, pięknie ilu­stro­wa­ne stro­ny no­we­go wy­da­nia Bab­ci Gąski, usiłując nie po­ka­zać po so­bie znie­cier­pli­wie­nia… bo choć ko­chał swo­je po­cie­chy, Ric­ka i Ka­tie, był bar­dzo zajętym młodym pra­cow­ni­kiem w branży, która słynęła z kon­ku­ren­cyj­ności, jed­nym z sześćdzie­sięciu nowo za­trud­nio­nych lu­dzi (był rok 1967, więc wszy­scy byli mężczy­zna­mi rasy białej), a tyl­ko trzem czy czte­rem z nich uda się utrzy­mać w fir­mie i awan­so­wać, a Che­ster Jen­sen obie­cał so­bie, że za wszelką cenę będzie jed­nym z nich… Sta­rał się więc nie trak­to­wać tych przy­jem­nych dwu­dzie­stu mi­nut spędza­nych z własny­mi dziećmi jako stra­ty cen­ne­go cza­su. Jak ma­wiała jego mat­ka, czas, kie­dy dzie­ci są na­prawdę dziećmi, mija bar­dzo szyb­ko.

Za­zwy­czaj na tego ro­dza­ju tra­sie, wie­zio­ny przez szo­fe­ra jed­nym ze służbo­wych sa­mo­chodów na ru­ty­no­we spo­tka­nie, za­po­mi­nał o ota­czającym go świe­cie, chro­nio­ny przed wszel­ki­mi hałasa­mi z uli­cy, przed nie­bez­pie­czeństwem. Sie­działby wy­god­nie na miękkim tyl­nym sie­dze­niu li­mu­zy­ny, dzięki za­ciem­nia­nym szy­bom osłonięty przed ostrym słońcem dnia i rzu­ca­ny­mi co pe­wien czas wro­gi­mi spoj­rze­nia­mi ob­cych lu­dzi, przeglądałby „Wall Stre­et Jo­ur­nal”, za­wsze dostępny w służbo­wych au­tach, a po­tem sku­piłby się na pra­cy, nie­mal za­po­mi­nając o ru­chu ulicz­nym, uprze­dzająco grzecz­nym szo­fe­rze, na­wet o luk­su­so­wym pojeździe, który go wiózł.

Dla­cze­go chciał pro­wa­dzić sam? Po pro­stu miał na to ochotę, nie było żad­ne­go szczególne­go po­wo­du. Może by móc pobyć sa­me­mu ze sobą. Czyżby to było to – rzad­ka oka­zja do spędze­nia go­dzi­ny w sa­mot­ności? Nie było żad­ne­go szczególne­go po­wo­du.

Gdy­by Dia­ne do­py­ty­wała, zde­ner­wo­wa­na, co byłoby nie­unik­nio­ne, gdy­by jej po­wie­dział, co się stało, uciąłby: Proszę, zro­zum: nie lubię przesłuchań.

Prze­cież wiesz.

Był słonecz­ny dzień. Początek kwiet­nia. Nie­bo było in­ten­syw­nie błękit­ne, a chod­ni­ki lśniły jak wy­po­le­ro­wa­ne.

Wy­je­chał z domu w Wil­low Lake o ósmej, a że spo­tka­nie miało się zacząć o dzie­wiątej trzy­dzieści, miał dużo cza­su i nie mu­siał się spie­szyć, z przy­jem­nością kon­cen­tro­wał się na jeździe, cie­szył się, że sa­mochód (nie­daw­no za­ku­pio­na acu­ra) trzy­ma się dro­gi, że jest posłuszny i zwrot­ny ni­czym mały jacht na spo­koj­nych wo­dach, i bawiła go myśl, że czer­pie przy­jem­ność z pro­wa­dze­nia sa­mochodu, po pro­stu z pro­wa­dze­nia sa­mochodu, bez żad­ne­go celu, jak wyrośnięty chłopiec, ale dla­cze­go nie: za kie­row­nicą za­czy­na ist­nieć trud­ne do zde­fi­nio­wa­nia, lecz wyraźne ja, które nie ist­nie­je nig­dzie in­dziej.

W każdym ra­zie gdy kie­row­ca jest sam. Gdy nie roz­pra­sza go roz­mo­wa, obec­ność in­nych lu­dzi.

Je­chał De­ca­tur Ave­nue, w którą prze­cho­dziła w mieście tra­sa nu­mer 16, przez oko­li­ce za­pusz­czo­nych ma­ga­zynów koło mo­stu Ste­ven­son Me­mo­rial, gdzie jego oj­ciec i stryj po­sia­da­li kie­dyś nie­ru­cho­mości, wy­naj­mo­wa­ne fir­mom prze­wo­zo­wym, ma­ga­zynom, in­tro­li­ga­tor­ni Czif­fra & Sons. (Tu­taj, na rogu De­ca­tur Ave­nue i Se­venth Stre­et, stoi – obec­nie pu­sty – sta­ry bu­dy­nek z czer­wo­nej cegły, gdzie mieściła się sie­dzi­ba fir­my Czif­fra. Na­zwi­sko Czif­fra fa­scy­no­wało go, kie­dy był mały). Na wi­dok za­pusz­cze­nia oko­li­cy ogarnął go dość me­lan­cho­lij­ny nastrój; uli­ce były dziu­ra­we, chod­ni­ki i rynsz­to­ki za­wa­lo­ne śmie­cia­mi, w tym także tłuczo­nym szkłem; skle­py były po­li­kwi­do­wa­ne, bu­dyn­ki miesz­kal­ne znisz­czo­ne przez pożary, opusz­czo­ne; włóczędzy i pi­ja­cy snu­li się po uli­cy na­wet o tak wcze­snej po­rze, żałosne ludz­kie po­sta­ci kuliły się w bra­mach lub leżały wyciągnięte (spały? były pogrążone w le­tar­gu? mar­twe?) na brud­nych, mo­krych chod­ni­kach. Pięć mil da­lej w stronę cen­trum De­ca­tur Ave­nue prze­ra­dzała się w sza­cowną ulicę dro­gich sklepów; jesz­cze da­lej, za gra­ni­ca­mi mia­sta, w Elm Rid­ge, już pod inną nazwą, w atrak­cyjną ulicę wil­lową wy­sa­dzaną drze­wa­mi.

Pan Jen­sen, oj­ciec Che­ste­ra, oraz jego świętej pamięci stryj szyb­ko sprze­da­li miej­skie nie­ru­cho­mości, gdy pod ko­niec lat sześćdzie­siątych nastąpił gwałtow­ny spa­dek cen. Wpraw­dzie spo­ro stra­ci­li, ale nie aż tyle – jak twier­dzi­li – ile mo­gli­by stra­cić, gdy­by nie zde­cy­do­wa­li się na sprze­daż.

Pan Jen­sen był wciąż, jak lubił ma­wiać, „czyn­nym” człowie­kiem in­te­re­su. I choć ar­tre­tyzm poważnie ogra­ni­czył jego spraw­ność, wciąż miesz­kał w dużym domu ro­dzin­nym, w dziel­ni­cy zwa­nej Wo­od­si­de Park.

Trzy prze­czni­ce za mo­stem uwagę Che­ste­ra przy­ciągnęła grup­ka lu­dzi, włóczęgów, pi­jaków, bez­dom­nych – ja­kie­go określe­nia wy­pa­da tu użyć? – którzy sta­li na rogu uli­cy i się kłócili. Je­den po­pchnął dru­gie­go, ten za­to­czył się do tyłu i wpadł na trze­cie­go. Byli wśród nich bia­li i czar­ni, ale nie­zbyt różnili się od sie­bie, wszy­scy w łach­ma­nach i bez na­kryć głowy, choć padał deszcz. Che­ster mu­siał na­gle za­ha­mo­wać, bo przez De­ca­tur Ave­nue, pchając przed sobą skle­po­wy wózek, prze­cho­dziła przy­sa­dzi­sta ruda ko­bie­ta z żyla­ka­mi na łyd­kach, pogrążona w łagod­nym otępie­niu, nieświa­do­ma jadących sa­mo­chodów. Następnie jego uwagę przy­kuła ko­lej­ka oku­ta­nych w łach­ma­ny po­sta­ci, która wydała mu się za­gad­ko­wa, dopóki się nie zo­rien­to­wał, że ci lu­dzie stoją przed drzwia­mi, nad którymi wisi szyld „MI­SJA IM. ŚW. AN­TO­NIE­GO”, jadłodaj­ni przy Third Stre­et.

„Życie nie­war­te życia”.

Ta fra­za naj­pierw przeszła mu przez myśl, po­tem wy­po­wie­dział ją na głos: „Życie nie­war­te życia”. Jak­by wśliznęła się w jego umysł: skąd, nie miał pojęcia.

Po­dob­nie dry­fują w na­szych głowach frag­men­ty pio­se­nek, ode­rwa­ne słowa, uryw­ki daw­nych rozmów, wspo­mnie­nia, sny.

Gdy zbliżał się do następnej prze­czni­cy, światła zmie­niły się z zie­lo­nych na żółte; za­uważył, że sa­mo­cho­dy na obu sąsied­nich pa­sach przy­spie­szyły, by zdążyć prze­je­chać przez skrzyżowa­nie, ale on nie chciał się spie­szyć, je­chał da­lej z tą samą prędkością, mimo iż do­strzegł kątem oka, lecz nie całkiem uświa­do­mił so­bie, co to może zna­czyć, że na skrzyżowa­niu stoi kil­ku ob­dar­tych mężczyzn.

Owszem, mógł przy­spie­szyć i prze­je­chać przez skrzyżowa­nie, nie­win­ny, bo światło jesz­cze nie zmie­niło się na czer­wo­ne.

Owszem, tak właśnie do­cho­dzi do wy­padków: to się na­zy­wa „zrządze­nie losu”.

Lub gdy­by użyć in­ne­go języka, „prze­zna­cze­nie”.

Nie, nie wiem dla­cze­go, nie ma żad­ne­go dla­cze­go.

Za­trzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle, jako pierw­szy na skraj­nym pra­wym pa­sie. Na skrzyżowa­niu De­ca­tur Ave­nue z Se­cond Stre­et.

Na­tych­miast pod­szedł do jego auta je­den z ob­dar­tych mężczyzn, o dość ja­snej jak na Mu­rzy­na kar­na­cji, o twa­rzy, która wyglądała jak ugo­to­wa­na, z opuch­niętymi ocza­mi, włosa­mi roz­czo­chra­ny­mi i sztyw­ny­mi jak szczot­ka ryżowa i usta­mi jak świeża szra­ma, przy­po­mi­nającymi roz­szar­pa­ne mięso. Sądząc z wyglądu, pi­jak. Tak, i do tego żebrak – agre­syw­ny żebrak. Oparł się o maskę sa­mo­cho­du Che­ste­ra Jen­se­na i za­nim Che­ster mógł go odpędzić, już wy­ko­ny­wał ko­li­ste ru­chy brudną szmatą, mar­kując my­cie szy­by.

Che­ster po­pu­kał w szybę od środ­ka, potrząsnął głową i za­pro­te­sto­wał: „Nie – nie”, a kie­dy czar­ny nie zwrócił na to uwa­gi, krzyknął: „Ej, ty! Zo­staw to auto, do cho­le­ry!”.

Zdu­mio­ny i bez­bron­ny sie­dział za kie­row­nicą swo­jej nowo za­ku­pio­nej oso­bo­wej acu­ry w ko­lo­rze zie­lo­ny me­ta­lik, uzie­mio­ny przez czer­wo­ne światło, a agre­syw­ny żebrak zaświ­niał mu przed­nią szybę pod po­zo­rem, że ją czyści.

Che­ster opuścił szybę, wy­chy­lił się i po­wie­dział głośno – bez groźby w głosie, ale sta­now­czo: „Po­wie­działem dość! Ej! Głuchy je­steś? Zo­staw to auto!”.

Czar­ny nadal uda­wał, że nie słyszy. Na twa­rzy miał wy­raz po­gar­dli­wej dumy, a w ru­chach za­wziętość wska­zującą na de­ter­mi­nację; niewątpliwą agresję.

Życie nie­war­te życia.

Nie­ludz­kie stwo­rze­nie w ludz­kiej po­sta­ci. Odrażające!

