Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Czy mnie pokochasz? - Cathy Glass

Lucy urodziła samotna matka, która przez większą część swojego dzieciństwa była ofiarą przemocy. Od samego początku nie radziła sobie macierzyństwem, a jej córeczka w pierwszych latach życia była stale pozbawiona należytej opieki. Sąsiedzi i nauczyciele wielokrotnie zwracali na to uwagę, a mimo to Lucy trafiła pod stałą opiekę rodziny zastępczej dopiero jako ośmiolatka. Była zamknięta w sobie, stale odmawiała jedzenia, a jej zaległości w nauce sięgały trzech lat.

Gdy w wieku lat jedenastu zamieszkała ze mną, sądzono, że urazy psychiczne, których doznała, są nieodwracalne. Jednak w głębi serca była po prostu dzieckiem, które rozpaczliwie poszukiwało kogoś, kto je pokocha.

Opinie o ebooku Czy mnie pokochasz? - Cathy Glass

Fragment ebooka Czy mnie pokochasz? - Cathy Glass

Tytuł oryginału: Will You Love Me?

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Sławomira Gibka

Zdjęcie na okładce: © Don Smith/Alamy/Be&W

© Cathy Glass 2013

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title: Will You Love Me?

© for the Polish translation by Katarzyna Mojkowska

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-287-0124-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

Za każdym razem, gdy słyszę, jak kwili nowo narodzone dziecko,

Wtedy wiem, dlaczego

Wierzę…

Wierzę, Ervin Drake

Prolog

Usłyszałam, jak Pat stuka do drzwi pokoju Lucy. Gdy je otwierała, rozległy się delikatne skrzypnięcia, a potem słowa:

– Dzwoni twoja nowa opiekunka, Cathy. Możesz z nią porozmawiać?

Zapadła cisza, po czym usłyszałam, jak drzwi się zamykają. Kilka chwil później w słuchawce ponownie zabrzmiał głos Pat.

– Mówiłam jej, że pani czeka przy telefonie, ale nadal nie chce nawet na mnie spojrzeć. Siedzi wciąż na łóżku i gapi się przed siebie.

Mój niepokój o Lucy narastał.

– Co mam teraz zrobić? – nerwowo wypytywała Pat. – Czy poprosić męża, żeby z nią porozmawiał?

– A Lucy ma z nim lepszy kontakt? – zapytałam.

– Nie, nie bardzo – przyznała Pat. – Z nim też nie chce rozmawiać. Pewnie będziemy musieli przetrzymać ją u nas do poniedziałku, aż wróci do pracy jej opiekunka społeczna.

– Tyle że w takim wypadku Lucy ma przed sobą cały weekend na rozpamiętywanie – powiedziałam. – To pogorszy sprawę. Spróbujmy jeszcze raz z telefonem. Jestem przekonana, że pójdzie nam lepiej, kiedy usłyszy, że nie jestem ogrem.

Pat zachichotała.

– Jill mówiła, że świetnie pani sobie radzi ze starszymi dziećmi.

– To miło z jej strony – odparłam. – Wracając do tematu: czy pani aparat telefoniczny jest tradycyjny, czy bezprzewodowy?

– Bezprzewodowy.

– To świetnie. Proszę wziąć słuchawkę ze sobą na górę, zapukać do drzwi pokoju Lucy, wejść i powtórzyć, że chciałabym z nią porozmawiać. Tym razem niech pani zostawi słuchawkę na jej łóżku i ułoży ją, tak by mała mnie słyszała, potem proszę wyjść. Możliwe, że skończy się na tym, iż będę mówiła do siebie, ale to dla mnie nie pierwszyzna.

Pat znów nerwowo zachichotała.

– Trzymam kciuki – oznajmiła.

Usłyszałam kroki Pat wspinającej się na górę, a następnie pukanie do drzwi i ciche skrzypnięcie, gdy się otwierały. Głos Pat drżał lekko, gdy mówiła:

– Cathy nadal czeka i chciałaby z tobą porozmawiać.

W słuchawce zaszumiało, kiedy, jak przypuszczam, Pat kładła ją na łóżku dziewczynki, a następnie słychać było cichy odgłos zamykanych drzwi. Zostałam z Lucy sama.

Lucy i ja wierzymy, że było nam pisane zostać matką i córką; po prostu musiało minąć trochę czasu, zanim się odnalazłyśmy. Gdy Lucy do mnie trafiła, miała jedenaście lat. Bardzo żałuję, że nie stało się to wcześniej. Gdy myślę o tym, co przeszła, pęka mi serce, i jestem przekonana, że ty też poczujesz ten ból. Żeby opowiedzieć historię Lucy – naszą historię – muszę cofnąć się do chwili, gdy była niemowlęciem, do czasu kiedy jeszcze jej nie znałam. Korzystając z dokumentacji, zdołałam złożyć w całość historię pierwszych lat życia Lucy, i tak oto przedstawiam ją od samego początku…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszyAkt desperacji

Na zewnątrz było ciemno, a o dziewiątej wieczorem w lutym panował przejmujący chłód, jak to o tej porze w Anglii. Okrutny północno-wschodni wiatr smagał niepozorny rządek ponurych punktów usługowych: kiosk, niewielki spożywczak, sklepik wielobranżowy, w którym handlowano wszystkim, od paczuszek gwoździ po przeterminowane cukierki i ciastka, a wreszcie pralnię samoobsługową. Cztery lokale, nad którymi mieściły się mieszkania, stanowiły ponury zaułek wieńczący zapuszczoną uliczkę domków szeregowych. Niegdyś była objęta samorządowym programem rewitalizacji, dopóki nie nadeszły cięcia w budżecie.

W trzech z czterech pomieszczeń panował mrok. Zasunięto żaluzje, by chronić lokale przed bandami wandali, które grasowały po zmroku w tej części miasta. Jedynie w pralni było widno, chociaż zamknięto już ją dla klientów. Paliło się tam światło, chodziły pralki. Mrugająca świetlówka błyskała na tle poplamionego szarego sufitu, a para unosząca się z maszyn zbierała się na szybach. Największe okno nad pralkami poprzecinane było strużkami wody, które formowały kałuże na parapecie.

W środku Bonnie, matka Lucy, pracowała sama. Chuda dwudziestoparolatka o jasnych włosach uczesanych w koński ogon. Niezmordowanie dźwigała mokre ubrania z pralek do suszarek, po czym ponownie załadowywała te pierwsze. Rzadko robiła sobie przerwy, a panujący w tle hałas pralek, dźwięk przełączanych programów prania, płukania, wirowania i suszenia, wprowadzał pewien rytm; to było jak dobrze zaaranżowany taniec. Gdy maszyny zrównały się w cyklu prania, Bonnie ruszyła w stronę stojącej w głębi pomieszczenia deski do prasowania. Wyprasowała tyle koszul, ile tylko zdołała, dopóki jedna z pralek nie zasygnalizowała końca cyklu, domagając się jej uwagi.

Teraz Bonnie stała przy desce, starannie odprasowując koszule rozwiedzionych biznesmenów, którzy nie potrafili robić tego samodzielnie ani nie zamierzali się tego uczyć. Zamiast tego w drodze do pracy lub do domu przyjeżdżali do pralni z lepszej części miasta. Zazwyczaj dawali Bonnie napiwek. I bardzo dobrze, bo pieniądze, które płacił jej szef, Ivan, nie wystarczały na utrzymanie jej i dziecka. Brakowało ich bardzo dużo.

Słuchawki w uszach, głośna muzyka z discmana oraz hałas dobiegający z pralek sprawiły, że Bonnie nie usłyszała mężczyzny, który stukał w okno i szarpał za klamkę. Była skoncentrowana na prasowaniu, a na dodatek stała plecami do wejścia, więc mógł tak tkwić całą wieczność, próbując zwrócić na siebie uwagę. Drzwi były zamknięte na zamek i dwie zasuwki jak każdego wieczoru, gdy Bonnie pracowała sama. Szczęśliwie jednak po kilku chwilach odstawiła żelazko, by ściszyć muzykę na discmanie, i wtedy, kątem oka, uchwyciła ruch przy drzwiach. Odwróciła się, wbijając wzrok w ciemność przed zalanym światłem lokalem i przestraszyła się nieco, widząc w drzwiach zarys męskiej postaci. Ale zaraz z ulgą rozpoznała sylwetkę Vince’a.

