Opis

Witajcie w krainie Caux, w świecie milczenia, jabłoni i trupów w szafie…

Już dwa tygodnie minęły od chwili, gdy Ariane po raz pierwszy przekroczyła próg domu na Alabastrowym Wybrzeżu. Dla niej i jej trzyletniej córeczki zaczęło się nowe życie. Jednak jej ucieczka z Paryża do Veules-les-Roses przypomina inną, sprzed ponad wieku, kiedy znana aktorka Comédie-Française przybyła do tego miasteczka, by ukryć w nim swój wielki sekret.

Czując się wiecznie obserwowana we własnym domu, Ariane stopniowo zaczyna tracić zdrowy rozsądek…

Powieści Michela Bussiego zaskakują aż do ostatniej strony.

Jego opowiadania zdumiewają do ostatniej linijki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału T’en souviens-tu, mon Anaïs?

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaAgnieszka Niegowska

KorektaKatarzyna Bielawska-Drzewek Jadwiga Piller

© Michel Bussi et Univers Poche, 2018

Michel Bussi remercie Hubert-Félix Thiéfaine de l’avoir autorisé à lui emprunter le titre T’en souviens-tu, mon Anaïs ? tiré de sa chanson «Dernière station avant l’autoroute» © SM PUBLISHING (France) – 1979

Copyright © for the Polish translation by Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9334-8

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Przyjęcie wydane przez Victora Hugo dla dzieci z Veules (24 września 1882 r.)

Jak głosi mocno zakorzeniona legenda, kurort Veules-les-Roses na Alabastrowym Wybrzeżu swe początki zawdzięcza aktorce Anaïs Aubert, która popularyzowała tę miejscowość od roku 1826. Wszystkie lokalne przewodniki w swej części historycznej przytaczają anegdotę, jak to pewnego ranka piękną aktorkę, która niespodziewanie uciekła nocą z Paryża, oczarowała ta wioska rybacka. Gdyby jednak nie pamięć mieszkańców Veules, Anaïs Aubert już dawno znalazłaby się w gronie sławnych artystów, którzy popadli w zapomnienie.

Kim była piękna panna Anaïs? Jaki sekret skrywała, jadąc powozem z Paryża do Veules?

Ciekawy turysta na próżno doszukiwałby się prawdy. Upór, zaangażowanie, błądzenie po archiwach… A tajemnica wciąż jest niewyjaśniona.

Pozostaje tylko nie interpretować i nie zmyślać, a jedynie wszystko sobie wyobrazić.

Każde z miejsc wspomnianych w tym opowiadaniu, z wyjątkiem willi Odeon, naprawdę istnieje i zostało wiernie opisane. To samo dotyczy informacji o życiu artystycznym Anaïs Aubert i twórczości Victora Hugo.

Natomiast za sposób ułożenia puzzli biorę pełną odpowiedzialność!

1

Veules-les-Roses, 23 stycznia 2016 

Trzymam w rękach list. Gilbert Martineau zawołał mnie ledwie pięć minut temu. Byłam w atelier, malowałam. Zdobiłam geometrycznymi motywami brzozową korę, przypominającą nieco lśniące łuski pancerza żółwia.

– Panno Ariane! – zawołał Martineau.

W pierwszej chwili zezłościłam się na niego, bałam się, że obudzi Anaïs. Spała tuż nad pracownią, w swoim pokoju, a w tym domu, gdzie nie zamykają się żadne drzwi, słychać każdy hałas. Dziś wyjątkowo nie poszła do dziadków. Mieli coś do załatwienia w Dieppe, chyba u notariusza.

– Panno Ariane – mówił już nieco ciszej Martineau, spiorunowany moim groźnym wzrokiem, spojrzeniem pełnej obaw matki. – Znalazłem tu coś! Tuż pod warstwą gips-kartonu. – I czubkiem kielni wskazał kopertę wsuniętą w szczelinę w murze, który remontował. – To dziwne – ciągnął – bo wczoraj, kiedy rozbijałem tę ściankę, niczego tu nie zauważyłem. Wygląda na to, że ktoś podrzucił to tutaj dziś w nocy.