Che­ster, wściekły, na­cisnął klak­son; jesz­cze raz po­pu­kał w szybę i krzyknął do czar­ne­go, żeby dał spokój. Ale ten, nie­wzru­szo­ny, da­lej złośli­wie wy­ko­ny­wał ko­li­ste ru­chy szmatą, zo­sta­wiając na szy­bie tłuste smu­gi. Che­ster wy­chy­lił się przez okno i krzyknął: „Niech cię cho­le­ra! Wezwę po­licję! Nie dam ci ani cen­ta!”.

W tym mo­men­cie czar­ny prze­rwał. Opuch­niętymi ocza­mi spoj­rzał na Che­ste­ra. Nie był sta­ry, nie star­szy od nie­go, we włosach miał siwe pa­sma, jed­no ucho spuch­nięte i nie­kształtne. Wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie, czy może krzy­wym uśmie­chu, i gardłowym głosem rzu­cił nie­wy­raźnie jakąś szy­derczą od­po­wiedź, ja­kieś: „Eeesz­sie, fra­je­rze”, po czym na­chy­lił się i splunął na szybę.

Później Che­ster wspo­mi­nał, że tym mo­men­cie do resz­ty stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą.

I na chwilę go zaślepiło.

Przy­cisnął pedał gazu, moc­no, nie zważając, czy dro­ga jest wol­na, i sa­mochód wy­rwał do przo­du, słychać było stłumio­ny krzyk i głuchy stuk od­bi­cia się ciała czar­ne­go od zde­rza­ka, a po­tem od drzwi, opo­ny pośliznęły się na mo­krej jezd­ni i roz­legł się ich pisk, ale sa­mochód nie stra­cił przy­czep­ności; Che­ster ocknął się, kie­dy prze­je­chał spo­ry kawałek, spoj­rzał w tyl­ne lu­ster­ko, nie­wy­raźnie zo­ba­czył ciało czar­ne­go mężczy­zny leżące nie­ru­cho­mo na uli­cy.

Je­chał da­lej, nie patrząc już w tył.

Spro­wo­ko­wał mnie, stra­ciłem pa­no­wa­nie nad sobą.

Urągał mi. Jak­by okładał mnie tą brudną szmatą po twa­rzy.

Po­li­cja nie chro­ni oby­wa­te­li, zrzekła się wszel­kiej od­po­wie­dzial­ności.

Nie zda­wałem so­bie spra­wy, że stoi tak bli­sko.

Nie zda­wałem so­bie spra­wy, że go potrącę.

Nie zda­wałem so­bie spra­wy, że… na­prawdę na­cisnąłem pedał gazu.

Ostrzegłem go, wy­ra­ziłem się ja­sno i do­bit­nie.

Nie po­zwolę so­bie, żeby wy­mu­sza­no ode mnie pie­niądze w biały dzień, kie­dy siedzę we własnym sa­mo­cho­dzie.

Nie je­stem tchórzem, by po­zwo­lić, żeby ktoś wy­mu­szał ode mnie pie­niądze w biały dzień, kie­dy siedzę we własnym sa­mo­cho­dzie.

Nie je­stem ra­sistą. Nie zwróciłem uwa­gi na ko­lor jego skóry.

Nie chciałem wyrządzić mu krzyw­dy, jeśli fak­tycz­nie wyrządziłem mu krzywdę.

To była moja szy­ba. Mój sa­mochód.

Nig­dy w życiu nie zda­rzyło mi się nic po­dob­ne­go.

Nig­dy nie spo­wo­do­wałem wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go, rzad­ko do­sta­wałem man­dat za prze­kro­cze­nie prędkości czy nie­pra­widłowe par­ko­wa­nie… w su­mie chy­ba nie więcej niż czte­ry czy pięć razy w życiu.

Je­stem porządnym oby­wa­te­lem. Wiem, że to brzmi… jak brzmi. Ale tak się składa, że to praw­da.

Oczy­wiście, że było mi go żal, tak, mogłem mu dać garść drob­nych, może i do­la­ra, tak, dla­cze­go by nie, gdy­bym miał cofnąć czas, to owszem, może tak właśnie bym postąpił, rzu­ciłbym pie­niądze na chod­nik, on by się po nie schy­lił i za­po­mniałby o mo­jej szy­bie, i byłoby po pro­ble­mie, tak, te­raz bym tak zro­bił, ale jest za późno.

Je­stem pe­wien, że go nie zabiłem, sa­mochód nie ude­rzył go przo­dem, zresztą do­pie­ro ru­szał, miał prędkość początkową zero. Je­stem pe­wien.

Nig­dy w życiu nie pod­niosłem na ni­ko­go ręki.

Przy­rze­kam, to nie była kwe­stia ko­lo­ru skóry. Na­wet nie wi­działem, ja­kie­go ko­lo­ru ma skórę.

Zna­czy, zwróciłem uwagę na co in­ne­go: na jego twarz, oczy.

Oskarżyciel­skie, szy­der­cze. Jak śmierć.

Dla ich własne­go do­bra. Izo­lo­wać w in­sty­tu­cjach – do­mach opie­ki, szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych, więzie­niach, bo ja wiem gdzie.

Pie­niądze po­dat­ników. Płaci­my tak wy­so­kie po­dat­ki.

Człowiek cy­wi­li­zo­wa­ny musi umieć się bro­nić.

Oczy­wiście, po­trze­bują na­szej po­mo­cy.

Oczy­wiście, to nie jest ich wina.

Ale gdy­byśmy tak wszy­scy się sto­czy­li. Al­ko­hol, nar­ko­ty­ki…

Nie zda­wałem so­bie spra­wy, że go potrącę.

Nie zda­wałem so­bie spra­wy, że stoi tak bli­sko.

To nie był wy­pa­dek, ty­po­wy wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, to zna­czy nie potrąciłem pie­sze­go, jadąc sa­mo­cho­dem, stałem na światłach.

To był wy­pa­dek, mój pech, mój prze­wrot­ny pech. Prze­strze­gałem ogra­ni­cze­nia prędkości, postępowałem zgod­nie z prze­pi­sa­mi. Za­trzy­małem się na światłach.

Nie było po­li­cji. Nikt mnie nie ścigał.

Nie było świadków.

A może byli?

Gdy prze­jeżdżał przez most Ste­ven­son Me­mo­rial, ser­ce biło mu tak moc­no, że myślał, że umrze. Ale za­cho­wał pełną kon­trolę nad sa­mo­cho­dem, trzy­mał się swo­je­go pasa, po­wta­rzał so­bie: nic mi nie będzie, nic mi nie jest.

Włączył spry­ski­wacz i wy­cie­racz­ki. Żeby zmyć ślinę zmie­szaną z flegmą i tłuste smu­gi, i szy­der­stwo.

Dużo, dużo później, choć w rze­czy­wi­stości jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru, Dia­ne za­py­tała, jak się udało spo­tka­nie, a on od­po­wie­dział, że dokład­nie tak, jak pla­no­wał. To zna­czy bar­dzo do­brze.

Uprzej­mie za­py­tał Dia­ne, jak jej minął dzień, a ona opo­wie­działa, co robiła.

Je­dli ko­lację na sąsia­dującej z kuch­nią we­ran­dzie w ko­lo­rach bie­li ostryg i bla­dej żółcie­ni, z zasłona­mi w kwia­to­we wzo­ry Lau­ry Ash­ley, pajęcza­sty­mi rośli­na­mi pnącymi. Kie­dy byli tyl­ko we dwo­je, rzad­ko ko­rzy­sta­li z ja­dal­ni. Dom był nie­przy­tul­ny, zbyt prze­stron­ny, odkąd dzie­ci wy­je­chały.

Che­ster często od­chy­lał głowę i nasłuchi­wał. Spo­dzie­wał się usłyszeć kro­ki na górze. Trzask za­my­ka­nych drzwi. Stłumio­ny śmiech. Echa.

Tak jak po­wie­działa jego mat­ka, wie­le lat temu, re­flek­syj­na, me­lan­cho­lij­na. Po tym jak Che­ster i jego star­szy brat Her­man wy­je­cha­li i państwo Jen­se­no­wie zo­sta­li sami w prze­stron­nym domu w sty­lu Tu­dorów w Wo­od­si­de Park. Do tej ele­ganc­kiej sta­rej dziel­ni­cy przy­le­gały te­raz z dwóch stron pod kątem pro­stym, czy­stym jak nacięcie do­ko­na­ne przez chi­rur­ga, osie­dla „przejścio­we”.

Dia­ne uśmie­chała się cier­pli­wie. Uśmie­chem, który zdra­dzał nie­cier­pli­wość.

– Ches, słyszałeś, co mówiłam? Znów dzwo­nił. Dzi­siaj przed południem.

Che­ster skinął głową na znak, że słyszał.

– Zno­wu?

– Dla­te­go myślę, że nie możemy odpuścić ko­lej­nej nie­dziel­nej wi­zy­ty. Przy­go­tuję pie­czeń.

– Chy­ba to mie­liśmy w pla­nach?

– Tak?

Dia­ne pa­trzyła na nie­go z kon­ster­nacją.

Jego żona od dwu­dzie­stu sied­miu lat. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka, sio­stra ry­wal­ka, bliźniacz­ka. Byli so­bie tak bli­scy, że ob­ser­wo­wa­nie sie­bie na­wza­jem wy­da­wało się bez­ce­lo­we, a cóż do­pie­ro osądza­nie. Każde kłam­stwo, które jej mówił, w trak­cie opo­wia­da­nia, w miarę jak go słuchała, sta­wało się prawdą.

– Mie­liśmy ja­kieś pla­ny?

Dia­ne poszła do kuch­ni po sałatę i stamtąd zawołała, jak­by głośno myślała, jak­by była sama w domu. Słyszał, jak otwie­ra i za­raz za­my­ka lodówkę.

Upił łyk czer­wo­ne­go wina.

– Dia­ne. Chy­ba zabiłem dziś człowie­ka.

Słyszał, że robi coś przy zle­wie. Odkręciła i zakręciła kran.

Z ra­dia stojącego na pa­ra­pe­cie, na­sta­wio­ne­go na lo­kalną rozgłośnię aka­de­micką, płynęła mu­zy­ka kla­sycz­na, nie­prze­ry­wa­na re­kla­ma­mi. Utwór na kla­we­syn o za­pie­rającej dech kla­row­ności, nie­mal bo­le­snej, tnącej jak odłamki szkła – Che­ster słuchał uważnie i chciał, by mu­zy­ka go po­ru­szyła, wzru­szyła. Nie­spo­dzie­wa­ne przebłyski piękna spra­wiały cza­sa­mi, że w oczach sta­wały mu łzy.

Gdy Dia­ne wróciła i po­sta­wiła na sto­le piękną drew­nianą misę z sałatą, Che­ster uśmiechnął się i za­py­tał:

– Jak sądzisz, Bach?

Utwór do­biegł końca. Głos pre­zen­te­ra po­in­for­mo­wał, że był to utwór Scar­lat­tie­go.

Po po­wro­cie do domu Che­ster wziął prysz­nic, ogo­lił się po raz dru­gi tego dnia, dał radę zjeść większość przy­go­to­wa­ne­go przez Dia­ne posiłku i oce­nił, że nic mu nie jest.

Czuł tyl­ko lek­ki ucisk w klat­ce pier­sio­wej, to wszyst­ko. I płytko od­dy­chał. Tak jak­by we własnym domu, w tym gu­stow­nie urządzo­nym po­miesz­cze­niu ja­dal­nym, cze­goś się oba­wiał i wy­cze­ki­wał.

Głośnego stu­ka­nia do drzwi, dzwon­ka te­le­fo­nu.

Ale odkąd Ka­tie wy­je­chała do Wa­szyng­to­nu, te­le­fon rzad­ko dzwo­nił późnym wie­czo­rem i nie zadzwo­nił, odkąd za­sie­dli do ko­la­cji.

Dia­ne miała do opo­wie­dze­nia własną hi­sto­rię, swo­je „wy­da­rze­nia dnia”, i opo­wie­działa ją to­nem ko­bie­ce­go za­tro­ska­nia. Jej sza­re oczy, sta­le wil­got­ne, pa­trzyły otwar­cie pro­sto w jego oczy, jak­by wy­zy­wały, żeby wy­trzy­mał ich spoj­rze­nie.

Była atrak­cyjną czter­dzie­sto­pa­ro­latką, której nie­ty­po­wa, asce­tycz­na uro­da daw­no prze­kwitła. Jej in­te­li­gent­na twarz była wąska i kan­cia­sta: jak nie­gdyś żar­to­wał, to twarz unit­ki. War­gi miała tak cien­kie, że wyglądały, jak­by za­gry­zała je w zamyśle­niu.