Bonnie ruszyła przez lokal, wyjmując z uszu słuchawki i wyłączając discmana. Spodziewała się Vince’a, to ze względu na niego nie opuściła żaluzji. Dzwonił wcześniej i powiedział, że musi się z nią pilnie spotkać, ponieważ wyjeżdża – na zawsze. Bonnie nie zdziwił zbytnio fakt, że ojciec jej dziecka opuszcza miasto. Vince (imię zmienił, bo uznał, że jego prawdziwe jest dla Anglików nie do wymówienia) przybył cztery lata wcześniej z Tajlandii, korzystając z wizy studenckiej, chociaż z tego, co wiedziała Bonnie, nie wynikało, by kiedykolwiek podjął naukę. Jego wiza straciła ważność już dawno temu, a od czternastu miesięcy Vince stale powtarzał, że interesują się nim służby imigracyjne i będzie musiał wyjechać. Jednak gdy powiedział tak kilka razy, Bonnie zaczęła w to wątpić, tak samo, jak w inne rzeczy, które mówił Vince – na przykład, ile ma lat, czy też to, skąd bierze pieniądze. Podejrzewała, że to tylko wymówka, żeby móc pojawiać się w jej życiu i znikać, kiedy mu się żywnie podoba. Jednak gdy teraz otwierała zasuwki i odchylała drzwi, wpuszczając do pralni podmuch zimnego wieczornego powietrza, mogła wyczytać z jego twarzy, że dziś coś się zmieniło. Zazwyczaj gładki, wypachniony, miał na sobie wygniecione ciuchy i wyglądał na spoconego, choć na dworze było zimno.

– Dzwoniła moja siostra – powiedział lekko zasapany, wchodząc i zamykając za sobą drzwi. – Moja matka jest chora. Muszę do niej jechać.

Bonnie spojrzała na niego. Był tego samego wzrostu co ona, niewiele ponad metr siedemdziesiąt, miał oliwkową cerę i włosy czarne jak heban. Dostrzegała jego urok i atrakcyjność nawet teraz – tak jak zawsze – mimo tego, jak się do niej odnosił. Jej matka mawiała, że to jej wina, bo pozwala, żeby faceci traktowali ją jak szmatę. Vince przynajmniej jej nie bił, nie tak jak jego poprzednicy.

– Twoja matka jest ciągle chora – powiedziała Bonnie nie bez życzliwości. Po prostu stwierdziła fakt. – Mówiłeś, że twoja siostra się nią zajmuje.

Vince potarł czoło nadgarstkiem.

– Moja matka jest w szpitalu. Ma raka i zostało mało czasu. Muszę lecieć do domu.

Bonnie spojrzała w jego ciemne, niemal czarne oczy, szukając w tym, co powiedział, prawdy, która być może stanowiła klucz do jej własnej przyszłości.

– Lecisz do domu? Samolotem? – Podniosła głos, by przekrzyczeć huk pralek. Nigdy wcześniej nie mówił, że wybiera się do domu, tylko powtarzał, że musi stąd wyjechać.

Vince pokiwał głową i wcisnął ręce do kieszeni skórzanej kurtki.

– Na jak długo? – zapytała.

Wzruszył ramionami.

– Może na dobre.

– A twoja córka? – powiedziała Bonnie, zirytowana jego beztroską, a także nadal trochę mu nie dowierzając. – Co powiem Lucy, gdy będzie wystarczająco duża, by pytać o tatę?

– Będę pisać – odparł bez przekonania. – Będę pisać i dzwonić w urodziny.

– Tak samo jak twój ojciec do ciebie – powiedziała gorzko, wiedząc, że ojciec Vince’a kontaktował się z nim jedynie w dniu urodzin. Ale gdyby miała być ze sobą szczera, przyznałaby, że Vince nigdy nie chciał dziecka; decyzja o nieprzerywaniu ciąży była tylko jej.

– Muszę iść – powiedział, nerwowo zerkając w stronę wyjścia. – Muszę kupić bilet do domu, ale nie mam pieniędzy.

Bonnie zachichotała histerycznie.

– To dlatego przyszedłeś? Żeby pożyczyć kasę? Nie, Vince – odparła, jeszcze zanim spróbował zapytać. – Te grosze, które zarabiam, idą na mnie i dziecko. Dobrze wiesz, że nigdy nic mi nie zostaje.

– Nie płacisz czynszu za mieszkanie tutaj – przypomniał, a jego głos brzmiał coraz bardziej desperacko. – Przecież musisz mieć jakąś forsę, którą mogłabyś mi pożyczyć, co?

– Nie. Muszę płacić rachunki: światło i ogrzewanie. Muszę kupować jedzenie i ubrania. Mówiłam ci już, że nie mam nic na czarną godzinę. Nie starcza nawet dla Lucy i dla mnie. – Narastała w niej złość. Gdyby był przyzwoitym człowiekiem, zdawałby sobie z tego sprawę i nie prosił.

– Jestem pod ścianą – powiedział prawie błagalnym tonem. – Nie miałabyś serca przeszkodzić mi w spotkaniu z umierającą matką, prawda?

Bonnie wiedziała, że to szantaż emocjonalny, ale i tak poczuła się winna.

– Nie mam żadnych pieniędzy – powtórzyła. – Serio, nie mam.

Spojrzenie Vince’a stało się zimne, tak jak zdarzało się już wcześniej, ale nigdy, kiedy patrzył na nią. Miała złe przeczucie, że istniało jakieś jego oblicze, którego wcześniej nie znała.

– Kasa – wycedził, patrząc w głąb sklepu, gdzie do lady przymocowanej na stałe do podłogi była widoczna kasa. – Masz dzisiejszy utarg. Błagam cię. Jestem pod ścianą. Oddam ci, obiecuję.

– Nie. Nie ma takiej opcji – sprzeciwiła się Bonnie, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dreszcz. – Mówiłam ci, jaki jest Ivan. Zawsze powtarza, że mnie zleje, jeśli będzie manko. I zrobi to, jestem pewna. Jest do tego zdolny. Chyba nie mógłbyś mnie postawić w takiej sytuacji?

Jednak spojrzenie Vince’a mówiło jej, że mógłby i że to zrobi. Znów zerknął na kasę, nerwowo oblizując górną wargę.

– Nic nie rozumiesz – powiedział. – Tu nie chodzi tylko o moją matkę. Wiszę kasę takim jednym. Jeśli nie oddam, to mnie zabiją. Sorry, Bonnie, ale nie mam wyboru.

Choroba matki czy wierzyciele? Bonnie nie znała prawdy i nie miało to już znaczenia; zdradził ją na całej linii. Z przerażeniem patrzyła, jak zdeterminowany przechodzi przez sklep, kierując się w stronę kasy. Ze swojego miejsca widziała, jak ją otwiera. Trudno było jej przyjąć do wiadomości to, że wyżej cenił własne bezpieczeństwo niż jej i był zdolny pogrążyć ją, by uratować siebie. Jednak gdy zaczął wyciągać pieniądze – banknoty, które zarobiła na praniu ręcznym, chemicznym i prasowaniu; jakieś pięćset funtów, które zabiera wieczorem do domu, by je bezpiecznie przechować przez noc i przekazać rano Ivanowi – jej myśli powędrowały w kierunku szefa i tego, co jej zrobi, jeśli w kasie będzie brakowało pieniędzy. Wiedziała, że musi powstrzymać Vince’a.

– Nie, Vince! – krzyknęła, rzucając się w stronę kasy. – Nie! – Chwyciła go za ramię. – Nie rób tego! Pomyśl o Lucy. Jeśli weźmiesz tę forsę, Ivan skrzywdzi ją tak samo jak mnie.

– Ale nie tak jak gang, któremu wiszę pieniądze – zadrwił. Odsunął ją siłą i ponownie zajął się napychaniem banknotami kieszeni kurtki.

– Nie. Przestań! – wrzasnęła. W akcie desperacji chwyciła go za ręce i próbowała powstrzymać, ale ją odepchnął.

Raz jeszcze uczepiła się jego ramion, ale kolejny cios był o wiele silniejszy. Krzyknęła, przewracając się pod jego naporem, a jej ciało przeszył ostry ból. Poleciała do tyłu na ostrą metalową krawędź z pralki. Vince w mgnieniu oka poupychał resztę banknotów po kieszeniach i zwiał z pralni, nie oglądając się za siebie.

