Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Czy można umrzeć dwa razy? ebook

Leif GW Persson  

4.14285714285714 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czy można umrzeć dwa razy? - Leif GW Persson

Podczas letniego obozu skautów dziesięcioletni Edvin znajduje na jednej z wysp jeziora Mälaren ludzką czaszkę. Chłopiec starannie wkłada znalezisko do torby, ucieka z obozu i jedzie do swojego sąsiada – komisarza Everta Bäckströma. W drodze dokonuje wstępnej analizy, by przekazać swoje spostrzeżenia policjantowi. Odkrywa, że to czaszka dorosłej kobiety pochodzenia azjatyckiego, zmarłej na skutek postrzału około dziesięciu lat temu. Bäckström już po kilku drinkach, wybudzony z drzemki, obiecuje zająć się sprawą, co w jego przypadku oznacza przerzucenie pracy na podwładnych.

Opinie o ebooku Czy można umrzeć dwa razy? - Leif GW Persson

Fragment ebooka Czy można umrzeć dwa razy? - Leif GW Persson

I

„Dość makabryczne” odkrycie o policyjnym zabarwieniu

1.

Dziewiętnastego lipca, we wtorek po południu, tuż po godzinie szóstej, ktoś zadzwonił do drzwi mieszkania komisarza kryminalnego Everta Bäckströma na Kungsholmen w Sztokholmie. Dźwięk był dyskretny, a zarazem wyrazisty, i stał się wstępem do jeszcze jednego śledztwa Bäckströma, które zazwyczaj nigdy nie zaczynały się w taki sposób.

Dotychczas wszystko odbywało się według wcześniej ustanowionych reguł. Komisarz kryminalny Evert Bäckström był szefem grupy dochodzeniowej komisariatu policji w Solnej, która zajmowała się poważnymi sprawami. Były to najgroźniejsze przestępstwa, zwykle ze skutkiem śmiertelnym, a Bäckström odpowiadał za uporządkowanie tego, co dało się uporządkować, to znaczy wykrycie sprawcy przestępstwa, złapanie go i dopilnowanie, żeby poniósł karę, co dawałoby krewnym ofiary możliwość spokojnego przeżycia żałoby.

Jeśli chodzi o Bäckströma, prawie zawsze każda sprawa zaczynała się od telefonu. Dzwonił któryś z jego szefów, współpracownik czy dyżurny – jeśli wszystko zdarzyło się w godzinach pracy, co raczej należało do rzadkości – i prosił, aby Bäckström zajął się sprawą.

Bäckström nie miał nic przeciwko temu, nikt inny też nie. Bo niby dlaczego? Kilka lat wcześniej, zanim Bäckström pojawił się w komendzie policji w Solnej, był szefem grupy dochodzeniowej w ponad dwudziestu śledztwach, z których rozwiązał wszystkie oprócz jednego. W pewnym momencie miał na swoim koncie tyle sukcesów, iż faktem, że liczba przestępstw w rejonie zmalała do niebezpiecznego poziomu, naraził własną egzystencję. Na szczęście sprawa się rozwiązała i Bäckström mógł odnotować w społeczeństwie wysoce zadowalający wzrost przypadków przemocy ze skutkiem śmiertelnym, a w szczególności morderstw wymagających śledztwa. Telefon od dyżurnego i kolejny trup, który przy udziale osób trzecich lądował na biurku Bäckströma, a zatem wszystko tak jak powinno być.

Jednak tym razem zaczęło się od tego, że ktoś zadzwonił do jego drzwi, a trudno o bardziej prywatny i osobisty początek śledztwa niż dzwonek do drzwi mieszkania śledczego. Jak się wkrótce okazało, było to jedno z najbardziej skomplikowanych dochodzeń w karierze komisarza kryminalnego Everta Bäckströma.

Taki dyskretny, a zarazem wyrazisty dźwięk dzwonka do jego własnych drzwi już sam w sobie był zagadką, ponieważ ten sam dźwięk Bäckström słyszał niezliczenie wiele razy i doskonale wiedział, kto dzwonił w ten sposób. Mały Edvin, pomyślał. Dziwne, przecież kiedy go ostatnio widział tydzień przed nocą świętojańską, chłopak powiedział mu, że jedzie na obóz i wróci dopiero po miesiącu, pod koniec lipca.

2.

Do chwili kiedy zabrzmiał dzwonek do drzwi, toczył się zupełnie normalny dzień pracy w życiu komisarza Bäckströma. A ponieważ pogoda była wyśmienita, Bäckström zatelefonował do komendy i poinformował, że przedpołudnie spędzi w domu. W Komendzie Głównej Policji pilnie potrzebują jego pomocy, więc najprościej będzie popracować przy domowym komputerze, żeby niepotrzebnie nie biegać tam i z powrotem.

Bäckström usadowił się na balkonie i w spokoju, przy lekturze porannej gazety, rozkoszował się śniadaniem. Potem wziął prysznic, ubrał się ze szczególną dbałością, stosownie do pogody, i zadzwonił po taksówkę, która miała go zawieźć do komisariatu w Solnej. Oto jeszcze jeden piękny letni dzień w wygodnym życiu komisarza Bäckströma. Już godzinę przed lunchem był na miejscu w swoim prawie pustym biurze. Połowa działu była na urlopie, bo nikomu nie przyszło do głowy, że o tej porze roku najlepiej można odpocząć właśnie w godzinach pracy, i jeszcze brać za to pensję. A ponieważ w komendzie panowały pustki, więc nie było sensu zabierać się do jakichś pracochłonnych spraw, chyba że na specjalne życzenie komendanta. Pozostawało więc tylko przerzucanie papierów i umarzanie starych dochodzeń. Krótko mówiąc, należało unikać spraw cięższego kalibru i niecierpiących zwłoki.

Najpierw jednak wypadało zrobić rundę kontrolną i upewnić się, że nikt ze współpracowników nie zajmuje się sprawą, która miałaby dać powód do jej głębszego zbadania. Ogólnie mówiąc, panował spokój, pokoje, korytarze i biurka były w przeważającej części puste, jedynie w policyjnej kawiarence siedziały jakieś leniwe osły i rozprawiały o wszystkim, tylko nie o pracy. Po skontrolowaniu sytuacji Bäckström nagrał wiadomość na automatycznej sekretarce z informacją, że całe popołudnie uczestniczy w spotkaniu i będzie osiągalny dopiero następnego dnia.

Wtedy też po raz kolejny wziął taksówkę, do Djurgården, i pojechał na lunch do swojej ulubionej, dobrze położonej knajpy, gdzie prawdopodobieństwo spotkania kogoś z pracy było znikome. Na początek śledzik, schłodzony czeski pilzner i kieliszek rosyjskiej wódki na dobre trawienie. Następnie stek z grilla, kolejny pilzner i jeszcze solidniejszy kieliszeczek czystej dla zwalczenia nieprzyjemnych skutków smażonej cebuli serwowanej do steku. A wszystko zakończone filiżanką kawy i koniakiem. Potem taksówka, już po raz trzeci tego dnia, aby udać się na zasłużoną poobiednią drzemkę.

Bäckström obudził się kwadrans przed tym, jak Edvin zadzwonił do drzwi. Wypoczęty, w dobrym humorze, ze świeżym jak kryształ umysłem. Zdążył zaledwie nalać sobie kieliszek orzeźwiającego koniaku, gdy jego spokój zakłócił tenże właśnie dzwonek do drzwi. Było to mniej więcej wtedy, kiedy planował, w jaki sposób zakończy ten jeszcze jeden jakże pracowity dzień.

Dziwne, pomyślał. Z jednej strony to typowy dźwięk dla małego Edvina. Z drugiej – coś w nim było nie tak. Przecież Edvin mówił, zresztą jego mama też, kiedy Backström spotkał ją przypadkiem na schodach kilka dni wcześniej, że jedzie na obóz skautów do Ekerö nad Mälaren, jakieś sześć kilometrów od domu. I wrócić miał dopiero pod koniec następnego tygodnia.

Backström to jeden z najbardziej znanych i szanowanych policjantów w kraju. Żywy symbol tego, co zwykły obywatel uważa za swoje niezbywalne prawo, jakim jest poczucie bezpieczeństwa. Skała, za którą można znaleźć schronienie w niebezpiecznych czasach. Tak właśnie – i nie bez powodu – postrzegali go porządni i zacni obywatele, i mieli rację. Jednocześnie sporo – i zdecydowanie za dużo – było też takich, którzy nie zgadzali się z tym jego obrazem i ani przez chwilę nie zawahaliby się, by wykorzystując sygnał dzwonka Edvina, przyprzeć go do muru i zrobić mu krzywdę, a nawet go zabić. Uświadomił to sobie nawet jego lekko nierozgarnięty pracodawca i dał mu pozwolenie na posiadanie broni również wtedy, kiedy nie był na służbie.

Przez wszystkie dni tygodnia, całą dobę na okrągło, niezależnie od tego, gdzie się znajdował i co robił, Bäckström miał przy sobie swojego najlepszego przyjaciela. Swojego małego siggego, służbowy pistolet marki Sig Sauer z magazynkiem, który mógł pomieścić piętnaście kul. Aż trudno sobie wyobrazić, że musiało to zająć tyle czasu i wymagało interwencji na najwyższym szczeblu kogoś ze związków zawodowych, zanim któryś z jego szefów gryzipiórków odważył się wydać mu zgodę na posiadanie broni.

Głupio byłoby ryzykować, pomyślał Bäckström, wyjął siggego z kieszeni szlafroka, poszedł do przedpokoju i spojrzał przez judasz, żeby zobaczyć kto to.

3.

Bäckström był ostrożny niczym generał. Wróg nie spał. Bandyci cały czas kręcili się koło domu, i gdyby choć na chwilę spuścił most zwodzony do swej twierdzy, tylko on jeden musiałby wówczas podjąć decyzję i sam sobie ze wszystkim poradzić.

Rzucić okiem przez judasz to nie do pomyślenia. Tak robi tylko ktoś niespełna rozumu, z kategorii samobójców, którzy chcieliby mieć przestrzelony łeb w ten właśnie sposób. Ale judasz w drzwiach Bäckströma był tylko po to, żeby zmylić przeciwnika. To, co się liczyło, to kamera, którą Bäckström zainstalował kilka miesięcy wcześniej i z czysto praktycznych względów podłączył do swojego komputera oraz komórki.

Zdecydowanie Edvin, pomyślał Bäckström. Przełączył komórkę, żeby zobaczyć klatkę schodową i upewnić się, że chłopak jest sam. Tak, to był Edvin. Sam.

Zanim otworzył drzwi, schował małego siggego do kieszeni szlafroka, żeby niepotrzebnie nie przestraszyć swojego gościa.