Była dobrą ko­bietą, ale do­broć to nie wszyst­ko.

Tak, i trochę się jej bał, traf­ności jej spo­strzeżeń, odkąd ich pożycie sek­su­al­ne, na­wet na początku nie­zbyt wy­bu­jałe, zupełnie ustało; można by po­wie­dzieć: stało się czy­ste. Traf­ności jej spo­strzeżeń, wni­kli­wości jej osądu mo­ral­ne­go.

– …nie­mal za­raz po two­im wyjściu do pra­cy. Naj­pierw pra­wie go nie słyszałam, na­brał ostat­nio zwy­cza­ju opusz­cza­nia słuchaw­ki, kie­dy mówi do te­le­fo­nu, może trzy­ma­nie ręki w górze go męczy? Mu­siałam więc za­py­tać: „Proszę? Słucham? Nie słyszę taty”, a on, po­nie­waż słabo słyszy, mówił: „Proszę? Słucham? Nie słyszę cię”. – Dia­ne prze­rwała na chwilę, żeby Che­ster mógł się skrzy­wić i zaśmiać. – Na­tu­ral­nie, czu­je się sa­mot­ny i boi się sie­dzieć sam w domu, i do tego jesz­cze coś, chy­ba gniew, żal, nie wiem o co, twój brat mimo wszyst­kich suk­cesów jest dokład­nie taki sam, cóż, pew­nie tęskni za waszą matką, wini ją, że go zo­sta­wiła sa­me­go… ale nic, po kil­ku mi­nu­tach roz­mo­wy, jak już wy­py­tał, co u cie­bie, u Ric­ka i u Ka­tie, i po­wie­działam mu mniej więcej to samo co ostat­nio we wto­rek, chy­ba do­tarło do nie­go, że nie­daw­no dzwo­nił… ale mu­siał po­kryć to ble­fem, wiesz, jaki on jest.

Che­ster roześmiał się, wstając od stołu. Usłyszał, że do krawężnika ci­cho pod­je­chał sa­mochód. Nie wje­chał na pod­jazd, tyl­ko stanął przy krawężniku.

Ze­gar ku­chen­ny wska­zy­wał dzie­wiątą czter­dzieści. Zerknął na ze­ga­rek, żeby spraw­dzić, czy go­dzi­na się zga­dza.

Za­sko­czył Dia­ne tym, że tak na­gle wstał od stołu, kie­dy nie skończy­li jesz­cze posiłku. Uśmiechnął się nie­wy­raźnie, odwrócił głowę od okna i po­wie­dział:

– O, tak. Wiem.

Ale na zewnątrz ni­ko­go nie było, ni­ko­go nie wi­dział.

Przed ich do­mem roz­poście­rał się duży traw­nik, lek­ko spa­dzi­sty, stra­te­gicz­nie ogro­dzo­ny drze­wa­mi i krze­wa­mi, które osłaniały dom od stro­ny uli­cy. Paliła się jed­na la­tar­nia, rzu­cając przytłumio­ne światło cha­rak­te­ry­stycz­ne dla przed­mieść i wsi. Czyżby się przesłyszał, że pod­je­chał sa­mochód? Czyżby ni­ko­go tam nie było?

Stał tak, dopóki Dia­ne nie po­deszła i nie za­pro­wa­dziła go z po­wro­tem do stołu. Ucisk w jego pier­si na­si­lał się z nie­uchron­nością ty­ka­nia ze­ga­ra.

* * *

Mijał czas – dni, ty­go­dnie. I nie wy­nikły żadne kon­se­kwen­cje w sen­sie pu­blicz­nym, praw­nym.

Ale ja­kie, re­ali­stycz­nie rzecz biorąc, mogły być kon­se­kwen­cje uczyn­ku ta­kiej sa­mot­ności, do­ko­na­ne­go bez mogących roz­po­znać sprawcę świadków?

Che­ster wie­dział, że przed skrzyżowa­niem stało jesz­cze kil­ka po­jazdów, obok nie­go i za nim. Na­wet w tej kry­tycz­nej sy­tu­acji, w której się zna­lazł, kątem oka za­uważył, że in­nym kie­row­com też na­przy­krza­li się żebra­cy ze szma­ta­mi w rękach. I ci inni kie­row­cy na pew­no wi­dzie­li, jak Che­ster ru­sza z pi­skiem opon, a czar­ny żebrak upa­da na ulicę, wi­dzie­li, jak acu­ra w ko­lo­rze zie­lo­ny me­ta­lik prze­jeżdża na czer­wo­nym świe­tle, pędzi De­ca­tur Ave­nue i zni­ka z pola wi­dze­nia, nie za­wra­cając, żeby spraw­dzić, co się stało. Wi­docz­nie nikt nie za­pa­miętał nu­me­ru jego re­je­stra­cji, nikt nie zgłosił wy­pad­ku na po­licję.

Świa­dek bez­pośred­nio za­in­te­re­so­wa­ny, ten czar­ny żebrak, na pew­no nie zgłosił się na po­licję. Che­ster wie­dział, że na to może li­czyć. Na­wet gdy­by odniósł poważne obrażenia.

Nie chciałby nastręczać so­bie pro­blemów, myślał Che­ster – po­dob­nie jak ja.

A jed­nak w pew­nym sen­sie chciał nastręczać so­bie pro­blemów. Trud­no wyjaśnić dla­cze­go.

Pew­ne­mu zna­jo­me­mu, z którym spo­tkał się na drin­ka, wspo­mniał o tym, że miał w mieście „mały wy­pa­dek”, że pod­szedł do nie­go groźnie wyglądający czar­ny mężczy­zna pod pre­tek­stem, że chce umyć szybę, i żądał pie­niędzy, ale Che­ster nic mu nie dał, po pro­stu mu odmówił.

– I co? – za­py­tał zna­jo­my wy­cze­kująco.

Jak za­uważył Che­ster, lek­ko rozdęły mu się noz­drza i zwęziły źre­ni­ce. Za­strzyk ad­re­na­li­ny z dru­giej ręki. Ale mu­siał zna­jo­me­go roz­cza­ro­wać. Rozłożył ręce w geście bez­sil­ności.

– I nic. Od­je­chałem.

– Nie dałeś mu pie­niędzy?

– Nie. Ani cen­ta.

In­nym ra­zem na przyjęciu roz­mo­wa zeszła na ope­ra­cje pla­stycz­ne, cza­sa­mi niezbędne ofia­rom wy­padków sa­mo­cho­do­wych – je­den z gości był chi­rur­giem pla­stycz­nym – i mówio­no o znie­kształce­niach twa­rzy, o brzy­do­cie i wzbu­dza­nym przez nią prze­rażeniu, zupełnie nie­pro­por­cjo­nal­nym do za­grożenia, ja­kie sta­no­wi. Che­ster, który przez większość wie­czo­ru się nie od­zy­wał, na­gle jak­by się obu­dził.

– Czy w ludz­kim umyśle jest jakiś gen lub neu­ron, lub coś, co re­je­stru­je „znie­kształce­nie”? – za­py­tał z na­mysłem. – Wy­pa­cze­nie, zeszpece­nie cze­goś, co zna­my z wi­dze­nia? Abs­tra­hując od ra­cjo­nal­nej re­ak­cji, czy jest coś ta­kie­go jak wro­dzo­ny od­ruch, żeby, po­wiedz­my, na wi­dok człowie­ka, który nie jest w pełni człowie­kiem, nie ma oka, nosa czy jest zde­for­mo­wa­ny, nie wiem – in­stynk­tow­nie czuć obrzy­dze­nie? – Che­ster pytał nieskład­nie, za­sta­na­wiając się, dlacze­go znie­nac­ka włączył się do dys­ku­sji. – Abs­tra­hując od ra­cjo­nal­nej re­ak­cji w da­nej sy­tu­acji?

Chi­rurg pla­stycz­ny dał dość wy­czer­pującą od­po­wiedź, jak­by za­do­wo­lo­ny, że padło ta­kie py­ta­nie. Tak, mówił, ist­nie­je swo­iste fi­zjo­lo­gicz­ne, jak się wy­da­je, ocze­ki­wa­nie nor­mal­ności, zlo­ka­li­zo­wa­ne w tej części ludz­kie­go mózgu, która od­po­wia­da za roz­po­zna­wa­nie twa­rzy; stu­den­ci me­dy­cy­ny uczą się je po­ko­ny­wać za po­mocą prak­ty­ki, czy­li wysiłku woli – uczą się, jak „re­ago­wać nie in­stynk­tow­nie, tyl­ko ra­cjo­nal­nym ro­zu­mie­niem”.

Po­chy­lając się, by le­piej wi­dzieć chi­rur­ga, Che­ster za­py­tał:

– Skąd po­cho­dzi wyrażenie „życie nie­war­te życia”?

Nastąpiła chwi­la ci­szy. Wresz­cie chi­rurg, który na­zy­wał się We­is­smann, od­po­wie­dział, lek­ko się krzy­wiąc:

– Od na­zistów. „Czy­stość rasy”. Lu­dobójstwo.

Wy­pi­sał czek na dwa tysiące do­larów na rzecz Mi­sji im. św. An­to­nie­go.

Jeśli Dia­ne była zdu­mio­na tym ge­stem, nie dała nic po so­bie po­znać; oka­zała wie­le zro­zu­mie­nia.

– Mnie naj­bar­dziej żal małych dzie­ci – po­wie­działa. – Dzie­ci nar­ko­ma­nek, no­si­cie­li AIDS. Są ta­kie nie­win­ne.

– Cóż – od­parł Che­ster, uśmie­chając się ta­jem­ni­czo, tą nową ta­jem­ni­czością, która wpra­wiała w kon­ster­nację lu­dzi z jego naj­bliższe­go oto­cze­nia. – Przy­najm­niej są nieświa­do­me.

– Nieświa­do­me cze­go? – za­py­tała Dia­ne, marszcząc czoło.

Che­ster od­parł, jak­by po­da­wał ide­al­nie zro­zu­miałą od­po­wiedź:

– Tego, cze­go my je­steśmy świa­do­mi.

Gdy przy­szedł list z po­dzięko­wa­nia­mi za hoj­ny da­tek, na­pi­sa­ny odręcznie przez kie­row­ni­ka mi­sji, Che­ster pra­wie zdążył o spra­wie za­po­mnieć. Zmiął list i rzu­cił na podłogę.

Czuł w całym cie­le dziw­ny nie­obec­ny ból, jak ból fan­to­mo­wy w odjętej kończy­nie.

* * *

Przy­po­mi­nał mu się głuchy odgłos ude­rze­nia ciała czar­ne­go mężczy­zny o zde­rzak acu­ry. Chyża, ciem­na, jak­by pta­sia syl­wet­ka. Jego własna re­ak­cja na dopływ ad­re­na­li­ny, pier­wot­ny dreszcz pod­nie­ce­nia.

Nic z tego nie było na­umyślne, tyl­ko przy­pad­ko­we.

Jest ciepła, wil­got­na, wcze­sno­let­nia nie­dzie­la, ale oj­ciec Che­ste­ra, ubra­ny w sza­ry swe­ter zapięty na nie­co wklęsłej pier­si, na­rze­ka na prze­ciąg od drzwi na we­randę. Dla­te­go nig­dy się ich nie otwie­ra.

Na zewnątrz po­kry­ta kro­pla­mi desz­czu zie­leń błysz­czy w słońcu jak miraż.

Jest dość wcześnie jak na ta­kie­go moc­ne­go drin­ka jak bur­bon, ale naj­wy­raźniej Che­ster przyjął pro­po­zycję ojca – w ręku trzy­ma szkla­neczkę. Od­mo­wa byłaby czymś nie­uprzej­mym – i okrut­nym, gdyż dla pana Jen­se­na pierw­sza por­cja al­ko­ho­lu ozna­cza ofi­cjal­ny początek końca dnia. I przy­no­si głęboką ulgę płynącą ze świa­do­mości, że ten dzień, jak każdy, jest pod kon­trolą i szyb­ko zbliża się do końca.