Uśmiechnęłam się. Mimowolnie rejestrowałam sygnały. Gilbert Martineau wykonał wczoraj kawał roboty, rozbił młotem gips-kartonową ścianę, zdarłszy uprzednio pasy pomarańczowej tapety, którą ją oklejono, usunął wszystkie te paskudne zdobienia sprzed pięćdziesięciu lat. Zadanie, jakie powierzyłam Martineau, polegało na przywróceniu temu pomieszczeniu pierwotnego uroku, miłej atmosfery dziewiętnastowiecznej willi z nadmorskiego kurortu, na odsłonięciu belek stropowych, cegieł i krzemienia. Taki wystrój stworzy doskonałą, pełną autentyzmu oprawę dla moich prac i wzbudzi w turystach nieodpartą chęć ich kupowania.

List nie zaniepokoił Gilberta Martineau, który już wrócił do pracy i zanurzył kielnię w beżowej zaprawie.

A gdyby…

Drżącymi palcami otworzyłam kopertę. Ujrzałam pismo sprzed lat, kaligraficzne, o łagodnej linii, subtelnej i cienkiej, kreślonej piórem prowadzonym przez wprawną rękę na grubym pożółkłym papierze. Z pewnością było to coś bardzo starego. Spojrzałam na górny róg kartki – moje wrażenie okazało się słuszne.

Veules-en-Caux, 1851

W tamtych czasach mieszkańcy wioski nie zamienili jeszcze Caux na Roses. Ukwiecili swoją małą ojczyznę dopiero w roku 1897.

Droga Anaïs…

Odruchowo przetarłam oczy, serce skoczyło mi do gardła. Czy to możliwe? Anaïs. Oczywiście nie moja Anaïs, nie moje słoneczko, które śpi w łóżeczku jak dla lalki, w pokoju na piętrze, nic sobie nie robiąc z krzyków Martineau i walenia młotem. To list do Anaïs Aubert, aktorki, sławnej…

Założycielki…

Odszukałam wzrokiem podpis.

Pani wierny muszkieter

Mélingue

Dreszcz przebiegł mnie od stóp do głów. Mélingue… Wróciłam myślami do tego wszystkiego, co od kilku dni Alexandre opowiadał mi o historii Veules-les-Roses, przypominałam sobie nazwy ulic, sławnych artystów, którzy tworzyli to zdrojowisko przed niemal dwustu laty. Mélingue był najpopularniejszym na początku dziewiętnastego wieku aktorem, nieśmiertelnym d’Artagnanem, ulubionym komediantem Aleksandra Dumas, wielkim miłośnikiem Veules, powiernikiem Anaïs Aubert. Usiłowałam się uspokoić. Martineau pogwizdywał w sąsiednim pokoju, który miał się stać zapleczem sklepu. Usłyszałam także ciche odgłosy z góry, jakby moja Anaïs się budziła.

Zaczekaj, zaczekaj jeszcze troszkę, serduszko.

Błyskawicznie pochłaniałam linijki rękopisu. Serce biło mi tak szybko, jakby list pisano do mnie, jakbym odebrała wiadomość od kochanka. Mélingue pisał dziwne rzeczy. Uspokajał Anaïs Aubert, która została w Paryżu, pisał o jej talencie, karierze, których nie może zmarnować; słowa definiowały. Czy pojawi się Pani w Veules na romantyczne święta? Wszyscy tu na Panią czekają. Proszę mi wierzyć, że pragną tu Pani obecności. Mélingue wymieniał nazwiska i tytuły, których nie znałam, które miałam gdzieś w pamięci, Amy Robsart, Król się bawi, panna Mars.

Odwracam kartkę. Na górze ktoś się już wierci. Parkiet skrzypi pod małymi stópkami… Anaïs, jak przystało na samodzielną trzylatkę, wsunęła nóżki w kapcie.