Bonnie przez chwilę się nie ruszała, usiłując złapać oddech. Próbowała zrozumieć to, co się właśnie wydarzyło. Vince zniknął, prawdopodobnie na zawsze, zabierając ze sobą wszystkie pieniądze Ivana – pieniądze, które ten ma odebrać od niej o ósmej rano następnego poranka. Stała tak, oparta o pralkę, i próbowała wymyślić jakieś rozwiązanie, a do oczu zaczęły napływać jej piekące łzy.

W pralni było dziwnie cicho. Suszarki, które wirowały, gdy pojawił się Vince, zakończyły swój cykl i teraz stały nieruchomo; pralki były zaś w połowie programu, w bębnach delikatnie przelewała się woda. Bonnie patrzyła na drzwi wejściowe, które od wyjścia Vince’a pozostawały szeroko otwarte. Wieczorny chłód z wolna wdzierał się do środka. Jeśli zaraz nie zamknie drzwi, wlezie jakiś pijak, ćpun czy ktoś taki. Nie żeby były jakieś pieniądze do zwinięcia, pomyślała ponuro; teraz musi się martwić tylko o własne bezpieczeństwo.

Odsuwając się ciężko od pralki, o którą się opierała, rozmasowała plecy i skierowała się do otwartych drzwi. Pomimo zachowania Vince’a Bonnie go nie potępiała; wierzyła, że zasłużyła sobie na takie traktowanie. Zawsze kiedy ktoś się nad nią znęcał, czuła się winna. Takie rzeczy nie przytrafiają się porządnym dziewczynom. Skoro jest zła, to mężczyźni źle ją traktują. Wytłumaczenie bardzo proste. Zamknęła drzwi na klamkę i zasuwkę, założyła łańcuch, po czym rozejrzała się po pralni. Pełne kosze czekały na załadowanie do pralek i suszarek. Uprasowała dopiero połowę rzeczy, a cały zakład miał być wysprzątany i wyczyszczony przed otwarciem o siódmej trzydzieści następnego ranka. Bonnie zazwyczaj robiła to wszystko przed położeniem się spać. Ivan oczekiwał tego od niej i lubił, kiedy o ósmej rano przychodząc po pieniądze, w pralni panowały czystość i porządek. Nawet jeśli sprzątała do północy, zawsze sprawdzała, czy wszystko jest przygotowane zgodnie z wymaganiami Ivana.

Ale dzisiaj nic z tego, pomyślała. Nie ma sensu dalej prać i sprzątać lokalu, bo to, że straciła pieniądze, jest o wiele gorsze od bałaganu. Porządek nic tu nie pomoże. Przemknęło jej przez myśl, że powie Ivanowi, iż ktoś włamał się do lokalu i utarg został skradziony. Nie było jednak śladów rabunku, więc wątpiła, czy Ivan się na to nabierze, a nie odważyłaby się ryzykować. Bonnie bała się Ivana tak samo jak większości mężczyzn, którzy pojawiali się w jej życiu.

Z ciężkim sercem i bolącymi plecami Bonnie otworzyła wewnętrzne drzwi prowadzące do jej mieszkania na piętrze. Nacisnęła włącznik i klatka schodowa zalała się światłem. Wtedy zgasiła wszystkie lampy w zakładzie – wszystkie, poza nocną lampką, którą zawsze zostawiała zapaloną. Zamknąwszy drzwi do pralni, zaczęła wspinać się po schodach. Wtedy usłyszała rozpaczliwy szloch Lucy, co znaczyło, że dziecko płacze już bardzo długo.

Rozdział drugiUcieczka

Światło zgasło w połowie drogi zawilgoconej i cuchnącej stęchlizną klatki schodowej, wyłożonej niebezpiecznie poszarpaną wykładziną. We włącznikach na dole i górze Ivan zamontował liczniki czasu, żeby nie marnować prądu: to on płacił za elektryczność w pralni i na schodach, Bonnie zaś za zużycie w mieszkaniu. Tak jak zawsze, Bonnie pokonała sześć ostatnich stopni w ciemności, po czym po omacku znalazła włącznik na górze. Wcisnęła go, co zapewniło jej dodatkowych dziesięć sekund światła – w sam raz, by otworzyć drzwi do mieszkania i dostać się do środka.

Przez drzwi wejściowe wchodziło się bezpośrednio do pokoju, w którym leżała Lucy, a jej krzyki były teraz ogłuszające. Pomieszczenie oświetlała lampka nocna, którą Bonnie zostawiała włączoną, gdy Lucy zostawała sama – co zdarzało się bardzo często. Żyrandol na suficie w ogóle nie działał, a Ivan nigdy nie zaproponował, że go naprawi. Bonnie przeszła w półmroku przez pokój, kierując się do stojącego na podłodze kosza Mojżesza, w którym leżała jej córka. Powieki Lucy były zaciśnięte, a buzia otwierała się w grymasie płaczu. Obrzydliwie śmierdziało biegunką i wymiotami. Objawy narastały od jakichś pięciu godzin, kiedy to zajrzała do córeczki i zmieniła jej pieluchę. Bonnie wiedziała, że nie wolno zostawiać dziecka samego na tak długo, ale musiała pracować. Wiedziała też, że sześciomiesięczna Lucy jest już za duża, by spać w koszu, lecz nie było jej stać na łóżeczko. Stawiała go więc na podłodze, by zminimalizować skutki ewentualnego wypadnięcia.

Gdy Bonnie wzięła ją na ręce, dziewczynka otworzyła oczy i przestała płakać. Jednak wyraz jej twarzy był niespokojny, jakby nie była pewna, czy wszystkie jej potrzeby zostaną zaspokojone. Nie uśmiechała się na widok matki jak większość półroczniaków. Małe brewki były zmarszczone, a oczy wyrażały zatroskanie i niepokój, jakby dziecko dzieliło lęki matki i jej odpowiedzialność za wspólną przyszłość.

Prześcieradło w koszu, śpioszki i kaftanik, które Lucy miała na sobie, pokryte były plamami zaschniętych wymiocin. Na śpiochach, w miejscach, w których przeciekła pielucha, widniały brunatne kleksy. To był już trzeci dzień, kiedy Lucy miała biegunkę i wymiotowała, i Bonnie zdawała sobie sprawę, że powinna ją zabrać do lekarza. Gdyby jednak to zrobiła, wizyta zostałaby zarejestrowana w systemie komputerowym, a wtedy byłoby tylko kwestią czasu, kiedy opieka społeczna zastuka do ich drzwi. Obecnie nikt się nie orientował, gdzie przebywa Bonnie, nawet jej własna matka. Jedynie w szpitalu, w którym Lucy się urodziła – ponad sto pięćdziesiąt kilometrów stąd – odnotowano, że jej dziecko jest na świecie. I to były wszystke informacje na jego temat.

Bonnie dotknęła czoła Lucy. Szczęśliwie nie wydawało się zbyt rozpalone, więc uznała, że mała nie ma gorączki. Miała nadzieję, modliła się o to, by natura zwyciężyła i pozwoliła Lucy samej wyzdrowieć, chociaż nie wiedziała, jak długo mogło to jeszcze trwać. Nie zwracając uwagi na panującą w pokoju nędzę, Bonnie zaniosła córkę do łazienki, gdzie pociągnęła za sznurek do zapalania światła. Ścianę nad starą poobijaną wanną pokrywały zagrzybiałe popękane kafelki. Pozostałości leżącego na podłodze linoleum zapaskudził wyciek z nieszczelnego sedesu, a na suficie widniały wielkie ciemne wykwity o nieregularnych kształtach – skutek dziurawego dachu. To pomieszczenie, tak samo jak reszta mieszkania, było wychłodzone. Grzyb panoszył się pomiędzy kafelkami, na krawędzi wanny, a nawet wokół okna, które nie dawało się otworzyć i niemiłosiernie postukiwało podczas wiatru. Bonnie zdawała sobie sprawę, że to pomieszczenie – tak samo, jak i pozostałe, z których wolno jej było korzystać: pokój dzienny i kuchnia – nie nadawały się do zamieszkania. Ivan również o tym wiedział, tak samo jak o tym, że dziewczyna nie będzie narzekać, bo była zbyt zdesperowana i nie miała dokąd pójść. Drzwi do dwóch sypialni były zamknięte, a klucze do nich miał Ivan. Nigdy jej nie powiedział, co w nich przechowuje, a ona nigdy nie odważyła się zapytać.