– Edvin – powiedział Bäckström. – Miło cię widzieć. Mów! Co mogę dla ciebie zrobić, młody człowieku?

– Z całym szacunkiem dla pana komisarza – odparł Edvin i grzecznie się ukłonił – ale tym razem to ja mogę coś zrobić dla pana komisarza.

– Co ty powiesz. Brzmi obiecująco. Wejdź.

Dziwny chłopak, pomyślał Bäckström. Nie wspominając już o jego dziwacznym ubraniu.

Edvin był mały i chudy. Cienki jak nić dentystyczna, nieznacznie dłuższy niż ta, której Bäckström rano i wieczorem używał do czyszczenia swoich insygniów królewskich, obecnie zastępujących mu jego prawdziwy garnitur zębów. Edvin nosił okrągłe okulary o szkłach grubych niczym denka butelek i mówił językiem jak z książki dla dorosłych. Mały przemądrzały okularnik, który przeprowadził się tu kilka lat temu. Był dobrze wychowany, na swój sposób po staroświecku, i na szczęście był jedynym dzieckiem zarówno w swojej rodzinie, jak i w całym domu, w którym mieszkał Bäckström.

A Bäckström nie przepadał za dziećmi. W gruncie rzeczy to nie takie dziwne, bo w ogóle ludzi nie lubił, oprócz siebie oczywiście. To samo dotyczyło wszystkich zwierząt i roślin. Jednak dla Edvina zrobił wyjątek. Bo okazało się, że Edvin był cichy jak myszka, niezachwianie lojalny, no i użyteczny, gdy trzeba było pobiec do tego chciwca-zdziercy do delikatesów przy Sankt Eriksgatan po gazetę, coś na ząb do piwa czy inne wiktuały. Co prawda trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, zanim Bäckström będzie mógł wysłać Edvina do sklepu po coś mocniejszego… Ale dobre i to.

Dzisiaj Edvin ubrany był w mundurek skauta. W niebieską koszulę z długimi rękawami, żółtą chustę związaną skórzanym rzemykiem splecionym w warkocz, niebieskie szorty do kolan i niebieskie trampki. W koszulę wpięte miał metalowe odznaki i naszywki, a przy pasku zwisały mała finka i trzy różnej wielkości napaśniki. Na plecach Edvin miał mały skórzany plecak w kolorze brązowym.

Prawdopodobnie zwiał z obozu, pomyślał Bäckström, nie wychodząc z roli policjanta. Komisarz i jego gość usiedli w pokoju – on w swoim przypominającym tron fotelu z podnóżkiem, a Edvin, kiedy tylko odłożył na stolik brązowy plecak, w rogu sofy. Był wyprostowany jak ołowiany żołnierzyk.

– Zdaje się, że miałeś do mnie jakąś sprawę – przypomniał mu Bäckström, sącząc grog i uśmiechając się do Edvina przyjaźnie.

– Tak – odparł chłopak. – Kilka godzin temu coś znalazłem na wyspie, tam gdzie mamy obóz. Myślę, że to może zainteresować pana komisarza.

– Zamieniam się w słuch – powiedział Bäckström i uśmiechnął się jowialnie. – Opowiadaj.

Edvin po raz kolejny skinął głową. Otworzył plecak, wyjął plastikową torbę i podał ją Bäckströmowi. Kiedy komisarz wziął torbę do ręki, od razu zrozumiał, co w niej jest.

A niech to szlag, pomyślał.

– Ma pan komisarz rację, dość makabryczne – zgodził się Edvin i pokiwał poważnie głową.

4.

Tego samego dnia rano Edvin pływał żaglówką ze skautami z obozu. Po lunchu przydzielono mu zadanie specjalne. Miał wysiąść na pobliskiej wysepce i nazbierać kurek, innych grzybów i wszystkiego, co nadaje się do jedzenia i pozwoli obniżyć koszty, oczywiście bez ofiar śmiertelnych.

Grzybów nie znalazł, co go wcale nie zdziwiło, zważywszy na trwającą już od miesiąca suszę. Innego runa leśnego też nie. Ale dokonał pewnego odkrycia.

– Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem najpierw, że to jakaś ogromna purchawka – relacjonował, wskazując na białą czaszkę leżącą na stoliku. – Czaszka była oblepiona mchem, więc wystawał tylko jej czubek.

– I co zrobiłeś? – zapytał Bäckström.

Oj, trochę pobladłeś, bracie, pomyślał.

– Nadepnąłem na nią. Tak jak się robi z purchawką. Żeby pękła i żeby się z niej kurzyło. Wtedy zorientowałem się, co to jest. Leżała przy samym wejściu do lisiej nory.

Bäckström pokiwał głową ze zrozumieniem. Wziął długopis, włożył go do oczodołu i podniósł czaszkę, żeby jej się lepiej przyjrzeć, nie zostawiając odcisków palców.

– Zrobiłem tak jak pan komisarz. Żeby nie zostawić śladów – powiedział Edvin. – Nie dotykałem jej – dodał.

– Jasne, że nie. Przecież obaj jesteśmy profesjonalistami, a nie jakimiś szalonymi prywatnymi detektywami.

Ten chłopak daleko zajdzie, pomyślał Bäckström, oglądając przyniesione przez Edvina znalezisko.

To była ludzka czaszka. Brakowało w niej dolnej szczęki, co nie było niczym szczególnym, biorąc pod uwagę, że czaszka już jakiś czas leżała na powietrzu. Poza tym była w świetnym stanie. Biała, bez resztek tkanki. Żadnych śladów narzędzi, które za pomocą ludzkiej ręki majstrowałyby przy niej. Również bez żadnych śladów zwierzęcych zębów. Jedyne ślady to, jak powiedział Edvin, mech i trawa, dłuższe źdźbło między przednimi zębami górnej szczęki i trochę ziemi. A więc nic nadzwyczajnego, zważywszy na okoliczności. Przez ostatnich dwieście lat w dolinie jeziora Mälaren całe rzesze szwedzkich archeologów dokonywały setek odkryć z okresu brązu, a nawet jeszcze starszych. Nie było zatem żadnego powodu, by osobnik z tak dużym doświadczeniem jak Bäckström miał się tym ekscytować. Gdyby nie mały okrągły otwór po kuli w prawej kości skroniowej na wysokości oczodołu.

– Kula wciąż tu jest – oświadczył Edvin i podał Bäckströmowi małą latarkę. – Słyszałem, jak brzęczy, kiedy wziąłem czaszkę do ręki, więc poświeciłem sobie latarką, żeby ją zobaczyć.

– Ach tak – odrzekł Bäckström.

Ostrożnie odwrócił czaszkę, przechylił ją na prawą stronę i też poświecił latarką. Kula tkwiła w czaszce, tak jak powiedział Edvin. Był to ołowiany pocisk bez łuski, prawdopodobnie kaliber .22. Otwór po wejściu kuli zakończony ostrymi kantami, ale żadnego śladu po wyjściu. Kula spłaszczyła się natychmiast po przebiciu kości skroniowej i teraz miała dwa razy większą średnicę niż przed wystrzeleniem. Była za duża, żeby wypaść z przestrzelonej dziury, została więc w czaszce osoby, którą uśmierciła. I to był wystarczająco dobry powód, by znalazła się u Bäckströma. W dodatku na jego własnym prywatnym stole.

– Tak, no tak – powiedział Bäckström i odłożył czaszkę na stół. – Jak się do tego zabrać? Jako że to ty ją znalazłeś, Edvin, zaczynaj. Co ty na to?

Edvin skinął głową i z mniejszego napaśnika przymocowanego do paska wyjął mały czarny notes, a z kieszeni koszuli długopis. Poprawił okulary na nosie, dyskretnie odchrząknął i zaczął:

– Dziękuję, panie komisarzu. Myślę, że to była kobieta. Dorosła. Wiek między dwadzieścia a czterdzieści lat. Kiedy zmarła, oczywiście. Jestem prawie pewien.

– Skąd ta pewność?

Ten smarkacz trochę za bardzo się mądrzy, pomyślał Bäckström.

– Trochę googlowałem w autobusie, w drodze do pana komisarza – wyjaśnił Edvin, nie kryjąc zdziwienia, i na dowód pokazał swój iPhone.

– Nie chcę być namolny – odparł Bäckström – ale co spowodowało u ciebie tę pewność?

Wszystko, dosłownie wszystko przemawiało za tym, że było tak, jak powiedział Edvin. W pełni ukształtowana czaszka, z wyraźnymi szwami. Tak jak u dorosłego człowieka. Stałe zęby jak u osoby dorosłej. Żadnych mleczaków, które spotyka się u dzieci do trzynastego roku życia. To zdecydowanie była osoba dorosła.

– Skąd wiesz, że to kobieta? – zapytał Bäckström.

– Po pierwsze, rozmiar – odpowiedział Edvin. – Kobiety mają zazwyczaj mniejszą głowę niż mężczyźni, oczywiście przeciętnie. A ta byłaby za mała w stosunku do ciała mężczyzny. Chociaż zdarzają się różnice, nawet u mężczyzn.

To prawda, święta prawda, pomyślał Bäckström i zachęcająco pokiwał głową.

– Ale są też inne rzeczy – kontynuował Edvin. – Wysokie, zaokrąglone czoło. U mężczyzn często bardziej cofnięte i kanciaste. No i łuki brwiowe. U nas są bardziej wyraźne, u kobiet małe albo ich nie ma w ogóle. Kobiety mają okrągłe oczodoły. Jeśli pan komisarz dobrze się przyjrzy, to zobaczy, że górny brzeg oczodołu jest cienki i ostry. U mężczyzn jest znacznie szerszy i bardziej zaokrąglony. O brodzie nie możemy nic powiedzieć, bo brakuje dolnej szczęki.

– Jesteś tego zupełnie pewny?

Po co komu to Laboratorium Kryminalistyki, pomyślał Bäckström, gdzie całe tabuny idiotów łażą tam i z powrotem, nic nie robiąc, kiedy z powodzeniem mógłby ich zastąpić jego własny Edvin.

– Najzupełniej.

– Coś jeszcze ci przyszło do głowy?

– Nic nie wskazuje na to, żeby była alkoholiczką, kryminalistką czy coś w tym rodzaju. Myślę, że to porządna osoba, która prowadziła zwykłe życie. Ma, na przykład, białe i zupełnie zdrowe zęby. Ani jednej plomby. Żadnych dziur, ani śladu kamienia czy próchnicy. Nie ma też żadnych uszkodzeń na głowie. Chodzi mi o to, że nie wygląda, jakby ktoś ją pobił albo jakby uległa wypadkowi.

– I do tego wszystkiego doszedłeś w autobusie, googlując – skwitował Bäckström.