Już idę, maleńka, już idę.

Znów zwracam oczy na ostatnie słowa listu.

Cokolwiek by się działo, słodka Anaïs, proszę się nie obawiać. Pani sekret jest tu dobrze strzeżony. Spoczywa w rękach, które są Pani drogie.

Pani wierny muszkieter

Mélingue

Wszystko plątało mi się w głowie, myślałam znowu o wyjaśnieniach Alexandre’a, o jego długich monologach podczas naszych spacerów i o tej obsesji – tajemnicy Anaïs. Czyżbym odkryła trop, o którym nie wiedział? Taki zbieg okoliczności wydawał mi się nieprawdopodobny.

Złożyłam list i wsunęłam go do koperty. Gilbert Martineau przez cały czas był odwrócony do mnie tyłem, przykucnął przy ścianie i pracował, pogwizdując melodię płynącą ze ściszonego radia. To była chyba jedna z popularnych piosenek Michela Fugaina. Weszłam na piętro, nie chciałam, żeby Anaïs pokonywała sama te rozklekotane schody.

Zaczekaj na mnie, moja śliczna.

Wchodząc na górę, myślałam o trzynastu dniach, które minęły od przyjazdu do Veules. Wszystkie te drobne ziarnka piasku, te tajemnice, na które nie zwracałam uwagi. A w każdym razie niewielką. Na przykład to wrażenie, że ktoś mnie obserwuje w domu, dniem i nocą, nawet kiedy jestem sama, nawet kiedy Martineau pozbierał już narzędzia i poszedł do domu. Te dziwne wierszyki Anaïs, piękne, zbyt piękne, żeby mogła je ułożyć trzyletnia dziewczynka. Ta fotografia z przyjęcia wydanego przez Victora Hugo dla dzieci z Veules w roku 1882; fotografia, którą wszyscy starają się chyba przede mną ukryć. No i oczywiście Adèle. Biedna Adèle. Wszystko jak ziarnka piasku.

A teraz ten list.

Chwyciłam moją małą Anaïs w ramiona. Jej uśmiech rozwiał w gwiezdny pył ziarna strachu. Mocno tuliła do piersi fioletowego strusia – emu, jak twierdzili specjaliści; Memu, jak poprawiała ich Anaïs.

– Dobrze ci się spało, kotku?

– A co ty robiłaś, mamusiu?

– Nic, nic takiego.

Trochę trudno było mi się skoncentrować. Myślałam już o tym, co napiszę wieczorem w swoim dzienniku.

– Mamusiu, chce mi się jeść.

– Tak, tak, kochanie.

Przede wszystkim muszę zacząć ten dziennik od początku, od dnia przyjazdu. Przeczytać go. Podsumować. Zrozumieć. Jeszcze raz przyjrzeć się biegowi zdarzeń przez te kilka dni, kiedy grałam o swoje życie.

W orła i reszkę.

Trzynaście dni wcześniej   2

Veules-les-Roses, 10 stycznia 2016 

Trudno opisać chwilę.

Mimo to spróbuję. Postanowiłam prowadzić dziennik nowego życia. Mojego nowego życia! Zaczyna się właśnie dziś. 10 stycznia 2016 roku przed wodopojem w Veules-les-Roses.

Dokładnie o 9:11.

Moja biała panda stoi zaparkowana w poprzek drogi, tuż przed zbiornikiem o długości czterdziestu a szerokości pięciu metrów, przy wjeździe do Veules. Maska niemal zanurza się w dziesięciu centymetrach wody jak pysk zwierzęcia, które przyszło do wodopoju. Małej krowy. Wielkiego barana. Zadziałałam instynktownie, zatrzymałam się tu, zaciągnęłam hamulec ręczny, wysiadłam, wzięłam z tylnego siedzenia Anaïs, nie zamknęłam drzwi.

Postawiłam Anaïs tuż przed gigantycznym poidłem.

Podziwiałam z zapartym tchem.

