Czy słonie boją się myszy? Historyjki dla ciekawskich dzieci - Christian Dreller - ebook + audiobook

Czy słonie boją się myszy? Historyjki dla ciekawskich dzieci ebook i audiobook

Christian Dreller

4,4

Opis

Ziemia jest regularną kulą? A w Kosmosie panuje idealna pustka? Kiedy robisz zeza, oczy mogą tak zostać na zawsze? Dżdżownice lubią deszcz? Ilość kropek zdradza wiek biedronki? Keczup wymyślono w Ameryce? Tak się powszechnie sądzi, ale czy to prawda? Ależ skąd! Okazuje się, że to wcale nie jest prawda.

Borys i Marek znajdują rannego kruka i zanoszą go do weterynarza. Tam dowiadują się, jak należy postępować z pisklętami. Weterynarz tłumaczy im również, że wbrew obiegowej opinii kruki są bardzo troskliwymi rodzicami.

Antoś uwielbia frytki i mało się rusza, stając się obiektem kpin kolegów w klasie. Czy frytki rzeczywiście są niezdrowe?

Paulina i jej przyjaciółki bawią się w piratów i urządzają fascynujące wyścigi na tratwach. Ale – ojej! – zapomniały o fladze z trupią czaszką. Przecież każdy szanujący się statek piracki musi mieć taką flagę – a może to nieprawda?

A na filmie Indianie galopują za wikingami na koniach – tylko skąd je wzięli, kiedy w owych czasach w Ameryce nie było koni i dopiero Europejczycy po odkryciu jej przez Kolumba sprowadzili te zwierzęta na amerykański kontynent.

Książka zawiera bardzo pomysłowe historyjki wyjaśniające i prostujące najbardziej popularne stereotypy, obiegowe opinie i powszechne poglądy, bawiąc i dostarczając dociekliwym czytelnikom solidnej porcji frapującej wiedzy.

Christian Dreller (ur. 1963) – studiował slawistykę i historię, pracował w wielu wydawnictwach specjalizujących się w książkach dla dzieci i komiksach. Od 2005 roku zajmuje się tłumaczeniami, jest lektorem i pisze książki.

Karin Oertel (ur. 1979) jest absolwentką Wyższej Szkoły Grafiki i Rysunku w Münsterze. Od 2006 roku współpracuje z licznymi niemieckimi i zagranicznymi wydawnictwami. Mieszka na peryferiach Münsteru, gdzie w małym domku powstają jej radosne, zabawne, a czasami nawet szalone prace.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 101

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 56 min

Lektor: Anna Rusiecka

Popularność




Tytuł oryginału

HABEN ELEFANTEN

WIRKLICH ANGST VOR MÄUSEN?

VORLESEGESCHICHTEN ZU DEN LUSTIGSTEN

ALLTAGSIRRTÜMERN

Ellermann im Dressler Verlag GmbH, Hamburg

© Dressler Verlag GmbH, Hamburg 2014

All rights reserved

Ilustracje na okładce

Katrin Oertel

Opracowanie graficzne okładki

Zbigniew Larwa

Ilustracje w tekście

Katrin Oertel

Redaktor serii

Anna Godlewska

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-7961-243-7

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Czy liczba kropek zdradza wiek biedronki?

– Masz tu węgiel, tatusiu – wysapał Tomek, stawiając na drewnianym stole przed domkiem wielką i ciężką torbę węgla drzewnego i ocierając pot z czoła. Od parkingu, na którym zostawili samochód, do ich działki jest spory kawałek, zwłaszcza gdy dźwiga się taki wielki worek z węglem, a z nieba leje się słoneczny żar – jak dzisiaj.

– Świetnie, dziękuję – mruczy tata, nie patrząc na Tomka. Z zawziętą miną próbuje metalowym drapakiem oczyścić ruszt grilla oblepiony resztkami jedzenia. Tomek przygląda mu się z zainteresowaniem i wreszcie stwierdza:

– Najlepiej czyścić to zaraz po grillowaniu.

– Świetna rada, synku – zgadza się tata. – Tyle że teraz kompletnie nieprzydatna. Powiedz mi, co się właściwie dzieje z mamą i Rozalką. Powinny mieć zapasowe czyściki do grilla, prawda?

– Zaraz przyjdą. Po drodze spotkały państwa Godlewskich i poszły obejrzeć ich nową altanę.