– Tak – potwierdził Edvin. – Nikogo prawie nie było, usiadłem z tyłu i nikt nawet nie widział, co robię. Poza tym droga do Kungsholmen zajęła mi ponad godzinę.

Na przodzie autobusu siedzieli pewnie jacyś dorośli idioci i nie myśleli o niczym innym, tylko o tym, co będą jeść na obiad, pizzę czy makaron, albo czy zdążą do monopolowego przed zamknięciem, pomyślał Bäckström. I podczas gdy oni zaprzątali sobie głowę głupotami, mały Edvin siedział z tyłu autobusu i w spokoju, zgodnie z regułami sztuki, badał czaszkę, którą znalazł kilka godzin wcześniej. Dokładnie tak, jak ja bym to zrobił, pomyślał Bäckström. Jeszcze jest jakaś nadzieja dla ludzkości. Mimo że, jak nakazuje zdrowy rozsądek, już dawno nie powinno jej być.

– Czy jest jeszcze coś, o co zapomniałem cię zapytać? – dodał Bäckström.

Chyba jedna rzecz, zdaniem Edvina, ale tu nie miał pewności, a raczej tylko się domyślał. To była bardziej intuicja.

– Co to takiego? – zapytał Bäckström.

– Wygląda na to, że nie urodziła się w Szwecji ani w Europie. To nie jest też czaszka typu kaukaskiego, jak to się nazywa w antropologii. Że pochodziła z Laponii też mało prawdopodobne.

– Zgadzam się z tobą – powiedział Bäckström.

Częstotliwość występowania tych cholernych Lapończyków w dolinie Mälaren też na to nie wskazuje, na szczęście, pomyślał Bäckström.

– W takim razie skąd pochodzi? – spytał.

– Wydaje mi się, że z Azji – odpowiedział Edvin. – Tajlandia, Wietnam, Filipiny, może Chiny albo nawet Japonia. Ale to tylko moje domysły.

– Tę część zagadki – rzekł Bäckström – rozwiążemy, kiedy wyślemy do zbadania jej DNA.

– Tkanka zębowa. – Edvin pokiwał głową. – Zważywszy na to, w jakim jest stanie, powinno się udać.

– Masz rację – zauważył Bäckström.

A czegóż innego mogłem się spodziewać? – pomyślał.

– Pozostaje najważniejsze pytanie – rzekł Edvin, stawiając krzyżyk w notesie.

– Co takiego? – zapytał Bäckström.

– Morderstwo czy samobójstwo?

– Tak, właśnie miałem cię o to zapytać. – Co tak naprawdę było czystym kłamstwem, bo jedyne, o czym myślał komisarz przez ostatnie kilka minut, to to, że najwyższy czas dolać sobie grogu. – I co o tym myślisz?

Prawdopodobnie samobójstwo. Sądząc po otworze, przez który weszła kula, i po kącie oddania strzału w kość skroniową. Może nawet lufa była przystawiona do samej głowy, jeżeli bronią, jakiej użyto, był pistolet lub rewolwer, a nie karabin. Poza tym samobójstwo przy użyciu broni jest częstsze niż morderstwo, choć to mężczyźni z reguły odbierają sobie życie w ten sposób. Jeżeli otwór po strzale byłby w podniebieniu górnej szczęki, Edvin byłby raczej pewien, że nie chodzi o morderstwo.

– A jak tobie się wydaje – nalegał Bäckström. – Jak? Gdzie? Kiedy? Zapewne wiesz, że wszystkich o to zamęczam.

Trzeba skorzystać z okazji, pomyślał Bäckström, zanim mały Edvin wróci gdzieś do swojej galaktyki w przestworzach. Do miejsca, gdzie się już wie to, nad czym inni, włączając, niestety, jego samego, muszą się nieźle nagłowić.

Zdaniem Edvina to było morderstwo. Kierując się policyjną regułą, która zakłada, że tak jest, kiedy sprawa wydaje się niejasna lub gdy bez cienia wątpliwości udowodniono, że jest wręcz przeciwnie.

– Jak to pan komisarz lubi powtarzać: zakładaj morderstwo, dopóki nie zostanie udowodnione jego przeciwieństwo – powiedział Edvin i skinął głową.

Edvin nie miał już nic więcej do dodania. Oprócz tego, że miejsce, w którym znalazł czaszkę, nie było miejscem zbrodni. Czaszka została tam po prostu znaleziona. A ponieważ leżała przy lisiej norze, Edvin sądził, że ciało początkowo było zakopane lub schowane gdzie indziej na wyspie. Do najbliższego brzegu było najwyżej sto metrów, sporo miejsc, gdzie można ukryć ciało, po co więc taszczyć je dalej bez potrzeby? Tak, to miejsce znalezienia czaszki, nie miejsce zbrodni.

– Znam to miejsce – wyjaśnił Edvin. – Rosną tam głównie krzaki i zarośla. Prawie jak w dżungli. Nikt by nie taszczył tam ciała.

– A miejsce zbrodni? – zapytał Bäckström.

– Może łódka – zasugerował Edvin. – W każdym razie uważam, że to się stało latem, kiedy dużo się żegluje po Mälaren.

Też tak uważam, pomyślał Bäckström, zadowalając się skinięciem głowy. Co trzeba zrobić, żeby się pozbyć ciała z łódki? W nocy trzeba zarzucić kotwicę w jakiejś odpowiedniej zatoczce. Pewnie podczas łowienia śledzi i popijania wina baba, którą zabrał z sobą, zaczęła się wykłócać. Więc wziął pistolet, który miał na łódce, i strzelił jej prosto w łeb, definitywnie kończąc wszelkie dyskusje. Po co sobie komplikować życie bez potrzeby? – zastanawiał się Evert Bäckström.

– Kiedy to się stało? – zapytał.

W tej jednej kwestii – dotyczącej czasu, kiedy ów śmiertelny strzał został oddany – Edvin nie był do końca pewien. Pociski kaliber .22 istnieją od prawie stu trzydziestu lat, przeczytał to, kiedy googlował w autobusie, a takie informacje na ogół się zgadzają. Oprócz tego można znaleźć czaszki, które są w równie dobrym stanie, mimo że przeleżały w ziemi ponad sto lat. Ale jeśli Edvin miałby wybierać, to obstawałby przy tym, że chodzi tutaj o zabójstwo, do którego doszło, kiedy on już był na świecie. A więc w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

– Jeśli miałbyś wybierać… – powtórzył Bäckström. – Co masz na myśli?

– No bo to ja ją znalazłem – powiedział Edvin. – Tak jest sprawiedliwie. Pan komisarz na pewno mnie rozumie.

5.

– Wielkie dzięki, Edvin – powiedział Bäckström i skinął uprzejmie głową swojemu gościowi. – Czy jest jeszcze coś, co mogę dla ciebie zrobić?

– Czy mógłbym dostać kanapkę? – zapytał Edvin. – Jestem trochę głodny.

– Ma się rozumieć – odpowiedział Bäckström z wyraźną życzliwością. – Mam szynkę, kiełbasę, pasztet i pewnie jeszcze coś się znajdzie. Śledzie, pastę z krewetkami i majonezem, kawior, wędzonego węgorza i łososia. Co tylko zechcesz.

– Dziękuję – odparł Edvin. – Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym zapytać.

– Słucham – zainteresował się Bäckström.

– Może powinniśmy porozmawiać z Furuhjelmem – rzekł Edvin.

– Furuhjelmem?

– To nasz komendant. Jest strasznie pedantyczny. Nic mu nie powiedziałem, że wieję. Nikomu nie mówiłem. O tym też nie – dodał Edvin i pokazał głową na torbę na stole.

– Dobrze zrobiłeś – stwierdził Bäckström. – Ludzie lubią dużo gadać, a to niech zostanie między nami. Nie martw się. Wszystko z nim załatwię.

– Co zrobimy z mamą i tatą? – zapytał Edvin.

– To też załatwię.

– O, to super – ucieszył się Edvin i wyraźnie się rozpromienił.

– A teraz już o tym nie myśl – odparł Bäckström. – I weź sobie coś do jedzenia.

Problemy, problemy, problemy, pomyślał Bäckström, kiedy tylko Edvin wyszedł z kuchni. Bez większego zagłębiania się w sprawę Bäckström widział mnóstwo kłopotów natury praktycznej, związanych z odkryciem, jakiego dokonał jego mały sąsiad, a które obecnie leżało na stole w jego pokoju i wymagało natychmiastowego podjęcia stosownych kroków. Zaletą tego typu problemów było to, że miały one ścisły związek z jego służbą. A ponieważ Bäckström był szefem, wystarczyło jedynie wskazać nie tylko palcem, ale i całą ręką, który z jego współpracowników wszystkim się zajmie.

Będę musiał to komuś oddelegować, pomyślał Bäckström. Zadzwonię do Anki.

Annika Carlsson była świeżo upieczonym inspektorem kryminalnym i „najbliższym człowiekiem Bäckströma” w Wydziale do Walki z Przestępczością Zorganizowaną. Wśród kolegów nazywana była „Anką”1, a czy było to przezwisko, czy zdrobnienie, zależało od tego, kto je wymawiał. Niezależnie od wszystkiego, nazywając ją tak, rozsądniej było upewnić się, że nie ma jej w pobliżu i że nie słyszy.

Jak powiedział, tak też zrobił. Bäckström zadzwonił do Anniki i skrótowo wyjaśnił jej, co trzeba zrobić. Sporządzić zgłoszenie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, dopilnować, żeby ktoś przesłuchał dziesięcioletniego świadka, przekazać dyżurnemu technikowi przestrzeloną czaszkę i nabój. Plus to wszystko, co potrzebne do wszczęcia śledztwa w sprawie morderstwa.

– Edvin – powiedziała Anka. – Czy to ten twój mały sąsiad, którego wykorzystujesz jako chłopca na posyłki? Ten, który jest niewiele większy niż przynęta? Miły chłopak. Prawdziwy naiwniaczek.

– Nie rozumiem, jaki to ma związek ze sprawą – odparł Bäckström. – Chcę, żebyś się tym zajęła.

– To oczywiste. Wszyscy tego chcemy. Czy to wszystko? – zapytała Annika Carlsson, jak tylko Bäckström skończył.

– Tak. Plus to, że Edvin uciekł z tego swojego cholernego obozu skautów gdzieś w Ekerö. Więc trzeba też porozmawiać z nimi i z rodzicami chłopaka, żeby bez potrzeby nie zgłaszali jego zaginięcia.

– O wszystkim pomyślałeś, Bäckström – skonstatowała.

– A czy to jakiś problem?

O co jej chodzi, pomyślał.

– Więc pewnie teraz chcesz, żebym pojechała do ciebie i go przywiozła?