Przed nami, w krystalicznym zwierciadle wody, tańczyły białe chaty wynurzające się spośród liści brzóz. Krajobraz jak z bajki, ponadczasowy, nie z tego świata. Zastanawiam się, jakie myśli mogły snuć się w tej chwili po główce Anaïs. Czy była równie wrażliwa jak ja na niezwykły urok tego miejsca?

Chłód szczypał nas w policzki, wgryzał się w brodę i uszy. Ostry chłód pod szarym niebem, dotkliwy wiatr. Anaïs nic nie mówiła, z jej różowych ust wydobywały się tylko obłoczki pary.

Tak, trudno jest opisać chwilę.

Wyjechałam z Nanterre o szóstej rano. Zabrałam wszystko, upchałam treść mojego życia w bagażniku i na tylnym siedzeniu pandy. W tym Adèle w dużym pleksiglasowym pudle, roztropnie ustawionym na kolanach Anaïs. Była ciemna noc. Potem miałam wrażenie, że jadę prosto przed siebie, na północ, aż do końca, dopóki droga się nie urwie, na kraj świata, dopóki morze nie otworzy się przede mną pomiędzy dwoma klifami.

Tutaj.

Do Veules-les-Roses. Tej zagubionej wioski. Niczym do mitycznej oazy na skraju wielkomiejskiej pustyni, zapomnianej przez miejskich nomadów.

Na zewnątrz nie było żywego ducha. Wody Veules wydają się wahać: czy przez chwilę stać w zbiorniku, kołysać się pośród mchu i kamyków, czekać na pstrąga potokowego, czy przemknąć pod kamiennym mostem, żeby szybciej połączyć się z morzem. Obojętne na ten brak zdecydowania nurtu, chaty drżały w zimnej wodzie. Anaïs też już dygotała, mocno ściskając moją rękę i ocierając się o mój sweter. Nie pomyślałam o założeniu palta, choć miałam je pod ręką, na siedzeniu pasażera.

Dziwna była ta opustoszała ulica, jakby zapomniana; wszyscy mieszkańcy schronili się, pokonani przez zimę. Miałam inne wspomnienia z Veules, wspomnienia cofające mnie do innego życia, kiedy przyjechałam tu przed pięciu laty z Ruy. Ulice Veules były czarne od ludzi. W połowie sierpnia Alabastrowe Wybrzeże ogarnęły krótkotrwałe upały. Zewsząd nadciągali turyści, zupełnie jakby wyrastali spod ziemi, niczym grzyby po deszczu. Radosny tłum wędrował półtorakilometrowym szlakiem wzdłuż najkrótszej rzeki Francji, szturmem zdobywał kawiarenki. Piaszczysta plaża przy odpływie nigdy nie wydawała się aż tak szeroka. Nikt nie zliczyłby półnagich ciał ani samochodów, ciasno zaparkowanych przy drodze ciągnącej się po klifie niczym olbrzymi wąż z kolorowych segmentów metalu.

Kiedy zapadła noc, kiedy Veules ucichło, kiedy długi stalowy wąż pełzł już w głąb lądu, do miasta, do Rouen, Nantes, Paryża, Ruy pokazał mi wieś. Jego wieś. Wybraliśmy się na kolację do Galets, potem przeszliśmy brzegiem Veules. U jej źródła, na łączce, namiętnie mnie pocałował. Byliśmy sami w ciemnościach. Sto metrów dalej, dokładnie tu, przy poidle, Ruy znów się zatrzymał. Trochę zagubiona, trzymałam go za rękę, tak jak dziś Anaïs mnie. Ruy opowiedział mi historię Anaïs Aubert. Oczywiście… Anaïs Aubert była jedną z najsławniejszych aktorek początku dziewiętnastego wieku. Legenda głosi, że nagle porzuciła Comédie-Française – pewnego letniego wieczoru 1826 roku, tuż po spektaklu. Miała powiedzieć do stangreta: „Jedź przed siebie, nie żałuj bata. Prosto, cały czas prosto. I nie zatrzymuj się”. U kresu podróży Anaïs dotarła tu, przed wodopój, jedyną drogą wiodącą wówczas do Veules. I od pierwszej chwili zakochała się w tej rybackiej wiosce. Po powrocie do Comédie-Française powiedziała o swoim odkryciu paryskiemu towarzystwu. Aktorzy i artyści zjeżdżali się, zaciekawieni. Narodziło się nowe kąpielisko, Veules-en-Caux… Pozostawało tylko jedno pytanie, wielka, nigdy nierozwiązana tajemnica Veules. Oczy Ruy figlarnie rozbłysły, zanim mnie pocałował.