Che­ster sie­dzi w ga­bi­ne­cie ojca i słucha, jak ten mówi i mówi… może ściślej, słucha głosu ojca, szemrzącego bez­u­stan­nie jak stru­mień, prze­ry­wa­ne­go od cza­su do cza­su spa­zma­mi nie­mal bezgłośnego śmie­chu bez cie­nia radości. Mar­twi go, że oj­ciec wygląda tak wątle, tak bla­do, tak drażli­wie, tak… sta­ro. Ale ma już pra­wie osiem­dzie­siąt lat, więc cze­mu tu się dzi­wić? Spra­wia wrażenie, jak­by się skur­czył, trzy­ma głowę w sposób, który ko­ja­rzy się z żółwiem, jak­by miał ją za­raz scho­wać w ra­mio­na, poza tym na gar­dle ma luźną fałdę po­marsz­czo­nej skóry trzęsącą się przy każdym od­de­chu i ru­chu. Co on ta­kie­go mówi? Do cze­go usil­nie prze­ko­nu­je syna? Che­ster po­ta­ku­je, uśmie­cha się, sie­dzi z nogą założoną na nogę i kiwa stopą. Ner­wo­wość, jaką czu­je w obec­ności pana Jen­se­na, ob­ja­wia się w po­sta­ci dzie­cięcej nie­zdol­ności do usie­dze­nia w spo­ko­ju.

Che­ster myśli, że ko­cha swo­je­go po­sta­rzałego ojca, ale że częścią tej miłości jest de­spe­ra­cja, którą trze­ba ukryć.

Miłość mężczy­zny w śred­nim wie­ku do ojca: czym jest, tak właści­wie?

Daw­niej pan Jen­sen większość cza­su, łącznie z so­bo­ta­mi i nie­dzie­la­mi, spędzał w pra­cy; kie­dy był w domu, cho­wał się w swo­im ga­bi­ne­cie – w tym właśnie po­ko­ju. Che­ste­ro­wi ko­ja­rzy się on z pry­wat­nością, ta­jem­ni­czością i po­czu­ciem by­cia nie­mi­le wi­dzia­nym. Wi­dzi, że bar­dzo nie­wie­le się tu zmie­niło. Ol­brzy­mie biur­ko-se­kre­ta­rzyk z nie­zli­czo­ny­mi szu­fla­da­mi i półkami, skom­pli­ko­wa­ne jak pla­ster mio­du; za­pach ku­rzu i pleśni; skórza­ne fo­te­le, w których te­raz obaj siedzą, moc­no zużyte, o skórze popęka­nej miej­sca­mi, jak­by żyłko­wa­nej. Ciem­na orzecho­wa bo­aze­ria, która ko­ja­rzy mu się z po­sta­wioną pio­no­wo trumną.

Che­ste­ro­wi drży ręka, ale nie roz­le­wa drin­ka.

Pani Jen­sen przy­go­to­wu­je w kuch­ni obiad – jest fan­ta­styczną ku­charką, wy­bredną i ner­wową, ale fan­ta­styczną, kom­ple­men­ty przyj­mu­je z ru­mieńcem, jak­by się gnie­wała, ale tak, jest fan­ta­styczną ku­charką, i Che­ster przełyka ślinę, gdy do­chodzą go za­pa­chy pie­cze­ni i smażonych ziem­niaków, na­gle sta­je się bez­bron­ny wo­bec ape­ty­tu.

Myśli: jeśli nie mam w so­bie po­czu­cia winy za uczy­nek, którego je­stem win­ny, to je­stem w środ­ku pu­sty. A nie je­stem pu­sty, bo mam ape­tyt.

Jest do­brym człowie­kiem, ale do­broć to nie siła.

Chce prze­ka­zać ojcu, że aż do końca, dopóki or­ga­nizm funk­cjo­nu­je, je­dze­nie i ape­tyt niosą po­ciechę.

Chce prze­ka­zać ojcu, że wia­ra w je­dze­nie i ape­tyt opusz­czają człowie­ka jako ostat­nie.

A może to oj­ciec jemu to mówi? Czyżby o tym mówił przez ostat­nie kil­ka czy kil­kanaście mi­nut?

A może – sko­ro Che­ster sie­dzi w ga­bi­ne­cie ojca, jest gościem w ga­bi­ne­cie ojca, sko­ro ma pięćdzie­siąt lat, to – do­cie­ra to do nie­go na­gle i bu­dzi za­wsty­dze­nie – to nie pani Jen­sen go­tu­je nie­dziel­ny obiad, tyl­ko Dia­ne, jego własna żona.

Oczy­wiście, że Dia­ne.

To już ry­tuał. Od­wie­dzi­ny u pana Jen­se­na. W wiel­kim sta­rym domu w Wo­od­si­de Park. Każdy skra­wek po­se­sji chro­ni elek­tro­nicz­ny alarm. Który dzwo­ni zarówno w domu, jak i na naj­bliższym po­ste­run­ku po­li­cji. Owszem, jest to kosz­tow­ne. Ale war­te swo­jej ceny.

Po­nie­waż ko­bie­ta krzątająca się w kuch­ni to Dia­ne, a nie pani Jen­sen, drzwi na we­randę muszą po­zo­sta­wać szczel­nie za­mknięte. Przez szkla­ne ta­fle nic nie widać, jak przez sta­re szkło w fa­li­ste wzo­ry, gdyż ogród różany pani Jen­sen, nie­gdyś wyraźnie wi­docz­ny przez szy­by w tych drzwiach, już nie ist­nie­je.

Dwa czy trzy lata temu pan Jen­sen zle­cił ogrod­ni­ko­wi wy­ko­pa­nie po­zo­stałych roślin. Wątłych, scho­ro­wa­nych. Lu­dzie, którzy nie znają się na różach, za­wsze się dzi­wią, jak bar­dzo i jak szyb­ko krze­wy różane po­tra­fią zmar­nieć.

Po­pi­jając bur­bo­na, Che­ster myśli: to mi się chy­ba śni.

Che­ster myśli, uśmie­chając się do sie­bie szel­mow­sko: jeśli to mi się śni, to mogę się obu­dzić, kie­dy ze­chcę.

Na­gle, jak­by śle­dził bieg myśli Che­ste­ra, pan Jen­sen pyta z lek­kim uśmie­chem:

– Synu, jak się masz? Mnie możesz po­wie­dzieć.

Che­ster myśli: za­po­mniał, jak mam na imię!

– Oj­cze, mówiłem ci już prze­cież. Do­brze – od­po­wia­da z uśmie­chem.

Pan Jen­sen przygląda się mu do­bro­tli­wie, wy­ro­zu­mia­le, mrużąc pod­puch­nięte oczy, potrząsając głową na po­marsz­czo­nej jak u żółwia szyi.

– Tak, synu, alejak się masz? Mnie możesz po­wie­dzieć.

Machnął lek­ce­ważąco ręką w stronę kuch­ni, jak­by chciał po­wie­dzieć: Możesz spo­koj­nie mówić, ona nie usłyszy.

– Oj­cze, mówiłem ci już prze­cież – od­parł Che­ster z uśmie­chem. – Do­brze.

Pan Jen­sen mru­ga i pyta:

– Do­brze? Ty się maszdo­brze? – Śmie­je się szorst­kim, świszczącym śmie­chem bez wesołości i kiwa się w fo­te­lu. – Je­steś szczęśli­wym człowie­kiem?

Che­ster od­po­wia­da, bar­dziej się uśmie­chając, moc­niej kołysząc stopą:

– Oj­cze, mówiłem ci już prze­cież. Wszyst­ko u mnie w porządku. Je­stem szczęśliwy, je­stem najszczęśliw­szym człowie­kiem na zie­mi.

Pan Jen­sen kiwa głową i śmie­je się, po­chy­la się do przo­du, jak­by za­raz miał wypaść z fo­te­la, i mówi:

– Ja je­stem najszczęśliw­szym człowie­kiem na zie­mi.

Śmieją się ra­zem.

– Myślałem, że nie żyjesz. Prze­pra­szam – mówi Che­ster.

– Żebyś wie­dział, że nie żyję – od­po­wia­da pan Jen­sen, ocie­rając oczy. – Je­stem pro­chem, je­stem ni­czym.

Obaj śmieją się jesz­cze głośniej. Obej­mują się, moc­no, moc­no, jak­by chcie­li się na­wza­jem za­du­sić.

Ich śmiech brzmi tak radośnie, że za­raz uci­szy go ktoś, kogo zżera za­zdrość.

* * *

Dia­ne za­pa­liła nocną lampkę, usiadła na brze­gu łóżka i zaczęła głaskać go po głowie, wygładzać na­stro­szo­ne włosy.

– Po­wiesz mi o tym wresz­cie, Ches? – za­py­tała.

Naj­pierw wi­dział jej twarz nie­wy­raźnie, jak przez sta­re szkło w fa­li­ste wzo­ry.

Znów ją zbu­dził. Znów miał kosz­mar, wił się w poście­li i kopał, pocił się jak mysz. Jęczał i śmiał się przez sen.

Tym ra­zem mu­siało być na­prawdę źle. Jakiś czas temu prze­niósł się z małżeńskiej sy­pial­ni do po­ko­ju obok, daw­ne­go po­ko­ju dzie­cięcego; chciał żonie oszczędzić ta­kich chwil jak ta.

– O Boże, strasz­nie cię prze­pra­szam – po­wie­dział. – Przy­kro mi i głupio. Prze­pra­szam.

Dia­ne nadal głaskała go po głowie, wygładzała zmierz­wio­ne włosy. Była wyraźnie wy­stra­szo­na. Ale spo­koj­na. Chciała, żeby wy­czuł jej spokój. Żeby wie­dział, że tak na­prawdę nie prze­raża jej ta dziw­na, nie­po­wstrzy­ma­na zmia­na, która w nim zaszła i która do­ty­kała również ją.

Che­ster usiadł na łóżku, po­sta­wił sto­py na podłodze. Moc­no do­tknął sto­pa­mi podłogi.

Człowiek jest w mniej­szym stop­niu głupcem, jaśniej myśli, gdy bo­sy­mi sto­pa­mi do­ty­ka podłogi.

Jak­by chcąc za­de­mon­stro­wać męskość po­mi­mo roztrzęsie­nia, Che­ster objął Dia­ne i przy­tu­lił ją moc­no. Prze­pro­sił, że ją obu­dził. Prze­pro­sił, że dzie­je się z nim – to coś.

Po­wie­dział, że musi iść do łazien­ki. Że chce się trochę obmyć i położyć z po­wro­tem do łóżka. Było do­pie­ro wpół do piątej, za wcześnie, żeby wsta­wać. Był pe­wien, że te­raz już będzie spał spo­koj­nie.

Dia­ne sie­działa sztyw­no wy­pro­sto­wa­na. Prze­ra­ził ją nie na żarty i nie za­mie­rzała po­zwo­lić mu się tak łatwo wy­winąć. Ci­chym, drżącym głosem za­py­tała:

– Po­wiesz mi o tym, Ches? Proszę…

Zo­ba­czył, że w jej oczach błyszczą łzy.

– O czym mam ci po­wie­dzieć, Dia­ne? – za­py­tał.

– Wiesz o czym.

– O śnie? O tym, co mi się przed chwilą śniło? – za­py­tał głosem jesz­cze nie­co schrypłym od snu, a ona od­parła:

– Od tego możesz zacząć.

– Jak to „zacząć”?

Nie od­po­wie­działa.

– To nie było nic ta­kie­go… nie pamiętam. Chy­ba zaczęło się od cze­goś – tu zro­bił pauzę, jak­by tego wy­ma­gała szcze­rość – cze­goś fi­zycz­ne­go. Jak­bym się w coś zaplątał. Pew­nie w pościel. – I zaśmiał się, nie­co zbyt wesoło.

Dia­ne ode­zwała się, jak­by wca­le go nie słuchała:

– Tym ra­zem, kie­dy usłyszałam, jak mówisz przez sen, przez pe­wien czas leżałam bez ru­chu, bo nie wie­działam, czy po­tra­fię się zmu­sić do tego, żeby do cie­bie przyjść, i bałam się, co mogłabym tu zo­ba­czyć. Kie­dy otwo­rzyłam drzwi, miałam wrażenie, że z kimś roz­ma­wiasz albo się kłócisz, i ro­zu­miałam tyl­ko słowo „szczęśliwy”, śmiałeś się, zgrzy­tałeś zębami i po­wta­rzałeś „szczęśliwy”, „szczęśliwy”, a ja, sama nie wiem dla­cze­go, pomyślałam wte­dy o two­im ojcu.

– O moim ojcu? – za­py­tał Che­ster z po­czu­ciem winy.

– Tak. Ale nie wiem dla­cze­go.