– Byłoby to praktyczne, nie przeczę.

– Tak, rzeczywiście – odpowiedziała Annika Carlsson. – Ty na dzisiaj wieczór masz już jakieś plany, które oczywiście nie obejmują twojego małego sąsiada.

– A co to ma do rzeczy – bronił się Bäckström. – Popraw mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że to ty masz dzisiaj dyżur?

– Masz rację, Bäckström. To ja dzisiaj jestem odpowiedzialna. Poza tym ty masz zawsze rację. Nawet jeśli jej nie masz.

– Świetnie. Więc na co czekamy?

– Widzimy się za pół godziny.

Leniwe osły, pomyślał Bäckström i odłożył słuchawkę. Zawsze muszą się odszczeknąć. Skąd oni się biorą? Chociaż w wypadku Anniki nie próbował znaleźć odpowiedzi na swoje pytanie. Dlaczego wszyscy muszą być policjantami, pomyślał i westchnął głęboko. Postanowił być wyrozumiały, wziąć kilka głębokich oddechów i w tej sytuacji zrobić coś konstruktywnego. Nie pędzić do przodu, tylko powoli i spokojnie zrobić sobie porcję grogu. Potem na pewno wszystko się rozwiąże. Wiedział to z wieloletniego doświadczenia.

Najpierw jakiś lekki obiad w ukochanej knajpie w ścisłym odosobnieniu, a później do centrum, żeby oficjalną część wieczoru zakończyć w Jaskini Rozwodników, w barze Richie. Bäckström i jego Supersalami… To była od dawna sprawdzona marka, a ponieważ plotka roznosi się z szybkością światła, nie potrzeba było żadnej reklamy. Klientela zawsze spora, więc do woli można przebierać w kobietach, które przychodzą do baru, żeby ugasić swoje wewnętrzne pragnienie.

Ugasić pragnienie nie tylko w jednym aspekcie, pomyślał Bäckström.

6.

Pół godziny później, kiedy Annika Carlsson dotarła do domu Everta Bäckströma, udało jej się rozwiązać dwa problemy natury praktycznej i stworzyć kolejny.

Po pierwsze, zadzwoniła na komórkę komendanta obozu, Furuhjelma, zanim jeszcze wyszła z komisariatu, na wypadek gdyby był z tych, którzy lubią kontrolnie oddzwonić.

Nie zgłosił jeszcze zaginięcia Edvina. Wysłał natomiast paru starszych chłopców, żeby go szukali. Wcześniejsze doświadczenia nauczyły go, że uciekinierzy na ogół wracają, kiedy zgłodnieją. Furuhjelm miał do dyspozycji środki dyscyplinujące, które zamierzał zastosować dopiero wtedy, kiedy policja dostarczy Edvina na miejsce. Surowo traktował uciekinierów. Sprzeniewierzali się oni podstawowym wartościom ruchu skautowskiego: absolutnemu posłuszeństwu i niesieniu pomocy bliźniemu.

– Rozumie pani, że będę musiał zadzwonić do jego rodziców – powiedział Furuhjelm. – Zero tolerancji dla uciekinierów.

– A kto twierdzi, że on uciekł? – odrzekła Annika. – Przyjechał do nas, żeby złożyć zeznania. W ważnej sprawie. I jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że zechciał nam pomóc. Niestety, niewielu dorosłych by tak postąpiło, ale Edvin to odważny młody człowiek.

– Składał zeznania? – zapytał Furuhjelm. – A w jakiej to sprawie, jeśli mogę zapytać?

– Oczywiście, że pan może zapytać – odparła Annika aksamitnym głosem. – Ale proszę nie liczyć, że otrzyma pan odpowiedź. Edvin pomaga policji w śledztwie, które właśnie rozpoczynamy. Dotyczy ono bardzo poważnego przestępstwa, więc proszę, aby te informacje zatrzymał pan dla siebie. Śledztwo jest objęte tajemnicą. Zrozumiano?

– Oczywiście. Ja tylko…

– Świetnie – przerwała mu Annika. – W takim razie zobaczy się pan z Edvinem jutro przed południem. Spotka się też pan ze mną i paroma kolegami z policji, żeby między innymi podpisać oświadczenie o nieujawnianiu tajemnicy śledztwa, gdyż będzie pan przesłuchiwany.

– Ale co ja powiem kolegom Edvina?

– Na pewno coś pan wymyśli. To chyba nie pierwszy raz, kiedy ktoś daje nogę z obozu. Prawdopodobnie wcześniej zdarzały się już takie przypadki.

– Na szczęście nie tak często.

– Tym lepiej – powiedziała Annika. – A teraz pozwoli pan, że skończę. Porozmawiamy jutro.

– Jutro będzie mi trudno – rzekł Furuhjelm. – Idziemy oglądać wykopaliska. I nie będzie mnie cały dzień.

– Okej – zgodziła się Annika. – Zakładam więc, że zajrzy pan do kalendarza i sam zaproponuje jakąś datę. Oby jak najszybciej.

– Oczywiście, oczywiście – odparł Furuhjelm. – Odezwę się. Obiecuję.

– Fantastycznie. Jesteśmy więc umówieni.

Niezły krętacz, pomyślała i zakończyła rozmowę.

7.

Już w służbowym samochodzie, w drodze do domu swojego szefa, Everta Bäckströma, Annika Carlsson, na jego polecenie, zabrała się do rozwiązywania problemów natury praktycznej, które spowodował mały Edvin. Musiała zadzwonić do rodziców chłopca i poinformować ich, co się przydarzyło ich synowi.

Rodzice Edvina byli na wakacjach u krewnych w Skanii, a ponieważ ich niepełnoletni syn miał być przesłuchiwany w charakterze świadka w sprawie o morderstwo, trzeba było zastosować się do kilku konkretnych reguł. Sam Bäckström – jak można się było spodziewać – zaproponował inne rozwiązanie, jeszcze bardziej praktyczne. A gdyby tak nakłonić Edvina, żeby co wieczór wysyłał rodzicom emotikon z uśmiechniętym słoneczkiem i w ten sposób zapewniał, że u niego wszystko w porządku, a całą sprawę wyjaśnić za tydzień, kiedy będą odbierali go z obozu…

– Nie ma co ich denerwować bez potrzeby – wyjaśnił Bäckström.

– Tak, oczywiście – zgodziła się Annika. – Świetny pomysł. To ty mu powiedz, żeby wysłał uśmieszek. I potem go przesłuchuj, żebym nie miała na karku Rzecznika Praw Dziecka.

– Coś ty taka wrażliwa. To tylko propozycja. Zrobisz, jak zechcesz. Ja się w to nie wtrącam.

– Świetnie, że się dogadaliśmy – skonstatowała Annika i zakończyła rozmowę.

To dziwne. W jaki sposób ten facet, po trzydziestu latach w policji, wciąż tu jeszcze siedzi? Po tym wszystkim, co tu wyrabiał i czego nie zrobił, a powinien był…

Potem zadzwoniła do taty Edvina.

Wprawdzie Edvin nosił typowo szwedzkie imię, ale jego tata nazywał się Slobodan, a mama Duszanka. Byli imigrantami z Chorwacji. Przyjechali do Szwecji na początku lat dziewięćdziesiątych – byli wtedy niewiele starsi niż obecnie ich syn – w samym środku wojny, razem z krewnymi, którzy jeszcze mieli na tyle siły, by uciec. Osiedlili się tu i od dawna są obywatelami szwedzkimi.

Zważywszy na to, co ojciec Edvina przeżył w swojej starej ojczyźnie, to że w samym środku pięknego szwedzkiego lata jego syn znalazł na wyspie na Mälaren ludzką czaszkę, nie powinno na nim robić wrażenia. Nawet jeśli czaszka miała dziurę po kuli.

Annika w skrócie opowiedziała ojcu Edvina, co się stało. Slobodan słuchał w milczeniu. Pochrząkiwał przytakująco od czasu do czasu, nie wiadomo jednak dlaczego.

– I to by było tyle – podsumowała Annika.

– Ale z synem wszystko w porządku? – zapytał Slobodan.

– Ależ oczywiście – zapewniła Annika. – Chyba mu się to nawet spodobało. Teraz jest u Bäckströma i je kanapkę.

– Proszę go uściskać od taty – poprosił Slobodan. – I proszę mu powiedzieć, że myślę o nim.

– Obiecuję – odparła Annika.

Poza tym tata Edvina miał tylko jedną prośbę. Żeby Annika i Bäckström rozmawiali tylko z nim, nie z jego żoną.

– Po co ma się niepotrzebnie denerwować. Wie pani, tak dla świętego spokoju – wyjaśnił.

Jeszcze jeden troskliwy mężulek, pomyślała Annika.

8.

Annika zabrała Edvina, jego mały skórzany plecak w kolorze brązowym i plastikową torbę, która zawierała czaszkę martwej kobiety, i pojechała do komisariatu w Solnej, żeby przesłuchać chłopca. Zgodnie z zasadami postępowania przy przesłuchaniach nieletnich i według wszelkich prawideł sztuki. Wprawdzie bez obecności rodziców, ale za zgodą taty Edvina. Jako świadka przesłuchania pod nieobecność rodziców Annika powołała pracownika socjalnego, który pełnił w tym czasie dyżur.

Aby bez potrzeby nie przerywał rozmowy z Edvinem, Annika umieściła pracownika socjalnego w pokoju obok, gdzie na monitorze mógł obserwować przebieg przesłuchania. Przesłuchanie miało zostać przeprowadzone w formie dialogu nagrywanego na kasetę wideo. Odbyć się miało w specjalnym pokoju, przeznaczonym wyłącznie do przesłuchań dzieci. Annika skrupulatnie posprzątała wszystkie pluszaki i zabawki dla maluchów, żeby nie zawstydzać Edvina. Chłopak skończył już dziesięć lat i Annika doskonale pamiętała, że nie jest to bez znaczenia, kiedy jest się w tym wieku.

Edvin opowiedział o swoim znalezisku, a potem skupił się na tym, co najwyraźniej było najbliższe jego sercu, czyli na spostrzeżeniach i opiniach dotyczących ludzkiej czaszki, których zasięgnął za pośrednictwem wyszukiwarki Google. Po wysłuchaniu ponadpięciominutowego wykładu Annika już nie mogła się dłużej powstrzymać. Co powiedział Bäckström, kiedy Edvin mu wszystko opowiedział? Kim była ofiara, kiedy jeszcze żyła?

Nie było w tym nic dziwnego, według Edvina. I on, i komisarz mieli na ten temat takie samo zdanie.

– Pan komisarz i ja najczęściej się zgadzamy – skonstatował Edvin.