Rozłożywszy jedyny ręcznik na parszywej podłodze w łazience, Bonnie ostrożnie położyła na nim Lucy. Mała natychmiast zaczęła płakać, jakby przeczuwając, co będzie dalej.

– No już, już – uspokajała córkę Bonnie. – Przepraszam, ale muszę cię umyć. – Gdy tylko Lucy zaczynała płakać, czuła, jak ogarnia ją panika. Jakby robiła coś nie tak.

Gdy powoli zdejmowała z Lucy brudne ubranka, jej krzyki przybrały na sile.

– Musisz przestać płakać – powiedziała nerwowo. – Sąsiad zza ściany cię usłyszy.

Azjata, który prowadził kiosk drzwi w drzwi z pralnią i mieszkał nad nią z żoną i dwójką dzieci, dwukrotnie przychodził zaniepokojony długim płaczem dziecka. Chciał sprawdzić, czy nic się nie stało. Bonnie uspokoiła go, lecz odtąd żyła w strachu, że mężczyzna zgłosi swoje obawy policji albo opiece społecznej.

Dziewczyna odłożyła na bok brudny kaftanik Lucy, śpioszki i body, po czym rozpięła rzepy pieluszki. Buchający od niej odór był tak odrażający, że przełknęła ślinę, by powstrzymać odruch wymiotny. Zanim zdjęła Lucy pieluchę, wprawnym ruchem sięgnęła do wanny i odkręciła kurek z ciepłą wodą. Z kranu trysnęła jednak zimna, a z biegnących przez mieszkanie rur dobiegły trzaski i postukiwania. Bonnie tak długo trzymała palce pod wąskim strumieniem, aż zrobił się letni. Cieplejszej wody nigdy tu nie było, więc ona i Lucy zawsze myły się w takiej, a Lucy wtedy płakała.

Nie zakręcając kurka, Bonnie zdjęła pieluszkę i podniosła dziewczynkę w stronę wanny, wkładając jej pupę pod kran. Lucy płakała coraz głośniej.

– Cśśś… – syknęła Bonnie, myjąc dziecko starą ściereczką. – Proszę, bądź cicho. – Ale Lucy nie rozumiała.

Umyła małej plecy i pupę, po czym obróciła ją i przemyła brzuszek, a na koniec zajęła się buzią i odrobiną włosków na głowie. Lucy wrzasnęła jak opętana i zadygotała z zimna, gdy woda pociekła jej po główce i buzi.

– Już koniec. Zrobione! – ucieszyła się Bonnie.

Zakręciwszy kran, przeniosła Lucy na ręcznik. W porównaniu z wodą był ciepły, co uspokoiło niemowlę, które w końcu przestało płakać.

– Grzeczna dziewczynka – z ulgą powiedziała Bonnie.

Uklękła na podłodze przed córką i osuszyła ją ręcznikiem. Lucy z niepokojem śledziła wzrokiem każdy ruch matki, jakby wyczekiwała kolejnych powodów do płaczu. Gdy była już sucha, Bonnie owinęła ją ręcznikiem niczym szalem, po czym zaniosła małą w półmrok pokoju, gdzie usiadła na powycieranej sofie z Lucy na kolanach.

– Już cię ubieram – szepnęła, całując małą w główkę.

Wyjęła jednorazową pieluszkę z paczki, którą trzymała na sofie wraz z większością swoich rzeczy. Nie miała ich zbyt wiele; dobytek jej i Lucy z łatwością mieścił się na kanapie i fotelu. Przynajmniej nie będzie dużo pakowania, westchnęła z goryczą. Nie myślała jeszcze o tym, dokąd pójdzie, ale wiedziała, że nie ma innego wyboru jak ucieczka; teraz, kiedy pieniądze Ivana zniknęły.

Położywszy Lucy na kanapie, zapięła rzepy pieluszki, po czym sięgnęła po czyste ubranka. Zaletą pracy w pralni było to, że mogła za darmo wszystko prać i suszyć.

Gdy wzięła już czyste body, śpioszki i kaftanik (kupione z drugiej ręki), ubrała Lucy, najprędzej jak potrafiła. Jedynym urządzeniem, które mogło ogrzać pokój, był elektryczny kominek, jednak okazał się stanowczo za drogi w użytkowaniu. Bonnie musiały więc wystarczyć unoszące się z pralni opary, które sprawiały, że w pokoju nie było przejmująco zimno. Bo ciepło nie bywało tu nigdy. Lucy podczas ubierania nawet nie zakwiliła; właściwie nie wydawała żadnego dźwięku. Bonnie zauważyła, że mała jest albo zupełnie cicho, albo płacze. Nie istnieje dla niej żaden stan pośredni, który by wyrażał zadowolenie. Nie głużyła ani gaworzyła jak większość jej rówieśników. Powodem był brak bodźców, ale Bonnie nie zdawała sobie z tego sprawy.

Gdy Lucy była już ubrana, Bonnie zmieniła prześcieradło w koszu i przeszła z córką do zaniedbanej kuchni. Podtrzymując ją na biodrze ramieniem, drugą ręką napełniła i włączyła czajnik, po czym sięgnęła po stojący na parapecie karton mleka. Nie było chłodziarki, więc parapet, na który ciągle wiało przez źle dopasowane okno, zastępował ją podczas zimy. Tam Bonnie przechowywała „żywność lodówkową” – mleko, jogurt i serek do smarowania pieczywa. Przy jednej ze ścian stała wiekowa kuchenka gazowa, ale nie działały palniki, więc Bonnie żywiła się fasolką z puszki, chlebem z serkiem, płatkami kukurydzianymi, chipsami i herbatnikami. Lucy piła krowie mleko – mieszanka dla niemowląt była za droga – i Bonnie zastanawiała się, czy to nie dlatego mała wymiotuje i ma biegunkę.

Przygotowała mleko dla Lucy w ten sam sposób co zawsze: napełniając butelkę do połowy mlekiem i dolewając gorącej wody. Ponieważ nie miała kuchenki ani rondla, to było wszystko, co mogła zrobić, a na dodatek w ten sposób mleka starczało na dłużej. Zrobiła sobie kubek herbaty i, biorąc garść herbatników z otwartej paczki, wróciła do pokoju. Usiadła na sofie i dała Lucy butelkę, sama piła herbatę i łapczywie pochłaniała herbatniki. Wolałaby uciec teraz, by być jak najdalej stąd, zanim przyjdzie Ivan i przekona się, że zniknęły i one, i pieniądze, ale noc była zimna, więc najrozsądniej było zostać w mieszkaniu najdłużej jak to możliwe. Bonnie uznała, że jeśli wyruszy o szóstej rano, będzie miała dwie godziny do przyjścia Ivana – tyle czasu wystarczy, by bezpiecznie czmychnąć.

Fizycznie wyczerpana i wycieńczona emocjonalnie, opuściła głowę na oparcie brudnej sofy i zamknęła oczy, podczas gdy Lucy ssała butelkę. Zastanawiała się, czy powinna wyruszyć na północ, gdzie mieszka jej matka, ale przecież ona nie ucieszy się na jej widok. Była samotną matką, przez jej dom przewijały się tabuny pomieszkujących kochanków, z których wielu próbowało uwieść Bonnie; miała własne problemy na głowie. Dziewczyna tolerowała jej styl życia tak długo, jak tylko mogła, aż w końcu dała nogę. W wieku siedemnastu lat, z dobytkiem, który mieścił się w płóciennej torbie, wylądowała na bruku. Spała na ulicy lub obojętnie gdzie, byleby było łóżko. Jej dwaj starsi bracia odeszli z domu wcześniej i nie utrzymywali z nią kontaktu, więc zanim Lucy skończyła swoją butelkę i zasnęła, Bonnie już zrozumiała, że nie ma dokąd pójść – zresztą właśnie dlatego wylądowała u Ivana.

Orsalit! – pomyślała Bonnie, otwierając szeroko oczy. Czy nie tak nazywało się lekarstwo, które podaje się niemowlętom i dzieciom, kiedy mają biegunkę i wymiotują? Czy nie widziała tego przypadkiem w telewizyjnej reklamie w zeszłym roku, gdy mieszkała w squacie, w którym mieli telewizor? Była pewna, że to ta nazwa. Zostało jej trochę pieniędzy – napiwki z całego dnia – więc gdy tylko otworzą rano sklepy, znajdzie aptekę i kupi Orsalit, który sprawi, że Lucy będzie zdrowa. Podniesiona nieco na duchu spojrzała na śpiącą spokojnie w jej ramionach córkę i poczuła, jak ogarniają ją miłość i rozpacz. Biedny dzieciak, pomyślała nie pierwszy już raz. Zasługuje na lepsze życie, jednak Bonnie wiedziała, że nie jest o nie łatwo, kiedy jest się bezdomną, samotną matką.