Po chwili w furtce pojawiają się mama i siostra obładowane wielką turystyczną lodówką i torbami z prowiantem. Wspólnie wypakowują wszystko na stół i tata dostaje wreszcie upragnione czyściki do grilla. A potem wszyscy popijają zimny sok jabłkowy z wodą mineralną z bąbelkami. No, prawie wszyscy. Mama już ma przygotować napój dla siebie, ale opuszcza nagle szklankę i, pokazując palcem miejsce obok grilla, z rozszerzonymi przerażeniem oczami szepce:

– Och, nie!

Wszyscy spoglądają we wskazanym kierunku, gdzie rosną pnące róże obsypane jaskrawoczerwonymi kwiatami. Są mamy oczkiem w głowie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy przyjrzeć się uważniej, widać na kwiatach i listkach niezliczone czarne punkciki. A obok nich dziwnie lśniące miejsca.

– O rany, to są mszyce – wzdycha mama. – Zniszczą mi moje piękne róże.

Tomek, Rozalka i tata podchodzą zaciekawieni do krzaków róż, by przyjrzeć się mszycom dokładniej. Tomek ostrożnie dotyka palcem lśniącego liścia.

– Fuj – krzywi się. – One się lepią. To obrzydliwe!

– Sprawa jest całkiem prosta – mówi tata. – Tu może pomóc tylko trucizna! – Zaraz pojadę do marketu budowlano-ogrodniczego. A po powrocie uruchomię mój nowy automatyczny opryskiwacz. Wreszcie będę miał okazję go użyć. – Twarz taty aż jaśnieje z radości. A Rozalka zauważyła nawet, że tata cieszy się jak Tomek, gdy dostał swój wymarzony pistolet na wodę.

– Nie ma mowy! – mama protestuje głośno. – W moim ogrodzie nie pozwalam na żadne trucizny.

– A czy ktoś ma lepszą propozycję? – Tata jest wyraźnie rozczarowany.

Tomek i Rozalka patrzą na siebie, a następnie uśmiechają się, kiwając głowami.

– Oczywiście, że mamy. Prawda, Rozalko? – mówi Tomek.

– Jasne! – potwierdza dziewczynka i dodaje: – Nazbieramy biedronek.

Mama jest zachwycona.

– Świetny pomysł – woła. Tylko tata patrzy, nie rozumiejąc ani słowa.

– Biedronki uwielbiają mszyce – tłumaczy Tomek. – To ich wielki przysmak. Ostatnio rozmawialiśmy o biedronkach w przedszkolu, jak one żyją, jakie są ich gatunki, że są pożyteczne w ogrodzie i takie tam…

Tata drapie się bezradnie po głowie.

– Aha, a skąd je teraz weźmiemy, tak na zawołanie?

– Poszukamy ich i nazbieramy – wyjaśnia Rozalka. – Mogę się założyć, że znajdziemy ich bardzo dużo. Trzeba się tylko uważnie rozglądać. Możemy też zapytać sąsiadów, czy pozwolą nam zajrzeć do swojego ogródka. U państwa Godlewskich widziałam krzak cały obsypany biedronkami.

– Nie mam nic przeciwko temu. Ogłaszam więc rozpoczęcie akcji pod kryptonimem „Biedronka” – oznajmia tata, a mama przynosi kilka pustych słoiczków i wszyscy wyruszają na poszukiwania: Rozalka i Tomek szukają na sąsiedniej działce, a mama i tata na grządkach warzywnych i kwiatowych w ich ogrodzie.

Po godzinie wszyscy spotykają się ponownie przy krzewach różanych i każdy trzyma słoiczek z kłębiącymi się chrząszczami.

– Ojej, ależ dużo ich mamy! – woła zachwycony Tomek. Ostrożnie odkręca wieczko i delikatnie wysypuje wszystkie owady na liście i kwiaty.

– Dziwne – zauważa tata. – Większość waszych biedronek ma dwie kropki, a moje mają… zaraz… aż siedem.

– To dlatego, że chrząszcze Tomka i Rozalki mają dwa lata, a nasze siedem – wyjaśnia mama. – Bo liczba kropek zdradza wiek biedronki.

Tomek i Rozalka patrzą na siebie zdziwieni i zaczynają chichotać.

– A co w tym takiego śmiesznego? – obrusza się mama.

– O rany, mamo! Przecież kropki nie mają nic wspólnego z wiekiem biedronek! – tłumaczy chłopczyk.