– Pewnie chciałbyś w przyszłości zostać policjantem? – zapytała Annika.

– Tak, ale nie takim jak pan komisarz. Bardziej takim jak ci w CSI, które leci w telewizji – powiedział Edvin. – Bardzo mnie to interesuje.

– Brzmi nieźle – odparła Annika bez wgłębiania się w to, co by to konkretnie miało znaczyć.

Kiedy już omówili samo znalezisko, zabrali się do tego, o co Annika miała zapytać już na samym początku. A mianowicie gdzie dokładnie Edvin znalazł czaszkę i jak to się stało, że był sam na wysepce, na której dokonał swojego odkrycia. Dopiero teraz, przynajmniej przelotnie, Edvin zaczął przypominać zwykłego dziesięcioletniego chłopca.

„To okropne miejsce”. Na mapie nazwano ją Przeklętą Wyspą, chociaż w rzeczywistości to mała wysepka. Dużo mniejsza niż ta, na której Robinson Crusoe spotkał Piętaszka. Choć nie jest wcale skalista. Skaliste wysepki są z reguły bardzo małe. „Takie tyci, tyci”.

– Rozumiem – przytaknęła Annika. – Ale skąd ta nazwa? Przeklęta Wyspa. Wiesz może?

– Bo przynosi pecha. Tym, którzy się na niej znajdą – odparł Edvin ściszonym głosem. – Poza tym tam straszy. Przynajmniej kiedyś straszyło.

– Wierzysz w duchy? – zapytała Annika.

– Właściwie to nie wiem – zastanowił się Edvin i pokręcił przecząco głową. – Ale jeśli duchy istnieją, to większość z nich jest miła. Po prostu są nieszczęśliwe i dlatego tak krążą w kółko, mimo że są martwe.

– Też tak mi się wydaje – zgodziła się Annika. – Większość duchów jest miła. A ta wyspa, gdzie ona leży? Jeśliby się popłynęło łódką od obozu skautów?

– Pięć mil morskich na zachód od północno-zachodniej strony obozu – wyjaśnił Edvin i nagle zabrzmiał jak prawdziwy skaut.

– Musisz mi to pokazać na mapie – powiedziała Annika i się uśmiechnęła. – Nie jestem w tym dobra.

Według Edvina to wcale nie było trudne. Mila morska, czy też mila nautyczna, bo tak się właściwie nazywa, ma 1852 metry. A więc odległość od Przeklętej Wyspy do obozu to jakieś dziesięć kilometrów.

– Wyobraź sobie, że płyniesz łódką z prędkością pięciu węzłów na godzinę…

– To na miejscu jestem po pięciu minutach – odparła Annika.

– Niee – zaprotestował Edvin z nieskrywanym zdziwieniem. – To zajmuje godzinę.

– No tak, masz rację… Więc to musi być…

– A chcesz się nauczyć rozpoznawać kierunki? Zachód, północny zachód i tak dalej? – spytał Edvin, który wcale nie był pewien, czy Annika rozumie, o czym on w ogóle mówi.

– Jeśli o to chodzi, to trochę się orientuję. Wszyscy policjanci muszą umieć czytać kompas. Ale tylko na lądzie.

– Pan komisarz – stwierdził Edvin – na pewno jest w tym świetny.

– Dlaczego tak uważasz? – zapytała Annika.

– Jest mistrzem świata w strzelaniu – pochwalił go Edvin. – Kiedyś zastrzelił gościa w naszym domu, który próbował go zabić.

– Tak, wiem – odpowiedziała Annika, która wtedy była na miejscu zdarzenia już pół godziny później. – Tak, w kierunkach też się dobrze orientuje. Pewne miejsca potrafi znaleźć nawet bez kompasu, z zamkniętymi oczami.

– Naprawdę? – Edvin zdziwił się i aż wytrzeszczył oczy. – Ale ty to chyba jesteś typowym szczurem lądowym, prawda?

– No tak – przytaknęła Annika. – Typowym. Ale teraz ty opowiadaj. W jaki sposób znalazłeś się na Przeklętej Wyspie?

Edvin poczuł się dość niekomfortowo z tym pytaniem, jednak coś z siebie wydusił. Komendant obozu, Gustav Haqvin Furuhjelm, który zdaniem Edvina nie tylko „dziwacznie się nazywał”, ale też „był dziwaczny”, powołał Edvina jako majtka na swoją żaglówkę. Wyprodukowana w Stanach, marki Sparkman & Stevens, długa na trzydzieści siedem stóp.

– Zaprojektowana przez firmę Sparkman & Stevens – wyjaśnił Edvin. – To drogie żaglówki – dodał i przewrócił oczami. – Kosztują miliony.

Razem z kilkoma kolegami z obozu Edvin miał się nauczyć żeglować na łodzi większej niż łupiny, w których spędzali zazwyczaj dni, pływając po zatoczce, podczas gdy Furuhjelm i jego współpracownicy, stojąc na pomoście, wydawali im instrukcje przez megafon. Edvinowi pomysł się spodobał. Wypłynąć na długą wycieczkę większą łodzią. Innymi słowy – mała odmiana w codziennej obozowej monotonii.

Niestety, wycieczka skończyła się nieco gorzej. Łódź Furuhjelma, długa na całe trzydzieści siedem stóp, według Edvina zaczęła się zachowywać w dość nieoczekiwany sposób, mimo że w porównaniu ze zwykłą łajbą była jak parowiec transatlantycki. Zaczęła się kołysać, podskakiwać, aż Edvin dostał choroby morskiej.

Po tym jak dwa razy zwymiotował na pokład, został wysadzony na wysepce i dostał zadanie specjalne: nazbierać grzybów, jagód i czego się jeszcze da, żeby wzbogacić obozową dietę. W drodze powrotnej łódź miała go zabrać z powrotem.

– Mimo że tam straszy… – zauważyła Annika. – To nie było miłe z ich strony.

– Nie – zgodził się Edvin. – Ale Furuhjelm jest dość surowy.

– Możesz mi o tym opowiedzieć? – zapytała Annika.

W najgorszym razie złożę na niego doniesienie, pomyślała.

Powody wątpliwości Edvina co do komendanta obozu były trzy.

Po pierwsze, z tego co szeptali jego koledzy w łóżkach przed zaśnięciem, Furuhjelm miał mnóstwo pieniędzy, na co dowodem była jego żaglówka. Według jednego ze starszych kolegów Furuhjelm dostał te pieniądze od ojca, starego nazisty, który wzbogacił się podczas drugiej wojny światowej, kradnąc tysiące złotych zębów zamordowanym Żydom.

– A skąd on to wie, ten twój kolega? – dociekała Annika. – Muszę przyznać, że to brzmi dość dziwnie.

– Jego tata mówił – odparł Edvin z niezachwianą wiarą. – Pracuje w „Svenska Dagbladet”, więc myślę, że mówi prawdę. Mój tata twierdzi, że to jedyna gazeta godna zaufania. Inne gazety piszą same kłamstwa.

– A ja mimo wszystko myślę, że to nieprawda – wątpiła Annika. – Zastanów się, Edvin. Jaki ojciec wysłałby swoje dziecko na taki obóz? Z takim opiekunem? Czy coś jeszcze chcesz mi opowiedzieć? – dodała.

Jeszcze dwie rzeczy. Po drugie, Furuhjelm zachowywał się trochę dziwnie, a po trzecie, mówił też dziwne rzeczy.

– Czy możesz dać mi jakiś przykład? – zapytała Annika.

– Właściwie to on jest bardzo surowy – powiedział Edvin.

– Daj mi jakiś przykład – powtórzyła.

Po wieczornym pływaniu, na przykład, kiedy stali pod ciepłym prysznicem, żeby spłukać z siebie słoną wodę i żeby umyć się przed pójściem spać, Furuhjelm chodził między Edvinem a jego kolegami i smagał ich po tyłkach mokrym ręcznikiem. Żeby nie marnowali tyle ciepłej wody.

– Może dba o środowisko – zauważyła Annika.

Albo lubi smagać chłopców po tyłkach, pomyślała.

– Tak, może, tyle że on też mówi bardzo dziwne rzeczy – rzekł Edvin, choć niechętnie.

– Pewnie nie chcesz o tym mówić, bo to dla ciebie trudne – powiedziała Annika.

– Najchętniej nie – odparł Edvin.

– To zupełnie w porządku, Edvin – zapewniała Annika. – I tak już mi dużo powiedziałeś… Wygląda na to, że ten Furuhjelm nie jest taki znów fajny.

– No tak…

– Co powiesz na to, żeby dzisiaj u mnie przenocować, a jutro ty, ja i jeszcze inni policjanci pojedziemy na tę wyspę i pokażesz nam, gdzie znalazłeś czaszkę?

– Super – ucieszył się Edvin. – Mega super.

– Świetnie – odpowiedziała Annika. – Ale mam jeszcze do ciebie jedno pytanie. Jeślibyśmy chcieli popłynąć na tę Przeklętą Wyspę z obozu, to ile czasu zajęłaby nam droga?

– Dziesięć minut – odparł Edvin. – Najwyżej.

– W takim razie jutro nam pokażesz – powiedziała Annika. – Weźmiemy policyjną łódź i razem z innymi policjantami tam popłyniemy.

– Na pewno? – zapytał Edvin i zrobił wielkie oczy.

– Na pewno. Zabierzemy też psa policyjnego. A może nawet dwa. Zobaczymy.

– Jeden pies wystarczy – zgodził się Edvin i pokiwał głową. – Wie pani, że nasz nos i nasz węch jest wielkości znaczka pocztowego? A niech pani zgadnie, jak duży jest zmysł węchu u psa?

– Nie wiem – odpowiedziała Annika i pokręciła głową. – Jak duży?

– Jak boisko do piłki nożnej – oznajmił Edvin. – Mimo że nos człowieka może być większy niż nos psa.

– To fantastyczne – stwierdziła Annika.

– Tak – zgodził się Edvin. – Aż trudno uwierzyć.

9.

Po zakończonym przesłuchaniu Annika i Edvin poszli do laboratorium, by zostawić czaszkę młodszemu aspirantowi Jorge Hernandezowi, który tego wieczoru miał dyżur. Pochodził z Chile i wśród kolegów nazywany był Chico. Zresztą bez najmniejszej złośliwości, mimo że po hiszpańsku to taki jakby „smarkacz”.

– Kula jest w środku – powiedziała Annika. – Jeśli ją wydłubiesz i dasz mi na razie chociaż pobieżną ekspertyzę, będę uszczęśliwiona. A to jest właśnie Edvin. To on znalazł czaszkę, kiedy zbierał grzyby.