Z całym spo­ko­jem, na jaki było go stać, Che­ster po­wie­dział:

– Zro­zum, mój oj­ciec nie jest ni­cze­mu win­ny. Nie należę do lu­dzi, którzy winią ojca za… swo­je życie.

Nastąpiła chwi­la ci­szy. Che­ster wie­dział, że zdu­miał żonę; bar­dzo możliwe, że jesz­cze bar­dziej ją wy­stra­szył. Jak różne for­my przy­bie­ra prze­moc do­mo­wa.

Dia­ne tuliła się do nie­go i płakała, co było dla nie­go przy­kre. Le­ciało jej z nosa, ale nie zwra­cała na to uwa­gi – ona, zwy­kle tak po­praw­na, za­wsze prze­strze­gająca do­brych ma­nier, miła, ko­chająca, wy­ba­czająca. Zro­zu­miał, że jeśli nie zmu­si się do mówie­nia, to ją stra­ci.

W jej głosie słychać było gniew:

– Co się z tobą dzie­je od kil­ku mie­sięcy, Ches?

– Jak to: co się dzie­je? – od­parł szyb­ko.

– Nie cho­dzi mi tyl­ko o kosz­ma­ry, ale o całą resztę, o to, jaki się stałeś. Ko­chasz inną ko­bietę?

Uwol­nił się z jej objęć i mu­siał się po­wstrzy­mać, by nie wy­buchnąć śmie­chem. Na­wet te­raz, mając przed sobą człowie­ka, który nie wie, co się stało z jego życiem, jak wół wle­czo­ny na rzeź, ogłuszo­ny cio­sem młota, Dia­ne po­tra­fiła so­bie wy­obrażać, że on cze­goś pożąda; że ma w so­bie choćby wspo­mnie­nie, choćby ma­rze­nie o pożąda­niu.

– Nie ko­cham żad­nej ko­bie­ty. Do­brze wiesz.

Ty­dzień przed­tem znów po­je­chał na De­ca­tur Ave­nue. Z cie­ka­wości. I z oba­wy.

I w na­dziei od­pra­wie­nia po­ku­ty?

W kie­sze­ni miał przy­go­to­wa­ne bank­no­ty pięcio-, dzie­sięcio- i dwu­dzie­sto­do­la­ro­we. Żeby wy­star­czyło sięgnąć.

Trochę krążył po sąsied­nich uli­cach i spo­strzegł kil­ku czar­nych mężczyzn, którzy mo­gli być tym, którego potrącił. Za każdym ra­zem przeżywał naj­pierw na­dzieję, a po­tem fru­strację, bo prze­cież nie mógł wie­dzieć na pew­no, a za­da­wa­nie pytań nie wcho­dziło w ra­chubę. Bo o co miałby pytać: prze­pra­szam, czy to pana usiłowałem zabić…? Za­trzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle na tym sa­mym skrzyżowa­niu co wówczas i na­gle ogarnęło go potężne jak tęskno­ta uczu­cie déjà vu, gdy dwóch ob­dar­tych mężczyzn po­deszło do jego sa­mo­cho­du, żeby umyć szy­by, i je­den z nich był czar­ny… ale zde­cy­do­wa­nie drob­niej­szej bu­do­wy, star­szy, bar­dziej po­si­wiały. Na szy­bie zo­stały smu­gi mie­niące się ko­lo­ra­mi tęczy, ale wręczył obu mężczy­znom po dzie­sięć do­larów, jak­by obsłużyli go bez za­rzu­tu, jak należy. Je­den scho­wał bank­not do kie­sze­ni, na­wet nie spoj­rzaw­szy na no­mi­nał, a dru­gi, ten czar­ny, uśmiechnął się sze­ro­ko, niewątpli­wie szy­der­czo, i po­wie­dział:

– Człowie­ku! Ta­kie­go to się pamięta do końca życia! – I od­szedł, wciąż się śmiejąc.

Gdy Che­ster wrócił z łazien­ki, gdzie opłukał twarz zimną wodą i wysiłkiem woli od­zy­skał coś, co uważał za pa­no­wa­nie nad sobą, zdzi­wił się – i po­czuł ukłucie wy­rzutów su­mie­nia – na wi­dok Dia­ne siedzącej na łóżku, cze­kającej na nie­go. W świe­tle lamp­ki noc­nej jej twarz wy­da­wała się bla­da i gładka. Oczy­wiście, że ją ko­chał.

Wyciągnęła do nie­go ręce, uśmiechnęła się dziel­nie.

– Och, Ches – po­wie­działa, jak­by się z nim prze­ko­ma­rzała. Ta­kim to­nem, ja­kim mówili do sie­bie przed laty. – No, proszę cię.

Che­ster gwałtow­nie ukląkł przed nią, położył jej głowę na ko­la­nach i objął ją w bio­drach.

– Nie wiem, jak zacząć, Dia­ne – po­wie­dział ci­cho.

Pogładziła go po włosach i od­po­wie­działa:

– A ja wiem, że wiesz…

Pogłaska­liście mnie, to za wami po­szedłem

To, co się im przy­da­rzyło, ten mały psiak, który się do nich przyplątał, nie było po­dob­ne do ni­cze­go, co przeżyli do­tych­czas.

Byli u zna­jo­mych, pili. Przy­szli o dzie­wiątej, a wy­szli około wpół do dru­giej. Dość wcześnie jak na Vica, szczególnie jak na week­en­do­wy wieczór, ale odkąd się po­bra­li, in­a­czej układa­li so­bie czas, a poza tym Dawn jesz­cze nie doszła do sie­bie po czte­ro­dnio­wym po­by­cie w szpi­ta­lu.

Mie­li pe­cha, że spadł pierw­szy w tym roku śnieg, i to już w paździer­ni­ku. A Dawn była lek­ko ubra­na. I nie mie­li sa­mo­cho­du. A miesz­ka­li za da­le­ko, żeby wrócić pie­szo. Vic wy­szedł na ulicę, wy­pa­trując taksówki, wy­pro­sto­wa­ny, sztyw­no trzy­mający głowę, z gnie­wem w oczach. Prze­cho­dzi­li okres „między sa­mo­cho­da­mi”, odkąd ze­psuł się pięcio­let­ni mer­cu­ry, ten za­sra­ny trup, jak mówił o nim Vic, nie­przy­zwy­cza­jo­ny do tego, że nie ma własne­go sa­mo­cho­du, więc może Dawn nie po­win­na pytać, do­ty­kając jego ra­mie­nia – w je­dy­ny sposób, w jaki cza­sem można było z Vi­kiem po­roz­ma­wiać, naj­pierw go do­ty­kając:

– Ko­cha­nie, może wrócimy na górę, może ktoś nas od­wie­zie? Może Frank?

Ale Vic ją zi­gno­ro­wał. Domyśliła się, że nie po­wie­dział zna­jo­mym o mer­cu­rym; po­wie im do­pie­ro wte­dy, kie­dy będzie się z tego śmiał jak z do­bre­go żartu, ale ten czas jesz­cze nie nad­szedł. Igrając z ogniem, Dawn za­py­tała:

– Wy­star­czy ci na taksówkę? To zna­czy też na na­pi­wek? Nie wzięłam ze sobą port­mo­net­ki.

Vic odwrócił się i lek­ko po­pchnął ją w kie­run­ku krawężnika – nie moc­no, ale tak, żeby po­czuła, że ją pchnął.

– Cze­kaj tu – warknął. – Te two­je buty!

Dawn miała na no­gach szpil­ki z cien­ki­mi pa­secz­ka­mi z miękkiej czar­nej skóry, między którymi, ni­czym jej własna skóra, prześwie­cały prze­zro­czy­ste czar­ne pończo­chy w drob­ne wzo­ry. Były to nie­prak­tycz­ne buty, nie można by w nich przejść na­wet kil­ku­set metrów, a co do­pie­ro mil, ale prze­cież Vi­co­wi się po­do­bały? Po­do­bały mu się sek­sow­ne buty i ciusz­ki Dawn?

No pew­nie, że tak.

Na nie­zbyt pew­nych no­gach Dawn poszła schro­nić się w ka­mien­nej, wykończo­nej łukiem bra­mie bu­dyn­ku, z którego przed chwilą wy­szli. Trzęsła się od prze­ni­kli­wie wil­got­ne­go wia­tru, który pach­niał rzeką i miał me­ta­licz­no-zgniły po­smak. Ktoś owio­nięty ta­kim za­pa­chem przy­po­mi­na so­bie wszyst­kie inne oka­zje – zima, wi­chu­ra, śnieg wi­rujący jak pi­ja­ny, oczy tak załza­wio­ne, że na pół ślepe – kie­dy przeżył coś po­dob­ne­go, a z wie­kiem by­najm­niej nie zno­si tego łatwiej. Dawn miała na­dzieję, że nikt ze zna­jo­mych nie wyj­dzie z im­pre­zy aku­rat te­raz i ich nie zo­ba­czy. Wówczas na pew­no zo­sta­li­by od­wie­zie­ni do domu, ale Vi­co­wi by się to nie po­do­bało, a ona mu­siałaby po­tem zno­sić jego zły hu­mor. Dawn nie, ale Vic bar­dzo przeżywał brak własne­go sa­mo­cho­du, choćby tyl­ko tym­cza­so­wy. (Ich mer­cu­ry był ta­kim gru­cho­tem, że Vi­co­wi nie udało się go za­mie­nić na w miarę porządny sa­mochód. Mu­siałby więc pożyczyć pie­niądze – od kogo? Może od bra­ta. Od ojca. Dawn nie wy­py­ty­wała, a Vic nie mówił). I nie tyl­ko brak sa­mo­cho­du, ale też możliwość, że lu­dzie się do­wiedzą. Było to upo­ka­rzające. Dla nie­go, nie dla niej. Choć jeśli dla nie­go, to i dla niej też. Bo jeśli dla mężczy­zny, to i dla ko­bie­ty. Prze­cież byli te­raz małżeństwem.

Mat­ka Dawn wy­po­wie­działa kie­dyś ta­kie słowa: Jeśli dla mężczy­zny, to i dla ko­bie­ty. Co to miało zna­czyć, dla­cze­go to po­wie­działa i kie­dy – Dawn nie wie­działa.

Wtem zo­ba­czyła, jak stoi, jak­by na nich cze­kał: mały bez­pański psiak.

Zja­wił się na chod­ni­ku, jak­by znikąd. Dy­go­tał z zim­na, lękli­wie po­pa­try­wał na Dawn. Dy­szał, a przy wy­de­chu two­rzyła się para. Jego brązowa sierść była kędzie­rza­wa, po­zle­pia­na, mo­kra. Dawn wi­działa, jak szyb­ko mru­ga, jak płatki śnie­gu top­nieją mu koło oczu.

– Jej­ku, jaki je­stem ślicz­ny! Ślicz­na maleńka psin­ka – za­gru­chała Dawn. To był jej głos na wyjścia, prze­zna­czo­ny dla cu­dzych uszu. Flir­tujący. Nig­dy nie wie­działa, że jest pod­chmie­lo­na, dopóki, tak jak te­raz, nie za­chwy­ciła się na głos czymś małym, głupim czy sen­ty­men­tal­nym. – Zgu­biłem się, tak?

Dawn pomyślała, że pies wygląda na kun­dla – mały, chu­dy, wy­stające, wi­docz­ne przez sierść żebra. Miał długie, wiszące uszy coc­ker-spa­nie­la, ki­ku­to­wa­ty ogon i smut­ne śle­pia, którymi pa­trzył pro­sto w jej oczy. Dawn mru­czała czu­le i po­chy­liła się, żeby bie­da­ka pogłaskać, a on en­tu­zja­stycz­nie rzu­cił się lizać jej dłonie w ręka­wicz­kach, jego nie­dożywio­ne ciało drżało z pod­nie­ce­nia.

– Ach! Prze­stań! Zo­bacz, cała będę ośli­nio­na.