– Jak to? Dlaczego? Przecież zawsze się tak mówiło! – dziwi się mama.

– Ja też o tym słyszałem. – Tata przychodzi mamie z pomocą.

– Tak – przyznaje Rozalka. – Wiele osób tak myśli, ale naprawdę chodzi o różne gatunki tych owadów. Liczba kropek na pokrywach skrzydeł biedronek jest stała przez całe ich życie. Ta z dwiema kropkami nazywa się na przykład biedronka dwukropka.

– A z siedmioma – jak te w waszym słoiku – to są biedronki siedmiokropki – dodaje Tomek.

Tata i mama nie mogą się nadziwić, ile na ten temat wiedzą dzieci. A potem wszyscy wypuszczają swoje owady na krzak róż i obserwują w skupieniu, co się będzie działo.

– Oho, patrzcie, udało się – szepce zadowolony tata. – Spójrzcie, jak biedronki dobierają się do mszyc. Chociaż… – urywa nagle.

– Chociaż co? – dopytuje się mama.

– Chociaż jest tu całe mnóstwo mszyc. Czy biedronki dadzą im radę? – zastanawia się tata głośno.

– Jeśli nawet nie, to i tak dwoje z nas ma już powody do radości! – mówi mama z uśmiechem. – Tata – bo będzie mógł uruchomić swój nowy spryskiwacz – i…

– Ja – przerywa jej Tomek – ponieważ swoim pistoletem na wodę zmiotę wszystko z krzaka. – I całe towarzystwo wybucha gromkim śmiechem.

Czy czytanie przy słabym świetle psuje wzrok?

Maksio patrzy w skupieniu na listę, rzucając od czasu do czasu okiem na stojącą przy łóżku otwartą torbę podróżną. Czy aby na pewno niczego nie zapomniał?

– Komiksy? Check – mruczy zadowolony. Stawia kredką haczyk przy słowie komiksy. Słowo check usłyszał kiedyś w telewizji: pewien pilot sprawdzał przed odlotem, czy urządzenia pokładowe samolotu są gotowe do startu.

Maksio nie jest co prawda pilotem, ale zaraz wyjeżdża po raz pierwszy w życiu na wycieczkę ze swoją klasą. Nie na jakąś wycieczkę przedszkolną, z której wieczorem wraca się do domu, ale taką naprawdę daleką, z noclegiem w schronisku młodzieżowym, które znajduje się w starym rycerskim zamku. Jasna sprawa, że wszystko musi być zapięte na ostatni guzik.

Maksio przesuwa palec do kolejnej pozycji na liście rzeczy, które musi zapakować. MP3? Check i haczyk. I dalej.

Buruś? Check i…

Maksio waha się chwilę. Bo Buruś to jego piesek-przytulanka. Właściwie koniecznie powinien jechać razem z nim, ale co będzie, gdy koledzy go zobaczą i zaczną sobie stroić żarty? „Nieważne” – myśli chłopczyk. Jakby co, zawsze może powiedzieć, że to maskotka, która przynosi mu szczęście. Coś takiego miał w kokpicie nawet ten pilot z telewizji! Zdecydowanym ruchem Maksio stawia haczyk obok Burusia.

Nagle drzwi otwierają się gwałtownie i do pokoju wpada z impetem Nela – starsza siostra Maksia.

– Braciszku, chciałam się z tobą pożegnać! Chodź, uściskam cię!

Maksio ma ochotę zaprotestować, ale na starszą o dziesięć lat siostrę nie ma rady. Nela przytula go z całych sił i głośno cmoka w policzek.

– Fuj – krzywi się Maksio, pocierając twarz.

– Ha, ha – śmieje się Nela. – A ja znam wielu chłopaków, którym by się to podobało!

Maksio już ma na końcu języka, że to jakieś ciamajdy. Wtem dostrzega w ręce siostry starą latarkę.

– Po co ci ona? – pyta.

– Co ty byś beze mnie zrobił, braciszku!? – odpowiada Nela. – Założę się, że na twojej liście nie ma latarki.

Maksio przygląda się Neli wielkimi oczami.

– Wycieczka szkolna? Latarka! Halo! – Siostra macha mu dłonią przed oczami. – Latarka jest niezbędna do tego, żeby rozrabiać nocą. Albo żeby czytać pod kołdrą.

– Nasz pan powiedział, że nie będzie miał litości dla tych, którzy będą w nocy rozrabiać.