– Nemas problemas – odpowiedział aspirant. – To nie po hiszpańsku, tylko po serbsku, jeśli jesteś ciekawa. Tak czy owak, nie ma problemu. Będziesz to miała w swoim komputerze w ciągu godziny. Dzisiaj przez cały wieczór spokój. Żadnych umarlaków ani postrzelonych. Nawet łuski po kuli do zbadania. Nic. – Chico skinął głową na Edvina, poklepał go po ramieniu i podziękował za pomoc.

– Dzięki – odpowiedział Edvin i spuścił wzrok onieśmielony.

– Czy to przypadkiem nie ty jesteś sąsiadem Bäckströma? – zapytał Hernandez.

– Tak – odrzekł Edvin. – Komisarz i ja mieszkamy po sąsiedzku.

– Dużo o tobie opowiadał. Mówił, że fajny z ciebie gość. Jak będziesz szukał miejsca na praktyki, daj znać – powiedział Hernandez i uśmiechnął się do Edvina. – Załatwimy ci coś bez trudu.

Annika skinęła głową. Podziękowała, zabrała Edvina i wróciła do swojego biura. Podczas gdy Edvin na wpół leżał w fotelu przeznaczonym dla gości i bawił się swoim iPhone’em, Annika zabrała się do załatwiania przez telefon spraw związanych z nowym śledztwem, które wspólnie z Bäckströmem mieli rozpocząć następnego dnia rano.

Najpierw sporządziła doniesienie o „możliwym popełnieniu przestępstwa”. Następnie do szefa wydziału kryminalnego komendy w Solnej, komisarza Toivonena, wysłała mailem prośbę o więcej personelu. To będzie trudne śledztwo: niezidentyfikowana ofiara, a identyfikacja często wymaga dużych nakładów. Dlatego w trybie pilnym będą potrzebować posiłków.

Potem zadzwoniła do Petera Niemiego, szefa pionu technicznego komisariatu w Solnej, i wyjaśniła, o co chodzi.

– Zajmę się tym – przerwał jej Niemi, zanim zdążyła dokończyć. – Potrzebuję się trochę ruszyć po urlopie, pooddychać świeżym powietrzem. Pozbyć się komarów, których pełno u nas w Tornedalen.

– Dziękuję – odpowiedziała Annika. – Jesteś prawdziwą opoką.

Na końcu zadzwoniła do policji wodnej, która miała zorganizować transport na Przeklętą Wyspę. Z tym też nie było problemu. Jedna z ich łodzi stała zakotwiczona w Mariefred po tym, jak koledzy z Sörmlandii poprosili o pomoc w poszukiwaniu topielca pod Strängnäs. Annika dostała numer telefonu do kapitana łodzi.

– Najprościej będzie, jak sama z nim uzgodnisz wszystkie szczegóły. Dam ci jego komórkę.

– Szczerze mówiąc, jesteśmy już na miejscu – powiedział kapitan. – Co ty na to, żebyśmy zabrali was spod obozu od strony Ekerö? Powiedz tylko o której godzinie.

– Może jutro o dziewiątej rano? – zapytała Annika, mając na względzie Edvina i jego zapotrzebowanie na sen.

– Będzie można dłużej pospać – odpowiedział kapitan. – Nie mam nic przeciwko temu.

Dziewiąta rano to środek nocy dla Everta Bäckströma, pomyślała Annika, kończąc pracę.

Nareszcie koniec, pomyślała, spojrzała na Edvina i się uśmiechnęła.

Chłopak wydawał się zaskakująco ożywiony, mimo że dochodziło wpół do dziesiątej, a on od wczesnego ranka był na nogach.

– W porządku, Edvin? – zapytała. – To co, pojedziemy do mnie i wyśpimy się porządnie na jutro rano?

– W porządku – zgodził się Edvin. – Ale jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałem zapytać.

– Szczoteczka do zębów, piżama – zgadywała Annika. – O to się nie martw. Coś załatwię.

– Nie, nie o to chodzi – sprostował Edvin i pokręcił głową. – Piżamę i szczoteczkę wziąłem z obozu. Mam w plecaku.

– Więc co to takiego? – zapytała Annika. Edvin to bezsprzecznie przezorny młody człowiek.

– Ciekawy jestem, czy możemy po drodze kupić hamburgera. Jestem trochę głodny.

– Oczywiście – powiedziała Annika z uśmiechem. – Ja stawiam. Jedziemy do McDonalda czy do Maxa?

– Do Maxa – zawyrokował Edvin. – Mają tam najlepsze hamburgery na świecie. Wie pani dlaczego?

– Nie, powiesz mi?

– Dzięki tajemnej recepturze – powiedział Edvin ściszonym głosem. – To wielka tajemnica, ale jeśli pani chce, to powiem, pod warunkiem że nikomu jej pani nie zdradzi. Tata mi powiedział.

– Obiecuję – rzekła Annika.

– Właściciel Maxa jest Lapończykiem czy raczej Saamem, jak to się poprawnie mówi – poinformował Edvin.

– Lapończykiem? A raczej Saamem?

– Teraz nie mówi się Lapończyk – wyjaśnił Edvin.

– Tak, wiem – odpowiedziała Annika. – Więc co z tym Saamem, właścicielem Maxa?

– Hoduje mnóstwo reniferów. Ogromną liczbę. Więc kiedy miele mięso na hamburgery, zawsze dodaje trochę mięsa reniferów. I dlatego jego hamburgery są takie dobre. Ale to wielka tajemnica.

– Obiecuję, że nie pisnę ani słowa – powiedziała Annika.

Tata Edvina raczej nie przeczytał tego w „Svenska Dagbladet”, pomyślała.

Edvin pochłonął swojego hamburgera zaraz po wejściu do samochodu, a ostatnią czynnością, jaką wykonał, było dokładne zlizanie majonezu z palców. Annika w tym czasie parkowała samochód pod domem.

Ciekawe gdzie on to wszystko mieści, pomyślała. Kanapka, którą zjadł u Bäckströma, też była niczego sobie. Prawie ten sam rodzaj i rozmiar jak te, które zabiły Elvisa Presleya. No i teraz, kilka godzin później, ogromny hamburger… A on wciąż chudy jak nitka, mimo że pożarł całą kozę. Czy raczej renifera.

Podczas gdy Annika ścieliła sofę w dużym pokoju, Edvin zniknął w łazience. Z dochodzących odgłosów można było wywnioskować, że bierze prysznic i myje zęby. Pięć minut później był gotowy. Ubrany w piżamę, na którą ktoś, prawdopodobnie mama, naszył godło obozu skautów. Za stary na misia, pomyślała Annika, która była już ciotką i nie narzekała na brak propozycji zajmowania się siostrzeńcami i bratankami.

Edvin podziękował za koc, który mu zaproponowała. Samo prześcieradło wystarczy. Wyłączył swój telefon i położył na stoliku przy sofie.

– Ja śpię tam. – Annika pokazała na otwarte drzwi sypialni. – Jeśli będziesz czegoś potrzebował, wołaj.

Znalazł czaszkę zastrzelonej osoby, a przecież ma dopiero dziesięć lat, pomyślała.

– Okej – odparł Edvin, zamrugał oczami i przekręcił głowę na poduszce.

– Obiecuję, że nie będę chrapać – rzekła Annika, uśmiechnęła się i pochyliła nad łóżkiem Edvina.

Bez odpowiedzi. Już spał. Zasnął szybko, jakby zdmuchnąć świecę. Zamyśliła się.

Tej nocy to ona miała problem z zaśnięciem. Prawie nigdy jej się to nie zdarzało, niezależnie od tego, co robiła w ciągu dnia. Najpierw trochę drzemała, krążąc między jawą a snem. Po godzinie wstała i cicho weszła do pokoju gościnnego. Panowała ogłuszająca cisza. Edvin spał. Nieruchomo, na boku, prześcieradło do połowy ściągnięte, poduszka pod brzuchem. Nawet nie było widać, czy oddycha.

Do diabła, pomyślała, patrząc na Edvina. Weź się w garść. Żadnych dzieci. Remember.

Potem wróciła do łóżka. W końcu zasnęła i obudziła się dopiero sześć godzin później. Edvin jeszcze spał. Spocony na czole, prześcieradło na podłodze, poduszka wciąż pod brzuchem. Najwyższy czas zrobić jakieś porządne śniadanie, pomyślała.

10.

Podczas gdy Annika zajmowała się sprawami natury zawodowej, Bäckström szedł spacerem do swojej ukochanej knajpy, aby spożyć jakąś prostą kolację. Knajpa – od dawna część jego codziennej rutyny – leżała w dogodnej odległości od domu, ale czy trafiłby tam z zamkniętymi oczami, nie był pewien.

Bez szaleństw, to przecież normalny dzień w środku tygodnia. Na początek jedynie kanapka z kawiorem i sałatką z krewetek, następnie dobrze zamarynowany kotlet wieprzowy z grilla, z grubym płatem tłuszczu, do tego, zamiast warzyw, młode ziemniaki z wody obficie polane masłem czosnkowym. Do picia, jak zwykle, czeski pilzner i rosyjska wódka. Skromna wieczerza pod koniec kolejnego dnia w życiu komisarza kryminalnego.

Podczas posiłku Bäckström oddawał się wzniosłym rozmyślaniom o dzieciństwie, najprawdopodobniej przywołanym przez spotkanie z Edvinem. Nawet on mógł się pochwalić przeszłością w ruchu skautowskim. Zadbał o to jego tata, alkoholizowany starszy posterunkowy. To było ważne ogniwo w wychowaniu doskonalącym charakter młodego Everta, jedyna droga do kształtowania cnót i obowiązków, które według taty, powinny być nieodzowne w życiu każdego młodego szwedzkiego obywatela.

Bäckström – wtedy niewiele starszy niż Edvin teraz – nie miał wyboru. Gdyby miał, najchętniej zostałby w domu na Söder. I chuliganił, kradł w pobliskim sklepiku należącym do prawie zupełnie ślepego właściciela, palił po kryjomu i jeździł motorynką, mimo że był wtedy na to za mały.

Wakacje to był czas, kiedy nie musiał chodzić na wagary ani w ogóle myśleć o szkole, zazwyczaj. Jednak nie tego lata, kiedy tata zmusił go do zapisania się do skautów i już tydzień po zakończeniu roku szkolnego zadbał o to, żeby mały Evert pojechał na obóz do Tyresö. Dziura zabita dechami, przynajmniej w tamtych czasach.