Uważając, by nie zbudzić Lucy, delikatnie podniosła ją ze swoich kolan i przełożyła do kosza, gdzie opatuliła ją kocykiem, upewniając się, że dobrze przykryła rączki. Teraz, gdy pralki były wyłączone, w pokoju zrobiło się bardzo zimno. Wtedy zdała sobie sprawę, że dzisiaj nie muszą przecież marznąć – po co się martwić o pieniądze za ogrzewanie? Kiedy przyjdą rachunki, jej już tutaj nie będzie. W ich ostatnią noc we wstrętnym mieszkaniu Ivana może być im wreszcie ciepło! Podeszła do elektrycznego kominka i przeciągnęła go na środek pokoju. Był na tyle blisko, żeby czuły jego ciepło, ale nie na tyle, by mogły się oparzyć lub przypalić ubrania. Podłączyła go do prądu i niebawem dwie grzałki rozżarzyły się na czerwono. W pokoju zrobiło się przyjemnie i Bonnie zaczęła ziewać, po czym zamknęła oczy. Wciągnęła nogi na sofę, zrzuciła kopniakiem paczkę pieluch, żeby zrobić sobie więcej miejsca, po czym zwinęła się w kłębek na boku, kładąc głowę na stercie ubrań. I od razu zasnęła.

Ocknęła się nagle. Lucy płakała, a przez niedopasowane złachane zasłony ujrzała, że niebo zaczyna się rozjaśniać.

– Cholera! – zaklęła, zrywając się na równe nogi. – Która godzina? – Grzebiąc po omacku w torbie, znalazła telefon. – Jezu! Już siódma. – Ciepło w pokoju musiało ją tak ululać, że zapadła w głęboki sen; Ivan będzie tu za godzinę, może nawet wcześniej!

Serce waliło jej jak młotem. Głucha na dobiegający z kosza płacz, chwyciła pustą butelkę z miejsca, w którym ją wczoraj zostawiła, i popędziła do kuchni. Tam napełniła czajnik i wypłukała butelkę „ciepłą” wodą z kranu. Czekając na wrzątek, wróciła do pokoju i, nie bacząc na krzyk Lucy, zmieniła jej pieluszkę; znów była okropnie zapaskudzona. Gdy tylko będzie mogła, Bonnie znajdzie aptekę. Włożywszy niemowlę z powrotem do kosza, pognała do kuchni, wlała resztkę mleka do butelki i dopełniła ją gorącą wodą. Gdy wróciła do pokoju, włożyła Lucy do buzi smoczek, po czym oparła butelkę o ściankę kosza, by mała mogła sama pić, podczas gdy ona spakuje rzeczy.

Otworzywszy płócienną torbę, zaczęła wciskać do niej ubrania, potem dopełniła ją pieluszkami i ręcznikiem. Włożyła bluzę z kapturem i zapięła ją pod szyją; nie miała płaszcza ani cieplejszej kurtki. Później pobiegła do łazienki, prędko skorzystała z toalety, umyła ręce w letniej wodzie i, zabrawszy swoją szczoteczkę do zębów oraz rolkę papieru toaletowego, wróciła do pokoju, by upchnąć je do torby. Nie miała żadnych kosmetyków ani przyborów toaletowych; były za drogie, a nie chciała ryzykować, kradnąc rzeczy, które nie były jej niezbędne. Mogła się obyć bez mydła i makijażu.

W kuchni zebrała resztki jedzenia – pół paczki herbatników i tubkę serka do smarowania pieczywa. Przypomniała sobie, by wziąć z szuflady łyżeczkę, żeby mieć czym jeść jogurty, po czym wróciła do pokoju i dopakowała torbę. Teraz już była pełna, więc zapięła ją na suwak. Mieściła większość ich dobytku – jedyne, co pozostało, to brudne ubranka Lucy, będzie je musiała zostawić. Nie dość, że się nie zmieszczą, to jeszcze potwornie cuchną.

Bonnie ponownie spojrzała na zegarek. Było piętnaście po siódmej. Jej tętno przyspieszyło. Będzie musiała ostrożnie opuścić okolicę, czujnie rozglądając się za Ivanem. Codziennie przyjeżdżał tu samochodem, ale z której strony? Nie wiedziała. Z mieszanymi uczuciami co do decyzji o ucieczce ostatni raz omiotła wzrokiem ponury pokój – przynajmniej miały tu dach nad głową i parę groszy na przeżycie – następnie przerzuciła torbę przez ramię i podniosła kosz Mojżesza. Poczuła ukłucie ostrego bólu w plecach, w miejscu, gdzie się uderzyła, gdy Vince popchnął ją na pralkę.

Otworzywszy drzwi prowadzące z mieszkania na klatkę schodową, Bonnie zapaliła sterowane licznikiem czasu światło, wymanewrowała koszem na zewnątrz, i zamknęła je za sobą. Schodziła ostrożnie, z żołądkiem ściśniętym ze strachu. Jedyne wyjście prowadziło przez pralnię i gdyby z jakiegoś powodu Ivan przyjechał wcześniej, jak mu się już kilka razy zdarzyło, odciąłby jej drogę ucieczki. Tylne drzwi były zabite deskami, żeby odstraszyć wandali. W połowie schodów zgasło światło. Bonnie ostrożnie pokonała kilka ostatnich stopni, kurczowo trzymając przy sobie kosz i opierając się łokciem o ścianę dla utrzymania równowagi. Na dole wcisnęła włącznik i ujrzała drzwi do pralni. Otworzyła je i weszła do środka. Gdy pralki były wyłączone, panowały tu dziwny spokój i chłód. Ruszyła przez zakład, wpatrując się w drzwi na ulicę i szukając śladów obecności Ivana. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Ostatni raz zerknęła przez okno pralni i otworzyła drzwi. Zadzwonił dzwonek i Bonnie, zostawiając za sobą tabliczkę z napisem „Zamknięte”, wyszła na zewnątrz.

Rozdział trzeciZaniepokojona

Porywy okrutnego północno-wschodniego wiatru przenikały przez dżinsy i bluzę Bonnie, gdy maszerowała w stronę odległego o półtora kilometra miasta. Nie miała jasnego planu działania, ale wiedziała już sporo o tym, jak się żyje bez dachu nad głową, więc obstawiała, że na głównej ulicy musi być otwarty od szóstej rano McDonald. Niektóre pracują nawet całą dobę. W środku jest ciepło, a jeśli się kupi cokolwiek do jedzenia albo picia – nieważne, jak małego – i usiądzie dyskretnie w kąciku, obsługa zazwyczaj pozwala na to w nieskończoność. Przypomniała sobie, że w ten sposób w zeszłym roku poznała Jameela, właśnie przesiadując w McDonaldzie. Zajął stolik obok i zaczęli rozmawiać. Gdy się dowiedział, że śpi na ulicy, zabrał ją do squatu, który dzielił z ośmioma innymi osobami – mężczyznami i kobietami w wieku około dwudziestu lat, w większości korzystającymi z pomocy społecznej. Jedna z dziewczyn miała czteroletnie dziecko i wówczas Bonnie była pewna, że to nie w porządku zmuszać je do życia w takich warunkach. Lepiej by mu było w rodzinie zastępczej albo adopcyjnej. Teraz jednak, gdy sama była matką, wiedziała, że jest inaczej; zrobiłaby wszystko, by zatrzymać dziecko przy sobie. Bonnie mieszkała w squacie przez dwa miesiące i wyprowadziła się, gdy w jej życiu pojawił się Vince. Kiepski wybór, pomyślała z żalem, idąc dalej w stronę miasta. Lucy obudziła się i patrzyła na nią z kosza.

– Czy wszystko w porządku, proszę pani? – gdzieś nieopodal rozległ się męski głos.

Bonnie aż podskoczyła, po czym zatrzymała się i odwróciła, by się rozejrzeć. Przy krawężniku zatrzymał się radiowóz, a z okna od strony kierowcy patrzył na nią policjant, oczekując odpowiedzi.

– Tak, wszystko w porządku – odparła, natychmiast przeczuwając kłopoty.