Na­po­mi­nała go ze śmie­chem, nie krzy­czała, ale lek­ko się sku­lił, po czym da­lej lizał jej ręce. Nad­szedł Vic i też pogłaskał psa, ale mniej de­li­kat­nie, po­dra­pał go za usza­mi, jak­by zna­li się od za­wsze, a psiak sko­wy­czał i wił się z roz­ko­szy nie­mal zbyt in­ten­syw­nej, pra­wie sek­su­al­nej, pomyślała Dawn i roześmiała się. Lizał gołe dłonie Vica pośpiesz­nie, łap­czy­wie, kości­sty tyłek cho­dził mu na boki. Vic się roześmiał, lubił psy, miał psy jako dziec­ko i do­ra­stający chłopak. Mówił do nie­go ru­basz­nym to­nem i szyb­ko, jak­by strze­lał z ka­ra­bi­nu:

– Co, sta­ry, no co? Zgu­biłeś się, dra­niu? Nie masz obroży? Widać ktoś go po­rzu­cił – zde­gu­sto­wa­ny zwrócił się do Dawn. – Patrz, na szyi ma prze­tartą sierść, od obroży. Zdjęli mu obrożę, su­kin­sy­ny.

– Za­bierz­my go do domu! – za­pro­po­no­wała nie­pew­nie Dawn.

– Ja­sne, tego tyl­ko nam trze­ba – prychnął Vic.

Dra­pał psa moc­no za usza­mi, a ten pra­wie tańczył na tyl­nych łapach, jak­by chciał na Vica sko­czyć i jed­no­cześnie się po­wstrzy­my­wał; jak­by częste kop­nia­ki w przeszłości spra­wiły, że zmądrzał.

Nad­jeżdżała taksówka i Vic wy­biegł na ulicę, by ją za­trzy­mać. Wsie­dli do niej, a pies szedł za nimi do krawężnika. Kie­dy ru­sza­li, Dawn zo­ba­czyła jego smut­ne, py­tające oczy. Psie, ale mądre.

Do ich miesz­ka­nia na za­chod­nim brze­gu rze­ki było dzie­sięć mi­nut jaz­dy. Młody la­ty­no­ski kie­row­ca wciąż sta­wał na czer­wo­nych światłach, ha­mując na mo­krej jezd­ni, gdy za­pa­lało się żółte; nie można było po­wie­dzieć, że robi to spe­cjal­nie, ale Vic z iry­tacją pa­trzył na licz­nik, cze­go Dawn sta­rała się nie wi­dzieć.

Na­gle za­sko­czył ją, biorąc ją za rękę. Tak jak przed ślu­bem, kie­dy łączące ich uczu­cia szyb­ko się zmie­niały i były nie­prze­wi­dy­wal­ne jak za­chmu­rzo­ne nie­bo w wietrz­ny dzień, często ją za­ska­ki­wał, trochę stra­szył, drażnił. Z ta­kim mężczyzną jak Vic nig­dy nic nie wia­do­mo. Już przy­go­to­wała się na to, że ją zra­ni, zbi­je z tro­pu, a on się uśmie­chał, oczy miał su­ge­styw­nie półprzy­mknięte, tak jak te­raz. Jak­by wie­dział o niej coś, cze­go ona sama nie wie­działa.

– Do­brze się dzi­siaj bawiłaś, co? – za­gadnął. – Daw­no cię ta­kiej nie wi­działem.

Dawn po­czuła szyb­kie ukłucie w dole brzu­cha. Błyska­wicz­ny, ostry ból pod­nie­ce­nia. Nie wie­działa, czy mówił se­rio, czy chciał ją wypróbować, spraw­dzić, czy się na nie­go gnie­wa. Powie­działa:

– Wciąż nie mam wrażenia, że oni mnie lubią, ci twoi zna­jo­mi, tyl­ko że jak­by wciąż mnie oce­niają, wiesz?

– E, wy­da­je ci się – od­parł Vic. – Uważają, że je­steś su­per.

Przy­tu­lając się do nie­go, całując go w po­li­czek wil­got­ny od śnie­gu, oznaj­miła:

– Nie ob­cho­dzi mnie, co oni myślą, tyl­ko co ty myślisz. – Przeszła jej przez głowę myśl, prędka i ulot­na jak cień. – Ten bied­ny psiak… po­win­niśmy go za­brać ze sobą do domu.

Vic zaśmiał się iro­nicz­nie.

– Ja­sne.

Miesz­ka­li w cia­snym miesz­ka­niu na par­te­rze rdza­we­go bu­dyn­ku przy Wa­ter Stre­et. Była to oko­li­ca dość sta­rych ka­mie­nic i sklepów z częścia­mi za­mien­ny­mi oraz, za­le­d­wie o prze­cznicę da­lej, hur­tow­ni aut do­staw­czych. Dwie prze­cznice da­lej płynęła nie­wi­docz­na z ich okien sze­ro­ka rze­ka ko­lo­ru – najczęściej – sta­lo­wych opiłków. To miesz­ka­nie było tyl­ko tym­cza­so­we i ume­blo­wa­ne sprzętami, których Dawn tak na­prawdę nie wy­brała, w większości po­da­ro­wa­ny­mi przez krew­nych.

Gdy taksówka za­trzy­mała się przed bu­dyn­kiem, Dawn wy­siadła i ostrożnie, chwiejąc się na szpil­kach, poszła w stronę drzwi. Nie­raz już zda­rzało jej się słyszeć, jak Vic roz­ma­wia z taksówka­rza­mi, do jej uszu do­la­ty­wały słowa, których wolałaby nie słyszeć. Ona nig­dy nie pa­trzyła na licz­nik.

Cza­sem Vic dawał kie­row­cy na­pi­wek, a cza­sem nie. Kie­dy pra­co­wał, to ha­ro­wał ciężko jak cho­le­ra; miał ro­botę w fa­chu kon­tro­lo­wa­nym przez związki za­wo­do­we i niełatwo mu było ją zdo­być. Wy­zna­wał za­sadę, że nie każdy, nie każdy, kto po pro­stu wy­ko­nu­je swo­je za­sra­ne obo­wiązki, zasługu­je na na­pi­wek.

Dawn, która od sie­dem­na­ste­go roku życia do­ryw­czo do­ra­biała jako kel­ner­ka, nie zga­dzała się z tą fi­lo­zo­fią, ale nie chciała się kłócić.

Jak spra­wa na­piw­ku skończyła się dzi­siaj, nie wie­działa. Kie­dy Vic do niej dołączył, rysy miał ściągnięte, ale wy­raz twa­rzy neu­tral­ny. Scho­wał port­fel do kie­sze­ni jak­by nig­dy nic.

– Jej­ku, Vic! Po­patrz! – krzyknęła Dawn z nie­do­wie­rza­niem.

Wska­zy­wała na małego bez­pańskie­go psia­ka, biegnącego ulicą z wy­wie­szo­nym języ­kiem. Taki kawał dro­gi, co naj­mniej dwie mile – czy to możliwe?

Vic gwizdnął przez zęby.

– Jezu.

– To ten sam pies, praw­da? – za­py­tała nie­pew­nie Dawn.

Mały skun­dlo­ny spa­niel z po­szar­pa­ny­mi usza­mi, zdy­sza­ny po wysiłku. Ki­kut ogo­na mer­dał nie­pew­nie. Te oczy. Przyglądali mu się ze zdu­mie­niem, a pies pomału, bo­kiem zbliżał się do nich, przy­go­to­wa­ny na to, że do­sta­nie kop­nia­ka. Wyraźnie oszczędzał lewą tylną łapę.

– Bie­dac­two! Je­steś cały zmok­nięty i prze­mar­z­nięty – wy­mam­ro­tała Dawn to­nem wi­no­waj­cy. – A jak za­mar­z­nie ci sierść?

Kołysząc się na swo­ich nie­do­rzecz­nych bu­tach, po­chy­liła się, by pogłaskać psa, choć wie­działa, że pew­nie robi błąd. Zwie­rzak roz­pacz­li­wie rzu­cił się jej do nóg i omal jej nie przewrócił.

– Nie rób tak, nie wol­no! Prze­stań! – Dawn śmiała się, wzru­szo­na. Kie­dy za dużo so­bie wypiła, zda­rzały jej się na­pa­dy śmie­chu, który cza­sem brzmiał jak łka­nie. – Vic, może damy mu coś do je­dze­nia? Nie możemy go tak zo­sta­wić, jest zagłod­zo­ny.

– Za cho­lerę – prędko od­po­wie­dział Vic.

– Jest taki chu­dy, bie­dac­two, pew­nie jest strasz­nie głodny. Po­patrz na te oczy!

– Po­wie­działem nie.

– Proszę!

– Wiesz, co będzie, jak dasz mu żreć.

– Ale on jest zagłod­zo­ny.

Znie­cier­pli­wio­ny Vic odwrócił się i od­szedł, sięgnął do kie­sze­ni po klu­cze. Dawn nie mogła ode­rwać oczu od psia­ka, który zim­nym, wil­got­nym no­sem trącał jej ko­la­na. Ciało, żywe ciało do­ty­kające dru­gie­go ciała. I te oczy. Czuła, jak płatki śnie­gu top­nieją na jej ciepłej skórze, na lśniących czar­nych włosach, nie­mal tak zdro­wych i moc­nych jak przed kil­ko­ma mie­siącami, układających się wa­chla­rzem na ra­mio­nach jak młodej dziew­czy­nie. Wy­rwał jej się z ust nie­ar­ty­kułowa­ny dźwięk – szloch, jęk pro­te­stu.

Vic stał na górze schodów z klu­cza­mi w dłoniach.

– Ale zo­stać u nas nie może – po­wie­dział niechętnie. – Daj mu żreć i na tym ko­niec, ro­zu­miesz?

– Oczy­wiście – od­po­wie­działa Dawn, przy­gry­zając wargę.

Za­tem o wpół do dru­giej w nocy, w szpil­kach i z początka­mi bólu głowy, Dawn kar­miła na chod­ni­ku małego bez­pańskie­go psia­ka. Chciała wpuścić go przy­najm­niej na klatkę scho­dową, ale Vic zde­cy­do­wa­nie po­wie­dział nie. Dała mu więc jeść przy za­da­szo­nych scho­dach do bu­dyn­ku, położyła na ga­ze­cie tłuste kawałki mięsa z zupy, trochę czer­stwe­go chle­ba i po­sta­wiła miskę wody. Boże, jak ten bie­dak to zmia­tał! Aż z głębi gardła do­by­wało się war­cze­nie; ki­ku­to­wa­ty ogon prze­stał mer­dać. Było w tym psie coś ab­sur­dal­ne­go, ale też przej­mująco smut­ne­go. Oczy Dawn wez­brały łzami. Cie­ka­we, ile ma lat, pomyślała. Nie miał po­si­wiałego py­ska, czy­li nie był sta­ry, ale nie wyglądał też na szcze­nia­ka. I czy to pies, czy sucz­ka?

W ciągu mi­nu­ty je­dze­nie, które przy­niosła, zniknęło. Pies zeżarł na­wet kawałek ga­ze­ty. Te­raz pa­trzył prosząco na Dawn i skom­lał. Vica oczy­wiście nie było w po­bliżu. Wszedł do domu, nie in­te­re­so­wały go jej ka­pry­sy.

Chcesz to zro­bić, to proszę bar­dzo. Tyl­ko po­tem nie przy­chodź się żalić.

Nie pamiętała, które z nich to po­wie­działo ani kie­dy. Może całe lata temu, kie­dy do­pie­ro po­znała Vica i sza­lała na jego punk­cie.

Pies pro­sił o jesz­cze, a Dawn nie wie­działa, co zro­bić. Po­czuła ucisk w skro­niach, jak­by coś ści­skało ją wewnątrz czasz­ki. Czuła, że oczy i skórę ma prze­su­szo­ne aż do bólu. Chciała wyjść z im­pre­zy przed północą, ale Vic nie re­ago­wał na jej alu­zje, zbyt do­brze się bawił ze zna­jo­my­mi, a ona nie chciała naci­skać. Dała się więc namówić na to, żeby prze­ho­lo­wać z pi­ciem, po­win­na już wie­dzieć, że tak się nie robi, w końcu nie ma sie­dem­na­stu lat, tyl­ko trzy­dzieści je­den, ale wypiła piwo po czer­wo­nym wi­nie, tym szczy­piącym w usta czer­wo­nym wi­nie, które lu­bi­li ko­le­dzy Vica, a po­tem jesz­cze dwie „ga­la­ret­ki” – nie znała tego drin­ka, wódki z do­dat­kiem ga­la­ret­ki wi­no­gro­no­wej. Mówili, że to bab­ski drink, i rze­czy­wiście, Boże dro­gi, był słodki i zabójczy. Jej własny mąż powi­nien ją ostrzec, ale tego nie zro­bił.

Pie­sek do­ty­kał no­sem jej ko­lan, łasko­tał ją. Boże, te oczy!