Jeszcze przed wyjazdem, ubrany w niebieski mundur, musiał złożyć przysięgę skauta. I przysiąc wierność wobec Boga, Króla i Ojczyzny. Że będzie nieść pomoc bliźnim i niewolniczo podporządkuje się regulaminowi skautowskiemu. Ojciec małego Everta odpowiadał za dostarczenie syna na miejsce i oddanie w ręce komendanta obozu. I jeśli Evert Bäckström byłby innym człowiekiem, niż był, mogłoby się to dla niego naprawdę źle skończyć. Na szczęście zrobił wszystko, żeby już po tygodniu zostać relegowany z obozu, co było rekordem nawet w drużynie z Tyresö, której wysokie morale, jeszcze przed przybyciem Bäckströma, było co najmniej dyskusyjne.

Kiedy Bäckström został dostarczony na obóz, miał z sobą sporą ilość kontrabandy, między innymi procę, okarynę, finkę, najnowszy model pułapki na szczury, tabakę i papierosy, a nawet pokaźny plik gazetek pornograficznych, które zwędził ze sklepiku ślepego właściciela. Krótko mówiąc, miał wszystko, co trzeba, żeby oswoić nowe otoczenie, a oprócz tego trochę zarobić, skoro i tak musiał tam siedzieć.

Już pierwszego dnia pobytu otworzył klub czytelnika. Za niewielką opłatą koledzy mogli posmakować owoców literatury, które Bäckström przywiózł, i na przekór wszelkim obietnicom służenia jedynie Bogu, Królowi i Ojczyźnie spotkał się z takim popytem, że przekraczało to jego najdziksze ekonomiczne oczekiwania.

Jeden z kolegów, kilka lat starszy, w ciągu zaledwie paru dni wydał wszystkie pieniądze, które dostał od rodziców. Miały wystarczyć na całe wakacje, ale skończyły się już po trzech dniach intensywnej przynależności do klubu czytelnika. Zupełnie spłukany, nie mógł liczyć na żadną pomoc.

Nie ma gotówki, nie ma czytania, powiedział Bäckström i pokręcił swoją okrągłą głową, na które to słowa jego najwierniejszy klient się załamał. Poszedł do komendanta obozu, doniósł na Bäckströma i płacząc, zwierzył się, jak to Bäckström wykorzystał jego uzależnienie.

Komendant, który miał już go na oku, nie tracił czasu. Bäckström został usunięty z drużyny z powodu demoralizacji i wykroczenia przeciw regulaminowi skauta, i już w weekend ojciec musiał zabrać swojego pierworodnego do domu na Söder. Gazetki zarekwirował, prawdopodobnie wylądowały w kawiarence na komendzie policji w Marii, procę i inne rzeczy Evert mógł zatrzymać, jeśli obieca, że zajmie się kotem sąsiadów, który przeszkadza ojcu w nocnym wypoczynku.

Zakaz czytania gazetek to z pewnością właściwy krok zapobiegawczy dla przyszłego seksoholika, pomyślał Evert Bäckström pięćdziesiąt lat później, westchnął z samozadowoleniem i opróżnił kieliszek. Wspomnienia, dobre, stare wspomnienia, pomyślał, ale najwyższy czas zamówić kawę i mały koniaczek przed wizytą w bardziej centralnych częściach Królewskiej Stolicy.

Kiedy miał płacić rachunek, dostał od Anniki Carlsson wiadomość, która tak bardzo zakłóciła jego błogi spokój, że przed wyjściem zmuszony był zamówić jeszcze jeden mały koniak.

Zbiórka o ósmej rano… Przecież to środek nocy. Jeśli ma zdążyć ze śniadaniem, higieną osobistą i ubraniem się, będzie musiał wyskoczyć z łóżka już przed szóstą. Zapomnij, pomyślał i pokręcił głową. Dopił resztkę koniaku, zapłacił rachunek, zamówił taksówkę i pojechał do barów przy Stureplan.

11.

Potem wszystko potoczyło się tak jak zwykle dla komisarza Bäckströma.

Najpierw, przed portem docelowym tego wieczoru, zahaczył o Sturehof. Lokal był wypełniony najwyżej do połowy. Głównie buraki w średnim wieku, które przyjechały do Sztokholmu na wakacje. Po drodze zatrzymali się pewnie w jakimś centrum handlowym, żeby się obkupić przed wizytą w stolicy. Długo tu nie zabawię, pomyślał. Zamówił piwo, za które zapłacił od ręki, i wyszedł, zanim jeszcze je wypił.

Tragedia, pomyślał, kiedy już był na ulicy. Czy to taki problem włożyć dobrze skrojony lniany garnitur czy ręcznie robione włoskie buty i najzwyklejszy rolex?

Pięć minut później – mniej więcej wtedy, kiedy Annika Carlsson szykowała Edvinowi spanie i wreszcie sama mogła się położyć w swoim łóżku w Råsundzie – Bäckström zajął miejsce w Jaskini Rozwodników, w Richiem, i wreszcie wszystko było po staremu.

Tam pozwalał, by damska publika adorowała go i zapraszała na orzeźwiające drinki.

Bäckströmowe Supersalami – oto odpowiedź na wszystkie najskrytsze marzenia kobiet. To sprawdzona marka. Volvo może się schować. No bo kto chciałby kotłować się na tylnym siedzeniu tego chińskiego samochodu, kiedy wygodnie leżąc we wspaniałym Bäckströmowym łożu, może za pomocą jego Supersalami znaleźć się w siódmym niebie?

Niewiele z tych tutaj, pomyślał Bäckström, otoczony tłumem żądnych przygód kandydatek, które mężów i dzieci wysłały na wieś, by móc znaleźć się w siódmym niebie, tam gdzie jeszcze nie były.

À propos znaku firmowego, pomyślał Bäckström. Taka Ikea, na przykład, też się może schować, mimo że zarobiła górę pieniędzy na regałach, które trzeba samemu składać. Zresztą, chyba tylko idioci czytają książki. Człowiek z krwi i kości, jak on sam, żyje siłą własnych doświadczeń. A jeśli nie podoba mu się to, co przeżył, wystarczy po prostu zapomnieć.

Dobrego życia nie nauczymy się z książek, które stoją na regale Billy z Ikei. Z poradników, jak schudnąć, jak pomóc sobie samemu, jak założyć własną firmę, jak kupić psa i jak stać się w pełni człowiekiem, czy kryminałów i innego badziewia. Takie półki kupuje tylko spłukany idiota, którego nie stać na porządne angielskie regały z drewna cedrowego czy palisandru.

Bäckström, wręcz przeciwnie, ma u siebie w gabinecie plastikowy angielski regał, na którym trzyma szybko powiększającą się kolekcję miniaturowych buteleczek z wódką z całego świata. Książki to przereklamowany towar dla życiowych nieudaczników. Bäckström sam przestał czytać, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jego ulubionego pisarza, jedynego godnego przepustki na parnas szwedzkiej literatury, dopadł najwyraźniej kryzys życiowy i zaczął pisać książki dla gejów.

Co się stało temu Hamiltonowi? – zastanawiał się. Walka o wyższą sprawiedliwość, nie wspominając już o bezpieczeństwie kraju, wymaga wielu wyrzeczeń, a już ganianie z kodeksem prawa pod pachą, kiedy toczy się taką walkę, to przecież czyste samobójstwo. Bäckström zna to z własnego doświadczenia.

To prawda, że jego były kolega Hamilton2 przypadkiem pozbawił życia swoją przyjaciółkę, co najwyraźniej stanowi skutek doznania uszczerbku na zdrowiu w czasie służby, ale to się zdarza nawet najlepszym, a sam Bäckström w swoim codziennym życiu doświadczył gorszych rzeczy.

Tyle że to już głębsze przemyślenia, które lepiej zostawić osobnikom usposobionym filozoficznie, pomyślał Bäckström i pokiwał głową, sącząc wódkę z tonikiem i słuchając jednym uchem błagalnych szeptów otaczających go młodych kandydatek.

Bäckström opuścił Richie tuż przed zamknięciem, i to w zupełnie dobrym stanie. Wprawdzie wieczór był jeszcze młody, ale za kilka godzin zacznie się nowy dzień pracy, pełen wyzwań i niespodzianek. Bäckström to mężczyzna dbający o swoją reputację, niemniej jednak postanowił wypróbować coś nowego. Mianowicie niedużą prawniczkę o żywym spojrzeniu i z uroczą przerwą między przednimi zębami, pracownicę urzędu podatkowego. A jeśli zdarzyłoby się, że nie dałaby rady szaleńczemu galopowi jego Supersalami, zawsze może ją wykorzystać w innym kontekście. Na przykład poprosić o poradę, w jaki sposób uniknąć działalności konfiskacyjnej, której oddaje się jego pracodawca.

Godzinę później, po zaliczeniu tego towaru, Bäckström postawił jej taksówkę do domu na przedmieściu. W dziesięciostopniowej skali to była mocna szóstka, jednak nie na tyle, żeby ją odwozić. Być może w przyszłości, jeśli nadarzy się okazja, możliwa byłaby ponowna wizyta u właściciela tego superłoża, ale wtedy z własnym transportem. Mały całus w policzek, tylko w policzek, żeby w tej małej główce nie robiła sobie żadnych nadziei, potem szybkie cześć, cześć, bo Bäckström miał na głowie nowe śledztwo, które na niego czekało.

Obowiązek wzywa, pomyślał, i kiedy tylko zamknął za nią drzwi, wrócił do łóżka i natychmiast zasnął.

12.

Obudził się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Annika Carlsson przysłała mu drugi esemes. Tym razem za kwadrans ósma, w środę rano. „I co, jedziesz z nami? Wyruszamy za piętnaście minut”.

Bäckström westchnął, pokręcił głową i wysłał jej krótką odpowiedź. „Własny transport. Widzimy się na miejscu”. Powinna to zrozumieć nawet ona, i nie zaszkodziłoby trochę staroświeckiej uprzejmości, pomyślał. W końcu to on jest szefem. Następnie wykonał telefon do jednego ze swoich starych kontaktów, obiecał wynagrodzenie, takie jak zwykle, i umówił się na spotkanie za mniej więcej godzinę.

Spożył solidne śniadanie, przygotował sobie wałówkę i inne niezbędne na tę okoliczność wyposażenie, po czym udał się do łazienki w celu zadbania o higienę osobistą. Potem spakował kanapki, kalosze i odzież na zmianę, tak na wszelki wypadek. I olejek przeciw komarom, oczywiście. To absolutna konieczność, kiedy przebywa się poza miastem. No i dodatkowe kanapki, i oranżadę dla małego Edvina. Jeśli Anka zapomni swojego prowiantu, to najwyżej tylko ona padnie z głodu. Poza tym jeszcze parę innych rzeczy, które Bäckström zawsze zabierał, gdy opuszczał mieszkanie: mały czarny notes, w którym robił notatki, metalowy rolex, którego używał na służbie i w terenie, pieniądze, karty, dwie komórki, pastylki do ssania i małą piersiówkę, którą przechowywał w specjalnej kieszeni marynarki. I w końcu swojego wiernego przyjaciela siggego w towarzystwie zapasowego magazynku.