– To trochę za wcześnie, żeby chodzić tak z dzieciaczkiem w tej zimnicy – powiedział, zerkając na kosz, który trzymała przed sobą.

Bonnie poczuła znajome ukłucie niepokoju, jakby zatrzymał ją policjant.

– Wybieram się na wakacje – rzekła, starając się, by głos jej nie drżał, i uśmiechając się lekko. Widziała po jego wyrazie twarzy, że wątpi w jej prawdomówność, co było zrozumiałe. Był środek zimy, a ona nie wyglądała na podróżniczkę wyszykowaną na wyprawę w poszukiwaniu słońca. – Idę do cioci – dodała. – Odpocząć trochę, póki mój mąż nie wróci.

To kłamstwo było tak groteskowe, że Bonnie była pewna, iż funkcjonariusz zdaje sobie z tego sprawę. Przez otwarte okno widziała spodnie policjantki, zajmującej miejsce pasażera.

– Gdzie mieszka ciotka? – drążył mundurowy.

– Po drugiej stronie miasta – powiedziała Bonnie bez wahania. – Niedaleko.

Policjantka pochyliła głowę, żeby się przyjrzeć Bonnie przez okno radiowozu.

– W jakim wieku jest dziecko? – zapytała.

– Sześć miesięcy.

– Pani jest matką?

– Tak. Proszę się nie martwić, nie będę jej trzymać długo na zimnie. Wsiądę do autobusu, gdy tylko coś podjedzie.

Bonnie zobaczyła, jak kierowca sięga po kluczyki do stacyjki. To był zły znak. Z doświadczenia wiedziała, że jeśli wyłączy silnik, to znaczy, iż będzie chciał zadać więcej pytań i pewnie sprawdzi ją w komputerze, który miał w samochodzie. Kiedy bywała w takiej sytuacji, zanim pojawiła Lucy, dawała nogę. Teraz nie było takiej możliwości. Nie da się zwiać policji z torbą i Lucy w koszyku.

– Adres zamieszkania ciotki? – zapytała policjantka, gdy mężczyzna wyłączył silnik. Cholera! – pomyślała Bonnie.

– Birdwater Estate – powiedziała. Nie znała tam nikogo, wiedziała tylko, że jest takie miejsce, bo jego nazwa pojawiała się na autobusach jako końcowy przystanek linii.

Nagle uwagę policjantów odwróciło radio. Nadawano komunikat:

– Do wszystkich radiowozów, potrzebne posiłki dla drogówki: karambol na autostradzie. – Bonnie patrzyła z ulgą, jak dłoń kierowcy wraca na kluczyk w stacyjce i uruchamia silnik.

– To dbaj o siebie w takim razie – powiedziała policjantka, prostując się w fotelu i znikając z pola widzenia Bonnie.

– Dobrze. Dziękuję, że zapytaliście.

Kierowca podniósł szybę i radiowóz ruszył na sygnale.

– Niewiele brakowało – wyszeptała Bonnie i przyspieszyła kroku.

Wiedziała, że chodząc tak wcześnie po ulicach z torbą i niemowlęciem, zwróci uwagę każdego policjanta, któremu bliski jest temat przemocy wobec dzieci. Wcześniej już tak było – kiedy to z miesięczną Lucy pojawiła się w pralni u Ivana o siódmej trzydzieści rano. Sypiała pod gołym niebem i właśnie udało jej się uciec przed krążącym po okolicy radiowozem. Wpadła do właśnie otwartej pralni, a tam zastała Ivana, który strasznie bluzgał i przeklinał swoją pracownicę. Dziewczyna miała otworzyć rano zakład, ale poprzedniego dnia nawiała. Od słowa do słowa Bonnie dowiedziała się, iż pracownicy przysługiwało mieszkanie nad zakładem, więc natychmiast zaproponowała, że może dla niego pracować.

Teraz przeszła przez ulicę i czekała na autobus. Do miasta było zaledwie kilka przystanków, więc wystarczy pieniędzy na bilet. Wiedziała też z doświadczenia, że dużo mniej zwraca na siebie uwagę policji, siedząc na ławce, niż idąc.

Było niewiele po ósmej rano, gdy Bonnie weszła do jasno oświetlonej restauracji fast food, gdzie siedziała już stała śniadaniowa klientela. Była spragniona, bolały ją ręce i plecy od dźwigania torby i kosza z małą, a do tego straszliwie jej się chciało siusiu. Była też głodna. Od wczorajszego lunchu, kanapki z serka i resztki chleba, nie jadła nic poza wieczorną garścią herbatników. Mogła kupić sobie śniadanie, ale nie wiedząc, jak długo jeszcze będzie się szwendać, nie chciała wydawać pieniędzy, o ile nie było to absolutnie konieczne. Otworzyła drzwi na korytarz prowadzący do toalet i wpadła na wychodzącą pracownicę lokalu.

– Och, dziecko! – zawołała zaskoczona kobieta, po czym poszła do restauracji, by sprzątnąć ze stolików.

Bonnie udało się wmanewrować jakoś z koszem i torbą do damskiej toalety. Na szczęście nikogo w niej nie było, więc zostawiła bagaż i Lucy przed otwartymi drzwiami do kabiny i zrobiła siusiu. Spuściła wodę, wyszła, umyła ręce i podetknęła je pod suszarkę. Gdy urządzenie wydało z siebie ryk, Lucy obudziła się i zaczęła płakać.

– Już dobrze – uspokoiła ją Bonnie i prędko odeszła od suszarki.

Podniosła kosz i torbę. Schylając się po nie, kątem oka zobaczyła swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie. W jasnym świetle wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj i chudsza; kości policzkowe wyostrzyły się, a oczy były podkrążone. Z przerażeniem pomyślała, że przy takim trybie życia niedługo będzie wyglądała jak jej matka: wyniszczona wieloma latami picia, palenia i bycia popychadłem.

Bonnie zamówiła gorącą czekoladę i kartonik mleka dla Lucy.

– Na miejscu czy na wynos? – zapytała kasjerka.

– Na miejscu – odpowiedziała.

Zapłaciła, wstawiła napoje do kosza przy nóżkach Lucy, by zabrać wszystko za jednym zamachem i ruszyła w stronę długiej ławy na końcu sali – z dala od kas i drzwi, od których ciągnęło zimnym powietrzem. Bonnie, umieściwszy kosz na siedzeniu obok siebie, rzuciła się na czekoladę. Ciepło i słodycz przypomniały jej gorące, mleczne napoje, które w dzieciństwie robiła dla niej babcia, kiedy przygarniała ją do siebie. Zastanawiała się, co teraz z nią się dzieje. Pokłóciła się z matką i od wielu lat nie rozmawiały ze sobą. Bonnie kochała babcię, chociaż nie widziała jej od momentu, gdy osiem lat temu odeszła z domu.

Wyjęła z torby paczkę z ostatnimi herbatnikami i trzymała je na kolanach, poza polem widzenia obsługi, pospiesznie je podskubując. Wyższy poziom cukru we krwi poprawił jej nastrój i na jakiś czas zagłuszył głód. Lucy przyglądała się jej, ale nie wyglądała na głodną, więc Bonnie postanowiła, że zachowa kupiony kartonik mleka na później. Włożyła go ponownie do kosza obok nóżek małej, by mieć go na podorędziu, gdy będzie potrzebny. Miała też jogurty, planowała, że jednym z nich nakarmi Lucy później. Zaczęła już dawać jej miękkie pokarmy – jogurt, rozgniecioną w dłoni frytkę czy kawałek chleba namoczony w ciepłej herbacie. Kiedy wszystko się ułoży, myślała, i będzie miała więcej pieniędzy, zacznie jej kupować odpowiednie dla dzieci jedzenie, którym wzbogaca się dietę.

– Nie zawsze tak będzie – powiedziała na głos, zwracając się do córki i delikatnie głaszcząc jej policzek. – Będzie lepiej. Obiecuję ci to.

Chociaż, jak i kiedy ma to nastąpić, tego nie wiedziała.