– No do­brze, mały. Do­sta­niesz jesz­cze troszkę, ale to już na­prawdę będzie ko­niec.

Wchodząc do miesz­ka­nia, Dawn słyszała, że Vic na­pusz­cza wody do wan­ny; do­brze, nie na­tknie się na nie­go, nie będzie mu­siała się tłuma­czyć. Zna­lazła w lodówce jesz­cze trochę resz­tek, tłuste smażone ziem­nia­ki z kawałkami be­ko­nu i kil­ka pla­sterków sera, w miarę świeżych, nie po­win­na ich dawać psu, ale poza tym nic się już nie nada­wało, chy­ba że otwo­rzyłaby na przykład puszkę ulu­bio­nej zupy Vica, ogo­no­wej Camp­bel­la, ale le­piej nie. Kie­dy wyszła na ko­ry­tarz, cze­kała ją nie­spo­dzian­ka – psu udało się jakoś do­stać do środ­ka, choć mogłaby przy­siąc, że sta­ran­nie za­mknęła za sobą drzwi wejścio­we.

– Co ty tu ro­bisz, mały? Nie­do­bry pies.

Mu­siała wy­pro­wa­dzić go z po­wro­tem na zewnątrz, z po­wro­tem na zim­no, na przeklęty wiatr, kusząc go je­dze­niem, po­py­chając de­li­kat­nie stopą. Psiak żałośnie skam­lał.

– Nie wol­no, ma­lut­ki! Ci­cho! Bo zbu­dzisz cały dom.

Sąsie­dzi z góry nie lu­bi­li Vica i jej. Byli to star­si lu­dzie, on był eme­ry­to­wa­nym na­uczy­cie­lem. Skarżyli się właści­cie­lo­wi bu­dyn­ku na „hałasy i krzy­ki”, kie­dy Vica trochę po­no­siło i cza­sa­mi pod­no­sił głos. Dawn sta­rała się ich uni­kać w miarę możliwości.

Ciężko jej było wy­wa­bić psa z ko­ry­ta­rza, tak roz­pacz­li­wie nie chciał wyjść. Zna różnicę między by­ciem w środ­ku a by­ciem na zewnątrz, pomyślała. Różnicę między życiem a – tym dru­gim. Zdjęła ręka­wicz­ki i od do­ty­ku psie­go języka, dziw­nie chłod­ne­go, miękkie­go jak ir­cha, prze­szedł ją dreszcz.

– No, już dość. Dość! – krzyknęła.

Wresz­cie udało jej się zwrócić jego uwagę na ziem­nia­ki i pla­ster­ki sera, które zrzu­ciła na to, co zo­stało z płach­ty ga­ze­ty. Pies znów z za­pa­mięta­niem rzu­cił się na je­dze­nie, jego ciało prze­cho­dziły dresz­cze, jak­by drażnił go prąd. Był taki wygłod­niały! Taki – pier­wot­ny! – jak­by nie miał mózgu. Człowie­ko­wi się wy­da­je, że sam by nie mógł być taki, nie mógłby być po pro­stu ciałem, samą fi­zycz­nością, sa­mym zwierzęcym, odczłowie­czo­nym ape­ty­tem, ale to się cza­sa­mi zda­rza.

Dawn pa­trzyła na psa i czuła żal, po­twor­ny, osta­tecz­ny i nie­od­wra­cal­ny żal, którego przy­czy­ny wolała nie na­zy­wać.

Boże. Ja­skra­wy, pul­sujący ból w głowie.

Lek­kim to­nem, jak­by psiak należał do stwo­rzeń, przed którymi nie po­win­na ujaw­niać, co na­prawdę myśli, po­wie­działa:

– Więcej nie do­sta­niesz. Na­prawdę. Te­raz będziesz mu­siał so­bie pójść.

Szyb­ko weszła po scho­dach, mając na­dzieję, że pies za nią nie pójdzie. Prze­rwał na chwilę je­dze­nie i po­pa­trzył na nią zdu­mio­nym, nie­ro­zu­miejącym ni­cze­go wzro­kiem. Pysk miał zaśli­nio­ny i brud­ny od tłuszczu. Dawn wzdrygnęła się, za­bro­niła so­bie się roz­kle­jać i weszła do bu­dyn­ku.

Tym ra­zem sta­ran­nie za­trzasnęła i za­mknęła na za­mek obie pary drzwi.

Dawn miała na­dzieję, że Vic będzie w sy­pial­ni albo na­wet w łóżku, ale za­stała go w kuch­ni, gdzie pił co­or­sa z pusz­ki. Nie była to naj­lep­sza pora na pi­cie, ale Dawn nie za­mie­rzała tego sko­men­to­wać ani na­wet miną dać po so­bie po­znać, co o tym sądzi. Vic za­py­tał ją o psa, zi­ry­to­wa­ny, że tak się przejęła tym cho­ler­nym kun­dlem, to ty­po­we dla niej za­gra­nie, ty­po­wo bab­skie za­gra­nie, i na do­da­tek w środ­ku nocy. Umięśnio­ny tors Vica po­kry­wały szorst­kie ciem­ne włoski, które prze­bi­jały się przez pod­ko­szulkę z cien­kiej bawełny, gęste pod pa­cha­mi i na rękach. Kie­dy zo­sta­li ko­chan­ka­mi, przez pierw­szych kil­ka mie­sięcy Dawn za­sy­chało w ustach na sam wi­dok ra­mion Vica.

– Boże, jak do­brze być w domu – po­wie­działa.

Ale za­sy­gna­li­zo­wała też, że coś zo­stało nie­do­po­wie­dzia­ne.

Vic wzru­szył ra­mio­na­mi. Dał znak, że usłyszał, ale że to, co po­wie­działa, czy to, co chciała po­wie­dzieć, nie wy­ma­ga od­po­wie­dzi.

Dawn była w bo­jo­wym na­stro­ju. Po­licz­ki miała za­ru­mie­nio­ne od zim­na. Kop­nia­kiem zrzu­ciła z nóg te przeklęte szpil­ki, bolały ją od nich kost­ki, i boso stanęła na zim­nym li­no­leum. Vic przyglądał się jej nie­ru­cho­mo – miał taki wy­raz twa­rzy jak zwy­kle pod­czas kłótni i pod­nie­cało go to, że tak in­ten­syw­nie się w sie­bie wpa­trują; jego spoj­rze­nie niesłycha­nie na nią działało. Kie­dy zaczęli ze sobą cho­dzić, gdy Dawn wi­działa, że on tak na nią pa­trzy, przy­mrużony­mi oczy­ma, głęboko w pod­brzu­szu czuła szok, że jest przy niej i jej pra­gnie, i robiła się cała jak z waty. W ta­kiej chwi­li nie po­tra­fiłaby na­wet po­wie­dzieć, jak się na­zy­wa, kim jest. Te­raz, po ciąży, to zna­czy po­ro­nie­niu, Vic rza­dziej tak na nią pa­trzył, i tyl­ko wte­dy, kie­dy był pi­ja­ny. I kie­dy ona była pi­ja­na. A głębiej roz­gnie­wa­na i za­gu­bio­na.

– Na­pi­jesz się przed snem? – za­py­tał Vic, a Dawn po­dziękowała, lecz kie­dy z uśmie­chem podał jej co­or­sa, nie po­tra­fiła się oprzeć.

Ujęła jego dłoń i prze­chy­liła puszkę do ust. Łyk zim­ne­go, gorz­kie­go piwa; cien­ka strużka po­ciekła jej po bro­dzie. Wi­działa, że Vic jej się przygląda. Wyciągniętą ku niej ręką mu­skał jej su­tek.

Bez butów Dawn czuła się bez­bron­na. I cięższa: jej dżer­se­jo­wa su­kien­ka cia­sno opi­nała się na bio­drach. W ciągu ostat­nich kil­ku mie­sięcy przy­brała koło sied­miu ki­lo­gramów, gdy jadała sama, o naj­dziw­niej­szych po­rach dnia, rękami trzęsącymi się z głodu. Cza­sa­mi z ko­lei, siedząc przy sto­le z Vi­kiem, wca­le nie miała ape­ty­tu.

Kie­dy po­ro­niła, była w szóstym mie­siącu ciąży, gru­ba i ciężka. Wszyst­kie ko­bie­ty w na­szej ro­dzi­nie tyją w ciąży, po­wie­działa jej mat­ka. Ale po­tem Dawn po­ro­niła i odtąd przez wie­le ty­go­dni stop­nio­wo tra­ciła na wa­dze. Nie chciała wie­dzieć, co dokład­nie jej było, a nikt nie za­mie­rzał jej o tym mówić, a już na pew­no nie Vic. Nie myśl o przeszłości, po­uczała sama sie­bie, nie roz­pa­miętuj tego, co było i już nie wróci. Jest tyl­ko tu i te­raz. Praw­da? Nie ma sen­su wpędzać się w strasz­ny stan, płakać i roz­pa­czać, kie­dy two­ja praw­dzi­wa oso­bo­wość wca­le taka nie jest – to oso­bo­wość po­god­na. Ogólnie rzecz biorąc. W końcu na­wet mat­ka stra­ciła do niej cier­pli­wość. Kie­dy Dawn wy­dzwa­niała do niej po dwa, trzy razy dzien­nie i płakała. Nie wol­no ci tra­cić pa­no­wa­nia nad sobą, mówiła. Jak się za­cznie, to po­tem nie można prze­stać. Więc prze­stań na­tych­miast. Mat­ka roz­ma­wiała z nią tak, jak­by się jej bała, odkładała słuchawkę, kie­dy Dawn za­czy­nała wyć. Odkładać słuchawkę! Kie­dy dzwo­ni ro­dzo­na córka! Chwała Bogu, że Vic o tym nie wie­dział. Nie wie­dział i nig­dy się nie do­wie.

Te­raz znów przy­brała na wa­dze, ale tym ra­zem to był po pro­stu tłuszcz, nic w niej nie rosło, nie roz­py­chało brzu­cha od wewnątrz. To było tyl­ko – jej ciało. Miękkie wałecz­ki w ta­lii, które nieświa­do­mie ugnia­tała w pal­cach jak cia­sto, jak­by chciała je ode­rwać i wy­rzu­cić. A przed­tem jej brzuch był napęczniały od środ­ka, skóra na nim nie­wia­ry­god­nie napięta i świe­tli­sta: te­raz Vic złapał fałdę jej brzu­cha i uszczypnął dla żartu, ale trochę za moc­no. Twier­dził, że po­do­ba mu się taka, z odro­biną ciała więcej niż wte­dy, kie­dy się po­zna­li; po­do­ba mu się, że może ją złapać za tyłek; ale kie­dy się ko­cha­li, nig­dy ta­kich rze­czy nie mówił, w ogóle dużo nie mówił. A mógłby po­wie­dzieć, że jest cu­dow­na. Piękna. Och, skar­bie, jaka je­steś piękna.

Wszyst­ko, co działo się między nimi, nie wia­do­mo ile razy, ile razy tak in­ten­syw­nie, że nie za­pi­sy­wało się w pamięci – oby­wało się bez słów; od­po­wied­nie słowa nie ist­niały.

Dawn roześmiała się i od­sunęła rękę Vica. Nieświa­do­mie przy­gnia­tał ją swo­im ciężarem do stołu, a to bolało, cho­le­ra.

Gdy szli do sy­pial­ni, Vic obej­mo­wał Dawn ra­mie­niem i ciężko się na niej opie­rał, na­gle usłysze­li gdzieś w po­bliżu dra­pa­nie. Psie pa­zu­ry o drzwi miesz­ka­nia? Pełen bólu psi sko­wyt? Vic obrócił się, bez śladu uśmie­chu. Jak to możliwe, że pies do­stał się do bu­dyn­ku?

Zaklął, pod­szedł do drzwi i otwo­rzył je – w pro­gu stał bez­pański psiak, szcze­kał prosząco i ska­kał na nogi Vica. W półmro­ku jego sierść wyglądała na zmierz­wioną i brudną, bru­natną jak ochron­na sierść je­le­ni zimą. Pies usiłował wcisnąć się do miesz­ka­nia, ale Vic stopą blo­ko­wał mu przejście. Wściekły, za­py­tał Dawn:

– Jak on tu wlazł, do diabła? Zo­sta­wiłaś otwar­te drzwi.

– Za­mknęłam drzwi – za­pro­te­sto­wała Dawn słabo.

– Widać nie za­mknęłaś. Bo jak tu wlazł?