Dlaczego Anaïs Aubert opuściła tego wieczoru Paryż?

Ruy wpatrywał się w żółty odblask latarni odbijającej się w czarnej wodzie poidła, czule objął mnie w talii, a potem wyszeptał te proste, jakże zaskakujące w jego ustach słowa: „Jeżeli kiedyś będę miał dziecko, córkę, będzie miała na imię Anaïs. To nie podlega dyskusji, Ariane!”.

*

Anaïs ciągnęła mnie za żakiet. Zmarzła. Słusznie mnie ponaglała, nie miałam już czasu na rozmyślanie. Spojrzałam na zegarek. Było piętnaście po dziewiątej. Za kwadrans miałam spotkanie z Xavierem Poulainem, agentem nieruchomości. Miał dać mi klucze do sklepu, mojego sklepu, a raczej… klucze do rudery przy rue Victor-Hugo, gdzie miał powstać sklep z dziełami sztuki i ozdobami, i to już wiosną. Mimo woli znów pogrążyłam się w rozmyślaniach. Nie potrafiłam uwolnić się od tego okropnego strachu, który chwytał za gardło, coraz wyraźniej docierało do mnie, jak byłam nieodpowiedzialna: wymyśliłam sobie, że wrócę tu, sama, z trzyletnią córką, w środku zimy, żeby otworzyć sklep.

Nacierałam Anaïs, żeby ją rozgrzać. I żeby dodać sobie otuchy. Odwróciłam się: panda stała z otwartymi drzwiami nad brzegiem wody niczym wielki, spragniony ptak.

– Dalej pójdziemy piechotą, kochanie. Dom jest bardzo blisko.

– Zabierzemy Adèle? – zapytała Anaïs.

– Nie, nie, zaczeka tu na nas.

Adèle nic to nie obchodziło. Spała na tylnym siedzeniu w swoim pudle. Adèle to żółw wodny. Ponoć była już na świecie, kiedy się urodziłam. Podarował mi ją ojciec chrzestny, którego widziałam raz w życiu. Adèle miała więc co najmniej dwadzieścia pięć lat… Mówi się, że żółwie wodne dożywają sześćdziesiątki. Możliwe! W końcu Adèle nie robi nic poza jedzeniem suszonych krewetek i kawałków mięsa z kamienia w akwarium albo pojemnika, w którym podróżuje.

– Czekaj tu, Adèle, zaraz wrócimy – rzuciła Anaïs.

Anaïs bardzo lubiła Adèle, mówiła do niej, zwierzała się, karmiła ją, a nawet pieściła, jak Memu, fioletowego strusia. Zwierzak w pancerzu i pluszak – dwójka jej jedynych przyjaciół.

Zamknęłam drzwi naszej pandy, nawet nie parkując auta, jak należy; sprawdziłam czapeczkę, szalik i rękawiczki Anaïs.

– Kotku, zobaczysz, jaka to ładna wieś!

*

Szłyśmy po chodniku rue Docteur-Pierre-Girard. Wieś zdawała się nieśmiało budzić. Głównie starzy ludzie powłóczyli nogami z torbami na zakupy w rękach. Zimny wiatr wdzierał się w ulicę. Opatuleni przechodnie nie wyglądali na przywykłych do ostrych chłodów. Trochę mnie to uspokoiło.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.