O dziewiątej Bonnie zarzuciła torbę na ramię, podniosła kosz i wyszła z restauracji w poszukiwaniu apteki. Lucy spała i, chociaż nie wymiotowała ani nie zabrudziła pieluszki od rana, Bonnie chciała kupić lekarstwo, żeby mieć je na wszelki wypadek, gdyby okazało się potrzebne. Mówiła sobie, że stara się być dobrą mamą, ale było to bardzo trudne w sytuacji, gdy nie miała domu, regularnych przychodów, lecz własną matkę za wzorzec. Kiedy była dzieckiem, zakładała, że chaos i bieda, w której byli zmuszeni żyć jej bracia i ona sama, to coś normalnego i funkcjonują tak wszystkie rodziny. Gdy była wystarczająco duża, by chodzić się bawić do domów innych dzieci, zorientowała się, że nie tylko nie jest to normalne, ale ludzie z osiedla współczują jej i obgadują jej matkę, że zaniedbuje ją i braci. Bonnie zastanawiała się, czemu nikt wtedy nie zainterweniował; być może przez okropny charakter jej matki, którego wiele razy była ofiarą – a kiedy ta piła, zawsze jej się pogarszało. Myślała, że może to dlatego opieka społeczna nie uratowała ani jej, ani braci, tak jak udało się niektórym dzieciakom z osiedla. A może zwyczajnie nie byli warci, by ich ratować? Takie myśli gnębiły ją całe życie.

Kawałek dalej Bonnie spostrzegła biało-niebieski krzyż apteki i weszła do środka. Było tam już dwoje klientów: kobieta przeglądająca produkty na półkach oraz mężczyzna, którego właśnie obsługiwano przy ladzie. Bonnie przyjrzała się półkom w poszukiwaniu leku, którego potrzebowała, ale nie mogła go znaleźć. Gdy mężczyzna odszedł od lady, podeszła do farmaceutki – Azjatki w średnim wieku o poważnym wyrazie twarzy, ubranej w kolorowe sari.

– Wydaje mi się, że to, czego potrzebuję, nazywa się Orsalit – powiedziała Bonnie.

– Czy to dla pani? – spytała farmaceutka, szybko mierząc dziewczynę wzrokiem.

– Nie, to dla mojego dziecka.

– W jakim jest wieku?

– Sześć miesięcy.

Kobieta zerknęła na kosz, którzy Bonnie trzymała przed sobą.

– Jakie ma objawy?

– Wymiotuje i ma biegunkę.

– Od jak dawna choruje?

– Od dwóch dni – powiedziała Bonnie.

– Jeśli objawy będą się utrzymywać, trzeba je zabrać do lekarza – powiedziała farmaceutka. Sięgnęła na półkę po prawej stronie i zdjęła pudełko z napisem „Orsalit”. – W opakowaniu jest sześć saszetek – ciągnęła, pochylając się nad ladą i stukając palcem w pudełko. – Trzeba postępować zgodnie z instrukcją. Należy zmieszać jedną saszetkę z wodą albo mlekiem. Rozumie pani, że to nie leczy wymiotów ani biegunki? Tylko uzupełnia sól i glukozę utracone wskutek choroby. Jeśli dziecku się nie poprawi w ciągu dwudziestu czterech godzin, musi pani pójść z nim do lekarza.

– Dobrze – zgodziła się Bonnie, wyjmując z kieszeni portmonetkę.

– Cztery funty i dwadzieścia pensów – powiedziała kobieta.

– To strasznie dużo! – wykrzyknęła Bonnie. – Czy mogę kupić tylko dwie saszetki?

Farmaceutka przestała wstukiwać lek na kasę i spojrzała na Bonnie. Dziewczyna zrozumiała, że lepiej było się nie odzywać i zapłacić. Przez okienko ujrzała mężczyznę, jak się domyślała, męża kobiety, który przerwał pracę i spojrzał na nią. Farmaceutka wyszła zza lady i pochyliła się nad koszem, żeby przyjrzeć się Lucy.

– Czuję zapach wymiotów – powiedziała, kładąc rękę na czole małej, żeby sprawdzić, czy nie ma gorączki. Lucy zaczęła się wiercić, ale się nie obudziła.

– Możliwe, że to od kocyka – odparła Bonnie obronnym tonem. – Nie zdążyłam go uprać. Jej ubranka są czyste.

– Mierzyła pani dziecku temperaturę? – zapytała kobieta.

– Tak – skłamała Bonnie. – Nie wydaje się gorąca, kiedy się jej dotyka, prawda?

– Nie, ale to niekoniecznie dobra metoda. Ile miała stopni?

– Tyle co normalnie – odparła Bonnie, nie mając pojęcia, ile to powinno być.

Kobieta spojrzała na nią, po czym wróciła za ladę.

– Niemowlęta potrafią poważnie się rozchorować w bardzo krótkim czasie – powiedziała. – Musi pani ją uważnie obserwować. Jeśli pójdzie pani do lekarza, wypisze receptę na darmowy lek. Gdzie mieszkacie?

– Na Hillside Gardens osiemdziesiąt sześć – dziewczyna podała dane pralni, z której właśnie uciekła. To był jedyny adres w okolicy, który znała na pamięć.

– Bierze pani Orsalit?

– Tak – rzekła Bonnie i prędko podała pięciofuntowy banknot.

– Proszę pamiętać, żeby pójść do lekarza, jeśli do jutra stan dziecka się nie poprawi – powtórzyła kobieta i wydała resztę.

– Dobrze – powiedziała Bonnie, chcąc jak najszybciej wyjść. Gdy tylko upchnęła drobne do portmonetki, wrzuciła ją do kosza Lucy razem z papierową torbą z Orsalitem, po czym pospiesznie opuściła aptekę.

Jednak za ladą pozostała mocno zaniepokojona pani Patel. Dziewczyna, którą właśnie obsłużyła, była chuda i wymizerowana, a jej dziecko chore. Robiła wrażenie wystraszonej, a kosz, w którym nosiła niemowlę, był stary i brudny; nie widziała takiego od lat. Dlaczego matka z niemowlęciem błąka się w środku zimy po ulicach z wypakowaną torbą, kiedy dziecko jest chore? Coś tu nie pasowało, coś było nie w porządku. Pani Patel miała świadomość, że aptekarze nieraz przegapiali znaki ostrzegawcze, podczas gdy interwencja mogła położyć kres czyimś cierpieniom, a nawet uratować czyjeś życie. Pół godziny później, podzieliwszy się z mężem swoimi obawami, zostawiła go w aptece, by obsługiwał klientów, sama zaś udała się na zaplecze i zadzwoniła do pomocy społecznej.

– Być może to nic poważnego – rozpoczęła, jak wiele telefonujących do dyżurnego opiekuna społecznego. – Nazywam się Patel, prowadzę aptekę przy High Street sto trzydzieści siedem. Obsługiwałam właśnie dziewczynę z chorym dzieckiem i jestem zaniepokojona. Czy jest możliwość, żeby ktoś sprawdził, czy wszystko u niej w porządku? Mam adres.

I to był pierwszy raz, kiedy Lucy pojawiła się w kartotekach opieki społecznej – jako półroczne niemowlę z adresem, ale bez imienia.

Rozdział czwartyZa późno, by pomóc

Trzy dni później, wczesnym popołudniem, Miranda zaparkowała samochód tuż za pralnią, na pierwszym wolnym miejscu przy ulicy, wysiadła i od razu rozłożyła parasol. To był jej pierwszy rok w opiece społecznej, w poprzednim ukończyła szkolenie i przydzielono jej ten mało skomplikowany przypadek. Opiekunka społeczna pełniąca dyżur w miejscowym ośrodku zanotowała uwagi pani Patel oraz przekazała sprawę kierowniczce Mirandy, która z kolei przydzieliła ją dziewczynie. Miranda, jak się można było spodziewać, skontaktowała się z przychodnią, której rejon obejmował adres Hillside Gardens osiemdziesiąt sześć, lecz okazało się, że w ich dokumentacji nie figuruje młoda matka z niemowlęciem zamieszkała pod tym adresem. Teraz Miranda zmierzała właśnie tam, by potwierdzić słuszność podejrzeń pani Patel.

Dopiero na miejscu Miranda zorientowała się, że pod tym adresem nie stoi dom mieszkalny, tylko pralnia samoobsługowa – ostatni ze zlokalizowanych tu czterech punktów usługowych. Krople deszczu odbijały się od jej parasola, gdy sprawdzała tabliczkę przy ulicy, żeby się upewnić, iż jest we właściwym miejscu, potem zajrzała za róg pralni, by sprawdzić, czy znajdują się tam drzwi z numerem 86. Okazało się, że nie, podeszła więc do zakładu od frontu, złożyła parasol i weszła do środka. Uderzyła ją fala gęstego i niezdrowo wilgotnego powietrza. Chociaż większość pralek działała, w pralni przebywały tylko dwie osoby: starszy mężczyzna, który czekał na ławce przed automatami prawdopodobnie na to, aż zakończy się cykl jego prania, oraz postawna kobieta pod czterdziestkę, która prasowała w głębi lokalu. Kobieta spojrzała na wchodzącą Mirandę i widząc jej niepewność, zapytała z silnym wschodnioeuropejskim akcentem:

– W czym mogę pani pomóc?