Nela kręci z niedowierzaniem głową.

– Człowieku, on musi tak mówić, bo to jego praca. Jest waszym wychowawcą. A wasza praca to dobra zabawa. A do tego należą rozrabianie nocą i tajne czytanie pod kołdrą.

Maksio nie jest wcale pewien, czy to prawda. Ale myśl o czytaniu pod kołdrą jest dość ekscytująca, więc bez zastanowienia chowa latarkę do torby. Nela podsuwa mu pod nos złożoną kartkę.

– Masz – mówi. – To na wypadek, gdybyś został przyłapany na czytaniu i musiał wysłuchiwać, że czytanie przy słabym świetle psuje wzrok. Ten artykuł mam z internetu. Pewien okulista udowadnia w nim, że to wcale nieprawda.

Maksio jest pod ogromnym wrażeniem sprytu siostry. Teraz już wszystko musi się udać.

Po trwającej całe wieki podróży autokarem, wycieczce po wspaniałym starym zamczysku i pysznej kolacji nadeszła wreszcie pora na spanie. A przecież nikt nie czuje się zmęczony! Filip, Igor, Mehmed i Maksio, którzy zajmują jeden pokój, też nie. Po krótkiej naradzie wojennej chłopcy postanawiają nastraszyć koleżanki. Po cichutku, na palcach skradają się mrocznym korytarzem. Nagle jedna ze stojących w holu zbroi ożywa i, wyciągając rękę uzbrojoną w wielki topór, zagradza drogę całej czwórce. Chłopcy zastygają w bezruchu.

– Dobry pomysł – odzywa się zbroja głosem, który wydaje się znajomy. Nic dziwnego, bo zaraz unosi się przyłbica hełmu i chłopcom ukazuje się uśmiechnięta twarz wychowawcy.

– A teraz marsz do łóżek i gasimy światło! – komenderuje nauczyciel.

Z kwaśnymi minami chłopcy maszerują do pokoju. Leżąc w łóżkach, rozmawiają jeszcze chwilę o tym, jakie odjazdowe pomysły ma pan Kolski. Ale stopniowo, jeden po drugim milkną i zasypiają. Wszyscy oprócz Maksia, który mości się wygodnie z Burusiem, komiksem i latarką pod kołdrą. Na wszelki wypadek – gdyby jednak pojawił się wychowawca – kładzie jeszcze pod poduszkę kartkę, którą dała mu siostra. Ziewając szeroko, otwiera zeszyt z przygodami Batmana i zaczyna czytać…

Naraz słyszy ciężkie kroki. Zbliżają się coraz bardziej do łóżka. Potem ktoś zrywa z niego kołdrę. Przerażony Maksio patrzy na stojącego przed nim rycerza z wielki toporem.

– Czytanie pod kołdrą psuje wzrok! – krzyczy rycerz, unosząc broń.

– Ale… tutaj jest napisane, że to… że to nie jest niebezpieczne dla oczu – jąka się Maksio, wyciągając rękę z kartką Neli.

– Nieważne! Nie wolno to nie wolno! – wrzeszczy rycerz i robi gwałtowny zamach. Ręka z toporem opada…

– Hej, obudź się! – Ktoś gwałtownie tarmosi chłopca za ramię. Maksio powoli otwiera oczy i spogląda ostrożnie przez palce. Za oknem świeci poranne słońce, groźny rycerz zniknął. A przy łóżku stoją Filip, Igor i Mehmed.

– Ale twardo spałeś! Co ci się śniło? – pytają jeden przez drugiego.

Maksio tylko wzrusza ramionami. Woli nie opowiadać o swoim śnie. Wstając, zauważa, że zniknęła kartka Neli. Ale na szukanie nie ma już czasu, ponieważ wszyscy idą na śniadanie.

Maksio spał w nocy tak krótko, że dzień dłuży mu się niemiłosiernie. Z kwaśną miną i w złym humorze siedzi wreszcie przy kolacji i jest tak zmęczony, że marzy tylko, by pójść do łóżka.

– Bardzo ciekawy artykuł! – słyszy nagle czyjś głos i ktoś kładzie mu na stoliku kartkę Neli. Zdziwiony Maksio podnosi wzrok. Przed nim stoi wychowawca. „Ojej, jeśli trzyma w ręku tę kartkę, to oznacza, że faktycznie przyłapał mnie na czytaniu pod kołdrą” – myśli chłopiec.