Kiedy wyszedł na ulicę, taksówka już czekała. Usiadł na tylnym siedzeniu. Zawsze tak robił, żeby nie prowokować kierowcy do wyznań i gadania bez sensu.

– To zaszczyt wieźć pana komisarza – powiedział kierowca, który widocznie nie zrozumiał przekazu. – Dokąd pan komisarz sobie życzy?

– Do Karolinskiej – odpowiedział Bäckström.

– Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało, panie komisarzu?

Skurczybyk, nawet się obejrzał, żeby zobaczyć.

– Teraz absolutna cisza – oznajmił Bäckström.

Idioci, pomyślał. Skąd się biorą tacy pomyleńcy i dlaczego wszędzie ich pełno?

Annika miała ręce pełne roboty i mimo że wydawało jej się, że wszystko zaplanowała w najmniejszym szczególe, to z komisariatu w Solnej wyjechali trzema samochodami z Edvinem i tuzinem współpracowników pół godziny po umówionej godzinie. Ona była wściekła, za to Edvin zadowolony i pełen wyczekiwania. Aż mu oczy błyszczały. Jedyne, co go martwiło, to „gdzie się podział pan komisarz”.

– Dojedzie sam – wyjaśniła Annika. – Niedługo się z nim spotkasz.

– Super, bo już się nie mogę doczekać.

Kto cię dzisiaj nakarmił i dał ci czyste ubranie, pomyślała Annika, która poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Jak to możliwe, że jeszcze nikt nie ukatrupił tego grubasa? – dodała w myślach.

Korki po drodze zajęły im następne pół godziny i kiedy w końcu dotarli, mieli już godzinę opóźnienia. W obozie było pusto. Komendant i jego podopieczni pojechali na wycieczkę autokarową na wyspę Helgö do dawnej wioski wikingów. Na miejscu zostało tylko dwóch nastolatków, żeby pilnować obozu i naprawić żaglówkę, w której podczas wczorajszego żeglowania popsuł się ster.

Chociaż pękali z ciekawości, żaden o nic nie zapytał, mimo że Edvin był ich kolegą, i to najmłodszym na obozie. Edvin był bardzo oficjalny. Zanim odmaszerował w kierunku łodzi policyjnej, kciukiem i małym palcem prawej ręki zrobił znak skautowski.

Po odczepieniu łodzi od pomostu Annika przeprosiła kapitana.

Drobnostka, jeśli nic ważnego się nie wydarzy, łódź wraz z załogą będzie do jej dyspozycji, poza tym transport do domu też będzie miała zapewniony, więc nie musi się martwić.

– Jak rozumiem, chodzi o to znalezisko? – zapytał ściszonym głosem kapitan i z jakiegoś powodu zerknął na Edvina.

– To czaszka – potwierdziła Annika. – I to nie żadne historyczne wykopalisko.

Tyle przecież mogę mu powiedzieć, pomyślała.

– Czaszka, którą znalazł ten chłopak, kiedy zbierał grzyby?

– Zgadza się. I zupełnie dobrze sobie radzi. Uważa, że to świetna przygoda.

– I to akurat tam, na Przeklętej Wyspie… – Kapitan pokiwał głową. – Wiesz, dlaczego tak się nazywa?

– Edvin opowiadał, że tam straszy – wyjaśniła Annika z uśmiechem.

– To jeszcze nie wszystko.

– No to mów – poprosiła Annika.

Pod koniec dziewiętnastego wieku, latem, kiedy wyspa na dobre się zazieleniła, okoliczni chłopi wypasali tu na łąkach swoje bydło. Krowy, owce, kozy, czasami konie, żeby odpoczęły po odpięciu od pługa. To mała wyspa, a raczej wysepka, jakieś sto hektarów, ale wystarczająca dla kilkudziesięciu krów i trochę większej liczby owiec i kóz. Do tego piękny krajobraz gratis. Zanim wyspa dostała swoją nazwę, przez kilka stuleci mówiono o niej po prostu „pastwisko”. Dopiero jakieś sto lat temu zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy. I wtedy została nazwana Przeklętą Wyspą.

– Pod koniec dziewiętnastego wieku, o ile się nie mylę w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym roku, piorun uderzył w zagrodę i dwie dziewki, które pomagały przy zwierzętach, spłonęły. Rok później wszystkie krowy i cielaki zachorowały na jakąś tajemniczą chorobę jelit. Padały jak muchy, jedna po drugiej. Legenda głosi, że zjadły coś trującego. Ale to jeszcze nie koniec…

– Co było potem? – zapytała Annika.

– Zwierzęta, które przeżyły, zostały załadowane na prom bydlęcy i wywiezione z wyspy.

– Prom bydlęcy… – przerwała Annika. – Co to takiego? Pamiętaj, że rozmawiasz z typowym szczurem lądowym.

– Okej – powiedział kapitan i życzliwie pokiwał głową. – Takiego promu nigdzie już dzisiaj nie znajdziesz. Najprościej mówiąc, była to głęboka drewniana łódź z płaskim dnem. Wprawdzie miała wysoki kadłub, ale nie można powiedzieć, że była bezpieczna.

– Wiem, co to jest kadłub – wtrąciła Annika.

– To świetnie. Była na tyle duża, że mogła pomieścić kilkadziesiąt krów i cielaków. W każdym razie, kiedy już była na środku jeziora, nadszedł sztorm. I wszyscy utonęli. Gospodarz, parobek, krowy i cielaki. Legenda głosi, że woda wyrzucała ich wzdłuż brzegu, na odcinku kilku kilometrów w kierunku Ekerö. Wtedy ludzie zrozumieli, że nie są tu mile widziani. Wyspą zawładnęły jakieś złe moce i dlatego zaczęto ją nazywać Przeklętą Wyspą. Tak głosi legenda. Ja osobiście uważam, że coś w tym musi być – zakończył kapitan, uśmiechając się półgębkiem.

– Dzisiaj mamy kamizelki ratunkowe – powiedziała Annika.

– Ale wtedy jeszcze ich nie było. Kiedyś ludzie nie umieli pływać, mimo że przez całe życie mieszkali nad jeziorem. Pływanie to wynalazek bogaczy spędzających lato w swoich domkach letniskowych. A jak zapewne wiesz, z Mälaren nie ma żartów.

– Jak ta Przeklęta Wyspa teraz wygląda?

– To nieprzyjazne miejsce, nie ma plaży ani kąpieliska, które by przyciągnęły ludzi. Po prostu dżungla. Można ją stąd zobaczyć – odrzekł kapitan i pokazał ręką na wysepkę, jakiś kilometr od nich.

Krzaki i zarośla, wchodzące aż do wody, w wyższych partiach wystające z ziemi pojedyncze sosny i świerki. Same chaszcze, jak okiem sięgnąć.

Dlaczego dorosły mężczyzna zostawił w takim miejscu dziesięcioletniego chłopca, pomyślała Annika. Bo zdarzyło mu się obrzygać jego piękną żaglówkę…

– Musi pan opłynąć cypelek, żeby dobić do brzegu – powiedział Edvin, który nagle pojawił się jakby znikąd.

– Aj, aj, sir – odpowiedział kapitan i uśmiechnął się do Edvina.

– Drogę do miejsca, gdzie znalazłem czaszkę, zaznaczyłem patykami – rzekł Edvin.

– Rozumny z ciebie gość – stwierdził kapitan.

– Zawsze gotowy – podkreślił Edvin i prawą ręką zrobił znak skauta, przykładając kciuk do małego palca.

Po opłynięciu cypelka dobili do brzegu i zacumowali.

A on już tam był.

13.

Bäckström miał problem z wodą, we wszystkich jej formach, więc jak ognia unikał łódki. Pływać nauczył się dopiero jako dorosły, i to tylko dlatego, że musiał, by dostać się do szkoły policyjnej. Bolesne doświadczenie, które starał się wyrzucić z pamięci i nigdy o nim nie wspominać. Taksówka dowiozła go na lądowisko przy szpitalu Karolinska, a helikopter już czekał. Po chwili unosili się w obłokach. Kiedy Bäckström spojrzał w dół i zobaczył serpentyny wijące się wokół Ekerö, był szczęśliwy. Dziwne, że takim jak Anka w ogóle udaje się zwlec z łóżka tak rano, pomyślał. Dwadzieścia minut później wylądował na Przeklętej Wyspie, podziękował swojemu kontaktowi z dywizji lotniczej i obiecał natychmiast przesłać mu zapłatę w formie szkockiej twardej waluty.

Po wylądowaniu rozłożył składane krzesło w nieco zacienionym miejscu, żeby nie smażyć się na słońcu, a jednocześnie czuć lekką bryzę wiejącą od jeziora. Następnie, zanim jeszcze zrobił pierwsze notatki w swoim czarnym notesie, otworzył zimny tonik, który wzmocnił odpowiednio wyważoną dozą z piersiówki.

„Środa, 20 lipca, godzina 09:45. Podejrzenie morderstwa. Przybycie na Przeklętą Wyspę na Mälaren”. Potem rozłożył „Dagens Industri”, żeby w spokoju prześledzić swoje inwestycje giełdowe.

Szczególnie nowe zakłady bukmacherskie, których akcje nabył z pomocą przyjaciela GeGurry, a które wystrzeliły w górę jak rakieta. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że ich działalność oparta jest na podobnych pryncypiach jak jego własny klub czytelnika, który założył podczas tamtych wakacji pięćdziesiąt lat temu, na zesłaniu, na obozie skautów w Tyresö. A nie ma bardziej oddanych klientów niż nałogowcy. I żeby to wiedzieć, nie potrzeba być Kolumbijczykiem, pomyślał Bäckström.

Tam, gdzie normalni ludzie mają głowy, nałogowcy muszą mieć chyba czarną dziurę, zastanawiał się Evert Bäckström i jednocześnie ze współczuciem pokiwał własną. Mają gdzieś, że ich żony i dzieci umierają z głodu, po prostu przepuszczają cały dobytek, a nawet ubrania i zabawki własnych dzieci.

Wszyscy zobaczyli Bäckströma mniej więcej w tej samej chwili. I wszyscy, z jednym wyjątkiem, ucieszyli się na ten widok jak dzieci. Najbardziej zadowolony był Edvin, który nareszcie zachował się jak prawdziwe dziecko.

– Pan komisarz! – zawołał i pokazał na Bäckströma, dosłownie promieniejąc z zachwytu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Anka (szw.) – kaczka, ale również imię żeńskie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Mowa o Carlu Hamiltonie, bohaterze powieści szwedzkiego pisarza Jana Guillou. [wróć]