Miranda podeszła do kobiety i dopiero wtedy się odezwała.

– Czy to Hillside Gardens osiemdziesiąt sześć? – spytała.

– Tak – potwierdziła kobieta, przerywając prasowanie.

– Czy jest pani właścicielką zakładu?

– Nie. Pracuję tutaj. O co chodzi?

– Próbuję odnaleźć młodą kobietę z niemowlęciem, która prawdopodobnie tu mieszka – powiedziała Miranda.

Kobieta zerknęła na nią podejrzliwie, a Miranda pomyślała, że może nie zrozumiała wszystkiego, więc powtórzyła innymi słowami:

– Chciałabym się zobaczyć z kobietą, która tu mieszka i ma małe dziecko.

– Nie. Ja mieszkam. Ja, Alicja, z moim mężem – powiedziała, wskazując sufit, nad którym było mieszkanie.

– Czy ma pani dziecko? – drążyła Miranda. Chociaż Alicja nie pasowała do opisu przekazanego przez panią Patel, mogła być krewną poszukiwanej.

– Małe dziecko nie. Mój synek osiem lat. On w Polsce – powiedziała Alicja.

– Czy ktoś jeszcze tutaj z panią mieszka?

– Pani z policji? My legalni. Mój mąż ma wiza.

– Nie, nie jestem z policji. – Miranda uśmiechnęła się, próbując uspokoić kobietę. – Jestem opiekunką społeczną.

Alicja zmarszczyła czoło, nie wiedząc, co o tym myśleć.

– Pomoc społeczna – powtórzyła Miranda, żałując, że nie opanowała podstaw polskiego, tak jak część jej koleżanek. – Ja dobra pani – powiedziała, wskazując palcem na siebie. – Pomagam ludziom. Chcę też pomóc kobiecie z dzieckiem.

– Nie policja? – upewniła się Alicja.

– Nie. Pomoc społeczna. Czy mieszka tu z wami matka z niemowlęciem?

– Nie. Niemowlę nie. Tylko ja i mąż – potwierdziła Alicja.

– Czy zna pani kobietę, około dwudziestoletnią, z sześciomiesięcznym dzieckiem? – zapytała Miranda, bo istniała taka możliwość, że poszukiwana przez nią matka przebywa u Alicji albo przynajmniej ją odwiedza.

– Nie. Pokazać pani nasz pokój? – spytała Alicja, ponownie wskazując mieszkanie na górze.

Miranda nie miała zamiaru prosić o wejście do mieszkania; tak naprawdę nie miała do tego prawa, lecz Alicja sama to zaproponowała i sprawdzenie mieszkania miało sens, by wykluczyć możliwość, że przebywa tam dziecko.

– Tak, proszę – powiedziała. – To bardzo miłe z pani strony.

Alicja kiwnęła lekko głową i wyłączając żelazko z kontaktu, zaprowadziła ją do drzwi w kącie zakładu. Otworzywszy je, nacisnęła włącznik światła i Miranda ruszyła za nią po obskurnych, cuchnących wilgocią schodach.

– Ivan bardzo zły na dziewczynę z dzieckiem – dodała Alicja. – Ivan właściciel zakładu, a ona ukraść jego pieniądze i uciec.

– Rozumiem – powiedziała Miranda. – Czyli przed wami mieszkała tu dziewczyna z dzieckiem, i odeszła? – Wydała z siebie krótki okrzyk przerażenia i zamarła, gdy zgasło światło.

– Pani się nie martwi. Ja włączam – uspokajała Alicja, pokonując kilka ostatnich stopni i wciskając włącznik na górze schodów, by ponownie zapalić światło.

Miranda dołączyła do niej w niewielkim korytarzu.

– Tak. Ona pójść – powiedziała Alicja, otwierając drzwi do mieszkania. – Ja i mąż przyjechać wczoraj. Nierozpakowane jeszcze.

Miranda weszła za Alicją do mieszkania, które, tak samo jak i klatka schodowa, cuchnęło wilgocią i stęchlizną. Odrobina zimowego światła przebijała się przez usmolone okna, lecz nawet w półmroku widziała, że to miejsce nie nadaje się do zamieszkania.

– My rozpakować później – tłumaczyła się Alicja, prawie przepraszająco machając ręką nad kartonami i torbami podróżnymi, którymi była usłana podłoga. – Jeszcze nie ma czasu.

Miranda uśmiechnęła się niewyraźnie i pokiwała głową; jej wzrok natrafił na nylonowe śpiwory rozłożone na brudnych, sfatygowanych sofie i fotelu.

– Nie ma łóżek – oznajmiła Alicja, wiodąc wzrokiem za spojrzeniem Mirandy. – Ivan powiedział, że nie da. Drzwi do sypialni zamknięte. On mieć klucz. Ja i mąż spać tu.

To nie pierwszy raz od początku pracy w opiece społecznej Miranda była przerażona warunkami, w jakich niektórzy musieli żyć. Co prawda nie było to najgorsze lokum, jakie zdarzyło się jej oglądać – choć niewiele mu do tego brakowało – wyglądało naprawdę strasznie. Czuła upokorzenie Alicji, że są z mężem zmuszeni żyć w ten sposób, mimo że byli dwojgiem ciężko pracujących, dorosłych ludzi. Była też wściekła na właściciela tego miejsca, że wykorzystuje imigrantów.

– I było tutaj niemowlę? – zapytała Miranda, przejęta, że dziecko mieszkało w takich warunkach.

– Tak – powiedziała Alicja. – Matka zostawić brudne pieluchy i ubrania, takie dziecięce, pokażę.

Omijając pudła i torby, Miranda przeszła za kobietą do pomieszczenia, które pełniło funkcję kuchni. Było przejmująco zimne, z sypiącymi się tynkami, oraz brudne jak reszta mieszkania. Miranda zauważyła, że nie ma w nim nawet zwykłych szafek do przechowywania jedzenia ani lodówki. Alicja podeszła do rzędu zawiązanych worków na śmieci opartych o starą kuchenkę, z której zwisały otwarte drzwiczki piekarnika. Rozwiązawszy jeden z nich, kobieta przechyliła go w stronę Mirandy, by ta mogła zajrzeć do środka. Opiekunka zobaczyła brudną pieluchę i ubranka wymieszane z innymi śmieciami, po czym cofnęła się o krok przed wydobywającym się z worka odorem.

– Wyrzucę później, posprzątam po pracy – powiedziała prędko Alicja, zawiązując worek.

Miranda czuła pokusę, by zapytać, ile z mężem płacą za tę norę, ale nie była to jej sprawa. Na wczesnym etapie swojej drogi zawodowej przekonała się, że pomoc społeczna nie jest w stanie uratować każdego dorosłego, który żyje w ubóstwie; jej budżet nie jest z gumy. Skoro nie mieszka tam dziecko ani inna potrzebująca pilnej interwencji osoba, tu kończyła się jej rola w tej sprawie. Nie mogła nic więcej zrobić.

– Pokazać pani łazienka? – zaproponowała Alicja. – Potem praca. Ivan zły, jeśli ja nie pracować.

– Dziękuję – powiedziała Miranda. Pokonując slalomem stojące w pokoju pudła i torby, przeszła za Alicją do łazienki. Ta wyglądała mniej więcej tak, jak się spodziewała: była obskurna, z grzybem na ścianach i wokół okna, ze starą poobijaną wanną, taką samą umywalką, podartym linoleum, cieknącym sedesem oraz brakiem ogrzewania. To zatrważające, że mieszkało tutaj niemowlę.

– Czy wie pani, gdzie jest teraz ta kobieta z dzieckiem? – spytała Miranda, gdy wróciły na schody i Alicja zapaliła światło.

– Nie. Dobrze, że Ivan też nie wie – odpowiedziała Alicja. – On bardzo zły. Ona zabrać jego pieniądze, ale on niedobry człowiek. Ja się go boję, ale mój mąż nie.

Zeszła po schodach i przytrzymała włącznik, żeby Miranda mogła zejść bez ryzyka, że nagle pochłonie ją ciemność.