– Bo… czytanie pod kołdrą wcale nie… psuje wzroku, prawda? – duka wreszcie.

– Hm – chrząka groźnie wychowawca i patrzy surowo na Maksa. Chłopczyk zaczyna nerwowo kręcić się na krzesełku. – Niby tak, ale psuje humor i dobre samopoczucie następnego dnia – mówi pan Kolski, puszczając oczko, a potem odwraca się i odchodzi.

„Co prawda, to prawda” – myśli Maks, zadowolony, że skończyło się to tak ulgowo. I postanawia: nigdy więcej nie będzie czytać pod kołdrą, a przynajmniej nie na wycieczkach klasowych.

Podobno Ziemia jest kulą

– A ja mogę pokręcić tą kierownicą? – pyta Joasia. Jest tak przejęta, że nie wie, gdzie ma patrzeć. Czy w stronę babci i dziadka na pomoście? Czy taty, który zajmuje się żaglem gdzieś z przodu łódki? Czy może w stronę mamy, która stoi przy tej śmiesznej kierownicy i stara się przeprowadzić łódź przez bardzo wąską gardziel będącą wejściem do portu.

– To się nazywa ster – wyjaśnia mama, nie odrywając wzroku od wąskiego przejścia przed nimi. – Jak znajdziemy się na pełnym morzu, będziesz mogła przejąć na chwilę stery.

Joasia aż pęka z radości i dumy. Pogoda jest piękna, a ona z mamą i tatą płynie sobie po morzu żaglówką na daleką wyprawę. Popłyną do Szwecji, gdzie mieszka Pippi Langstrumpf. A ponieważ droga przed nimi długa, będą nawet na jachcie nocować! Ich łódź ma dużą kabinę z kącikiem kuchennym i wygodnymi miejscami do spania. Tyle tylko, że kącik kuchenny na statku nazywa się kambuz, a miejsca do spania to koje.

Nagle z boku wystrzeliwuje pędząca z ogromną szybkością motorówka i kieruje się prosto na nich. Joasia obserwuje z przerażeniem, że mężczyzna stojący za sterem motorówki wcale nie patrzy w ich stronę, ale pochyla się ku stojącej obok kobiecie.

– Hej, ty tam! Ślepy jesteś? – krzyczy tata, wymachując rękoma.

– Co za głupek – mruczy mama, która w ciągu paru sekund zamienia się w Supermamę: prawą ręką błyskawicznie chwyta za jakiś drążek i ciągnie w swoją stronę. Burczenie silnika motorówki jest mniej donośne, a łódź zaczyna zwalniać. Następnie mama wciska zielony guzik. Rozlega się ogłuszający ryk syreny. Jednocześnie lewą ręką przekręca koło steru i łódź skręca gwałtownie w prawo. A wszystko to robi, nie spuszczając oczu z motorówki.

Wstrzymując oddech, Joasia obserwuje, jak obie łodzie mijają się dosłownie o włos. Widzi jeszcze, jak mężczyzna w motorówce przepraszająco unosi dłoń, i wypływają już z portu na szerokie błękitne morze.

– Mamo, ależ ty jesteś dzielna! – woła zachwycona dziewczynka.

– Manewr godny mistrza świata – dodaje tatuś.

Mama aż pokraśniała z radości.

– Dziękuję, dziękuję – mówi nieco zakłopotana. – Ale teraz już chyba pora na postawienie żagli. Wiatr jest idealny.

Pod pełnymi żaglami łódź pruje fale, a brzeg za nimi oddala się i kurczy, aż wygląda jak wąska kreseczka.

Joasia nie zwraca na to uwagi. Wreszcie może stanąć za sterem. Rozgląda się uważnie dookoła. Tylko od czasu do czasu spogląda na dziwny kulisty przedmiot z kreskami, wskazówkami i literami – na… jak mu tam…

– …kompas! – Wreszcie dziewczynka przypomina sobie nazwę. Tata i mama, którzy stoją obok niej, wytłumaczyli jej, że ma tak sterować jachtem, żeby wskazówka znajdowała się cały czas na literze N. To oznacza po angielsku północ i w tym kierunku powinni płynąć do Szwecji.

– Chyba położę się na chwilę – mówi raptem mama.

„Dziwne – myśli dziewczynka. – Jak teraz można spać? Czy mama jest chora? Rzeczywiście nieco zbladła”.