– Vic, za­mknęłam na pew­no.

– Kur­wa, mówiłem ci, że nie kar­mi się bez­pańskich psów.

– On nie jest bez­pański, tyl­ko się zgu­bił.

Vic wy­pchnął psa stopą na ko­ry­tarz. Drzwi wejścio­we na klatkę scho­dową były otwar­te na oścież i na ko­ry­tarzu było prze­ni­kli­wie zim­no: wi­docz­nie ktoś do­pie­ro co wszedł i za­po­mniał je za­mknąć za sobą.

– To nie ja – po­wie­działa Dawn. Czuła pod po­wie­ka­mi piekące łzy, kie­dy pociągnęła Vica za rękę i za­py­tała: – Dla­cze­go to dla cie­bie ta­kie ważne? Czy ten pies jest w środ­ku, czy nie?

– Je­steś pi­ja­na. Idź do łóżka – od­po­wie­dział.

– Prze­cież mógłby na­wet u nas spać, praw­da? W kuch­ni, gdzie jest ciepło? Dla­cze­go by nie?

– Zwa­rio­wałaś?

– Jest mróz.

– Jezu, Dawn. Idź do łóżka. Ja się zajmę tym kun­dlem.

Po­pchnął Dawn, nie bar­dzo moc­no, ale tak, że ude­rzyła głową we fra­mugę drzwi i po­czuła, jak ból eks­plo­du­je, odwróciła się i choć plątały jej się nogi, po­biegła do ciem­nej sy­pial­ni, za­ty­kając uszy rękami. Słyszała prze­kleństwa Vica i sko­wyt psa. Odgłosy sza­mo­ta­ni­ny. Głośny trzask za­my­ka­nych drzwi.

Było jej słabo i nie­do­brze. On wie, jacy je­steśmy, pomyślała.

Ta dziw­na, sza­lo­na myśl po­ja­wiła się nie wia­do­mo skąd. Oczy­wiście, że była pi­ja­na, jak po­wie­dział Vic, nie pa­no­wała nad sobą, ale mimo to, kuląc się te­raz jak sta­rusz­ka i trzy­mając za brzuch, który na­gle ją roz­bo­lał, nie mogła tej myśli od sie­bie ode­gnać.

To dla­te­go, że on wie, jacy je­steśmy.

Dawn ro­ze­brała się zdrętwiałymi rękami, włożyła ny­lo­nową ko­szulę nocną, stanęła przy oknie w sy­pial­ni i wyj­rzała na zewnątrz, choć na początku nie wie­działa, cze­go wygląda – widać było kawałek Wa­ter Stre­et, przede wszyst­kim podwórze, ko­sze na śmie­ci, sąsied­ni bu­dy­nek z czer­wo­nobrązową fa­sadą. Na­wet w świe­tle dnia ich sy­pial­nia tonęła w półmro­ku, jak­by znaj­do­wała się pod wodą.

Śnieg padał te­raz moc­niej i nie top­niał na chod­ni­ku.

– Jak mogłeś! Jak mogłeś wy­rzu­cić tego bied­ne­go psia­ka na to zim­no – po­wie­działa Dawn, nie z oskarżeniem, tyl­ko ze zdu­mie­niem w głosie.

Jęk sprężyn ma­te­ra­ca za­brzmiał jak szy­der­czy śmiech, gdy Vic kładł się do łóżka. Nie pa­trzyła na nie­go, lecz wie­działa, że leży na ple­cach z rękami pod głową i przygląda się jej zmrużony­mi oczy­ma. Wi­działa, jak Vic pa­trzy tak na in­nych mężczyzn, obmyślając, jak dać im po­pa­lić. Jeżeli to mu się opłacało. Ale nie za­mie­rzała się do nie­go odwrócić.

– Chodź do łóżka, skar­bie – po­wie­dział Vic. – Daj so­bie spokój z tym kun­dlem.

Dawn przy­cisnęła czoło do szy­by. Za­sta­na­wiała się, czy ma tem­pe­ra­turę, jej skóra była taka su­cha i roz­pa­lo­na. Bolały ją oczy.

– Hej – po­wie­dział Vic. – Ko­cham cię.

– A ja cie­bie nie ko­cham – od­parła Dawn, nie od­wra­cając się.

– Tak?

– Bo je­steś okrut­ny.

– Tak mówisz?

– Okrut­ny i sa­mo­lub­ny. Wszyst­ko masz gdzieś.

– Skar­bie, mówiłem, żebyś nie dawała mu żreć. Co so­bie myślałaś, że zje, co mu dasz, i so­bie pójdzie?

– A co miałam zro­bić, po­zwo­lić mu zdechnąć z głodu?

– A co on cię ob­cho­dzi? W tym mieście jest mi­lion bez­pańskich kun­dli.

– On nie jest bez­pański, tyl­ko się zgu­bił.

Dawn przyłożyła te­raz chłodne dłonie do czoła i po­liczków. Boże, ale była roz­pa­lo­na. Była gorącą ko­bietą, szczególnie po paru drin­kach, i lu­dzie zwra­ca­li na nią uwagę, mężczyźni zwra­ca­li na nią uwagę; pierw­szy raz, kie­dy miała może dwa­naście lat. Wte­dy upa­jała się tym, że tak na nią patrzą, ale też bała się tego. Bo tego nie można wyłączyć, kie­dy się chce. Bo tego nie można kon­tro­lo­wać.

Myślała te­raz o psia­ku „on”. Ale dla­cze­go?

Równie do­brze mogła to być „ona”.

Dawn nie wi­działa ni­ko­go na uli­cy, tyl­ko za­ma­za­ne światła sa­mo­chodów. Odeszła od okna, żeby pójść do łazien­ki, a Vic chwy­cił ją za bio­dra i pociągnął na łóżko. Może chciał się tyl­ko po­ba­wić, pod­rażnić, ale Dawn krzyknęła i zaczęła go bić, łokcia­mi, ko­la­na­mi, paznokcia­mi, a Vic klął, przy­gniótł ją swo­im ciężarem, przy­cisnął do trzeszczącego łóżka, założył ręce do góry i moc­no za­cisnął pal­ce na jej nad­garst­kach. Szar­pa­li się, zdy­sza­ni. Dawn usiłowała ode­pchnąć go ko­la­nem, ale nie po­zwo­lił jej na to, uśmie­chając się do niej nie­przy­jem­nie, za­czer­wie­nio­ny. Prze­kli­nał ją, a ona jego.

– Do diabła z tobą! – szlo­chała. – Niech cię piekło pochłonie! Ty…

Vic za­darł jej nocną ko­szulę powyżej ta­lii. Odsłonił jej pier­si. Twarz na­biegła mu krwią, skóra płonęła. Szczęki miał moc­no zaciśnięte. Był mężczyzną, którego nie znała, nie ko­chała, którego nig­dy wcześniej nie wi­działa, z żyłami pul­sującymi na czo­le i szyi. Chciał zadać jej ból, wie­dział, jak zadać jej ból. Siłą roz­warł jej ko­la­na, pchnął ją da­lej od krawędzi skrzy­piącego łóżka i unie­ru­cho­mił jej bio­dra, a Dawn powie­działa:

– Ty…! Kie­dy nie wiesz, co robić, to pie­przysz, tyl­ko to umiesz, pie­przyć, pie­przyć i tyl­ko pie­przyć, jak­byś w ogóle nie miał – mózgu! Rzy­gać mi się chce.

Vic za­marł w pół ru­chu, choć był w niej, po pro­stu za­marł: jak­by do­stał obu­chem w głowę. Po­pa­trzył na nią, jak­by wi­dział ją pierw­szy raz w życiu.

Zszedł z niej, zszedł z łóżka. Wy­szedł z sy­pial­ni, trza­skając drzwia­mi. Dawn słyszała, jak hałasu­je w kuch­ni. Bała się, co może tam zro­bić – coś połamać, pobić na­czy­nia, stłuc szybę? Rzu­cić krzesłem o ścianę? Był pełen ta­kiej fu­rii, że ni­ko­mu nie byłoby do śmie­chu, gdy­by zo­ba­czył, jak mio­ta się nagi po kuch­ni o dru­giej w nocy. Ale usłyszała tyl­ko otwie­ra­nie i głośne za­trzaśnięcie drzwi lodówki. Me­ta­licz­ny dźwięk otwie­ra­nia ko­lej­nej pusz­ki co­or­sa.

Rzy­gać mi się chce. Nie­na­widzę cię. Dawn leżała w skotłowa­nej poście­li i płakała. Tuliła w dłoniach bolące pier­si. Nie miała mle­ka, nie miała ani kro­pli mle­ka, ale pier­si ją bolały. Sąsie­dzi na górze nie spa­li, nasłuchi­wa­li. Boże. Taki wstyd.

Dawn nie chciała wie­dzieć, o której Vic wrócił do łóżka, praw­do­po­dob­nie po trze­ciej. Nie chciała na­wet dać po so­bie po­znać, że nie śpi, cho­ciaż było widać, że strzepnęła kołdrę, naciągnęła na nowo przeście­radło, ułożyła równo po­dusz­ki. A po­tem położyła się sztyw­no i cze­kała na nie­go, i jed­no­cześnie nie cze­kała.

Wśliznął się pod kołdrę i położył obok niej. Bez słowa. Po kłótni po­tra­fi­li tak leżeć go­dzi­na­mi. Te­raz byli już trzeźwi, obo­je; leżeli każde na swo­jej połowie łóżka, Vic, spo­co­ny, na ple­cach. Nie wie­działa, ile wypił piw, i nie ob­cho­dziło jej to. Biło od nie­go wil­got­ne ciepło. Od­dy­chał chra­pli­wie, nie­re­gu­lar­nie, jak­by coś tkwiło mu w krta­ni. Przed świ­tem może za­cznie chra­pać, z początku lek­ko, po­tem głośniej. Dawn może go wówczas szturch­nie, ale nadal nie odezwą się do sie­bie ani słowem. Ona może w końcu też zaśnie. Po­wo­li. Płyt­kim snem, ta­kim jak w szpi­ta­lu, jak­by ktoś usiadł jej na pier­siach, żeby nie mogła od­dy­chać.

Po ja­kimś cza­sie Vic jej do­tknie – ostrożnie, pomału. Bez słowa. Ostat­nim ra­zem, kil­ka ty­go­dni wcześniej, kie­dy leżeli tak sztyw­no obok sie­bie, kipiąc wściekłością i żalem, splótł pal­ce z jej pal­ca­mi tak po­wo­li, jak na­sto­la­tek spla­ta pal­ce z pal­ca­mi dziew­czy­ny – nieśmiało, ale sta­now­czo, do­sko­na­le wiedząc, cze­go chce. Wresz­cie chwy­cił Dawn za rękę tak moc­no, że pra­wie ją za­bo­lało, ale wciąż nie ode­zwał się ani słowem, ona też nie, dlacze­go miałaby się od­zy­wać, sko­ro on nie ra­czył? Do diabła z nim!

No i tak. Leżeli w łóżku, roz­bu­dze­ni, świa­do­mi swo­jej bli­skości, lecz igno­rując się wza­jem­nie, gdy na­gle usłysze­li dra­pa­nie, tak głośne, jak­by roz­legło się tuż obok, w tym sa­mym po­ko­ju. Vic mo­men­tal­nie po­de­rwał się i zawołał: „Kto tam?”. Dawn też wstała i z bijącym moc­no ser­cem usiłowała doj­rzeć coś w oknie mimo ciem­ności.

To był on: nie w po­ko­ju ra­zem z nimi, ale za oknem, na zewnątrz, za­wzięcie dra­pał pa­zu­ra­mi o szybę. Po­szcze­ki­wał, nie­zbyt głośno, ale często, omal nie robiąc przerw na od­dech, jak­by coś go bar­dzo bolało. Dawn znała ten dźwięk, ten strasz­ny dźwięk, który prze­szy­wa człowie­ka aż do szpi­ku kości. Ja­kimś cu­dem pies wsko­czył na zewnętrzny pa­ra­pet, na wy­so­kość co naj­mniej pięciu stóp nad zie­mią; prze­lazł przez wygięte żela­zne pręty sięgające do połowy okna, wcisnął się między nie a okno i prze­pchał się w dół, głową naprzód, i te­raz usiłował przekręcić głowę i stanąć na tyl­nych łapach, mo­krym py­skiem ocie­rał się o szybę, roz­pacz­li­wie dra­pał pa­zu­ra­mi, zaglądał do środ­ka.