Ale Joasia jest tak zachwycona żeglowaniem, że szybko zaczyna myśleć o czymś całkiem innym.

– Tato? – pyta po chwili. – Gdyby na drodze nie leżała Szwecja, a my żeglowalibyśmy cały czas przed siebie, chyba przypłynęlibyśmy znowu w to samo miejsce, prawda? Ponieważ Ziemia jest kulą, tak?

– To prawda – odpowiada tata. – Moglibyśmy wtedy żeglować dookoła Ziemi, a właściwie… – Tata milknie na chwilę i zastanawia się nad czymś. – No cóż, właściwie dookoła kartofla – dodaje.

– Dookoła kartofla? – dziwi się dziewczynka. – Co masz na myśli? – Zerka na tatę, żeby sprawdzić, czy nie stroi sobie z niej żartów, ale tata ma całkiem poważną minę.

– Właśnie to, co mówię. Ziemia nie jest idealną kulą – tłumaczy tata. – Na górze i na dole wokół biegunów jest troszkę spłaszczona, a pośrodku, gdzie znajduje się równik, wybrzusza się lekko. A poza tym Ziemia ma mnóstwo wygięć, wgnieceń i guzów, nawet na morzu.

– Guzy i wgniecenia na morzu? Ależ tato, to wcale nieprawda – śmieje się Joasia, ale przygląda się uważnie powierzchni wody, żeby przypadkiem nie skierować łodzi w jakiś dół.

– Nie, to nie żart, słowo! – zapewnia tata. – Zauważyli i opisali to naukowcy, którzy dokonywali superdokładnych pomiarów powierzchni mórz z satelitów. Te wybrzuszenia i wgięcia powstają dlatego, że siła przyciągania nie rozkłada się równomiernie i nie wszędzie ma taką samą wartość. Tylko z bardzo daleka, z kosmosu, Ziemia wygląda jak piękna okrągła kula. Ale dokładnie rzecz biorąc, przypomina raczej kartofel. Albo kotlet mielony mamy.

O rany! Dziewczynka aż zaniemówiła: „Nie do wiary, Ziemia wygląda jak mamy kotlet!”.

– Posterujesz trochę? – pyta Joasia. – Muszę to wszystko opowiedzieć mamie. – I już pędzi do kabiny.

A tam mama leży na koi. I nie wygląda już jak supermama, tylko jak blada kobieta z wiadrem w zasięgu ręki.

– Mamo, wiesz co? – woła Joasia.

– Nie – szepce mama i wpatruje się w sufit.

– Ziemia wygląda jak kartofel!

– Ojej, jedzenie! – mruczy mama, a jej twarz staje się prawie zielona.

– Albo jak twoje pyszne mielone – dodaje szybko dziewczynka, żeby rozbawić mamę. Ale mama zielenieje coraz bardziej i zaczyna gwałtownie machać ręką. Joasia domyśla się, że ma zawołać tatę. Niczym błyskawica wypada z kajuty.

– Tatusiu, tato! – woła. – Mama zrobiła się całkiem zielona. Chyba jest chora.

Tata nie traci spokoju.

– Mama ma chorobę morską, która jest reakcją organizmu na kołysanie łodzi – wyjaśnia. – Ale jak tylko przyzwyczai się do kołysania, choroba minie.

Joasia wcale nie jest tego taka pewna. Ale na szczęście stan mamy poprawia się wieczorem. Na tyle, że Joasia raz jeszcze może jej dokładnie opowiedzieć, co wspólnego mają ze sobą Ziemia, ziemniaki i kotlety mielone.

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY:

Czy kruki to wyrodni rodzice?

Po co wikingom hełmy z rogami?

Czy Mikołaje z czekolady przerabia się na zajączki wielkanocne?

Czy połknięta guma do żucia może się przykleić do żołądka?

Czy szczypawki szczypią w uszy?

Gdzie są największe piramidy?

Czy frytki są zdrowe?

Dlaczego byki szaleją na widok czerwonej płachty?

Czy piraci mieli flagi z trupią czaszką?

Bakterie szkodzą zdrowiu?

Skąd pochodzi keczup?

Czy słonie boją się myszy?

Nie wolno robić zeza, bo oczy mogą zostać w takiej pozycji na zawsze!

A mówią, że Indianie zawsze jeździli konno!

Czy dżdżownice naprawdę lubią deszcz?

Kosmos jest pusty!

Pszczoły żądlą tylko jeden raz?

DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI